Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2019

Gabriella Contestabile – „Włoszki” [przedpremierowo]

Jeszcze nie tak dawno zachwycałyśmy się francuskim szykiem i nonszalancją, niedbałym, acz dopracowanym stylem i seksowną pewnością siebie. Na rynku pojawiło się wówczas wiele pozycji z pogranicza mody, stylu życia, a nawet wychowania dzieci. Dziś świat zwraca się nieco bardziej na południe, gdzie pewne siebie, niezależnie i temperamentne Włoszki wszystkimi zmysłami czerpią z życia to, co najlepsze. To właśnie o nich miała być książka Gabrielli Contestabile. 

Czemu "miała być", a nie "jest"? Ano dlatego, że Włoszki to w znacznej mierze książka autobiograficzna. Autorka za punkt wyjścia dla tego, jakie są mieszkanki Italii i co je ukształtowało, przyjęła historię swoją oraz swojej rodziny. I właściwie nie ma w tym nic złego - w końcu każdy w swoim pojmowaniu rzeczywistości jest subiektywny i działa przez pryzmat własnych doświadczeń, tutaj jednak jest tego zbyt wiele, przynajmniej dla mnie. Biografie nie są moim ulubionym typem książek, a gdy dotyczą osób, których nie znam i których życie – będę szczera – w ogóle mnie nie obchodzi, męczę się podczas lektury niesamowicie. 

Autorka pisze zatem nie tyle o Włoszkach w ogóle, co raczej o swoich bliskich Włoszkach, które zna i obserwuje na co dzień. Gdzieś pomiędzy wątkami z własnego życia wplata elementy historii Italii, opowieści o tym, jak rozwijała się tamtejsza branża modowa (tłamszona na początku przez francuskie haute couture), a także refleksje dotyczące tamtejszego życia codziennego. To zdecydowanie ciekawsza i bardziej wciągająca część, przynajmniej w moim odczuciu. Niestety nie jest tego zbyt wiele, a poszczególne tematy są raczej wspomniane niż omówione, przez co podczas lektury miałam uczucie ciągłego niedosytu. Przywoływane smaki i wydarzenia mają chyba tylko przypominać, o jakim klimacie mowa.  

Czy polecam bądź odradzam lekturę? To zależy, czego szukasz. Jeśli sięgając po Włoszki będziesz liczyć na coś w rodzaju poradnika czy przewodnika podobnego do popularnych książek o Francuzkach, dopiero druga połowa książki ma szansę spełnić Twoje oczekiwania. Znajduje się tam znacznie więcej konkretnych informacji i porad, bardzo ogólnych i uniwersalnych, jak to bywa w tego typu opowieściach. W pozostałych rozdziałach też się one pojawiają, ale nie są podane wprost.

To będzie ciekawa książka również dla tych osób, które lubią klimatyczne historie i nie przeszkadza im, że czytają o życiu zupełnie obcych ludzi. Sądzę, że wiele osób odnajdzie tu ciekawe elementy i da się porwać opowieści Gabrielli Contestabile. Opowieści, dla której, moim zdaniem, Włochy stanowią tylko tło.







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.
Premiera 15 stycznia!

środa, 4 grudnia 2019

Muniek Staszczyk – „King!”



Gdybym ze wszystkich słuchanych w życiu zespołów miała wybrać jeden, który jest ze mną najdłużej i do którego wracam z największą regularnością, bezapelacyjnie byłby to T.Love. Ich piosenki towarzyszą mi nieprzerwanie od czasów szkolnych aż do dzisiaj, przeplatane solowymi występami lidera zespołu, Zygmunta Staszczyka. I choć na co dzień rzadko sięgam po biografie, autobiografie czy wywiady ze znanymi osobami, dla Muńka postanowiłam zrobić wyjątek. Intuicja podpowiadała mi, że to może być całkiem ciekawa lektura.

King! to wywiad przeprowadzony zręcznie i bardzo dobrze napisany – czytelnik momentalnie wsiąka w rozmowę, a kolejne strony niemal same się przewracają. Pewnie sporo w tym zasług redakcji, ale również dziennikarza prowadzącego, czyli Rafała Księżyka. Wykazując się wiedzą, ale również taktem, który spotykamy wyłącznie u tych dobrych rozmówców, towarzyszy on Zygmuntowi Staszczykowi w opowieści o jego życiu od samych początków, poprzez całą muzyczną karierę, aż do stanu obecnego, który wiązał się w wieloma niełatwymi dla autora decyzjami.

Jaki obraz Muńka wyłania się z tej biografii? Nade wszystko czujemy, że jest to człowiek szczery, który nie widzi już potrzeby kreowania się lub utajania niezbyt wygodnych faktów. Do błędów młodości (i nie tylko) przyznaje się otwarcie i nie tuszuje niepotrzebnie tego, o czym i tak wszyscy wiemy – że życie rockmana w tamtych czasach było życiem szybkim i pełnym igrania z losem. Doceniam takie podejście bardzo mocno, bo niesie ono ze sobą ważne przesłanie: tak, wszyscy popełniamy błędy. Młodzi, starzy, biedni, bogaci – wszyscy mamy swoje słabości i schodzimy z toru wartości, które, jak sądziliśmy, są dla nas ważne.

Jeśli liczycie, że znajdziecie w tej książce jakieś sensacyjne informacje, podejrzewam, że się zawiedziecie - odnoszę wrażenie, że zupełnie nie było to celem jej powstania. Ale czy wszystko w naszym życiu musi być sensacyjne? King! to po prostu dobra książka – dla fanów T.Love i Muńka ciekawa opowieść o kulisach powstawania naszych ukochanych piosenek, a dla pozostałych wywiad, który warto docenić za angażującą treść. Wielkie ukłony dla obu panów za stworzenie książki, którą mimo tak znaczącej objętości czyta się lekko i przyjemnie.


Na koniec chciałabym podzielić się z Wami pewną refleksją. Otóż podczas lektury wywiadu z Muńkiem uderzył mnie fakt, że dzisiaj muzyk taki jak on prawdopodobnie nie miałby szans nie tylko na sukces, ale nawet na zaistnienie w świecie szołbizu. I choć na co dzień staram się nie wpadać w tony "kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów", chyba trochę brak mi tych wszystkich nieidealnych zespołów, muzyków, którzy nie wyglądają jak z żurnala, nie piszą wciąż takich samych tekstów, nie mają głosów jak dzwony bez jednej fałszywej nuty i którzy nade wszystko mieli odwagę i osobowość sceniczną, by robić rzeczy, które nie zawsze podobały się innym. I zastanawiam się, na ile ta zmiana jest winą nas, odbiorców, konsumentów, którzy po prostu wolą, kiedy wszystko jest ładne i równe jak od linijki. A może ktoś narzuca nam to od tak dawna, że sami już nie wiemy, co kiedyś nam się podobało?






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

wtorek, 29 października 2019

Kerry Fisher – „Posłuszna żona”

Dwie kobiety, dwie historie, jedna rodzina, która spycha je na margines. Lara i Maggie różnią się wszystkim: jedna jest wykształcona, sztywna i wiecznie spięta, stłamszona tyranią aroganckiego partnera, druga zaś, to kobieta prosta, ciepła, o wielkim sercu i pogodzie ducha. Ich mężowie są braćmi a one stanowią obcy element w zżytej, włoskiej rodzinie. Rodzinie, która, jak się okazuje, kryje niejedną brudną tajemnicę... 

Ciężko było mi ująć w słowa fabułę Posłusznej żony w taki sposób, by uwzględnić obie bohaterki, a jednocześnie nie zdradzić zbyt wiele i nie popsuć Wam zabawy z odkrywania sekretów rodziny Farinellich. Choć tak naprawdę w moim odczuciu opis okładkowy robi nam niepotrzebne nadzieje. Obiecana zagadka zostaje rozwiązana dość szybko, kolejne się nie pojawiają, a wątki obyczajowe nie są w stanie zafascynować na tyle, by mówić o czymś więcej niż lekkim znużeniu podczas lektury.

Być może czytam zbyt wiele thrillerów, ale jestem przyzwyczajona do konstrukcji fabularnej, w której napięcie rośnie powoli, ale kiedy już dojdzie do odpowiedniego poziomu, akcja zaczyna gnać jak szalona. Dlatego też jestem w stanie wynagrodzić autorom przydługie wstępy i niezbyt angażujące początki, jeśli tylko finisz książki wynagradza mi oczekiwanie. Tymczasem w Posłusznej żonie wszystko dzieje się niejako na odwrót. Na początku czytelnik nie czuje się pewnie w sytuacji rodzinnej, a do ciągłych napięć między bohaterami dochodzą dość skomplikowane relacje, w których musimy się połapać. Otrzymujemy zapowiedź tajemnicy, którą przyjdzie nam odkryć, a nadzieja z tym związana podtrzymuje nasze zaangażowanie. Tyle że rozdziały mijają, akcja dzieje się swoim rytmem, informacje wskakują na odpowiednie tory, a niedopowiedzenia powoli się rozwiewają. I nadal nie dzieje się absolutnie nic. Tempo jest podobne przez większość książki, z tym że brak zagadek w drugiej połowie sprawia, że odbieramy ją jako wolniejszą i nudniejszą od pierwszej.

Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest całkowicie beznadziejna lektura. Autorka porusza w niej wiele ważnych problemów związanych ze związkami i rodziną: brak akceptacji, tajemnice, terror psychiczny i fizyczny, patchworkowe relacje, nierówności społeczne... Bohaterowie są dobre wykreowani, to osoby z krwi i kości, które mają charakterystyczne cechy, reakcje i zachowania. Jestem zakochana w naprzemiennej narracji, ukazującej dwie tak różne perspektywy głównych bohaterek. 

A jednak nie sięgnęłabym po kolejne powieści autorki.

Być może rzecz leży w moim guście. Opis okładkowy sugeruje, że Posłuszna żona spodoba się fankom powieści Jojo Moyes i Diane Chamberlain. I chyba coś w tym jest, bo powieści obu pań również mi nie pasują. Nie mam nic do połączenia umiejętnie budowanego napięcia z wątkami obyczajowymi, ale monotonne prowadzenie akcji w połączeniu ze sztucznie lukrowanym zakończeniem to dla mnie problem nie do przeskoczenia. Książki Kerry Fisher pozostawiam zatem innym – może właśnie Tobie się spodobają?







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

wtorek, 30 kwietnia 2019

Katarzyna Miller – „Droga Kasiu, jak żyć lepiej?”

Gdybym miała wymienić jedno nazwisko, które definiuje ostatnich 12 miesięcy mojego czytelnictwa, musiałabym powiedzieć: Miller. W ciągu roku niespełna roku przeczytałam prawie wszystkie książki pani Kasi, jakie do tej pory ukazały się na naszym rynku. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, kiedyś pewnie opowiem Wam o tym bardziej szczegółowo w osobnym poście z podsumowaniem. Dziś jednak kilka słów o tej najnowszej, a zarazem piewszej, jaka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

W książce znajdziemy ponad 40 listów podzielonych na kategorie takie jak praca, dzieci, związki czy relacja z samym sobą. Czytelnicy opisują różne historie – zarówno prostsze, jak i bardziej skomplikowane – a Katarzyna Miller stara się odpowiedzieć na dręczące ich wątpliwości. Robi to z właściwą sobie lekkością i bezpretensjonalnością; niektórych traktuje łagodniej, jednak najczęściej mówi prosto z mostu, zawsze szczerze, choćby miało to być nieprzyjemne dla odbiorcy.

Udzielając kolejnych odpowiedzi autorka stara się każdemu problemowi nadać bardziej uniwersalny charakter, spojrzeć na niego z wielu różnych perspektyw. Dzięki temu więcej czytelników może utożsamić się z opisywaną sytuacją i wziąć z odpowiedzi coś dobrego dla siebie. To cenne i mam nadzieję, że dzięki temu wiele osób spojrzy inaczej na swoje problemy, być może poszuka pomocy, zawalczy o swoje życie. Jestem zachwycona, jak wiele listów zawartych w książce pochodzi od osób dojrzałych, którym się wydaje, że niewiele już mogą, a którym Katarzyna Miller mówi wprost: człowieku, tyle jeszcze życia przed tobą! 

Niestety nie jestem do końca przekonana co do formuły tej książki - może nie jest przeznaczona do pochłaniania za jednym podejściem, jak ja to zrobiłam, ale czytanie kolejnych rozdziałów było lekko męczące. Na każdy list pani Kasia odpowiada dokładnie tak, jakby kierowała odpowiedź bezpośrednio do nadawcy wiadomości. Samo w sobie jest to wspaniałe, bo osoba, która ów list napisała z pewnościa czuje się uszanowana i zaopiekowana. Niestety, kiedy czytamy takich rozdziałów pięć, dziesięć czy trzydzieści pod rząd, szybko męczymy się jednakowymi formułami retorycznymi, które rozpoczynają większość odpowiedzi. Pani Kasia odsłania niestety kalki, które usłyszeć możemy również w gabinetach psychologicznych: to bardzo ważny temat, cieszę się, że o tym wspominasz itp. Przez nie kolejne rozdziały stają się powtarzalne i nużące.

Muszę jeszcze wspomnieć, że bardzo podobał mi się aneks, który znajdziemy na końcu książki. Znajdziemy w nim lektury polecane przez panią Kasię, które mogą pomóc nam w rozwoju w różnorodnych obszarach. Dla mnie to wielka radość, bo do tej pory zdarzało mi się wertować przeczytaną książkę na zasadzie "przecież gdzieś tu była ta polecanka", a tu mam wszystko elegancko w jednym miejscu, podane na tacy do szybkiego zaglądnięcia.

Podsumowując – jeśli jeszcze nie czytaliście książek pani Kasi, polecałabym Wam wybrać jedną z poprzednich o dowolnej, interesującej Was tematyce. Jeśli zaś znacie temat i zastanawiacie się nad zakupem, powiem Wam kolokwialnie: nie ma spiny. Droga Kasiu, jak żyć lepiej? to nie jest jakiś wielki must read, który każdy czytelnik musi znać. Tematy są tu omówione raczej po łebkach i sporo w tej książce powtarzalności, która na dłuższą metę potrafi znużyć, nie z każdego listu możemy też bezpośrednio skorzystać. 






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

wtorek, 29 maja 2018

Co czytać w czerwcu? Subiektywny przegląd zapowiedzi



Miesiąc temu, kiedy szykowałam pierwszy post z zapowiedziami, byłam pewna, że liczba książek na przestrzeni kolejnych miesięcy będzie oscylowała w granicach 5. Jak bardzo się pomyliłam! Może to wysyp nowości przed martwym sezonem letnim (chcę tak myśleć!), ale fakty są takie, że wyszparałam aż 9 pozycji, które pojawią się na rynku w czerwcu, a które bardzo, bardzo chciałabym przeczytać (lub już czytałam i polecam z całego serducha). Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, opinie o nich pojawą się na blogu w najbliższych tygodniach.

poniedziałek, 7 maja 2018

Jak wyglądałby świat bez wody? || Maja Lunde – „Błękit” [przedpremierowo]




Historia pszczół to według mnie jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza!) książka 2016 roku. Przerażająca, mocna, otwierająca oczy na poważny problem, z którym wciąż trudno nam się mierzyć: wymieranie pszczół. W dodatku napisana po mistrzowsku, bo Maja Lunde ma wielki talent i wielką wrażliwość, które z powodzeniem wykorzystuje zgrabnie łącząc wątki obyczajowe i społeczne.  Możecie sobie wyobrazić, jak wielka była moja radość, kiedy dowiedziałam się, że ta wspaniała powieść jest jedynie początkiem cyklu, na który będą składać się cztery książki, a każda z nich podejmie jeden z tematów związanych ze zmianami klimatycznymi. Premiera drugiej już niebawem, więc nadstawcie uszy - oto nadchodzi Błękit.

sobota, 6 stycznia 2018

Paulina Wilk – „Pojutrze”



Co do zasady nie czytam reportaży – od złych rzeczy dziejących się na świecie wolę odgradzać się murem nieświadomości, a inne tematy rzadko ciekawią mnie na tyle, żebym chciała się w nie zagłębiać. W książkach zdecydowanie wolę bezpieczną fikcję, która nie budzi u mnie poczucia dyskomfortu. Raz na jakiś czas trafia się jednak opowieść oparta na faktach, która momentalnie przyciąga moją uwagę – to właśnie stało się w przypadku książki Pauliny Wilk. W świetle mojego zainteresowania science fiction opowieść o miastach przyszłości, które rosną i rozwijają się już teraz, na naszych oczach, wydała się niezwykle interesująca.

środa, 27 grudnia 2017

Najlepsze książki 2017 roku



W 2017 roku przeczytałam 64 książki. Nie wiem, czy to dużo, czy mało  biorąc pod uwagę, jak niewiele czasu miałam ostatnio, uważam że to całkiem dobry wynik. O tych pozycjach, które mnie nie zachwyciły, staram się jak najszybciej zapominać, ale uznałam, że te lepsze zasługują na przypomnienie i kilka dodatkowych słów. Zapraszam zatem na opowieść o tych historiach, które zrobiły na mnie największe wrażenie w ciągu minionych dwunastu miesięcy.

piątek, 22 grudnia 2017

Elizabeth Winder – „Marilyn na Manhattanie”



Nie będę ściemniała: do książki Elizabeth Winder podchodziłam bez większych oczekiwań. Marilyn Monroe jest jedną z moich ulubionych postaci popkultury, a przy tym należy do osobowości tak barwnych, że bardzo wiele osób podjęło się napisania czegoś na temat jej życia. Takich biografii czytałam mnóstwo, ale niestety niewiele z nich było godnych uwagi – autorzy zbyt swobodnie fantazjowali, pisali topornie lub skupiali się na aspektach tak negatywnych, że robiło mi się od nich niedobrze. Z tego powodu nauczyłam się nie obiecywać sobie zbyt wiele po książkach z gwiazdą Hollywood na okładce. I pewnie dlatego przeżyłam tak pozytywne zaskoczenie. 

środa, 18 października 2017

Marlon James – „Księga nocnych kobiet”






Chcecie ją znać, to musicie wiedzieć dwie rzeczy. Jak tylko wyszła na ten świat, kobiety zbliżyły się do niej ze strachem i dygotem, a to przez te zielone oczęta, co rozjaśniają każdą izbę, ale inaczej jak słońce. Nikt nie chciał dziewczyneczki, nadzorca Jack Wilkins musiał nakazać, żeby jakaś czarna ją wzięła, bo baby i chłopy ugadalii, że porzucą maleńką w buszu, to ją ziemia na powrót przyjmie. I jeszcze jedno. Dzieciątko takie jak Lilit nie rodzi się z zielonymi oczami, bo niby Bóg łaskawy dla czarnej dziewczyny.[s.11]


Bo gdy rodzi się córka niewolnicy i białego mężczyzny, nikt nie świętuje. Zostaje tylko strach.

Poznałam już całkiem sporo powieści o niewolnictwie, nierównościach i walce o wyzwolenie, a jednak uważam, że Księga nocnych kobiet jest książką wyjątkową. W świecie jasnych podziałów, gdzie na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być czarno-białe, autor znalazł miejsce na wiele odcieni szarości. Drobne sprawki, zarówno niewolników, jak i białych plantatorów, intrygi, interesy – wszystko to idealnie się przenika, tworząc spójny ekosystem. Nawet w tak niewdzięcznym otoczeniu autorowi udało się jasno przekazać to, co dla nas jest oczywiste, choć w czasach powieści wcale takie nie było: że ludzie, niezależnie od koloru skóry, są sobie równi, bo dzielą te same siły i słabości. Z niezwykłą dbałością o szczegóły pokazane zostały różne obszary, a obie strony miały okazję, by wykazać się zarówno lojalnością, jak i skrajnym okrucieństwem.

Nie bez znaczenia dla odbioru tej historii jest niezwykły język, którym powieść została napisana – chylę czoła zarówno przed autorem, jak i przed tłumaczem, który odpowiada za polski przekład, bo obie wersje z pewnością wymagały bardzo dużego nakładu pracy. Narracja stylizowana jest na opowieść snutą niespiesznie i w bardzo prosty sposób, ewidentnie przez osobę niewykształconą, bo język często jest niepoprawny, a gramatyka kuleje. Księga nocnych kobiet może być prezentowana jako przykład tekstu, który niebezpiecznie zbliża się do granicy między stylistyczną porażką i arcydziełem, przy czym absolutnie jej nie przekracza, a tym samym budzi zachwyt. Tak poprowadzona opowieść ma dodatkowy klimat, który w połączeniu z bezpośredniością przekazu (cała historia opowiadana jest bardzo wprost i bardzo brutalnie, co w wielu scenach – gwałtu, przemocy, kłótni – robi naprawdę piorunujące wrażenie) wywołuje w czytelniku wiele silnych emocji. 

Ogromną siłą powieści Marlona Jamesa są również bohaterowie, a właściwie bohaterki, bo w znacznej mierze jest to książka o kobietach – to one są najbarwniejsze, najlepiej ukazane i to ich działania stają się przyczynkiem do rewolucji. Księga... jest zatem opowieścią o burzliwych relacjach, prawdziwym zaangażowaniu i wewnętrznej sile, która pozwala organizować otoczenie i stawać do walki o to, co najważniejsze. 

Nie czytałam Krótkiej historii siedmiu zabójstw, poprzedniej książki autora, ale na pewno po nią sięgnę. Tymczasem "Księga nocnych kobiet" trafia na moją listę najlepszych powieści 2017 roku.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

piątek, 14 lipca 2017

Bogdan de Barbaro, Danuta Kondratowicz – „I jak tu się dogadać?!”



Nie da się tworzyć relacji bez konfliktów – różnice zdań zdarzają się w parze, wśród rodzeństwa, w kontakcie z rodzicami… Nie bez powodu mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Mam jednak dobrą wiadomość: wiele z tych problemów da się rozwiązać, choć czasem niezbędna może być pomoc specjalisty. Terapeuta specjalizujący się w pracy z rodzinami, profesor Bogdan de Barbaro, oraz dziennikarka Danuta Kondratowicz w swojej najnowszej książce dyskutują i omawiają kilka problemów, które wydają się nie mieć dobrego rozwiązania – w każdym razie na pierwszy rzut oka.

Gdy zaczęłam lekturę i zobaczyłam konstrukcję tej książki, naszła mnie cała masa wątpliwości. Forma, w jakiej prezentowane są dane oraz sama treść bardzo przypominają to, czego sama uczyłam się na zajęciach z terapii rodzin: znajdziemy tu coś na kształt transkrypcji wywiadu, omówienie przypadku wraz z genogramem (poczynione z perspektywy terapeuty) oraz, dopiero po tym wszystkim, komentarz w formie dialogu między autorami książki. Na początku nie byłam do końca przekonana, czy ta konstrukcja mi się podoba, czy nie jest to aby zbyt szczegółowe wejście w rolę psychologa i proces terapeutyczny jako taki – wszak to książka ogólnodostępna i raczej popularnonaukowa. Z czasem jednak coraz wyraźniej widziałam ogromną zaletę postępowania autorów, mianowicie oswajanie zwykłych ludzi z sytuacją terapeutyczną. 

Mimo że pomoc psychologiczna staje się coraz powszechniejsza, a wizyty u psychologa, terapeuty czy nawet psychiatry powoli przestają być powodem do wstydu, wciąż bardzo często spotykam się z oporem w tym zakresie. Mówią prościej: coraz przychylniej patrzymy na ludzi, którzy korzystają z profesjonalnej pomocy, ale sami nie jesteśmy już tak chętni, bo przecież „jesteśmy normalni” i poradzimy sobie sami, prawda? Właśnie dlatego uważam, że takie książki są bardzo potrzebne, bo nie tylko pokazują nam, że pewne problemy są powszechne i rozwiązywalne; dzięki nim zwykły, przeciętny człowiek ma szansę zobaczyć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. W I jak tu się dogadać?! czytamy o filarach pracy psychologa: bezstronności, nieocenianiu, niedoradzaniu; widzimy też, w jaki sposób analizowany jest problem pacjenta/klienta i jak klarują się rozwiązania. To zbliża i – moim zdaniem – może zmniejszać lęk.

Jeśli chodzi o samą treść, w książce znajdziemy trzy przykłady konkretnych problemów: skłócone siostry z wyraźną antypatią sprzed lat, dojrzała parę o różnych wzorcach podziału obowiązków oraz skonfliktowaną rodzinę patchworkową z bardzo pogmatwanymi relacjami. Można by powiedzieć, że to niewiele – trzy przypadki, skoro problemów wśród ludzi jest tak dużo… Mimo to warto mieć na względzie, że dzięki dużej selekcji, wybrane sytuacje omówione są bardzo dokładnie. Otrzymujemy nie tylko zaawansowaną analizę, ale również wiele hipotez na temat możliwych przyczyn danej sytuacji, ewentualnych rozwiązań plus nawiązania do innych, pokrewnych tematów.

Kto miał okazję czytać jakąkolwiek książkę profesora de Barbaro lub rozmowę taką jak ta, ten wie, czego można się spodziewać: będzie lekko, przyjemnie, z dużą dozą żartu i samokrytycyzmu. To bardzo charyzmatyczny rozmówca, który ma dar do prostego i przystępnego tłumaczenia meandrów terapii. Podoba mi się również rola, jaką przyjęła w tej książce Danuta Kondratowicz – nawet jeśli interesuje się psychologią, pod każdym względem wie o niej mniej niż profesor, a jednak nie przyjmuje na siłę postawy głupiutkiej, pytającej o wszystko, naiwnej istotki. Dialog ma konkretny, dobry poziom i pozwala rozwinąć interesujące kwestie w sposób, który jest bliski perspektywie czytelnika-laika. Pytania zadawane są umiejętnie, odpowiedzi właściwie konkretne. Wszystko jest na swoim miejscu.

Zamawiając tę książkę kierowałam się głównie nazwiskiem profesora de Barbaro na okładce i nie zastanawiałam się specjalnie, czego mogę od niej oczekiwać. No, może nieco bałam się tego, że trzy przykłady to za mało i w sumie może się okazać, że nie warto. Nic bardziej mylnego! Poziom, na jakim poprowadzony jest dialog do spółki z analizą konkretnych przypadków sprawiają, że to naprawdę interesująca pozycja, którą w dodatku bardzo lekko się czyta. Najważniejsze jest jednak to, o czym wspomniałam na początku: wydaje mi się, że po przeczytaniu tej książki terapia staje się nieco mniej straszna, bardziej przyjazna czytelnikowi. Mam nadzieję, że wielu osobom takie właśnie efekty przyniesie jej przeczytanie.


piątek, 23 września 2016

Krzysztof Piskorski – "Czterdzieści i cztery" [recenzja przedpremierowa]

Gdy na rynku pojawia się nowa powieść, różne elementy mogą nas do niej przekonać. Czasem jest to okładka, która przyciąga wzrok, czasem zawarty z tyłu opis, rekomendacja na znanym blogu lub po prostu autor, którego lubimy z tych czy innych względów. Zdarza się jednak tak, że pewne książki kuszą nas nawiązaniem do czegoś, co znamy i co jest w kręgu naszych zainteresowań. W moim przypadku jest to zdecydowanie najrzadziej występująca, ale jednocześnie najsilniejsza motywacja. Zazwyczaj mam sporo obaw co do jakości tworzonych przez autorów nawiązań, ale są przypadki, gdy po prostu wiem, że będzie to zrobione dobrze – tak właśnie jest w przypadku Krzysztofa Piskorskiego i jego Czterdzieści i cztery, którego fabuła i tło garściami czerpią z polskiego (i nie tylko) romantyzmu.

Jest rok 1844, jednak świat, który obserwujemy, różni się od tego, który znamy z lekcji historii. Tajemniczy ether, ni to substancja, ni to nadnaturalna siła, pojawił się na świecie i niemal od razu został wykorzystany do produkcji broni, która zmieniła bieg dziejów. Ponadto jego obecność przyczyniła się do otwarcia bram do równoległych światów. Gdzieś wśród wypaczonej rzeczywistości swoje zadanie otrzymuje poetka Eliza Żmijewska – kobieta musi dostać się w bliskie otoczenie spiskowca i wykonać na nim wyrok podpisany przez samego Juliusza Słowackiego. Realizacji celu nie ułatwia fakt, że skazanym jest jej były towarzysz broni, a po dotarciu do miejsca przeznaczenia dziewczyna odkrywa wiele aspektów sprawy, przez które nic nie wydaje się takie jak na początku...

Po polconowej prelekcji autora na temat światotworzenia spodziewałam się, że całe tło książki będzie przemyślane i dopracowane, jednak to, z czym zetknęłam się podczas lektury Czterdzieści i cztery przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pozornie autor nie zrobił niczego niesamowitego wprowadzając do swojej powieści dwa znane powszechnie elementy: koncepcję światów równoległych oraz historię alternatywną. To połączenie okazało się jednak strzałem w dziesiątkę, a sposób, w jaki stworzona została z tego wspólna całość, jest po prostu zachwycający. Dzięki temu, że tajemnicza energia etheru pojawiła się dopiero w którymś momencie historii świata, możliwe było wprowadzenie do fabuły autentycznych postaci takich jak Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz, Kazimierz Lux, Emilia Plater czy George Byron, a także bazowanie na faktycznych wydarzeniach i miejscach. Z drugiej strony element fantastyczny sprawia, że wszystko, co autentyczne, nabiera nowego wymiaru. W książce znajdziemy chociażby charakterystyczny dla tamtych czasów motyw tajnego stowarzyszenia – bardzo autentyczny, a jednocześnie silnie związany z tematem etheru. Znalazło się miejsce również dla ważnej w XIX wieku kultury – każdy rozdział otwiera fragment wiersza lub tekstu źródłowego, z których część jest autentyczna, a część przerobiona tak, aby pasowała do zmienionej rzeczywistości.

Idea równoległych wersji Ziemi od razu skojarzyła mi się z tym, co odnaleźć można w cyklu Terry'ego Pratchetta i Stephena Baxtera o Długiej Ziemi - tam również mamy możliwość przenoszenia się pomiędzy alternatywnymi światami, gdzie ze względu na różne czynniki historia potoczyła się inaczej. Ów duet zafundował nam jednak typowe science-fiction, w dodatku niezbyt rozbudowane jak na swoją skalę i w rezultacie coraz bardziej wtórne. Z kolei powieść Krzysztofa Piskorskiego silnie bazuje na historii alternatywnej i jest mocno osadzona w określonej już rzeczywistości. Autor nie tworzy czegoś całkowicie oderwanego od tego, co znane, a raczej snuje pewnego rodzaju rozważania z gatunku "co by było, gdyby...". Nie oznacza to bynajmniej, że brakuje tu typowej fantastyki – wręcz przeciwnie, wraz z pojawieniem się etheru zarówno do naszego świata wdzierają się nieznane dotąd istoty, jak i człowiek rozpoczyna eksplorację innych wersji Ziemi, na których odnajduje gatunku, jakie nie zostały dotąd odnalezione i opisane. Bardzo podoba mi się celowość, z jaką wprowadzane są kolejne tego typu elementy: żaden z nich nie pojawia się bez przyczyny, co sprawia, że książka pozostaje fantastyką o silnej fabule, a nie staje się encyklopedią czy leksykonem nowych ras i światów. Co ważne, wprowadzone gatunki mają swoją specyfikę i historię, co również uważam za bardzo duży plus.

Kolejną mocną stroną powieści są bohaterowie. W pewnym sensie wiąże się to ze światem przedstawionym, ponieważ również w tym aspekcie widać dużą dbałość autora o nie pozostawianie swoich postaci samych sobie – większość przewijających się osób ma choć zalążek ciekawej historii, a ich pojawienie się ma faktyczny wkład w fabułę. Próżno tu szukać postaci przypadkowych, choć na pewno znajdzie się kilka, o których można by powiedzieć więcej, o czym sam autor wspomina w posłowiu. Na uwagę zdecydowanie zasługuje główna bohaterka, Eliza Żmijewska, która w prawdziwym świecie z pewnością miałaby bardzo ciężko żyjąc u schyłku XIX wieku, jednak w świecie wykreowanym przez autora radzi sobie świetnie. Jest inteligentna, oczytana, bystra, zna języki, włada szablą, zna się na broni i świetnie adaptuje się do nowych sytuacji. Ma też talent do wpadania w kłopoty, co zawsze jest cenne u bohaterów powieści przygodowych czy awanturniczych i stanowi dodatkowe ubarwienie warstwy fabularnej.

Właśnie, fabuła! Zawsze gdy czytam o tak bogatym świecie, mam w sobie wiele obaw co do jej jakości – często zdarza się, że przy nadmiernej ilości opisów cierpi akcja. Tych z Was, którzy myślą podobnie, muszę uspokoić – równowaga pomiędzy opisami a fabułą zostaje zachowana, a edukacja czytelnika odbywa się na bieżąco, gdzieś pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. Z resztą nie ma tej edukacji tak dużo, jak mogłoby się wydawać, bo dzięki spójności elementów bardzo szybko zaczynamy traktować ether i wszystkie związane z nim udziwnienia jako coś całkowicie normalnego. Z pewnością pomaga nam w tym wartka akcja pełna intryg i niejasności, w której co i rusz pojawiają się nowe niebezpieczeństwa i zagadki do rozwiązania. Główna bohaterka rozpoczyna swoją drogę z jasnym zadaniem do wykonania, jednak wraz z kolejnymi rozdziałami zaczyna dostrzegać więcej elementów, które na zawsze zmieniają jej spojrzenie na świat. Będzie musiała sama ocenić, komu powinna ufać i po której ze stron stanąć.

Cóż mogę jeszcze dodać – naprawdę lubię czytać książki pisarzy, którym się chce: powiedzieć kilka słów o nowej rasie, zamiast tylko umieścić ją w tle, nadać indywidualny rys bohaterowi, który przewija się gdzieś w tle, czy po prostu zadbać, aby wszystkie elementy historii były spójne i wzajemnie sobie nie przeszkadzały. Czterdzieści i cztery to wspaniały przykład tego, co w literaturze lubię, a więc zabawy konwencjami i historią, która przecież wydaje się tematem na zawsze zamkniętym. Uważam, że jest to książka nie tylko kompletna, ale i bardzo dopieszczona, pełna bowiem smaczków z zakresu historii, kultury i ogólnej wiedzy o świecie, które możemy wyłapać sami lub poznać podczas lektury bardzo bogatego posłowia.





Dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu za możliwość wcześniejszego poznania tej wspaniałej historii oraz autorowi, Krzysztofowi Piskorskiemu, za trąbienie o niej na Polconie przy każdej możliwej okazji, dzięki czemu uwierzyłam, że to opowieść, która mnie zachwyci.

Premiera 29 września!

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Maja Lunde – „Historia pszczół”

Wydaje mi się, że jako dziecko nie przepadałam za pszczołami – do dziś pamiętam jedno, jedyne użądlenie i jest to wspomnienie raczej negatywne. Nie oznacza to jednak, że jako dorosła żywię do tych owadów jakąś szczególną urazę; wręcz przeciwnie, doskonale zdaję sobie sprawę ze znaczenia, jakie mają one dla funkcjonowanie ludzkości. Kilka lat temu świat dowiedział się o CCD – masowym pomorze pszczół – co zapoczątkowało wiele refleksji nad przyszłością rolnictwa. Temat wydaje się stricte naukowy i nigdy nie spodziewałabym się fabularnych wariacji na jego temat, a jednak; jak widać pisarzy może zainspirować absolutnie wszystko. Najpierw w moje ręce wpadła świetna Krew Aniołów Johanny Sinisalo, wizja dość mocno abstrakcyjna i nacechowana fantastyką, natomiast dziś mam przyjemność opowiadać o równie dobrym, choć dużo bardziej realistycznym obrazie Mai Lunde.

Książka składa się z trzech płaszczyzn fabularnych rozgrywających się w różnych epokach. Poznajemy Williama, żyjącego w połowie XIX wieku przyrodnika i jednego z pierwszych pszczelarzy; Georga, który w czasach współczesnych hoduje pszczoły miodne na wielką skalę, oraz syczuankę Tao pracującą przy ręcznym zapylaniu roślin u schyłku XXI wieku po tym, jak pszczoły całkowicie wyginęły. Każda z tych osób ma własną historię i wyzwania, z którymi musi się mierzyć, a poruszane tematy są naprawdę różnorodne.

To właśnie zróżnicowanie nadaje książce wartość w sferze obyczajowej – pod tym względem to naprawdę dobra, interesująca i urzekająca historia. W każdej z prezentowanych płaszczyzn mamy do czynienia z obrazem rodziny: w jakimś sensie typowej, charakterystycznej dla danych czasów, o standardowych problemach, z drugiej strony naznaczonej bardzo indywidualnymi trudnościami. To momentami niełatwa, przejmująca powieść o relacjach między małżonkami, a przede wszystkim między rodzicami i dziećmi, zwłaszcza gdy te ostatnie w jakiś sposób nie spełniają pokładanych w nich nadziei. To również historia pasji, która jest silniejsza niż wszystko inne; tak silna, że nadaje życiu sens. W wielu miejscach znajdziemy tu poszukiwanie celu, wielką nadzieję i zaprzepaszczone ambicje – to ważne elementy, które są znaczące dla całej fabuły.

Choć czasy, w których żyją bohaterowie dzieli niecałe 250 lat, tak naprawdę jest to przepaść właściwie pod każdym względem. Rozwój technologiczny, możliwości, perspektywy, wartości, relacje międzyludzkie, społeczeństwo, charakter rodziny… Mimo że wszystko to stanowi tylko tło dla opowieści, jednak jest to tło niezwykle mocne, a zmiany w jego zakresie są bardzo wyraźne. W tym miejscu duże znaczenie ma punkt środkowy, czyli czasy współczesne – bezpośrednie ukazanie tego, co dzieje się z nami teraz. Żyjemy w czasach niesamowicie szybkiego rozwoju, gdzie różnice w otoczeniu kolejnych pokoleń są ogromne i niejednokrotnie nie do przeskoczenia. Tak naprawdę nie wiemy jednak, w jakim kierunku idą zmiany i jak długo możemy się rozwijać, zanim nastąpi regres. Wizja, którą snuje Maja Lunde jest brutalna – według niej wysoce rozwinięta ludzkość jest tak dalece uzależniona od natury, że po wymarciu pszczół wystarczy kilkadziesiąt lat, aby doprowadzić ją niemal do upadku. To obraz skrajny, ale na pewno ważny i wart poddania refleksji.

Mimo że bohaterów powieści dzieli wiele, jest jedna podstawowa sprawa, najistotniejsza dla całej książki – pszczoły. To one stanowią fabularny łącznik i są najważniejszym, choć ukrytym nieco z tyłu, bohaterem. Widzimy, w jaki sposób zmieniał się stosunek ludzi do tych owadów i jak stopniowo zostały one zaprzęgane do pracy, podobnie zresztą jak cała otaczająca nas przyroda. Ludzkość w książce Mai Lunde (w realnym życiu chyba również) jest niezwykle zaborcza – zagarnia naturę i zmusza ją do działania według własnego widzimisię, a gdy coś idzie nie tak, szuka najbardziej abstrakcyjnych wytłumaczeń. Działamy zgodnie z tokiem rozwoju, ale bez planu; zupełnie nie przewidujemy skutków własnych aktywności. W sumie nie jest to wcale oderwane od rzeczywistości… Gdy szykowałam się do pisania tej recenzji, szukałam informacji na temat CDD i bardzo się zdziwiłam – mimo że problem jest znany niemal od początku XXI wieku, wciąż nie umiemy jednoznacznie określić jego przyczyn. Praktycznie na każdej z odwiedzanych stron znajdowałam inne hipotezy (bo inaczej nie da się tego nazwać, gdy występują w takiej ilości), a te najbardziej wiarygodne witryny mówiły wprost, że powód choroby do końca nie jest znany. Biorąc pod uwagę wagę problemu i skutki, jakie może przynieść, to dość niepokojące. Z drugiej strony – zabawne jak bezradny staje się wszechmocny człowiek, gdy natura płata mu psikusa.

Bardzo lubię książki, które oprócz rozrywki dają nam też okazję do przemyśleń i taka właśnie jest opowieść Mai Lunde. Trójpłaszczyznową historię poznaje się bardzo lekko i z wielką przyjemnością, a krótkie rozdziały nadają akcji dynamizmu. Płaszczyzna obyczajowa jest ciekawa, relacje międzyludzkie ukazane autentycznie, a najcudowniejsze jest to, że gdzieś w tym wszystkim wpleciona jest dodatkowa, naprawdę dobra treść. Ta historia to coś więcej niż losy rodziny – jednej, dwóch lub trzech; to opowieść w pewnym sensie o całej ludzkości, bo historie są uniwersalne, a tło niesamowicie prawdziwe. Moim zdaniem sztuką jest tak umiejętnie połączyć te dwa elementy, a efektem pracy autorki jestem zachwycona.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

poniedziałek, 7 marca 2016

Sue Monk Kidd, Ann Kidd Taylor – „Podróże z owocem granatu” [recenzja przedpremierowa]


Po przeczytaniu trzech książek Sue Monk Kidd, z których przynajmniej dwie pozostawiły po sobie naprawdę pozytywne wrażenie, jestem w stanie w ciemno wziąć w swoje ręce wszystko, co wyszło spod pióra autorki. Nawet jeśli nie zawsze przemawia do mnie fabuła, jestem pod nieustannym wrażeniem kobiecego aspektu jej opowieści i na ten walor najbardziej liczę. Sądzę, że nie mogłam zostać w tym względzie bardziej dopieszczona. Podróże z owocem granatu to książka inna wszystkie, a ja dodatkowo zafundowałam jej dość niestandardowe traktowanie – poznawałam ją wolno, urywkami, często od środka, by wreszcie przysiąść i na sam koniec przeczytać ją od deski do deski.

Zdecydowanie jest to najintymniejsza powieść w dorobku Sue Monk Kidd, ale też jednak z bardziej intymnych wśród tych, z którymi jak dotąd miałam do czynienia. Pisarka wraz z córką (która jest tu autorką równorzędną) stworzyła niezwykłą opowieść o kobiecości, macierzyństwie i relacjach międzypokoleniowych. Osią historii są podróże, jakie kobiety odbyły wspólnie w latach 1998-2000; Sue niedawno skończyła 50 lat i musiała zmierzyć się z bilansem życia, Ann natomiast była wówczas młodą, wchodzącą w dorosłość kobietą, przed którą świat stał otworem. W przeplatających się rozdziałach obie panie opowiadają o swoich wrażeniach z podróży, ale nade wszystko dzielą się z nami spostrzeżeniami na temat życia – odnajdziemy tu znajome dylematy, z którymi borykają się matki i córki na całym świecie. Ponadto ważnym elementem tekstu są różnorodne odniesienia do kultury i sztuki.

Nie przepadam za biografiami i autobiografiami, które nie wnoszą do mojego życia niczego nowego, jednak w przypadku Podróży… muszę przyznać, że choć jest to książka oparta na autentycznych wydarzeniach, ma niesamowite drugie dno. Dawno nie miałam w rękach opowieści, która tak niesamowicie afirmowałaby kobiecość ze wszystkimi jej blaskami i cieniami; praktycznie na każdej stronie odnaleźć możemy refleksje dotyczące poszukiwania własnej tożsamości, odkrywania siebie czy definiowania własnej osoby przez różnorodne role. Najszerzej omówionym aspektem jest oczywiście macierzyństwo – mit o Demeter i Persefonie stanowi ważny punkt odniesienia dla Sue, jednak opisane są także inne źródła. Fascynującym doświadczeniem jest odkrywanie, w jaki sposób autorka analizuje znane obrazy i interpretuje je poprzez pryzmat własnych życiowych doświadczeń.

Zdecydowanie jest to książka, którą poleciłabym wszystkim kobietom – zarówno tym młodszym, wchodzącym w dorosłe życie, jak i starszym, którym nieobce są pierwsze poważne bilanse i lęki. Każda z nas ma szanse odnaleźć tutaj bliskie sercu emocje i znane przemyślenia, czy to dotyczące nas samych, czy też chociażby relacji z tą najważniejszą kobietą, matką. Sama mam zamiar podsunąć tę książkę rodzicielce już w najbliższych dniach – jestem bardzo ciekawa, jak ona ją oceni i które punkty elementy spodobają jej się najbardziej. Jestem pewna, że opowieści takie jak ta są w stanie nie tylko uwrażliwić nas na drugą stronę, ale też w pewnym stopniu nas do siebie zbliżyć, bo pokazują siłę, jaka tkwi w tej specyficznej, międzypokoleniowej relacji.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.
Premiera 15 marca!

piątek, 5 lutego 2016

Katarzyna Grochola – „Ja wam pokażę!”, „A nie mówiłam!”

Jakiś czas temu pisałam Wam o nowej kolekcji książek Katarzyny Grocholi. Na początek na rynek weszły dwa tomy, a w nich cztery książki, czyli cały cykl Żaby i Anioły, najsłynniejsza chyba opowieść autorki. Tym razem miałam okazję nie tylko wrócić do znanej historii, ale też w końcu poznać jej zakończenie – jak dotąd miałam za sobą tylko trzy części i z wielką radością przyjęłam możliwość poznania ostatniej.

W drugiej połowie cyklu Judyta jawi się jako kobieta do bólu stereotypowa – jej zachowania są kompletnie przerysowane, wręcz karykaturalne. Bohaterka nigdy nie mówi, o co jej chodzi, ma kosmiczne wręcz humory, absolutnie wszystkim się zamartwia, a umiejętność szukania dziury w całym wyniosła wręcz do rangi sztuki. Na szczęście (i to zdecydowanie ratuje te książki), autorka zdecydowała się zrównoważyć zachowanie postaci dystansem i humorem. Widać wyraźnie, że to wszystko nie jest na serio, że to tylko ważna i użyteczna kalka; dzięki zabawnym elementom wiemy, że działania autorki w konstrukcji postaci są po prostu celowe.

Co ciekawe, jest to cykl który nie traci wraz z kolejnymi tomami. Oczywiście, jeśli już na początku się Wam nie spodoba, następne części prawdopodobnie tylko Was zdenerwują, jednak wiele osób, które lubią tę opowieść, wskazuje, że z każdą odsłoną jest coraz lepiej. Sama zauważyłam wyraźną poprawę warsztatu autorki, a także coraz lepiej wypadającą fabułę. Gdybym miała wybierać, moją ulubioną częścią jest zdecydowanie ta ostatnia – nie ma tu popularnego syndromu ostatniego tomu, czyli łączenia wątków na łeb na szyję; to po prostu należyte zakończenie całej tej opowieści.

Myślę, że cykl Żaby i anioły można polecić kobietom w każdym wieku, a na pewno takim, które lubią opowieści lekkie, łatwe i przyjemne. Wiem, że wielu z Was nie przypadł on do gustu, jednak mnie akurat odpowiada – zarówno humor, jak i styl Katarzyny Grocholi jest dla mnie przyjemny w odbiorze i pozwala mi na odprężenie i relaks, którego szukam w takiej właśnie literaturze. Poza tym nie ukrywam, że darzę tę opowieść sentymentem – zarówno książki, jak i filmy, to dla mnie symbole poznawania współczesnej, kobiecej literatury i może też dlatego tak wiele jestem w stanie tej opowieści wybaczyć. Lubię powiesci, które niczego nie udają i nie aspirują do miana arcydzieł – tu mamy po prostu czytadło, które ma za zadanie umilić nam jeden-dwa wieczory. W tym zakresie sprawdza się doskonale.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

piątek, 29 stycznia 2016

J.K. Johansson – „Venla”

Po zakończeniu drugiego tomu z dumą obnosiłam się z tym, że wytrwałam (wiem, że niektórzy dali sobie spokój już po części pierwszej); chyba doczekałam się kary za swoją pychę. Finał trylogii absolutnie nie spełnił moich oczekiwań, a potencjał, jaki w nim zauważyłam, został całkowicie zmarnowany.

Moja relacja z trylogią Miasteczko Palokaski była burzliwa i bardzo nierówna. Pierwszy tom najpierw mnie zaciekawił, by chwilę później naprawdę mocno zawieść; drugi natomiast dał nadzieję, że ta opowieść może mieć naprawdę niezły sens. Obie części pokazały zarówno pozytywną, jak i negatywną stronę historii, niestety w ostatniej uwydatnia się głównie ta druga. Prezentowane wydarzenia, choć jasno zmierzają do nieubłaganego końca, rozgrywają się za szybko, a samo rozwikłanie zagadek jest nie tylko nieprawdopodobne, ale bardzo słabo opisane. Wątki splatają się sprawnie, jednak ich wyjaśnienie nie jest w żadnym stopniu satysfakcjonujące. Bohaterowie, choć mieli wszelki potencjał, by stać się charakterystycznymi, mocnymi postaciami, nie doczekali się należytej wnikliwości ze strony autorów. Ich historie również pozostają niedopowiedziane.

Jak to bywa w skandynawskich kryminałach (np. u Monsa Kallentofta), głównej sprawie towarzyszy tło dotyczące międzynarodowego, a czasem wręcz globalnego problemu społecznego. Nie inaczej jest tym razem – z oczywistych względów nie mogę zdradzić, o jaką konkretnie sprawę chodzi, ale jest ona związana z dość powszechnym zjawiskiem, w dodatku całkiem „na czasie”. Szkoda, że i ten aspekt nie został do końca przemyślany i należycie wykorzystany, bo potencjał tematu jest naprawdę spory. Niestety, zamiast skupić się na nagięciu kilku faktów i rozpisaniu spójnej historii w oparciu o powszechną wiedzę, autorzy woleli stworzyć opowieść całkowicie nieprawdopodobną, w dodatku sztucznie zakrojoną na niemal całą Europę.

Na początku miałam w głowie myśl, że książka lepiej by wypadła, gdyby nie była podzielona na części – wtedy można by mówić, że ma aspekty mocniejsze i słabsze, że się rozwija bądź traci, no i odpadłby aspekt czytelników, którzy zrezygnowali po przeczytaniu Laury. Objętość książek również byłaby tutaj argumentem „za”. Niestety, gdy skończyłam czytać Venlę, zrozumiałam, że tej opowieści mógłby pomóc jedynie gruntowny remont – przebudowanie wątków, pozamykanie spraw, uargumentowanie wszystkich śmierci i umotywowanie działań bohaterów. Dopiero wtedy można by powiedzieć, że to opowieść warta przeczytania; w takim kształcie niestety mnie przyniosła jedynie rozczarowanie.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.


Laura  |  Noora  |  Venla

~*~

Kochani, korzystając z okazji, że jesteśmy jakoś w okolicy półmetku naszego konkursu, chciałam Wam o nim przypomnieć i zachęcić do udziału - wystarczy, że opowiecie nam (krócej lub dłużej) o organizacji swojej biblioteczki, a otrzymacie możliwość wygrania aż sześciu nagród, bo w puli są cztery książki i dwie gry. Po szczegóły zapraszam Was do posta konkursowego, czyli tutaj (klik).

niedziela, 17 stycznia 2016

Michael Katz Krefeld – „Zaginiony”

Komisarz Ravn zaliczył spektakularny sukces i, jak mogłoby się wydawać, wrócił do normalności. A że normalność dla niego oznacza coś zupełnie innego, niż w przypadku większości ludzi… Cóż, jedno jest pewne – z takim talentem do przyciągania nietypowych spraw nuda mu nie grozi, zwłaszcza jeśli wciąż będą do niego trafiały kobiety poszukujące bliskich, tak jak ma to miejsce także i tym razem.

Choć przy lekturze Wykolejonego sposób pisania Krefelda wydawał mi się oryginalny, przy zetknięciu z drugą częścią staje się on sprawą dość powszednią, okazuje się bowiem, że autor stosuje swój własny schemat i w oparciu o niego opowiada kolejną historię. Tym razem również poznajemy opowieść z trzech perspektyw, z których dwie bliższe są współczesności, a jedna sięga do bardzo dawnych lat. W czasach Ravna akcja wiąże się z pewnym zaginionym mężczyzną, który zniknął zaraz po tym, jak wykradł dużą sumę z banku, w którym pracował. Już na samym początku książki poznajemy przebieg wydarzeń z nim związanych i widzimy dokładnie, co jest prawdą, a co nie. Od pierwszych stron wiemy także, że zagadka będzie sięgała Niemiec roku 1989, obserwujemy bowiem kolejne sceny, które tam właśnie się rozgrywają. Jest to zabieg identyczny jak w Wykolejonym, z tym że w przypadku tamtej sprawy dawał on pełen ogląd na psychikę nieznanego sprawcy i stanowił od samego początku spójną opowieść, tu natomiast przez większość książki żadnych powiązań nie widzimy. Znając poprzedni tom, owszem, spodziewamy się, że fakty prędzej czy później złożą się w jakąś całość, jednak przez wiele stron zupełnie się na to nie zanosi.

Ze względu na opisany wyżej aspekt, odkrywanie historii tym razem lekko mnie męczyło – ciągle zastanawiałam się, jak to wszystko poskładać i o co może chodzić, jednak nie była to refleksja z tych przyjemnych, których tak bardzo szukamy w kryminałach. Z drugiej strony w żadnym wypadku nie pozwoliłabym na inne ułożenie wątków historycznych. Przyczyna jest prosta: to one są największą siłą „Zaginionego”. Wydarzenia z 1989 roku są nakreślone perfekcyjnie i doskonale odwzorowują ówczesny klimat, a bohater, któremu towarzyszymy, został stworzony naprawdę autentycznie. Krefeld zdecydował się na ukazanie czytelnikowi Niemiec okresu przemian – niebezpiecznych, trudnych czasów, w których nikt nie mógł być pewien swego, a ci, którzy nie byli w stanie się dostosować, wiele ryzykowali. W takim otoczeniu zarówno metody, jak i ogólna konstrukcja zdarzeń robi naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza że aspekt historyczny został potraktowany z naprawdę dużą wnikliwością.

Zbierając w całość wszystkie wrażenia po lekturze Zaginionego muszę powiedzieć, że nie jestem do końca usatysfakcjonowana. Kilka moich oczekiwań nie zostało spełnionych, a powieść w ogólnym rozrachunku odebrałam dość przeciętnie. Na szczęście kilka rzeczy pozostało niezmiennych – styl autora, humor Ravna i doskonała kreacja wątku historycznego. Powieść czyta się równie szybko jak poprzednią, choć może nie jest aż tak wciągająca. Mimo to jestem bardzo ciekawa kolejnych pomysłów autora i z pewnością będę chciała jeszcze sięgnąć po cykl z Krukiem, gdy tylko będzie taka możliwość.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

piątek, 8 stycznia 2016

Katarzyna Grochola – „Nigdy w życiu!”, „Serce na temblaku”

Jako nastolatka nie miałam szczególnie wysublimowanego gustu – właściwie czytałam głównie powieści dla młodzieży oraz popularną literaturę kobiecą. Poznałam wtedy wiele książek, do których dziś raczej bym nie wróciła, ale znajdzie się również kilka takich, o których wciąż myślę z sentymentem. Do drugiej puli należą powieści Katarzyny Grocholi, których poznałam kilka, ze szczególnym naciskiem na cykl Żaby i anioły otwierany najszerzej znaną powieścią autorki, czyli Nigdy w życiu!. Choć czytałam te książki co najmniej dwukrotnie, wciąż nie miałam swoich egzemplarzy, do którego mogłabym wracać, gdy najdzie mnie odpowiedni nastrój. Na szczęście z pomocą przyszło Wydawnictwo Literackie, które pod koniec zeszłego roku zdecydowało się na wznowienie tekstów Katarzyny Grocholi w nowym wydaniu – są to potężne tomiszcza, w których książki są „pakowane” po dwie. Na pierwszy ogień poszedł właśnie wspomniany przeze mnie cykl, a ja skrzętnie skorzystałam z okazji, aby ponownie po niego sięgnąć.

Nie będę udawała, że jest to książka w jakikolwiek sposób odkrywcza czy nowatorska; schemat, który jest w niej wykorzystany, pojawia się w wielu innych opowieściach. I oto mamy tutaj kobietę w wieku dojrzałym, od której odszedł niepoważny mąż; pozostawioną samą sobą i na domiar złego wychowującą córkę będącą w samym środku niewdzięcznego okresu buntu. Trzeba powiedzieć uczciwie, że fabuła książki jest dość prosta i przewidywalna niczym w klasycznej komedii romantycznej – ona nie chce znać mężczyzn, a gdy decyduje się poradzić sobie sama, na horyzoncie pojawia się prawdziwy Książę z Bajki, z którym wszystko wydaje się lepsze. Nie obywa się bez komplikacji, ale generalnie wszystko dąży nieubłaganie do szczęśliwego i cukierkowego happy endu. Tak jest i tego nie przeskoczymy, jednak z jakichś powodów zarówno książki, jak i filmy utrzymane w podobnym tonie cieszą się niesłabnącą popularnością nie tylko wśród niespełnionych gospodyń domowych, ale też pozostałych kobiet – praktycznie w każdym wieku i o każdym poziomie wykształcenia.

Mówi się, że Nigdy w życiu to lektura na jeden wieczór i ja się z tym zgadzam – książkę czyta się naprawdę szybko, bardzo lekko i przyjemnie. Z racji tego, że mamy do czynienia z pakietem, rozrywki starczy nam na dwa wieczory lub jeden leniwy dzień. Można powiedzieć, że to mało, jednak dla mnie jest to ilość idealna – przy większej jednorazowej dawce można by się lekko zmęczyć. Jeśli chodzi o poziom samej książki – jest on naprawdę dobry. Styl autorki jest przyjemny w odbiorze, a jego charakterystycznym elementem jest humor. Znajdziemy tu sporo celnych uwag, zabawnych komentarzy, a także przerysowanych i obśmianych stereotypów.

Cóż więcej mogę powiedzieć – nie jest to historia rozbudowana i ambitna, ale czyta się ją naprawdę bardzo lekko. Mnie styl Grocholi odpowiada w stu procentach i, choć bałam się ponownego spotkania z tymi książkami, z radością zauważyłam, że przez lata moje spojrzenie się nie zmieniło. Odbiór tej prozy będzie bardzo subiektywny, bo równie wielu jest jej krytyków, co zwolenników, jeśli jednak szukacie książki, która niczego nie udaje, a zapewnia nieco lekkiej i przyjemnej rozrywki, to śmiało mogę Wam polecić teksty Katarzyny Grocholi. To opowieści-odskocznie, przy których można się pośmiać i zrelaksować, choć oczywiście nic ponadto. Celne, ironiczne i do bólu babskie – to chyba najtrafniejsze określenia, jakich można użyć wobec dwóch pierwszych części Żab i aniołów; teraz czeka mnie spotkanie z kolejnymi.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

sobota, 5 grudnia 2015

Michael Katz Krefeld – „Wykolejony”


Detekryw Ravnsholdt nie należy do ideałów czy wzorców do naśladowania – od kilku miesięcy przebywa na przymusowym urlopie po tym, jak stracił nad sobą panowanie na komendzie, mieszka na zacumowanej przy nabrzeżu łodzi, upija się do nieprzytomności, wszczyna bójki i ogólnie rzecz biorąc stwarza sporo problemów. Mężczyzna dotkliwie przeżywa stratę żony i związaną z nią bezradność, nie jest w stanie postawić swojego życia na nogi. Dopiero prośba pewnej poszukującej córki kobiety jest dla niego pewnym światełkiem w tunelu. Czy detektywowi uda się pozbierać samego siebie na tyle, by być zdolnym do pomocy komukolwiek innemu?

Historię obserwujemy z trzech perspektyw czasowych: 1980, 2010 i 2013, a w każdej z nich towarzyszy nam inny bohater. Czasy najdawniejsze to opowieść o synu konserwatora zwierząt, zapis rodzinnej tragedii będącej udziałem chłopca. Kolejny jest związany z historią zniewolonej prostytutki, Maszy. Najbliższa współczesności jest natomiast opowieść o życiu Ravna i jego próbie wyjścia z dołka; o prywatnym śledztwie, jakie prowadzi na prośbę pewnej kobiety, oraz o całkiem oficjalnym problemie, z którym boryka się sąsiedni kraj, czyli Szwecja. Bo owszem, oprócz całej masy obyczajowości książka pozostaje kryminałem i mamy w niej trupy oraz tajemniczego, seryjnego mordercę – w Sztokholmie ktoś porywa prostytutki, wybiela ich ciała i umieszcza je na złomowisku niczym figury aniołów.

Wszystkie wymienione wyżej wątki splatają się już od samego początku. Czytelnik wie dokładnie, jakie są powiązania między postaciami i kto jest kim w tej patchworkowej opowieści. To nie jest kryminał, w którym całą naszą uwagę zajmuje pogoń za osobą sprawcy – znamy go, choć częściowo, i stopniowo zbieramy w całość informacje na jego temat. To, co dzieje się w naszej głowie przypomina raczej układanie puzzli, dobieranie do siebie kolejnych pasujących elementów i tworzenie własnego ciągu przyczynowo-skutkowego z danych pochodzących z różnych części opowieści. Dla mnie taka możliwość była bardzo przyjemna, choć w głębi serca liczyłam, że pod koniec czeka jakieś zaskoczenie. I wiecie co? Nie zawiodłam się!

Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie język i styl autora. Krefeld ma niesamowity talent do tworzenia przejmujących opisów – nieważne, czy chodzi o seks, zbrodnię czy bójkę, zawsze jest plastycznie i dokładnie w punkt. Przy tej książce przeżyłam wiele emocji, mimo że rzadko dzieje się tak, gdy czytam kryminały; ten okazał się dla mnie idealny. Podobało mi się też ukazanie świata – zwrócenie uwagi na układy, drogi kariery, rozbieżność między tym, co polityczne, a tym, co społeczne. Autor otwiera nam drzwi do brutalnego miejsca, o którym nikt z nas nie chce myśleć. Z kolei zabawnym dodatkiem było wskazanie charakterystycznych stereotypów panujących wewnątrz Skandynawii; tego, jak oceniają siebie nawzajem Szwedzi i Duńczycy.

Kilka słów warto dodać również na temat postaci – tutaj równie dużo jest wad, co zalet. Główni bohaterowie, czyli Ravn i Masza, wykreowani są spójnie, a ich doświadczenia odwzorowują zachowanie – widać wyraźnie, jak dokonują się w nich zmiany i w jaki sposób wyciągają wnioski z tego, co ich spotyka. Warto jednak wspomnieć, że sam komisarz, choć w niesamowity sposób wzbudza naszą sympatię, nie jest nikim niezwykłym, a przynajmniej w zestawieniu z innymi bohaterami skandynawskich (i w sumie już nie tylko) kryminałów. To kolejna ofiara własnego życia, która nie jest w stanie stanąć na nogi, ale dziwnym trafem po powrocie do pracy nie tylko zaczyna radzić sobie coraz lepiej, ale wręcz przemienia się w superbohatera, który w pojedynkę atakuje całą mafię, z każdej opresji wychodzi niemal bez szwanku, a ewentualne rany leczy w jeden dzień. Inna sprawa, że popkultura potrzebuje takich postaci, a ja sama wprost uwielbiam o nich czytać.

Zbierając w całość wszystkie moje odczucia powiem, że Wykolejony to bardzo dobry kryminał, choć nieco inny niż te, które miałam okazję poznać do tej pory. Owszem, czasem zdarzało się, że równolegle z pracą śledczych obserwowaliśmy działania mordercy, jednak w tym przypadku perspektywa jest jeszcze inna – trzy obrazy składają się razem, uzupełniają i tworzą spójny, przemyślany ciąg. Z przyjemnością odkrywałam fragmenty tej układanki i naprawdę lekko płynęłam przez kolejne strony. Już nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejną część i liczę, że będzie utrzymana na podobnym poziomie.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Krzysztof Piskorski - "Cienioryt"

Serriva - miasto, na którym ciąży jednocześnie błogosławieństwo i klątwa. To tutaj promienie słońca są najsilniejsze, a tym samym cienie czarne niczym smoła. Owe cienie z łatwością mogą stać się bramą do cieńprzestrzeni - mrocznego odbicia naszego świata, w którym wszelkie prawidła rządzące rzeczywistością działają w odwrotny sposób. Łatwy dostęp do tej krainy daje wiele możliwości, niesie jednak ze sobą sporo zagrożeń. W Serrivie mieszka Arahon Y’Barratora: niegdyś najlepsza szpada południa, doświadczony żołnierz i szermierz. Dziś jest on najemnikiem, choć stara się zawsze postępować zgodnie ze swoim sumieniem. Jego życie zmienia się diametralnie, gdy jedno z wykonywanych zleceń przyjmuje nieoczekiwany obrót, a wydawałoby się prosta przysługa dla przyjaciela wplątuje Arahona w niebezpieczną przygodę, której przebieg nieraz związany będzie z tajemniczym światem cieńprzestrzeni…

Zacznę może od czegoś, co wybija się w tej książce na pierwszy plan, a mianowicie od kreacji świata. Jest ona dość specyficzna, bowiem w wielu aspektach Serriva przypomina Hiszpanię z okresu renesansu. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać pójściem na łatwiznę - wszak autor nie musiał wymyślić świata od zera, a jedynie zmodyfikować ten historycznie znany. W rzeczywistości jednak takie rozwiązanie jest jak najbardziej sensowne. Opisy wskazujące na podobieństwo Serrivy do hiszpańskich miast z połowy ubiegłego tysiąclecia nie zajmują zbyt wiele miejsca - pojawiają się stosunkowo rzadko, tylko w takiej ilości, jaka jest potrzebna, by czytelnik mógł te podobieństwa zauważyć. Ma to dwojakie znaczenie dla tekstu: raz, że czytelnik ma pewien punkt zaczepienia i może się dzięki temu łatwo odnaleźć w opisywanym świecie, a dwa: twórca mógł się skupić na tym, co wyróżnia wykreowaną przez niego rzeczywistość na tle naszej.

Wśród tych wyróżników zdecydowanie najważniejsza jest cieńprzestrzeń, mroczne oblicze świata, w którym znajduje się Serriva. Jeśli miałbym jakoś pokrótce opisać ten niesamowity pomysł, to powiedziałbym, że jest to koncept niejako zaczerpnięty z motywu cienia z Przygód Piotrusia Pana, tyle że sporo jego elementów zostało rozbudowanych, sporo do niego dopisano, a jeszcze więcej wywrócono na zupełnie nieznaną stronę. Pomysł Piskorskiego jest ewenementem - z jednej strony przedstawia on coś, czego w dużym stopniu ludzkimi zmysłami nie dałoby się odczuć, a jednak wszystkie opisy cieńprzestrzeni z łatwością do mnie przemawiały. Przyznaję, że zrobiło to na mnie niemałe wrażenie.

Atutem Cieniorytu jest wyjątkowo przemyślana fabuła. Pełno tu zaskakujących zwrotów akcji, które wręcz wywracają całą historię na drugą stronę. Wielokrotnie okazuje się, że z pozoru błaha, rzucona mimochodem informacja ma naprawdę duże znaczenie dla losów bohaterów, a ujawniane przed czytelnikiem tajemnice pozostawiają czytelnika w osłupieniu (zdecydowanie prym na tej płaszczyźnie wiedzie moment, w którym ujawniona zostaje tożsamość narratora). Przyznam się też, że po raz chyba pierwszy w życiu wykorzystanie zbiegu okoliczności do popchnięcia fabuły w określonym kierunku nie tylko nie wydawało mi się naciągane, ale wręcz użyte w możliwie najbardziej właściwy sposób.

Na kilka słów uwagi zdecydowanie zasługuje język tekstu. Bogaty w wyszukane słownictwo i ciekawe formy rodem z awanturniczych powieści czynią powieść niezwykle barwną, co z początku przysparzało mi nieco kłopotów. Wgryzienie się w specyficzny styl narracji nie należało do najłatwiejszych i wymagało ode mnie odrobiny samozaparcia. Z czasem lektura stała się płynniejsza, nie było to jednak spowodowane tym, że przyzwyczaiłem się do języka - po prostu z czasem sposób narracji oddaje prym fabule i by nie odciągać od niej uwagi czytelnika staje się po prostu przystępniejszy. Oczywiście dalej czuć w nim ducha powieści płaszcza i szpady, a i czasami w niektórych sytuacja powraca on w przyjemny sposób na pierwszy plan.

Z reguły staram się nie czytać opinii o książce przed napisaniem recenzji - nie chcę się sugerować tym, co po jej lekturze przeczytali inni. Tym razem było inaczej: gdy wystawiałem Cieniorytowi ocenę na jednym z portali, byłem zaskoczony, jak wiele opinii dalece odbiega od mojej. Postanowiłem się w nie wczytać i powiem Wam tyle: większość niedogodności, jakie zostały wskazane, dla mnie była niezauważalna. Rozumiem podnoszony przez niektórych zarzut niedostatecznego ukazania świata, bo faktycznie można czasem odczuć pewne braki w jego opisaniu, jednak z drugiej strony mi nie sprawiło to problemu: sporo domyśliłem się, czy może raczej dopowiedziałem sobie poprzez szukanie analogii do historycznej Hiszpanii. Z kolei twierdzenie niektórych, jakoby pewne zagadnienia dotyczące cieńprzestrzeni nie zostały odpowiednio wyjaśnione, to w moim odczuciu pewna zaleta. Przeciętny mieszkaniec Serrivy również nie wie dokładnie, jak funkcjonuje świat cieni oraz związane z nim zjawiska i wynalazki, zatem tłumaczenie działania wszystkiego byłoby co najmniej sztuczne. Co więcej, nierzadko gdy jakaś informacja się koniec końców pojawiała, to była w pewien sposób ukryta w tekście i jej wyłapanie przynosiło mi niemałą satysfakcję.

Gdy tylko pierwszy raz usłyszałem o Cieniorycie od razu wyrobiłem sobie wobec niego pewne oczekiwanie, przez co niejako bałem się po niego sięgnąć z obawy przed zawodem. Jakiś czas później Krzysztof Piskorski został dzięki tej książce uhonorowany nagrodą Zajdla w kategorii powieść, co rzecz jasna jeszcze bardziej wzmogło wymagania, jakie stawiałem wobec tekstu. Teraz, po lekturze, zdecydowanie mogę stwierdzić: było warto. Cienioryt nie tylko w pełni spełnił moje oczekiwania, ale i wykroczył poza nie, niejednokrotnie zaskakując mnie ciekawymi rozwiązaniami i zwrotami akcji. Moim zdaniem to niewątpliwie czołówka polskiej fantastyki.