Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 stycznia 2021

Wojciech Mann, Katarzyna Kubisiowska – „Głos”

O rozmowie Katarzyny Kubisiowskiej z Wojciechem Mannem opowiadałam już co nieco na Instagramie, chciałabym jednak również tutaj odnotować kilka zdań. Trzeba Wam wiedzieć, że nie jestem wielką fanką wywiadów. Życie i poglądy znanych osób zwykle nie interesują mnie na tyle, by poświęcać im uwagę. Jednak tym razem czułam, że bohater jest na tyle ciekawy, że lektura przyniesie mi realną wartość.

Nie myliłam się!

Już od pierwszej strony zachwyciłam się. Najpierw podejściem autorki do samej postaci Wojciecha Manna, o którym opowiada we wstępie. Potem sposobem prowadzenia tej rozmowy. Aż wreszcie samą treścią, do której z pewnością jeszcze nie raz wrócę. 

W Głosie podoba mi się wiele rzeczy. To, że na kolejnych stronach widać zmieniającą się relację między rozmówcami. Sposób, w jaki Katarzyna Kubisiowska towarzyszy Wojciechowi Mannowi, sprytnie zachęcając go do rozwijania myśli i tematów, a jednocześnie ustępując pola, by jasne było, kto jest gwiazdą tej książki. Opowieści WM o młodości, początkach kariery w radiu, komunistycznej rzeczywistości, ścieżkach kariery, zawodowych dylematach, ale też o życiu prywatnym i prywatnych przemyśleniach. Dobra energia między autorami, którą można wyczuć w słowach. Naturalne i urocze wtręty żony Pana Wojciecha, która pozostaje gdzieś obok podczas rozmów.

A nade wszystko podoba mi się, że Głos jest taki w sam raz pod względem treści i objętości. Nie ma tu szukania taniej sensacji, a gdy temat się wyczerpuje – zanika. Książka nie jest za długa, a na pewno nie jest sztucznie wydłużana, jak to często z wywiadami-rzekami bywa.

Lekturę polecam z całego serducha. Na pewno do podsunięcia rodzicom czy dziadkom, którzy Pana Wojciecha lubią i pamiętają początki jego kariery. Ale też dla nas, z pokolenia jego syna, jako namiastkę kontaktu z tak inteligentnym, doświadczonym, wyważonym i interesującym człowiekiem.







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.


wtorek, 8 grudnia 2020

Marek Krajewski – „Moloch”

Breslau, 1928, szpital psychiatryczny przy Kletschkau Strasse. Eberhard Mock staje twarzą w twarz ze swą dawną kochanką. Jej córka i syn zostali porwani, a ślad po nich zaginął. Od śmierci ukochanej Sophie nic nie wstrząsnęło Mockiem równie mocno jak to spotkanie. Hedwig postradała zmysły: o morderstwo dzieci oskarża własnego męża.

Krok po kroku Mock odkrywa upiorne powiązania między tajnym stowarzyszeniem okultystycznym a budowniczymi miasta przyszłości w centrum Wrocławia. Nawet nie domyśla się, jak potężne siły śledzą każdy jego krok. (opis wydawcy)

Rok 2020 był na tyle trudny i obfitował w tak wiele dziwnych zdarzeń, że niemal całkowicie przestałam czytać kryminały. Po prostu nie potrzebowałam dodatkowej dawki adrenaliny, a perspektywa babrania się w rynsztokach umysłów morderców, podczas gdy sama balansowałam na cienkiej linii emocji, zupełnie mnie nie przekonywała. Na szczęście grudzień przyniósł uspokojenie, a ja wróciłam do mojego ukochanego literackiego gatunku. I to od razu z przytupem, bo zaczynając od autora, z którym nie miałam nigdy wcześniej do czynienia. Tak, tak, Moloch to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marka Krajewskiego! Jak zatem wypadło i, co najważniejsze, czy będą kolejne?

Muszę przyznać, że odczucia po lekturze mam mieszanie. Na pewno już na samym początku zachwyciłam się doskonałym językiem, jakim posługuje się autor. I nie chodzi już nawet o stylizowanie go na dawny (powieść rozgrywa się głównie w międzywojniu, choć ma wstawki z różnych okresów), ale o samo bogactwo i zręczność konstrukcji zdań. Opisy zarówno miejsc, jak i postaci czy emocji wychodzą Markowi Krajewskiemu świetnie, a jego proza jest bardzo intrygująca. Pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale dla mnie lektura była przyjemnością.

Bardzo podobała mi się również sama zagadka kryminalna: powiązania na wysokim szczeblu przeplatane z życiem prywatnym głównego bohatera, a do tego wątki okultystyczne... Bardzo udana mieszanka! Czytając, byłam ciekawa, co wydarzy się dalej i jakie rozwiązanie przygotował dla nas autor. Byłam zaintrygowana w trakcie i zaskoczona pod koniec, czyli dokładnie tak, jak powinno być. Dodatkowym atutem jest to, że zagadka jest wielowymiarowa, a skutki całej sprawy sięgają znacznie dalej, niż mogłoby się wydawać.

Mimo tych zalet, podczas czytania miałam kilka zgrzytów. Powieść pełna jest brutalnych scen (co mnie osobiście nie przeszkadza, ale może ktoś z Was tego nie lubi, wiec ostrzegam) i nie wszystkie są moim zdaniem opisane zręcznie. Gdy bohaterowie zaczynali działać w nerwach, a poziom emocji rósł, wszystko stawało się jakby zupełnie nienaturalne. Zmieniał się język opisu, dialogi toporniały, a przez to punkty fabuły, które powinny najbardziej przyciągać uwagę, zatrzymywały mnie i cały impet wygasał. Być może to kwestia samego języka (nie wiem, czy czytałam kiedyś tak stylizowany kryminał, więc chyba nie mam punktu odniesienia), a może faktu, że jestem przyzwyczajona do innych form. Cokolwiek by to nie było, sprawiło, że lektura nie była tak płynna, jakbym tego chciała. 

Czy sięgnę zatem jeszcze po którąś z książek o Eberhardzie Mocku? Prawdopodobnie tak. Skutecznie zachęca do tego sam autor, który, dzięki skrupulatnym przypisom, przypomina nowym odbiorcom serii, jak wiele wspaniałych przygód przeżył jego bohater. Gdy tylko któraś z postaci wraca myślą lub słowem do jakichś wydarzeń z innych książek z serii, na czytelnika czeka odnośnik, który informuje o jaką dokładnie powieść chodzi. Przyznaję zatem: kilka wątków zaintrygowało mnie na tyle, że chciałabym poznać je lepiej. Poza tym Mock to naprawdę ciekawy gość!



wtorek, 14 kwietnia 2020

Niewiele jest rzeczy, których naprawdę mamy powód się obawiać || Chiara Parenti – „Sztuka sięgania gwiazd” [przedpremierowo]

Sole żyje w świecie pełnym schematów. Mieszka z rodzicami i w dużej mierze od nich uzależnia decyzje. Czyta w kółko tę samą książkę. Pracuje w niewielkim supermarkecie, u człowieka, którego zna od dziecka, spotykając na swojej drodze wciąż te same osoby. Jada zawsze w tym samym lokalu i dostaje specjalne, bardzo okrojone danie. Zdaje się, że ma wszystko pod ścisłą kontrolą, nieprawdaż? 

Niestety życie pisze własne scenariusze. Gdy przyjaciółka Sole, spontaniczna i energiczna dziewczyna, ginie w tragicznych okolicznościach, gruby mur otaczający bohaterkę zaczyna powoli pękać. Podążając za ostatnim prezentem, reakcjami otoczenia i coraz głośniejszym głosem wewnętrznym, Sole postanawia podjąć wyzwanie i zacząć robić rzeczy, których do tej pory panicznie się bała. Jedną po drugiej. Dzień po dniu. 

Sztuka sięgania gwiazd to jedna z tych opowieści, które dosłownie mnie pochłonęły. Przeczytałam ją niemal na raz, właściwie od razu po tym, jak wpadła w moje ręce, a na dodatek na pewno zostanie ze mną na dłużej. Historia Sole, która stworzyła listę 100 lęków i każdego dnia stara się przełamywać jeden z nich, jest z jednej strony abstrakcyjna, z drugiej zaś całkowicie możliwa do zrealizowania. Uważam, że takie historie wyjątkowo chwytają za serce, bo właściwie wiemy, że nigdy nie przydarzą się nam, a z drugiej strony podskórnie czujemy, że MOGŁYBY nam się przytrafić! I nagle chcemy być trochę jak główna bohaterka, która wciąż się boi (jak my!), ale nie pozwala swoim lękom dłużej nad sobą dominować.

W tym właśnie zawiera się subiektywne poczucie, że książka jest "inspirująca", które stoi za fenomenem Sztuki sięgania gwiazd

Sama historia Sole zawiera kilka dość oklepanych schematów: bohaterkę, która wszystkiego się boi, szereg konfrontacji, których musi dokonać, by doszło do wielkiej przemiany, a to wszystko okraszone stratą i tym, jak możemy się z nią pogodzić. Podczas lektury widziałam klisze, ale, prawdę mówiąc, miałam je totalnie gdzieś. I moim zdaniem w tym miejscu przebiega granica między pozytywną, a negatywną oceną tej powieści. 

Uważam, że książka Chiary Parenti ma wszelkie szanse, by stać się światowym bestsellerem (o ile jeszcze nim nie jest). Podejmuje nośne tematy, z którymi każdy z nas kiedyś będzie musiał się zmierzyć. Pokazuje życie, które wiele z nas chciałoby wieść (mam tu na myśli to, w którym nie dajemy się własnym lękom, nie to, w którym skaczemy ze spadochronem. ;)). Daje nadzieję, że choć wszyscy bardzo się boimy, większość z naszych lęków dotyczy bardzo niegroźnych spraw. I wskazuje, jak wiele możemy sobie odebrać, gdy pozwolimy, by rządził nami strach. 

Dla mnie historia Sole była jak powiew ciepłego, wiosennego wiatru – niosła nadzieję i dużo energii. Polecam ją wszystkim, którzy, jak ja, motywacji szukają na zewnątrz i muszą wciąż się stymulować odpowiednimi treściami, by działać. Polecam też tym, którzy lubią historie o wyzwaniach i bohaterki, które biorą sprawy w swoje ręce i stają życiu naprzeciw. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 15  kwietnia!

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Malcolm Gladwell – „Punkt przełomowy”

Malcolm Gladwell – jeden z najbardziej znanych myślicieli współczesności, nieustraszony tropiciel schematów i prawd rządzących światem, obserwator i komentator rzeczywistości. Jego książki polecano mi już z naprawdę różnych stron: w kontekście marketingu, mody, sprzedaży, budowania marki osobistej, socjologii, filozofii czy nawet psychologii. No dobra – pomyślałam zatem – sprawdźmy, co i jak. Skoro tylu moich znajomych jest nim zachwyconych, co może pójść nie tak?

Nie będę Was okłamywała – stwierdzenie, że Punkt przełomowy pochłonął mnie od pierwszej strony i nie wypuścił aż do ostatniej, byłoby sporym nadużyciem. Prawdę mówiąc przy pierwszym podejściu odłożyłam tę książkę już na samym początku i nie miałam zamiaru nigdy do niej wracać. Kwarantanna zrobiła jednak swoje i ostatecznie, z braku lepszych pomysłów, zrobiłam drugie podejście. Przemogłam się, a po około 100 stronach zaczęło mi się nawet podobać!

Pod względem treści Punkt przełomowy jest bardzo interesującą książką. Autor nie tylko przekonuje w nim, że wiele społecznych zjawisk cechuje się dynamiką podobną do epidemii, ale też opisuje czynniki, które są niezbędne, by taka "epidemia" miała szansę wybuchnąć: prawo garstki, czynnik przyczepności oraz siłę wpływu środowiska. Na przykładzie zmniejszenia przestępczości w Nowym Jorku, rosnącej popularności pewnego modelu obuwia czy tworzenia idealnego programu dla dzieci (a także wielu innych), omawia kluczowe elementy prowadzące do tzw. punktu przełomowego. Czyli tego, w którym zmiany stają się widoczne i spektakularne. 

Kolejne rozdziały książki odsłaniają przed czytelnikiem mnóstwo nowych faktów. Wraz z autorem podróżujemy w miejscu i czasie, poznajemy szereg barwnych postaci i wyciągamy wnioski, które mogą posłużyć nam zarówno do zrozumienia spraw wielkich, jak i w codziennym życiu. Malcolm Gladwell z dużą płynnością przeskakuje między ważnymi i wzniosłymi tematami społecznymi a perspektywą zwykłych odbiorców. Podając przykłady, odwołuje się do wyobraźni przeciętnego człowieka, co sprawia, że poruszane tematy, choć bardzo naukowe, są nam bliskie i w pełni zrozumiałe. 

Bardzo podobała mi się również konstrukcja książki przypominająca nieco wykład, a raczej cykl wykładów oscylujących wokół głównego tematu. W kolejnych rozdziałach Malcolm Gladwell stosuje szereg zabiegów retorycznych, które mają na celu podtrzymanie spójności wypowiedzi, nawiązanie do wcześniej prezentowanych faktów oraz powtórzenie ich, co pozwala czytelnikowi na lepsze zapamiętywanie. 

Skoro temat i zamysł książki są ciekawe w czym leży problem, który wywołał mój początkowy dystans? Chodzi mi o styl, w jakim napisany jest Punkt przełomowy. Wiele się nasłuchałam o tym, jak lekko i wciągająco pisze Malcolm Gladwell i nastawiałam się na naprawdę luźną lekturę. Później jednak uświadomiłam sobie, że opinie te pochodziły od osób, które czytały autora w oryginale. Nie wiem (i raczej nie będzie już mi dane sprawdzić), czy angielska wersja Punktu przełomowego jest bardziej przystępna. Mogę tylko powiedzieć, że polskie tłumaczenie jest raczej sztywne i dość akademickie (przynajmniej w moim odczuciu). 

Szczęście w nieszczęściu jest takie, że każda książka Gladwella wydana w Polsce jest tłumaczona przez kogoś innego. Jest to dla mnie zabieg kompletnie niezrozumiały, jednak w tym przypadku cieszę się bardzo, bo być może następne podejście przyjdzie mi nieco łatwiej. 


piątek, 3 stycznia 2020

Magdalena Kordel – „Nieświęty Mikołaj”

Jaśmina od dziecka miała niezwykły dar: gdy tylko nauczyła się robić na drutach, spod jej ręki zaczęły wychodzić przedmioty o niemal magicznym charakterze. Czapki, szaliki, rękawiczki – wszystko to zdawało się nie tylko żyć, ale też wchodzić w interakcje z osobą, która je nosi. Wielka szkoda, że los poskąpił naszej bohaterce wrażliwości w innych dziedzinach życia, bo być może zdołałaby uniknąć tragedii, która wywróci jej życie do góry nogami. A tak została z niczym, porzucona przez partnera, który zdążył wpakować ją w długi tak wielkie, że prawdopodobnie pochłoną cały jej majątek. Na szczęście, mimo straconych złudzeń, Jaśmina może liczyć na wsparcie przyjaciółek i rodziny, a także pewnego małego chłopca, z którym przypadkiem zetknął ją los.

Nieświęty Mikołaj to moje pierwsze spotkanie z prozą Magdaleny Kordel i muszę przyznać, że chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do jej stylu. Autorka pisze w bardzo bogaty sposób, a jej bohaterowie są rozgadani i skorzy do dygresji. Zdania są długie, rozbudowane i wymagają od nad chwili skupienia. Czy to wada? Absolutnie nie! W przeciwieństwie do wielu pisarzy, którzy silą się na rozbudowane akapity, nie umiejąc dobrze ich skonstruować, Magdalena Kordel robi to naprawdę zręcznie. Jestem jej stylem zachwycona!

Dodatkowo w parze z dobrym piórem idzie również umiejętność kreowania bohaterów i fabuły w sposób, który angażuje czytelnika. Zarówno wątek Jaśminy, jak i małego Julka, chwytają za serce i pochłaniają bez reszty. Chcemy odkryć, co się wydarzyło (w przypadku chłopca) i jak zakończy się trudna sprawa (w przypadku obojga). Losy bohaterów nas obchodzą i wywołują w sercu to szczególne poruszenie, którego tak bardzo szukamy w powieściach obyczajowych. I choć w tej książce Święta jako takie nie są najważniejszym elementem układanki, cały czas czujemy tę wyjątkową atmosferę: ciepło, bliskość, zrozumienie, wsparcie, na które mogą liczyć bohaterowie... 

A'propos wsparcia – jestem przeszczęśliwa, że na rynku mamy coraz więcej powieści obyczajowych, w których zamiast klasycznego romansu, stanowiącego lek na całe zło, mamy opowieść o sile jednostki i tej płynącej z otoczenia. O tym, jak ważne jest budowanie relacji z ludźmi, którzy będą przy nas również w złych chwilach i o tym, że wszystkie błędy można naprawić. To właśnie (do spółki ze stylem autorki) stanowi o wartości tej historii i o tym, że z pewnością jeszcze do niej wrócę. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 29 grudnia 2019

Najlepsze książki 2019 roku



Przyznam, że miałam poważną zagwozdkę z tym, jakie książki wybrać do tego zestawienia. W poprzednich latach zwykle pomysły same pchały mi się do głowy, a w tym... no cóż, niekoniecznie. Najlepsza pozycja, jaką przeczytałam w 2019 roku to niezły staroć – polską premierę miała w latach 70-tych ubiegłego wieku, a ja do podsumowań staram się wybierać pozycje wydane w ciągu minionych 12 miesięcy. Niestety na tle Ojca chrzestnego wszystkie inne książki wypadają blado. Chciałam, żebyście mieli to na uwadze.

Ostatecznie spięłam się jednak, siadłam do listy przeczytanych książek i gruntownie ją przejrzałam, żeby wybrać perełki, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie są może perfekcyjne, ale bardzo dobre; no i każdą z ręką na sercu jestem w stanie Wam polecić. Poniżej znajdziecie listę z krótkimi opisami, a tytuły oraz zdjęcia są linkami prowadzącymi do recenzji – ot, gdybyście chcieli dowiedzieć się o którejś czegoś więcej.





Miałam w tym roku w rękach kilka przyzwoitych kryminałów, ale najbardziej w pamięć zapadła mi właśnie Wada. To przyzwoicie skonstruowana powieść z ciekawą zagadką, w sam raz dla tych, którzy lubią powolne odkrywanie historii i wątki, w których elementów układanki musimy szukać w przeszłości. Zarówno książka, jak i bohaterowie skonstruowani są dość klasycznie, ale to zaleta, a nie (nomen omen) wada - dzięki temu książka jest "pewna", ale absolutnie nie wtórna czy przewidywalna.

Już w styczniu premiera trzeciego tomu (bo Wada jest środkowa w tej bardzo dobrej serii). Już nie mogę się doczekać!




To zdecydowanie nie jest pozycja dla każdego – ci, którzy mają tendencję do nadmiernego zamartwiania się i panikowania, mogą śmiało przejść do następnej książki w zestawieniu. Ale jeśli jesteście fanami opowieści o chorobach i ich rozprzestrzenianiu, zwłaszcza jeśli chodzi o współczesne mechanizmy, lekturę polecam Wam z całego serca.

Książka Soni Shah to opowieść pełna ciekawostek, ale też rzetelnej wiedzy z zakresu epidemiologii. Dowiadujemy się, w jaki sposób życie społeczne i polityka wpływają na rozprzestrzenianie się chorób, jak to się dzieje, że uśpione wirusy wracają i w jaki sposób zagrażają nam dzisiaj. Epidemia potrafi przerazić, ale też wciąga jak najlepszy kryminał. Moim zdaniem warto zaryzykować.



Obecność książki Amy Morin w tym zestawieniu nie powinna nikogo dziwić  w zeszłym roku również chwaliłam jeden z napisanych przez nią poradników. Jak widać autorka nie wyczerpała jeszcze tematu, bo kolejna książka trzyma poziom poprzednich i zawiera wartościowe treści.

Tym razem tematem przewodnim są kobiety i to, jak radzą sobie we współczesnym świecie. Podobnie jak w przypadku poprzednich publikacji autorki, tutaj również znajdziemy 13 rozdziałów poświęconych poszczególnym zagadnieniom związanym z naszym codziennym życiem. Zgodnie z myślą przewodnią tytuł każdego z nich zawiera negację, jednak nie nadaje to książce charakteru antyporadnika. Wręcz przeciwnie, poszczególne rozdziały stanowią skarbnicę pozytywnej wiedzy, popartej wieloma świetnie opracowanymi przykładami pacjentów (a w przypadku tej książki pacjentek), odwiedzających gabinet autorki na przestrzeni lat.



O, ta książeczka, to jest prawdziwy hit! Niepozorna, malutka, z minimalistyczną okładką – bardzo łatwo ją przeoczyć, gdy przeglądamy półki w księgarni. A jednak warto się nią zainteresować, bo skłania czytelnika do refleksji i pozwala na głębsze przemyślenia.

W kilku tematycznych rozdziałach zawierają się dialogi między dwojgiem psychologów, którzy dzielą się doświadczeniami i spostrzeżeniami na temat kobiecości. Dwie odmienne perspektywy, zarówno zawodowe, jak i płciowe, sprawiają, że opowieść jest pełniejsza i ciekawsza, a my jako czytelnicy mamy okazję ustosunkować się do zdań obojga autorów. Na przestrzeni niecałych 200 stron znajdziemy 10 rozdziałów poświęconych rozmaitym aspektom kobiecości: od córeczek tatusia, poprzez wykorzystywanie stereotypów, seks, macierzyństwo aż do wchodzenia w rozmaite relacje.



Na koniec zostawiłam thrillerową perełkę, co do której starałam się nie mieć oczekiwań (sami wiecie, jak to jest z książkami, które pojawiają się wszędzie – nie zawsze są tak dobre, jak mówią). I dzięki temu byłam bardzo pozytywnie zaskoczona! To książka niebanalna, wykorzystująca ciekawy, a jednocześnie mało eksploatowany w literaturze motyw, jakim jest relacja terapeuty i pacjenta, która z założenia powinna opierać się na dużej dawce zaufania.

W przypadku Anonimowej dziewczyny mamy dwie mocne bohaterki, subtelnie budowaną między nimi więź, a także zwroty akcji tak niespodziewane, że wywołują bardzo dużo emocji. Coś wspaniałego, ja dosłownie tę książkę pochłonęłam! I bardzo zazdroszczę wszystkim, którzy odkrywanie tej opowieści mają jeszcze przed sobą.


Ode mnie tyle, a teraz Wy dajcie znać, jakie książki z 2019 roku najbardziej Was zachwyciły! Chyba wszyscy szukamy inspiracji czytelniczych na 2020. ;)


wtorek, 24 grudnia 2019

Anders Hansen – „Wyloguj swój mózg” [przedpremierowo]

Święta to idealny czas, by pomyśleć o naszym bywaniu w świecie wirtualnym. I choć nie jestem zwolenniczką wszelkich detoksów (polegających na przykład na nie korzystaniu z mediów społecznościowych przez ileś dni), to zgadzam się, że jest coś niepokojącego w tym, że wiele z nas po prostu nie wyobraża sobie nawet jednego dnia offline. Żyjemy w świecie wielu bodźców, a telefon komórkowy i jego funkcje, zaprojektowane z resztą tak, by przyciągać naszą uwagę, dostarcza nam kolejnych. Nie pozostają one obojętne dla naszego mózgu.

Szwedzki psychiatra Anders Hansen w swojej książce stara się opisać nam, w jaki sposób nasz mózg radzi sobie w świecie, do którego nie jest w pełni przystosowany. Autor wskazuje, że postęp technologiczny, jaki dokonał się na przestrzeni ostatnich lat, jest jedną z największych i najszybszych zmian, jakie miały miejsce w całej historii ludzkości. A człowiek, choćby nie wiadomo jak się starał być istotą wzniosłą i duchową, jest w znacznej mierze zależny od własnej biologii, a konkretnie funkcjonowania mózgu. Ten z kolei jest narządem wolno adaptującym się do warunków zewnętrznych. 

Mówiąc krótko: postęp jest w stanie dokonać się w czasie jednego czy dwóch pokoleń. Ale ewolucyjna adaptacja mózgu już nie.

Muszę przyznać, że podczas lektury poznałam wiele ciekawych faktów. Autor przytacza wyniki rozmaitych badań i analizuje je pod kątem teorii ewolucyjnych i adaptacyjnych. Bardzo zainteresowały mnie hipotezy dotyczące depresji jako jednego z mechanizmów immunologicznych, a także eksperymenty dotyczące telefonu jako biernego rozpraszacza (tzn. że sama obecność telefonu jest dla naszego mózgu angażująca, nawet jeśli nie wyświetlają się na nim żadne powiadomienia). Ucieszyło mnie również, że autor sporo miejsca poświęcił mitowi podzielnej uwagi - wciąż spotykam osoby, które uparcie twierdzą, że coś takiego istnieje, podczas gdy wiele naukowych badań udowodniło już, że tak naprawdę mózg może jedynie szybciej bądź wolniej przełączać się między poszczególnymi zadaniami, co jest dla niego bardzo angażujące i obciążające.

Co ciekawe, mimo szumnego tytułu w trybie rozkazującym (przynajmniej po polsku), Hansen nie skupia się w swojej książce na zachęcaniu, czy, broń Boże, zmuszaniu nas do czegokolwiek. Wyloguj swój mózg to opowieść dość neutralna w treści, która wiele pozostawia samemu czytelnikowi - w żadnym miejscu nie odczułam, że autor mówi mi, co powinnam robić i jak poprowadzić swoje życie. Myślę jednak, że ta książka może przynieść wiele pozytywnych zmian. Uświadomienie sobie, jak trudne jest dla naszego mózgu przystosowanie się do pełnego bodźców świata, który zmienia się jak w kalejdoskopie pozwala zrozumieć wiele codziennych spraw. Być może okaże się, że niektórym pomoże w skupieniu schowanie telefonu do szuflady, a inni docenią wartość ruchu i postanowią wygospodarować na niego dwa popołudnia w tygodniu. 

Niezależnie czy planujemy wcielać w życie jakieś zmiany, czy też chcemy poszerzyć swoją wiedzę o adaptacyjnych funkcjach mózgu, książka Andersa Hansena jest dobrym wyborem. Autor jest dobrym gawędziarzem i w ogóle nie odczuwamy, że mamy do czynienia z książką pełną naukowych treści. Poza tym tematyka jest bardzo bliska naszej codzienności. Mnie książka spodobała się na tyle, że w 2020 na pewno sięgnę po pozostałe teksty autora. W Polsce mamy dwa: Projekt zdrowie oraz W zdrowym ciele zdrowy mózg.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 15 stycznia!

wtorek, 10 grudnia 2019

Szymon Hołownia, Marcin Prokop – „Pół na pół”

Pewnie już o tym wspominałam, ale bardzo rzadko sięgam po biografie. Co do zasady nie interesuje mnie życie innych ludzi, nawet tych najbardziej znanych, poza tym bardzo trudno jest mi się zainspirować czyjąś drogą. Gdy już wpada w moje ręce opowieść o historii jakiejś znanej postaci, zwykle kusi mnie ona nie samym bohaterem, a wartością dodaną, na przykład w postaci humoru lub szczególnego spojrzenia autora na świat. 

W przypadku duetu Hołownia&Prokop taką spodziewaną wartością są pewne spostrzeżenia na temat szołbiznesu, kondycji społeczeństwa i życia codziennego, nierzadko bardzo trafne i okraszone odpowiednią dawką żartu. Obu Panów bardzo lubię i cenię, czytałam też poprzednie książki, które tworzyli w duecie: Bóg, kasa i rock'n'roll oraz Wszystko w porządku. I choć żadna z nich nie była tak bardzo biograficzna, jak Pół na pół, wszystkie trzy są zasadniczo do siebie podobne: w formie i sposobie wypowiedzi ich autorów. 

Tym razem punktem wyjścia dla opowieści jest dzieciństwo obu Panów, które przypadło na lata komunistycznego kryzysu i z tego względu jest wyjątkowo wdzięcznym tematem do opowieści (przynajmniej moim zdaniem). Autorzy starają się dotrzeć do tego, co i w jaki sposób ukształtowało ich osobowości oraz wartości, którymi kierują się w życiu codziennym. W następujących po sobie rozdziałach przepytują się wzajemnie w temacie kolejnych etapów dzieciństwa i dorastania. Choć ich zawodowe losy splotły się więcej niż raz, czytelnik nie będzie zaskoczony, że podejściem do życia i poglądami Panowie różnią się znacznie, przynajmniej w niektórych kwestiach. Dzięki temu dyskusja jest barwna i dynamiczna.

Od samego początku widziałam wyraźną różnicę między rozdziałami – te dotyczące Marcina Prokopa spodobały mi się znacznie bardziej. Powody są dwa. Jego historia, domowe realia, a także osobowość są mi znacznie bliższe niż dzieciństwo Szymona Hołowni, więc łatwiej było mi się utożsamić z opowiadaną historią, przynajmniej w jakimś stopniu. Poza tym to Hołownia jest w tym duecie zdecydowanie lepszym słuchaczem, więc rozdziały, w których to on stawał w roli dziennikarza, wydawały mi się znacznie przyjemniejsze. Choć obaj Panowie mają tendencję do przerywania wypowiedzi kolegi żartami, często złośliwymi (taki już urok ich relacji), Marcinowi Prokopowi takie wtrącenia zdarzają się zdecydowanie częściej. Mniej jest w nim ukierunkowania na drugą osobę, towarzyszenia jej w opowieści, a więcej oceniania i wpychania na siłę w rozmaite umysłowe szufladki. 

Na szczęście w miarę upływu kolejnych stron, gdy autorzy przechodzą od dzieciństwa do późniejszych lat, granice między rozdziałami coraz bardziej się zacierają. Wspólne doświadczenia sprawiają, że Panowie nie muszą już tak mocno starać się zrozumieć życiowej sytuacji drugiej strony, a mogą sobie pozwolić na swobodniejszą wymianę myśli, co zdecydowanie służy całej książce. Im dalej, tym więcej rozważań o tym, jak na przestrzeni lat zmieniało się dziennikarstwo, a także społeczeństwo, co obserwujemy na przykładzie pojawiających się na rynku a następnie znikających programów, gazet czy innych mediów. Jako czytelnicy mamy okazję zajrzeć za kulisy i lepiej zrozumieć popkulturowe mechanizmy.

Nie będę ukrywała, że rozmowę Szymona Hołowni i Marcina Prokopa czytałam z przyjemnością. Oprócz historii autorów, miałam też okazję zaobserwować ich wymianę myśli i doświadczeń, a wszystko to w bardzo lekkim stylu. Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę i uważam, że była naprawdę ciekawą lekturą.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 8 grudnia 2019

Katarzyna Kłosińska, Michał Rusinek – „Dobra zmiana” [przedpremierowo]

Kiedy wypatrzyłam tę książkę w zapowiedziach, miałam co do niej bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony staram się jak tylko mogę unikać tematów związanych z polityką – w myśl zasady, że źródła nerwów należy ograniczać do minimum, trzymam się z daleka od tego, co rozpala serca i umysły rodaków. Z drugiej zaś, mam niezwykle dużo sympatii dla pana Michała Rusinka i jego polonistycznych opowieści; jego nazwisko na okładce zawsze sugeruje mi, że dowiem się czegoś ciekawego, a przy okazji będę miała okazję nieco się pośmiać. Uznałam więc, że tym razem lekko nagnę przyjęte zasady i sprawdzę, co też autorzy mają do powiedzenia o języku rodzimej polityki. 

Od razu muszę powiedzieć, że książka jest zupełnie inna niż sobie wyobrażałam. Chyba miałam nadzieję na jakąś formę rozmowy między autorami albo luźniejszy tekst, który będzie efektem ich współpracy. Tymczasem Dobra zmiana to coś na kształt słownika, leksykonu znanych pojęć i powiedzeń z polskiego politycznego podwórka. Pół biedy, gdyby poszczególne definicje/opisy były w jakiś sposób dowcipne czy błyskotliwe; niestety w zdecydowanej większości przypadków to po prostu wyjaśnienia kiedy i w jakich okolicznościach dane sformułowanie zostało użyte i dlaczego zyskało tak dużą sławę, że pamiętamy o nim do dziś. Znajdziemy tam również naukowe w formie i treści dywagacje nad etymologią i wszelkimi odniesieniami, z jakimi wiążą się te pojęcia, a także szeroką bibliografię, z której korzystali autorzy podczas swoich badań. 

Kilkukrotnie miałam już styczność z podobną formą w tekstach prof. Bralczyka (500 zdań polskich, 1000 słów) i niestety nie jestem jej wielką fanką. Wspominałam o tym już przy okazji Dzieci czasu Eduarda Galeano: jak już siadam do książki, to czytam ją ciągiem przez godzinę, dwie, trzy. Sięganie po jakąś pozycję tylko po to, żeby przeczytać dwie strony, a potem odłożyć ją na kolejny dzień jest dla mnie kompletnie bez sensu. Z drugiej strony, gdy czytam wszystkie te leksykalne pozycje ciągiem, czuję się, jakbym pochłaniała encyklopedię – jeden fragment zupełnie nie łączy się z innym, a natłok wiedzy sprawia, że przestaję cokolwiek kojarzyć. 

Wychodzi na to, że przez własną nieuwagę chwyciłam za książkę, która nie miała prawa spełnić moich oczekiwań. Skusiło mnie nazwisko autora, którego bardzo lubię za humor i lekkie pióro, nie doczytałam jednak dość poważnych informacji z opisu okładkowego, że książka to "wynik wnikliwych obserwacji i badań prowadzonych przez Katarzynę Kłosińską i Michała Rusinka w latach 2015-2019 układający się w słownik języka władzy tego okresu". 

Dla kogo zatem nada się Dobra zmiana? Ciężko mi to jednoznacznie określić. Pod względem językowym książka jest dość wymagająca – czyta się ją jak podręcznik czy leksykon pełen specjalistycznego słownictwa, zdecydowanie nie jest to beletrystyka. Sama forma również nie pomaga w płynnej i przyjemnej lekturze. W moim odczuciu nie jest to pozycja dla każdego, kto interesuje się polityką, bo wielu z nas po prostu przez tę książkę nie przebrnie. Ale jeśli macie polonistyczne ciągoty i interesuje Was bardziej naukowe podejście do języka polityki, sięgajcie śmiało – znajdziecie tu konkretną wiedzę popartą badaniami.







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 11 grudnia!

poniedziałek, 2 grudnia 2019

6 przepięknych książek, które polecają się na prezenty (choć jeśli liczyć sztuki, wyjdzie ich znacznie więcej)



Ha! Jakbym po świątecznej gorączce w dziale marketingu miała mało prezentowników do opracowania, postanowiłam stworzyć jeszcze jeden, specjalnie dla Was – oczywiście książkowy! Nie chcę jednak skupiać się na konkretnych gatunkach czy seriach, a wyłącznie na aspekcie wizualnym. Moim zdaniem Święta to doskonały moment, aby sprezentować komuś bliskiemu (lub samemu sobie!) coś wyjątkowego, na co w ciągu roku zwykle szkoda nam pieniędzy. Coś, co będzie cieszyć nasze oczy i serca. A że na rynku mamy sporo przepięknie wydanych książek z rozmaitych gatunków, postanowiłam pokazać Wam kilka, które mnie osobiście najbardziej chwyciły za serce. 

Dla potrzebujących odrobiny magii




Muszę, po prostu muszę zacząć od Harry'ego Pottera, bo to on wiedzie prym wśród najpiękniejszych książek dostępnych na naszym rynku. Odkąd pojawiła się pierwsza edycja ilustrowana (a od tego wydarzenia minęły już 3 lata!), nie widziałam książki, która urzekłaby mnie bardziej. Głównie dlatego, że ona nie jest wzbogacona grafikami, tylko w gruncie rzeczy jest jedną wielką grafiką. Kojarzy mi się przez to z najlepszymi tytułami dla dzieci, choć prezentem będzie świetnym dla każdego fana serii, niezależnie od wieku.

A jeśli osoba, którą obdarowujecie, w miarę dobrze posługuje się angielskim (lub wręcz przeciwnie, dopiero się go uczy, bo Harry Potter świetnie się do tego nadaje), możecie wybrać dla niej jeszcze bardziej spersonalizowany prezent, czyli książki z serii w kolorach poszczególnych domów! To wydania rocznicowe (każdy tom pojawia się na rynku dokładnie 20 lat po premierze oryginału), dlatego w tej chwili dostępne są tylko 3, ale spójrzcie na to perspektywicznie – jeśli prezent się sprawdzi, macie z głowy pomysły na następne 4 lata! ;) I choć to angielskie wydania, może je dostać bez problemu w polskich sklepach, od ręki m.in. na Arosie czy w oficjalnym sklepie Allegro.

Dla tych, którzy się uczą (nie tylko w szkole)




Niezależnie, czy jesteśmy jeszcze dziećmi, studentami, czy też "zwykłymi" dorosłymi, stosunkowo często musimy się czegoś nauczyć. Pół biedy, jeśli mowa o zadaniach praktycznych – te jakoś łatwiej wchodzą do głowy, ale co z teorią? Języki, schematy postępowań, dane, a także wiedza szkolna przyswajana jest znacznie trudniej, głównie dlatego, że nikt nigdy nie nauczył nas, jak skutecznie się uczyć... Na szczęście Radek Kotarski, znany popularyzator nauki, wziął sprawy w swoje ręce, zebrał razem wiedzę o metodach, przetestował ją na sobie, a następnie przygotował dla nas niezwykle przystępną ściągę z wytrychów, jakie możemy zastosować w celu lepszego przyswajania wiedzy. 

Ogromnie żałuję, że tej książki nie było na rynku, gdy byłam na studiach lub nawet w liceum – sądzę, że moja nauka, zwłaszcza języków obcych, mogła być znacznie bardziej efektywna. Dlatego nie róbmy tego kolejnemu pokoleniu, niech chociaż ktoś uczy się skutecznie i z łatwością. A może nawet, o zgrozo, czerpiąc z tego przyjemność!

Co ważne, zarówno Włam się do mózgu, jak i nowe wydanie poprzedniej książki Radka Kotarskiego, Nic bardziej mylnego (to ta druga, otwarta książka na zdjęciu), można kupić wyłącznie na stronie wydawnictwa Altenberg. Znajdziecie tam również inne książki napisane przez internetowych twórców (np. Ewę Red Lipstick Monster, Rafała z kanału 7 metrów pod ziemią, Arlenę Witt czy Ulę Pedantulę). Sama mam kilka z nich i wiem, że wszystkie są naprawdę solidnie wydane, w dodatku każda z nich zawiera masę ciekawych informacji. 

Dla domorosłych historyków




A skoro już jesteśmy przy rozwoju i nauce: w czasach szkolnych miałam szczęście trafiać na dobrych historyków, którzy w swoim przedmiocie widzieli coś więcej niż tylko puste wkuwanie dat (którego szczerze nie cierpiałam i do którego wciąż nie mam ani serca, ani mózgu). To dzięki nim zrozumiałam, że choć nie jestem fanką chronologii, to uwielbiam, można by rzec, historię społeczną, mocno osadzoną w kontekstach i międzynarodowych powiązaniach. Dlaczego to wydarzenie, z pozoru błahe, miało tak znamienne skutki? I co do niego doprowadziło?

W taki sposób o historii opowiada Jakub Kuza, twórca facebookowego profilu Krótka historia jednego zdjęcia. Znajdziemy tam fotografie z całego świata, na których uwiecznione zostały mniej lub bardziej znaczące wydarzenia. Każde ze zdjęć opatrzone jest krótkim komentarzem kontekstowym, omawiającym, z jakich względów właśnie to zdjęcie warte jest uwagi. Czasem chodzi o konkretne osoby, czasem o uzupełnienie innej sytuacji, a innym razem o coś, co dopiero będzie miało się wydarzyć.

Książki Jakuba Kuzy (druga to świeżynka, wyszła około miesiąc temu), to świetne prezenty nawet dla tych, którzy na co dzień nie czytają zbyt wiele, ale na przykład interesują się historią, socjologią i naukami pokrewnymi. Te zbiory wyjątkowych ciekawostek, które na pewno zaskoczą niejednego czytelnika. 

Dla lubiących się bać




Przyszedł czas na peany pod adresem wydawnictwa, które specjalizuje się w podnoszeniu czytelnikom ciśnienia (bo wydaje mnóstwo horrorów), przy jednoczesnym łagodzeniu nerwów przepięknymi, niezwykle estetycznymi tomiszczami. Wydawnictwo Vesper, bo o nim mowa, zdecydowanie powinno zawitać pod choinkę każdego fana grozy! W ich ofercie znajdziecie zarówno literackie pierwowzory najbardziej znanych horrorów (jak np. Omen, Dracula czy Frankenstein), książkowe adaptacje tychże (Obcy), jak również autorskie powieści z rodzimego podwórka (Gałęziste). Co więcej, książki te często mają twarde oprawy, pełne są klimatycznych ilustracji, a w przypadku klasyków opatrzone stosownym posłowiem, opowiadającym o kontekstach.

U mnie stanowią ozdobę biblioteczki i jestem pewna, że wiele osób bardzo się z nich ucieszy. 

Dla żądnych krwi




Nigdy nie fascynowałam się Grą o Tron. Przez całe studia trzymałam się z daleka od serialu, który rozbudzał pasje wśród moich znajomych. Patrzyłam na współlokatorkę wyczekującą kolejnych odcinków jak narkoman na głodzie i nie potrafiłam zrozumieć tego fenomenu. Aż w końcu uznałam: dość tego, zbyt wiele mnie omija, może by tak spróbować jeszcze raz? I tak w kwietniu tego roku, tuż przed premierą ostatniego sezonu, nadrobiłam całość w tempie ekspresowym. A teraz przyszedł czas na książki!

Ilustrowana edycja Gry o Tron to nie lada gratka dla każdego fana serialu oraz prozy George'a R.R. Martina, ale uprzedzam - to prawdziwa cegła. 1000 stron doskonałej intrygi, ciekawych opisów oraz przepięknych rycin robi genialne wrażenie i wcale nie waży dużo (w każdym razie jak na swój gabaryt). Nie jest to może książka do torebki i podczytywania w drodze do pracy, ale umówmy się, standardowe wydania Martina też do poręcznych nie należą. Tak więc nie ma wymówek, by nie skusić się na te ślicznotki! W tym momencie mamy na rynku dwa pierwsze tomy serii (Starcie Królów to świeżynka, premierę miała w połowie listopada) oraz zbiór opowiadań Rycerz Siedmiu Królestw osadzone w świecie Westeros i pasujące do serii pod względem wielkości.

Dla pasjonatów mody




Last but not least dwie książki, które łączą w sobie duże stężenie ciekawej wiedzy, przepiękną oprawę graficzną oraz solidne wykonanie. Wspaniały prezent dla wszystkich, którzy interesują się modą, historią strojów, zależnością między ubraniami i innymi podobnymi tematami. 

Karolina Żebrowska na co dzień zajmuje się rekonstrukcją mody i prowadzi na youtubie kanał pełen filmów na temat strojów z lat minionych. I właściwie dokładnie o tym samym są jej książki. Pierwsza, Polskie piękno, to stuletni przekrój tego, jak zmieniała się moda na terenie naszego kraju, a także z jakich przyczyn stroje ewoluowały w takim a nie innym kierunku. Z kolei druga (nowość, która pojawiła się na rynku pod koniec listopada) stanowi subiektywny przegląd tych wydarzeń, które z perspektywy autorki wydają się być kluczowe dla historii światowej mody. W gruncie rzeczy jest to zbiór dobrze napisanych felietonów, które pełne są zaskakujących faktów. 

Obie książki zostały zilustrowane za pomocą ciekawych rycin i rysunków, a także zdjęć, na których sama autorka prezentuje stylizacje z różnych epok. 


niedziela, 26 maja 2019

Sonia Shah – „Epidemia”



Na przestrzeni wieków ludzkość wielokrotnie borykała się z różnego rodzaju patogenami. Rozprzestrzeniające się po świecie epidemie dziesiątkowały populację i siały spustoszenie praktycznie na całym globie. Dziś jednak zdaje się, że człowiekowi udało się ustabilizować sytuację dzięki szczepionkom i ogólnoświatowym systemom ochrony zdrowia. Ale czy na pewno?

Sonia Shah, amerykańska dziennikarka śledcza, zainteresowała się tematem epidemii, gdy sama zachorowała na lekoodporną odmianę gronkowca złocistego. W swojej książce postanowiła opisać mechanizmy rządzące epidemiami i przenieść je na współczesny grunt.

Epidemia to prawdziwe kompendium wiedzy na temat rozprzestrzeniania się patogenów. Sonia Shah wykorzystuje swoje lekkie pióro i umiejętność angażującego opowiadania, by przestawić nam najważniejsze fakty. Kolejne rozdziały prowadzą nas logicznym torem przez czynniki, wpływające na powstawanie nowych chorób (czy raczej przenoszenie ich na człowieka) oraz późniejsze ich rozprzestrzenianie i leczenie. Autorka płynnie łączy historyczne dane z różnych okresów (od starożytności, poprzez epidemie średniowieczne, aż do XIX-wiecznych wybuchów cholery) i doskonale je integruje – lektura jest płynna i naprawdę wciągająca, zupełnie nie czujemy ciężaru, który zwykle towarzyszy literaturze faktu.

Co ważne, autorka porusza naprawdę wiele aspektów związanych z epidemiologią. Znajdziemy tu mnóstwo zagadnień medycznych i biologicznych (siłą rzeczy, jeśli chcemy mówić o patogenach), jak również społecznych i politycznych. Sonia Shah zwraca uwagę na zachowania ludzi, które sprzyjają rozprzestrzenianiu się choroby, a także na postawę państw i organizacji międzynarodowych wobec szczepionek czy poszukiwania skutecznych leków. W dobie globalizacji to właśnie po stronie społeczeństwa leży wielka odpowiedzialność, a jednostkowe wybory mogą mieć znaczenie dla wielu tysięcy ludzi na świecie.

Już dawno nie miałam w rękach książki, która tak realnie poszerzyłaby moją wiedzę w jakiejś dziedzinie. I nie chodzi tu tylko o zrozumienie pewnych mechanizmów, choć i te są omówione bardzo dokładnie. Byłam zszokowana, jak "efekt motyla" ma swoje odzwierciedlenie również w epidemiologii – zmiany ekosystemu w jednym państwie mogą wpływać na zachorowalność w zupełnie innej części świata. Jednak Epidemia to również książka pełna ciekawostek (jakkolwiek zbyt lekko brzmi to słowo w kontekście śmierci wielu tysięcy ludzi). Dowiedziałam się na przykład, jak dokładnie działa przecinkowiec cholery, dlaczego ostatnio mamy do czynienia ze zwiększoną liczbą zachorowań na boreliozę, co sprawia, że ludzie bardziej boją się stosunkowo niegroźnej eboli, niż realnie zagrażających chorób oraz jak to się dzieje, że człowiek może zachorować na ptasią odmianę grypy (to było bardzo ciekawe, zupełnie się nie spodziewałam, jak wygląda taki łańcuch zachorowań i że niezbędne są w nim również świnie).

Na koniec chciałabym podkreślić, że Epidemia nie jest książką dla każdego. Jeśli jesteś wrażliwcem, masz tendencję do panikowania, wiadomości dotyczące katastrof wywołują u Ciebie silne emocje, a losy świata niepokoją Cię na tyle, że wieczorami nie możesz zasnąć, lepiej daruj sobie lekturę. Sonia Shah podaje wiele faktów, które mogą przerażać i zapewne taki jest cel ich zaprezentowania. Jeśli jednak stanowisz jednostkę odporną, a Twoja psychika nie ma skłonności do wyolbrzymiania, z całego serca mogę polecić Ci tę lekturę. Wciąga jak dobry kryminał, a przy tym znacząco poszerza horyzonty.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

wtorek, 21 maja 2019

Tomasz Kwaśniewski – „W co wierzą Polacy?”



Religie, zabobony, rytuały, tarocistki, jasnowidze, szeptuchy, czarne koty, plucie przez lewe ramię, klątwy, egzorcyzmy i oczyszczanie energii. Jedni z nas wrzucają to wszystko do jednego wora i stanowczo się odwracają, inni wybierają elementy, które mieszczą się w ich światopoglądzie, a jeszcze inni patrzą łaskawym okiem na wszelkie przejawy rytualnej duchowości. Mówi się, że żyjemy w katolickim kraju. A w co tak naprawdę wierzymy?

Nagradzany reporter Tomasz Kwaśniewski postanowił przyjrzeć się polskiemu rynkowi usług ezoterycznych: od wróżących z kart, poprzez jasnowidzów, aż do spirytystów i bioenergoterapeutów. Odwiedził wielu z nich w ich własnych gabinetach i domach, wypróbował różnorodne rytuały, przeprowadził też wiele rozmów z ludźmi ze swojego otoczenia na temat tego, w co wierzą i jak przekłada się to na ich życie. Wynik tego śledztwa niejednego zaskoczy, okazuje się bowiem, że Polacy bardzo chętnie korzystają z podobnych usług, choć na każdym kroku deklarują się jako sceptycy. 

Ogromną zaletą tej książki jest styl Tomasza Kwaśniewskiego. Chyba nikt nie pisze jak on: ze swadą, humorem i lekkością, która zachwyca na każdej kolejnej stronie. Choć to reportaż, a w wielu miejscach wręcz pamiętnikowy zapis wydarzeń z kolejnych dni, wszystko pochłaniałam z nieskrywaną przyjemnością. I mimo że podchodziłam do tej książki z wielkim dystansem – to znaczy niby chciałam ją przeczytać, bo temat mnie interesował, ale jakoś nie mogłam się zebrać – to ostatecznie pochłonęłam ją niemal na raz. Od pierwszego rozdziału wiedziałam, że o czymkolwiek nie opowiadałby autor, ja pójdę za jego słowami.

Bardzo podoba mi się to, że mimo żartobliwego (czy też raczej ironicznego) charakteru wielu fragmentów, książka pozwala nam na samodzielne wyciąganie wniosków. Tomasz Kwaśniewski nie prowadzi nas za rączki mówiąc: patrzcie, to manipulanci, a to ciemny naród. Nie. On pokazuje, opisuje pewne zjawiska, które następnie sami możemy zinterpretować. Dostarcza nam faktów, nad którymi zastanawiamy się sami. Tak moim zdaniem wygląda rzetelne dziennikarstwo. Autor wykonał tytaniczną pracę, odwiedzając dziesiątki wróżek oraz wróżów i poznając ich pracę, włożył też z pewnością sporo wysiłku w eksperyment, który został opisany na końcu książki. 

I sama nie wiem, czy po lekturze ubolewam nad stanem polskiego społeczeństwa (jak niektórzy), czy jednak dryfuję w stronę "wszystko mi jedno", jak w przypadku wielu spraw. Nie jestem pewna, czy między wiarą w czarne koty a ruchem antyszczepionkowym można postawić znak równości (bo przecież olaboga, ciemny naród i jak można wierzyć w takie bzdury). Jestem w stanie zrozumieć, że komuś może być łatwiej iść do wróżki niż do psychologa (bo w wielu miejscach ten drugi wciąż jest synonimem stygmatyzacji), a jeśli wróżka ta powie człowiekowi, że siedzi w jakimś złym schemacie? Doskonale rozumiem też potrzebę odrobiny magii w naszym życiu, podobnie jak wiem, w czym pomaga głęboka wiara (w jakiegokolwiek boga). I tak sobie myślę, że moglibyśmy tych wszystkich zjawisk aż tak nie demonizować.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

czwartek, 2 maja 2019

Jakub Kuza – „Krótka historia jednego zdjęcia” [przedpremierowo]



Czy znacie fanpage Krótka historia jednego zdjęcia? Jeśli nie, proszę natychmiast przerwać lekturę tego posta i właśnie tam udać się w pierwszej kolejności! Musicie na własnej skórze przekonać się, o czym mowa. To raj dla fanów historycznych ciekawostek, jak również dla tych, którzy lubią merytoryczne dyskusje. Dzięki tej stronie mój strumień na Facebooku jest odrobinę mądrzejszy.

Ale do rzeczy. Krótka historia jednego zdjecia to strona prowadzona przez Jakuba Kuzę. Zgodnie z nazwą prezentowane są tam historyczne fotografie opatrzone krótkim komentarzem. Przekrój wydarzeń i dat jest przeogromny – znadziemy tutaj zarówno momenty powszechnie uznawane za ważne (już we współczesnych sobie czasach), jak i te, o których wartości zadecydował kontekst i późniejsze wydarzenia. Czasem są to zdjęcia znane, innym razem takie, na które nie miałabym szansy trafić nigdzie indziej. Sam opis, choć krótki, zwraca uwagę na wszystkie najważniejsze perspektywy. W prostych słowach zawiera celne ujęcie tematu.

Dowiadujemy się zatem, co tak naprawdę widzimy na zdjęciu i dlaczego sytuacja jest istotna dla jego bohaterów. Poznajemy kontekst, który nierzadko poszerza naszą perspektywę. Czasem otrzymujemy  również komentarz z perspektywy dzisiejszej wiedzy, np. dotyczący późniejszych skutków sytuacji, którą uwieczniono na fotografii. Ot, codzienna dawka ciekawostek. 

Książka wydana nakładem Wydawnictwa Znak to właściwie dokładnie ten sam content, który znajdziemy na fanpage'u. Ten sam, jeśli chodzi o typ, jednak nie pod względem treści, bo papierowa Krótka historia jednego zdjecia jest zbiorem fotografii, które, jak do tej pory, nie były publikowane na Facebooku. Dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się czegoś zupełnie nowego. Znajdziemy tu zdjęcia z wieku XIX, XX i XXI, a im bliżej czasów współczesnych, tym większe wrażenie robiły na mnie opowieści.

Nie mogłabym nie porównać tej książki do innego zbioru fotografii, który poruszył moje serce, mianowicie Humans of New York. Tamta książka, pełna zdjeć przypadkowo spotkanych na ulicy osób, również zawiera krótkie komentarze, zawierające ich historie. I choć wiele różni oba te sposoby przekazywania informacji, pokazują nam jedno i to samo – że za każdym zdjeciem stoi człowiek i jego opowieść. A ta, umiejętnie ujęta, potrafi złapać nas za serce.

Zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego będzie to must have, ale ja lubię takie przepiękne albumy, do których znacznie łatwiej mi wrócić. Wyszukiwanie czegoś na fanpage'u to droga przez mękę, a w przypadku ksiażki wystarczy minuta i łatwo wracam do zdjęcia, które przykuło moją uwagę. W dodatku do intelektualnej radości dochodzi ta z obcowania z przepięknym wydaniem. ;) A tak serio – w książce znajdziemy zdjecia, które nie pojawily się na stronie, wiec stanowi ona idealne uzupełnienie zawartych tam treści.  







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 10 maja!

niedziela, 28 kwietnia 2019

Czy przeszłość dopadnie każdego? || Megan Miranda – „Co o mnie wiesz?”

Leah z dnia na dzień traci wszystko – karierę, chłopaka, znajomych. Na szczęście może jeszcze liczyć na Emmy. Razem przeprowadzają się do małego miasteczka, gdzie Leah zaczyna wszystko od nowa. Niespodziewanie w jej życiu pojawia się David Cobb, napastliwy adorator. Kiedy mężczyzna zostaje oskarżony o napaść na znalezioną w lesie w stanie krytycznym Bethany, Leah jest przerażona. Tymczasem Emmy nie wraca do domu. Leah zgłasza jej zaginięcie i dowiaduje się, że ktoś taki jak Emmy nie istnieje.

Leah, Bethany i Emmy są do siebie łudząco podobne. Bethany walczy o życie w szpitalu. Emmy zaginęła i nie pozostał po niej ślad. Leah już nie wie, kim tak naprawdę jest.

Naprawdę dawno nie czytałam thrillera (ba, własciwie żadnej książki "zmyślonej", czyli literatury, bo w ostatnich miesiącach na tapecie mam głównie poradniki) i nieco bałam się powrotu do tego gatunku. Na szczęście zupełnie niepotrzebnie. W opowieść Megan Mirandy wciągnęłam się bowiem od pierwszej strony i właściwie do samego końca byłam maksymalnie zaangażowana. To thriller o solidnie zbudowanych wątkach, ciekawych zwrotach akcji i zaskakującym rozwiązaniu, ma wiec wszystko, czego trzeba do sukcesu.

W swojej dynamice Co o mnie wiesz? przypominało mi bardzo Kobietę w oknie A.J. Finna (którą, swoją drogą, z całego serca Wam polecam). Co prawda tutaj nie mamy do czynienia z atmosferą paranoi, jednak sposób budowania napięcia jest bardzo podobny. Tak naprawdę do samego końca nie wiemy, co tak naprawdę sie wydarzyło, a główne zwroty akcji znajdziemy w ostatnich rozdziałach książki. Wcześniej badamy wątki, a nasz umysł pracuje na pełnych obrotach, jednak nie mamy szansy sami dojść do prawdy. Pomiędzy wciągającym początkiem, a porywającym finałem, mamy znaczne zwolnienie tempa akcji, kiedy to przyglądamy się sytuacji z pewnym dystansem; warto jednak przejść przez tę część, by dotrzeć do rozwiązania. 

Co o mnie wiesz? to książka ciekawa również dlatego, że chyba pierwszy raz niesamowicie wkurzająca postać nie dała rady zepsuć mi radości z lektury. Leah od początku była dla mnie zbyt asekuracyjna i zbyt siląca się na samodzielność, a mimo to autorce udało się zainteresować mnie jej historią. I choć mój stosunek do głównej bohaterki nie zmienił się aż do końca, lektura była prawdziwą przyjemnością. 

Na sam koniec muszę się jeszcze przyczepić do opisu okładkowego, który – jak to niestety często bywa – zdradza coś, co w zasadzie można uznać za spoiler. Rozumiem, że informacja o tym, że współlokatorka Leah nie figuruje w żadnych rejestrach (czyli, mówiąc wprost, nie istnieje), nadaje blurbowi dramatyzmu, jednak w książce zostaje podana wprost dopiero około połowy. Myślę, że zdradzanie jej czytelnikowi przed lekturą zabiera część frajdy.

Może nie jest to thriller o zapierającym dech w piersiach tempie i scenach, które mrożą krew w żyłach, jednak chcę oddać autorce sprawiedliwość, stworzyła bowiem naprawdę przyzwoitą powieść. To jedna z tych książek na jeden, może dwa wieczory, którą trudno odłożyć, kiedy już raz zaczniemy. Sądzę, że wielu fanom gatunku bardzo się spodoba.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 30 grudnia 2018

Najlepsze książki 2018 roku






Zanim zabrałam się za pisanie tego posta, zajrzałam szybko do zeszłorocznego zestawienia i muszę przyznać, że jestem zaskoczona! W 2017 prym wiodła u mnie fikcja literacka  wszystkie 5 najlepszych książek pochodziło z beletrystyki. Dopiero teraz widzę, jak wiele się w moim czytaniu zmieniło; dziś znacznie częściej szukam w książkach informacji, inspiracji i wsparcia, a nie tylko czystej rozrywki. Stąd też dzisiaj aż 4 propozyje "rozwojowe"  mam nadzieję, że na coś się Wam przydadzą.

sobota, 15 grudnia 2018

Aleksandra Chrobak – „Beduinki na Instagramie”




Chyba coraz bliżej mi do słusznego wieku, kiedy komórki mózgowe nie chcą stykać w odpowiedni sposób, bo nijak nie mogę sobie przypomnieć, kto polecił mi przeczytanie Beduinek na Instagramie. Jestem pewna, że bez zewnętrznego wsparcia nigdy bym po tę książkę nie sięgnęła; nie jestem jakąś wielką fanką reportaży, a na pewno tych, które pochodzą z Bliskiego Wschodu. W każdym razie, Zapomniana Osobo, jeśli to czytasz, dziękuję Ci serdecznie, bo książka Aleksandry Chrobak była warta każdej minuty poświęconej na jej przeczytanie!