Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystopia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystopia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dave Eggers – „Krąg”


Nie wiem, jak Ty, ale ja nie wyobrażam sobie, że mogłabym spóźnić się na reklamy przed seansem w kinie – to dla mnie integralna część filmu! Czasem nie wynoszę z nich niczego fascynującego, ale innym razem uda mi się chociażby zobaczyć zwiastun czegoś, o czym do tej pory nie wiedziałam, a co ma wszelkie walory, żeby mi się spodobać. To właśnie miało miejsce przy okazji seansu Logana – przed moimi oczami pojawił się trailer nowego filmu z Emmą Watson i Tomem Hanksem, który wskazywał na dystopijne klimaty, a w dodatku podobno został stworzony na podstawie bestsellera! Ten film to The Circle – swoją premierę będzie miał 26 kwietnia.

Książka Dave’a Eggersa, która jest jego pierwowzorem, opowiada historię Mae, młodej pracownicy korporacji Circle odpowiedzialnej za gromadzenie i przetwarzanie danych. Bohaterka stopniowo wdrażana jest w kolejne projekty firmy, a wraz z dodatkowymi obowiązkami coraz bardziej oddala się od swojego dotychczasowego świata. By sprostać wymogom dotyczącym średnich ocen wydajności, obecności na spotkaniach towarzyskich oraz aktywności w social mediach, Mae stopniowo porzuca dawne życie i poświęca się całkowicie nowemu – podporządkowanemu zasadom panującym w korporacji. 

Krąg porusza tak wiele niesamowicie ważnych i aktualnych tematów, że gdy zastanawiałam się, od czego zacząć, po prostu złapałam się na głowę. Na pewno jest to opowieść o pracy w korporacji: o tym, jak słupki, statystyki i wymagane wyniki wpływają na funkcjonowanie człowieka. Dla wielu osób realia Circle mogą wydawać się wyolbrzymione, jednak nie do końca tak jest. Nawet ja ze swoim skromnym korporacyjnym doświadczeniem wiem, że takie rzeczy, jak raport kierownika działu po spotkaniu pojednawczym z dwojgiem skłóconych pracowników, nie są wyssanym z palca absurdem. Podobnie ma się rzecz ze statystykami dotyczącymi wyników, które, choć teoretycznie stanowią „informację dla pracownika”, tak naprawdę są dodatkowym źródłem stresu, a w przypadku Mae stają się wręcz obsesją.

Kolejnym problemem poruszanym w „Kręgu” jest pozyskiwanie i gromadzenie danych. Dave Eggers stworzył wizję przyszłości, w której jednej korporacji udało się zgarnąć całą pulę: profile osobiste, które na początku stanowiły coś na kształt tych z naszego Facebooka, zostały poddane weryfikacji i są ściśle związane z prawdziwą tożsamością człowieka. Służą do załatwiania wszystkich ważnych spraw: nie tylko aktywności w social mediach, ale też robienia zakupów czy płacenia rachunków. Wszystko co człowiek robi na komputerze, telefonie czy tablecie od razu podpinane jest jako jego własna aktywność, nie ma zatem internetowej anonimowości. Ludziom prezentuje się wyłącznie pozytywne aspekty tego zjawiska, jednak tak naprawdę na gromadzeniu danych korzystają głównie największe koncerny – np. sklepy, które mogą swój marketing dopasować do odbiorcy i tym samym skuteczniej nami manipulować.

Z tematem gromadzenia danych ściśle wiąże się również zagadnienie prywatności. Circle lansuje model społeczny, w którym odchodzi się od pojęcia „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. Szefostwo firmy uważa, że jeśli ktoś ma ochotę o czymś wiedzieć, ma również do tego pełne prawo, niezależnie czy chodzi o poznanie nowych sposobów walki ze stwardnieniem rozsianym, czy też szczegóły życia intymnego sąsiada z naprzeciwka. Tajemnice prowadzą do kłamstw, a kłamstwa do przestępstw – tych ostatnich z kolei nikt nie chce, prawda? Społeczność Circle pod płaszczykiem przydatności wszelkich danych zachęca, aby ludzie stawali się przejrzyści i nie ukrywali niczego, a zjawisko to ma dotyczyć zarówno polityków, osoby ze świecznika, jak i zwykłych, szarych obywateli. Zaczyna się od przechowywania danych w Chmurze, która jest ogólnodostępna i każdy może w niej poszukiwać tego, czego chce. Dalej jest tylko gorzej…

Choć wszystkie te elementy (a wierz mi, jest ich znacznie więcej) potrafią skutecznie przerażać, to nie one są w książce Davida Eggersa najstraszniejsze; na mnie osobiście największe wrażenie wywarło coś zupełnie innego. Dopiero lektura Kręgu pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego nigdy nie odczuwałam lęku w związku z wizjami z młodzieżowych dystopii – kreacja świata w nich zawarta mogła mnie zainteresować, ale nie przerazić. Otóż sedno tkwi w tym, że tamtejsi bohaterowie walczą ze złem i niechcianym systemem – nawet jeśli na początku mu się poddawali, w końcu odkrywają prawdę i skupiają wszelkie siły na wprowadzeniu zmian; poświęcają się dla idei. W książce Eggersa tego nie znajdziecie. Owszem, są tu bohaterowie, którzy nie chcą wpisać się w narzucony przez Circle schemat, ale to raczej postaci poboczne, nie zaś główni zainteresowani. To właśnie czyni Krąg fatalistyczną powieścią o upadku – tak społeczeństwa, jak i jednostki. Mae jest ślepą idiotką, która dała się omamić i poddała się presji społeczeństwa, otoczenia, pracodawców, a my nie możemy zrobić dla niej absolutnie nic. Choć jako czytelnicy mamy ochotę wyrwać ją ze stron i naprawdę mocno potrząsnąć, możemy tylko patrzeć, a to jest źródłem niewyobrażalnej wręcz frustracji.

Krąg polecam wszystkim dookoła od momentu, kiedy go skończyłam, bo to nie tylko ważna wizja, ale też po prostu dobrze napisana, trzymająca w napięciu opowieść. Z pewnością wybiorę się też na film, ale nieco boję się, co mają zamiar wymyślić twórcy, bo opisy, które są dostępne, sugerują pewne zmiany fabularne. Czekam z niecierpliwością!


niedziela, 19 marca 2017

Spotkanie po latach: Suzanne Collins – „Igrzyska Śmierci”


Pamiętam do dziś, jak wiele emocji towarzyszyło mojej lekturze książek Suzanne Collins. Miałam wtedy 20 lat, nie prowadziłam jeszcze książkowego bloga i dopiero wchodziłam w świat nowoczesnych powieści dla młodzieży. Nie czytałam wcale aż tak dużo, nie miałam określonego gustu, ale od wszelkich mniej lub bardziej wydumanych wizji przyszłości trzymałam się z daleka. Trylogię pochłonęłam w ekspresowym tempie, z wypiekami na twarzy, kilka razy mając ochotę zwyczajnie rzucić książką o ścianie. Wierz lub nie, ale praktycznie w ogóle mi się to nie zdarza. 

Już od dłuższego czasu, gdy przy różnych okazjach wypływał temat Igrzysk Śmierci, zastanawiałam się, jak odebrałabym tę książkę dziś. Od tamtej pory wszelkiego rodzaju dystopie miały swoje 5 minut, a ja poznałam ich całą masę, bo przez kilka lat uwielbiałam ten gatunek do szaleństwa. Wszystko, co było porównywane do książek Collins, brałam w ciemno, jednak żadna z kolejnych opowieści nie zapadła mi w pamięć tak mocno. Prawo pierwszej miłości? Być może. To właśnie mnie nurtowało, dlatego też podczas kolejnej nierównej walki z niechęcią do czytania postanowiłam zrobić sobie wolne i wrócić do dawnego obiektu westchnień, żeby zweryfikować, co tak naprawdę uważam na jego temat.

Rozpoczynając lekturę miałam dwa przeczucia: że treść będzie mi pachnieć schematem oraz że nic mnie nie rozemocjonuje, skoro znam już wszystkie fakty. W obu przypadkach bardzo mocno się pomyliłam. Mimo że zdążyłam poznać masę dystopijnych młodzieżówek, aż w końcu ich wtórność zaczęła wychodzić mi bokiem, tutaj zupełnie tego nie odczułam. Być może to zasługa tego, że ciężar historii Collins nie spoczywa na romansie, a gdy już wypływa temat uczuć, autorka woli fundować czytelnikom rollercoaster niż słodką sielankę. Wydarzenia prezentowane są szybko, nie ma tu miejsca na nudę, a obraz, który kreśli Collins, za każdym razem fascynuje, niezależnie czy mowa o barwnym świecie Kapitolu, czy też brutalnych wydarzeniach na arenie. Każdy z tych elementów stworzony jest należycie i ciekawie, opisany wystarczająco dokładnie, mimo że akcja gna do przodu jak szalona. Z jednej strony miałam poczucie, że wszystkiego dotykamy po łebkach, z drugiej zaś nie pozostałam z żadnym niedosytem.

Pomyliłam się również w kontekście emocji, które miała stłumić znajomość treści. Pominę fakt, że wcale tak dużo nie zapamiętałam – właściwie miałam w głowie ogólny zarys fabuły oparty na najważniejszych punktach, bez szczegółów. Nie wiedziałam, w jakiej kolejności i w jaki sposób zginą poszczególni trybuci, zdążyłam zapomnieć, jak wygląda Kapitol i jego mieszkańcy, umknęło mi wiele scen ważnych dla relacji Katniss i Peety. Wraz z upływem lat z głowy uciekły mi praktycznie wszystkie szczegóły, a to właśnie one stanowią o sile tej opowieści. Suzanne Collins utkała historię niezwykłą, a przy tym bardzo dopracowaną. Wszystkie emocje, których cień zapamiętałam z poprzedniego spotkania z Igrzyskami…, odżyły we mnie ze zdwojoną siłą. Okazało się, że znajomość zakończenia, nie odbiera satysfakcji z lektury i nijak nie pomaga radzić sobie z przeżyciami w trakcie, natomiast wiedza o finale trylogii nie umniejsza tego, co wkurza nas w zakończeniu pierwszej części. Naprawdę boję się sięgnąć po W pierścieniu ognia – to właśnie przy tej książce najczęściej się denerwowałam i przerywałam lekturę, by odetchnąć; obawiam się, że tym razem będzie jeszcze gorzej.

Choć wydawało mi się, że do książki wrócę jak do starego przyjaciela, od samego początku wiedziałam, że to nie jest świat, do którego się wraca. Panem wciąż wywołuje we mnie głównie poczucie zagrożenia, choć już dawno powinnam była z tego wyrosnąć. Wygląda na to, że Igrzyska Śmierci będą dla mnie tym samym, czym cykl o Harrym Potterze – świetną książką, która poprzez formę przekazu nie może być klasyfikowana jako literatura dla młodszego czytelnika. Suzanne Collins, podobnie jak J.K. Rowling, ma niezwykły dar poruszania serc i takiego tkania świata oraz relacji między postaciami, że czytelnik czuje się jakby sam był uczestnikiem opisywanych w książce zdarzeń. 

Czasem warto wrócić do książki, która urosła w naszych oczach do rangi mitu. Choć bałam się rozczarowania, spotkało mnie coś wspaniałego: przypomnienie, że czytanie może być emocjonującą przyjemnością.


czwartek, 20 października 2016

Ian Tregillis – "Mechaniczny"

Jak to się stało, że Mechaniczny po przyjeździe do nas trafił od razu w moje ręce, nie wiem do dziś – właściwie jest to jedna z tych książek, do których bliżej Sylwkowi niż mnie i miałam zamiar wcisnąć mu ją w łapki, gdy tylko wróciłby do regularnego czytania i recenzowania. Coś musiało mi się poprzestawiać w główce, bo pewnego poranka po prostu wzięłam tę książkę do pracy, zabierając ją ze stosu recenzenckich lektur piętrzącego się na parapecie naszej sypialni. Zrobiłam to, mimo że miałam do wyboru m.in. Immunitet Mroza, I wrzucą was w ogień Patykiewicza oraz najnowszą książkę Danki Braun. Zrobiłam to, mimo że wiedziałam, że książka może mi się nie spodobać. Dałam się ponieść intuicji i kolejny raz tego nie żałuję.

Historia, jakiej nie znamy: po tym, jak dzięki mocy alchemików udało się tchnąć iskrę życia w metalowe maszyny, Niderlandy stały się supermocarstwem, które podporządkowało sobie najdalsze zakątki Ziemi. Klakierzy, bo tak nazwano sztuczne inteligencje, nie są wyłącznie maszynami bojowymi, pełnią bowiem kluczową rolę w społeczeństwie, pozostając na wszelkie usługi ludzi. Choć w pełni świadomi, nie mają możliwości wyboru: ich funkcjonowanie jest ograniczone przez pęta poleceń, które zmuszają ich do posłuszeństwa królowej, państwu oraz swoim właścicielom. Jednym z takich sług jest Jax – ten, który swoim buntem zapoczątkuje rewolucję...

Książka Iana Tregillisa jest oparta na dwóch dość oklepanych w popkulturze schematach: pierwszym z nich jest problematyka statusu sztucznej inteligencji (czy samoświadomość sprawia, że maszyna to już człowiek?), a drugim tak popularny ostatnio motyw ciemiężonej jednostki sprzeciwiającej się ugruntowanej władzy. Takie połączenie może wywoływać obawy co do oryginalności prezentowanej historii; całkiem zresztą słusznie, bo stworzenie czegoś nowego poprzez zestawianie znanych elementów wielu pisarzom nie wyszło najlepiej. Tym razem jednak nie ma się czego bać – nie wiem, jak to się stało, ale w książce Tregillisa w ogóle nie czułam wtórności, niezależnie jak bardzo starałam się ją znaleźć. Z pewnością jest to w jakimś stopniu efekt wielowymiarowości: mimo że główny wątek dotyczy sprawy Jaxa, równolegle poznajemy kilka postaci, które są uwikłane w intrygi o międzynarodowym zasięgu, co nadaje książce lekko awanturniczego charakteru. 

Moim zdaniem jednym ze sposobów, po których można rozpoznać dobrego pisarza, jest to, jak wprowadza czytelników w wykreowany przez siebie świat. Mniej wprawni twórcy potrzebują osobnych akapitów na opis wyglądu postaci czy streszczenie historii nowego gatunku, ci bardziej zaprawieni w bojach czynią to jakby mimochodem, gdzieś pomiędzy rozwijającą się akcją. Do takich właśnie autorów należy Ian Tregillis, który powoli i bardzo subtelnie odkrywa przed nami kolejne karty – jest to jeden z czynników, dzięki którym tak przyjemnie czyta się pierwszą część Wojen Alchemicznych. Mimo że mamy tu do czynienia z historią alternatywną, a więc sporo zjawisk wymaga wyjaśnienia, autorowi udało się bardzo dobrze to wszystko poskładać: elementy nadprzyrodzone nie dominują opowieści i jest ich dokładnie tyle, ile potrzeba do fabularnych zmian. podobnie z resztą ma się sprawa z dostarczanymi czytelnikowi informacjami, które dawkowane są w sposób odpowiedni do sytuacji.

Nie da się ukryć, że w Mechanicznym bardzo ważną rolę odgrywa cała sfera filozoficzna związana z dyskusją nad naturą sztucznej inteligencji. Miałam jednak wrażenie, że czytelnik w tej sytuacji nie jest uczestnikiem dyskusji – sposób, w jaki prezentowane są przeżycia wewnętrzne Jaxa i innych Klakierów oraz nacisk na ich emocje, odczucia i przemyślenia sprawiają, że właściwie od pierwszej strony stajemy po ich stronie i jesteśmy w jakimś stopniu ukierunkowani w swoim spojrzeniu na wykreowany przez autora świat. Tym niemniej w książce znajdziemy wiele scen, w których rozgrywają się zażarte dyskusje między bohaterami, a ich poziom oraz sposób przedstawienia mnie osobiście zachwyciły. Jestem przekonana, że znajdzie się wiele osób, które znudzi ta cała, jak zapewne powiedzą, "filozoficzna papka", jednak ja wyczekiwałam, kiedy znów będę mogła lepiej się jej przyjrzeć.

Mówiąc krótko: jeśli nie przerażają Was refleksje na tematy filozoficzno-egzystencjalne, możecie śmiało po tę książkę sięgać. Może akcja nie gna do przodu jak szalona (jednak zawsze pozostaje ten problem, że wprowadzenie elementu refleksji jakoś tam spowalnia fabułę), ale knucia i intrygi skutecznie nam ten wątpliwy mankament wynagradzają. Ian Tregillis spisał się świetnie i stworzył naprawdę dobrą opowieść, którą będę polecała w oczekiwaniu na kolejną część. A, i podobno to świetna książka dla fanów steampunku, ale że nie znam się na nim kompletnie, to i się na ten temat nie wypowiem.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

niedziela, 29 maja 2016

Pierce Brown – „Red Rising: Gwiazda zaranna”

Długo czekałam na tę część – w dwóch poprzednich zakochałam się całkowicie i nie mogłam się doczekać poznania finału całej tej historii. Gdy dostałam swój egzemplarz, moją pierwszą myślą było: „Ups, ktoś tu chyba padł ofiarą mody na powieści trzytomowe…”, bowiem Gwiazda zaranna jest zdecydowanie grubsza niż wcześniejsze części. Jej objętość początkowo mnie przeraziła, jednak zupełnie niepotrzebnie – jest to opowieść płynna i dynamiczna, utrzymująca czytelnika w napięciu, a dodatkowo tak spójna, że chyba nie byłoby możliwości podzielenia jej na dwie książki, zwłaszcza jeśli chciałoby się zachować zasadę mocnego cliffhangera, którą dotąd kierował się autor. Nie ma z czym dyskutować, to po prostu dobrze skrojona historia podzielona odpowiednio (choć nieproporcjonalnie); myślę że takiemu pisarzowi jak Pierce Brown można jak najbardziej zaufać.

Nie chcę się w tym miejscu rozwodzić nad fabułą, bo zbyt wiele byłoby spoilerów (zawsze możecie zajrzeć do moich recenzji poprzednich części lub do opisów w Internecie), powiem jednak tyle: jeśli do tej pory mówiłam, że jest w tej serii dużo działań okołowojennych, to w tej części jest ich mnóstwo. Gwiazda zaranna jest opowieścią o walce i wartościach, a taktyki, dywersje i akcje całkowicie się zmieniają pod względem skali i charakteru. W pierwszej części działania bohaterów skupiały się szkolnych potyczkach (okrutnych, ale jednak), w drugiej polem walki były niemal wyłącznie wewnętrzne zwady między Złotymi. Finał natomiast przynosi ze sobą wojnę totalną, w której udział biorą wszyscy: zarówno Złoci, jak i kolory średnie, a także cały lud złożony ze służących i wykorzystywanych pod-kolorów. Niewiele jest fragmentów, które skupiałyby się na jakiejkolwiek innej treści, co nie oznacza, że opowieść jest nudna czy monotonna; wręcz przeciwnie, sama jestem zdziwiona, ale fabuła książki była naprawdę wciągająca.

Skoro już o wojnie mowa, trzeba wspomnieć o jednej, niezwykle ważnej cesze nie tylko Gwiazdy zarannej, ale i całego cyklu: Red Rising cechuje bardzo wysoka autentyczność. Zapomnijcie o ozdobnikach i niepotrzebnych uładzeniach – tutaj za idee giną całe rzesze ludzi, a trudnych i poruszających scen jest bardzo dużo. Brown nie skupia się też na samym złu i nie rozpisuje okrucieństwa tak dokładnie, jak autorzy horrorów; on po prostu przyjmuje jego istnienie i doskonale je w swojej powieści ujmuje. Bohaterowie muszą dokonywać ważnych, niełatwych wyborów, dowódcy decydują o losach swoich podkomendnych, których często wysyłają na pewną śmierć, a niektóre pozornie wygrane akcje kończą się fiaskiem. Bardzo cenię ten aspekt i uważam, że to dzięki niemu powieść można nazwać „dobrą”, a nie tylko „fajną” czy „pełną akcji”; akcja to w tym przypadku zdecydowanie nie wszystko.

U Browna lubię także bohaterów – nie w sensie sympatii, choć i tu mam swoich faworytów, ale jako ogół dobrze wykreowanych postaci. Swoje indywidualne cechy ma praktycznie każda z pojawiających się osób, a wiele z nich nakreślone jest ciekawie i niejednoznacznie, jak my wszyscy łączą w sobie dużo pozornie sprzecznych cech. Co ważne, bohaterowie Browna zmieniają się w czasie, a ich przekonania i motywy ulegają znacznej modyfikacji w reakcji na bieżące wydarzenia. Choć mogłoby się wydawać, że Złoci (elita) będą w 100% rozpieszczeni swoim dobrobytem, wielu z nich jest w stanie dostrzec inne kolory, zmieniającą się sytuację, a także wartości, o które walczy lud. Dzięki zmianom myślenia bohaterów i rosnącym napięciom społecznym powieść może na naszych oczach ewoluować i przez cały czas jest dla nas atrakcyjna fabularnie. Ponadto wraz z postaciami uwydatnia się aspekt emocjonalny: pasje, żądze, zdrady, kłamstwa, trudne wybory, przebaczenie, przyjaźń, miłość i strach. Wszystkie te elementy są ważne i mają duże znaczenie dla całego cyklu.

Na koniec chciałabym wspomnieć o jednym elemencie technicznym Gwiazdy zarannej, który „kupił mnie”, gdy tylko zasiadłam do lektury. Chodzi mi o znajdujący się na samym początku skrót wydarzeń z poprzednich tomów oraz indeks osób występujących w powieści. Myślę, że spotkałam się z takim zabiegiem pierwszy raz (zwłaszcza jeśli chodzi o fabułę), a jeśli nie, i tak śmiało mogę powiedzieć, że jest to zjawisko bardzo, bardzo rzadkie. A szkoda, bo w szeroko pojętej fantastyce, gdzie światy są niecodzienne, imiona i nazwy wymyślne, a fabuła ma w sobie wiele dziwnych zdarzeń, wszystko jakoś łatwiej ucieka z głowy. Wstyd się przyznać, ale gdy lekturę poszczególnych tomów dzieli kilka miesięcy, często z trudem wracam do wykreowanego świata i nie do końca radzę sobie z ogarnięciem zdarzeń i postaci. Tutaj nie miałam tego problemu, co było naprawdę świetne!

Po przeczytaniu tej opinii nie trudno jest odgadnąć, jakie jest moje zdanie o cyklu Red Rising, ale dla formalności napiszę to wprost: POLECAM. Pamiętam jak dziś, że do pierwszego tomu siadałam z umiarkowanym zainteresowaniem, przygotowana psychicznie na kolejną schematyczną i naiwną opowieść, a tymczasem zachłysnęłam się totalnie światem, historią i postaciami wykreowanymi przez Pierce’a Browna. To pełna akcji, dynamiczna i dojrzała dystopia w klimacie science-fiction, która naprawdę zachwyca – ja pozostaje pod mega pozytywnym wrażeniem i z pewnością jeszcze kiedyś powrócę na Marsa, aby przeżyć tę historię jeszcze raz.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Drageus Publishing House.


Złota Krew  |  Złoty Syn  |  Gwiazda zaranna

środa, 25 maja 2016

Neal Shusterman – „Podzieleni”

Na świecie wciąż aktualna jest dyskusja między obrońcami życia a tymi, którzy bronią prawa do aborcji i eutanazji – rozważa się, w którym momencie zaczyna się człowiek i kto może decydować o losach innych ludzi. Mówi się o tym, że powinniśmy chronić prawa tych, którzy nie mogą sami się wypowiedzieć, jednak osobom dorosłym, w pełni władz umysłowych, również w jakimś sensie odbieramy prawo do samostanowienia. Tymczasem Neal Shusterman idzie w swojej wizji o krok dalej – tworzy opowieść, w której dyskusja przerodziła się w konflikt, a ten przyniósł przerażający kompromis: życie ludzkie polega niezawisłej ochronie od poczęcia do 13 roku życia, jednak w zamian za to jednostki między 13 a 18 rokiem życia mogą zostać poddane procesowi podzielenia. Nie, nie, nie jest to oczywiście śmierć… W każdym razie tak mówi propaganda. Dzieci niechciane, niedostosowane społecznie, źle rokujące na przyszłość – każdego z nich można w świetle prawa najzwyczajniej się pozbyć, w dodatku poprzez podzielenie mają one szansę odkupienia części swoich win.

W tym świecie dorasta i żyje wielu ludzi, jednak dla znacznej liczby jest to po prostu wyrok – to właśnie na nich skupia się autor. Akcja książki toczy się wokół losów trzech zupełnie różnych osób, a za ich pośrednictwem przemycone zostają całkowicie różne podejścia do tematu podzielenia. Connor wychowywał się w pełnej rodzinie, jednak jest typowym przykładem niedostosowanego, sprawiającego problemy nastolatka, z którym rodzice nie chcą już dłużej walczyć. Risa jest bardziej ułożona i utalentowana, dużo umie, jednak jej nieszczęściem jest fakt, że wychowywała się w domu dziecka; tam przeżyją tylko osoby o perfekcyjnych umiejętnościach. Z kolei Lev całe życie był przygotowywany do tego, że kiedyś zostanie podzielony – jest dziecięciorodnym, dziesiątym dzieckiem w rodzinie, które (w ramach nowej, ortodoksyjnej religii zyskującej rzesze wyznawców) zostanie złożone w ofierze. Bunt planowało tylko jedno z nich, jednak w wyniku zbiegu okoliczności ich losy się krzyżują, a każde będzie miało okazję nauczyć się czegoś nowego od pozostałych.

Powieść Shustermana jest w znacznej mierze oparta o motyw ucieczki – bohaterowie wpadają w kłopoty, wychodzą z nich, po czym sytuacja znów się zmienia i wymaga szybkiej reakcji. Podzieleni to książka dynamiczna, jednak nie jestem do końca pewna, czy trzymająca w napięciu; bardziej może wywołująca emocje w związku z szybką akcją i prezentowana tematyką. Na samym początku, gdy tempo było naprawdę zawrotne, lektura również szła mi bardzo płynnie, z czasem jednak napięcie spadło i sama fabuła wydała mi się dość nijaka. Do samego końca mamy oczywiście do czynienia z nowymi wątkami i pewnymi rozwiązaniami, zdarzają się nawet zaskoczenia, jednak nie odebrałam tego jako idealnie współgrającej całości; pod koniec nawet lekko się nudziłam. Na szczęście sama formuła powieści – narracja trzecioosobowa, jednak z przeplatającymi się rozdziałami ukazującymi perspektywę różnych postaci i grup – dodała tutaj nieco dynamizmu.

Tak naprawdę największą siłą tej książki jest sam pomysł autora. Shusterman zaprasza nas do świata, w którym wartość życia człowieka nienarodzonego przedkładana jest nad życie istoty w pełni świadomej, myślącej i funkcjonującej w społeczeństwie, a śmierć ubiera się w ładne szaty mydląc ludziom oczy. Muszę przyznać, że jestem tą wizją zafascynowana – choć brzmi to bardzo niezdrowo – i chciałabym się dowiedzieć, w jaki sposób tzw. obrońcy życia zdołali stracić z oczu najważniejsze wartości. Mam nadzieję, że autor pokusi się w kolejnych częściach o historię podzielenia jako idei, a także dokładne wyjaśnienie natury całego zjawiska, bo póki co sytuację w czasie rzeczywistym nakreśla bardzo dobrze i autentycznie. Dzięki podróżom bohaterów, a także dzięki temu, że wywodzą się z różnych środowisk, czytelnik ma okazje zobaczyć kilka spojrzeń na ten sam problem i zrozumieć nie tylko problem jako całość, ale i wszystkie związane z nim niuanse. Jednym z nich jest Bociania Inicjatywa, która pozwala matce noworodka podrzucić go na próg domu – jeśli zostanie przyłapana, musi go zatrzymać, jednak jeśli nie, mieszkańcy domu muszą się nim zaopiekować (przynajmniej do 13 roku życia, bo wtedy przecież mogą oddać dziecko do podzielenia…). Nie macie wrażenia, że to zakrawa o jakąś chorą grę?

Jedno jest pewne – książki takie jak Podzieleni zdecydowanie skłaniają czytelnika do refleksji, a to najważniejszy moim zdaniem aspekt powieści dystopijnych. Wizja świata, o jaką pokusił się Shusterman, jest przerażająca i liczę, że w kolejnych częściach dowiemy się czegoś więcej na temat jej szczegółów. Nie powiem, żebym czekała z niecierpliwością na dalsze losy postaci i nie zakładam, że będę śledziła je z zapartym tchem, ale ów niebezpieczny, dziwny świat zdecydowanie mnie przyciąga. Mam nadzieję, że kolejny tom już niebawem!






Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.

środa, 23 grudnia 2015

Hugh Howey – „Pył”

Gdy zachwycamy się jakimś cyklem, z każdym kolejnym tomem rosną nasze oczekiwania; to całkowicie naturalne, chcemy bowiem, aby opowieść, która już jest świetna, stawała się jeszcze lepsza. Faktem jednak jest, że z czasem coraz trudniej nas zaskoczyć, a indywidualny rys autora może stać się dla nas dość powszedni. Całkiem niedawno miałam okazję przekonać się na własnej skórze, jak wypada finał trylogii, która jest dla mnie absolutnym hitem ostatnich miesięcy. Czy otrzymała godne zakończenie?

Po retrospekcji, jaką zapewnił nam drugi tom cyklu, fabuła znów wraca na właściwy tor czasowy – Pył jest kontynuacją wydarzeń „współczesnych”, czyli z okresu, w którym rozpoczęła się cała trylogia. W tej części nie ma przeskoków czasowych, ale akcję obserwujemy z perspektywy trzech głównych miejsc akcji – Silosu 1, 17 oraz 18. Na wszystkich płaszczyznach bohaterowie są nam znani, a ich działania w sposób oczywisty dążą do odkrycia i ujawnienia prawdy o historii powstania silosów, celach ich twórców oraz aktualnej sytuacji na zewnątrz.

Akcja ostatniego tomu siłą rzeczy musi iść w kierunku jakiegoś rozwiązania i jest to bardzo widoczny aspekt powieści – niektóre zdarzenia są pomijane, inne opowiadane szybko i na pewno nie znajdziemy tu żadnej formy przegadania czy przesadnego pochylenia autora nad jakimkolwiek elementem fabuły. Generalnie jest to zaleta, choć czasami tempo może nas zdziwić – dotąd wszystko toczyło się spójnie, a zdarzenia były opisywane dość dokładnie, tu natomiast są miejsca, gdzie zdarzają się mocne przeskoki. Autor nie poświęca już tak dużo uwagi ani poszczególnym scenom, ani bohaterom – osobiście miałam wrażenie, że zostali oni całkowicie podporządkowani pewnemu wyższemu celowi, a tym samym na dalszy plan zeszły ich wszelkie indywidualne cechy. No, może nie do końca – Jules wciąż jest twardą babką, Lukas romantykiem, a Solo ma swoje impulsywne chęci oddalenia się od ludzkich skupisk, jednak te elementy pojawiają się naprawdę rzadko i zdają się zupełnie tracić na znaczeniu.

Pod względem technicznym cała trylogia utrzymana jest na naprawdę wysokim poziomie – autor odznacza się bardzo dobrym stylem i dużą świadomością własnego świata przedstawionego. W fabule powieści nie znajdziemy nieścisłości czy zapychaczy; nawet jeśli pod koniec tempo akcji przyspiesza, nie złapiemy autora na żadnym potknięciu. Widać wyraźnie, że cykl o Silosie nie powstał w pośpiechu, a Hugh Howey doszlifował swój pomysł. Jedynym elementem technicznym, który zasługuje na naganę, jest niestety nasza rodzima korekta – w książce zdarzają się skupiska błędów językowych, interpunkcyjnych i ortograficznych, co jest o tyle ciekawe, że w innych miejscach wszystkie te aspekty są absolutnie w porządku. Wygląda to, jakby niektóre strony po prostu nie trafiły do korektora.

Gdybym miała rozpatrywać Pył jako osobną książkę, zapewne nie otrzymałby on ode mnie tak wysokiej noty. Akcja gnała do przodu i można było odczuć ciśnienie na doprowadzenie wszystkiego do końca. Biorąc jednak pod uwagę, że jest to finał naprawdę dobrego cyklu i że jego zadaniem jest pospinanie i domknięcie wszystkich wątków, mogę przyjąć, że spełnia on postawione mu przeze mnie oczekiwania. Może jest tu nieco mniej tych elementów, które porwały mnie w dwóch poprzednich częściach, jednak te, które mnie zachwyciły, pozostały bez zarzutu. Autor to pisarz dojrzały, a jego książka skłania do refleksji; widać wyraźnie, że opowieść ma cel, sens i bardzo dobrze przemyślaną konstrukcję. W cyklu o silosie uwielbiam przede wszystkim płaszczyznę, którą można chyba określić jako filozoficzną – pochylenie nad naturą ludzką, analizę zachowań światowych przywódców i ukazanie pewnych tendencji, przed którymi niezwykle trudno będzie nam się uchronić.

Nie zrażajcie się tymi kilkoma słabszymi stronami, o których wspomniałam – tak naprawdę podczas lektury odczuwałam je w niewielkim stopniu, a pozytywne odczucia zdecydowanie przeważały. Cykl o silosie jest dla mnie najlepszą trylogią ostatnich 13 miesięcy (chciałam powiedzieć, że roku, ale przeczytanie trzech części zajęło mi minimalnie więcej czasu) i, obok Nowej Ziemi, zdecydowanie najdojrzalszą nową dystopią, z jaką miała okazję się zetknąć. Polecam tę opowieść i z całego serca zachęcam do przekonania się na własnej skórze, jak Wam się podoba.






Silos  |  Zmiana  |  Pył

wtorek, 24 listopada 2015

Pierce Brown – „Red Rising. Złoty Syn”


Jakiś czas temu miałam przyjemność czytać (i recenzować) pierwszy tom pewnej obiecującej trylogii. Wtedy byłam pod wrażeniem, jednak z czasem emocje opadły, a ja straciłam nadzieję, że doczekamy się kontynuacji. Jej obecność w zapowiedziach wydawniczych mocno mnie zaskoczyła, ale też ucieszyła – zapragnęłam poznać ją jak najszybciej, a w głowie od razu zaczęły mi się układać nadzieje i wymagania. Czy zostały spełnione? I tak, i nie.

To, co dzieje się na początku książki, rzuca czytelnika na głęboką wodę – sytuacja w otoczeniu bohatera zmienia się dynamicznie i bardzo silnie, w dodatku na jego niekorzyść. Atmosfera staje się napięta, ciężka, a niebezpieczeństwa nadciągają z różnych stron, także tych niespodziewanych. Szok jest tym większy, że z ćwiczeń w Akademii szybko przeskakujemy do wojny rodów, a stąd już tylko krok do globalnej katastrofy… To właśnie konflikt jest istotą tego tomu, a czytelnik obserwuje jego stopniową eskalację. Jesteśmy światkami planowania akcji, analiz taktycznych oraz podejmowania decyzji, a także działań z nimi związanych.

Oprócz otoczenia zmienia się również sam bohater – Darrow przywyka powoli do swojej złotej skóry i zaczyna godzić w sobie interesy z dawnego i nowego świata. Podoba mi się, że nie jest wykreowany jako tępa istota na usługach idei; wręcz przeciwnie – posiada własny umysł, dzięki któremu na bieżąco analizuje sytuację, uczy się na błędach, a jego pomysły i przekonania ulegają zmianie. Choć pewne sentymenty są obecne w jego duszy, przez większą część książki pozostają w ukryciu – mniej jest tu przemyśleń, a początkowy wątek chwilami schodzi na dalszy plan. Wspaniały jest pomysł autora na ukazanie tej płaszczyzny. Darrow, który wyrósł wśród konkretnej klasy społecznej ma szansę zobaczyć nie tylko, jak to jest być kimś innym, ale też przyjrzeć się funkcjonowaniu całego systemu; w oparciu o tę wiedzę buduje swoją tożsamość i światopogląd.

Skoro o systemie mowa – wreszcie rozbudowana i uszczegółowiona zostaje opowieść dotycząca historii i systematyki świata przedstawionego. Podzielone społeczeństwo przestaje być czarno-białe, a na scenie stopniowo pojawiają się wyraziste postaci nadające obrazowi kolorytu. Dowiadujemy się też więcej o przeszłości Ziemi i innych planet, choć obraz nie jest jeszcze aż tak dokładny, jak byśmy chcieli (a przynajmniej mój głód wiedzy w tym zakresie nie został zaspokojony).

Nie jest jednak tak, że podobało mi się absolutnie wszystko. Jeśli mam być szczera, podczas lektury miałam wiele chwil wahania i momentów, gdy odkładałam książkę na bok, bo lekko mnie nużyła. Powiedziałabym, że to książka dość chłopięca w formie i układzie fabularnym – mamy tu nie tylko męską perspektywę narracyjną (i myślową), ale też akcję, która w znacznej mierze opiera się na działaniach dywersyjnych, taktycznych i bojowych w stale rozwijającym się konflikcie. Nieustannie jesteśmy świadkami albo planowania manewrów, albo ich przeprowadzania, a tempo co i rusz rośnie lub maleje. Obserwujemy też polityczne gierki i samego Darrowa, który stopniowo odnajduje się w tym brutalnym świecie. Opowieści nie brakuje głębi – to ja czasem nudziłam się przy okazji kolejnej burzy mózgów wśród dowódców i gubiłam się, gdy ilość powiązań rosła.

Jednak nawet ta „chłopięcość” książki ma pewne zalety. Dzięki męskiej perspektywie i takim też układzie wydarzeń wątek miłosny ujęty jest w sposób, który nie tylko da się czytać, ale też jest całkiem przyjemny w odbiorze. Mimo że w którymś momencie myśli Darrowa zaprzątają dwie (a nawet trzy, jeśli liczyć jego zmarłą żonę!) niewiasty, próżno tu szukać analiz uczuć, czy też niekończących się rozważań. Autor poświęca tej sferze tak mało miejsca, jak tylko się da, a w obliczu współczesnych dystopii jest to naprawdę miła odmiana. Dodatkową zaletą cyklu jest to, że rozgrywa się on wśród ludzi dorosłych, w zupełnie innym świecie niż ten znany z young adult – tutaj inne są wartości, a walka o zmianę świata zyskuje zupełnie nowego, dojrzalszego znaczenia.

Choć lekturę kończyłam z poczuciem pewnego niedosytu, recenzja wyszła mi całkiem pochlebna. W gruncie rzeczy Złoty Syn to książka dobra, a nawet bardzo dobra; dopracowana, przemyślana, spójna. Specyficzna konstrukcja może lekko nużyć, ale nie musi – wiem, że jest bardzo wiele osób, którym się podoba. Ja sama jestem bardzo zainteresowana tym, jak potoczą się dalsze losy bohaterów po tak dramatycznym zakończeniu części drugiej. Liczę, że otrzymam emocjonujący i trzymający w napięciu finał i jestem przekonana, że jeszcze bardzo wiele zostało do powiedzenia.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Drageus Publishing House.


Złota Krew  |  Złoty Syn  |  Morning Star

sobota, 7 listopada 2015

Lauren Oliver – „Delirium. Trylogia”

Zastanawiałam się, jak ugryźć recenzję tej książki. Cały tom to niemal 1000 stron tekstu do oceny i omówienia – z jednej strony ciężko to ująć całościowo, z drugiej zaś łatwiej, bo nie trzeba się rozdrabniać na poszczególne elementy i w pewnym sensie powtarzać wypowiedzi. Zdecydowałam, że recenzja będzie jedna z kilku powodów – po pierwsze jest to wydanie zbiorcze, po drugie czytałam je jednym ciągiem podczas podróży i bezpośrednio po niej, a po trzecie (i być może najważniejsze) zauważyłam, że niewiele jest rozdźwięku pomiędzy kolejnymi częściami, a Lauren Oliver zachowuje spójny styl i stały poziom realizacji pomysłu.

Delirium to opowieść o świecie, w którym miłość (a wraz z nią wszystkie towarzyszące jej namiętności) uznano za chorobę. Amor deliria nervosa to jednostka podstępna i niebezpieczna, która niszczy nie tylko relacje człowieka z innymi, ale też szarga mu nerwy na tyle, że może doprowadzić do obłędu lub śmierci. Aby zapobiec jej skutkom, obywatele amerykańscy poddawani są specjalnemu zabiegowi, który sprawia, że nie są w stanie się zakochać; problem polega na tym, że niesie on za sobą duże ryzyko i dlatego można go wykonywać jedynie na tych, którzy ukończyli 18 lat. Jedną z osób oczekujących na zmianę jest Lena, główna bohaterka powieści – dziewczyna kończy magiczny wiek za kilka miesięcy. Dotąd była przykładną, wycofaną obywatelką, która wręcz marzy o zabiegu. Jednak wystarczy kilka nieprzewidywanych zdarzeń, aby coś się zmieniło…

Na samym początku lektury nie zwracałam szczególnej uwagi na postaci, miałam bowiem to cudowne uczucie przebywania w nowym, nieznanym dotąd świecie. O Delirium słyszałam już dużo i bardzo chciałam wreszcie poznać ten pomysł, bo idea uznania za chorobę miłości naprawdę mnie zafascynowała. Po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że idea Oliver była podobna jak w Dawcy – za zło i niebezpieczeństwo uznano nie tyle samą miłość, co wszystkie silne namiętności; w tym świecie nie można głośno się śmiać, słuchać muzyki, śpiewać czy okazywać innym zaangażowania. Sama konstrukcja sprowadza się do klasycznej i kompletnej dystopii – mamy tu szeroko zakrojony pomysł na funkcjonowanie państwa z uwzględnieniem systemu inwigilacji i terroru, któremu poddawani są obywatele. Państwo dokonuje selekcji, trzyma ludzi w szachu i organizuje im życie poprzez chociażby przydział partnerów.

Trzeba jednak pamiętać, że pierwsze wrażenie szybko mija, do świata się przyzwyczajamy i w końcu zostajemy sam na sam z fabułą i bohaterami. Jak prezentuje się opowieść pod tym względem? Muszę przyznać, że zaskakująco dobrze. Akcja wszystkich trzech tomów jest skupiona na innych aspektach (wprowadzenie-przygotowanie-walka), jednak w każdym z nich jest wartka i na swój sposób atrakcyjna dla czytelnika. Język jest przyjemny, jak to w młodzieżówkach, ale naprawdę dobrze ujęty – brak tu zgrzytów czy jakiegoś totalnego uproszczenia. Główną bohaterkę naprawdę można polubić, a podczas lektury z przyjemnością patrzy się na zmiany w jej zachowaniu, przemyślenia i stosunek do świata. Dzięki zmiennej narracji mamy okazję poznać też inne postaci, a ich opowieści są równie ciekawe. Poszczególni bohaterowie różnią się od siebie historią, pochodzeniem społecznym, poglądami, a ponadto potrafią się naprawdę ciekawie zmienić w toku opowieści.

Skoro głównym tematem książki jest miłość, można się było spodziewać, że to ona będzie tutaj na pierwszym planie. Warto jednak wspomnieć, że nie tylko w tym przypadku jej obecność jest w pełni uzasadniona – deliria czy nie, młodzi ludzie się zakochują, więc w opowieściach o nich namiętności pojawiać się muszą – ale też spokój, z jakim autorka podeszła do tego aspektu, dał naprawdę wspaniały efekt. Wątki miłosne są dość prawdziwe i daleko im do niekończących się rozważań dziecka, a ich odbiór naprawdę nie jest rażący. Może momentami pewne zdarzenia biegną nienaturalnie szybko, ale da się to zrzucić na karb społecznych zahamowani, jakie są udziałem bohaterów – to w jakiś sposób zrozumiałe, że gdy już dorwą się do nieznanego i zakazanego uczucia, chcą się w nim zatracić bez pamięci.

Gdybym miała ocenić, czy warto sięgnąć po zbiorcze wydanie trylogii, powiedziałabym, że tak. Na pewno jest to bardziej opłacalne finansowo, a raczej nie będziecie tak bardzo zawiedzeni, aby żałować wydanych pieniędzy. Jedyne, przed czym mogę Was ostrzec, to własny sposób myślenia – ja nie lubię mieć kilku pozaczynanych książek, więc zmusiłam się, żeby całość przeczytać na raz z małymi przerwami, i przez to pod koniec nie czerpałam już tak dużej przyjemności z lektury. Radziłabym jednak podawkować sobie doznania i rozłożyć czytanie na dłuższy czas. Wracając do książki – świat, który tak mnie kusił, okazał się naprawdę dobrze skonstruowany, a pomysł spełnił moje oczekiwania. Trylogia może wbija się w dystopijną sztampę (podczas lektury widać wyraźnie pewne schematy), jednak na tle innych powieści z gatunku wypada naprawdę nieźle. Bardzo chciałam po ten cykl sięgnąć i nie żałuję żadnej chwili z nim spędzonej.






Za możliwość poznania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.

środa, 4 listopada 2015

Marie Lu – „Legenda. Wybraniec”, „Legenda. Patriota”


Długo zastanawiałam się, w jaki sposób opisać książki Marie Lu. Pierwszy tom trylogii Legenda czytałam już dawno i niewiele z niego pamiętałam, ale skusiłam się w końcu na dokończenie serii, skoro mam ją całą na półce. Miałam zamiar przeczytać jedną część, odłożyć ją, a za finał zabrać się dopiero po dłuższym czasie, jednak po prostu nie byłam w stanie – Wybraniec wieńczy tak perfidny cliffhanger, że głęboko współczuję tym, którzy w chwili czytania nie mieli pod ręką ostatniego tomu. Ja miałam, więc można powiedzieć, że pochłonęłam oba za jednym razem, a co za tym idzie nie jestem w stanie oceniać ich osobno – to, co dzieje się w Patriocie całkowicie zmieniło moje spojrzenie na trylogię.

Jeśli chodzi o fabułę, to nie zdradzając zbyt wiele mogę powiedzieć, że akcja przenosi się na wyższe szczeble władzy. Day (rebeliant, który od lat sabotuje działania państwa, a obecnie chce odzyskać porwanego brata) oraz June (byłe „cudowne dziecko Republiki”, chwilowo poszukiwana za pomoc przestępcy) zmieniają front i przyłączają się do przeciwników państwa. Każde z nich otrzyma zadania na miarę swoich możliwości, jednak czy ich wykonanie przyniesie jakiekolwiek zmiany? Bohaterowie będą musieli spojrzeć szerzej i zrozumieć skomplikowaną sytuację polityczną, a następnie dokonać własnych, bardzo trudnych wyborów.

Już w drugim tomie dowiadujemy się więcej na temat świata przedstawionego. Horyzonty bohaterów poszerzają się, a w raz z nimi rośnie również nasza wiedza – czytelnik dowiaduje się, jak wygląda świat poza Republiką, jak rozkładają się siły polityczne i jakie były przyczyny globalnego kryzysu. Historia ludzkości wymyślona przez Marie Lu jest spójna, autentyczna i wiarygodna, a ilość informacji dokładnie odzwierciedla zapotrzebowanie – dostajemy ich na tyle dużo, że nie czujemy się zignorowani, ale z drugiej strony nie zdążymy się nimi znudzić, bo przedstawiane są przy okazji, nie zaś w niekończących się wywodach.

Bardzo ważnym elementem powieści są bohaterowie – perspektywa dwóch narracji (przeplatających się rozdziałów) pozwala lepiej ich poznać i zrozumieć motywy ich działań; autorce udało się w pełni wykorzystać potencjał takiego zabiegu. Jeśli chodzi o samą kreację postaci, trzeba przyznać, że są to bohaterowie z krwi i kości. Oboje są inteligentni – analizują sytuację, przeżywają uzasadnione rozterki i dopiero uczą się poznawania własnych emocji. Jedyne, co do czego mam zastrzeżenia, to fakt, że nie zawsze zachowania postaci są adekwatne do ich wieku – zdarzało się, że przez działania polityczne i intelektualne zapominałam, że to nastolatkowie, a gdy przyszło mierzyć się z ich sercowymi rozterkami, byłam rozczarowana, jak bardzo są dziecinni.

Ze względu na specyfikę narracji i nacisk na dwoje głównych bohaterów, wątek miłosny jest tu dość mocno uwypuklony, choć przyznać trzeba, że nie bierze powieści we władanie. Marie Lu wykazała się dużą dojrzałością w kreowaniu sytuacji i doskonale rozgranicza czas na politykę i czas na miłostki. Te dwa światy w oczywisty sposób przenikają się, ale tylko do pewnego momentu – nikt tu nie analizuje związku, gdy na głowy spada grad pocisków. Dodatkową zaletą jest barwność relacji Daya i June – są skrajnie różni, pochodzą z dwóch końców społecznej drabiny, a ich poglądy okazują się być odmiennie. W pewnym momencie przepaść między nimi pogłębia się z każdą stroną, a do tego każde z nich ma przy sobie inną, bliską osobę.

W tym miejscu, a także w wielu innych punktach książki, widać wyraźnie, jak dokładnie autorka przemyślała swoją koncepcję tekstu. To nie jest cykl, w którym kolejne tomy pisane są na bieżąco i na szybko, bez uprzedniego rozpisania fabuły; tutaj detale okazują się mieć znaczenie, a pozornie nieznaczące elementy urastają z czasem do rangi kamieni milowych fabuły. Przyjemnie jest obserwować i odkrywać wszystkie te zależności.

Chociaż pierwszy tom mnie nie porwał (prawdę mówiąc nie pamiętam swoich odczuć, ale zajrzałam do własnej recenzji), cieszę się, że w końcu zebrałam się w sobie i przeczytałam kolejne. Dzięki temu mam na swoim czytelniczym koncie kolejną perełkę, którą naprawdę warto znać. Jeśli szukacie dystopii przemyślanej, inteligentnej i wciągającej, to cykl Legenda zdecydowanie się w te cechy wpisuje – autorka nie szczędzi nam emocji, ale też proponuje świetnie skonstruowany świat i dopracowaną fabułę. Nazwisko Marie Lu to marka – taka myśl będzie mi towarzyszyła podczas poznawania Malfetto i mam nadzieję, że się nie zawiodę.





Rebeliant |  Wybraniec  |  Patriota

środa, 1 kwietnia 2015

Hugh Howey – „Zmiana”

Pamiętacie jeszcze Silos? Pod koniec zeszłego roku wspominałam Wam o tej wspaniałej, dojrzałej dystopii o dużym potencjale treściowym i fabularnym. Dziś wracam do Was z opowieścią o drugim tomie – książce, której udało się zaspokoić wszystkie moje oczekiwania. A nawet jeszcze więcej!

Zmianę rozpoczynamy opowieścią snutą z dwóch perspektyw – odległych od siebie czasowo, ale sporo starszych niż akcja pierwszego tomu. W kontekście całej trylogii jest to zabieg dość ciekawy; chyba nigdy nie spotkałam się z tym, żeby środkowy tom był wyłącznie prequelem „jedynki”. Tutaj jednak sprawdza się to idealnie – czytelnik, pozostawiony z zamętem w głowie po lekturze, ma szansę poukładać sobie wszystko, obserwując całą genezę opowieści. O ile wcześniej treść książki skupiała się na życiu wewnątrz Silosu, panujących tam zasadach i możliwościach przystosowawczych, o tyle tutaj na pierwszy plan wysuwają się ludzie – ich pasje, dążenia, aspiracje oraz obraz samych siebie.

Dwie perspektywy mają jeszcze inną zaletę – dynamizują akcję, co jest dość ważne w przypadku książek o tej objętości. Tutaj mamy do czynienia z krótkimi rozdziałami, a przeskakiwanie pomiędzy nimi pozwala uniknąć monotonnego opisywania czynności zupełnie dla fabuły nieznaczących. Takich scen jest sporo, przekrój czasowy też jest dosyć duży, więc ciągłość jest zachowana tylko tam, gdzie to konieczne, co również prezentuje się bardzo, bardzo dobrze. Autor ewidentnie dopieścił swoją książkę i widać wyraźnie, że fabuła jest przemyślana zarówno w makro- jak i mikroskali; z jednej strony cała opowieść jest spójna, zgrana i pełna, z drugiej zaś wiele jest tutaj subtelnych smaczków, gier słów i drobnych, pozornie nieznaczących spraw, które później okazują się kluczowe.

Tak naprawdę najważniejsza jednak jest treść książki – znów dojrzała i interesująca. Czytelnik ma okazję poznać historię tworzenia Silosów, a co za tym idzie otrzymuje wgląd w motywy działań ich pomysłodawców i wykonawców. Bohaterowie w znacznej części są nowi i poznajemy ich od zera; widzimy jak się zmieniają, jak poddawani są manipulacjom albo reagują na trudne warunki otoczenia. Karty Zmiany są polem do wielu ludzkich dramatów, ale też do refleksji nad ludzkimi prawami. Co się dzieje, gdy jednostki przyznają sobie możliwość ratowania ludzkości, jednocześnie pozostawiając „wentyl bezpieczeństwa”, umożliwiający szybką eksterminację tejże? Gdzie kończy się pomoc, a zaczyna zniewolenie? Co tak naprawdę wolno zrobić w imię „mniejszego zła”? Hugh Howey serwuje nam niesamowite pole do rozważań i dzięki temu czyni swój cykl wspaniałym przedstawicielem  grona dystopii, który zgodnie z pierwotną jej rolą przekazuje głębszą treść.

Cykl o Silosie aspirował do grona najlepszych powieści dystopijnych, a drugi tom umocnił jego pozycję. To już nie tylko opowieść o ludziach uwięzionych w świecie, którego nie rozumieją – ujawniona została szersza perspektywa, a opowieść stała się bliższa współczesnemu czytelnikowi. Problemy stały się namacalne i przez to dużo bardziej przerażające, a w powieści odnaleźć możemy postawy, których przykłady nietrudno wskazać w naszym życiu publicznym. Nie wiem, jaki będzie finał opowieści, ale po ostatnim tomie obiecuję sobie dużo – oby był on tak wspaniałą ucztą, jak Zmiana. Nie mogę się doczekać!

środa, 18 marca 2015

Heather Terrell - "Relikt"

250 lat w przyszłość. Gniazdo jest osadą na dalekiej Północy, w której skupili się wybrani ludzie w dniu Uzdrowienia, czyli powodzi, która spustoszyła ludzkość. Mieszkańcy wierzą, że katastrofa została spowodowana gniewem bogów, którym nie spodobała się ówczesna rozpusta i brak zasad. Na pamiątkę tamtych wydarzeń co roku dwunastu młodych ludzi wyrusza z Gniazda na granice tundry, gdzie ryzykując życie wydobywają z lodu Relikty – pamiątki z przeszłości, mające stale przypominać o dawnych przewinieniach; ten, kto zdobędzie najcenniejszy, dołącza to grona przywódców zbiorowości. W tym roku w rywalizacji miał brać udział Eamon, syn Wielkiego Archona, jednak zginął podczas wspinaczki. Jego miejsce decyduje się zająć siostra bliźniaczka – Ewa będzie pierwszą Panną w gronie Kandydatów od 150 lat…

Zacznę chyba od tego, że kompletnie nie rozumiem, po co w ogóle na okładce książki pojawia się nawiązanie do Igrzysk Śmierci, skoro cała ta książka oparta jest o zupełnie inną treść i schemat. Główna bohaterka wywodzi się z najlepszej części społeczności i niczego jej nie brakuje. Wraz z upływem czasu poznaje inną stronę zbiorowości, w której żyje, jednak nie ma to rewolucyjnego charakteru, przynajmniej póki co. Pojawia się co prawda refleksja, dlaczego niewielka liczebnie grupa ludzi co roku wysyła młodych, silnych przedstawicieli w niebezpieczną podróż, jednak sam charakter Prób jest dość łagodny, przynajmniej jeśli chodzi o relacje interpersonalne. Bohaterowie wyjeżdżają i, o ile nie przegrają walki z surowym klimatem, wracają z mniej lub bardziej cennymi zdobyczami.

Mimo że to młodzieżówka, a więc z definicji tekst raczej lżejszy w odbiorze, czytanie szło mi dość opornie. Początek nie zachęca poprzez kilka błędów (logicznych – na przykład Ewa twierdzi, że nie zna żadnego z Kandydatów, a dziesięć stron późnień wymienia każdego z imienia, cech i dotychczasowych dokonań); poza tym kreacja butnej bohaterki również lekko odstrasza. Postaci, które pojawiają się w książce, są charakterystyczne przez konkretne sytuacje, jednak nie mają ciekawych rysów charakteru. Zarówno przygotowania do wyprawy, jak i podróż nie są opisane zbyt dokładnie, a zwrotów fabularnych jest niewiele. Mimo to mniej-więcej od połowy tekst czytało się nieco lepiej – akcja nabrała tempa, a i jej cel stał się jakby bardziej wyraźny. Wciąż jednak nie jest to coś, co porywa i pozwala na całkowite zatracenie się w lekturze. Czasem razi też język – kontrastowy, bo choć przez większość czasu jest raczej prosty, chwilami zaskakuje niecodziennymi zwrotami.

Muszę też zwrócić uwagę na to, co absolutnie mnie zachwyciło, a mianowicie pomysł autorki. Kiedy dowiedziałam się, czym są zbierane przez Kandydatów Relikty i w jaki sposób mieszkańcy gniazda oceniają naszą współczesną kulturę, nie mogłam nie wybuchnąć serdecznym śmiechem. Heather Terrell stworzyła specyficzną satyrę na kulturę masową i pokazała, jak mogłaby zostać oceniona przez tych, którzy patrzą na nią z boku. Bardzo udany zabieg, który może nawet skłaniać do refleksji.

Ogólnie książkę określiłabym jako przeciętną – jak dla mnie zbyt mało pogłębione zostały pewne treści, a także konstrukcja bohaterów. Jestem jednak ciekawa, jaki pomysł ma autorka na dalsze poprowadzenie opowieści – czy wykaże się kreatywnością w opowiadaniu historii Uzdrowienia? Być może wrócę jeszcze do tej serii, choć nie jestem do końca przekonana… Reliktowi jakoś nie udało się mnie porwać, choć zaskoczenie w pewnym sensie było.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie YA!, będącemu częścią GW Foksal.

wtorek, 24 lutego 2015

Victoria Aveyard - "Czerwona królowa"


Bogata przedpremierowa akcja reklamowa, masa recenzji wychwalających treść i wykonanie, Instagram pełen ujęć tej samej, minimalistycznej okładki, różniącej się jedynie językiem, w jakim zapisany jest tytuł… Trzeba przyznać, że o sławę Czerwonej królowej zadbano jeszcze zanim szersze grono mogło ją poznać. Ciężko mi się do tego przyznać, ale kolejny raz także ja dałam się nabrać na otoczkę. Z jakim skutkiem? Cóż, prawdopodobnie będę pierwszą, która rzuci kamieniem.

Świat przyszłości podzielony jest mało sprawiedliwie – odkąd wyłoniła się rasa nadludzi o srebrnej krwi i nadaturalnych umiejętnościach, ci zwykli, Czerwoni, zepchnięci zostali do poziomu sług zajmujących się wyłącznie ciężką pracą. Podczas gdy Srebrni żyją pełnią życia i prowadzą politykę, niższa kasta jest wykonawcą ich najdrobniejszych zachcianek, w zamian otrzymując jedynie ochłapy z pańskiego stołu – drobną żywność czy limitowany prąd. W dodatku każdego dorosłego Czerwonego, który nie ma pracy, czeka pobór do wojska; przed tym właśnie losem umknąć chce Mare Barrow, główna bohaterka powieści. Za sprawą wielu zbiegów okoliczności dziewczyna trafia na królewski dwór, gdzie odkrywa, że wcale nie jest kimś zwyczajnym. Jest początkiem wielkich zmian.

Faktem, od którego moim zdaniem należy zacząć, jest to, że w Czerwonej królowej nie ma nic niezwykłego, oryginalnego czy odkrywczego. Tak naprawdę opowieść jest zbitką wszystkiego, co już znamy. Przez pewien czas miałam wrażenie, że czytam Rywalki, tyle że od tyłu; innym razem odkrywałam schematy znane z młodzieżowych dystopii. Do mniej-więcej 1/3 siliłam się na odnalezienie w książce czegokolwiek niesamowitego, jednak później zarzuciłam płonne nadzieje; pogodziłam się z faktem, że najbardziej zaskakującym aspektem akcji jest brak wyraźnie zarysowanego wątku miłosnego. To duża zaleta – czytelnik nie jest zmuszony obserwować dylematów sercowych młodej bohaterki i niekończących się rozważań nad tym, który z dostępnych partnerów jest lepszy (a wierzcie mi, potencjał na to był!).

Mimo wtórności autorce nie można jednak całkowicie odmówić wyobraźni – plejada umiejętności, jakimi obdarzeni są Srebrni, może przyprawić o zawrót głowy. Czytelnik prowadzony jest od tych najbardziej oczywistych (jak panowanie nad wodą czy roślinnością) do bardziej skomplikowanych i kiedy już wydaje nam się, że poznaliśmy wszystkie, znienacka pojawia się ktoś, kto potrafi coś nowego, akurat pasującego do sytuacji. Momentami naprawdę można się w tym wszystkim zagubić, zwłaszcza że jest to wnikliwość nieproporcjonalna do potraktowania innych ważnych aspektów powieści. Victoria Aveyard nie wyjaśniła nam na przykład, jak to się stało, że nagle w żyłach części ludzi zaczęła płynąć srebrna krew – wielka szkoda, choć na to będzie jeszcze czas w kolejnych tomach.

Mam nadzieję, że czasu i miejsca nie zabraknie również na pogłębienie treści książki, bo póki co ów aspekt nie ma się najlepiej. Warstwa społeczna niby ma znaczący udział w fabule, a jednak motywacje niemal w ogóle nie są poruszone. To jedna wielka rewolta, nieprzemyślana i nieposkładana. Interesy dworu są zawiłe i sprowadzają się do knowań i niejasnych indywidualnych interesów, a te społeczne są proste jak budowa cepa. Do wyjaśnienia pozostaje naprawdę wiele spraw i w tym względzie autorka ma spore pole do popisu.

Trzeba także przyznać, że książka jest całkiem dobra pod względem językowym – styl jest na niezłym poziomie, całość czyta się płynnie i przyjemnie. Finalnemu wydaniu, które trafiło do księgarń, przydałaby się jednak jeszcze jedna korekta. O ile błędy interpunkcyjne nie każdemu rzucą się w oczy, o tyle z fleksją może być zgoła inaczej – chyba większość z nas zna odmianę takich wyrazów jak „głaskać” czy „patrzeć”, więc błędy w tym zakresie raczej nie powinny się pojawiać.

Zastanawiam się, od czego może zależeć odbiór tej książki. Od ilości przeczytanych dystopii? Od wrodzonego maruderstwa? Domyślam się, że z czasem pojawi się sporo różnorodnych opinii. Ja oceniam książkę jako przeciętną, ale nie tylko ze względu na wtórność – opowieść tak naprawdę zupełnie mnie nie wciągnęła, choć wiele podobnych czytałam z zapartym tchem; tutaj co chwila odkładałam książkę, aby zająć się czymś innym. Poza tym zabrakło mi jakiegoś drugiego dna, celu, za który tak bardzo kocham powieści z gatunku young adult. Sama nie wiem, czy będę chciała sięgnąć po kolejny tom; póki co jestem raczej zawiedziona.

wtorek, 10 lutego 2015

Lois Lowry - "Skrawki błękitu"

Dawca niesamowicie mnie wciągnął i na długo zapadł mi w pamięć; urzekła mnie zarówno wersja filmowa, jak i literacka opowieść – obie miały swoją magię, cel i sens. Cieszę się, że Galeria Książki zdecydowała się wydać całą tetralogię i z zapałem zabrałam się za drugi tom, kiedy tylko wpadł w moje ręce. W swojej opinii będę jednak odnosiła się do części pierwszej – może zbyt często, może bez sensu, jednak nie jestem w stanie tego uniknąć, gdyż powieści z jakiegoś powodu zostały ułożone w cykl, moim zdaniem nieprzypadkowo.

Tym razem autorka zaprasza nas do świata, w którym duży nacisk położony jest na wewnętrzne funkcjonowanie człowieka – ludzie wierzą, że dusza wchodzi w ciało dopiero po kilku dniach od narodzenia i opuszcza je powoli, cztery dni po śmierci. Zwyczajem jest, że w tym okresie przy zmarłym winien czuwać ktoś bliski, aby pomóc w tej przeprawie. Główną bohaterkę, Kirę, poznajemy właśnie w takim momencie – cztery dni temu zmarła jej matka, a dziewczyna pozostała całkiem sama. Jako kaleka oceniana jest jako nieprzydatna dla społeczności; w tym świecie podobne osoby pozostawia się na polu zmarłych na pożarcie Bestiom. Kira jednak ma dar, który ocali jej życie – jest zdolną hafciarką, wykazującą nadprzyrodzoną moc.

Opowieść nie jest kontynuacją Dawcy – to pierwszy fakt, który należy podkreślić dla tych, którzy jeszcze o tym nie wiedzą. Lois Lowry stworzyła wiele społeczeństw, które funkcjonują niezależnie od siebie, choć osadzone są najpewniej w tym samym świecie i czasie po wielkich wojnach ludzi. Niestety, muszę przyznać, że miasto zamieszkiwane przez Jonasza i cała jego dystopijna konstrukcja spodobały mi się dużo bardziej niż to, w którym żyć przyszło Kirze. Wówczas mieliśmy do czynienia ze spójnym i przemyślanym działaniem ludzi, które w zamyśle miało doprowadzić do spokojnego życia; całość była nowatorska, ciekawa i przemyślana. Tutaj kreacja świata jest dużo bardziej fantastyczna – z jednej strony oderwana od rzeczywistości, z drugiej zaś boleśnie przyziemna i przewidywalna.

Trudno przychodzi mi rozgryzienie tej książki. W przypadku Dawcy metaforyczne drugie dno było jasne i opierało się na rozważaniach nad tym, czy możliwość wyboru jest dla człowieka dobra; tutaj brak jest mi wyrazistego celu poprowadzonej fabuły. Odczucie to jest potęgowane przez fakt, że całość ma mocną konwencję baśni – narracja jest niespieszna, metaforyczna, moralizatorska, a jednak brak wyraźnej pointy czy płynącego z historii morału.

Mimo tego, że opowieść nie do końca mi się spodobała, chętnie sięgnę po kolejną część. Jestem ciekawa, co jeszcze mogę odkryć w niezwykłym cyklu Lois Lowry, mam też nadzieję, że całościowe spojrzenie na tetralogię pozwoli mi ją ująć w innym świetle. Warto jednak przygotować się na to, że drugiemu tomowi brak pewnej magii, choć oczywiście czyta się równie lekko i szybko jak Dawca. A może po prostu z poprzednimi bohaterami byłam już związana i chętnie ujrzałabym kontynuację?

niedziela, 16 listopada 2014

Hugh Howey - "Silos"


Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z opisem Silosu, wiedziałam, że muszę po tę książkę sięgnąć – tajemnicza, postapokaliptyczna opowieść zdawała się idealnie wpasowywać w moje gusta. Przywykłam już do wielu mankamentów współczesnych dystopii i nauczyłam się przymykać na nie oko, ale powiem Wam jedno – w przypadku tej książki nie musiałam tego robić. Zapomnijcie o ckliwych, niedojrzałych bohaterach i romantycznych westchnieniach w łunie nuklearnych eksplozji. Przed Wami opowieść bardzo obiecująca i zadowalająca.

Silos jest nam znany jako obiekt służący do przechowywania nadmiaru surowców, na przykład zboża; co jednak, jeśli umieszczono by w nim ludzi? W dalekiej przyszłości powierzchnia Ziemi jest toksycznym pustkowiem, a nieliczni ocalali żyją właśnie w silosie, tworząc podziemną społeczność, opartą na sztywnych i jasno określonych regułach. Największym przewinieniem jest pragnienie wolności, a karą za nie – wyjście na zewnątrz na pewną śmierć.  Jednak czy każdy, kto opuści silos, musi umrzeć? Żyjąca na najniższych piętrach Juliette już niebawem będzie miała okazję się o tym przekonać – choć dostrzegła, że jej życie będzie miało ewoluować, nie spodziewała się, jak wielkie zmiany pociągnie za sobą dla całej społeczności.

Powieść ta jest klasyczną dystopią i w tym zakresie nie odkrywa przed nami niczego nowego. Mamy tu zamknięte, hermetyczne społeczeństwo, żyjące według jasno określonych zasad – każdy obywatel ma swoją funkcję, jest przyporządkowany do danej dziedziny zawodowej, co determinuje piętro, na którym żyje. Stosuje się politykę kontroli urodzeń, szansa na posiadanie potomka pojawia się tylko i wyłącznie w przypadku śmierci któregoś z mieszkańców. Nie ma tutaj co prawda jasnego podziału kastowego, przyznać też trzeba, że ludzie są sobie względnie równi. Tym niemniej całość zbudowana jest raczej standardowo.

Mimo pewnej przewidywalności bardzo podoba mi się sposób, w jaki autor podszedł do wykreowanego przez siebie świata. Niejednokrotnie zdarza mi się narzekać na potraktowane po macoszemu wizje, zbyt skomplikowane nawet dla samego twórcy, nie wspominając o biednym czytelniku, który dostaje tyle informacji, co kot napłakał. Tutaj jednak sprawy mają się inaczej. Autor zgrabnie poradził sobie z odwiecznym dylematem: jak przedstawić świat, by nie ingerować zbytnio w fabułę i nie przeładować jej informacjami. Sceny związane z wędrówkami bohaterów w górę i w dół okazały się świetnym nośnikiem wiedzy i okazją do często niespiesznej i przyjemnej opowieści. W ten sposób czytelnik ma okazję dobrze i w miarę dokładnie poznać rzeczywistość Silosu i rządzące nim prawa. Sprawę ułatwia fakt, że większość rzeczy jest tu zwarta i logiczna, jak to bywa w hermetycznych i zamkniętych społecznościach.

Spójność świata przedstawionego wiąże się z jeszcze jednym ważnym aspektem, pozwala bowiem czytelnikowi na samodzielne porządkowanie myśli. Podczas lektury Silosu mózg pracuje na pełnych obrotach, a odbiorca ma szansę na bieżąco wykorzystywać otrzymywane informacje. A jest co robić, bo opowieść pełna jest zróżnicowanych wątpliwości i niespodziewanych zwrotów akcji, a przy tym wszystkim całość wypada szalenie realistycznie. Z początku mamy do czynienia z zagadką, która w moim przypadku cudownie uruchomiła wyobraźnię – miałam w głowie całą masę możliwych scenariuszy i zrobiłam przerwę w lekturze, by móc kilka z nich rozważyć. Później, w okolicach połowy, gdy akcja nabiera tempa, wiele wątków rozgrywa się jednocześnie i ciężko jest przewidzieć, co może stać się dalej. Bardzo podoba mi się takie wodzenie czytelnika za nos, tym bardziej, że trwa ono do samego końca.

Przyjemnością jest składanie tej układanki samodzielnie, choć przyznać trzeba, że część tej radości została nam brutalnie odebrana. Tak naprawdę moim zdaniem powieść ma tylko jedną słabą stronę, a jest nią przeplatanie chronologii. Niestety zdarza się, że obserwujemy pewne kluczowe wydarzenie, a dopiero później, po magicznej wstawce x czasu wcześniej mamy szansę prześledzić historię, która doprowadziła akcję do tego właśnie punktu. Jest to zabieg stosunkowo powszechny, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się dobrze go odebrać; zazwyczaj czuję się tak jak teraz – jak gdyby ktoś odebrał mi całkiem przyzwoitą zabawkę, pozbawiając przyjemności.

Owo zniekształcenie nie pojawia się jednak na tyle często, by miało ważyć na ocenie całości książki. W ostatecznym rozrachunku Silos jest powieścią dobrą, jeśli nie bardzo dobrą, w odniesieniu do pozostałych, dostępnych na rynku dystopii. Jeśli poszukujecie książki, która nie rozgrywa się w infantylnym świecie dzieci i młodzieży, powieści wolnej (póki co) od ckliwych wątków romansowym, mogę Wam z czystym sumieniem polecić właśnie ten tekst. Pomysł nie jest może skomplikowany, a świat nie należy do najdziwniejszych i najbardziej niezwykłych, opowieść gwarantuje jednak dobrze spędzony czas, wartką akcję i dreszczyk emocji, pozostawiający bardzo pozytywne wrażenie. Choć na początku miałam pewne opory podczas lektury, po mniej więcej stu stronach wszystkie znikły, a ja dałam się ponieść historii i właściwie do samego końca nie odłożyłam książki na dłuższą chwilę. Tekst ma w sobie coś wciągającego i wprost nie mogę się doczekać drugiego tomu – ufam, że będzie co najmniej równie dobry.


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Papierowy Księżyc.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (650 stron).

niedziela, 9 listopada 2014

Pierce Bowman - "Red Rising. Złota krew"

Świat rozwinął się wręcz niezwykle – ludzie kolonizują odległe planety, a społeczeństwo przeszło znaczną metamorfozę, powracając do znanego systemu hierarchicznego. Władzę sprawują Złoci i, jak nietrudno się domyślić, to oni zbierają również wszelkie możliwe zaszczyty oraz opływają w luksusy. Pozostałe kasty pozostają pod żelaznymi rządami i silną jurysdykcją, wykonując powierzone im zadania. Darrow jest Czerwonym, co oznacza, że należy do górniczej kasty odpowiedzialnej za wydobywanie spod powierzchni Marsa helium-3 i tym samym przygotowywanie planety pod przyszłą kolonizację. Młody mężczyzna jest silny, odważny, niepokorny i gotów do działania, ogranicza go jednak bardzo ważna rzecz – rodzinne piętno pozostawione przez ojca, który zginął jako buntownik. Darrow jest inny, jednak bezpośrednia konfrontacja z trudną prawdą o funkcjonowaniu społeczności na zawsze zmieni jego poglądy. Opętany żądzą zemsty i gniewem będzie musiał przejść długą drogę i poświęcić wiele trudnych spraw.

– Pracujący tu Czerwoni otrzymują zapłatę – tłumaczy Tancerz, gdy zostajemy sami . – Niedużą. Ale dostają pieniądze i wystarczająco dużo bonusów, by uczynić ich zależnymi. Wydają pieniądze na rzeczy, których sądzą, że potrzebują.
– Tak jest ze wszystkimi – syczy Harmony.
– W takim razie nie są niewolnikami – mówię.
– Och, ależ oczywiście że są – odpowiada. – Są zniewoleni chciwością, z jaką zgarniają dobra tych łajdaków.
[s.90]

Interesujące jest społeczne tło i aspekty odnoszące się tak do świata przedstawionego, jak i naszego współczesnego otoczenia. Na kartach powieści rozgrywa się, a właściwie raczkuje, dyskusja nad istotą i definicją wolności – czy wystarczy, że możemy robić to, co chcemy? A może jest to tylko pozór, a wśród niego stajemy się łatwiejszym celem dla manipulacji? W trakcie lektury obserwujemy różne środowiska i osoby odmienne pod względem światopoglądu, mamy też okazję przyjrzeć się rozmaitym pragnieniom, drogom do sukcesu i złudzeniom, jakimi karmią się ludzie. Padają pytania o to, gdzie jest granica sprawy, o którą warto walczyć i jak daleko można się posunąć, by nie pozostać tylko głupcem, świecą, która mocno płonie i szybko się wypala. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że te społeczne aspekty zostaną rozbudowane, ale na to przyjdzie (mam nadzieję) czas w kolejnych tomach. Póki co skupienie na wprowadzeniu czytelnika w temat wyszło autorowi absolutnie na dobre.

Nie wszystko jednak współgra idealnie. Dziwnie można się poczuć czytając ów tekst, gdyż rozdźwięk pomiędzy poszczególnymi częściami jest naprawdę znaczący. Po dramatycznym, emocjonalnym i trudnym początku mamy podstawy, by oczekiwać kontynuowania dojrzałej fabuły, tymczasem złuda pryska jak bańka mydlana, gdy trafiamy do… szkoły pełnej zblazowanej i bezwzględnej młodzieży z wyższych sfer. Konstrukcja fabularna książki w tym zakresie bardzo przypomina Igrzyska Śmierci, z tą różnicą, że tam od początku sprawa stawiana jest jasno, a my jesteśmy przygotowani na to, co się zdarzy. Tu natomiast roszada jest niemałym zaskoczeniem, w dodatku nie jestem pewna, czy całkiem pozytywnym, ze względu na przykład na różnicę poziomów – chociażby emocjonalnego.

Tak naprawdę jednak jedyną kwestią, którą można zarzucić książce i autorowi jest fakt, że nie mamy tu do czynienia właściwie z niczym nowym. Świat sam w sobie ma klasycznie dystopijny charakter – obowiązuje system kastowy, a przedstawiciele poszczególnych grup mają swoje zadania, ograniczenia i jasne miejsce w systemie. Nazywanie ich od kolorów również nie jest pomysłem nowym – takie rozwiązanie mamy w Pieśniarzu Wiatru czy Mrocznych Umysłach. To jednak nie koniec mniej lub bardziej bezpośrednich nawiązań do innych dzieł. Scena, gdy Darrow zmierza do Instytutu by rozpocząć edukację, niebezpiecznie przypomina pierwszą podróż Harry’ego Pottera do Hogwartu; wrażenie potęguje fakt, że autor wykorzystał ten sam, dawny system szkolnictwa, gdzie nauka odbywa się w zamku, a uczniowie podzieleni są na rywalizujące domy, do których przydział odbywa się w szczególny sposób na postawie konkretnych zdolności. Pierce Brown nie pokusił się też o wymyślenie własnych osi świata – jego pomysł zbudowany jest na powrocie do Antyku i do stamtąd pochodzi nomenklatura. Mamy tu do czynienia z urzędami i systemem społeczno-prawnym dawnej Grecji i Rzymu, a także z elementami mitologii owych państw.

Można jednak przymknąć na to wszystko oko, ponieważ pod względem technicznym opowieść jest wspaniała – autor ma naprawdę wielki talent, duży ukłon należy się także tłumaczeniu i redakcji. Tekst czyta się wspaniale, dialogi są płynne, narracja niezwykle przyjemna, a akcja wartka. Zwłaszcza w drugiej części opowieść nabiera tempa i po prostu pochłania czytelnika – strony przewracają się same, a wzrok podąża za zdaniami tak szybko, że niemal karkołomnie. Mimo iż na początku miałam wrażenie, że historia mnie do siebie nie przekona, a emocje zbytnio przytłoczą treść, nic takiego się nie stało – do samego końca pozostawałam pod wrażeniem tego, z jak zgrabną opowieścią przyszło mi się zetknąć.

Jak już wspomniałam, Red Rising w znacznej mierze jest dla mnie połączeniem Igrzysk Śmierci i Harry’ego Pottera ze światem rodem z kultury antycznej (i, oczywiście, większą bezwzględnością, agresją i bezpośredniością). Ten miks mógł z równym prawdopodobieństwem okazać się hitem, co porażką – na szczęście dla autora wynik idzie w kierunku pierwszej odpowiedzi. Z mojej strony obcowanie z tą książką było niezwykłą przyjemnością i sama jestem zaskoczona faktem, jak bardzo wciągnęłam się w losy bohatera i świata, w którym żyje. Jest coś takiego w opowieści Browna, że chce się ją czytać bez końca; może to ze względu na bardzo przystępny język i perfekcyjnie poprowadzoną akcję, może przez niezwykłą wrażliwość autora, pozwalającą mu łączyć i mieszać to co znane i niemal święte w całość godną prawdziwego mistrza. Oby tak dalej – ja w tej trylogii pokładam wielkie nadzieję na masę świetnej, literackiej zabawy. Obym się nie zawiodła!


Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Drageus Publishing House.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (432 strony)

piątek, 12 września 2014

Kiera Cass - "Jedyna"

Dałam się złapać i wciągnąć, wiem. Wpadłam w świat komercji, kiczu, błyskotek. Niniejszym biję się w pierś i przyznaję, że zachowałam się dziecinnie. Ale wiecie co? Wcale nie żałuję! Ta seria, oparta o baśnie z księżniczkami w roli głównej, zawładnęła sercami milionów przedstawicielek płci żeńskiej na całym świecie. Moim również.

Mimo że wszyscy dobrze wiedzą, jak skończy się ta opowieść (jest to jasne dla każdego myślącego czytelnika niemal od początku, ale ja dla pewności zajrzałam na ostatnią stronę Jedynej jeszcze przed lekturą ;)), napięcie pozostaje - kolejne potknięcia Americi przyprawiają o palpitacje serca, a pewne decyzje przeczą wszelkim logicznym prawom prowadzenia do happy endu. Pod tym względem narzekać nie mogę - lektura dostarczyła mi sporo emocji, zwłaszcza jak na książkę, której finału można się spodziewać. W samej opowieści dzieje się dużo - do głosu dochodzi sfera polityczna, w zakresie której coś do powiedzenia będą mieli nie tylko członkowie rodziny królewskiej, ale i America. Atmosfera zagęszcza się z każdą stroną, a pośród tego wszystkiego znajdzie się również miejsce dla... nowych zadań dla dziewcząt z Elity! Prawdę mówiąc byłam przekonana, ze wyobraźnia autorki w tym względzie została wyczerpana i naprawdę miło się zdziwiłam.

Na koniec pozytywnej części chciałabym dodać, że niezmiernie mnie cieszy przyjęte tłumaczenie tytułu. Nie wyobrażam sobie w naszym pięknym języku innego odpowiednika dla The One - Jedyna oddaje w pełni sens i urok tego określenia.

Muszę jednak przyznać, że ostatni tom nie wprawił mnie w zachwyt - tak naprawdę po lekturze odczuwam znaczny niedosyt. Rozwiązania, jakie przyjęła autorka by doprowadzić serię do końca, nie przekonują mnie ani trochę. Ze zbyt małą wnikliwością potraktowano sferę polityczną i emocjonalną. Czytając miałam wrażenie, że wszystko gna do przodu zbyt szybko, rozwiązane jest po łebkach i napisane na siłę. Być może są odbiorcy, którym to odpowiada, jednak w moim przypadku dał o sobie znać fakt, że na co dzień czytam wiele innych książek i moje oczekiwania rosną. Tym, co zraziło mnie najbardziej, są ostatnie rozdziały i brak wnikliwości co do osobistych tragedii bohaterów. Nie chcę uciekać się do spoilerów, ale tempo, w jakim postaci radzą sobie z wydarzeniami sprzed finału, jest doprawdy niezwykłe.

Przykro mi, że to już koniec tej opowieści, a jeszcze bardziej, że przyszło mi się z nią żegnać w tym stylu - niezbyt dogłębnym, mocno po łebkach. Przewidywalność zakończenia nie usprawiedliwia tak szybkiego poprowadzenia akcji. A może to ja zbyt wiele wymagam? W ostatecznym rozrachunku jestem szczęśliwa, że mogłam zapoznać się z tą serią, bo przypomniała mi fascynacje z młodzieńczych lat i pozwoliła zatracić się w niezwykle przyjemnym świecie. Na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę, w wolnej chwili, szukając lekkiej lektury.