Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 listopada 2019

Aneta Jadowska – „Dynia i jemioła”

Macie czasem tak, że kupujecie książkę, zaczynacie lekturę, a potem robicie wszystko, żeby odwlec w czasie jej zakończenie? Wydaje mi się, że czytając Dynię i jemiołę osiągnęłam w tym temacie mistrzostwo, bo poznanie wszystkich opowiadań zajęło mi... nieco ponad rok. Pamiętam dokładnie, jak w pociągu powrotnym z Targów Książki w Krakowie w 2018 roku zaczęłam czytać pierwsze opowiadanie. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, a z drugiej czułam, że chcę podawkować sobie tę zabawę. I podawkowałam, bo ostatni tekst ze zbioru skończyłam czytać dzisiaj. 

Ale może od początku – czym w ogóle jest Dynia i jemioła? To zbiór 10 opowiadań autorstwa Anety Jadowskiej, osadzonych w stworzonym przez nią magicznym uniwersum Thornverse. Zbiór ten w założeniu miał oscylować tematycznie w okolicach świąt, które możemy spotkać na swojej drodze jakoś między październikiem a grudniem. I choć z klimatem bywa tutaj różnie – raz jest go więcej, a raz mniej – to śmiało można powiedzieć, że jest to pierwszy wspólny mianownik dla wszystkich opowieści. Drugim są zdecydowanie bohaterowie, z których większość znamy z poprzednich książek autorki. Dora, Nikita, Roman, Witkacy, Karma, Baal... Fani serii z pewnością ucieszą się z obecności ulubionych postaci. 

A czy ja się ucieszyłam, czytając kolejne opowiadania? I tak i nie. Jak to ze zbiorami bywa, niektóre teksty były lepsze, inne gorsze, albo po prostu mniej wpadające w mój gust niż pozostałe. Bardzo spodobało mi się na swój sposób urocze Jak pies z kotem i zabawny Powrót wiedźmy bojowej. Wielkie serduszko leci również do Wampira, który ukradł święta (uwielbiam Romana) oraz długo wyczekiwanych 50 twarzy Baala. Zdecydowanie wiele razy uśmiechałam się z nostalgią i śmiałam z dobrych żartów. Zrozumiałam też, że w 2020 koniecznie muszę wrócić do Heksalogii o Wiedźmie i przeczytać ją ponownie, bo najzwyczajniej w świecie tęsknię. 

Duży plus również za całą sferę wizualną Dyni i jemioły. Twarda oprawa, wyklejka wewnątrz, szyte strony, spójna, klimatyczna szata graficzna, detale w poszczególnych rozdziałach, przepiękne ilustracje niezastąpionej Magdaleny Babińskiej, a także dodatki (pocztówki i karta) – wszystko to tworzy razem wspaniałą całość i sprawia, że po tę książkę po prostu chętnie się sięga. Powiedziałabym, że jest to również doskonały pomysł na prezent, ale mam wrażenie, że po roku od premiery większość fanów Anety Jadowskiej lekturę ma już za sobą. 

W mojej głowie nie jest to może zbiór na miarę Ropuszek (w których, jak nie ja, pokochałam absolutnie wszystkie opowiadania i chciałam tylko więcej, więcej, więcej), ale też się na to nie nastawiałam. To, co znalazłam w Dyni i jemiole, było przyjemne i satysfakcjonujące, jestem też pewna, że kiedyś jeszcze wrócę do wybranych opowiadań. A jeśli Wy wciąż zastanawiacie się czy warto, nie wahajcie się dłużej. Jestem pewna, że każdy fan Thornverse znajdzie tutaj coś dla siebie.


środa, 9 maja 2018

Czy popkulturowa papka musi odbić się czkawką? Dwa oblicza „Player One”




Zdążyłam już zapomnieć o książce, której pozbyłam się ze swojej biblioteczki wiele miesięcy temu, kiedy gruchnęła wiadomość, że Player One zostanie zekranizowane. Zwiastun mi się spodobał, więc wiedziałam, że wybiorę się do kina i zaczęłam żałować, że nie mam pod ręką książkowego pierwowzoru. A po seansie... Cóż, po sensie uznałam własną porażkę i czym prędzej zamówiłam książkę Ernesta Cline'a. Czułam pod skórą, że te historie będą się doskonale uzupełniały.

piątek, 26 stycznia 2018

Recenzje a rzeczywistość, oczekiwania i rozczarowania || Lev Grossman – „Czarodzieje”



Czasem się zastanawiam, po co zaglądam do recenzji książek zanim jeszcze wyrobię sobie na ich temat własne zdanie. Pal licho, jeśli zrobię to zanim podejmę decyzję o zakupie/przeczytaniu danej pozycji - w najgorszym razie po prostu sobie ją odpuszczę i w jednym przypadku na 100 ominie mnie tytuł, który miałby szansę przypaść mi do gustu. Gorzej, że zdarza mi się to również między otrzymaniem książki a lekturą, kiedy już niewiele mogę poza popsuciem sobie humoru i dobrego nastawienia. Jak zapewne się domyślacie, taka sytuacja miała miejsce również i tym razem –  na Czarodziejów czekałam od wielu miesięcy (odkąd przeczytałam zapowiedź) i po przeczytaniu opisu nastawiałam się do nich bardzo pozytywnie; w każdym razie do czasu, kiedy książka wylądowała na moim biurku, a ja nieopatrznie zajrzałam na Lubimy Czytać i przeczytałam opinie na jej temat.

poniedziałek, 2 października 2017

Aneta Jadowska – „Szamańskie tango”



Niewiele jest serii, na premierę których czekam z niecierpliwością i ściśniętym sercem; niewielu bohaterów uwielbiam tak bardzo, że odkładam dla nich aktualnie czytane książki. Lekturę Szamańskiego tanga udało mi się odwlec dokładnie o jeden dzień – dłużej nie mogłam czekać. A gdy zaczęłam... cóż, po prostu nie byłam w stanie się oderwać!

Pojawienie się w życiu Witkaca córki, w dodatku również magicznej, musiało wywołać lawinę zmian: od teraz człowiek, który nie potrafi skutecznie zadbać o własny byt, ma pod opieką inną istotę – dumną, pewną siebie i skorą do lekkomyślności. A trzeba pamiętać, że magia to nie przelewki! Ten, kto używa jej nierozważnie, z pewnością prędzej czy później będzie potrzebował pomocy; szczęście, jeśli w pobliżu będzie ojciec gotów nadstawić karku dla dobra ukochanej córeczki. 

Druga część cyklu o Witkacym różni się znacząco od swojej poprzedniczki – zamiast dwóch nowelek poprowadzonych w trybie procedural otrzymujemy jedną, ciągłą opowieść. Choć pojawiają się pewne elementy utrzymujące historię w sferze realnej, znaczna część wydarzeń rozgrywa się w zaświatach, których do tej pory bohater unikał, jak tylko mógł. W ten sposób powieść staje się znacznie mniej urban, a bardziej fantasy, pozostając przy tym tak samo interesująca. Co ważne, seria nie straciła nic z lekkości, humoru i specyficznego klimatu, który wiąże się z bardzo charakterystyczną postacią Witkaca, policjanta-szamana, który ma wyraźne problemy z odpowiedzialnością i zaangażowaniem.

Od lat zachwycam się pomysłami Anety Jadowskiej na wykorzystanie różnych kultur i mitologii. W wykreowanym przez nią świecie rozmaite systemy religijne współistnieją nie czyniąc sobie żadnej krzywdy (przynajmniej na co dzień): zaświaty są pojemne, a bohaterowie trafiają dokładnie do tych bogów, których potrzebują. Uwielbiam odkrywać elementy związane z kolejnym wprowadzanym systemem i nie będzie kłamstwem, jeśli powiem, że ten związany z szamanizmem należy do moich ulubionych. Na drodze Witkaca staje cała plejada ciekawych bohaterów – wykreowane na podobieństwo dawnych bogów duchy opiekuńcze to barwne i głośne towarzystwo. Każdy z nich ma ciekawą osobowość i wiele ludzkich cech (głównie przywar), więc gdy zbierze się ich razem, dynamika grupy napędza się sama. 

Jak już wspominałam, świat książek Anety Jadowskiej jest bardzo pojemny. Jeśli szukacie nietypowego, zabawnego paranormal romance z bohaterami, którzy ciągle wpadają w tarapaty, odsyłam Was do cyklu o Dorze Wilk. Jeśli lubicie mocne, silne postaci kobiece o trudnych charakterach, serdecznie polecam serię o Nikicie. Natomiast jeśli wolicie pierwiastek męski w lekko niezdarnym wydaniu, za to z dużą dawką humoru, zapraszam Was do opowieści o Witkacu. Nie pożałujecie. 






Szamański blues || Szamańskie tango

wtorek, 22 sierpnia 2017

Ransom Riggs – „Osobliwy dom pani Peregrine”


Czasem wydaje mi się, że pewne książki mnie prześladują. Choć nie są najnowsze, widzę je wszędzie: na blogach, w powodzi zdjęć na Instagramie czy na uginających się księgarnianych półkach. Napisałabym, że bezczelnie się na mnie gapią, ale nie chcę być uznana za wariatkę, zatrzymajmy się więc na tym, że są, a ich obecność z dnia na dzień staje się coraz bardziej nachalna.

Jak nietrudno się domyślić, tak właśnie wyglądała moja relacja z Osobliwym domem pani Peregrine (jeszcze zanim go kupiłam). Od dawna wiedziałam, że taka książka istnieje i o czym z grubsza jest. Miałam ją w czytelniczych planach, ale tych luźnych, które z reguły umierają śmiercią naturalną pod natłokiem Bardzo Ważnych Nowości. W każdym razie tak było do momentu, kiedy zaczęłam tę książkę spotykać absolutnie na każdym kroku. 

Musiałam zdecydować się na jej zakup. Potem po prostu przepadłam.

Fabuła skupia się wokół przygód Jacoba – szesnastolatka, którego zmarły niedawno dziadek przez lata karmił niestworzonymi opowieściami. Chłopak już dawno przestał w nie wierzyć, ale okoliczności śmierci staruszka każą mu zwątpić we wszystko, co do tej pory znał. By rozwiać wszelkie wątpliwości i poukładać własną psychikę, Jacob wyrusza na wyspę, na której wychowywał się jego dziadek – pragnie odnaleźć sierociniec, a także jego mieszkańców. Nie spodziewa się, że w rzeczywistości okażą się znacznie bardziej osobliwi, niż w opowieściach…

Osobliwy dom pani Peregrine to bez wątpienia przygodowa powieść dla młodzieży, ale tak naprawdę spodoba się również wielu dorosłym. Ja również się do nich zaliczam. Choć akcja mogłaby być bardziej wartka, nie nudziłam się podczas lektury, a prezentowany świat kupił mnie niemal całkowicie.

Tym, co zainteresowało mnie najbardziej, są wykorzystane w książce fotografie przedstawiające różne osobliwości: lewitujące dzieci, osoby nadnaturalnie silne itp. Jeśli wierzyć posłowiu, zdjęcia pochodzą ze zbiorów różnych kolekcjonerów, zatem same w sobie nie stanowią spójnego zestawu. Jest to o tyle ciekawe, że dla fabuły książki stanowią one kluczowy element: to na nich oparta jest charakterystyka większości postaci. Wygląda na to, że autor miał w głowie jedynie zarys opowieści, a szczegóły dopracowywał w trakcie, pracując z zebranym materiałem zdjęciowym i „ożywiając” kolejnych bohaterów. Jeśli w istocie tak było, jest to bardzo ciekawy sposób pracy.

Warto wspomnieć, że jak na książkę dla młodzieży, świat Osobliwego domu… jest dość mroczny – najpierw mamy historię rozczarowanego i nierozumianego nastolatka, potem dochodzi dojmujące poczucie zagrożenia, a całość podszyta jest dodatkowo bardzo smutną atmosferą domu sierot-uciekinierów z czasów wojny. Choć nie jest to łatwy do zniesienia klimat, cieszę się, że tworzy się powieści dla młodzieży, które opowiadają o czymś więcej, niż romansach i buncie przeciwko systemowi. W książce Riggsa relacje są trudne, pokomplikowane, a bohaterowie noszą różnorodne rysy. Zachwycam się kreacją zakochanej od lat Emmy, odrzuconym ojcem Jacoba czy jego dziadkiem, który teoretycznie spędził życie na uciekaniu, konfrontując się jednocześnie ze znacznie większą sprawą. Te historie nadają książce charakteru i czynią ją znacznie ciekawszą.

Jeśli prześladować mnie mają książki tak dobre, godzę się na wszystko. Już niebawem, jeśli budżet pozwoli, zabieram się za kolejne części i mam nadzieję, że spodobają mi się równie mocno, jak pierwsza.


czwartek, 20 lipca 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk – „Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”



Niezastąpiona Karolina obdarowała mnie urodzinowo dwiema częściami cyklu Kwiat Paproci. To dopiero prezent wywołujący dysonans poznawczy… Z jednej strony uwielbiam wszystko, co związane ze słowiańskimi wierzeniami, z drugiej zaś – w mrokach mojej duszy wciąż tkwi trauma po poprzednim spotkaniu z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk przy okazji powieści Ja, Diablica. Delikatnie rzecz ujmując książka ta nie należy do moich ulubionych. I co tu odpowiedzieć, co robić? Po namyśle postanowiłam, cytując Muńka Staszczyka, „uprzedzenia wyrzucić w kąt” i dać autorce jeszcze jedną szansę, skoro już los skrzyżował moje drogi z fanką serii. Nie zwykłam lekceważyć głosu przeznaczenia.

Gwoli wstępu: Kwiat paproci to cykl opowiadający historię młodej adeptki sztuk medycznych, Gosi, która wyjeżdża na wieś, by terminować u miejscowej szeptuchy. Mimo że dziewczyna nie wierzy w „bzdurne zabobony”, szybko okazuje się, że będzie musiała zmienić swoje nastawienie, bowiem poprzez pochodzenie jest silnie związana nie tylko z tradycją, ale i słowiańskimi bogami, którzy okazują się być żywi bynajmniej nie tylko w umysłach miejscowych ludzi. Jakby kłopotów było mało, na drodze Gosi staje uczeń miejscowego żercy, Mieszko, który z historycznym władcą Polan wspólne ma nie tylko imię…

Na samym początku bardzo negatywne wrażenie zrobiła na mnie kompletnie nielogiczna konstrukcja świata przedstawionego. Akcja cyklu rozgrywa się w czasach współczesnych, ale w alternatywnej rzeczywistości, w której Mieszko I nigdy nie przyjął chrztu. Pominę fakt, że gdyby tak się stało, Polski prawdopodobnie by nie było, a z pewnością nie stałaby się ona supermocarstwem… Główny problem konstrukcyjny tej opowieści leży gdzie indziej: otóż w tym świecie wszystkie państwa wokół rozwinęły się normalnie, a jedynie u nas nadal kultywowane są słowiańskie wierzenia, krajem rządzi król, a nowoczesność miesza się z tradycją. Do tego dochodzi fakt, że bohaterka tak wypowiada się o swojej religii, jakby wiedziała, że coś jest nie tak z rzeczywistością, w której żyje – niemal na dzień dobry dostajemy refleksją z gatunku „ciekawe, co by było, gdyby Mieszko przyjął chrzest”, która tylko potęguje nienaturalność całej sytuacji.

Po kilkudziesięciu stronach zamknęłam książkę i wzięłam kilka głębokich oddechów. Przypomniałam sobie, że czytam paranormal romance i… wyluzowałam. Zdecydowanie wyszło mi to na dobre, bo od tej pory kolejne powieści czytało mi się milion razy lepiej.

Zacznijmy od najważniejszego, czyli obiecywanego wszem i wobec niezwykle bogatego słowiańskiego folkloru. Pod tym względem nie mam powieściom nic do zarzucenia. Cieszyłam się jak dziecko odkrywając kolejne elementy świata przedstawionego i uważam, że autorce udało się dobrze odzwierciedlić zaplanowany klimat. Znajdziemy tu cała plejadę stworzeń rodem z Bestiariusza słowiańskiego (czasem tłumaczenie kto jest kim jest nieco zbyt toporne, ale to pomniejsza wada), ale też bogów o bardzo ludzkich cechach i przywarach. To właśnie relacja głównej bohaterki z tymi drugimi stanowi clou całej opowieści. Podoba mi się mocne podkreślenie charakterystycznych rysów poszczególnych bóstw i wykorzystanie ich dla fabuły. Do tego dodać należy słowiańskie rytuały i obrzędy, które również opisane są należycie i bardzo sugestywnie; tak, że chciałoby się wziąć w nich udział, dać się porwać sytuacji. Z opowieści bije magia i to właśnie ona najmocniej mnie urzekła.

Jeśli chodzi o akcję, poszczególne części cyklu są bardzo nierówne. Pierwsza wykorzystuje element zaskoczenia i wprowadza czytelnika w wykreowany przez autorkę świat; równowaga między fabułą a opisami jest zachowana, a odkrywanie poszczególnych elementów otoczenia – przyjemne. Druga odsłona jest w naturalny sposób mniej dynamiczna od swojej poprzedniczki. W tym przypadku autorka zdecydowała się przedłożyć uzupełnianie opisu świata nad budowanie ciekawej akcji, w związku z czym Noc Kupały jest znacznie wolniejsza i przez to nieco się dłuży. To typowy zapychacz fabularny, który, owszem, rozjaśnia nam pewne niuanse związane z alternatywną wersją historii, ale nie ciekawi tak mocno, jak część pierwsza. Z kolei Żerca bardzo mile mnie zaskoczył – na początku spanikowałam wyczuwając perspektywę pojawienia się trójkąta miłosnego, jednak z czasem okazało się, że to najlepsza i najciekawsza odsłona cyklu. Zainteresowała mnie zaprezentowana w niej zagadka, relacje międzyludzkie (i międzyboskie), a także ciągłe poczucie zagrożenia, z którym zmagała się bohaterka.

Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że udało mi się nawet polubić główną bohaterkę. Gosia na początku była bardzo irytująca z tym swoim nastawieniem „na nie” i niewiarą w absolutnie wszystko, co ją spotyka, ale w ostatniej części zyskała moją sympatię dzięki kilku wydarzeniom. Poza tym jest postacią, która ewidentnie się rozwija, nie można zarzucić jej statyczności. Dodatkowo to z nią związana jest większość zabawnych scen (a humor odgrywa w tych książkach bardzo ważną rolę), więc naturalnym jest, że w którymś momencie czytelnik zaczyna z nią sympatyzować.

Zastanawiam się, co sprawiło, że w ostatecznym rozrachunku cykl Kwiat paproci tak bardzo mi się podobał. Gdybym miała wskazać jeden czynnik, prawdopodobnie byłby to mocno widoczny słowiański klimat opowieści. W gruncie rzeczy chciałabym żyć w rzeczywistości wykreowanej przez Katarzynę Berenikę Miszczuk – w świecie, gdzie bogowie są realni, magiczne istoty żyją wszędzie tam, gdzie się w nie wierzy, a rytuały są wciąż żywe i kultywowane. Uwielbiam wszystko co związane z tym tematem i bardzo się cieszę, że powstał cykl tak silnie osadzony w słowiańskim klimacie. I to nie tak, że opowieść nie ma słabszych stron – język nie zawsze zachwyca, dialogi potrafią być płytkie, a do tego wszystkiego dochodzi ten nieszczęsny romans, który chwilami próbuje wydostać się na pierwszy plan. A jednak, choć nigdy bym się tego nie spodziewała, myślę, że jeszcze wrócę do tej opowieści – choćby po to, żeby poznać jej zakończenie.






Wydawnictwu W.A.B. dziękuję serdecznie za możliwość poznania trzeciej części cyklu.

sobota, 8 lipca 2017

Terry Pratchett, Stephen Baxter – „Długi kosmos”


Nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Po pięciu latach pełnych wyczekiwania na kolejne części moja przygoda z Joshuą, Lobsangiem i spółką zostaje zamknięta... I wiecie co? Może to wpływ nostalgii i sentymentów, ale po wielu chwilach zniecierpliwienia i znudzenia, tym razem naprawdę mi się podobało!

Bohaterowie cyklu są już starsi, zmieniły ich doświadczenia i przemiany, w których czynnie uczestniczyli. Część z nich nie żyje, a ci, którzy pozostali, osiągnęli słuszny wiek. Długa Ziemia również nie jest już taka sama  skolonizowana, w znacznej mierze poznana nie kryje już tak wielu tajemnic, jak do tej pory. W każdym razie tak wszyscy podejrzewają. Nastawienie zmienia się jednak, gdy słyszalny staje się przekaz niewiadomego pochodzenia: Dołączcie do nas... Czy ludzkość powinna przyjąć propozycję? I dlaczego wiadomość pojawiła się właśnie teraz?

Paradoksalnie wątkiem, który najbardziej mnie zaciekawił, nie był tajemniczy przekaz z kosmosu; znacznie bardziej interesują mnie Następni, których obecność od dłuższego czasu jest w cyklu coraz silniej zaznaczana. Podoba mi się motyw wszelkich super mutacji zarówno w literaturze, jak i w filmie, i zawsze chętnie obserwuję pomysły twórców na umieszczenie w społeczeństwie pojawiających się nadludzi. Jasne, gdy czytam o tym, że nazywają ludzi "tępakami" i w jaki sposób ich traktują, pojawia się irytacja. Mimo to temat uważam za fascynujący, tym bardziej, że i Następni nie są idealni, a wiele ich cech zbliża ich do nas bardziej, niż by tego chcieli.

W Długim kosmosie autorzy jak zwykle zachwycają mnogością tematów poddanych po refleksję. Mamy tutaj cierpienie i ucieczkę, które są udziałem głównego bohatera  Joshua wciąż nie potrafi radzić sobie z uczuciami i woli uciekać, gdy tylko robi się niebezpiecznie blisko zaangażowania i wyboru. Wiek bohaterów i odchodzenie najbliższych skłania ich ku refleksji na temat przemijania, śmiertelności i oceny swojego życia. Z drugiej strony na scenę wkraczają młodzi  nierozumiani przez starszych (jak zwykle), ale chcąc nie chcąc będący przyszłością Długiej Ziemi. Obserwujemy nowe ruchy i różne sposoby adaptacji do rzeczywistości. Znów pojawia się dylemat dobra zbiorowego i mniejszego zła, rozważania nad kierunkiem rozwoju ludzkości i zmianami zachodzącymi w społecznościach. 

Jednym z podkreślanych elementów jest istnienie i znaczenie wiedzy jako dorobku. Rozproszeni po Długiej Ziemi, pozbawieni możliwości zdalnej komunikacji między kolejnymi światami ludzie powoli zatracają pamięć o kulturze przodków. To, co dzisiaj tak chętnie podkreślamy, dziedzictwo przeszłości, w tym świecie powoli odchodzi w zapomnienie. Rodzice-pionierzy, najczęściej nie mają czasu na edukowanie swoich dzieci, a jeśli to robią, uczą wyłącznie umiejętności praktycznych, które mogą się przydać w codziennym życiu i w razie niebezpieczeństwa. Pojawia się pytanie  to dobrze, czy źle? Czy człowieka określa jego kulturowe dziedzictwo, a może powinno ono schodzić na dalszy plan, gdy najważniejsze jest przetrwanie? Czy ludzi rozproszonych po tak wielu światach wciąż można określać jako wspólnotę? 

Bardzo podobał mi się również wstęp, jakim opatrzony jest ostatni tom cyklu, wydany przecież długo po śmierci Terry'ego Pratchetta. Nie ma tu niepotrzebnego patosu, zbędnych wspominek czy opowieści o niewypowiedzianym wprost żalu ze straty. Stephen Baxter podszedł do sprawy rzeczowo i w pięknych, choć oszczędnych słowach opowiedział czytelnikom, w jaki sposób powstawał Długi kosmos. Dzięki temu rozwiane zostały wątpliwości, czy aby nie jest to dzieło samego Baxtera; całość niemal od początku była planowana na pięciotomowy cykl, którego najważniejsze elementy powstały bardzo wcześnie. 

Nie jestem pewna, czy cykl o Długiej Ziemi mogę polecać w ciemno i każdemu  mam świadomość, że wiele osób nie dotrwa do samego końca. Poszczególne części są momentami powtarzalne i wewnętrznie schematyczne, a to, co uważam za największą wartość opowieści  sfera rozmyślań nie wszystkim przypadną do gustu. Mimo to ja jestem zachwycona i na pewno wrócę jeszcze do tej opowieści. Choćby z samego sentymentu. 







Długa Ziemia  ||  Długa wojna  ||  Długi Mars  ||  Długa utopia  ||  Długi kosmos

piątek, 21 kwietnia 2017

Ian Tregillis – „Powstanie”


Choć pierwszą część Wojen Alchemicznych przeczytałam dość przypadkowo, nie będę ukrywała, że skradła moje serce właściwie od pierwszej strony. Historia Jaxa, mechanicznego sługi, który zapragnął wolności, idealnie wpasowała się w mój gust i urzekła mnie dojrzale poprowadzoną sferą filozoficzną i nieoczywistym wykorzystaniem znanych w literaturze schematów. Z wielką radością (i równie wielkimi oczekiwaniami) sięgnęłam zatem po kolejną część, pełna nadziei, że i w niej przepadnę bez reszty. Zdziwiłam się, to na pewno. Choć nie wszystko potoczyło się tak, jak mogłam się spodziewać, ostatecznie pozostaję pod wrażeniem pisarskich możliwości i zdolności Iana Tregillisa.

Zacznę od tego, że tym razem daleko było mi do „zachwytów już od pierwszej strony”  prawdę mówiąc na samym początku kilkukrotnie odkładałam książkę, by znów wrócić do niej po kilku dniach, tak ciężko brnęło mi się przez pierwszy rozdział. Historię otwiera opowieść poprowadzona z nowej perspektywy  miejsce jednej z trzech kluczowych postaci, pastora Vissera, zajmuje Hugo Longchamp, kapitan straży Zachodniej Marsylii, którego mieliśmy okazję poznać w pierwszej części cyklu. Roszada jest istotna ze względów fabularnych i całkowicie uzasadniona, jednak we mnie budzi mieszane uczucia. Perspektywa kapitana przynosi czytelnikowi sporo bardzo cennego humoru, ale też język, który nie każdemu (w tym mnie) przypadnie do gustu. Ponadto sam początek jest dość powolny i stanowi swego rodzaju wprowadzenie w perspektywę Francuzów, co średnio zachęcało mnie do lektury w gorsze dni. Na szczęście z każdą kolejną stroną robi się coraz ciekawiej. 

Bardzo podoba mi się to, w jaki sposób Tregillis kreuje postaci i wprowadza nowe pomysły do swojej opowieści: wszystko dzieje się płynnie i autentycznie. Jax, który niedawno zyskał wolność, odkrywa, że nie jest ona równoznaczna ze szczęściem, a w jego mechanicznej osobowości rozwija się coś nowego: poczucia moralności. Z kolei Berenice okazuje się bohaterką świetnie umotywowaną, a jej drugie oblicze niejednokrotnie zaskoczy czytelnika, nawet jeśli uczucia co do niej nie będą do końca pozytywne. Fabularnie świetnie sprawdził się wątek utopii klakierów, mitycznej krainy, gdzie mechaniczni żyją wolni i szczęśliwi, przynajmniej według legend. Wszystkie te elementy stanowią o sile książki, trzymają ją bowiem w mocnych, realnych ryzach. Wojny alchemiczne nie są (i mam nadzieję, że nie staną się w trzecim tomie) bajką o pięknym świecie, a mocno osadzoną w rzeczywistości historią pełną goryczy i rozczarowań, które umacniają charakter i hartują ducha.

Warto wspomnieć, że druga część cyklu znacząco odbiega od poprzedniczki pod względem balansu między sferą filozoficzną, a fabularną. W Mechanicznym, co niesamowicie mi się podobało, akcja niejednokrotnie zwalniała za sprawą ciekawych i wartościowych rozważań głównego bohatera lub utrzymanych w podobnym tonie, rozbudowanych dialogów. Powstanie pod tym względem jest znacznie uboższe i dużo bliżej mu do powieści przygodowej czy awanturniczej. Wciąż zdarzają się ciekawe elementy, zwłaszcza za sprawą Jaxa i jego rozważań natury moralnej, ale jest ich znacznie mniej. Z drugiej strony zyskuje na tym dynamika akcji, co z pewnością ucieszy wiele osób, dla których Mechaniczny był zbyt wolno rozgrywającą się historią  tym razem mamy do czynienia z szybko następującymi po sobie zdarzeniami i licznymi zwrotami akcji przy równie interesującej sieci intryg i zależności.

Mimo że balans elementów bardziej odpowiadał mi w pierwszej części cyklu, nie mam autorowi za złe takiego poprowadzenia historii. Ian Tregillis dzięki Powstaniu udowodnił, że jego seria jest dobrze przemyślana, a on sam nie ma w planach zamykać się w sztywnych okowach schematów  czy to zewnętrznych, czy narzuconych samemu sobie w poprzednich częściach opowieści. Dzięki zwiększeniu tempa akcji, Wojny alchemiczne stały się książką, która może zaciekawić szersze grono odbiorców i przyciągnąć ich do tej opowieści, tak bardzo wartej poznania. Ciekawa jestem, czym zaskoczy nas autor w części trzeciej i na co postawi tym razem. Jedno jest pewne: pomysłów na kreację świata absolutnie mu nie brakuje. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.



Mechaniczny || Powstanie || Wyzwolenie

środa, 8 lutego 2017

Sylvain Neuvel – „Śpiący giganci”

Pewnego zwyczajnego popołudnia pewna zwyczajna dziewczynka jechała swoim zwyczajnym rowerkiem, gdy nagle spod kół osunęła się ziemia. Na szczęście mała upadła na coś, co, jak się później okazało, było gigantyczną, świecącą dłonią. Siedemnaście lat później ta sama dziewczynka – a właściwie już dorosła kobieta – jako naukowiec staje na czele zespołu badawczego, który stara się rozwikłać zagadkę pochodzenia i znaczenia owej dłoni. Początkowo grupa napotyka więcej pytań niż odpowiedzi, ale z każdym kolejnym odkryciem wyłania się szokujący obraz, który może zmienić spojrzenie ludzi na świat.

Czytając jakikolwiek opis Śpiących gigantów czy też samodzielnie przypominając sobie ich treść myślę: ktoś tu miał bardzo dobry pomysł. Historia nie bez powodu jest porównywana do takich klasyków jak Jurassic Park czy World War Z – w teorii prezentuje się perfekcyjnie: ma rozmach, ogromną skalę i odpowiednio fantastyczną tematykę. Fabuła jest w idealnym stopniu zagadkowa i świeża, a hipotezy badaczy kierują się ku istnieniu wysoce rozwiniętej cywilizacji, która zostawiła nam wiadomość kilka tysięcy lat temu. Mamy więc do czynienia z kimś bardzo potężnym, co dodatkowo powinno budować napięcie.

Dlaczego zatem nie zaczęłam swojej recenzji od pieśni pochwalnej na temat kolejnej cudownej i niezwykłej opowieści, którą dane mi było poznać? Bo ta książka najzwyczajniej w świecie mi się nie podobała. Choć na początku myślałam, że będzie inaczej, praktycznie przez całą lekturę po prostu się męczyłam. Najpierw przyszło zdziwienie formą – pewnie czytałam już o tym w jakiejś recenzji, ale zdążyłam zapomnieć, więc był to dla mnie niemały szok: książka nie posiada normalnej narracji. W większości składa się z wywiadów z poszczególnymi członkami grupy badawczej prowadzonymi przez pewną tajemniczą osobę, do tego dochodzą nieliczne fragmenty dzienników osobistych. Każdy wywiad jest mocno ukierunkowany na temat, który determinuje rozmówca. Choć wypowiedzi poszczególnych postaci często są rozbudowane, nie są w stanie zastąpić normalnej opowieści. Takie poznawanie historii zupełnie nie przypadło mi do gustu i sprawiło, że po krótkim czasie lektura przestała sprawiać mi przyjemność.

Myślę sobie jednak, że forma nie jest tutaj jedynym problemem. Na początku, kiedy dopiero odkrywałam zalążki fabuły, byłam pewna, że dam radę ścierpieć te wywiady, byle dowiedzieć się, co będzie dalej – cała sprawa naprawdę bardzo mnie interesowała. Niestety w międzyczasie autor wolał skupić się na rzeczach zupełnie nieprzydatnych, na czele z dziwacznym zainteresowaniem relacjami osobistymi między członkami grupy. Zamiast posuwać akcję do przodu, dostaliśmy zatem masę zbędnych i niepotrzebnie rozwlekających całość informacji, bez których spokojnie moglibyśmy żyć. Choć na początku wyglądało na to, że powieść będzie miała w sobie pewien dynamizm, a dzięki sprawnemu odkrywaniu kolejnych faktów i niespodziewanym zdarzeniom będzie w stanie utrzymać moją uwagę, tak się nie stało – miałam ochotę przewracać strony, by dotrzeć prosto do interesujących fragmentów.

Kolejny raz w ostatnim czasie przyszło mi negatywnie ocenić książkę, która podobała się tak wielu osobom. Cóż, w tym przypadku, jak sądzę, wiele zależy od formy i tego, czy będzie ona dla nas męcząca, czy też nie. W moim przypadku od tego się zaczęło i ten właśnie element miał duży wpływ na to, że po prostu się przy tej książce męczyłam. Dobry pomysł to za mało i chyba źle przyjmuję to, co jest „nowatorskie”. Mimo wszystkich pochwał, które rozsławiają tę historię (a widziałam, że za granicą podobnie osławiony jest drugi tom), nie sięgnę po kontynuację. Was natomiast standardowo zachęcam do spróbowania – a nuż dołączycie do grona zachwyconych i odkryjecie kolejną świetną opowieść. 






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

środa, 1 lutego 2017

Piotr Patykiewicz- „I wrzucą was w ogień”

Kacper dorósł, zmężniał i założył rodzinę. Świat się zmienił, z każdą chwilą bardziej uwydatniając podziały między ludźmi w Mieście i w Osadzie. Starsi, choć fizycznie ociemniali, widzą więcej niż obojętna na niebezpieczeństwa młodzież. Coś wisi w powietrzu, coś narasta. Jakie skutki przyniesie to wszystko dla ostatnich ludzi?

Historia, którą wybrał Patykiewicz, jest z pozoru prosta: oto córka ucieka w świat z mężczyzną, w którym jest zakochana, i tym samym wpada w śmiertelnie niebezpieczną pułapkę. Nie widzi wszystkich zagrożeń, które dostrzega jej ojciec, więc ten spieszy na ratunek. Gdyby się dobrze zastanowić, ta główna oś fabularna jest znana i uniwersalna, a jednak podczas lektury ma się wrażenie obcowania z opowieścią inną niż wszystkie. Dlaczego? Myślę, że podstawową przyczyną jest to, że fabuła nie gra w powieści Patykiewicza pierwszych skrzypiec; tak było w przypadku Dopóki nie zgasną gwiazdy i jest również teraz, w kontynuacji. Owszem, poznajemy bohaterów połączonych więzami rodzinnymi, którzy towarzyszą nam przez całą podróż, jednak w gruncie rzeczy to świat przedstawiony wysuwa się na pierwszy plan. 

Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak dojrzała i przemyślana jest ta książka. Autor garściami czerpie z mniej lub bardziej znanych motywów, legend, podań i wierzeń, ale nie ma tu ani grama wtórności. Świat przedstawiony skupia się na życiu prostych ludzi, społeczeństwa odbudowanego po Upadku, wielkiej katastrofie ludzkości: to czas i miejsce, gdy do głosu dochodzą instynkty i pierwotne dążenia. Starsi musieli okaleczyć się, by żyć. Młodzi mają większe szczęście: nie tylko widzą, ale też dorastają w znacznie spokojniejszych czasach: wśród ciężkiej pracy, ale bez codziennego lęku o nowy dzień. Powieść Patykiewicza jest opowieścią o kontrastach: młodzi i starzy, Miasto i Osada, potrzeba zmian i zacietrzewienie, zdrowi i chorzy, lepsi i gorsi…  Te podziały, oraz idące za nimi przemiany społeczne, odpowiadają za dynamikę fabuły.

O ile w Dopóki nie zgasną gwiazdy wiele elementów historii świata było dla nas tajemnicą, o tyle w I wrzucą was w ogień poznajemy pewne teorie na temat tego, co mogło się wydarzyć w związku z Upadkiem. To, co do tej pory stanowiło jedynie niebezpieczny element świata tłumaczony za pomocą wierzeń, teraz zdobywa zainteresowanie naukowe. Pojawia się motyw nieludzkich badań i szereg nowych nadnaturalnych elementów, które całkowicie zacierają granicę między fantastyką a rzeczywistością. Choć postapokalipsa Patykiewicza jest dla nas bardzo odległa (głównie dlatego, że nie odnosi się bezpośrednio do naszych czasów i nie pokazuje drogi dzielącej ją od współczesności), to pozostaje bardzo przejmującą wizją. Autor z wielkim wyczuciem kreśli portrety postaci o różnym charakterze, ale każda z nich prędzej czy później zostaje zahartowana przez szeregi trudnych doświadczeń. Takie połączenie elementu fantastycznego z niezwykle realnymi bohaterami sprawia, że każda kolejna książka wywołuje w czytelniku wiele emocji.

Nie będę się rozpisywała – po prostu polecam. To chyba najlepsza postapokalipsa, jaką miałam okazję czytać.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.


Dopóki nie zgasną gwiazdy  ||  I wrzucą was w ogień

czwartek, 20 października 2016

Ian Tregillis – "Mechaniczny"

Jak to się stało, że Mechaniczny po przyjeździe do nas trafił od razu w moje ręce, nie wiem do dziś – właściwie jest to jedna z tych książek, do których bliżej Sylwkowi niż mnie i miałam zamiar wcisnąć mu ją w łapki, gdy tylko wróciłby do regularnego czytania i recenzowania. Coś musiało mi się poprzestawiać w główce, bo pewnego poranka po prostu wzięłam tę książkę do pracy, zabierając ją ze stosu recenzenckich lektur piętrzącego się na parapecie naszej sypialni. Zrobiłam to, mimo że miałam do wyboru m.in. Immunitet Mroza, I wrzucą was w ogień Patykiewicza oraz najnowszą książkę Danki Braun. Zrobiłam to, mimo że wiedziałam, że książka może mi się nie spodobać. Dałam się ponieść intuicji i kolejny raz tego nie żałuję.

Historia, jakiej nie znamy: po tym, jak dzięki mocy alchemików udało się tchnąć iskrę życia w metalowe maszyny, Niderlandy stały się supermocarstwem, które podporządkowało sobie najdalsze zakątki Ziemi. Klakierzy, bo tak nazwano sztuczne inteligencje, nie są wyłącznie maszynami bojowymi, pełnią bowiem kluczową rolę w społeczeństwie, pozostając na wszelkie usługi ludzi. Choć w pełni świadomi, nie mają możliwości wyboru: ich funkcjonowanie jest ograniczone przez pęta poleceń, które zmuszają ich do posłuszeństwa królowej, państwu oraz swoim właścicielom. Jednym z takich sług jest Jax – ten, który swoim buntem zapoczątkuje rewolucję...

Książka Iana Tregillisa jest oparta na dwóch dość oklepanych w popkulturze schematach: pierwszym z nich jest problematyka statusu sztucznej inteligencji (czy samoświadomość sprawia, że maszyna to już człowiek?), a drugim tak popularny ostatnio motyw ciemiężonej jednostki sprzeciwiającej się ugruntowanej władzy. Takie połączenie może wywoływać obawy co do oryginalności prezentowanej historii; całkiem zresztą słusznie, bo stworzenie czegoś nowego poprzez zestawianie znanych elementów wielu pisarzom nie wyszło najlepiej. Tym razem jednak nie ma się czego bać – nie wiem, jak to się stało, ale w książce Tregillisa w ogóle nie czułam wtórności, niezależnie jak bardzo starałam się ją znaleźć. Z pewnością jest to w jakimś stopniu efekt wielowymiarowości: mimo że główny wątek dotyczy sprawy Jaxa, równolegle poznajemy kilka postaci, które są uwikłane w intrygi o międzynarodowym zasięgu, co nadaje książce lekko awanturniczego charakteru. 

Moim zdaniem jednym ze sposobów, po których można rozpoznać dobrego pisarza, jest to, jak wprowadza czytelników w wykreowany przez siebie świat. Mniej wprawni twórcy potrzebują osobnych akapitów na opis wyglądu postaci czy streszczenie historii nowego gatunku, ci bardziej zaprawieni w bojach czynią to jakby mimochodem, gdzieś pomiędzy rozwijającą się akcją. Do takich właśnie autorów należy Ian Tregillis, który powoli i bardzo subtelnie odkrywa przed nami kolejne karty – jest to jeden z czynników, dzięki którym tak przyjemnie czyta się pierwszą część Wojen Alchemicznych. Mimo że mamy tu do czynienia z historią alternatywną, a więc sporo zjawisk wymaga wyjaśnienia, autorowi udało się bardzo dobrze to wszystko poskładać: elementy nadprzyrodzone nie dominują opowieści i jest ich dokładnie tyle, ile potrzeba do fabularnych zmian. podobnie z resztą ma się sprawa z dostarczanymi czytelnikowi informacjami, które dawkowane są w sposób odpowiedni do sytuacji.

Nie da się ukryć, że w Mechanicznym bardzo ważną rolę odgrywa cała sfera filozoficzna związana z dyskusją nad naturą sztucznej inteligencji. Miałam jednak wrażenie, że czytelnik w tej sytuacji nie jest uczestnikiem dyskusji – sposób, w jaki prezentowane są przeżycia wewnętrzne Jaxa i innych Klakierów oraz nacisk na ich emocje, odczucia i przemyślenia sprawiają, że właściwie od pierwszej strony stajemy po ich stronie i jesteśmy w jakimś stopniu ukierunkowani w swoim spojrzeniu na wykreowany przez autora świat. Tym niemniej w książce znajdziemy wiele scen, w których rozgrywają się zażarte dyskusje między bohaterami, a ich poziom oraz sposób przedstawienia mnie osobiście zachwyciły. Jestem przekonana, że znajdzie się wiele osób, które znudzi ta cała, jak zapewne powiedzą, "filozoficzna papka", jednak ja wyczekiwałam, kiedy znów będę mogła lepiej się jej przyjrzeć.

Mówiąc krótko: jeśli nie przerażają Was refleksje na tematy filozoficzno-egzystencjalne, możecie śmiało po tę książkę sięgać. Może akcja nie gna do przodu jak szalona (jednak zawsze pozostaje ten problem, że wprowadzenie elementu refleksji jakoś tam spowalnia fabułę), ale knucia i intrygi skutecznie nam ten wątpliwy mankament wynagradzają. Ian Tregillis spisał się świetnie i stworzył naprawdę dobrą opowieść, którą będę polecała w oczekiwaniu na kolejną część. A, i podobno to świetna książka dla fanów steampunku, ale że nie znam się na nim kompletnie, to i się na ten temat nie wypowiem.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

piątek, 23 września 2016

Krzysztof Piskorski – "Czterdzieści i cztery" [recenzja przedpremierowa]

Gdy na rynku pojawia się nowa powieść, różne elementy mogą nas do niej przekonać. Czasem jest to okładka, która przyciąga wzrok, czasem zawarty z tyłu opis, rekomendacja na znanym blogu lub po prostu autor, którego lubimy z tych czy innych względów. Zdarza się jednak tak, że pewne książki kuszą nas nawiązaniem do czegoś, co znamy i co jest w kręgu naszych zainteresowań. W moim przypadku jest to zdecydowanie najrzadziej występująca, ale jednocześnie najsilniejsza motywacja. Zazwyczaj mam sporo obaw co do jakości tworzonych przez autorów nawiązań, ale są przypadki, gdy po prostu wiem, że będzie to zrobione dobrze – tak właśnie jest w przypadku Krzysztofa Piskorskiego i jego Czterdzieści i cztery, którego fabuła i tło garściami czerpią z polskiego (i nie tylko) romantyzmu.

Jest rok 1844, jednak świat, który obserwujemy, różni się od tego, który znamy z lekcji historii. Tajemniczy ether, ni to substancja, ni to nadnaturalna siła, pojawił się na świecie i niemal od razu został wykorzystany do produkcji broni, która zmieniła bieg dziejów. Ponadto jego obecność przyczyniła się do otwarcia bram do równoległych światów. Gdzieś wśród wypaczonej rzeczywistości swoje zadanie otrzymuje poetka Eliza Żmijewska – kobieta musi dostać się w bliskie otoczenie spiskowca i wykonać na nim wyrok podpisany przez samego Juliusza Słowackiego. Realizacji celu nie ułatwia fakt, że skazanym jest jej były towarzysz broni, a po dotarciu do miejsca przeznaczenia dziewczyna odkrywa wiele aspektów sprawy, przez które nic nie wydaje się takie jak na początku...

Po polconowej prelekcji autora na temat światotworzenia spodziewałam się, że całe tło książki będzie przemyślane i dopracowane, jednak to, z czym zetknęłam się podczas lektury Czterdzieści i cztery przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pozornie autor nie zrobił niczego niesamowitego wprowadzając do swojej powieści dwa znane powszechnie elementy: koncepcję światów równoległych oraz historię alternatywną. To połączenie okazało się jednak strzałem w dziesiątkę, a sposób, w jaki stworzona została z tego wspólna całość, jest po prostu zachwycający. Dzięki temu, że tajemnicza energia etheru pojawiła się dopiero w którymś momencie historii świata, możliwe było wprowadzenie do fabuły autentycznych postaci takich jak Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz, Kazimierz Lux, Emilia Plater czy George Byron, a także bazowanie na faktycznych wydarzeniach i miejscach. Z drugiej strony element fantastyczny sprawia, że wszystko, co autentyczne, nabiera nowego wymiaru. W książce znajdziemy chociażby charakterystyczny dla tamtych czasów motyw tajnego stowarzyszenia – bardzo autentyczny, a jednocześnie silnie związany z tematem etheru. Znalazło się miejsce również dla ważnej w XIX wieku kultury – każdy rozdział otwiera fragment wiersza lub tekstu źródłowego, z których część jest autentyczna, a część przerobiona tak, aby pasowała do zmienionej rzeczywistości.

Idea równoległych wersji Ziemi od razu skojarzyła mi się z tym, co odnaleźć można w cyklu Terry'ego Pratchetta i Stephena Baxtera o Długiej Ziemi - tam również mamy możliwość przenoszenia się pomiędzy alternatywnymi światami, gdzie ze względu na różne czynniki historia potoczyła się inaczej. Ów duet zafundował nam jednak typowe science-fiction, w dodatku niezbyt rozbudowane jak na swoją skalę i w rezultacie coraz bardziej wtórne. Z kolei powieść Krzysztofa Piskorskiego silnie bazuje na historii alternatywnej i jest mocno osadzona w określonej już rzeczywistości. Autor nie tworzy czegoś całkowicie oderwanego od tego, co znane, a raczej snuje pewnego rodzaju rozważania z gatunku "co by było, gdyby...". Nie oznacza to bynajmniej, że brakuje tu typowej fantastyki – wręcz przeciwnie, wraz z pojawieniem się etheru zarówno do naszego świata wdzierają się nieznane dotąd istoty, jak i człowiek rozpoczyna eksplorację innych wersji Ziemi, na których odnajduje gatunku, jakie nie zostały dotąd odnalezione i opisane. Bardzo podoba mi się celowość, z jaką wprowadzane są kolejne tego typu elementy: żaden z nich nie pojawia się bez przyczyny, co sprawia, że książka pozostaje fantastyką o silnej fabule, a nie staje się encyklopedią czy leksykonem nowych ras i światów. Co ważne, wprowadzone gatunki mają swoją specyfikę i historię, co również uważam za bardzo duży plus.

Kolejną mocną stroną powieści są bohaterowie. W pewnym sensie wiąże się to ze światem przedstawionym, ponieważ również w tym aspekcie widać dużą dbałość autora o nie pozostawianie swoich postaci samych sobie – większość przewijających się osób ma choć zalążek ciekawej historii, a ich pojawienie się ma faktyczny wkład w fabułę. Próżno tu szukać postaci przypadkowych, choć na pewno znajdzie się kilka, o których można by powiedzieć więcej, o czym sam autor wspomina w posłowiu. Na uwagę zdecydowanie zasługuje główna bohaterka, Eliza Żmijewska, która w prawdziwym świecie z pewnością miałaby bardzo ciężko żyjąc u schyłku XIX wieku, jednak w świecie wykreowanym przez autora radzi sobie świetnie. Jest inteligentna, oczytana, bystra, zna języki, włada szablą, zna się na broni i świetnie adaptuje się do nowych sytuacji. Ma też talent do wpadania w kłopoty, co zawsze jest cenne u bohaterów powieści przygodowych czy awanturniczych i stanowi dodatkowe ubarwienie warstwy fabularnej.

Właśnie, fabuła! Zawsze gdy czytam o tak bogatym świecie, mam w sobie wiele obaw co do jej jakości – często zdarza się, że przy nadmiernej ilości opisów cierpi akcja. Tych z Was, którzy myślą podobnie, muszę uspokoić – równowaga pomiędzy opisami a fabułą zostaje zachowana, a edukacja czytelnika odbywa się na bieżąco, gdzieś pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. Z resztą nie ma tej edukacji tak dużo, jak mogłoby się wydawać, bo dzięki spójności elementów bardzo szybko zaczynamy traktować ether i wszystkie związane z nim udziwnienia jako coś całkowicie normalnego. Z pewnością pomaga nam w tym wartka akcja pełna intryg i niejasności, w której co i rusz pojawiają się nowe niebezpieczeństwa i zagadki do rozwiązania. Główna bohaterka rozpoczyna swoją drogę z jasnym zadaniem do wykonania, jednak wraz z kolejnymi rozdziałami zaczyna dostrzegać więcej elementów, które na zawsze zmieniają jej spojrzenie na świat. Będzie musiała sama ocenić, komu powinna ufać i po której ze stron stanąć.

Cóż mogę jeszcze dodać – naprawdę lubię czytać książki pisarzy, którym się chce: powiedzieć kilka słów o nowej rasie, zamiast tylko umieścić ją w tle, nadać indywidualny rys bohaterowi, który przewija się gdzieś w tle, czy po prostu zadbać, aby wszystkie elementy historii były spójne i wzajemnie sobie nie przeszkadzały. Czterdzieści i cztery to wspaniały przykład tego, co w literaturze lubię, a więc zabawy konwencjami i historią, która przecież wydaje się tematem na zawsze zamkniętym. Uważam, że jest to książka nie tylko kompletna, ale i bardzo dopieszczona, pełna bowiem smaczków z zakresu historii, kultury i ogólnej wiedzy o świecie, które możemy wyłapać sami lub poznać podczas lektury bardzo bogatego posłowia.





Dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu za możliwość wcześniejszego poznania tej wspaniałej historii oraz autorowi, Krzysztofowi Piskorskiemu, za trąbienie o niej na Polconie przy każdej możliwej okazji, dzięki czemu uwierzyłam, że to opowieść, która mnie zachwyci.

Premiera 29 września!

poniedziałek, 12 września 2016

Leslye Walton – „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Laveder”

Ma na imię Ava i wywodzi się z rodziny, w której żadne pokolenie nie było zwyczajne: ma babkę napiętnowaną śmiercią, która postanowiła wyrzec się miłości i matkę tak zakochaną, że ślepą na wszystko, co dzieje się dookoła niej. W tym pokoleniu jednak niezwykłość okazała się wręcz namacalna, Ava jest bowiem pierwszym przypadkiem osoby, która urodziła się… ze skrzydłami.  Jak to bywa w świecie, opinie na temat jej przypadłości są różne: jedni nazwali to karą, inni błogosławieństwem. No i jest on, który uważa ją za anioła i popada w obsesję…

Zacznę od tego, co mi się podobało. Już na samym początku opowieści zostałam zaskoczona skokiem w przeszłość – po krótkim wstępie na temat narodzin Avy i jej brata rozpoczyna się retrospektywna opowieść snuta przez samą bohaterkę na podstawie zgromadzonych przez nią informacji. Dziewczyna przez lata starała się dowiedzieć jak najwięcej o swojej rodzinie, a teraz przekazuje tę wiedzę nam – rzetelnie, choć mam wrażenie, że tu i ówdzie dodając coś od siebie dla lepszego brzmienia. W każdym razie przenosimy się dwa, a właściwie trzy pokolenia wstecz, gdzie (jak twierdzi Ava) cała historia ma swój początek – poznajemy losy jej babki, Emilienne, a także matki, Viviane. Historie obu kobiet, choć różnią się od siebie, naznaczone są cierpieniem: miłość, w której się zatraciły, zmieniła je na zawsze, czyniąc nieszczęśliwymi. Były społecznie nieakceptowane, nazywane wiedźmami, odrzucane. Ciężko przyszło im znalezienie swojego miejsca w świecie.

Ważną kwestią jest to, że w każdym momencie losów rodziny istotną rolę odgrywają zdarzenia nadprzyrodzone: ktoś znika, zamiast normalnie umrzeć, ktoś inny ma „szczególną wrażliwość”, która w praktyce oznacza w pewnym stopniu przewidywanie przyszłości… Kulminacją magii jest oczywiście pojawienie się na świecie Avy. Wszystkie te zdarzenia są jednak doskonale wplecione w rzeczywistość: nie dziwią i mówi się o nich, jakby były najnormalniejszym elementem świata. To właśnie druga wielka zaleta książki: perfekcyjnie poprowadzony realizm magiczny. Nie wiem, czy to kwestia jakiejś szczególnej wrażliwości autorki, czy wynik pisarskich wprawek, ale efekt jest niesamowity. Czytelnik otrzymuje świat, który do złudzenia przypomina nasz, a jednak jest rozszerzony o rzeczywistość, która dla nas jest zupełnie obca, tam z kolei obecna jest w każdym, nawet najdrobniejszym szczególe.

W obliczu tak wielu pozytywów książka ma tylko jedną, w dodatku (mam wrażenie) dość subiektywnie odczuwaną przeze mnie wadę. Opowieść o losach rodziny Lavender/Roux jest naprawdę niezwykła: czyta się ją wspaniale nie tylko ze względu na ciekawie poprowadzoną fabułę, ale również wszelkie niecodzienne zdarzenia, które są udziałem bohaterów. Czytelnik, który w jakimś stopniu wie, dokąd zmierza akcja (mam tu na myśli narodziny bliźniąt), z radością odkrywa wydarzenia poprzedzające. Prezentowane postaci intrygują, a całość jest znacznie bardziej przygnębiająca i skłaniająca do refleksji, niż się spodziewałam. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że czar pryska mniej-więcej w połowie książki, a więc w momencie, w którym kończy się wstęp dotyczący przeszłości rodziny, a zaczyna akcja związana z życiem tytułowej bohaterki. Historia Avy nie jest niestety nawet w połowie tak ciekawa, jak opowieść o jej przodkach i dość mocno traci na niezwykłości.

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender są bezsprzecznie książką intrygującą – zarówno opinie, które pojawiły się na jej temat, jak również opis i piękna okładka zachęcają do sięgnięcia po tę pozycję i poznania losów tytułowej bohaterki. Mnie opowieść intrygowała jeszcze przed premierą i cieszę się niesamowicie, ze wreszcie udało mi się znaleźć na nią czas. Przeczytałam, zachwyciłam się pierwszą częścią, drugą nieco rozczarowałam, ale mimo to wciąż uważam tę opowieść za wspaniałą. Na pewno warto po nią sięgnąć ze względu na ciekawy pomysł, no i po to, aby poobcować ze świetnie wprowadzonym realizmem magicznym – wbrew pozorom tak udany zabieg nie zdarza się zbyt często.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Christoph Marzi – „Heaven. Miasto elfów”

Przy przeglądaniu zapowiedzi zauroczyła mnie zarówno okładka tej książki, jak i blurb. Kiedy Heaven wreszcie do mnie dotarło, byłam już po lekturze kilku recenzji, które nie były szczególnie entuzjastyczne: sporo było w nich rozczarowania, a książkę oceniano jako generalnie przeciętną. Z miejsca zrobiło mi się smutno, bo nastawiałam się naprawdę pozytywnie - może nie na jakąś wybitną literaturę, ale na pewno na lekką, ciekawą opowieść serwującą kilka chwil dobrej zabawy. Mój entuzjazm nieco opadł, ale jednak nie do końca. I słusznie, bo gdy wreszcie zabrałam się za lekturę, naprawdę mi się spodobało. Chyba mam w sobie jakiś pierwiastek niewymagającego, młodego czytelnika...

Heaven to dość nietypowa młoda dziewczyna - pochodząca z bogatego domu sierota, która nocami włamuje się na dachy i obserwuje niebo, zafascynowana niezwykłym zjawiskiem astronomicznym. Otóż od wielu lat nad Londynem... brakuje kawałka nieboskłonu. Tak, dokładnie - jest ciemny i na stałe pozbawiony gwiazd. Jakby nie dość było dziwaczności w jej życiu, Heaven pada ofiarą niezwykłej napaści, podczas której tajemniczy człowiek kradnie jej serce. A ona nadal żyje. Dzięki pomocy młodego chłopaka udaje jej się uciec - od tej pory razem będą szukali odpowiedzi na dręczące ich pytania i odkrywali wzajemnie swoje tajemnice.

Moim zdaniem już sam opis fabuły tej książki sugeruje całkiem dobrą zabawę, a to dzięki mnogości niecodziennych zdarzeń, które autor włączył do swojego świata. Pomysł z brakującym fragmentem nieba, choć na początku zepchnięty nieco na dalszy plan, okazuje się ciekawą i dobrze skrojoną historią, która doskonale utrzymuje zainteresowanie czytelnika na tajemnicy. Do tego dochodzi duży dynamizm w prowadzeniu akcji (bohaterowie stale uciekają przed oprawcą Heaven, co znacznie przyspiesza ciąg zdarzeń i wprowadza wiele ciekawych scen związanych z konfrontacjami) oraz delikatny klimat baśni, który naprawdę dobrze współgra z całą opowieścią. Bohaterowie są przeciętni - nie jakoś szczególnie pogłębieni, choć każde z nich (w tym główny oprawca) ma własną historię nadającą niejednoznaczności. Dodatkowo pojawia się wątek miłosny, jednak napisany z taktem i absolutnie nie dominujący tego, co w powieści najważniejsze.

Oddając sprawiedliwość czytelnikom muszę powiedzieć, że nie jest to książka pozbawiona wad. W moim odczuciu fabuła była dość powtarzalna, a przez to w którymś momencie stała się prosta i przewidywalna: bohaterowie uciekali, by po jakimś czasie znów skonfrontować się z przeciwnikami, umknąć im i tak w kółko - nawet mimo generalnie dynamicznych scen stało się to po prostu nużące. Dodatkowo sam styl pisania autora nie zachwyca tak, jak by mógł: mimo dużej ilości dialogów zdarzają się fragmenty, przez które nie brnie się najlepiej. Warto jednak mieć na uwadze, że generalnie jest to powieść skierowana do młodszego czytelnika, a ten zapewne przedkładać będzie klimat i treść nad pewne elementy techniczne.

Czasem bywa tak, że książka podoba nam się w pewnych aspektach na tyle, że przymykamy oko na inne, nieszczególnie idealne. Tak było w moim przypadku podczas lektury Heaven. W moim odczuciu jest to całkiem przyjemna powieść z pogranicza baśni, urban fantasy i powieści przygodowej, w której sporo się dzieje, a bohaterowie mają swoje tajemnice, które - jako czytelnik - chciałabym jak najszybciej odkryć. Klimat nieco zmienionego Londynu jest silny i ma duże znaczenie dla całej książki, stanowiąc jej dodatkową, mocną stronę. Jasne, nie jest to książka dla każdego (o czym świadczy rozbieżność ocen czytelników), ale jestem pewna, że znajdzie wielu fanów, zwłaszcza wśród młodszych odbiorców.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Ken Liu – „Królowie Dary”

Choć zjednoczenie siedmiu wysp pod rządami jednego cesarza w zamyśle przynieść miało wiele korzyści ich obywatelom, cena, jaką musieli za to zapłacić, okazała się zbyt wysoka. Eufemistyczne "rządy silnej ręki" szybko przerodziły się w boleśnie realne "rządy terroru", gdzie każde nieposłuszeństwo wobec władzy karane było śmiercią. Gdy cesarz umarł, a na tron wstąpić miał jego nieprzygotowany jeszcze syn, lud znalazł okazję, by upomnieć się o swoje. Tak wybuchła rewolucja, która - jak to zwykle bywa - pochłonie wiele ofiar i na zawsze zmieni bieg historii.

Nie będę przed Wami ukrywała, że przeczytanie tej książki zajęło mi naprawdę sporo czasu. Gdy usiadłam do niej pierwszy raz, przeczytałam około 1/3, a brnęło mi się przez nią naprawdę ciężko. Mimo że dostrzegałam pewne ciekawe elementy, we znaki dawały mi się "dziwne" (no, wiecie, orientalne) nazwy własne, które ciągle mi się myliły mimo zawartego w książce spisu, a także fabuła w znacznej mierze złożona z powolnego rozwoju akcji oraz planowania i przebiegu kolejnych działań wojennych. Odebrałam tę książkę jako raczej męską (użyję tego określenia z braku lepszych, mam nadzieję, że zrozumiecie, co mam na myśli) i na kilka tygodni straciłam zapał, jaki do niej miałam. Na szczęście nie całkowicie, bo dokończona okazała się naprawdę niesamowita i, choć pochłonęła masę mojego czasu i energii, nie żałuję żadnej chwili spędzonej na jej czytaniu.

Wielką zaletą są postaci, na których opiera się cała historia. Dwóch skrajnie różnych młodych mężczyzn, dwa spojrzenia na świat, na ludzi, dwa bardzo różne doświadczenia życiowe i wykształcone przez nie postawy. A jednak bije w nich jedno serce, łączy ich coś tak niesamowitego, że w niektórych (rzadkich) chwilach zdają się być braćmi, czy wręcz bliźniakami. Kuni Garu to hulaka i lekkoduch, który nie ma pojęcia o polityce, taktyce czy teorii prowadzenia wojny, ale ma gorące serce, charyzmę, dar mówienia tak, aby porwać tłumy, dużą inteligencję emocjonalną i niezwykłą wręcz intuicję. Ta ostatnia pozwala mu osiągać sukcesy w dziedzinach, na których teoretycznie nie powinien się znać. Z kolei Mata Zyndu pochodzi z rodu najznamienitszych żołnierzy i jest doskonale wyszkoloną maszyną do zabijania. Już sam jego wygląd wskazuje, że to człowiek niebezpieczny, ale tez fascynujący: postawny, szybki, inteligentny, ale przy tym kompletnie nieprzystosowany społecznie. Celem jego życia jest zemsta, a narzędziem, które ma jej dokonać - on sam.

Jednak Królowie Dary to nie tylko Mata i Kuni. Na kartach powieści znajdziemy całą plejadę różnorodnych bohaterów i mam wrażenie, że żaden nie pojawił się tu przypadkowo. Autor dołożył wszelkich starań, aby jego postaci były barwne, ciekawe, niejednoznaczne i aby ich historia została należycie opowiedziana. Przy tym większość z nich ma duże znaczenie dla fabuły, a ich działania - bezpośrednie przełożenia na rozwój akcji. Co ważne, bohaterami książki są nie tylko śmiertelnicy, ale i bogowie - spersonifikowani jak ci w starożytnej Grecji, toczący między sobą swoje małe gierki, z jednej strony wpływający na świat, z drugiej - w pewnym stopniu zaskakiwani, tym, co się na nim dzieje i jaki obrót przybierają sprawy.

Kolejną sprawą, która w ostatecznym rozrachunku robi niesamowite wrażenie, jest kreacja świata, o jaką pokusił się autor. Podczas prac nad książką Ken Liu inspirował się autentycznymi wydarzeniami z historii Chin, jednak stwierdzenie, że to wariacja na ich temat, byłoby chyba nadużyciem. Świat przedstawiony jest z jednej strony niesamowicie bliski temu, co znamy z kart historii, a z drugiej - wzbogacony o całe szeregi fantastycznych dodatków takich jak wymyślone religie, wykreowane dodatkowo postaci bogów czy paranormalne artefakty. Społeczeństwo w Królach Dary jest połączeniem różnych postaw dawnych i współczesnych, jednak mimo kompletnej różnorodności zachowuje spójność, natomiast rozwiązania technologiczne, którymi posługują się ludzie, wykraczają daleko poza realny świat. Do tego wszystkiego dochodzi naprawdę silny klimat Orientu budowany od pierwszej do ostatniej strony dzięki nazwom własnym, językowi, kulturze bohaterów, a także specyfice opisywanych miejsc. Trudno to opisać, ale czytając tę powieść po prostu przenosimy się w czasie i przestrzeni.

Jedno jest pewne - powieść nie jest lekką i przyjemną fantastyką dla mas, w której wiele rzeczy dzieje się samo, a akcja jest szybka i niewymagająca. Nad Królami Dary trzeba przysiąść, niejednokrotnie odłożyć ich na bok, aby nabrać nieco dystansu i świeższym okiem spojrzeć na całość. Tą książką można się zmęczyć, zwłaszcza jeśli - jak ja - nie ma się dużej wprawy z podobnymi powieściami, a chce się wszystko robić szybko, najlepiej na raz. Jednak gdy już przebrniemy przez pierwszy trudny moment, naprawdę jest cudownie, zwłaszcza gdy możemy w pełnej krasie docenić wkład pracy autora. Gdybym miała jednym słowem określić, jaka jest ta książka, myślę, że "epicka" oddałoby najtrafniej wszystkie moje odczucia - z jednej strony doceniam niezwykłość świata, bogactwo postaci i obszerność fabuły, z drugiej zaś zastanawiam się, czy ten monumentalizm nie jest dla mnie zbyt przerażający.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

środa, 13 lipca 2016

„Wyprawa Asów”

Nie będę się wypowiadała na temat swojego sposobu poznawania tego cyklu – dość powiedzieć, że zaczęłam od drugiej odsłony, a ostatnio o mało nie zorientowałam się, że pominęłam trzecią część, zanim zabrałam się do czytania kolejnej. Na szczęście wykazałam się przytomnością umysłu, nabyłam Szalejących Dżokerów, uzupełniłam luki w wiedzy dotyczącej wydarzeń i niemal od razu rozpoczęłam czytanie pozycji właściwej. Już wiem, co i jak. Już się ogarnęłam.

Wyprawa Asów to czwarta odsłona cyklu, który opisuje alternatywną rzeczywistość. Grupa autorów pod wodzą Georga RR. Martina kreuje świat, w którym zarażona kosmicznym wirusem ludzkość ulega reorganizacji i podziałowi – w wyniku mutacji niektóre jednostki otrzymały nadludzkie moce, zaś inne zostały umysłowo i fizycznie zdeformowane. Cykl podzielony jest na triady, a opisywana powieść stanowi otwarcie drugiej z nich. Po tragicznych wydarzeniach z tomu trzeciego następuje znaczna roszada wśród głównych bohaterów i zmiana w zakresie głównej osi wydarzeń. Światowa Organizacja Zdrowia postanawia wysłać w podróż dookoła świata grupę ekspertów różnych profesji i o różnym stopniu zmian, aby skontrolować, jak ludzkość radzi sobie z wirusem w poszczególnych częściach świata.

W pierwszym zetknięciu z lekturą niesamowicie się ucieszyłam z powrotu do formuły zbioru przeplatających się opowiadań. W takim układzie każdy z autorów ma swoją część historii, którą tworzy osobno, a czytelnik jasno widzi podział i jest w stanie ocenić różnice. Nie zaburza to w żaden sposób płynności, historię poznaje się nie gorzej niż w przypadku każdej powieści opisywanej z perspektywy więcej niż jednej postaci. W porównaniu z jednolitym tekstem, jaki zafundowali nam autorzy w tomie trzecim, była to niesamowicie miła odmiana i zdążyłam się ucieszyć, że ktoś tu poszedł po rozum do głowy. Niestety, posłowie ostudziło mój zapał – wszystko wskazuje na to, że będzie to stała formuła dla każdej triady i już niebawem znów przyjdzie nam się mierzyć z tomem o niezbyt udanej konstrukcji.

Jeśli chodzi o treść książki, mnie osobiście bardzo się podobała. Już sam główny motyw związany z podróżą stanowi niewyczerpane wręcz źródło możliwości fabularnych i uważam, że został wykorzystany nie najgorzej. Do tej pory czytelnicy mieli okazję obserwować jedynie zachowanie Amerykanów po tym, jak wirus zaatakował ziemię – w tej części świata nastąpiły głębokie podziały, uwydatnione stosunkiem ludzi do Asów (których się czci) oraz Dżokerów (poniżanych i odtrącanych przez społeczeństwo). Logicznym jest jednak fakt, że w innych kulturach ta sprawa może wyglądać zupełnie inaczej. Do tej pory mogliśmy jedynie snuć domysły, tym razem mamy okazję zobaczyć to na własne oczy. Docieramy do krain, w których Dżokerzy są uznawani za bóstwa (im mocniej zdeformowani, tym lepiej), a w swojej podróży odkrywamy, jak wiele niezwykłych umiejętności nie zostało dotąd dostrzeżonych i opisanych.

Powieść, mimo znacznej objętości, czytało się naprawdę dobrze i sprawnie (znacznie lepiej niż poprzednią część). Opis poszczególnych miejsc był przyjemnie równoważony przez wiele bardzo dynamicznych scen, a sama treść okazała się naprawdę ciekawa. Podoba mi się kierunek, w którym zmierza opowieść, choć kiedy patrzę na to, ile jego części już powstało (sam główny cykl ma ich już 12, a do tego cała masa dodatkowych i późniejszych…), dopadają mnie wątpliwości, czy aby na pewno da się utrzymać poziom przez tak wiele tomów. Póki co świat Dzikiej Karty wydaje się naprawdę ciekawy, a jego możliwości wręcz niewyczerpane. Pozostaje tylko czekać na dalszy rozwój wydarzeń.






Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.



Dzikie karty  |  Wieża Asów  |  Szalejący Dżokerzy  |  Wyprawa Asów

niedziela, 8 maja 2016

Brandon Sanderson – „Pożar”

W świecie opanowanym przez Epików jedno udane zakończenie wcale nie rozwiązuje całej sytuacji; choć Mścicielom udało się uwolnić Newcago spod władzy okrutnego tyrana, wokół wciąż pozostaje wielu równie trudnych i niebezpiecznych przeciwników. Ekipa Davida nie może spocząć na laurach, a jej zadania wykraczają już poza teren miasta. Część grupy musi udać się w podróż, by stawić czoła kolejnemu Epikowi, zupełnie innemu, choć nie mniej niebezpiecznemu. Dla Davida będzie to świetna okazja do odnalezienia odpowiedzi na dręczące go pytania.

Długo czekałam na kolejną odsłonę cyklu o Mścicielach i trzymałam kciuki, aby była przynajmniej równie dobra, jak poprzednia – Stalowe serce naprawdę mi się podobało, a prezentowana w nim historia niosła w sobie duży potencjał rozwoju. Część druga jest z jednej strony podobna, a z drugiej zupełnie inna niż poprzedniczka: zmienia się fabularna oś opowieści i najważniejsze elementy, niezmienny jest natomiast klimat i ogólny poziom. Tym razem David nie musi już próbować wkupić się w czyjeś łaski; jest pełnoprawnym Mścicielem i korzysta z przywilejów członka grupy, ale też ze sławy, jaką dało mu pokonanie Stalowego Serca. Dzięki temu zmienia się jako bohater: jest bardziej pewny siebie, odważniejszy, ale też bardziej wyczulony na obecne wokół nieścisłości. Ma też swoje tajemnice i ciekawą, indywidualną historię, która mogłaby jednak być mocniej uwydatniona, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że patrzymy na świat właśnie jego oczami.

Zmianie uległ również ogólny schemat książki – zamiast indywidualnej, prywatnej gry między bohaterem i jego nemezis mamy do czynienia z całą siecią interakcji między postaciami. Część osób, które poznaliśmy w części pierwszej, znika całkowicie, inne zostają omówione szerzej, pojawia się też kilkoro nowych bohaterów, i to po obu stronach barykady. Oczywiście najciekawszym elementem świata są Epicy: autor nie odmówił sobie zaprezentowania kilku nowych i widać wyraźnie, że pomysły w tym zakresie jeszcze mu się nie wyczerpały. Każdy z nadludzi pozostaje indywidualną osobowością, ma swoje specyficzne moce, a także konkretną słabość, którą trzeba odszukać, aby móc go zniszczyć; to daje naprawdę dużą różnorodność. Świetnym pomysłem było również wprowadzenie nowego miejsca akcji, tak różnego od Newcago, choć równie charakterystycznego i niesamowitego. Sanderson zdecydowanie nie mówi nam: „wymyśliłem bogaty świat, ale Wam o nim nie opowiem”; stopniowo odkrywamy kolejne ciekawe i dobrze dopracowane elementy opowieści.

Choć cykl o Mścicielach jest w gruncie rzeczy skierowany do młodzieży, trudno było mi doszukać się tu elementów, które miałyby dyskwalifikować starszego odbiorcę – powieść jest dynamiczna, wciągająca i ciekawa. Podobnie jak w poprzednim tomie, wiele wątpliwości fabularnych zostaje wyjaśnionych, ale podane rozwiązania rodzą kolejne pytania; świat przedstawiony jest dynamiczny i zmienia się w raz z kolejnymi podawanymi nam informacjami. Zwykłe plotki przeradzają się w fakty, a to, co na początku wydawało się nieprawdopodobne, okazuje się mieć nie tylko sens, ale i odbicie w rzeczywistości. Czytelnik poznaje świat niemal na równi z bohaterem-narratorem, co czyni tę podróż jeszcze ciekawszą. Poza tym książka jest zwyczajnie przyjemna, a to za sprawą stylu i wyobraźni autora.

Wychodzi na to, że moje obawy co do części drugiej były całkowicie nieuzasadnione – Pożar zdecydowanie dorównuje poprzednikowi i mam nadzieję, że podobnie będzie z kolejnymi odsłonami cyklu. Sięgnę po nie na pewno, bo jestem bardzo ciekawa dalszych rozwiązań fabularnych, o które pokusi się autor; wiele zostało jeszcze do wyjaśnienia i dopowiedzenia. Poza tym temat bohaterów o nadludzkich mocach jest wyjątkowo wdzięczny, a czytanie o nim sprawia mi dużo przyjemności.





Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.