środa, 30 grudnia 2020

3 najlepsze książki wydane w 2020 roku i 2, które polecam, choć są stare i zapomniane przez Boga i ludzi


Pamiętam jak w marcu, na samym początku pandemii, wraz z innymi czytelnikami gromadziłam zapasy książek na kwarantannę i planowałam pobijać rekordy. Rok 2020 jawił się wtedy jako szansa na wyczyszczenie stosów wstydu i nadrobienia wszystkich zaległości. Jednak życie szybko zweryfikowało te pomysły. Marzec i kwiecień spędziłam z książką w dłoni. W maju zachłysnęłam się słońcem. Wakacje spędziłam wyrywając się z domu i ciesząc każdą chwilą poza nim. Jesień przepłakałam. 

Ledwo, ledwusieńko i tylko dzięki grudniowej mobilizacji udało mi się przeczytać 52 książki. Większość z nich nie została wydana w 2020 roku, więc w tym roku moja topka składa się z różnych książek, nie tylko nowości. Standardowo zdjęcia i tytuły są linkami do recenzji - chyba że akurat takowa się nie ukazała...


Janina Bąk – „Statystycznie rzecz biorąc”


Zacznijmy od pozycji, która znalazła się w tym zestawieniu jeszcze zanim pojawiła się na rynku. Zanim ją napisano. Ba, zanim została pomyślana! Kiedy tylko usłyszałam, że JANINA WYDAJE KSIĄŻKĘ, od razu wiedziałam, że znajdzie się wśród tych najlepszych. I co? I MIAŁAM RACJĘ, moi mili, bo to jest absolutne mistrzostwo pisania o nauce.

Janina w swojej książce odpowiada na szereg pytań kluczowych dla rozwoju ludzkości. Czy masło przedłuża życie? Czy szczęście można zmierzyć linijką? I – co szczególnie bliskie mojemu sercu psychologa – dlaczego powinniśmy się cieszyć, że Stanley Milgram nigdy nie spotkał Philipa Zimbardo?! Tłumaczy też nam, czym jest korelacja, zmienna, jak powinien wyglądać dobry wykres, a jak wygląda taki, za który trafia się prosto do piekła. A to wszystko w otoczeniu wszechobecnego żartu, który, wymieszany w odpowiednich proporcjach z faktami, daje mieszankę zwiększającą chłonność naszych umysłów. 



Andrés Barba – „Świetlista republika”  

Teraz moje odkrycie z grudniowego rzutu czytelniczego, wielki zachwyt i jeszcze większe zaskoczenie. Niepozorna opowiastka o prostej fabule. Ot, w pewnym prowincjonalnym miasteczku, które rządzi się ukonstytuowanymi zasadami, pewnego dnia pojawia się banda dzikich dzieci. Początkowo tylko są, z czasem jednak stają się bardziej agresywne. Aż w końcu dochodzi do tragedii. 

Nieco ponad 200 stron retrospektywnej opowieści później kończymy lekturę i rozpoczynamy festiwal interpretacji i odczytywania metafor. Po czym orientujemy się, że mamy przed sobą dzieło znacznie bardziej złożone, niż nam się wydawało. Nie tylko pod względem intelektualnym, choć to zawsze przyjemne, móc pogłowić się nad interpretacjami i odkryć tak wiele płaszczyzn tej samej opowieści. Najważniejsze jednak, że powieść Barby skłania nas do refleksji, zaskakująco aktualnych i konkretnych, dotyczących społeczeństwa, prawa i... nas samych. Bo odbicie jednostki można znaleźć zarówno w marzeniach klasy średniej o ładzie, spokoju i pewności, jak i w dziecięcym dążeniu do niczym nieskrępowanej wolności.


Maciej Marcisz – „Taśmy rodzinne”

No i mamy naszego gagatka, tego, który nie doczekał się wpisu na blogu, a nawet (o, zgrozo!) kilku zdań na Instagramie... Nie wierzę, że zostawiłam tę powieść ot tak, bez słowa, choć wewnątrz czułam (i nadal czuję!) wiele emocji z nią związanych. Pierwsza to zazdrość w stosunku do autora, bo to się przecież nie godzi mieć tak dobre pióro, tak składać zdania! Dalej jest już tylko poruszenie samą treścią, która niesamowicie do mnie trafiła. 

Taśmy rodzinne są w gruncie rzeczy powieścią o związkach z krewnymi. O historii, która lubi zataczać koło, nawet (a może przede wszystkim!) , gdy chcemy się od niej odciąć. O tym, że nasi rodzice, których błędy wychowawcze widzimy jak na dłoni, też mieli rodziców, a ci z kolei... Wiadomo, o czym mowa. Jednak przede wszystkim podczas lektury czułam, że jest to po prostu powieść o naszym pokoleniu. Nie bezpośrednio, jak na przykład w Latach poniżej zera, gdzie kultura lat 90-tych przesłoniła fabułę. Raczej w warstwie emocjonalnej, doświadczeniach bohatera i jego typowym, a jednocześnie wyjątkowym losie. 



Wojciech Chmielarz – „Żmijowisko”


Zanim przejdę do ostatniej książki, muszę oddać sprawiedliwość i zasłużone miejsce najlepszemu kryminałowi/thrillerowi, jaki poznałam w 2020 roku. Długo zastanawiałam się, która z książek z mojego ulubionego gatunku powinna się tu znaleźć. Chciałam wybrać coś z premier (Krok trzeci Szczygielskiego, a może Zadrę Małeckiego...), jednak zrozumiałam, że to byłoby niesprawiedliwe, bo moim zdaniem najlepsze pozostaje właśnie Żmijowisko.

Choć nie ma tutaj emocjonalnego rollercoastera i akcji pędzącej na łeb na szyję, to właśnie powieść Wojciecha Chmielarza zachwyciła mnie misternie utkaną fabułą pełną zaskoczeń. Podczas lektury czułam się, jakbym stopniowo zanurzała się w bagnie niedopowiedzeń, brudnych gierek i paskudnych emocji, a moje próby oceny bohaterów i rozwiązania zagadki były skazane na porażkę. Choć na lekturę musiałam poświęcić nieco czasu, był to świetnie spędzony czas. I myślę, że jeszcze długo czegoś podobnego w literaturze nie doświadczę.



Sally Rooney – „Normalni ludzie”  

Na sam koniec zostawiłam sobie powieść najbardziej kontrowersyjną, ale też moim zdaniem najlepszą, wśród tych, które w 2020 roku wpadły w moje ręce. Normalni ludzie zebrali w sieci wiele skrajnych opinii i choć mnie zachwycili, rozumiem każdy krytyczny głos. Po pierwsze dlatego, że po wybuchu zachwytów łatwo było wyrobić sobie wysokie oczekiwania. A po drugie ze względu na to, że odbiór tej książki uważam za sprawę nie tylko subiektywną, ale wręcz intymną. 

Mnie zachwyciła przede wszystkim kruchym poczuciem, że nawiązałam z bohaterami relację i dzięki niej staję się uczestnikiem zdarzeń, które nie powinny być moim udziałem. Spodobał mi się ten teatr dwojga aktorów, precyzyjne oddzielenie wątków i tła, okazja do przyjrzenia się tym samym sytuacjom z różnych perspektyw. Zdarzenia i odczucia bohaterów poruszyły we mnie jakąś znajomą strunę, przez którą książka dotknęła mnie do żywego. Tak bardzo, że nawet nietypowa narracja zakrawająca momentami o strumień świadomości kompletnie mi nie przeszkadzała. Tak bardzo, że 8 miesięcy po lekturze nadal mam ciarki na myśl o tej historii. Tak bardzo, że z pewnością kiedyś do niej wrócę. 


A Wy, co dobrego przeczytaliście w 2020? Koniecznie dajcie znać, rozkręćmy razem tę karuzelę polecanek!



sobota, 26 grudnia 2020

Andrés Barba – „Świetlista republika”  

Gdzieś na skraju dżungli, w fikcyjnym miasteczku San Cristóbal wciąż piszczy bieda, ale powoli tworzy się już klasa średnia, koegzystująca – nie bez napięć – ze rdzenną populacją Indian, która z oporami przechodzi na stronę „cywilizacji”. W tym nowym ładzie, gdzie asfaltowe drogi przecinają połacie błota, nagle pojawia się grupa dzieci w wieku od 9 do 13 lat. Początkowo nic nie robią, po prostu są, wprowadzając niepokój samą swą innością – porozumiewają się w nieznanym języku i prowadzą życie rządzące się niepojętymi dla obywateli San Cristóbal prawami. Dzieci pozbawione opieki dorosłych są brudne, bezdomne i głodne, zdają się jednak szczęśliwe i wcale nie chcą być na łono społeczeństwa przywracane. Ich odrębność, odczuwana jako prowokacyjna, burzy kruchą równowagę zbiorowości, która dopiero co zdobyła swoje przywileje i umościła się we względnym komforcie. Zaburzona dynamika wspólnoty w konsekwencji prowadzi do tragedii. (opis wydawcy)

Trudno ująć w jednym zdaniu o czym tak naprawdę jest Świetlista republika, a pełna interpretacja zależy wyłącznie od nas. Można ją czytać jako kolejną utopię, która nie miała szansy się ziścić. Nie doczekała jednak wewnętrznego rozpadu – jej piękno zdusiło zewnętrze, w pewnym sensie zazdrosne o wolność, jak jest się zazdrosnym o noszone dumnie błyskotki. To również metafora dzikości, pragnień, które odrzucane i wypierane zaczynają kąsać i ujawniać bardzo dużo zła. Można też spojrzeć na tę historię jako na powiastkę społeczną o marzeniach klasy średniej, kurczowo trzymającej się kruchego ładu, wypracowanego na przestrzeni lat. To również tekst o tym, jak politycy i media, ramię w ramię dbają, by społeczeństwo otrzymywało informacje konkretne, ukierunkowane na wzbudzanie emocji. Bo czy drobna manipulacja faktami to kłamstwo, jeśli działamy w imię wyższych celów? 

I to właśnie w interpretacjach tkwi moim zdaniem największa siła książki Barby. To niewielka, w gruncie rzeczy prosta opowiastka, zamknięta na nieco ponad 200 stronach. Czyta się doskonale i bardzo szybko, zwłaszcza gdy motywuje nas chęć poznania prawdy. O tym, że dzieci z San Cristóbal nie żyją, dowiadujemy się już w pierwszym zdaniu, lecz niemal do samego końca nie wiemy, co było bezpośrednią przyczyną tej tragedii. Podskórnie czujemy rosnące napięcie, które było udziałem mieszkańców miasteczka i wciąż zastanawiamy się, jak potoczy się fabuła, co tak naprawdę się zdarzyło. Przez kolejne wydarzenia mkniemy szybko, a gdy skończymy lekturę... zaczynamy rozważania, przed którymi nie da się chyba uciec. 

Jeszcze w trakcie czytania, zbliżając się do końca, nie byłam pewna, co sądzę o Świetlistej republice. Skupiałam się na fabule, która, jak już wspomniałam, nie należy do skomplikowanych. Dopiero gdy dałam sobie czas na oddech i wróciłam do poszczególnych elementów tej historii, dotarła do mnie jej wartość. Nie tylko intelektualna, choć to zawsze przyjemne, móc pogłowić się nad interpretacjami i odkryć tak wiele płaszczyzn tej samej opowieści. Najważniejsze jednak, że powieść Barby skłania nas do refleksji, zaskakująco aktualnych i konkretnych, dotyczących społeczeństwa, prawa i... nas samych. Bo odbicie jednostki można znaleźć zarówno w marzeniach klasy średniej o ładzie, spokoju i pewności, jak i w dziecięcym dążeniu do niczym nieskrępowanej wolności.


 

wtorek, 8 grudnia 2020

Marek Krajewski – „Moloch”

Breslau, 1928, szpital psychiatryczny przy Kletschkau Strasse. Eberhard Mock staje twarzą w twarz ze swą dawną kochanką. Jej córka i syn zostali porwani, a ślad po nich zaginął. Od śmierci ukochanej Sophie nic nie wstrząsnęło Mockiem równie mocno jak to spotkanie. Hedwig postradała zmysły: o morderstwo dzieci oskarża własnego męża.

Krok po kroku Mock odkrywa upiorne powiązania między tajnym stowarzyszeniem okultystycznym a budowniczymi miasta przyszłości w centrum Wrocławia. Nawet nie domyśla się, jak potężne siły śledzą każdy jego krok. (opis wydawcy)

Rok 2020 był na tyle trudny i obfitował w tak wiele dziwnych zdarzeń, że niemal całkowicie przestałam czytać kryminały. Po prostu nie potrzebowałam dodatkowej dawki adrenaliny, a perspektywa babrania się w rynsztokach umysłów morderców, podczas gdy sama balansowałam na cienkiej linii emocji, zupełnie mnie nie przekonywała. Na szczęście grudzień przyniósł uspokojenie, a ja wróciłam do mojego ukochanego literackiego gatunku. I to od razu z przytupem, bo zaczynając od autora, z którym nie miałam nigdy wcześniej do czynienia. Tak, tak, Moloch to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marka Krajewskiego! Jak zatem wypadło i, co najważniejsze, czy będą kolejne?

Muszę przyznać, że odczucia po lekturze mam mieszanie. Na pewno już na samym początku zachwyciłam się doskonałym językiem, jakim posługuje się autor. I nie chodzi już nawet o stylizowanie go na dawny (powieść rozgrywa się głównie w międzywojniu, choć ma wstawki z różnych okresów), ale o samo bogactwo i zręczność konstrukcji zdań. Opisy zarówno miejsc, jak i postaci czy emocji wychodzą Markowi Krajewskiemu świetnie, a jego proza jest bardzo intrygująca. Pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale dla mnie lektura była przyjemnością.

Bardzo podobała mi się również sama zagadka kryminalna: powiązania na wysokim szczeblu przeplatane z życiem prywatnym głównego bohatera, a do tego wątki okultystyczne... Bardzo udana mieszanka! Czytając, byłam ciekawa, co wydarzy się dalej i jakie rozwiązanie przygotował dla nas autor. Byłam zaintrygowana w trakcie i zaskoczona pod koniec, czyli dokładnie tak, jak powinno być. Dodatkowym atutem jest to, że zagadka jest wielowymiarowa, a skutki całej sprawy sięgają znacznie dalej, niż mogłoby się wydawać.

Mimo tych zalet, podczas czytania miałam kilka zgrzytów. Powieść pełna jest brutalnych scen (co mnie osobiście nie przeszkadza, ale może ktoś z Was tego nie lubi, wiec ostrzegam) i nie wszystkie są moim zdaniem opisane zręcznie. Gdy bohaterowie zaczynali działać w nerwach, a poziom emocji rósł, wszystko stawało się jakby zupełnie nienaturalne. Zmieniał się język opisu, dialogi toporniały, a przez to punkty fabuły, które powinny najbardziej przyciągać uwagę, zatrzymywały mnie i cały impet wygasał. Być może to kwestia samego języka (nie wiem, czy czytałam kiedyś tak stylizowany kryminał, więc chyba nie mam punktu odniesienia), a może faktu, że jestem przyzwyczajona do innych form. Cokolwiek by to nie było, sprawiło, że lektura nie była tak płynna, jakbym tego chciała. 

Czy sięgnę zatem jeszcze po którąś z książek o Eberhardzie Mocku? Prawdopodobnie tak. Skutecznie zachęca do tego sam autor, który, dzięki skrupulatnym przypisom, przypomina nowym odbiorcom serii, jak wiele wspaniałych przygód przeżył jego bohater. Gdy tylko któraś z postaci wraca myślą lub słowem do jakichś wydarzeń z innych książek z serii, na czytelnika czeka odnośnik, który informuje o jaką dokładnie powieść chodzi. Przyznaję zatem: kilka wątków zaintrygowało mnie na tyle, że chciałabym poznać je lepiej. Poza tym Mock to naprawdę ciekawy gość!



wtorek, 14 kwietnia 2020

Niewiele jest rzeczy, których naprawdę mamy powód się obawiać || Chiara Parenti – „Sztuka sięgania gwiazd” [przedpremierowo]

Sole żyje w świecie pełnym schematów. Mieszka z rodzicami i w dużej mierze od nich uzależnia decyzje. Czyta w kółko tę samą książkę. Pracuje w niewielkim supermarkecie, u człowieka, którego zna od dziecka, spotykając na swojej drodze wciąż te same osoby. Jada zawsze w tym samym lokalu i dostaje specjalne, bardzo okrojone danie. Zdaje się, że ma wszystko pod ścisłą kontrolą, nieprawdaż? 

Niestety życie pisze własne scenariusze. Gdy przyjaciółka Sole, spontaniczna i energiczna dziewczyna, ginie w tragicznych okolicznościach, gruby mur otaczający bohaterkę zaczyna powoli pękać. Podążając za ostatnim prezentem, reakcjami otoczenia i coraz głośniejszym głosem wewnętrznym, Sole postanawia podjąć wyzwanie i zacząć robić rzeczy, których do tej pory panicznie się bała. Jedną po drugiej. Dzień po dniu. 

Sztuka sięgania gwiazd to jedna z tych opowieści, które dosłownie mnie pochłonęły. Przeczytałam ją niemal na raz, właściwie od razu po tym, jak wpadła w moje ręce, a na dodatek na pewno zostanie ze mną na dłużej. Historia Sole, która stworzyła listę 100 lęków i każdego dnia stara się przełamywać jeden z nich, jest z jednej strony abstrakcyjna, z drugiej zaś całkowicie możliwa do zrealizowania. Uważam, że takie historie wyjątkowo chwytają za serce, bo właściwie wiemy, że nigdy nie przydarzą się nam, a z drugiej strony podskórnie czujemy, że MOGŁYBY nam się przytrafić! I nagle chcemy być trochę jak główna bohaterka, która wciąż się boi (jak my!), ale nie pozwala swoim lękom dłużej nad sobą dominować.

W tym właśnie zawiera się subiektywne poczucie, że książka jest "inspirująca", które stoi za fenomenem Sztuki sięgania gwiazd

Sama historia Sole zawiera kilka dość oklepanych schematów: bohaterkę, która wszystkiego się boi, szereg konfrontacji, których musi dokonać, by doszło do wielkiej przemiany, a to wszystko okraszone stratą i tym, jak możemy się z nią pogodzić. Podczas lektury widziałam klisze, ale, prawdę mówiąc, miałam je totalnie gdzieś. I moim zdaniem w tym miejscu przebiega granica między pozytywną, a negatywną oceną tej powieści. 

Uważam, że książka Chiary Parenti ma wszelkie szanse, by stać się światowym bestsellerem (o ile jeszcze nim nie jest). Podejmuje nośne tematy, z którymi każdy z nas kiedyś będzie musiał się zmierzyć. Pokazuje życie, które wiele z nas chciałoby wieść (mam tu na myśli to, w którym nie dajemy się własnym lękom, nie to, w którym skaczemy ze spadochronem. ;)). Daje nadzieję, że choć wszyscy bardzo się boimy, większość z naszych lęków dotyczy bardzo niegroźnych spraw. I wskazuje, jak wiele możemy sobie odebrać, gdy pozwolimy, by rządził nami strach. 

Dla mnie historia Sole była jak powiew ciepłego, wiosennego wiatru – niosła nadzieję i dużo energii. Polecam ją wszystkim, którzy, jak ja, motywacji szukają na zewnątrz i muszą wciąż się stymulować odpowiednimi treściami, by działać. Polecam też tym, którzy lubią historie o wyzwaniach i bohaterki, które biorą sprawy w swoje ręce i stają życiu naprzeciw. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 15  kwietnia!

piątek, 10 kwietnia 2020

Nathan H. Lents – „Człowiek i błędy ewolucji”

Kilka dni temu pisałam o świetnej książce Toma Phillipsa, który ze swadą i humorem opisywał dzieje ludzkości z perspektywy jej największych porażek. Pozostając w temacie wielkich przegrywów, postanowiłam sięgnąć po kolejną pozycję, która, przynajmniej w zamyśle, zbija człowieka z piedestału najdoskonalszego ze stworzeń. Tym razem w ujęciu bardziej biologicznym niż antropologicznym.

Człowiek i błędy ewolucji to niewielkich rozmiarów (niespełna 300-stronicowa) książka popularnonaukowa, której treść jest właściwie zawarta w tytule, dotyczy bowiem tych słabości ludzkiego ciała i umysłu, które są wynikiem wielu miliardów lat ewolucji naszego gatunku. Wydawać by się mogło, że tak długi proces prowadzi do wysokiej specjalizacji i że genom człowieka, jako najwyższej rozwiniętego organizmu, będzie stanowił crème de la crème cech wszystkich jego przodków. Nathan H. Lents przekonuje jednak, że jest zgoła odwrotnie. Nasze DNA to zbitek przypadkowych pozostałości po minionych tysiącleciach, a budowa anatomiczna... cóż, pozostawia wiele do życzenia.

W kolejnych rozdziałach autor prezentuje nam struktury ludzkiego ciała, które nie do końca spełniają swoją funkcję, a także geny sabotujące zdrowe funkcjonowanie. Osobny rozdział poświęca na niedociągnięcia związane z rozmnażaniem, a także na uproszczenia stosowane na co dzień przez nasz mózg. Na kolejnych stronach rozprawia się z mitem człowieka jako najdoskonalszej z istot (niejednokrotnie podkreślając, w czym jesteśmy gorsi od innych zwierząt), a przy tym wciąż podtrzymuje, że piękno człowieka jako istoty tkwi właśnie w tym, jaki jest. 

Co ważne, autor podchodzi do prezentowanych faktów bardzo racjonalnie. Nie przekonuje nas za wszelką cenę, że dana struktura jest ewolucyjnym bublem i tyle. Wręcz przeciwnie - większość analiz odbywa się na zasadzie bilansu zysków i strat – Lents omawia dokładnie przyczyny powstania danego rozwiązania (o ile są znane) i tłumaczy, w jaki sposób nam pomaga lub co otrzymaliśmy w zamian. 

Wszelkie informacje zaprezentowane w książce zaprezentowane są lekko i z humorem. Nie jest to może poziom żartu jak u Toma Phillipsa czy Adama Kaya, ale książkę czyta się płynnie i przyjemnie, z uśmiechem na ustach. Nathan H. Lents zdecydowanie ma talent do przekazywania wiedzy i potrafi zainteresować czytelnika. Mam nadzieję, że jego poprzednia książka (o tym, co łączy nas ze światem zwierząt i że więcej niż podejrzewaliśmy) też ostatecznie zostanie wydana w Polsce. 


środa, 8 kwietnia 2020

O co tyle hałasu? || Sally Rooney – „Normalni ludzie”



Ona i on: dwoje nastolatków, reprezentujących przeciwległe bieguny szkolnego życia. Sportowiec i outsiderka, gwiazdor i dziwaczka, dziewczyna z bogatej rodziny i chłopak, który nigdy nie znał swojego ojca. Dzieli ich wszystko, a  jednak w wyniku mieszaniny rozmaitych zdarzeń i emocji, ich drogi łączą się po raz pierwszy, by krzyżować się nieustannie na przestrzeni kolejnych lat. 

O Normalnych ludziach napisano już wiele. A dziś ja postanowiłam dołożyć swoje trzy grosze. 

Przede wszystkim książka Sally Rooney nie jest typową młodzieżówką, której fabuła poprowadzi nas przez szkolne korytarze i boiska sportowe, która z wyczuciem opowie zarówno o zabawie na imprezie, jak i sprzeczkach z rodzicami czy rodzeństwem. Normalni ludzie to teatr dwojga aktorów i opowieść wyłącznie o nich. Gdy inne tematy się pojawiają, stanowią tło lub służą do zobrazowania konkretnych emocji; nie angażują czytelnika i nie odwracają uwagi od sedna sprawy. Niezależnie w jakiej scenerii się znajdujemy, reflektory pozostają nieruchome: jasnym światłem wskazują, że chodzi o Connella i Marianne. 

I choć tak zaprezentowana książka może wydawać się nudna, absolutnie tak nie jest, a przynajmniej ja tego nie odczułam. Normalnych ludzi przeczytałam na raz – zaczęłam rano, skończyłam po południu i nie zrobiłam właściwie żadnej dłuższej przerwy. Kiedy weszłam w świat bohaterów, nie chciałam go opuszczać nawet na chwilę; być może jakoś podświadomie bojąc się, że zburzę atmosferę intymności, jaka stała się moim udziałem. Nie wiem, czy znacie takie uczucie, gdy ktoś, kto nie jest Wam jakoś bardzo bliski, nagle zaczyna opowiadać o czymś ważnym i macie wrażenie, że łączy Was cienka nić, której nie chcecie przedwcześnie zerwać. Zdarzyło mi się doświadczać tego w prawdziwym życiu i coś podobnego czułam podczas czytania książki Sally Rooney.

Kolejnym ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autorkę są przeskoki czasowe. Generalnie opowieść toczy się linearnie, kolejne rozdziały przedstawiają następujące po sobie wydarzenia, ale czasem zdarza się, że bohaterowie we wspomnieniach wracają do pewnych scen, które wcześniej nie zostały do końca nakreślone. Mamy wtedy długie, retrospektywne akapity, które nakreślają nam sytuację między postaciami i pozwalają lepiej zrozumieć moment, w którym się znaleźli. I tak jak zwykle nie lubię podobnych zabiegów, tym razem pasowały one do narracji, idealnie wpasowywały się w jej rytm.

Normalni ludzie są powieścią nietypową również ze względu na zapis dialogów, a konkretnie brak ich wyodrębnienia. Jeśli czytacie angielskie książki, możecie być przyzwyczajeni do pomijania myślników na początku wypowiedzi bohaterów, jednak tutaj nie ma nic – ani kresek, ani cudzysłowów, ani ostrych nawiasów. Cytaty zapisywane są jeden pod drugim, mamy też narratora, więc wiemy doskonale, która z postaci jest aktualnie przy głosie. A przez pominięcie dodatkowych znaków, opowieść toczy się nad wyraz płynnie i rytmicznie, jak strumień świadomości. Osobiście miałam wrażenie, że to wszystko dzieje się po prostu w czyjejś głowie, zdanie po zdaniu, scena po scenie. 

I tak naprawdę mogłabym zakończyć swój tekst na wychwalaniu technicznej strony tej powieści. A jednak jest jeszcze jeden, najważniejszy moim zdaniem aspekt – emocjonalny. Pewne sceny Normalnych ludzi zrobiły na mnie ogromne wrażenie - jedne ze względu na wyjątkową bliskość do moich przeżyć, inne dlatego, że są po prostu mocne. I choć na samym początku, czytając dialogi bohaterów myślałam sobie: "Rany, jak oni świetnie się komunikują!", szybko wyszłam z tego błędu i zrozumiałam, jak wiele w ich relacji pozostaje niewypowiedziane. Im dalej podążamy za Marianne i Connellem, tym bardziej widzimy, jak się miotają, jak często godzą się na coś, czego nie chcą, pozwalają, by ktoś inny kierował ich losem, gdy oni sami są sparaliżowani strachem czy oczekiwaniami. Wchodzimy coraz głębiej w ich życie i zaglądamy w coraz ciemniejsze miejsca. To boli, a przynajmniej mnie bolało w niemal namacalny sposób. 

I właśnie dlatego uważam Normalnych ludzi za fenomenalną powieść.


poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Malcolm Gladwell – „Punkt przełomowy”

Malcolm Gladwell – jeden z najbardziej znanych myślicieli współczesności, nieustraszony tropiciel schematów i prawd rządzących światem, obserwator i komentator rzeczywistości. Jego książki polecano mi już z naprawdę różnych stron: w kontekście marketingu, mody, sprzedaży, budowania marki osobistej, socjologii, filozofii czy nawet psychologii. No dobra – pomyślałam zatem – sprawdźmy, co i jak. Skoro tylu moich znajomych jest nim zachwyconych, co może pójść nie tak?

Nie będę Was okłamywała – stwierdzenie, że Punkt przełomowy pochłonął mnie od pierwszej strony i nie wypuścił aż do ostatniej, byłoby sporym nadużyciem. Prawdę mówiąc przy pierwszym podejściu odłożyłam tę książkę już na samym początku i nie miałam zamiaru nigdy do niej wracać. Kwarantanna zrobiła jednak swoje i ostatecznie, z braku lepszych pomysłów, zrobiłam drugie podejście. Przemogłam się, a po około 100 stronach zaczęło mi się nawet podobać!

Pod względem treści Punkt przełomowy jest bardzo interesującą książką. Autor nie tylko przekonuje w nim, że wiele społecznych zjawisk cechuje się dynamiką podobną do epidemii, ale też opisuje czynniki, które są niezbędne, by taka "epidemia" miała szansę wybuchnąć: prawo garstki, czynnik przyczepności oraz siłę wpływu środowiska. Na przykładzie zmniejszenia przestępczości w Nowym Jorku, rosnącej popularności pewnego modelu obuwia czy tworzenia idealnego programu dla dzieci (a także wielu innych), omawia kluczowe elementy prowadzące do tzw. punktu przełomowego. Czyli tego, w którym zmiany stają się widoczne i spektakularne. 

Kolejne rozdziały książki odsłaniają przed czytelnikiem mnóstwo nowych faktów. Wraz z autorem podróżujemy w miejscu i czasie, poznajemy szereg barwnych postaci i wyciągamy wnioski, które mogą posłużyć nam zarówno do zrozumienia spraw wielkich, jak i w codziennym życiu. Malcolm Gladwell z dużą płynnością przeskakuje między ważnymi i wzniosłymi tematami społecznymi a perspektywą zwykłych odbiorców. Podając przykłady, odwołuje się do wyobraźni przeciętnego człowieka, co sprawia, że poruszane tematy, choć bardzo naukowe, są nam bliskie i w pełni zrozumiałe. 

Bardzo podobała mi się również konstrukcja książki przypominająca nieco wykład, a raczej cykl wykładów oscylujących wokół głównego tematu. W kolejnych rozdziałach Malcolm Gladwell stosuje szereg zabiegów retorycznych, które mają na celu podtrzymanie spójności wypowiedzi, nawiązanie do wcześniej prezentowanych faktów oraz powtórzenie ich, co pozwala czytelnikowi na lepsze zapamiętywanie. 

Skoro temat i zamysł książki są ciekawe w czym leży problem, który wywołał mój początkowy dystans? Chodzi mi o styl, w jakim napisany jest Punkt przełomowy. Wiele się nasłuchałam o tym, jak lekko i wciągająco pisze Malcolm Gladwell i nastawiałam się na naprawdę luźną lekturę. Później jednak uświadomiłam sobie, że opinie te pochodziły od osób, które czytały autora w oryginale. Nie wiem (i raczej nie będzie już mi dane sprawdzić), czy angielska wersja Punktu przełomowego jest bardziej przystępna. Mogę tylko powiedzieć, że polskie tłumaczenie jest raczej sztywne i dość akademickie (przynajmniej w moim odczuciu). 

Szczęście w nieszczęściu jest takie, że każda książka Gladwella wydana w Polsce jest tłumaczona przez kogoś innego. Jest to dla mnie zabieg kompletnie niezrozumiały, jednak w tym przypadku cieszę się bardzo, bo być może następne podejście przyjdzie mi nieco łatwiej. 


sobota, 4 kwietnia 2020

Tom Phillips – „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”



Zwykle, gdy myślimy o historii ludzkości, przychodzą nam do głowy pozytywne skojarzenia: często zapominamy o krwawych represjach kolonializmu, ale chętnie wspominamy o rozwoju technologii, wynalazkach, wysłaniu człowieka w kosmos i tym podobnych sprawach. Pamiętamy wielkich wodzów (nawet jeśli w końcu przegrali), ważnych myślicieli, bohaterskich odkrywców. A o królach przegrywu nie pamięta nikt.


Nieważne, ilu wyzwaniom dajemy radę sprostać, katastrofa zawsze czyha tuż za rogiem. Przykład historyczny: w jednej chwili jesteś Sigurdem Potężnym (nordyckim jarlem Orkadów z dziewiątego wieku), triumfalnie wracającym do domu po bitwie, z przytroczoną do siodła głową wroga, Máela Brighte'a, ksywka Wystający Ząb.
W następnej jesteś... cóż, kilka dni później jesteś Sigurdem Potężnym, umierającym na skutek infekcji spowodowanej przez wystające zęby Máela Brighte'a, które podczas twojej triumfalnej jazdy ocierały ci się o nogę.
To prawda: Sigurd Potężny zasługuje na wątpliwe wyróżnienie w historii wojskowej jako człowiek zabity przez wroga, którego dekapitował kilka godzin wcześniej. [s. 13]


Tom Phillips w swojej książce zabiera nas z wyjątkową podróż przez porażki ludzkości, prezentując zarówno krótko-, jak i długofalowe skutki Bardzo Złych Decyzji. Zaczynamy od pewnego wodza, który zginął śmiercią idiotyczną (nie bójmy się tego słowa), lecz w kolejnych rozdziałach poznamy nie tylko przywódców i polityków, ale również odkrywców, wynalazców, podróżników i inne osoby, które swoje karty historii zapisały dość niechlubnymi czynami.

Pierwszy wniosek, jaki nasunął mi się po lekturze tej książki, a właściwie dopadł mnie już w trakcie czytania to: komicy częściej powinni pisać (oczywiście o rzeczach, na których się znają). Adam Kay zrobił fenomenalną robotę w swoim Będzie bolało, ubierając wspomnienia z kariery młodego lekarza w formę dziennika pełnego zabawnych anegdot. I poniekąd podobną rzecz zrobił Tom Phillips z antropologią. Już od pierwszych stron jesteśmy w stanie zauważyć, jaki ton będzie miała opowieść: bardzo, bardzo lekki.

Oczywiście poczucie humoru autora (sarkastyczne, złośliwe, bezustannie kierujące przytyki do millenialsów, brytyjczyków i Donalda Trumpa) nie każdemu będzie się podobało. Jestem w stanie to zrozumieć i uszanować. Sama jednak momentami miałam łzy w oczach ze śmiechu - ewidentnie dogadałabym się z Tomem Phillipsem, gdyby nasze drogi kiedykolwiek się skrzyżowały.

Jednak nawet pomijając wszelkie żarty, książka Toma Phillipsa stanowi nie lada gratkę dla wszystkich fanów popularnonaukowych opowieści. Poszczególne rozdziały aż kipią od ciekawostek o władcach, którzy zostali pokonani na własne życzenie (no dobra, Montezumę chyba wszyscy kojarzymy, ale czy słyszeliście kiedyś o Imperium Chorezmijskim?), rozpieszczonych bogaczach, których decyzje niszczą środowisko (króliki nie dostały się do Australii na własnych statkach) czy wynalazcach, którzy czasem nie mieli złych intencji, a czasem zanadto skupili się na zysku i przymykali oczy na to, co ważne (moim absolutnym faworytem jest Thomas Midgley, człowiek, który w pojedynkę zmienił ziemską atmosferę; wygooglujcie go sobie, albo najlepiej po prostu przeczytajcie tę książkę!). Wszystkich łączy jedno: nieumiejętność długofalowego planowania i przewidywania konsekwencji swoich działań.

A może by tak zacząć uczyć się na błędach poprzednich pokoleń?


czwartek, 2 kwietnia 2020

Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk – „To Twoje życie. Pokochaj je!”

Nie jest wielką tajemnicą, że uwielbiam książki Katarzyny Miller. Jej spojrzenie na świat, sposób przekazywania wiedzy i podejście do życia niezwykle do mnie przemawiają i sprawiają, że przekaz każdej kolejnej opowieści szybko i łatwo do mnie trafia. Moim zdaniem jest to równie ważne w relacji terapeutycznej (serio, każdy z nas może znaleźć psychologa, z którym się dogada i jest to kluczowe dla całego procesu), jak i podczas lektury poradników. Jeśli będziemy czuli, że przekazywana wiedza nie współgra z nami (tak wewnętrznie), ciężko nam będzie cokolwiek z lektury wynieść.

Chcę to podkreślić na samym początku, ponieważ uważam, że żaden rodzaj książek nie dzieli czytelników tak mocno, jak poradniki. Każdą lekturę oceniamy subiektywnie, wiadomo, ale w tym przypadku do głosu dochodzi jeszcze nasza ocena informatywnej zawartości tekstu. Słowem: czego się z danej książki nauczyłam, co mi ona dała? Nie każdemu sprawdzi się to samo i nie każdy będzie w stanie wziąć coś dla siebie z danego poradnika. 


To tak gwoli wstępu. 
Dygresja jeszcze przed rozpoczęciem opowieści, brawo Kaś.

Przechodząc do sedna: To Twoje życie. Pokochaj je! jest zbiorem rozmów Katarzyny Miller z Joanną Olekszyk, redaktor naczelną miesięcznika Sens. W 24 krótkich rozdziałach Panie podejmują rozmaite życiowe tematy zamknięte w 6 głównych blokach: dorosłość, autentyczność, empatia, miłość, spokój ducha oraz przyjemność. Całość przestawiona jest w formie płynnych i przyjemnych w odbiorze dialogów. 

Tyle teorii, a jak prezentuje się praktyka? Gdybym miała samodzielnie powiedzieć, jakie są główe wątki tej książki, wskazałabym na akceptację – zarówno siebie, jak i zdarzeń, które spotykają nas na co dzień. Autorki przekonują, że doświadczenia, które traktujemy jako wyjątkowe i indywidualne, są znacznie bardziej powszechne, niż nam się wydaje. Zachęcają, by nabrać dystansu zarówno do negatywnych, jak i pozytywnych zdarzeń. Wskazują na wielką wartość poczucia humoru. A jednocześnie podkreślają, w jaki sposób kształtuje się tak stabilną osobowość.

Główne przesłanie książki jest właściwie zawarte w jej tytule – kluczem do szczęśliwego przejścia przez życie jest zaakceptowanie tego, co już mamy, a dopiero potem praca nad ewentualnymi zmianami. Przytrafia nam się wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu, zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie – nie możemy wybrać sobie rodziców, kolegów z podwórka czy środowiska szkolnego. Nie ma więc sensu porównywać się z ludźmi, którzy dorastali w innych warunkach i dziś mają zupełnie inny kontekst życiowy, niż my. Nie oznacza to jednak, że praca nad sobą, czy dążenie do zmiany nie mają sensu. Po prostu warto czasem spojrzeć na swoje życie z większą życzliwością.

I choć żadna z tych spraw nie jest odkryciem na miarę Nagrody Nobla, to mam wrażenie, że bardzo często o takich podstawach zapominamy. Sama łapię się na tym, że choć wiele pracy nad sobą już wykonałam, wciąż wracam do pewnych tematów i wciąż są one dla mnie zaskoczeniem. Dlatego lubię co jakiś czas sięgnąć po podobny dialog. Za pośrednictwem książki autorki zapraszają nas do nieco innego świata – takiego, w którym dbanie o siebie jest sprawą normalną, można z wyrozumiałością patrzeć na swoje przywary, a życzliwość skierowana do wewnątrz pozwala inaczej patrzeć również na otoczenie. 

Co by było, gdyby takie zachowania stały się standardem?


środa, 18 marca 2020

Gary W. Small, Gigi Vorgan – „Spod kozetki”

Świat ludzkiej psychiki jest bardzo złożony i często zaskakujący. Wiemy już, że to, co dzieje się w naszej głowie, jest w stanie wpływać na ogólne funkcjonowanie ciała (stąd szereg schorzeń psychosomatycznych), a jednocześnie wciąż odkrywamy nowe, ważne elementy pozostające całkowicie poza naszą świadomością. To chyba główny powód, dla którego choroby psychiczne tak bardzo nas przerażają. A jednocześnie wielu z nas się nimi interesuje. 

Gary Small, światowej klasy psychiatra, korzystając z doświadczeń swojej ponad trzydziestoletniej kariery wybrał i opisał najciekawsze przypadki, z którymi przyszło mu pracować. W krótkich, napisanych w lekkim stylu rozdziałach przybliża nam sylwetki pacjentów z rozmaitymi problemami, często zupełnie innymi, niż można by się spodziewać na pierwszy rzut oka. 

To jednak coś więcej niż tylko wybór studiów przypadku. Mamy tu bardzo wiele wstawek opowiadających po prostu o drodze zawodowej Gary'ego Smalla. Trochę jak u Adama Kaya (tego od Będzie bolało) – jedno ściśle się z drugim wiąże, a opisywane osoby stanowią też w pewnym sensie kamienie milowe w zawodowym życiu autora. 

Takie ujęcie ma swoje plusy i minusy.

Mnie akurat bardzo spodobała się opowieść o pracy psychiatry. Gary Small odczarowuje nieco ten zawód i pokazuje nam wiele aspektów, do których przeciętny człowiek nie ma dostępu. Opowiada o tym, jak młodzi lekarze są wrzuceni na głęboką wodę  i niejednokrotnie muszą improwizować w kontakcie z żywym pacjentem, jak ważna jest intuicja i słuchanie tego, co podpowiada nam umysł, a także jak ciężko jest współpracować psychiatrze z lekarzami innych specjalności, gdy ci uważają go za kogoś w rodzaju wróżbity albo szamana. I choć Gary Small zaczynał swoją praktykę naprawdę wiele lat temu, pewne rzeczy pozostają niezmienne.

Jeśli chodzi o sam dobór przypadków prezentowanych w książce, również jestem zadowolona. Dla mnie były to ciekawe i niebanalne opowieści, z których można nie tylko czegoś się dowiedzieć, ale również wyciągnąć wnioski, które przydadzą się w naszym własnym życiu. Za to kocham książki o psychologii. Szanse, że spotkamy na swojej drodze człowieka, który będzie nienawidził swojej ręki tak bardzo, że zapragnie ją sobie odciąć, są niewielkie. A jednak uważny czytelnik może wziąć z jego historii coś, co zostanie z nim na zawsze.

Po przeczytaniu pierwszych stron Spod kozetki nie sądziłam, że będzie to książka tak dobra. Nie od razu wczułam się w styl autora, albo po prostu we wstępie był on nieco bardziej lakoniczny niż w kolejnych rozdziałach. Ostatecznie jednak przyjemnie było towarzyszyć Gary'emu Smallowi we wspomnieniach i obserwować, jak zmieniało się jego życie zawodowe, podejście do pacjentów oraz jakie lekcje przyszło mu odbierać na przestrzeni lat. 


sobota, 14 marca 2020

Jennifer Wright – „Co nas (nie) zabije”

To, co mamy okazję obserwować na świecie w ostatnich tygodniach, nie jest dla społeczeństwa sytuacją nową. Wszak koronawirus nie jest pierwszym, któremu udało się wywołać ogólnoświatowa epidemię! Od zarania dziejów ludzkość musiała mierzyć się z niewidzialnymi zagrożeniami, które niejednokrotnie dziesiątkowały populację.

I właśnie o tym jest ta książka!

Jennifer Wright, amerykańska dziennikarka, bierze na tapet rozmaite plagi, które dotykały ludzkość od czasów starożytnych, aż po końcówkę XX wieku. Wiele z nich to opowieści powszechnie znane (epidemia dżumy, cholery, polio czy grypa hiszpanka), ale kilka z nich potrafi naprawdę zaskoczyć (ja na przykład nie wiedziałam, czym była zaraza antoninów albo taneczna plaga roku 1518). W rozdziałach poświęconym konkretnym chorobom opisuje początki danej plagi, jej naturę, skutki, a także to, w jaki sposób ludziom udało się ją wyeliminować (lub uśpić). Wspomina o ważnych osobach, które przyczyniły się do zwalczania epidemii, bądź przeciwnie – zasłynęły niechlubnie przy jej rozprzestrzenianiu.

To, co bardzo podobało mi się w książce Jennifer Wright, to podkreślanie społecznych wymiarów epidemii, a także udziału zwykłych ludzi zarówno w jej rozprzestrzenianiu, jak i wygaszaniu. To bardzo szeroki temat obejmujący otwartość społeczeństwa na nowe informacje (i metody leczenia), skłonność do kierowania się zabobonami, przepływ informacji (oraz to, czy media oraz władze w ogóle mówią nam, co się dzieje), ale również zwykłą, ludzką życzliwość, która potrafi zdziałać bardzo wiele w sytuacji kryzysowej. Podawane przykłady wskazują jednoznacznie, w jak straszne rejony potrafi doprowadzić nieufność, ciemnota i dyskryminacja połączone razem. To ważna lekcja dla nas wszystkich. 

I choć Co nas (nie) zabije zawiera naprawdę solidną dawkę wiedzy na temat historii epidemii i zawiera mnóstwo ciekawostek, mnie osobiście lektura pozostawiła z pewnym poczuciem niedosytu. Ciągle było mi mało informacji i miejscami miałam wrażenie, że pozostało sporo niedopowiedzeń, zupełnie jakby jakieś myśli nie były dokańczane. Niejednokrotnie postaci pojawiały się na chwilę, hasłowo, by pokazać ich rolę, ale nie wdawać się w szczegóły. Zabrakło mi też informacji stricte epidemiologicznych, choć to akurat zrozumiałe, bo autorka, jak sama podkreśla, nie ma związków z medycyną.

Właśnie z tego powodu nie będzie to moja ulubiona książka o epidemiach (w tym miejscu niezmiennie polecam Wam zeszłoroczny hit, czyli Epidemię Soni Shah, o której pisałam tutaj). Jest to jednak lektura przyzwoita i, co najważniejsze, bardzo lekka. Autorka sprawnie żongluje makabrą i humorem – to moje ulubione połączenie! I choć złośliwe docinki nie każdemu się spodobają (na pewno nie spodobają się antyszczepionkowcom), dla mnie stanowiły ogromny plus całej opowieści i pozwoliły nie popaść w marazm przy najtrudniejszych jej fragmentach. 

Jeśli jesteście fanami książek popularno-naukowych, nie możecie przejść obojętnie obok tej pozycji. Nie uważam, że książka Jennifer Wright nadaje się dla każdego. Osoby, które mają skłonność do nadmiernego zamartwiania się i starają się unikać niepokojących tematów, powinny trzymać się od niej z daleka. Pozostałym jednak polecam tę pozycję z całego serducha, w nadziei, że spędzą przy niej równie przyjemne wieczory, jak ja.







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Poznańskiemu.

czwartek, 12 marca 2020

Trylogia „O chłopcach” Jenny Han, czyli jak znów zaczęłam czytać książki dla przyjemności



Moje ostatnie czytelnicze przygody przypominały raczej drogę przez mękę niż karuzelę śmiechu. Wzięłam na siebie za dużo zobowiązań, nakupowałam zbyt dużo nowości i ostatecznie nie byłam w stanie się zebrać, żeby po którąkolwiek sięgnąć. Postanowiłam więc dać sobie spokój, zresetować umysł i po prostu odpocząć. Przestałam zabierać ze sobą książki do pracy, żeby nie czuć wyrzutów sumienia i cierpliwie czekałam, aż znów zapłoną mi oczy i pojawi się ochota do sięgnięcia po jakiś konkretny tytuł. 

Pojawiła się z zupełnie niespodziewanej strony.

Zaczęło się od zwiastunów II części netfliksowego filmu – były tak urocze, że od razu chciałam poznać tę historię. A potem okazało się, że powstała na podstawie książek. I choć powieści dla nastolatek to dla mnie dość drażliwy temat (od jakiegoś czasu nie należę do ich grupy docelowej i trudno mi znaleźć takie, które w ogóle dam radę czytać, o podobaniu się nie wspominając), tym razem nabrałam ogromnej ochoty na lekturę. Ostrożnie kupiłam tylko pierwszy tom, nie wierząc, że mi się spodoba. A potem przepadłam na dobrych kilka dni. 

Wszystkie trzy książki z serii stanowią zamkniętą opowieść o uczuciowych perypetiach Lary Jean, uczennicy amerykańskiego liceum. Gdy ją poznajemy, ma 17 lat i jak do tej pory nigdy nie miała chłopaka. Nie oznacza to jednak, że nie była zakochana! Wręcz przeciwnie, w ciągu swojego życia 5 razy marzyła o którymś z kolegów. Nigdy jednak nie przyznała się przed nimi, a każdą z tych relacji w symboliczny sposób kończyła, pisząc do ukochanego list, który następnie chowała w swoim pokoju. I pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że pewnego dnia... listy zostają wysłane.

W tym miejscu zaczyna się cała seria świetnie wymieszanych zdarzeń, które dotyczą nastoletniej miłości i nie tylko. Chłopcy, w których podkochiwała się Lara Jean, zdążyli się już zmienić. Do tego, jak to w życiu bywa, na wydarzenia sprzed lat mają zupełnie inne spojrzenie, niż bohaterka powieści. Uciekając przed konsekwencjami, dziewczyna wchodzi w nietypowy układ, którego konsekwencje są zupełnie nie do przewidzenia.

Zastanawiałam się, co takiego wyróżnia książki Jenny Han spośród innych. I myślę, że powody są dwa: romans nie jest tu jedynym wątkiem, a do tego historia jest poprowadzona bardzo autentycznie. To nie tylko opowieść o budowaniu damsko-męskich relacji. Próba odnalezienia się w nowej sytuacji, rozterki związane z byciem na świeczniku, presja otoczenia by postępować w określony sposób, pierwsze poważne wybory, które zaważą na całym późniejszym życiu – to wszystko bliskie nastolatkom tematy. W dodatku zostały zaprezentowane ciekawie i z odpowiednią (moim zdaniem) wrażliwością.

Jestem też zachwycona sposobem, w jaki została wykreowana główna bohaterka. Lary Jean chyba nie da się nie lubić. Środkowa z sióstr, z jednej strony pełna kompleksów, a z drugiej urocza, oryginalna i bardzo sympatyczna. Kibicowałam jej niemal od pierwszej strony i bardzo się cieszę z rozwiązań, jakie przygotowała dla niej autorka. Na przestrzeni kolejnych książek widać wyraźnie zmiany, jakie zachodzą w psychice Lary i to, w jaki sposób dojrzewa, poszukując własnej drogi. A przy tym wszystkim pozostaje sobą! Nie zostaje gwiazdą rocka, nie odkrywa w sobie wyjątkowych talentów, które przyniosą jej sławę. Po prostu żyje i podejmuje decyzje właściwe dla jej wieku i możliwości – dokładnie tak, jak większość z nas.

Czy są to książki infantylne? W jakimś stopniu na pewno. Czy niektóre wątki są przesłodzone? Owszem. A jednak ostatecznie nie mdli nas od różu i nie przewracamy oczami przy każdej nowej scenie. Wręcz przeciwnie - całość prezentuje się naprawdę dobrze. Cieszę się, że autorka nie poszła torem trudnych doświadczeń z dzieciństwa (które zawsze dobrze się sprzedają) i zafundowała swojej bohaterce porządny support w postaci dobrze funkcjonującej rodziny. Opowieść o siostrach Song i ich niezwykłej więzi, a także ojcu, który stara się zapewnić dzieciom wszystko, co niezbędne, to właściwie powieść w powieści, a w dodatku wyjątkowo ciepły akcent. 


czwartek, 5 marca 2020

Janina Bąk – „Statystycznie rzecz biorąc” [przedpremierowo]

Nie będę owijała w bawełnę – akademicki przedmiot o wdzięcznej nazwie "Metodologia badań psychologicznych i statystyka" nie należał do moich ulubionych (i to wcale nie dlatego, że jestem z tych osób, które na pytanie o ulubiony przedmiot z czasów szkolnych odpowiadają "dzwonek", ewentualnie "kanapka"). Dwa planowe semestry przypominały przedzieranie się przez dżunglę amazońską niezrozumiałych zwrotów (i to bez maczety!), a kolejne dwa (bo zaliczyłam powtórkę, tak bardzo chciałam przeżyć to jeszcze raz) spacer po rozżarzonych węglach. Dopiero na końcu tego festiwalu śmiechu i zabawy zaczęłam cokolwiek kojarzyć (bo przecież nie rozumieć) i chyba dzięki temu udało mi się w ogóle skończyć studia. 

Ten przydługi wstęp miał prowadzić do prostego wniosku: gdybym przeczytała Statystycznie rzecz biorąc wcześniej, miałabym tak dobrą bazę do dalszej edukacji, że prawdopodobnie przepłynęłabym przez wspomniany przedmiot gładko, niczym puchata kaczuszka przez osiedlowe jeziorko.

A teraz serio. Mam nadzieję, że wszyscy kojarzycie Janinę Bąk – prowadzi bloga, a także przewspaniałe social media, w których opowiada trochę o świecie, trochę o własnym życiu, a trochę o statystyce, bo tym z tym związane jest jej wykształcenie i droga zawodowa. Jej styl pisania jest nie do podrobienia, a humor przyciąga rzesze fanów. Sama obserwuję Janinę od lat i gdy tylko zobaczyłam, że wydaje książkę, od razu wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać. Co prawda spodziewałam się papierowej instrukcji wyplatania koszy z kiełbasy, a nie jakichś wywodów o cyferkach, ale bądźmy szczerzy: nie o treść tu chodzi, a o formę.

Prawda jest taka, że czytając Statystycznie rzecz biorąc dajemy się wciągnąć w bardzo niebezpieczną grę, w której na jednej szalce jest nasza dotychczasowa ignorancja, a na drugiej złoty laur wiedzy. Czytamy sobie te wszystkie anegdoty, śmiejemy się pod nosem z żartów o kotach i Wojtkach, aż w końcu orientujemy się, że te wszystkie informacje podstępnie wpełzają do naszej głowy, by zostać tam na zawsze. Janina w swojej książce odpowiada na szereg pytań kluczowych dla rozwoju ludzkości. Czy masło przedłuża życie? Czy szczęście można zmierzyć linijką? I – co szczególnie bliskie mojemu sercu psychologa – dlaczego powinniśmy się cieszyć, że Stanley Milgram nigdy nie spotkał Philipa Zimbardo?!

Dużym atutem jest to, że książka jest wprost fenomenalnie napisana. Kto zna social media Janiny, ten wie, czego mnie więcej może się spodziewać – Statystycznie rzecz biorąc to właściwie taki bardzo długi (NAPRAWDĘ długi, nawet jak na standardy autorki) post pełen rozmaitych żartów i przytyków (głównie pod adresem tych, którzy na statystyce się nie znają, a powinni). W książce znajdziemy też świetne ilustracje Beaty Smugaj, czyli autorki Lisich Spraw. Jej wizualizację powiedzenia "hold your horses" zamówiłabym bez mrugnięcia w wielkim formacie do powieszenia przy biurku w pracy. 

Zaprawdę powiadam Wam, że warto sięgnąć po tę książkę, bo zmieni ona Wasze życie na zawsze. Zaczniecie odróżniać dobre żarty od złych. Zabłyśniecie w towarzystwie, opowiadając o stronach, które gromadzą ładne i przydatne wykresy. Wreszcie znajdziecie swoją drugą połówkę, a wszelkie szczęście zacznie Wam sprzyjać. Choć to ostatnie może być wyłącznie korelacją pozorną. 







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.
Premiera 25 marca!

piątek, 14 lutego 2020

Sophie Anderson – „Dom na kurzych łapach”

Im jestem starsza, tym bardziej dostrzegam wartość naprawdę dobrej baśni. Takiej, która zdobędzie i utrzyma dziecięcą uwagę, ale też spodoba się rodzicowi, który może być zmuszony czytać ją setki razy. Poruszającej trudne tematy w sposób jednocześnie dosadny, ale też nie przerażający. Zawierającej morał – a najlepiej kilka, odnoszących się do ważnych, życiowych spraw. 

Niestety, wśród współczesnych książek niełatwo jest taką perełkę odnaleźć. Tym bardziej zachęcam Was, byście w swych poszukiwaniach zwrócili uwagę na książkę Sophie Anderson, bo gdy już raz trafi w Wasze ręce, nie będziecie chcieli jej wypuścić.

Dom na kurzych łapach to historia dwunastoletniej Marinki, która jest wnuczką Baby Jagi – tej samej, którą wszyscy postrzegają jako straszliwą wiedźmę. Staruszce nie przeszkadza taka reputacja, bo pozwala utrzymywać w tajemnicy to, czym naprawdę się zajmuje: przeprowadzanie ludzkich dusz na drugą stronę po śmierci. Przeznaczeniem Marinki jest zajęcie miejsca babki, gdy ta sama będzie musiała przekroczyć próg wieczności, jednak dziewczynka nie godzi się z tym, co zostało jej zapisane. Ma własny pomysł na życie i zrobi wszystko, by postawić na swoim.

Nie da się w jednym zdaniu ująć ogromnej wartości, jaką Sophie Anderson zmieściła na kartach tej książki. Z jednej strony to klasyczna opowieść o dylemacie następcy, który musi zmierzyć się z zewnętrznymi naciskami, by zrezygnował z własnych aspiracji i podążył wyznaczoną ścieżką. Dla dwunastoletniej dziewczynki, która zna cienie pracy Baby Jagi, taka sytuacja jest szczególnie przytłaczająca, zwłaszcza że jest w niej ogromna potrzeba kreowania losu według własnych wyobrażeń. Pozostaje jednak pytanie, czy jesteśmy w stanie wpływać na rzeczywistość, czy jednak przeznaczenie dogoni nas prędzej czy później, w tych czy innych okolicznościach. 

Drugim ważnym aspektem Domu na kurzych łapach jest strata i radzenie sobie z nią. To motyw, bez którego niegdyś nie mogła obyć się żadna baśń, a który stopniowo zniknął z opowieści dla dzieci. Niestety w prawdziwym życiu ludzie nie przestali umierać, co oznacza, że trzymanie naszych pociech pod kloszem i udawanie, że śmierć nie istnieje, jest po prostu bezsensowne. Na szczęście Sophie Anderson nie przestraszyła się tego (tak ważnego i tak ludzkiego!) tematu, co więcej – poruszyła go z niezwykłą wręcz wrażliwością. W historii Marinki strata jest niezwykle istotna i służy do pokazania, że należy doceniać to, co mamy. 

To również przepiękna opowieść o tym, że stawianie na swoim ma swoją cenę, często taką, której nie potrafimy przewidzieć podczas podejmowania decyzji. 

Na koniec, jak to przy książkach dla dzieci bywa, muszę wspomnieć dwa słowa o technicznej stronie wydania. Zachwycałam się już angielską wersją tej książki, ale Wydawnictwo Kobiece stanęło na wysokości zadania, dzięki czemu również polska odsłona jest prawdziwą perełką. Twarda oprawa, złocenia na okładce, gruby papier oraz ilustracje wewnątrz robią wspaniałe wrażenie i czynią z Domu na kurzych łapach ozdobę biblioteczki. 







Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

środa, 12 lutego 2020

Federico Axat – „Amnezja”

Budzisz się we własnym domu – co prawda na podłodze, ale mogło być gorzej, prawda? Gdzieś obok leży butelka po wódce, a nieco dalej... ciało dziewczyny z dziurą ziejącą w piersi oraz pistolet. Nagły skok adrenaliny, myśli galopują Ci w głowie, zaczynasz panikować, bo nie możesz sobie przypomnieć niczego z ostatnich 24 godzin. Co się wydarzyło? Czy znów wpadłeś w alkoholowy ciąg? I kto zabił dziewczynę leżącą w Twoim salonie? A może – o nie, nawet tak nie myśl! – to po prostu Ty? 

Do lektury Amnezji zachęcił mnie opis, który otrzymałam od wydawcy. Niejasna sytuacja Johna, głównego bohatera, dawała nadzieję, że to kolejna z opowieści, w których bohaterowie tracą zmysły i nie są w stanie odróżnić wytworów swojej wyobraźni od rzeczywistości. Ostatnio bardzo polubiłam się z podobnymi wątkami i wciąż jestem ciekawa, w jaki sposób autorzy są w stanie wykorzystać je w swoich opowieściach. Pod tym względem Federico Axat nie zawodzi, serwując nam intrygującą fabułę, która z początku wydaje się prosta, by następnie skręcać w niespodziewanych kierunkach i zaskakiwać czytelnika. 

Gdybym jednak miała ocenić Amnezję wyłącznie jednym słowem, powiedziałabym, że jest po prostu nierówna - raz intryguje i narzuca szalone tempo, by za chwilę zwolnić, a nawet lekko znużyć. Moim zdaniem to jedna z tych lektur, które warto czytać na raz i zmuszać się nieco, gdy akcja staje się mniej wartka. Jeśli odłożymy ją na później, jest spora szansa, że do niej nie wrócimy, a byłoby szkoda stracić naprawdę ciekawe rozwiązanie całej zagadki. Bo to nie jest tak, że finalnie żałujemy czasu spędzonego na lekturze. Zakończenie książki daje satysfakcjonujące odpowiedzi.

Powieść ma dwa oblicza również pod względem fabularnym. Z jednej strony jest to rasowy thriller psychologiczny z naciskiem na ten drugi człon. Mamy tu bohatera tragicznego, którego los doświadczył bardzo ciężko i który mierzy się stale z rozmaitymi traumami. Są momenty, gdy dosłownie babramy się w historii Johna i ogrom tragedii w jego życiu po prostu nas przytłacza. Jednak wszystko to ma swój sens i ostatecznie stanowi nie tylko zlepek informacji dających tło, ale również element niezbędny w obliczu całej fabuły. 

Z drugiej strony Amnezja, operując fikcją, zaprasza nas do świata wielkich korporacji i brudnych gierek, w których jednostka absolutnie się nie liczy. Choć powieść na początku wydaje się skupiona na jednym bohaterze, ma również intrygujące drugie dno. To świat, w którym John i inne osoby mierzące się z traumą są tylko pionkami w grze o wielką stawkę. Grze, która może mieć tragiczne konsekwencje. 

Mówiąc krótko: jest to ciekawa pod względem treści (zwłaszcza w kontekście finału), a jednocześnie dość nierówna powieść, której warto poświęcić kilka godzin, najlepiej bez większych przerw, żeby nie zgubić głównych wątków. Ze względu na retrospekcje oraz złożoną sytuację bohatera spodoba się raczej fanom thrillerów psychologicznych, w których tempo akcji ustępuje czasem pola większej uwadze przeniesionej na postaci. 







Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Hanna Greń – „Wioska kłamców”

Hanna Greń już od dawna pojawiała się na horyzoncie moich czytelniczych aspiracji (ależ ze mnie poetka!), jednak do tej pory brakowało mi dostatecznej motywacji (i jeszcze rym!), by zabrać się za którąś z jej powieści. Czekałam na dogodną okazję, najlepiej początek jakiejś nowej serii, która nie przerażałaby mnie perspektywą kilku tomów do nadrobienia. I proszę, wraz z początkiem roku taka szansa nadeszła, a ja z radością z niej skorzystałam. Udałam się w podróż do Wioski Kłamców, gdzie każdy zdaje się skrywać jakąś mroczną tajemnicę...

Mamy tutaj do czynienia z dość klasyczną historią: oto córka policjanta (która również miała swój epizod z tym zawodem), postanawia ruszyć w drogę i wyjaśnić okoliczności śmierci ojca. Co prawda pozornie sprawa jest już rozwiązana, a osoby podejrzane o popełnienie zbrodni zostały skazane, jednak Dionizie (cóż za cudne imię!) to nie wystarcza – jej zdaniem winni wciąż są na wolności. W poszukiwaniu prawdy kobieta udaje się do niewielkiej wioski, w której będzie próbowała odkryć nowe fakty. 

Cudowne jest to, że główka bohaterka, podobnie jak czytelnicy, nie spodziewa się zupełnie, jak zagmatwana i trudna będzie sprawa, którą będziemy wspólnie odkrywać. Strzygom to niepozorna miejscowość, jednak wszyscy jej mieszkańcy zdają się być uwikłani w jakąś niejasną i przerażającą historię. W pewnym momencie mamy wrażenie, że absolutnie każdy coś ukrywa, przez co wszyscy stają się podejrzanymi, a śledztwo zatacza coraz szersze kręgi. Dodatkowo obecność wątków fantastycznych, związanych z lokalnymi wierzeniami, dodaje całej książce ciekawego charakteru. 

Cały czas zastanawiam się, jak najtrafniej zaklasyfikować Wioskę kłamców. Niezaprzeczalnie jest to kryminał, bo w końcu mamy i trupa, i śledztwo, mające wyjaśnić okoliczności jego śmierci. Są tu również elementy thrillera. A jednak w odniesieniu do współczesnej "normy" obu tych gatunków, muszę wspomnieć, że książka Hanny Greń wypada wyjątkowo spokojnie i łagodnie. Próżno tu szukać galopującej na łeb na szyję akcji czy też miejsc zbrodni opisanych tak plastycznie, że zbiera nam się na wymioty. To raczej spokojna, klimatyczna książka dla tych osób, które nad adrenalinę przedkładają ciekawe tło społecznie i spokojniejsze tempo wydarzeń. Nie jest to absolutnie wada – mnie całkiem spodobało się takie podejście do gatunku. Ale jeśli jesteście jedną z osób, które piszą do Maxa Czornyja, że jego książki mogłyby być bardziej krwawe (w którymś z wywiadów wspominał, że są tacy czytelnicy), to tutaj możecie czuć się lekko zagubieni. 

Czy zatem uważam za udane moje pierwsze spotkanie z prozą Hanny Greń? Właściwie tak. Spodobał mi się jej styl i to, w jaki sposób snuje swoją historię, jestem zachwycona zagadką, jaką wykreowała i tym, jak sprawnie mieszała tropy, by jak najdłużej utrzymać nas z dala od rozwiązania. Nie wiem jednak, czy sięgnę po kolejne książki z serii. Główna bohaterka irytowała mnie niesamowicie (z tego, co widziałam w innych recenzjach, nie jestem w tym odczuciu sama), a poza tym wolę chyba jednak bardziej krwawe i brutalne opowieści. Znam jednak mnóstwo osób, którym z czystym sumieniem poleciłabym prozę Hanny Greń i zachęciła je do przeczytania poprzednich książek autorki. A może Ty jesteś jedną z nich?






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

sobota, 25 stycznia 2020

Bartosz Szczygielski – „Krok trzeci” [przedpremierowo]

„Lubiła kochankę męża, nie miała jednak pojęcia, co stało się z jej ciałem.”

Uwielbiam pisać wstępy do recenzji, ale tym razem nie streszczę Wam fabuły, by niechcący nie zdradzić zbyt wiele. Niech to jedno tajemnicze zdanie z okładki pobudzi Waszą wyobraźnię tak, jak do niedawna pobudzało moją. Resztę zostawmy opinii, którą zamieszczam poniżej. W wielkim skrócie: to wyjątkowa i niebanalna książka, po którą naprawdę warto sięgnąć!

Choć lekturę skończyłam dobrych kilka godzin temu, wciąż nie wiem, co tak naprawdę się tu wydarzyło. Sięgałam po zwykły thriller psychologiczny (jestem już z tym gatunkiem całkiem nieźle zaznajomiona), a otrzymałam istny rollercoaster emocji i prawdziwą kaskadę niedomówień. W pozytywnym tego słowa znaczeniu! Krok trzeci niezaprzeczalnie jest thrillerem i sięga do głębi ludzkiej psychiki i duszy, a jednocześnie stanowi coś, co wykracza poza ramy wszystkich książek z gatunku, jakie miałam okazję czytać. To opowieść w której nic nie jest jasne, fikcja miesza się z rzeczywistością, a kolejne wydarzenia wiele razy zmieniają nasze spojrzenie na całą historię. Myślimy, że coś wiemy, że mamy o co się zaczepić, a chwilę później nasza wizja obraca się w pył i znów błądzimy po omacku. I tak raz za razem, raz za razem...

Nie wiem, jak będzie z innymi czytelnikami, ale u mnie Krok trzeci wywołał mnóstwo rozmaitych emocji. Nie będę ukrywała – nie zawsze strony przewracały się same, czasem miałam kłopot z brnięciem dalej i głębiej w tę opowieść, bo dyskomfort był ogromny – tu wielki plus dla autora za wielką autentyczność historii i bohaterki. Mimo wszystko czytałam jednak dalej, bo wiedziałam, że to wszystko jest po coś i przeczuwałam, że rozwiązanie może mnie zaskoczyć. Zwłaszcza, że powieść pozostawia nam wiele przestrzeni na snucie domysłów i analizę kolejnych ważnych wydarzeń, które na pierwszy rzut oka zupełnie nie pasują do już znanych elementów. Czasem nie wiedziałam, czy mam do czynienia z jakąś farsą, czy nie balansuję wraz z bohaterką na granicy obłędu. Innym razem musiałam odkładać książkę na kilka chwil, bo była dla mnie zbyt ciężka. A potem chwytałam ją znów, łapczywie chwytając wszystkie wskazówki co do rozwiązania.

Obawiam się, że dziś wyszło dziwnie i chaotycznie, ale i omawiana powieść nie należy do standardowych. To coś zupełnie innego niż wszystkie książki, jakie do tej pory czytałam. Choć motyw patrzenia na świat oczami bohatera, który z trudem odróżnia to, co realne od wytworów wyobraźni, nie jest nowy, tutaj został wykorzystany tak niebanalnie, a przede wszystkim tak autentycznie, że chwilami czytelnik zaczyna wątpić w prawdziwość własnych osądów. 

I to zakończenie! Naprawdę warto na nie czekać. I warto nie zaglądać na ostatnie strony, póki nie dotrzemy do nich naturalnie, poznając tę opowieść. 






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.
Premiera 29 stycznia!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Anders Hansen, Carl Johan Sundberg – „Projekt zdrowie”

Pod koniec zeszłego roku miałam przyjemność czytać najnowszą książkę szwedzkiego psychiatry, Andersa Hansena, czyli Wyloguj swój mózg. To była świetna opowieść o tym, jak najważniejszy organ naszego ciała adaptuje się (a raczej nie adaptuje się, albo robi to stanowczo zbyt wolno) do dynamicznego postępu technologicznego i społecznego. Zachęcona zarówno stylem autora, jak i treścią książki, od razu zamówiłam dwie pozostałe pozycje stworzone przez Hansena i wydane na polskim rynku. W pierwszej kolejności sięgnęłam po polecany mi przez kilka osób Projekt zdrowie.

Ta niepozorna niebieska książeczka jest w gruncie rzeczy gloryfikacją ruchu. Ale nie tego katorżniczego, jaki promowany jest w mediach i nie tylko. Anders Hansen i Carl Johan Sundberg powołują się bowiem na badania, według których do optymalnego dbania o zdrowie wystarczy 30 minut umiarkowanej aktywności kilka razy w tygodniu. Oczywiście nie chodzi tutaj o efekty odchudzające (zrzucenie większej liczby kilogramów wymaga jednak diety i treningów), a o wsparcie dobrego funkcjonowania naszego ciała i umysłu. W kolejnych rozdziałach poznajemy szereg korzyści, jakie przynosi nam regularny ruch - czytamy o procesach, zachodzących w naszym ciele i o tym, jakie dobroczynne substancje wyzwala umiarkowana aktywność fizyczna. 

Mam niemały problem z jednoznaczną oceną tej książki. Z jednej strony mamy tutaj kawał naprawdę solidnej, ciekawej i przede wszystkim dobrze zaprezentowanej wiedzy. Autorzy nie zarzucają nas suchymi faktami, a snują gawędę; mimo to udaje im się przemycić bardzo dużo badań na temat wpływu ruchu na funkcjonowanie człowieka. Wszystkie fakty podane są prosto i w taki sposób, że naprawdę mamy ochotę zrobić coś dla siebie. Zwłaszcza, że, jak podnoszą autorzy, ważne są nawet najmniejsze kroki, drobne zmiany, na które większość z nas stać.

Niestety z drugiej strony mamy do czynienia z ogromną powtarzalnością prezentowanych w książce treści. Niby badania są różne, a tak naprawdę wciąż słyszymy to samo: ruszaj się! I to nie jest jakiś zawoalowany przekaz, myśl przewodnia, która towarzyszy całej książce. Tutaj po prostu te same zdania powtarzane są co kilka lub kilkanaście stron. Autorów usprawiedliwia jedynie fakt, że już we wstępie zaznaczają, że będą dużo smęcić. Jednak takie wprowadzenie nie sprawia, że powtarzalne frazy przyswajamy z mniejszym znużeniem.

Czy w takim razie jestem na tak? Sama nie wiem. Właściwie nie żałuję, że sięgnęłam po książkę Andersa Hansena i Carla Johana Sundberga, bo to chyba pierwsza pozycja o zdrowym trybie życia, która zachęciła mnie do małych zmian, zamiast utwierdzać w przekonaniu, że sens ma tylko trening siłowy kilka razy w tygodniu. Poza tym, gdy czytałam książkę na raty, nie nudziłam się aż tak bardzo powtarzalnymi zdaniami. Myślę więc, że to jedna z tych pozycji, w których warto przymknąć oko na niedociągnięcia i skupić się na wartościowej i motywującej treści.