Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 kwietnia 2017

Agnieszka Olejnik – „A potem przyszła wiosna”



Znana twarz, zawrotna kariera, życie na świeczniku – dla wielu osób brzmi to jak spełnienie marzeń. Pola Gajda, rozpoznawalna aktorka, uwielbia swoją codzienność. W każdym razie uwielbiała do momentu, gdy jej partner wyniósł się bez słowa po tym, jak na pierwsze strony portali trafiła wiadomość o jego romansie. Utrata chybotliwego fundamentu w postaci związku szybko doprowadza Polę do załamania. Życie aktorki ratuje – o, ironio! – jej największy wróg.

Agnieszka Olejnik sięgnęła po znany we współczesnych powieściach obyczajowych motyw kontrastu między zawrotnym tempem życia w mieście, a spokojem wsi. Bohaterka chcąc nie chcąc trafia do miejsca, gdzie ma okazję zastanowić się nad swoim życiem i przyjrzeć mu się w pewnym sensie z dystansu. Jakie wartości do tej pory wyznawała? Czemu podporządkowała swoje życie? Niech nie zwiedzie Cię prostota tych pytań, bo droga Poli do zdrowej zmiany będzie długa i wyboista, naznaczona bardzo dużym cierpieniem. Bohaterka przestaje mówić, zamyka się w sobie i wpada w ciężką depresję, z której wychodzi bardzo małymi krokami. Co ciekawe, kontakt z taką postacią nie jest dla czytelnika męczący, choć często tak właśnie bywa – mimo że w książce pojawia się bardzo wiele negatywnych emocji, nie przeszły one bezpośrednio na mnie, czułam raczej zainteresowanie historią niż zniecierpliwienie.

Wspomniana dawka goryczy jest jednak tym, co odróżnia powieść od innych obyczajówek. Autorka nie boi się sięgać po tematy trudne i bardzo aktualne: zaczynamy od płytkich relacji i życia na pokaz, brniemy przez próby samobójcze i depresje, a kończymy gdzieś w mrocznych zakamarkach traum z dzieciństwa. Mimo że podczas lektury wyczuwamy podskórnie pozytywne zakończenie (zwłaszcza jeśli mamy za sobą dużo książek z gatunku), to jednak emocje nam towarzyszące są naprawdę różnorodne.  

Bohaterowie Agnieszki Olejnik na pierwszy rzut oka mogą wydawać się prości i schematyczni, a jednak każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Stopniowo odkrywamy ich tajemnice, historie, osobowości. Autorka skrupulatnie kreśli portrety najważniejszych osób i dba, aby relacje między nimi były odpowiednio wyważone. Warto pamiętać, że A potem przyszła wiosna nie jest wyłącznie historią Poli Gajdy – w książce mamy dwoje narratorów, a zatem dwójkę pełnowartościowych bohaterów. Jej wybawiciel również zdążył zatracić się w wielkomiejskim życiu, choć jest w nieco lepszej sytuacji: ma odskocznię, która pozwala mu nabrać dystansu. Mimo tej pozornej przewagi, bohaterowie rozwijają się i zmieniają równolegle, dążąc do satysfakcjonującego zakończenia.

Znów tylko i wyłącznie zachwyty. Ale co mogę zrobić, skoro tak bardzo cieszę się, że są na rynku wartościowe i dobre powieści obyczajowe? Zostały mi do nadrobienia już tylko dwie starsze powieści Agnieszki Olejnik – spodziewam się po nich wszystkiego, co najlepsze. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

wtorek, 8 listopada 2016

Agnieszka Olejnik – "Szczęście na wagę"

Choć z reguły siadam do pisania opinii zaraz po zakończeniu lektury (a czasem nawet jeszcze w trakcie kreślę poszczególne akapity, aby żadna myśl mi nie uciekła), tym razem musiałam dać sobie trochę czasu na ochłonięcie i zebranie się do kupy. Na szczęście już jestem, już się zebrałam. I chcę więcej – takich właśnie dojrzałych powieści o kobietach i dla kobiet.

Czterdzieści lat na karku, całkowite poświęcenie dla rodziny, a w zamian brak wdzięczności od wiecznie nieobecnego męża i zbuntowanej nastoletniej córki – tak z pewnością prezentuje się codzienność niejednej kobiety, w tym Ewy, głównej bohaterki powieści. Wydawać by się mogło: jest źle, ale stabilnie, więc w gruncie rzeczy nie ma na co narzekać, czasem jednak potrzeba czegoś więcej. Ewa dojrzewa powoli do wprowadzenia w swój świat pewnych zmian i chciałaby robić to stopniowo, los ma jednak dla niej zupełnie inne plany: w jednej chwili wali się jej małżeństwo, w dodatku dokładnie w momencie pewnej dramatycznej decyzji córki, czyli wtedy, gdy dziewczyna wymaga największej i najbardziej stabilnej rodzicielskiej opieki. Czy Ewie uda się pogodzić to, co odkrywa w sobie, z potrzebami, jakie mają inni członkowie jej rodziny? Czy odnajdzie w tym wszystkim swoją własną, szczęśliwą drogę?

Dylemat, przed jakim staje główna bohaterka powieści, jest moim zdaniem zawsze aktualny. Nawet jeśli odjąć od tematu dość specyficzną i skrajną sytuację córki, Ewa funkcjonuje w trudny i niestety bardzo powszechny sposób. Swoją codzienność dzieli pomiędzy męża i dziecko, od wielu lat ukrywając własne potrzeby, które dopiero teraz stopniowo dochodzą do głosu. Wreszcie kobieta zaczyna dostrzegać samą siebie i pozwala sobie na to, aby budować coś własnego. Ma swoje drobne tajemnice i zajęcia, które sprawiają jej przyjemność, a o których nie wie nikt z domowników. Stopniowo kształtuje swoją tożsamość i odrębność.

Nie jest to jednak typowa książka o dojrzewaniu, czy też raczej zmianach zachodzących u kobiety w średnim wieku. W wielu podobnych opowieściach mamy do czynienia ze schematem: pojawia się zdarzenie, które wyzwala w kobiecie coś, o czym dotąd nie miała pojęcia i zapoczątkowuje jej wewnętrzny rozwój, który przebiega bardzo spektakularnie. Ewa ma jednak pecha: oprócz tego, że coś zmienia się w niej samej, również otoczenie musi zostać przeorganizowane, co nie pozwala na postawę "teraz liczę się tylko i wyłącznie ja". Związek, którego bohaterka nie miała w planach "ruszać" nagle okazuje się być zupełnie inny, niż sądziła, a sytuacja jej córki sprawia, że kobieta jest jej potrzebna znacznie bardziej niż dotychczas. Dzięki tym elementom opowieść o Ewie nabiera nowego wymiaru, jakim jest poszukiwanie przez kobietę takiego miejsca w życiu, w którym będzie mogła realizować swoje potrzeby, będąc jednocześnie wsparciem dla tych, którzy są jej najbliżsi. Takie mniej rewolucyjne podejście do problemu wydaje mi się znacznie bardziej autentyczne.

Temat podjęty przez Agnieszkę Olejnik jest powszechny, jednak opowieść absolutnie nie jest typowa czy też nudna. Książkę czyta się bardzo szybko, strony właściwie przewracają się same i nie czujemy znużenia, mimo że tematyka z pozoru nie należy do porywających. Ważną rolę odgrywa w tym wszystkim sposób, w jaki autorka kreuje swoje postaci, a także jak ujmuje ich przeżycia: z jednej strony z dużą wrażliwością, z drugiej zaś – bardzo autentycznie. Wciąż nie jestem w stanie stwierdzić, na czym to dokładnie polega, ale niektórzy pisarze opowiadają o emocjach tak, że czytelnik automatycznie kojarzy je ze swoimi doświadczeniami i współodczuwa. Dokładnie coś takiego ma miejsce w przypadku Szczęścia na wagę, co jest moim zdaniem ważnym elementem dobrej powieści obyczajowej. 

Kolejny raz powiem, że za sprawą książki Agnieszki Olejnik spotkało mnie zaskoczenie, jednak nie chodzi o poziom, czy też o samą treść. Jestem po prostu pod wrażeniem, jak wszechstronną pisarką okazuje się być autorka: po hipnotyzującej Nieobecnej, która balansowała na granicy prawdopodobieństwa, ale za to niesamowicie przyciągała czytelnika, tym razem otrzymaliśmy powieść bardzo mocno osadzoną w rzeczywistości. Realną do bólu, chciało by się rzec, zwłaszcza że poziom opisu emocji i relacji jest w Szczęściu na wagę naprawdę niesamowity – ja najzwyczajniej w świecie się przy niej rozpłakałam. Tak jak wspomniałam na początku, moim zdaniem książka realizuje w całości założenia dobrej literatury kobiecej i życzyłabym sobie, aby więcej takich tekstów pisano i wydawano. Wam oczywiście serdecznie polecam.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

sobota, 2 kwietnia 2016

Anna Litwinek – „Czarownica”

Jak już kilkakrotnie wspominałam, szeroko pojęta ezoteryka jest mi bliska od bardzo wielu lat. Choć strzygę uszami na dźwięk słowa „magia”, moje zainteresowanie dotyczy raczej poradników niż beletrystyki; paradoksalnie rzadko sięgam po historie, w których wiedza tajemna odgrywa jakąś bezpośrednią rolę. Dlaczego zatem skusiłam się na Czarownicę? Cóż, nie będę ukrywała – okładka z rudowłosą pięknością, niepretensjonalny opis, a także dość zwyczajne podejście do magii przekonały mnie, że powinnam po tę książkę sięgnąć. Nazwijcie to szczęściem, ale ja chyba wolę myśleć, że po prostu odezwała się we mnie intuicja, bo lektura okazała się naprawdę przyjemna i idealnie wpasowująca się w mój gust.

Sonia jest dobiegającą trzydziestki dziennikarką lokalnej gazety i wiedzie dość spokojne życie, przynajmniej do czasu, gdy zaczynają dziać się wokół niej dziwne rzeczy. Bardzo realistyczne koszmary, przewidzenia, dolegliwości oddechowe i urazy niewiadomego pochodzenia, które goją się nienaturalnie szybko – wszystko to napawa naszą bohaterkę niepokojem. Oliwy do ognia dolewa ciotka, która informuje kobietę, że z podobnymi trudnościami borykała się jej matka zanim zaginęła, co również miało miejsce w okolicy jej trzydziestych urodzin. Okazuje się, że Sonia dziedziczy zdolności magiczne, których wcale nie chce mieć. W dodatku na horyzoncie pojawia się zagrożenie w postaci współczesnej inkwizycji, a gdzieś obok toczy się sprawa tajemniczych grobów, którą trzeba rozwiązać…

Jak widać wątków w powieści jest kilka, ale ich posplatanie jest naprawdę przyjemne, a różnorodność spraw nadaje Czarownicy ciekawego charakteru. Powiedziałabym, że to przyjemne czytadło, ale w mojej ocenie taka łatka byłaby bardzo niesprawiedliwa, bo autorce udało się naprawdę dobrze opracować swój pomysł i powiązać wiele elementów. Z jednej strony mamy tutaj warstwę związaną z losami młodej kobiety w momencie przełomu, inicjacji; z drugiej – wiele zagrożeń, które momentami nadają książce lekko kryminalnego charakteru. Płaszczyzna obyczajowa również się tu znajduje, jednak stanowi jedynie dodatek; dużo mocniejszy akcent położony jest na magię i należyte jej opisanie. Teoria, którą posłużyła się autorka przy wyjaśnianiu nadprzyrodzonych zjawisk, jest spójna i ciekawa, a mnie dodatkowo podoba się nacisk na szacunek, jaki oddają naturze i swoim zdolnościom praktycznie wszyscy bohaterowie.

Książkę Anny Litwinek czyta się szybko, nie jest trudno poddać się biegowi wydarzeń, a ciekawe sploty akcji, spora liczba tajemnic do rozwiązania i charyzmatyczna bohaterka dodatkowo ułatwiają sprawę. To dobra i przyjemna w odbiorze powieść, która z pewnością przypadnie do gustu wielu osobom. Cieszę się, że mogłam spędzić przy niej czas i oderwać się nieco od trudniejszych treści i tematów.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Natasza Socha, Magdalena Witkiewicz – „Awaria małżeńska”


Gdy jakiś czas temu w odmętach Internetu pojawił się fragment Awarii małżeńskiej, przepadłam – scena z poszukiwaniem amarantowej puszki całkowicie mnie kupiła swoją prostotą, prawdziwością i humorem. Wiedziałam, że muszę tę książkę mieć i właściwie już wiele tygodni przed premierą przebierałam nogami na myśl, że to już niedługo, już niebawem… Jak się zapewne domyślacie, przez ten czas w mojej głowie pojawiło się wiele wymagań co do tekstu. Czy zostały spełnione? TAK!

Wszystko zaczęło się od kota. To życie małej, puchatej kulki chciał oszczędzić kierowca autobusu wykonując gwałtowny manewr wymijania. Kot potrącony został tak czy siak, wyzionął ducha na miejscu, za to w wyniku manewru poszkodowani zostali obywatele, w tym dwie kobiety, które doznały poważnych złamań i wylądowały w szpitalu, oraz dwaj mężczyźni, których co prawda na miejscu wypadku nie było, ale z racji urazów żon z dnia na dzień zostali – nie bójmy się tego słowa – sierotami. Pozbawieni pomocy partnerek, z dziećmi na głowie, bez jakiegokolwiek wsparcia od tej pory muszą radzić sobie sami. I nagle okazuje się, że rzeczywistość prac domowych nie jest taka prosta… Pranie nie robi się czyste, suche i wyprasowane od machnięcia czarodziejskiej różdżki, nauczyciele mówią do rodziców w dziwnym, nieznanym języku, w dodatku zagadkami, dzieci nie mogą i nie chcą jeść wszystkiego, co podsunie im się pod nos, a do galowego stroju nie pasują różowe rajstopki! Brzmi jak niezły chaos, prawda? I właśnie tak jest.

Awaria małżeńska to zbiór scen z życia, które mogłyby przydarzyć się w wielu polskich domach. Choć opowieść jest naprawdę mocno przerysowana, to jej fragmenty są tak zwyczajne, znane i bliskie, że naprawdę trudno się z nimi nie zgodzić; w zestawie tworzą mieszankę przesadną i miejscami absurdalną, ale każdy z osobna brzmi naprawdę wiarygodnie i prawdopodobnie. Obserwujemy zatem ojców, którzy próbują okiełznać domowy chaos – dogadać się z dziećmi, utrzymać ład i porządek, załatwić wszystkie ważne sprawy – podczas gdy ich żony mogą służyć im jedynie telefoniczną poradą, co z resztą również czynią niezbyt chętnie. Trudno temu zaprzeczyć – panom w Awarii… się obrywa, miejscami dosyć mocno, jednak naprawdę spodziewałam się, że będzie w tym względzie znacznie gorzej.

Jak nietrudno się domyślić, wielką siłą opowieści jest humor i styl. Nie czytałam dotąd książek żadnej z autorek, nie jestem więc w stanie stwierdzić, która odpowiada za jaką część tekstu, ale wiem jedno – obie wykonały świetną robotę, która dała niesamowity efekt. Opowieść jest trafna, dobrze ujęta i wciągająca, sceny przedstawione są z ironią, lekko złośliwie, ale zawsze w dobrze dobrany sposób. Książkę czyta się szybko, bardzo przyjemnie i niejednokrotnie przychodzi nam walczyć ze spojrzeniami ludzi dookoła, jeśli czynimy to w miejscu publicznym – podczas lektury nie sposób powstrzymać się od śmiechu.

Po Awarii małżeńskiej spodziewałam się świetnej rozrywki i właśnie to otrzymałam. Podczas lektury bawiłam się świetnie i myślę, że podobnie zareaguje wiele kobiet, zwłaszcza tych, które rzadko spotykają w swoim otoczeniu sprawiedliwy podział domowych obowiązków. Mimo tego, że sporo tu ironii i nieźle obrywa się panom za ich brak zaangażowania na co dzień, myślę, że z opowieści płyną dwa bardzo ważne morały. Pierwszy dotyczy tego, że mężczyźni dla własnego dobra powinni przynajmniej w jakimś stopniu angażować się w prowadzenie domu (choćby po to, by nie zginąć w awaryjnej sytuacji); drugi natomiast mówi, że my, kobiety, powinnyśmy im na to pozwalać. Często bowiem wina leży również po naszej stronie, bo same dusimy w zarodku wszelkie pomocowe odruchy, by kilka chwil później narzekać, jak wiele jest na naszej głowie; tymczasem żadna z nas nie musi być perfekcyjna, a dom nie-idealnie też całkiem nieźle funkcjonuje.


piątek, 5 lutego 2016

Katarzyna Grochola – „Ja wam pokażę!”, „A nie mówiłam!”

Jakiś czas temu pisałam Wam o nowej kolekcji książek Katarzyny Grocholi. Na początek na rynek weszły dwa tomy, a w nich cztery książki, czyli cały cykl Żaby i Anioły, najsłynniejsza chyba opowieść autorki. Tym razem miałam okazję nie tylko wrócić do znanej historii, ale też w końcu poznać jej zakończenie – jak dotąd miałam za sobą tylko trzy części i z wielką radością przyjęłam możliwość poznania ostatniej.

W drugiej połowie cyklu Judyta jawi się jako kobieta do bólu stereotypowa – jej zachowania są kompletnie przerysowane, wręcz karykaturalne. Bohaterka nigdy nie mówi, o co jej chodzi, ma kosmiczne wręcz humory, absolutnie wszystkim się zamartwia, a umiejętność szukania dziury w całym wyniosła wręcz do rangi sztuki. Na szczęście (i to zdecydowanie ratuje te książki), autorka zdecydowała się zrównoważyć zachowanie postaci dystansem i humorem. Widać wyraźnie, że to wszystko nie jest na serio, że to tylko ważna i użyteczna kalka; dzięki zabawnym elementom wiemy, że działania autorki w konstrukcji postaci są po prostu celowe.

Co ciekawe, jest to cykl który nie traci wraz z kolejnymi tomami. Oczywiście, jeśli już na początku się Wam nie spodoba, następne części prawdopodobnie tylko Was zdenerwują, jednak wiele osób, które lubią tę opowieść, wskazuje, że z każdą odsłoną jest coraz lepiej. Sama zauważyłam wyraźną poprawę warsztatu autorki, a także coraz lepiej wypadającą fabułę. Gdybym miała wybierać, moją ulubioną częścią jest zdecydowanie ta ostatnia – nie ma tu popularnego syndromu ostatniego tomu, czyli łączenia wątków na łeb na szyję; to po prostu należyte zakończenie całej tej opowieści.

Myślę, że cykl Żaby i anioły można polecić kobietom w każdym wieku, a na pewno takim, które lubią opowieści lekkie, łatwe i przyjemne. Wiem, że wielu z Was nie przypadł on do gustu, jednak mnie akurat odpowiada – zarówno humor, jak i styl Katarzyny Grocholi jest dla mnie przyjemny w odbiorze i pozwala mi na odprężenie i relaks, którego szukam w takiej właśnie literaturze. Poza tym nie ukrywam, że darzę tę opowieść sentymentem – zarówno książki, jak i filmy, to dla mnie symbole poznawania współczesnej, kobiecej literatury i może też dlatego tak wiele jestem w stanie tej opowieści wybaczyć. Lubię powiesci, które niczego nie udają i nie aspirują do miana arcydzieł – tu mamy po prostu czytadło, które ma za zadanie umilić nam jeden-dwa wieczory. W tym zakresie sprawdza się doskonale.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Guillaume Musso – „Jutro”

Czasem zastanawiam się, skąd się biorą w mojej głowie pewne całkowicie fikcyjne informacje na temat twórczości niektórych pisarzy. Wychodzi na to, że gdy coś zasłyszę, przerabiam to w swoim umyśle, a na koniec tworzę zupełnie niezrozumiałą opinię. Weźmy na przykład Musso – kiedy pracowałam w księgarni, usłyszałam, że to pisarz, którego chętnie czytają kobiety, więc automatycznie założyłam, że jego książki to z pewnością niezbyt mądre romansidła. W efekcie podchodziłam do niego nawet nie tyle z nieufnością, co jawną niechęcią (nie lubię romansów). Możecie się domyślać, jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy w moje ręce wpadło Jutro – od pierwszej strony wpadłam w tę historię i nie zrobiłam sobie przerwy, póki jej nie skończyłam.

Opowieść w niezwykły sposób splata losy dwóch osób pozornie całkowicie od siebie odległych: Matthew Shapiro, wykładowcy z Harvardu, który rok temu stracił żonę w wypadku samochodowym, oraz Emmy Lovenstein, nowojorskiej sommelierki. Oprócz miejsca zamieszkania bohaterów dzieli wszystko: zainteresowania, sposób bycia, sytuacja rodzinna… Ich historie spotykają się, gdy Matthew kupuje używanego laptopa – ta z pozoru błaha sytuacja rozkręca machinę niemożliwych, tajemniczych zdarzeń i na zawsze zmienia życie obojga bohaterów.

Pierwszym szokiem, jeszcze zanim w ogóle dostrzegłam coś niecodziennego w treści książki, było zetknięcie ze stylem autora. Nie będę owijała w bawełnę – spodziewałam się dość słabej narracji, typowej dla wspomnianego już taniego romansu. A co dostałam? Bardzo dobrą opowieść na naprawdę wysokim poziomie. Autor w przyjemny sposób przedstawia nam kolejne wydarzenia, a tekst prezentuje się równie dobrze zarówno w przypadku opisów (które są odpowiednio bogate), jak i bardzo autentycznej części dialogowej. Kolejne zdania dosłownie śmigają nam przed oczami, a cała opowieść jest niesamowicie płynna i nie sprawia czytelnikowi absolutnie żadnych problemów.

Swoje robi też fabuła – niebanalna, wciągająca i zaskakująca. Bardzo żałuję, że musiałam ograniczyć się do tak lakonicznego jej ujęcia i zdaję sobie sprawę, że mój opis nie oddaje całkowicie uroku tej opowieści, jednak nie miałam innego wyjścia – zdradzając cokolwiek więcej zburzyłabym misternie budowaną intrygę, która zaczyna się już na samym początku książki. Nie chcę psuć Wam zabawy, ale powiem jedno: nie raz zdziwicie się podczas jej czytania. Choć pewne wydarzenia są zupełnie nieprawdopodobne i zakrawają o fantastykę, nie ma się czego czepiać – taką właśnie konwencję wybrał autor na opowiedzenie swojej historii i sprawdziła się ona perfekcyjnie. Musso bawi się z czytelnikiem i wodzi go za nos dokładając coraz to nowe fakty do pozornie zamkniętych historii, czym całkowicie zaskarbił sobie moją uwagę. Wielu rozwiązań zupełnie się nie spodziewałam, a kolejne zaskoczenia sprawiały mi naprawdę dużo radości.

Sama nie wiem, jak poprawnie zaklasyfikować tę książkę. Na pewno nie jest to romans – Jutro nawet z powieści obyczajowej ma niewiele. To historia pełna akcji, zagadek i emocji, jednak daleka od kryminału czy thrillera. Znajdziemy tu wiele różnorodnych elementów i, choć ciężko znaleźć jasne słowa na opisanie tego miksu, końcowy efekt jest naprawdę zadowalający. Jak pisałam na początku – kiedy zaczęłam tę książkę, nie byłam w stanie odłożyć jej choćby na chwilę, tak bardzo miałam ochotę poznać jej dalszy ciąg. Zwracam honor i odżegnuję się od wszystkiego, co do tej pory sądziłam na temat Musso; jego opowieść okazała się wspaniała, a ja z pewnością w krótkim czasie sięgnę po kolejne. Czyżbym znalazła nowego kandydata do grona ulubionych pisarzy?

środa, 25 marca 2015

Anna Mulczyńska - "Przyjaciółki ze Staromiejskiej"


Co zrobić, gdy los niespodziewanie odbiera nam to, co jest dla nas najważniejsze? Anna, tancerka baletowa, przekonała się o tym dobitnie, kiedy kontuzja stanęła na przeszkodzie jej świetnie zapowiadającej się kariery. Zdruzgotana kobieta buduje wokół siebie mur negatywnych emocji, który z pewnością nie przysparza jej przyjaciół; są jednak osoby, które zawsze potrafią udzielić wsparcia w taki czy inny sposób. Czy powrót na Staromiejską i odnowienie tamtejszych kontaktów pomoże Annie odzyskać równowagę? A może sama musi nauczyć się kierować własnym życiem?

Przyjaciółki ze Staromiejskiej były moim pierwszym spotkaniem z prozą Anny Mulczyńskiej i od samego początku rzucił mi się w oczy jej niezwykle przyjemny styl. Lektura przypominała obcowanie ze sztuką, tak pięknie i bogato czaruje słowem autorka. Trzecioosobowa narracja mieści w sobie zarówno opisy sytuacji bohaterów, ich pasji, jak i otaczającego świata – temu ostatniemu poświęcone jest dużo uwagi, co zdecydowanie można uznać za plus. Trzeba jednak powiedzieć, że nie jest to absolutnie przerost formy nad treścią, a świetne wyważenie elementów świata przedstawionego składające się na ciepły i niepowtarzalny klimat.

Jeśli chodzi o treść, przyznać muszę, że cała opowieść jest niesamowicie autentyczna – autorka nie sili się na niesamowite zwroty akcji czy fantastyczne rozwiązania; w tekście mamy za to samo życie, zbiór codziennych trosk i rozterek, które przydarzyć mogą się każdemu. Na pewno dodaje to tekstowi wiarygodności i czyni go jeszcze bliższym czytelnikowi. Z przyjemnością obserwowałam rozwój wydarzeń, a kolejne strony mijałam zupełnie niezauważenie; opowieść poruszała odpowiednie emocjonalne struny i zdecydowanie mnie angażowała. W tym względzie znów atutem staje się język – właściwy opisowi sprawdził się także w dialogach, które, choć rozbudowane, wypadały bardzo naturalnie.

Po przeczytaniu Przyjaciółek ze Staromiejskiej  postanowienie mam jedno – jak najszybciej chwycić za pierwszy tom. Jestem niesamowicie ciekawa, jak przebiegały wcześniejsze losy bohaterów, poza tym cenię sobie tak dobrze napisane powieści dla kobiet i czuję, że będzie to kolejny cykl, który obdarzę szczególną sympatią.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Nasza Księgarnia.

środa, 11 marca 2015

Hanna Cygler - "Złodziejki czasu"

Na kartach powieści spotykają się cztery kobiety; choć łączy je profesja (wszystkie są pisarkami), na tym kończą się podobieństwa. Elwira jest wyzwoloną żoną polityka, która szuka szczęścia w ramionach kochanka; swoją energię przelewa na postać pewnej siebie pani komisarz ze znanej serii kryminałów. Anna nosi brzemię trudnej sprawy z przeszłości – teraz jest samotna, a swoją uwagę poświęca innym ludziom tworząc ich biografie. Męża nie ma również Teresa, profesor filozofii w średnim wieku, pod pseudonimem wydająca popularne romanse. Korowód zamyka młodziutka Kinga, autorka horrorów, która wiedzie szczęśliwe życie młodej mężatki i mamy. Kobiety spotykają się zupełnym przypadkiem, a ich przyjaźń przeżywa wzloty i upadki; choć czasem bywa chłodna, w trudnych sytuacjach cała czwórka może liczyć na pomoc. I dobrze, bo w stosunkowo krótkim czasie życie wszystkich wywróci się do góry nogami…

Zawsze mam w sobie dużo szacunku dla autorów, którzy decydują się opowiadać historie z perspektywy różnych bohaterów; to zabieg wymagający elastyczności i dużych nakładów wyobraźni. Gdy wychodzi dobrze, jestem pod jeszcze większym wrażeniem i tak właśnie jest w przypadku powieści Hanny Cygler. W Złodziejkach czasu mamy do czynienia z czterema bohaterkami, a każda z nich jest postacią pełnoprawną. Skrywane sekrety, doświadczenia codzienności, podejście do życia, charakter i otoczenie – wszystko to czyni z nich indywidualności i ubogaca tekst. Myślę, że wiele kobiet znajdzie tu postać, z którą się zidentyfikuje lub przynajmniej polubi; mnie najbardziej przypadły do gustu szalone losy Kingi (choć niekoniecznie chciałabym znaleźć się w jej skórze).

Początkowo miałam trudność z wdrożeniem się w opowieść, z czasem jednak nie tylko się nią zainteresowałam, ale i naprawdę wciągnęłam. Z każdą kolejną stroną historia nabiera tempa i wyrazu w każdym wymiarze – zarówno tym ogólnym, łączącym wszystkie aspekty w całość, jak i jednostkowym, związanym z losami poszczególnych bohaterek. Wydarzenia, choć momentami nieprawdopodobne, wypadły świetnie, układając się w spójny tekst, dodatkowo okraszony świetnym humorem. To literatura w  bardzo dobrym wydaniu – stworzona by bawić i wywoływać emocje, doskonale spełniająca swoją rolę.

Już w trakcie lektury ze zdumieniem zorientowałam się, że mam na półce jeszcze jedną nieprzeczytaną książkę pani Cygler; myślę sobie, że jak najszybciej muszę po nią sięgnąć! Jestem przekonana, że autorka, która raz skradła moje serce, jeszcze wielokrotnie dostarczy mi przyjemnych odczuć podczas lektury. Złodziejki czasu odkładam usatysfakcjonowana; wcale nie poczułam się okradziona z chwil, które spędziłam na lekturze. Wręcz przeciwnie – z radością jeszcze kiedyś do niej powrócę.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

piątek, 6 marca 2015

Elísabet Benavent - "W butach Valerii"


Kobieca powieść porównywana do Seksu w wielkim mieście, gloryfikowana przez kobiety na całym świecie... Słyszałam o niej wiele razy, choć polska premiera miała miejsce ledwie kilka tygodni temu – promocja zrobiła swoje, a że wiele dziewczyn miało na ten temat pozytywną opinie, tekst wbił mi się w pamięć. Podoba mi się powierzchownie – okładki są dopasowane, minimalistyczne, przyciągają wzrok i pięknie się razem prezentują. Jednak to, co znajduje się wewnątrz, przechodzi wszelkie oczekiwania… Wpadłam w tę opowieść już od pierwszej strony i przeczytałam jednym tchem – nie wiem kiedy minęło 5 godzin podróży, która często niemiłosiernie mi się dłuży. Rozpoczęłam, skończyłam i czuję pewnego rodzaju emocjonalną pustkę – chcę kolejnego tomu już, teraz, zaraz.

Główna bohaterka ma 28 lat i od sześciu pozostaje w związku małżeńskim. Niedawno wydała książkę, a po jej sukcesie rzuciła pracę aby całkowicie poświecić się pisaniu; niestety nie wszystko idealnie się układa – wena nie przychodzi, termin oddania kolejnego tekstu zbliża się wielkimi krokami, a na domiar złego Valeria czuje, że coraz bardziej oddala się od męża. Na szczęście są w życiu rzeczy stałe, dodające otuchy – w przypadku bohaterki jest to grupa przyjaciółek, z którymi od lat dzieli wzloty i upadki; niezastąpionych, chciałoby się rzec, zwłaszcza że jedna z nich w idealnym momencie podsuwa Valerii pewnego intrygującego mężczyznę…

Siłą powieści Benavent jest to, że opisywane sytuacje są dla przeciętnej kobiety jednocześnie niezwykle bliskie i boleśnie dalekie. Fabuła łączy w sobie uniwersalne dylematy, problemy damsko-męskie, a także te związane z poczuciem własnej wartości, z niesamowitą atmosferą pewności siebie, seksapilu i humoru. To doskonała mieszanka, która w połączeniu ze świetnym warsztatem pisarskim autorki musiała skończyć się sukcesem. Nie brak tu schematów, to fakt – cztery bohaterki, z których każda prezentuje odmienny typ zachowań: pozornie szczęśliwa mężatka, wieczna singielka kochająca łóżkowe przygody, kobieta pragmatyczna i nienagannie wychowana, a także ta, która musiała w życiu długo walczyć o swoje. Każda z nich jest inna, jednak mimo różnic tworzą świetną grupę – jak same mówią: „zawsze mają różne zdanie na dany temat, ale gdy się zgadzają, wiadomo że mają rację”.

Trochę dziwnie prezentuje się narracja, wykorzystana przez autorkę – mówiącą jest Valeria, która cały czas wypowiada się w pierwszej osobie; sęk jednak w tym, że robi to także do sytuacji innych, a zatem używa informacji, których nie ma prawa posiadać. Trochę burzy to przyjęte konwencje, ale kto by się przejmował konwencją, kiedy tyle się dzieje? Cała historia jest dynamiczna i absolutnie można wpaść w jej wir nie zważając na nic innego.

Najchętniej nie przyznawałabym się przed samą sobą, co zrobiła ze mną ta książka – przygody Valerii i jej przyjaciółek pochłonęły mnie bez reszty i obudziły tę zapomnianą, trzymaną głęboko w szafie Kaś, której takiego właśnie klimatu mocno w życiu brakowało. To tekst stereotypowy i nieskomplikowany, ale cudowny, poruszający pewne struny, które drzemią w naprawdę wielu kobietach. W butach Valerii jest książką skazaną na sukces, nie dziwię się zatem, że go odniosła – sama mogę szczerze ją polecić.


Za kolejnego literackiego bzika dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

~*~

Kto brał udział w konkursie, w którym nagrodą była "Bardzo polska historia wszystkiego"? Wyniki już w poście konkursowym! (klik)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna szeptów"


Co robić, gdy z dnia na dzień wali się nasz świat? Jak składać życie, które rozpadło się w pył? W jaki sposób zapełnić ślady po brutalnie rozdartym sercu? Ludmiła, główna bohaterka, mierzy się z takimi właśnie dylematami. Gdy jej życie osiągnęło stan względnej, pełnej szczęścia równowagi, jak grom z jasnego nieba spada na nią wiadomość o tragicznej śmierci ukochanego męża. W jednej chwili znów zostaje sama, a w dodatku musi stawić czoła rzeczywistości. Popada w depresję, traci wszelkie siły i, jak sama twierdzi, jej jedynym marzeniem staje się pozostanie pod kołdrą do końca swoich dni. Na szczęście z pomocą przychodzą te osoby, na które zawsze może liczyć. Dzięki wsparciu otoczenia Ludmiła drobnymi krokami wychodzi z cienia, odnajduje w swoim życiu dawno zapomniane wartości i na nowo uczy się korzystać z darów, jakie są dookoła niej.

Siłą książki Katarzyny Enerlich jest autentyczność – to historia o codzienności, zwykłym życiu, trudnych doświadczeniach i sile przyjaźni. Choć bohaterka wiedzie życie obce dla wielu z nas, a na jej drodze stają nie całkiem zwykłe osoby, czytelnik nadal ma poczucie obcowania z kimś bliskim. Postacie są autentyczne, tym bardziej, że autorka garściami czerpie z zasłyszanych historii. Przeplatając fikcję z rzeczywistością tworzy wspaniałą całość. I nieważne, że opowieść nie jest szczególnie skomplikowana i brak chociażby dramatycznych zwrotów akcji. W niespiesznej narracji odnaleźć można spokój i prawdziwą przyjemność płynącą z lektury.

Warto jednak wskazać, że oprócz całego głównego wątku książka posiada jeszcze jeden ważny atut – klimat. Tekst przeplatają lokalne legendy, pół-prawdziwe opowieści, przepisy kulinarne oraz fragmenty autentycznych listów, jakie autorka otrzymuje od swoich czytelników. Wszystko to, do spółki z wątkami dotyczącymi działalności mazurskich szeptuch, składa się na atmosferę tajemniczości i niezwykłości. Autorka pokazuje nam świat z nieco innej strony – życia w zgodzie z naturą, poszanowania wiedzy, ale też radości codziennych, małych gestów, które tworzą rzeczywistość. Z książki płynie pozytywny przekaz i chce się ją czytać, łapać wiarę, że stawianie czoła przeciwnościom losu nie jest takie trudne.

Jedynym mankamentem, który nieco dawał mi się we znaki podczas lektury, są ogromnie długie opisy. Generalnie rozumiem, jak świetnie ukazują celebrację i dokładność poszczególnych czynności, jednak narracyjna opowieść np. o przyrządzaniu jakiejś potrawy była w stanie mnie znużyć. Na szczęście ani trochę nie odbiera to uroku książce w ostatecznym rozrachunku.

Muszę przyznać, że Prowincja trafiła do mnie w odpowiednim momencie i pozwoliła przypomnieć sobie pewne wartości, które kiedyś były w moim życiu ważne. Od pierwszej do ostatniej strony losy bohaterów były mi niezwykle bliskie i podoba mi się to, jak się potoczyły. Chętnie będę sięgała po prozę Katarzyny Enerlich jeszcze nie raz, choćby po to, by odpocząć od codziennego zabiegania i myślami przenieść się na mazurską wieś. Mam to szczęście, że swoją przygodę z autorką dopiero zaczynam – przede mną lektura poprzednich pięciu tomów cyklu. Nie wiem, jak ta część wypada w porównaniu z pozostałymi, ale mogę Wam powiedzieć, że Prowincję pełną szeptów można zdecydowanie czytać jak osobną historię.

Edit: Wciąż mam poczucie, że nie ujęłam w tej recenzji wszystkich swoich odczuć, a szkoda, bo książka ma w sobie naprawdę dużo magii. Wciąż uczę się wyrażać w słowach nie tylko techniczne aspekty, ale i własne emocjonalne odczucia. Ta książka dała mi ich całkiem sporo. Jest w niej tematyka duchowego wyciszenia, relacji międzyludzkich a także przyjęcia pewnych rzeczy za dane z góry i niezmienne, co chyba jest dla mnie najważniejsze. Czasem trzeba przystopować i przestać przejmować się wszystkim dookoła, zanim straci się z oczu to, co najważniejsze.


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Wydawnictwu MG.

czwartek, 2 stycznia 2014

Monika Rakusa - "39,9"

Nie jest tajemnicą, że przerabiam ostatnio wzdłuż i wszerz Serię z Miotłą. Ta książka w ogóle nie miała znaleźć się na mojej półce po tym, jak zobaczyłam niskie oceny na jednym z portali internetowych. Po fazie sceptycyzmu przyszedł jednak czas na podważanie decyzji i ostatecznie – zakup. Ku chwale manii książkowej!

Tytułowe „39.9” nie jest bynajmniej symbolem ciężkiej choroby, a wiekiem bohaterki – dobija ona do przysłowiowej „czterdziestki” i, jak na kobietę w wieku średnim przystało, bardzo się owym faktem niepokoi. W prowadzonym przez siebie dzienniku łączy retrospekcje ze zmartwieniami dnia codziennego – a zmartwień tych niemało: ciało wiotczeje, cera szarzeje, a syn żyje własnym życiem! Ze wszystkim (nawet z przemijaniem) pogodzić się trzeba, a nie jest to łatwe, gdy przez całe życie nie udaje się odnaleźć stabilizacji i zwyczajnie nie ma się w tym wprawy.

W gruncie rzeczy można tę książkę nazwać tekstem o szukaniu własnej tożsamości. Bohaterka od dziecka walczy z tym problemem, najpierw jako córka niepełnosprawnej matki, pasożytującej na społeczeństwie, potem chcąca się wyróżnić nastolatka. W tym okresie dowiaduje się, że jest Żydówką, i choć nie była wychowywana w żydowskiej tradycji i kulturze, identyfikuje się z owym narodem, a zwłaszcza z jego wojennymi, tragicznymi losami. Odnalezienie się społeczeństwie to jednak nie wszystko. Są jeszcze przyjaźnie (nie zawsze udane), samoocena (śmiesznie niska) i rozpaczliwe próby budowania szczęścia rodzinnego.

Styl Moniki Rakusy jest lekki, łatwy i przyjemny. Nie jest to oczywiście lektura na miarę światowej literatury, jednak w moim przypadku idealnie sprawdziła się podczas sześciogodzinnej podróży pociągiem. Treść dała radę w miarę zainteresować, a zabawne tytuły nadawane kolejnym odliczanym dniom pozwoliły czasem się zaśmiać. Ta opowieść o problemach zakompleksionej prawie-czterdziestolatki była miłą odskocznią od rozterek współczesnej młodzieży, które ostatnio zaprzątają moją głowę.