Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szymon Hołownia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szymon Hołownia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2019

Szymon Hołownia, Marcin Prokop – „Pół na pół”

Pewnie już o tym wspominałam, ale bardzo rzadko sięgam po biografie. Co do zasady nie interesuje mnie życie innych ludzi, nawet tych najbardziej znanych, poza tym bardzo trudno jest mi się zainspirować czyjąś drogą. Gdy już wpada w moje ręce opowieść o historii jakiejś znanej postaci, zwykle kusi mnie ona nie samym bohaterem, a wartością dodaną, na przykład w postaci humoru lub szczególnego spojrzenia autora na świat. 

W przypadku duetu Hołownia&Prokop taką spodziewaną wartością są pewne spostrzeżenia na temat szołbiznesu, kondycji społeczeństwa i życia codziennego, nierzadko bardzo trafne i okraszone odpowiednią dawką żartu. Obu Panów bardzo lubię i cenię, czytałam też poprzednie książki, które tworzyli w duecie: Bóg, kasa i rock'n'roll oraz Wszystko w porządku. I choć żadna z nich nie była tak bardzo biograficzna, jak Pół na pół, wszystkie trzy są zasadniczo do siebie podobne: w formie i sposobie wypowiedzi ich autorów. 

Tym razem punktem wyjścia dla opowieści jest dzieciństwo obu Panów, które przypadło na lata komunistycznego kryzysu i z tego względu jest wyjątkowo wdzięcznym tematem do opowieści (przynajmniej moim zdaniem). Autorzy starają się dotrzeć do tego, co i w jaki sposób ukształtowało ich osobowości oraz wartości, którymi kierują się w życiu codziennym. W następujących po sobie rozdziałach przepytują się wzajemnie w temacie kolejnych etapów dzieciństwa i dorastania. Choć ich zawodowe losy splotły się więcej niż raz, czytelnik nie będzie zaskoczony, że podejściem do życia i poglądami Panowie różnią się znacznie, przynajmniej w niektórych kwestiach. Dzięki temu dyskusja jest barwna i dynamiczna.

Od samego początku widziałam wyraźną różnicę między rozdziałami – te dotyczące Marcina Prokopa spodobały mi się znacznie bardziej. Powody są dwa. Jego historia, domowe realia, a także osobowość są mi znacznie bliższe niż dzieciństwo Szymona Hołowni, więc łatwiej było mi się utożsamić z opowiadaną historią, przynajmniej w jakimś stopniu. Poza tym to Hołownia jest w tym duecie zdecydowanie lepszym słuchaczem, więc rozdziały, w których to on stawał w roli dziennikarza, wydawały mi się znacznie przyjemniejsze. Choć obaj Panowie mają tendencję do przerywania wypowiedzi kolegi żartami, często złośliwymi (taki już urok ich relacji), Marcinowi Prokopowi takie wtrącenia zdarzają się zdecydowanie częściej. Mniej jest w nim ukierunkowania na drugą osobę, towarzyszenia jej w opowieści, a więcej oceniania i wpychania na siłę w rozmaite umysłowe szufladki. 

Na szczęście w miarę upływu kolejnych stron, gdy autorzy przechodzą od dzieciństwa do późniejszych lat, granice między rozdziałami coraz bardziej się zacierają. Wspólne doświadczenia sprawiają, że Panowie nie muszą już tak mocno starać się zrozumieć życiowej sytuacji drugiej strony, a mogą sobie pozwolić na swobodniejszą wymianę myśli, co zdecydowanie służy całej książce. Im dalej, tym więcej rozważań o tym, jak na przestrzeni lat zmieniało się dziennikarstwo, a także społeczeństwo, co obserwujemy na przykładzie pojawiających się na rynku a następnie znikających programów, gazet czy innych mediów. Jako czytelnicy mamy okazję zajrzeć za kulisy i lepiej zrozumieć popkulturowe mechanizmy.

Nie będę ukrywała, że rozmowę Szymona Hołowni i Marcina Prokopa czytałam z przyjemnością. Oprócz historii autorów, miałam też okazję zaobserwować ich wymianę myśli i doświadczeń, a wszystko to w bardzo lekkim stylu. Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę i uważam, że była naprawdę ciekawą lekturą.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 3 lipca 2016

Szymon Hołownia – „36 i 6 sposobów na to, jak uniknąć życiowej gorączki”

Czytałam już różne książki Szymona Hołowni – w tych najwcześniejszych wyjaśniał czytelnikom meandry wiary, natury boga i podstawowych zagadnień moralnych, dalej pokazywał historię niezwykłych ludzi ciężko doświadczonych przez los, później (w rozmowie z ks. Strzelczykiem) dyskutował o tym, co czeka człowieka po śmierci. Całkiem niedawno wydał książkę o działalności fundacji w Afryce, a także swój (subiektywny i wspaniały) wybór opowieści o świętych, którzy mogą pomagać nam w codzienności. Nie mogę powiedzieć, że poziom tych książek był równy – zdarzały się takie, w których autor stawał się zbyt pouczający i radykalny, w innych z kolei przedstawiał swój punkt widzenia naprawdę przyjemnie i lekko. W tym zakresie pewnie wiele zależy od subiektywnej oceny, ja jednak mimo wszystko książki autora lubię i chętnie po nie sięgam przy każdej możliwej okazji.

Nie inaczej było z 36 i 6 – podeszłam do tej książki z naprawdę wielkim entuzjazmem. Choć wielu osobom zawarty w podtytule „katechizm” wystarczy za argument, żeby zwiać gdzie pieprz rośnie i nigdy po tę książkę nie sięgnąć, dla mnie był to czynnik wywołujący reakcję odwrotną. W treści książki wyczułam, że może to być powrót do dawnych formuł, czyli pracy u postaw, gdzie zamiast uwznioślania i głębokich teologicznych analiz znajdziemy proste wytłumaczenie głównych wykładni wiary. Nie pomyliłam się – autor wcale nie tworzy tutaj swojego własnego katechizmu i nie buduje nowych zasad w opozycji do tych uznawanych; on wyłuszcza nam, co kryje się pod listami i formułkami, które każdy z nas ma w głowie co najmniej od Pierwszej Komunii. Tym sposobem w książce znalazło się omówienie dwunastu prawd wiary, pięciu przykazań kościelnych, dekalogu, ośmiu błogosławieństw oraz uczynków miłosiernych co do duszy i co do ciała.

Uwielbiam formułę, którą Szymon Hołownia stosuje w swoich książkach (nie zawsze używa wszystkich elementów, ale często się one pojawiają). Przede wszystkim nie trzeba czytać ich od początku do końca – mamy tu do czynienia ze zbiorem krótkich tekstów, każdy o konkretnym przykazaniu, błogosławieństwie, uczynku, więc spokojnie możemy sięgnąć tylko po to, co nas interesuje lub jest nam aktualnie do czegoś potrzebne, w dodatku w dopasowanej do nas kolejności. Po drugie poszczególne teksty składają się z części o podtytułach „Krótko i na temat”, „Dla tych, co wytrzymają jeszcze trochę” oraz „Jakby komuś jeszcze było mało”, co pozwala nam dawkować sobie wiedzę (a jestem pewna, że znajdą się osoby, dla których już podstawowe wyjaśnienie będzie wystarczające). No i trzeci element – język. Prosty, lekki, pełen potoczyzmów i fraz, których używamy w rozmowach ze znajomymi. Nie wiem jak innym, ale mnie pozwala on naprawdę zrozumieć sens przekazu, no i bez niego nie byłoby humoru (nazwanie kościelnych dewot Kołem Ledwo Żywego Różańca rozłożyło mnie na łopatki).

Mam w swojej głowie wspomnienia dobrych i złych katechez – doświadczyłam nauki świetnej katechetki, która potrafiła trafić niemal do każdego, jak i takiej, która nawet mnie zaprowadziła do rezygnacji z chodzenia na religię w drugiej klasie liceum. Nie powiedziałabym, że mam jakąś kościelną traumę, ale już od dawna nie słyszałam, żeby komuś się chciało tłumaczyć ludziom dlaczego i po co mają przestrzegać przykazań czy realizować jakieś tam uczynki miłosierne. Hołownia nie tylko podejmuje się tego zadania, ale też realizuje je bardzo dobrze – z jednej strony opowiada o genezie poszczególnych elementów katechizmu, nakreśla specyfikę czasów, w których powstawały, jak i stara się pokazać na jak najbardziej współczesnych i obrazowych przykładach, o co tak naprawdę chodzi. Powołuje się na biblistów i analityków teologicznych, a mimo to utrzymuje całość w lekkiej i łatwej do przyjęcia formule.

Chociaż wiele razy (przy niektórych książkach, ale zwłaszcza przy wypowiedziach medialnych autora) krzywiłam się na jego nieprzejednanie i zaciętość poglądów, w tej książce byłam zadowolona z ich poziomu. Hołownia nie owija w bawełnę – kiedy potrafi wskazać sens jakiejś czynności, opowiada o nim czytelnikowi, a jeśli nie (jak to ma miejsce chociażby w przypadku co piątkowego postu), mówi o tym wprost. Nie znaczy to jednak, że pozostawia czytelnikowi pole do dyskusji. Najczęściej wszystko jest dopowiedziane i zamknięte, co pewnie wielu osobom będzie przeszkadzało, mnie jednak odpowiada – nie sięgam po takie książki, aby z nimi dyskutować, tylko aby poszerzyć w jakiś sposób swoją wiedzę o nowy punkt widzenia. Pod tym względem jestem bardzo zadowolona.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czerwone i Czarne.

czwartek, 10 grudnia 2015

Szymon Hołownia – „Święci codziennego użytku”

Ci z nas, którzy są katolikami, wiedzą (a przynajmniej wiedzieć powinni), że jedną z cech naszej religii jest wiara w obcowanie świętych, a więc wspólnotę dusz żywych i umarłych chrześcijan. Faktem jest, że w dzisiejszych czasach jest to dogmat nieco zapomniany, a na pewno rzadziej praktykowany, nadal są jednak osoby, które od czasu do czasu korzystają z pomocy najpopularniejszych świętych. Czy to działa? Trudno mi powiedzieć, bo tak naprawdę nigdy na większą skalę nie próbowałam, ale przyszło mi do głowy, że opowieść o świętych stworzona przez autora, którego bardzo lubię, może przynieść mi nieco pomysłów i inspiracji.

W swojej najnowszej książce Szymon Hołownia prezentuje nam 52 portrety świętych i beatyfikowanych, przy czym, co ważne, nie zawsze są to osoby, użyjmy tego mało trafnego sformułowania, „z pierwszych stron gazet”. Owszem, kilkoro spośród wymienionych zna pewnie szersze grono odbiorców (nawet tych niewierzących), jednak gros z nich to postaci zupełnie niecodzienne, a jednak bardzo, bardzo ciekawe. Drugą istotną kwestią jest fakt, że autor nie sięga w swoich poszukiwaniach wyłącznie do katolickich źródeł – znajdziemy tu portrety wielu świętych prawosławnych, wszak i na Wschodzie tradycja hagiograficzna jest bardzo rozbudowana.

Autor na samym proponuje nam trzy drogi do poznawania książki. Pierwszą z nich, na którą zdecydowałam się ja, jest przeczytanie jej od deski do deski (mało odkrywcze i nowatorskie, zdaję sobie z tego sprawę). Drugą opcją jest wybieranie co tydzień jednego ze świętych, czytanie rozdziału mu poświęconego, wycinanie znajdującego się z tyłu książki obrazka z jego podobizną i noszenie przy sobie aż do kolejnej niedzieli (poniedziałku, środy, jak wolicie). Ma to być dla nas czas refleksji i zastanowienia, czy aby ten człowiek przekonuje nas do siebie na tyle, żeby mógł zostać z nami na dłużej. Trzecia opcja to sugerowanie się wstępniakami do kolejnych rozdziałów – autor podzielił swoich bohaterów na brygady odpowiedzialne za konkretne zadania, więc jeśli szukamy wsparcia w jasno określonych sprawach, możemy kierować się właśnie tym kryterium.

Podczas lektury nie wszystkie biografie zainteresowały mnie w tym samym stopniu, jednak raz, że to całkowicie normalne, a dwa – Hołownia i tę sytuację przy pisaniu książki przewidział. Ważnym elementem całego tekstu, który ma na niego bardzo wyraźny wpływ, jest podejście autora do świętych; przekonuje on bowiem, że tak, jak nie każdy spotykany człowiek może stać się naszym przyjacielem, tak nie każdy święty będzie nam odpowiadał, bo nie ze wszystkimi damy radę się „dogadać”. Styl bycia, historia życia, postawa – różne elementy będą przemawiały za lub przeciwko zainteresowaniu daną osobą. Sama przekonałam się jednak, że w niektórych przypadkach czeka nas miłość od pierwszego wejrzenia:

Zasadniczo o Teresie w miarę rozgarnięty katolik wie tyle, że była to święta z czymś na literkę „jot”, o czym nie wypada powiedzieć w pobożnej książce,  a o posiadanie czego zwykle posądza się ludzi konkretnych, stanowczych i z wigorem (sama siebie bez fałszywej skromności opisywała tak: „Za tępą się nie uważam, piękno dla oka już jest, świętą zaś chciałabym zostać”). Szeroko cytuje się jej zdanie, z którym wyjechała do Pana Jezusa tłumaczącego jej w objawieniu, że pozwala, by cierpiała, bo tak traktuje przyjaciół: Nie dziwię się więc Panie, że masz ich tak niewielu…” [s. 75]

Nie muszę chyba mówić, kto został moją ulubioną świętą?

Powyższy fragment pokazuje jednak jeszcze jeden bardzo ważny aspekt książki, mianowicie: język. W moim odczuciu Szymon Hołownia jest o wiele wdzięczniejszym pisarzem niż mówcą, a jego książki są pozbawione ortodoksji i religijnej upartości, którą czasem miałam nieszczęście obserwować w telewizyjnych debatach. W tekstach jawi się on jako człowiek wierzący silnie, ale na luzie; zwyczajny, bo tłumaczący nam rozterki, które dosięgają wielu spośród nas. Cały tekst utrzymany jest w luźnym, nierzadko żartobliwym klimacie, który wielu pewnie uznałoby za profanację, a za który ja szczerze autora uwielbiam. Dzięki niemu zarówno część biograficzną, jak i związaną z „przydatnością” danego świętego czyta się niesamowicie przyjemnie.

Mam pełną świadomość, że to nie jest książka dla każdego i wiem, że wielu spośród Was powie jej zdecydowane „nie” już na wstępie. Nie mam Wam tego za złe, bo to całkowicie normalne i sensowne zachowanie. Tym jednak, którzy należą do grona wierzących lub wahających się (w sumie jak ja) i są tematyką zainteresowani, mogę zdecydowanie polecić Świętych codziennego użytku. W najgorszym razie poczytacie coś lekkiego i trochę poszerzycie swoją wiedzę. A może zdarzy się tak, że naprawdę odnajdziecie patrona na następne lata…?





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

wtorek, 9 czerwca 2015

Szymon Hołownia - "Jak robić dobrze"


Książkę chwyciłam całkowicie w ciemno, bez sprawdzania, czego dotyczy. Nazwisko Szymona Hołowni jest dla mnie marką samą w sobie, więc byłam pewna, że cokolwiek będzie tematem głównym, na pewno mi się spodoba. Po lekturze wstępu byłam dość mocno zszokowana - miałam ochotę odłożyć książkę, zaszufladkowawszy ją wcześniej jako tekst reklamujący fundację, która - jak to fundacja - chce naszych pieniędzy. Na szczęście dokończyłam czytanie, a za tamto myślenie jest mi bardzo, bardzo wstyd.

W Jak robić dobrze autor rzeczywiście opowiada o pracy swojej fundacji, robi to jednak w sposób przyjemny i pozbawiony moralizatorstwa. Książka jest raczej zapisem historii poszczególnych podopiecznych, zbiorem fantastycznych opowieści o zwykłych-niezwykłych ludziach. Fragmenty są krótkie, ale jest ich bardzo dużo, poza tym dość w nich treści, aby poruszyć nasze emocje. Autor opowiada o ludziach, których zna, i ukazuje ich losy w taki sposób, by wywołać na nas jak największe wrażenie. Nie ma jednak poczucia sztuczności, wręcz przeciwnie - poszczególne historie są w stanie całkowicie nas zafascynować.

Jak robić dobrze to również bardzo specyficzny dziennik podróży, opowieść człowieka, który Afrykę odwiedził raz i niemal bezustannie do niej wraca. Znajdziemy tu spostrzeżenia dotyczące sytuacji politycznej i gospodarczej Czarnego Lądu, trochę historii, a nawet wskazówek i spostrzeżeń turystycznych. Tak skonstruowana opowieść jest ciekawa i intrygująca. Realia afrykańskiego życia niejednego mogą zszokować - średnia płaca, stosunek do pracy czy rodzinne koligacje tak bardzo odbiegają od zachodnich norm, że czasem ma się wrażenie obcowania z zupełnie innym, nieznanym światem. Z drugiej jednak strony z książki wyłania się obraz afryki normalnej, pełnej zwyczajnych ludzi, którzy są do nas niesamowicie wręcz podobni.

Inaczej niż w poprzednich książkach autora, tutaj na pierwszy plan nie wysuwa się Bóg. Owszem, jest on obecny i niejednokrotnie wspominany, historiom nie brak szczypty mistycyzmu, a jednak to tylko pewnego rodzaju dodatek do opowieści o ludziach. To ziemskie relacje są tu najważniejsze i to na nich skupia się autor. W przypadku tematu tak szerokiego i otoczenia tak multikulturowego jest to zdecydowanie bardzo mądre posunięcie, które sprawia, że tekst może znaleźć szersze grono odbiorców.

Zdecydowanie jest to książka bardzo przyjemna w odbiorze, a jednocześnie skłaniająca do refleksji. Hołownia rozprawia się z mitem, że aby pomagać, trzeba mieć na koncie miliony dolarów i że Afryka nie potrzebuje małych, codziennych darczyńców. Tak naprawdę każdy, kto ma na to ochotę, może odnaleźć swój sposób na dawanie wsparcia - ważne jest, aby zrobić pierwszy krok i zmienić swoje myślenie.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czerwone i Czarne.

piątek, 31 października 2014

Szymon Hołownia - "Ludzie na walizkach"

Choć ostatnio moja czytelnicza passa nieco się poprawiła, tj. świadomie lub nie sięgam po teksty, które w jakiś sposób dają mi sporo satysfakcji, stan ten nie mógł trwać wiecznie. W przypadku książki Szymona Hołowni potwierdziła się zasada, że im mniej oczekiwań, tym lepiej. Autora kojarzę bardzo dobrze, można powiedzieć, że lubię go i cenię naprawdę mocno. W wielu przypadkach odpowiada mi jego rozumienie wiary i sposób wyrażania myśli. Mam wszystkie jego książki, sporą część czytałam i zawsze byłam, jeśli nie zachwycona, to przynajmniej pod dużym wrażeniem. Co się zatem stało w przypadku Ludzi na walizkach? Otóż moim zdaniem tekst jest mocno przereklamowany.

„Ludzie na walizkach” to zbiór rozmów Szymona Hołowni z osobami, które choroba, nieszczęśliwy wypadek albo los doprowadziły na granicę życia i śmierci.[z opisu okładkowego]

To nie do końca prawda. Tak podany opis okładkowy może być mylący w tym sensie, że czytelnik może spodziewać się ciekawych i inspirujących historii. Tymczasem książka jest zbiorem dialogów naprawdę z różnymi ludźmi i nie wszyscy spośród nich są bezpośrednimi odbiorcami trudnych sytuacji. Obok tych, którzy doświadczyli utraty czy choroby kogoś bliskiego lub własnej, sporo jest tu rozmów chociażby z lekarzami. Choć ciekawe, prezentują się one marnie i nijako na tle przejmujących świadectw dawanych przez innych uczestników opowieści.

W moim odczuciu tekstom brak też wnikliwości – na objętości niewielkiej, bo ledwie 148 stron, mamy zapis aż 9 rozmów; swoje dokładają też spore marginesy i czcionka. Mówiąc wprost – tekstu nie jest tu za wiele. Skutkiem tego wywiady, które – jestem pewna – mogłyby być naprawdę szczegółowe, są zbyt powierzchowne. W wielu przypadkach sprawę pogarsza sam autor zadający tendencyjne pytania i powtarzający po wielokroć te same tematy i argumenty. Nie wiem, czy Szymon Hołownia dopracował swój warsztat do czasu kolejnych tekstów, z którymi miałam przyjemność się zapoznać, ale w rozmowach z ludźmi zdradzającymi choć cień racjonalizmu staje się mało profesjonalny.

Trzeba jednak przyznać, że kilka spośród rozmów to prawdziwe perełki. Cudowna jest ta z Krzysztofem Kolbergerem, Ludzie wierzą. Ja czekam, w której aktor ujawnia niezwykłe wręcz pokłady siły i gotowości do działania, tak wielkie mimo siedemnastoletniej walki z rakiem. Drugim literackim cudem jest tekst Szczyt za mgłą – autentyczny, przejmujący i chwytający za serce. To właśnie dla takich opowieści warto było po tę książkę sięgnąć i brnąć przez to, co przeciętne. W odniesieniu do całości prezentują się one jeszcze lepiej.

Jak wspomniałam na początku – w moim odczuciu tekst jest przereklamowany. A może to mnie ciężko zainspirować? Tak czy inaczej trzeba mi czegoś więcej niż tylko suchego stwierdzenia „daję radę”, bym opowieść mogła odnieść do siebie i coś z niej wyciągnąć. Niestety w tym przypadku okrojone wydanie i brak wnikliwości mocno dały mi się we znaki, a swoje dołożył też bardzo rzucający się w oczy brak profesjonalizmu ze strony autora. Wszystko razem sprawia, że tekst odbieram jedynie jako przeciętny i czuję się zawiedziona. Oczekiwania to jednak zło.

środa, 22 stycznia 2014

Szymon Hołownia, ks. Grzegorz Strzelczyk - "Niebo dla średnio zaawansowanych"

Tak to już ze mną jest – jedne książki kładę na stosik „do przeczytania”, a zupełnie inne faktycznie wybieram, by do nich zajrzeć. Po tę akurat nie miałam sięgać tak od razu, ale gdy, niemal tuż po dostarczeniu, wzięłam ją do ręki „żeby tylko przejrzeć”... niepostrzeżenie minęło pół wieczora! Tak bardzo wciągający jest ten, przesycony zagadkami natury teologicznej, dialog.

Nie wiem, jak z resztą ludzi, ale mnie do tej książki przyciągnęło tylko i wyłącznie nazwisko Szymona Hołowni. Umknęły mi jakoś personalia księdza Strzelczyka i tym większe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to on jest w tej rozmowie gościem, któremu zadaje się pytania. Po przeczytaniu wiem, że był to zabieg jak najbardziej słuszny – dziennikarz daje tu pokaz swojego kunsztu, zgrabnie lawirując między dziecięcą wręcz napastliwością w zadawaniu pytań, a fragmentami, gdzie jest poważnym, pełnym wiedzy partnerem do dyskusji. Język książki jest – jak to u Hołowni – prosty i pełen potocznych zwrotów, co całkowicie pozbawia temat wiary zwyczajowego patetyzmu. Ponadto wiele części dyskusji, choć na tematy poważne, okraszone jest dużą dawką humoru obu panów. Wszystko to sprawia, że książkę czyta się lekko i przyjemnie, a miejscami nawet bardzo, bardzo zabawnie.

Tematyka dyskusji skupiona jest na tym, co czeka człowieka po śmierci. Zaczynamy od samej genezy umierania według wiary katolickiej, później przechodzimy przez sądy, aż do końca świata. Później dowiadujemy się co nieco o aniołach (tych zwykłych, ale też tych upadłych), obcowaniu świętych oraz objętości duszy. Na sam koniec pozostaje kilka niezbyt ciężkich tematów ogólnofilozoficznych. Wszystko to zamknięte jest w 16 krótkich rozdziałach tej niewielkiej objętościowo książeczki. Dodatkowo co kilka stron pojawia się wstawka z wyjaśnieniem omawianych terminów na podstawie wykładni wiary.

Jeśli zastanawiacie się, czy w niebie będą małżeństwa, czy spotkacie tam swojego dawnego, czworonożnego przyjaciela, lub po prostu chcielibyście dowiedzieć się, dlaczego w Jerozolimie jest najdroższe miejsce pochówku na świecie – ta książka jest dla Was. Nieważne, czy potraktuje się ją jako fantasy, czy erratę do wykładni wiary. Każdemu, kto jest choć odrobinę zainteresowany tematem, da ona po prostu sporo satysfakcji.