Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 stycznia 2022

Sarah Langan – „Dobrzy sąsiedzi”

Pod koniec 2021 roku przeczytałam kilka bardzo dobrych książek, które, jak pokazała próba ostatnich tygodni, zostały mi w głowie na dłużej. Jedną z nich są Dobrzy sąsiedzi – ni to kryminał, ni to thriller, ni to powieść psychologiczna. Po prostu ciekawy i dający do myślenia miks. 

Historia opisywana w książce dotyczy jednego z pozornie idealnych osiedli, na których mieszkają pozornie idealnie ludzie. Uśmiechnięci, otwarci, zaangażowani w życie społeczności, uczęszczający do stabilnej pracy, odstawiający dzieci do dobrych szkół i na angażujące zajęcie pozalekcyjne. Obraz jak z reklamy dewelopera burzy jednak wprowadzenie się na Maple Street rodziny outsiderów, którzy zupełnie nie pasują do sielankowego obrazka. I choć na początku żaden z mieszkańców nie przyznaje się otwarcie do swojej niechęci wobec nich, kolejne wydarzenia - stresujące, nietypowe, a ostateczne też tragiczne – sprawiają, że emocje społeczności narastają i szukają ujścia.

Dobrzy sąsiedzi mają trzy ważne warstwy fabularne. Pierwsza dotyczy całej społeczności Maple Street, którą dosięga klasyczne zbiorowe szaleństwo. Im więcej myślę o tej powieści, tym lepiej przypominam sobie pracę o Salem, którą pisałam na studiach. W obu przypadkach niechęć narastała stopniowo i powodowała coraz większe napięcie, a trudne doświadczenia, niepewność i strach przed tym, co nieznane, doprowadziły grupę do jej eskalacji. Tu i tu potrzebny był kozioł ofiarny, który poniesie symboliczną winę i przyniesie ulgę grupie, a to, czy był winny, czy nie, tak naprawdę nie miało żadnego znaczenia. Co więcej, w obu przypadkach zbiorowość decyduje się na czyny, których pojedynczy jej przedstawiciele nigdy by nie popełnili, a jednak wszyscy brną w to dalej, podtrzymując iluzję i festiwal usprawiedliwień; budując fałszywy obraz rzeczywistości, który jest niezwykle ważny dla zaangażowanych jednostek.

Drugim elementem jest kontrast między rodzicami a dziećmi – ich spojrzeniem na świat, radzeniem sobie z emocjami i wypowiadaniem własnych sądów. Z jednej strony widzimy, jak uprzedzenia i poglądy rodziców przesączają się z przez mury domów za pośrednictwem najmłodszych, z drugiej zaś, o ile prostszy i bardziej szczery jest świat widziany oczami dzieci. Podczas lektury warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób obie grupy rozwiązują swoje problemy, jak podchodzą do szczerości i jak rozumieją solidarność. To tak naprawdę dwie równoległe społeczności, przy czym dzieci po raz kolejny zdają się być znacznie bardziej racjonalne. Wolne od wielu, często nieuzasadnionych, lęków, które są codziennością dorosłych, mogą sobie pozwolić na wybaczenie, prostolinijność i prawdę, od której starsi zdają się z każdą chwilą oddalać. 

A trzecia warstwa? O tej nie będę Wam opowiadała, bo jest najbardziej spoilerowa. Zdradzę tyle, że odkrywana na przestrzeni książki historia jednej z bohaterek jest naprawdę ciekawa, choć jednocześnie przerażająca. No i doskonale pasuje do całej reszty wątków z powieści Sarah Langan. Dzięki niej Dobrzy sąsiedzi stają się też powieścią o winie i karze, o tym, że nie można wciąż uciekać przed przeszłością, a także o mrocznych sekretach, które, niewyjawione, mogą zrujnować życie więcej niż jednej osoby. 

Gdy czytałam Dobrych sąsiadów, miałam wrażenie, że to będzie dość przeciętna powieść. Po skończeniu odłożyłam nawet egzemplarz z myślą o pozbyciu się go z biblioteczki. Jednak jeszcze tej samej nocy, a potem przez kilka kolejnych dni myślałam o tej książce coraz intensywniej i myślę o niej nadal, mimo upływu kolejnych tygodni. Chociaż nie jest to najbardziej dynamiczna książka na świecie i ma specyficzną konstrukcję (pół-powieściową, pół-reporterską), uważam, że warto po nią sięgnąć i doczytać do końca, bo obraz całości skłania do ciekawych refleksji. Ze mną książka Sarah Langan na pewno zostanie na dłużej.



czwartek, 15 listopada 2018

Kim jest współczesna czarownica? || „Basic Witches” vs. „Sekretnik współczesnej czarownicy”



W ostatnim czasie temat czarownic znów wrócił do łask. Nie wiem, czy to efekt netfliksowej Sabriny, czy konkretnej koniunkcji gwiazd, ale fakty mówią same za siebie: w księgarniach mamy coraz więcej poradników, które określiłabym jako łagodnie nawiązujące do tematów ezoterycznych. W moje łapki wpadły dwa, które, jak mi się wydawało, rokują najlepiej. Co z tego wyszło? Przekonajcie się sami!

środa, 9 maja 2018

Czy popkulturowa papka musi odbić się czkawką? Dwa oblicza „Player One”




Zdążyłam już zapomnieć o książce, której pozbyłam się ze swojej biblioteczki wiele miesięcy temu, kiedy gruchnęła wiadomość, że Player One zostanie zekranizowane. Zwiastun mi się spodobał, więc wiedziałam, że wybiorę się do kina i zaczęłam żałować, że nie mam pod ręką książkowego pierwowzoru. A po seansie... Cóż, po sensie uznałam własną porażkę i czym prędzej zamówiłam książkę Ernesta Cline'a. Czułam pod skórą, że te historie będą się doskonale uzupełniały.

piątek, 15 kwietnia 2016

Marie Rutkoski – „Zdrada”

Do pierwszego tomu serii Niezwyciężona podchodziłam dość sceptycznie – dość długo czekałam z zabraniem się za niego, bo kilka razy zdarzyło mi się zawieść na tekstach powszechnie uważanych za wybitne. Kiedy w końcu książka wpadła w moje ręce, pochłonęłam ją jednym tchem i przekonałam się, jak bardzo jest wspaniała: fabuła gna do przodu jak szalona, a bohaterowie są kimś więcej, niż marionetkami targanymi przez pierwsze poważne uczucia. Choć po tak świetnym początku nie mogłam się doczekać kontynuacji, po nią również sięgnęłam z pewnym opóźnieniem. Gdybym miewała podobne refleksje, z pewnością żałowałabym, że nie zrobiłam tego wcześniej.

Przez przeczytaniem książki zdążyłam zapoznać się z całą masą opinii na jej temat i jestem zdziwiona, jak wiele osób pisało, że dużo czasu zajęło im wbicie się w jej rytm. Mnie opowieść pochłonęła właściwie od pierwszej strony i od razu poczułam się dobrze, wracając do znanego, ciekawego świata. Sytuacja, której jesteśmy świadkami w Zdradzie, jest nieco inna niż w Pojedynku – przez znaczną część fabuły obserwujemy osobno poczynania Kestrel i Arina, a każde z nich musi mierzyć się z wieloma wyzwaniami, zarówno związanymi z polityką, dobrem narodu, jak i własnymi przeżyciami wewnętrznymi. To połączenie różnorodnych dylematów jest w „Niezwyciężonej” bardzo wyraźne i dobrze skonstruowane: bohaterowie są autentyczni w swoim rozumowaniu, nie zatracają się w emocjach, ich priorytety są prawdziwe, a problemy zrozumiałe. Choć Kestrel pod względem wieku jest typową przedstawicielką YA – w Zdradzie zbliża się do swoich osiemnastych urodzin – jej życie jest podporządkowane innym czynnikom niż miłość. Rola, jaką pełni w społeczeństwie, każe jej dokonywać trudnych wyborów. Z drugiej strony nie oznacza to, że dziewczyna zawsze potrafi odsuwać namiętność na dalszy plan – ta niejednokrotnie pokrzyżuje jej plany i zmusi do refleksji nad tym, co jest najważniejsze.

Moim zdaniem największą siłą Niezwyciężonej, cechą, która stawia ją ponad większością podobnych opowieści o ciemiężonych narodach, niewolnikach i panach oraz młodych gniewnych zmieniających świat, jest autentyczność. Marie Rutkoski nie boi się nazywać rzeczy po imieniu, nie boi się prezentowania śmierci i nie ugładza jej, a bohaterom, którzy giną w imię politycznych rozgrywek, nie odbiera chwały poniesionych ran. Wiele elementów tej historii jest trudnych i brutalnych, ale taka jest specyfika tej opowieści; nie da się mówić o rewolucji, jeśli przemilczymy jej ofiary. Tutaj zobaczymy wszelkie aspekty dokonywanych zmian, zarówno te bezpośrednio widoczne, jak i związane z działaniem „zza kulis”, poznamy też bohaterów niejednoznacznych, trudnych i ciekawych. W tej opowieści nawet miłość naznaczona jest wieloma ranami, niedomówieniami i trudnościami.

W trylogiach druga część zwykle pełni rolę fabularnego łącznika i nie inaczej jest w przypadku Zdrady; nie oznacza to jednak, że jest to część w jakiś sposób gorsza, czy też mniej ciekawa sama w sobie. Prawdę mówiąc jestem zdziwiona, jak płynnie i dobrze czytało mi się ten tom cyklu. Opowieść jest dokładnie taka, jak zapamiętałam: dynamiczna, odpowiednio skomplikowana, interesująca i bardzo bezpośrednia; bohaterowie nadal wzbudzają moje zainteresowanie. Nie mogę się doczekać finału tej historii i przyznaję wprost: mam bardzo wysokie oczekiwania. Czuję jednak, że Marie Rutkoski jest w stanie im sprostać, bo to, co stworzyła do tej pory, jest na naprawdę niesamowitym poziomie. Ta historia dopieszcza mnie pod każdym względem i pokazuje, że można jeszcze stworzyć dobre i wcale nie oszałamiająco schematyczne YA, które wciągnie czytelnika bez reszty i powali na kolana.





Pojedynek  |  Zdrada  |  The Winner's Kiss

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Marie Rutkoski – „Pojedynek”


Po kilku negatywnych doświadczeniach z szeroko chwalonymi opowieściami (zwłaszcza z gatunku young adult, choć nie tylko te książki mam na myśli) postanowiłam nie ufać w stu procentach pozytywnym opiniom, choćby miały ich być miliony. Jak się zapewne domyślacie, takie postanowienie jest bardzo trudne do realizacji, zwłaszcza dla kogoś, kto właściwie żyje w książkowej blogosferze. Pojedynek przewija się tutaj od jakiegoś czasu i chyba nie spotkałam się jeszcze z opinią o nim, która byłaby negatywna. A z każdą taką recenzją moje zainteresowane rosło…

Kilkadziesiąt lat temu rosnący w siłę ród Valorian zaatakował ościenne państwo Herran podbijając je i czyniąc jego lud poddanymi; od tego czasu Herrańczycy są jedynie niewolnikami. Choć starsi pamiętają jeszcze czasy sprzed konfliktu, dla młodego pokolenia podział ten jest sprawą całkowicie zwyczajną – nie ma nic dziwnego w tym, że gdy sami opływają w luksusy, inni ludzie muszą im usługiwać. Jedną z przedstawicielek valoriańskiej młodzieży jest Kestrel, córka generała, niepokorna siedemnastolatka, która stoi u progu dorosłości i dokonuje pierwszych ważnych wyborów. Normy społeczne pozwalają jej pójść w ślady ojca i zostać wojskową, lecz jeśli nie zdecyduje się na ten rodzaj kariery, będzie musiała wyjść za mąż. Dziewczyna nie spodziewa się, że pewna nieprzemyślana i z pozoru błaha decyzja zaważy na całym jej dalszym życiu, a dylematy, przed którymi stała dotychczas, są niczym w porównaniu z wyborami, których przyjdzie jej dokonać już niebawem.

Najważniejszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę w Pojedynku i za którą muszę tę książkę pochwalić, jest świetnie opisana warstwa społeczno-polityczna. Pierwszy raz od dawna czytając young adult miałam wrażenie, że traktuje się mnie, a więc również innych czytelników, jako dorosłe i myślące osoby. Świat, który opisuje Marie Rutkoski, jest ciekawy, barwny i bardzo dobrze skonstruowany, a sposób jego ujęcia naprawdę zadowala. Autorka poświęciła odpowiednią ilość miejsca na omówienie zależności i uwypuklenie różnic między Valorianami i Herrańczykami, nie zabrakło tu również odrobiny historii i teoretyki działań wojennych. W przypadku tworzonego od podstaw świata takie omówienia są niezwykle ważne, a w Pojedynku są one dodatkowo bardzo dobrze wprowadzone – nie nużą, ani nie wydłużają fabuły, tylko mają swoje własne, świetnie dobrane miejsce gdzieś między opisywanymi wydarzeniami.

Na plus zaliczyć należy również wątek miłosny, który oczywiście musiał się pojawić w tekście z gatunku YA w tej czy innej formie. Tutaj owszem, mamy do czynienia z pewnym rodzajem trójkąta, jednak zdecydowanie nie należy on do tych ckliwych i przyprawiających o mdłości. Kestrel jest bohaterką na tyle spójną, że, choć czasem daje się ponieść emocjom, nie rozwodzi się nad własnym życiem uczuciowym, poza tym zarówno ona, jak i pozostałe postaci potrafią zaskoczyć swoim zachowaniem. W Pojedynku emocji jest bardzo dużo i mają one szansę porządnie targnąć czytelnikiem, jednak daleko tu do ckliwości – wiele jest scen tragicznych i poruszających, a każda z nich pozostawia bardzo dobre wrażenie. Zdarzało się, że serce biło mi szybciej i naprawdę coś tam w środku czułam, a muszę powiedzieć, że bardzo rzadko się to zdarza. Znaczna część fabuły oparta jest o intrygi, niepewność oraz brak zaufania i, jak się okazuje, jest to bardzo dobre posunięcie – emocje tego typu świetnie się sprawdzają w niespokojnym, wojennym otoczeniu.

Powieść Marie Rutkoski idealnie wpisuje się w trendy, jakie wyznacza gatunek young adult, a jednocześnie jest świetnym przykładem, że nawet w tak oklepanym i wyeksploatowanym otoczeniu może jeszcze powstać coś ciekawego i w jakimś stopniu oryginalnego. Oczywiście mamy tu znany schemat, zwłaszcza dotyczący wątku miłosnego, a także kilka klisz, bardzo charakterystycznych scen, które wszyscy kojarzymy. Nie są to jednak elementy na tyle wyraźne, żeby wykraczały poza zwyczajne wpisywanie się w konwencję. Książka jest znacznie mniej schematyczna niż chociażby zeszłoroczny hit, Czerwona królowa, a i fabuła do spółki z bohaterami i poziomem akcji prezentuje się dużo, dużo lepiej. W Pojedynku na czytelnika czeka wiele niespodzianek, a sytuacja potrafi nieźle nas zaskoczyć zmieniając się o 180 stopni na przestrzeni kilku stron.

Tym razem nie żałuję, że posłuchałam innych blogerów i zdecydowałam się sięgnąć po tę opowieść – jestem nie tylko zadowolona, to po prostu fascynacja! Książka Marie Rutkoski niesamowicie mnie wciągnęła i jeśli tylko autorka utrzyma poziom przez wszystkie części, z pewnością będzie to jedna z moich ulubionych trylogii. Jedyne, do czego mam zastrzeżenie, to tytuł – Przekleństwo zwycięzcy, jak to jest w oryginale, byłoby dużo lepsze, bo lepiej oddaje sens niż Pojedynek, a poza tym owo sformułowanie pojawia się zarówno w tekście książki, jak i w autorskim posłowiu. Nie jest to jednak mankament, który w jakikolwiek sposób wpływa na odbiór tekstu – powieść jest świetna i będzie moim faworytem na ten rok. Wprost nie mogę się doczekać kontynuacji!