Rozwód rodziców zawsze jest trudnym wydarzeniem dla dzieci, niezależnie od wieku. Dziewięcioletnia Trisha stara się znosić go w ciszy – zawsze wycofana, dwa kroki za wirem rzeczywistych wydarzeń. Gdy podczas jednej z wycieczek jej matka i brat toczą kolejną spektakularną awanturę, dziewczynka nie jest w stanie zwrócić na siebie ich uwagi; postanawia na chwilę odłączyć się od rodziny za potrzebą, oczywiście z zamiarem szybkiego powrotu na wyznaczony szlak. Niestety, nie bierze pod uwagę, jak zdradliwe potrafią być niemal bezkresne lasy stanu Maine – znalezienie drogi powrotnej będzie trudniejsze, niż zakładała.
Książka jest zapisem kilkudniowej dziecięcej tułaczki, podczas której rozgrywają się kolejne małe tragedie. Dziewczynka przeżywa skrajny głód, wycieńczenie, paniczny lęk, musi też konfrontować się nie tylko z nowym środowiskiem, ale i niecodziennymi sytuacjami. Jej jedynym łącznikiem ze światem jest przenośne radio, dzięki któremu słucha transmisji meczów baseballowych. Czytelnik staje się obserwatorem narastającego szaleństwa bohaterki, w umyśle której fikcja coraz silniej miesza się z rzeczywistością.
Już na początku muszę zaznaczyć jedno – naprawdę lubię Kinga w wydaniu obyczajowo-psychologicznym; kto mnie zna, ten wie, że wczesne powieści Mistrza uważam za najlepsze i to w nich najchętniej się zaczytuję. Tym razem jednak opowiadana historia najzwyczajniej w świecie do mnie nie trafiła. Ciągle miałam poczucie niedosytu, emocje, które odczuwałam, były zupełnie inne niż chciałam, a brak dojmującej nudy przypisuję jedynie naprawdę sporej czcionce i niewielkiej objętości samego tekstu, bo fabuła naprawdę nie należy do pasjonujących. Praktycznie cały czas obserwujemy poszczególne kroki Trishy w jej podróży, a warstwa psychologiczna jest zbyt powierzchowna, by mogła na dobre zaciekawić czytelnika. Konwencją drogi powieść nieco (ale naprawdę tylko nieco) przypomina Wielki Marsz, nie jest jednak nawet w połowie tak głęboka i treściwa.
Kolejnym aspektem, który wywołuje we mnie mieszane uczucia, jest konstrukcja głównej bohaterki. Na dzieciach znam się dość słabo i naprawdę ciężko jest mi ocenić, co może i potrafi przeciętna dziewięciolatka, ale mogę powiedzieć o swoich odczuciach – przez całą lekturę, ilekroć przyglądałam się zachowaniu Trishy, towarzyszyło mi przekonanie o wielkiej nieautentyczności. Racjonowanie sobie żywności, przenoszenie głazów aby przejść przez strumień, dorosłe i racjonalne myślenie, bardzo rzadkie chwile utraty panowania nad emocjami... Wszystko to daje obraz daleki od mojego wyobrażenia dziecięcych zachowań. Z drugiej strony jednak ów dysonans z czasem bladł – paradoksalnie im dalej posuwała się akcja, tym bardziej autentycznie wyglądała sytuacja. Narastający obłęd dziewczynki i stopniowa dominacja instynktowych odruchów nad racjonalizmem wypadły pozytywnie – im mniej było w Trishy myślącego człowieka, tym prawdziwiej malował się jej obraz.
Dziewczyna... z pewnością nie spodoba się każdemu. Ci, którzy szukają pełnokrwistego horroru, mogą sobie odpuścić już na starcie, bo nie o grozę w tej książce chodzi. King kolejny raz postanowił zabawić się ludzką psychiką budując obraz wielkiej i wyczerpującej tragedii, jednak moim zdaniem podszedł do sprawy jakoś bez przekonania. Opowieść o Trishy z pewnością nie porywa, ma wiele braków i mogłaby zostać pogłębiona, jest w niej jednak pewna niepokojąca płaszczyzna. Autor znów operuje lękami popularnymi i uniwersalnymi, a w narastającym obłędzie dziecka odnaleźć można pewien pierwiastek każdego z nas. Niestety, zbyt mały, by w umyśle zasiać ziarnko niepokoju; lektury nie zakończyłam z żadnym dyskomfortem psychicznym, czego szczerze i mocno żałuję.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 września 2015
środa, 4 lutego 2015
Stephen King - "Carrie"
Carrie White nie ma łatwego życia. Wychowuje ją samotna matka, skrajna fanatyczka religijna, która wszędzie dopatruje się grzechu i nie szczędzi swojej córce kar i psychicznych tortur. Nastoletnia dziewczyna jest przez to odseparowana od swoich rówieśników, nie dziwi więc fakt, że większość dzieci w szkole, do której uczęszcza Carrie, śmieje się z niej nawet się z tym nie kryjąc. Szyderstwa dotyczą każdego możliwego aspektu: wyglądu, ubioru, zachowania, niewiedzy o pewnych sprawach, czy też po prostu odnoszą się do matki dziewczyny, która w powszechnej opinii uważana jest za wariatkę. Carrie dzielnie znosi wszystkie te docinki i dowcipy, jednak w momencie, gdy zaczyna dojrzewać, następuje coś nieoczekiwanego - nastolatka okazuje się posiadać moce telekinetyczne. Zachodzi też zmiana w jej zachowaniu: Carrie postanawia wreszcie zbuntować się wobec apodyktycznej matki i jednocześnie pokazać rówieśnikom, że nie jest od nich gorsza. Wszystko to prowadzi jednak do drastycznych wydarzeń…
“Carrie” to powieść na swój sposób oryginalna, głównie ze względu konstrukcję. Jest to częściowo książka o zwykłej narracji, jednak w znacznym stopniu tekst Kinga jest specyficzną powieścią epistolarną, choć nie w dosłownym znaczeniu - sporą jej część stanowią fragmenty fikcyjnych książek, relacje świadków czy też protokoły przesłuchań. Wiąże się z tym jedna istotna rzecz, a mianowicie fakt, że niemal od samego początku czytelnik wie, co się wydarzy. Zagadkami są natomiast odpowiedzi na pytania “dlaczego?” i “jak?”, dlatego mimo posiadania tej wiedzy lektura potrafi naprawdę wciągnąć. Im bliżej kulminacyjnego momentu książki, tym bardziej zwykła narracja dogania fakty opisane w relacjach i artykułach, aż w końcu oba elementy książki wspólnie przedstawiają ciąg wydarzeń. Najważniejsze fakty możemy obserwować na swój sposób dwojako - najpierw pod postacią relacji świadków, następnie zaś jako narracyjny opis sytuacji. Ciekawym zabiegiem jest również przedstawienie pewnych zdarzeń dziejących się w różnych miejscach w zbliżonym czasie w sposób niechronologiczny, skupiający się na ich wadze dla całej sytuacji - dzięki czemu to, co najważniejsze, przedstawione jest czytelnikowi na sam koniec.
Pod względem językowym i stylistycznym książka jest niemalże doskonała. Narracja jest płynna i ani razu nie poczułem się znużony, zaś stworzone przez Kinga fragmenty fikcyjnych książek, artykułów i wywiadów wydają się tak realne, że od prawdziwych odróżnia je chyba tylko poruszana tematyka. Są one wszystkie zachowane w charakterystycznych dla takich form stylach, a jednocześnie są idealnie wpasowane w książkę - czasami wręcz można nie zauważyć, że narracja przeszła właśnie płynnie w “naukowe opracowanie”. Co do samych fragmentów fabularnych - znakomicie moim zdaniem wyszło przedstawianie myśli bohaterów. Raz, że sama narracja bardzo często odzwierciedla to, co czują czy uważają, dwa - dodatkowo w formie nawiasów dodane zostały bezpośrednie, werbalizowane myśli, które w danej chwili pojawiają się w głowach postaci - są one realistycznie chaotyczne, często bowiem nie przyjmują form klasycznych zdań.
“Carrie” Stephena Kinga to znakomity horror, jednak nie jest on oparty na charakterystycznych dla literatury grozy strachu i brutalności. Dużo ważniejsza jest tutaj warstwa psychologiczno-społeczna - książka istotnie porusza problematykę wychowywania dziecka przez niezrównoważonego rodzica, jak również kwestię ostracyzmu w szkołach i okrucieństwo bądź co bądź jeszcze dzieci, które w znęcaniu się nad rówieśnikiem potrafią nie znać umiaru. Choć od premiery powieści minęło już ponad czterdzieści lat, problemy te dalej są aktualne i pewnie jeszcze długo będą, “Carrie” jest więc w jakimś stopniu ponadczasową lekturą. Widząc taki debiut literacki nie dziwi mnie, że King jest od wielu lat jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na całym świecie.
czwartek, 24 lipca 2014
Stephen King - "Cmętarz zwieżąt"
Kilka lat temu zaczytywałam się w książkach Stephena Kinga –
uwielbiałam horrory, które pisał, a po których pozostawał mi zawsze lekki
dreszczyk niepokoju. Później na jakiś czas porzuciłam to zainteresowanie, by
jeszcze później odkryć wczesną twórczość mistrza i to w niej na długo się
zakochać. Książki pisane jako Richard Bachman, czy choćby późniejsza Gra Geralda, trafiły w mój gust idealnie – podoba mi się zwłaszcza ich
psychologiczny aspekt. W te wakacje postanowiłam jednak dać sobie trochę czasu
na powrót do klasycznego horroru i to o nim będę dziś mówiła.
Cmętarz zwieżąt, czy też inaczej Smętarz dla zwierzaków to jedna z bardziej znanych powieści w dorobku Stephena Kinga. Opowiada
historię lekarza Louisa, który wraz z małżonką, dwójką dzieci i kotem postanawia
zmienić otoczenie – rodzina przenosi się z ruchliwego Chicago do spokojnej,
wręcz opuszczonej wioski w stanie Maine. Niewielu jest tam sąsiadów, a
atmosfera bazuje na granicy sielanki i niepokojącej ciszy. Dodatkowo napięcie
wzmaga opowieść, jaką uraczona zostaje córka Louisa, Ellie – opowieść o
cmentarzu w lesie, na którym dzieci od lat grzebią swoich zmarłych pupili.
Dziewczynka staje w obliczu pierwszej w życiu konfrontacji z tematem
przemijania i śmierci, okazuje się jednak, że tak naprawdę dorośli przyjmują go
znacznie gorzej. Tym bardziej, że wciąż żyją w poczuciu, iż ich otoczenie nie
jest całkiem normalne…
Przyznam szczerze, że nie dałam się wciągnąć w ten świat od
samego początku – musiałam ponownie wdrożyć się w klimat horroru i poddać
nastrojowi. W dodatku sprawy nie ułatwiał fakt, że pierwszą część książki czyta
się po prostu koszmarnie – jest nudna, a napięcie narasta w iście żółwim
tempie. Dopiero wraz z rozpoczęciem drugiego rozdziału (czyli mniej-więcej w
połowie książki) akcja nabiera tempa i nie zwalnia aż do samego końca.
Wydarzenia co i rusz zaskakują czytelnika, a strony dosłownie przewracają się
same. Wtedy rzeczywiście może pojawić się dreszczyk emocji, czego z całego
serca czytelnikom życzę.
To, co wciąż podoba mi się w książkach Kinga, to bardzo
dobrze dopracowany aspekt psychologiczny bohaterów, ujawniony także i w tym
tekście. By stworzyć dobry horror warto jest znaleźć taką ludzką słabostkę, w
którą można by uderzyć i bezwzględnie wykorzystać moment szoku; tutaj taką
cechą jest rozpacz. King bazuje na pierwotnych ludzkich lękach dotyczących
śmierci, a także na niezwykłym wręcz egoizmie. Tak, każdy z nas kryje w sobie
bowiem pokłady czegoś, co w kryzysowej sytuacji każe nam podejmować działania
tylko pozornie skierowane ku innym, które w rzeczywistości zaspokajają
wyłącznie nasze osobiste potrzeby. Do spółki z rozpaczą cechy te są w stanie
uczynić (czy może raczej wyzwolić?) z nas ludzi bezwzględnych, którzy nie cofną
się przed niczym, gotowi igrać nawet z najciemniejszymi mocami.
Od strony technicznej nie mogę książce zarzucić nic. No,
może nieco denerwowała mnie wybiegająca w przód narracja, ujawniająca pewne
wydarzenia z przyszłości typu: „Na dziesięć miesięcy przed tym, jak miała
umrzeć, wyglądała nieźle.” – czy tylko mnie psuje to zabawę zupełnie
niepotrzebnie?
Podsumowując powiem, że mimo początkowej niepewności,
wciągnęła mnie ta opowieść. To tekst o egoizmie, o próbach ukrywania ran. O
rozpaczy, która wdziera się do serca i otępia umysł. Także o machinalnym
przyjmowaniu najłatwiejszych rozwiązań. Bohaterowie Cmętarza zwieżąt uciekają
od trudności zamiast się z nimi konfrontować i są słabi – na tyle, by ulec
tajemniczym siłom, które w ogóle nie powinny stanąć na ich drodze. O ile
pierwsza połowa tekstu jest przewidywalna, o tyle druga trzyma w napięciu i
choćby dla satysfakcji płynącej z lektury ostatnich 300 stron zachęcam do niej
każdego fana horroru.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (519 stron)
poniedziałek, 14 lipca 2014
"Jest legendą. Antologia w hołdzie Richardowi Mathesonowi"
Powszechnie wiadomo, że gdy książka ma cokolwiek wspólnego z
horrorem, chętnie przygarniam ją pod swoje skrzydła – tak było również w tym
przypadku. W weekend przyszło mi zetknąć się z tekstami napisanymi dla Richarda
Mathesona – pisarza, scenarzysty, autora choćby trzykrotnie ekranizowanej
powieści Jestem legendą. Spis treści nie podpowiadał mi zbyt wielu znanych
nazwisk, jednak zaryzykowałam. Czy w ostatecznym rozrachunku jestem zadowolona
z lektury?
Po przeczytaniu blurba najbardziej zainteresowałam się
tekstem Nancy A. Collins i to o nim chciałam wspomnieć na początku. Wydawca
obiecuje pełną seksu i przemocy upiorną opowieść o nawiedzonym domu i
rzeczywiście jest to trafne określenie. Powrót do piekielnego domu to
najdłuższe z opowiadań w antologii i moim zdaniem jako jedyne spełnia wymogi
naprawdę dobrze opowiedzianej historii. Jest to klasyczna opowieść o
nawiedzonym domostwie, choć tym razem mowa o posiadłości prawdziwego potwora,
ceniącego sobie wyuzdane orgie i przekraczanie granic brutalności. Jak
nietrudno się domyślić, przebywanie w podobnych warunkach nie należy do
najłatwiejszych, o czym będą mieli okazję się przekonać członkowie ekipy
badawczej. Autorka wykorzystuje jedną z postaci i okoliczności z tekstu
Mathesona do stworzenia perfekcyjnego
prequelu, którzy trzyma w napięciu i wywołuje właściwy grozie dreszczyk.
Niesamowicie podobał mi się również tekst Dwa strzały z
fotogalerii Fly’a. John Shirley wykorzystał tu jedynie motyw znany z tekstów
Mathesona, mianowicie podróże w czasie, efekt jest jednak wspaniały. Jest to
historia antropologa, który wyprawia się w przeszłość, by zapobiec samobójstwu
ukochanej kobiety, a narracja i pomysł sprawiają, że lektura jest czystą przyjemnością.
Czytelnik wciąga się w opowieść, strony przewracają się same, a w dodatku tekst
jest okraszony ciekawym morałem o tym, iż zawsze może być gorzej, a to, co na
początku oceniamy jako złe, może okazać się najlepszym z możliwych wyjść.
Na wysokim poziomie utrzymane są również dwa inne
opowiadania – Piękno odebrane ci w tym życiu istnieje wiecznie Gary’ego
Braunbecka, w którym poruszony zostaje klasyczny dylemat moralny, a także Zdobycz Joego
Lansdale’a, gdzie wykorzystany zostaje motyw przeklętej laleczki przynoszącej
śmierć. Choć teksty różnią się znacząco pod względem dynamiki, akcji, narracji
i samej konstrukcji, oba są naprawdę godne uwagi. Pierwszy urzeka wnikliwością
i ciekawym ujęciem, zaś drugi narzuca niesamowite tempo i napięcie. Oba polecam
z całego serca, a sama odnotowuję nazwiska autorów, by dowiedzieć się o nich
czegoś więcej. Uwadze czytelników wskazuję również Powrót do Zachry, czyli
sequel autorstwa Williama Nolana – nie jest to może tekst niezwykle wysokich
lotów, ale daje zabawne poczucie prztyczka w nos i przypomnienia o pewnych
lękach, które siedzą gdzieś głęboko wewnątrz nas.
Niestety, jak to w antologiach bywa, nie wszystkie teksty
wywołują w czytelniku zachwyt lub chociażby inne silne emocje. Większość
opowiadań była po prostu przeciętna – zawiódł chociażby Stephen King, który
wraz z synem stworzył opowiadanie o pojedynku na szosie. Zdecydowanie lepiej
prezentowały się opowieści oparte na konkretnym motywie niż wszelkiego typu prequele,
sequele, nakładki fabularne czy dopowiedzenia. W moim mniemaniu historia raz
stworzona może zostać zmieniona jedynie przez samego autora, a poziom
większości tekstów tylko tę tezę potwierdza. Postacie zdawały się być
wykorzystane na siłę, jakby z ich losów chciano wyciągnąć co się tylko da. W
większości przypadków nie miało to większego sensu.
Choć odbiór pewnych formuł grozy jest rzeczą stałą i raczej
niezależną od kontekstu, wiem, że inaczej patrzyłabym na opowiadania z Jest
legendą, gdybym znała większą ilość tekstów Mathesona. Pisarze składający mu
hołd garściami czerpią z twórczości mistrza i z pewnością umknęło mi kilka
ciekawych nawiązań. Tym niemniej treść książki, a głównie wstęp Ramseya
Campbella, zachęcają mnie do stałego poszerzania wiedzy – wychwyciłam kilka
ciekawych wątków i wynotowałam tytuły tekstów, które muszę poznać w pierwszej
kolejności. Nawet gdy dane opowiadanie nie zachwycało, wstęp do niego pozwalał
mi lepiej zrozumieć motyw i podpowiadał, że oryginalna wersja powinna mnie
zainteresować. Myślę, że mógł to być jeden z zamysłów autorów – nie tylko
upamiętnienie Mathesona, ale też przekonanie do jego prozy kolejnego pokolenia
czytelników.
Na zakończenie powiem, że lektura książki Jest legendą generalnie była przyjemna. Mimo że rzadko sięgam po antologie, znów miałam
okazję poznać kilku nowych autorów i zobaczyć próbki ich twórczości. Teksty
pokazały mi, że nawet oklepane formuły grozy można wykorzystać na nowo i w
sposób ciekawy. Poza tym spadło na mnie trochę motywacji, by sięgnąć po teksty
Richarda Mathesona – jestem niemal pewna, że przypadnie mi do gustu
prezentowany przez niego typ horroru.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
czwartek, 24 października 2013
Richard Bachman - "Rage"
Coś w tym jest, że zasada niedostępności działa na mnie
perfekcyjnie. Gdy mam tylko niewielką motywację do zakupu, brak towaru w
okolicy zdecydowanie ją podnosi. Jest tak głównie w przypadku filmów,
akcesoriów domowych i – przede wszystkim – książek. W kwestii „Rage’a”
dodatkowym afrodyzjakiem (poza wycofaniem książki z obiegu) było nazwisko na
okładce. Richard Bachman działa na mnie chyba bardziej niż Stephen King, choć
to jedna i ta sama osoba.. Wiedziona głównie tymi dwoma motywami, pobrałam
zatem pierwszego w życiu e-booka.
„Rage” to historia trudnego chłopca – na tym moglibyśmy
właściwie zakończyć, gdybyśmy chcieli traktować tę książkę powierzchownie.
Chłopak miał trudne dzieciństwo, teraz za to ma problemy i rozpaczliwie próbuje
zwrócić na siebie uwagę. Jakie to amerykańskie… Oczywiście żadne z tych słów
nie jest kłamstwem, jednak takie podejście do sprawy spłyciłoby tę książkę do
granic możliwości. Ale po kolei.
W pierwszych stronach książki trafiamy do szkoły, a
właściwie bezpośrednio do klasy, gdzie odbywa się lekcja. Wywołany zostaje z
niej uczeń – nie byle jaki, bo, jak nietrudno się domyślić, sprawiający znaczne
problemy wychowawcze. Jakiś czas temu poważnie uszkodził nauczyciela, teraz
natomiast ma zostać ukarany. Nie brzmi może porywająco, ale wraz z gwałtownym
opuszczeniem przez Charliego gabinetu dyrektora, akcja książki zaczyna nabierać
tempa. Chłopak podpala własną szkolną szafkę, po czym, z bronią w ręku, wraca
na salę i strzela do nauczycielki. Gdy ta pada martwa, Charlie wraz z resztą uczniów
pozostaje w sali. Rozpoczyna się gra, w której stawką jest ludzkie życie.
Jednak.. czy na pewno?
Uczniowie nie są przetrzymywani w klasie na siłę i choć
niektórzy zdradzają lęk lub napięcie, siedzą na miejscach raczej dobrowolnie.
Zdają się nie bać Charliego, co więcej nie protestują, dając ciche przyzwolenie
na rozwój wypadków. W miarę upływu czasu rozpoczynają dziwny dialog,
przeplatany fragmentami życiorysu Charliego. To właśnie ten aspekt książki
uważam za kluczowy – więź, jaka powstaje między uczniami w miarę kolejnych
ujawnianych faktów jest fascynująca, podobnie jak emocje, wyrastające ni to z
napięcia, ni to z napływu informacji. Czynnikiem dodatkowym jest fakt, że losy
wielu uczniów od lat się krzyżują, natomiast dialog jest dla nich okazją do
spojrzenia na wiele własnych wspomnień z cudzej perspektywy.
Książka wpisuje się w specyfikę bachmanowskiego okresu
twórczości Kinga. Jest to historia jakich wiele, rozłożona na czynniki
pierwsze. Oprócz głębokiego wniknięcia w indywidualną sytuację Charliego –
dzieciństwa z naprawdę trudnym ojcem, które było źródłem wielu jego problemów –
mamy też wgląd w skomplikowane relacje międzyludzkie w gronie wieloletnich
znajomych. To, jak kolejne osoby otwierają się przed sobą nawzajem pod wpływem
opowieści innych, jak rozwijają się między nimi emocje i wreszcie jak zawładają
one tak młodymi ludźmi… Wszystko to nie jest dla nas do końca zrozumiałe i
pokazuje całą paletę i złożoność ludzkich zachowań. Prawdopodobnie nigdy nie
dowiemy się, co bohaterowie utworu Kinga mieli w głowie w scenie finalnej,
wiemy jednak, że wydarzenia tamtego dnia wpłynęły na ich dalsze losy.
Podsumowując, jestem wdzięczna Polakowi, który tę książkę
przetłumaczył i udostępnił. Moim zdaniem sytuacje, mające miejsce w Stanach
Zjednoczonych i nie tylko, nie są wynikiem wydania tej książki ani żadnej
innej. Wiele kwestii składa się na zachowania patologiczne, choć nie bronię
Stephenowi Kingowi prawa do wycofania książki z obiegu – zawsze jest to usunięcie
jednego z takich czynników. Cieszę się jednak, że miałam możliwość zapoznania
się z tym tekstem i wniknięcia w psychikę Charliego Deckera. Lubię specyfikę
książek pisanych jako Richard Bachman i ta pozycja – kolejna na liście – nie
zawiodła mnie.
sobota, 20 kwietnia 2013
Stephen King - "Gra Geralda"
Podkreślaną przez wielu (również przeze mnie) prawdą jest
fakt, że książkę czyta się źle, przynajmniej na początku. Osobiście nie
polubiłam Jessie Burlingame, a jej opór przed napływającymi wspomnieniami i
myślami wcale nie ułatwiał mi pozbycia się tego negatywnego wrażenia. Dopiero w
miarę narastającego obłędu głównej bohaterki - przykutej do łóżka, coraz
bardziej wycieńczonej – a zarazem większej samoświadomości z jej strony, jej
opowieść staje się ciekawsza.
Można powiedzieć, że książka rozgrywa się na dwóch
płaszczyznach. Pierwszą, obejmującą niemal cały tekst, jest wspomniana już sfera
psychologiczna, oparta o zataczający coraz szersze kręgi obłęd. Jessie,
pozostawiona sama sobie, bezbronna, pogrążona w mroku, staje się coraz bardziej
podatna na bodźce zewnętrzne, oraz głosy, które słyszy od dzieciństwa. W miarę
upływu czasu poddaje się ich namowom, powracając do dawno wypartych wspomnień i
traumatycznych przeżyć. Stopniowo na nowo powraca do dawnych zdarzeń i
analizuje je, niemal stale w formie polemiki. Po raz pierwszy od lat
konfrontuje się z tym, co odległe, umysłem dorosłej kobiety ocenia to, co
mylnie zaklasyfikowała w dzieciństwie.
Wraz z narastającym napięciem, dla Jessie upłynnia się
granica między rzeczywistością, a wytworami jej umysłu. Akceptuje głosy,
poddaje się wizjom napływającym, gdy traci przytomność, a to, co w jej
mniemaniu dzieje się w pokoju domku letniskowego napawa ją coraz większym
przerażeniem. Na szczęście dla bohaterki – działa ono motywująco.
Jak już wspomniałam, w książce można wyodrębnić jeszcze
drugi ważny aspekt, a jest nim zakończenie, które, przynajmniej w moim
przypadku, w dużej mierze odpowiada za ocenę. Z oczywistych względów nie będę
wdawała się w szczegóły, ale powiem, że dla wytrwałych czytelników, którym
udało się dotrzeć do końca książki, Stephen King przygotował małą
niespodziankę.
Przechodząc powoli do oceny końcowej – w książce nie ma scen
perwersyjnego seksu, za to bardzo dobrze pokazany jest opór, towarzyszący
stopniowemu odkrywaniu dawno wypartych zdarzeń. Mimo początkowych trudności
książkę z czasem czyta się coraz lepiej, a pod koniec zdarzenia w domku
letniskowym nabierają rzeczywistego tempa. Tak jak wspomniałam – w moim
przypadku za rewelacyjną ósemkę odpowiada głównie zakończenie, które pięknie
spaja tekst i sprawia, że nie pozostajemy z uczuciem niedosytu, jak to w
przypadku niektórych książek bywa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






