Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Kisiel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Kisiel. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 listopada 2019

Marta Kisiel – „Nomen Omen”

Salomea Przygoda to istota, której los nie oszczędza – zaczyna się od charakterystycznych personaliów i nieco zwariowanej rodzinki, a kończy na skłonności do wszelkiego typu wypadków i zdarzeń, które przeciętny obywatel, nie doświadczający takiego ich natężenia, nazwałby niemal pieszczotliwie pechem lub niefartem. Jednak gdy dziewczyna wprowadza się do odziedziczonego po koleżance pokoju w starym domu, którego adres wszystkich przyprawia co najmniej o dreszcze, natłok dziwnych zdarzeń staje się niemal nie do zniesienia. A to dopiero początek całej opowieści...

To, co teraz napiszę, ledwo przejdzie mi przez klawiaturę, ale muszę, żeby oddać sprawiedliwość szczerości. Nomen Omen na samym początku niesamowicie mi się dłużyło. Choć kocham bogaty i przewrotny styl Marty Kisiel, tutaj nieźle mnie wymęczył. Może to dlatego, że miejscami dialogi brały górę nad narracyjnymi akapitami? Może ze względu na brak wyraźnego celu fabularnego? Sama nie wiem, ale już dawno nie zdarzyło mi się tyle razy zamykać książkę, by wziąć kilka głębokich oddechów. Rozmowy między Salomeą a jej bratem, Niedasiem, doprowadzały mnie do szału i to wcale nie tylko dlatego, że nie zostałam wielką fanką tego drugiego! Po prostu nie mogłam pozbyć się przeczucia że nikt na świecie tak nie mówi.

Na szczęście mniej więcej w połowie, gdy powoli kończą się wieczne przedrzeźnianki, a (równie powoli) zaczyna jakaś ważniejsza fabuła, nabrałam wiatru w żagle i większej ochoty na czytanie. I właściwie już do końca było całkiem przyjemnie. Akcja przyspieszyła, a cała historia wreszcie miała jakiś cel. Na pierwszy plan wyszła historia rodzinna Salomei, i mieszkańców starego domu, a kolejne fakty nakreślały nam sytuację i pozwalały uporządkować sobie wszystko w głowie. 

Koniec końców najważniejszą częścią książki (przynajmniej w moim odczuciu) jest plejada osobliwych postaci, które rozjaśniają niemal każdą stronę. No dobrze, może w przypadku Niedasia z tym rozjaśnianiem popłynęłam nieco zbyt daleko, a i pani Matylda wnosi raczej lęk niż światło, ale nie o to chodzi! Mam na myśli fakt, że każda, absolutnie każda z postaci, pojawiających się na kartach Nomen Omen, ma coś charakterystycznego, jakiegoś bzika, który nadaje jej niezwykle wyrazisty rys. Ta nieskrępowana wyobraźnia jest cechą wręcz gatunkową dla prozy Marty Kisiel i czynnikiem, za który absolutnie ją (prozę, choć Ałtorkę w sumie też, bezgranicznie kocham). 

To jak, polecam tego Kiśla, czy nie? Ostatecznie Nomen Omen w miarę mi się podobało. W moim odczuciu warto było nieco się poirytować na bohaterów, żeby dotrzeć do rozwiązania tej historii, ale wiem, że część czytelników może być odmiennego zdania. Inni z kolei wpadną w tę opowieść od pierwszej strony i nie będą mogli zrozumieć, o co mi chodzi, gdy mówię o przydługim wstępie. Także tego, co kraj, to obyczaj. 


poniedziałek, 4 listopada 2019

Marta Kisiel – „Małe Licho i Tajemnica Niebożątka”, „Małe Licho i Anioł z Kamienia”



Nie pamiętam, kiedy ostatnio wspominałam tutaj o książce dla dzieci. Swego czasu czytałam ich sporo i nawet pisałam o nich na blogu, ale odkąd mam okazję wyżywać się parentingowo w temacie planszówek, książki dla maluchów zeszły na dalszy plan. Muszę przyznać, że w związku z tym miałam niemałą tremę zabierając się za lekturę Małego Licha – niby wiem, czego się spodziewać po Marcie Kisiel, ale po Marcie Kisiel Piszącej dla Dzieci? Na szczęście okazuje się, że to tak naprawdę żadna różnica, bo proza Ałtorki jest równie wspaniała niezależnie od przewidywanej grupy odbiorców. Historia Bożka, zwanego Niebożątkiem, oraz jego zwariowanej rodziny (na którą składa się Mama, dwóch Wujków, dwa anioły stróże, widma, utopiec, krakeny i pewnie jeszcze jakieś stworzenia, o których zapomniałam), jest bowiem bardzo uniwersalna.

Zarówno Tajemnica Niebożątka, jak i Anioł z Kamienia to ciepłe i pozytywne opowiastki, z których wiele mogą nauczyć się tak dzieci, jak i dorośli. Pierwsza książka opowiada o ważnym przełomie w życiu dziecka, czyli o rozpoczęciu szkolnej kariery. Dla Bożka jest to wyjątkowo trudny czas, ponieważ niespełna dziesięcioletni chłopiec nie tylko do tej pory uczył się w domu, ale też nie miał kontaktu z rówieśnikami. Przez swoje zainteresowania oraz doświadczenia odstaje od innych dzieci i czeka go długa droga do integracji. Oprócz tego, że jest to opowieść o dopasowaniu, to również o szukaniu samego siebie i odkrywaniu tajemnic historii własnego życia.

Z kolei druga książka przyda się absolutnie każdemu, niezależnie od wieku. Nie tylko dlatego, że wszyscy znamy osoby takie jak anioł Tsadkiel – zimne i nieprzystępne, wiecznie poirytowane, z zionącą dziurą zamiast serca – ale również dlatego, że każdemu czasem potrzebne jest przypomnienie, by nie oceniać po pozorach. W Aniele z kamienia wiele elementów świata przedstawionego okazuje się być inne, niż na początku nam się wydaje. A najtwardszy lód okazuje się możliwy do skruszenia. Poza tym jest to historia idealna na zbliżającą się zimę ze względu na tematykę świąteczno-feriową (a może feryjną? :D), zapach pierników, bitwy na śnieżki i inne sezonowe elementy Absolutnie Szczęśliwego Dzieciństwa.

Nie chcę nawet myśleć, ile by mnie ominęło, gdybym nie sięgnęła po te książki. Przede wszystkim Gucio. TAK BARDZO CHCĘ GUCIA. Zdecydowanie potrzebuję w swoim życiu potwora, który będzie spał pod moim łóżkiem, zjadał mi fluorescencyjne mazaki, a swoje macki wykorzystywał do wycinania i przyozdabiania pierniczków albo jako siłę lepiąco-miotającą podczas bitew na śnieżki. Tak, zdecydowanie w pierwszej kolejności pokochałam Gucia, a dopiero potem całą resztę wesołej gromadki. Ale tak naprawdę każdy będzie mógł znaleźć tutaj przyjaciela dla siebie.

Jeśli idzie o technikalia, nie powiem niczego odkrywczego: Marta Kisiel niezmiennie urzeka mnie swoim lekkim, bogatym i przewrotnym stylem. Co ważne, wydaje mi się, że udało jej się niezwykle trafnie odzwierciedlić w języku sposób myślenia dziecka. Jest prosto, ale nie za prosto, kreatywnie i słowotwórczo. A czasem cały sens zamyka się w jakimś pojęciu zastępczym, które mieści hasła zbyt trudne dla małych głów. Czyta się to świetnie, słucha pewnie jeszcze lepiej. 

Najważniejszym skutkiem lektury (oprócz chęci – nie, wróć, POTRZEBY – posiadania własnego Gucia), jest u mnie ponowna zajawka na prozę Marty Kisiel i wspomniany już styl, który zachwyca od pierwszej do ostatniej strony. Wygląda na to, że to właśnie ten moment, kiedy zacznę nadrabiać zaległości i przeczytam te książki Ałtorki, których do tej pory nie znałam. Alleluja!


wtorek, 16 października 2018

Marta Kisiel – „Pierwsze słowo” [przedpremierowo]



Nie jestem fanką opowiadań.

Mam wrażenie, że w ten sposób zaczynam każdą opowieść o zbiorze krótkich form, jaka tylko pojawiła się na tym blogu opatrzona moim nazwiskiem. W tym krótkim zdaniu zawiera się cały mój lęk i niepewność – bo właśnie te dwa uczucia towarzyszą mi zawsze, kiedy sięgam po opowiadania. Wciąż jednak próbuję, licząc, że któryś z dobrych ziomków autorów mnie do nich przekona. Że się nie wynudzę. Że nie będę tęsknić za bohaterami, z którymi nawet nie zdążyłam porządnie się zżyć...

piątek, 11 maja 2018

Marta Kisiel – „Toń” [przedpremierowo]



Tak sobie myślę, że do niedawna bałam się Marty Kisiel. Znaczy nie Ałtorki personalnie, co to to nie! Ale jej książek chyba troszkę tak. Zarówno ze strony blogosfery, jak i Sylwka, słuchałam na temat ich wspaniałości, ale im więcej przykładów mi przynoszono, tym bardziej wzbraniałam się przed wejściem w ten świat. Nie byłam pewna, czy ten styl będzie mi pasował na dłuższą metę. Nie wiedziałam, czy zrozumiem hiperbole. A nade wszystko bałam się, że ostatecznie nie będę bawiła się tak dobrze, jak wszyscy dookoła. Dopiero przy okazji najnowszej książki Ałtorki, która po opisie wydawała mi się nieco inna niż poprzednie, podjęłam heroiczną decyzję: spróbuję.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Marta Kisiel - "Dożywocie"


No i nie wytrzymałem. Naprawdę chciałem wykazać się silną wolą, pokazać, że potrafię sobie dawkować przyjemności. Ale niestety, odkąd na mojej półce znalazło się "Dożywocie", mój wzrok z utęsknieniem spoglądał na grzbiet tej książki. Opamiętałem się jednak na tyle, żeby skończyć czytaną wówczas powieść, ale gdy tylko dotarłem do ostatniej kropki, nie minęła nawet sekunda, a już siedziałem z debiutancką książką Marty Kisiel w dłoniach..

Konrad Romańczuk to początkujący pisarz tuż po trzydziestce i jednocześnie mieszczuch pełną gębą. Pewnego dnia okazuje się, że jako jedyny spadkobierca dalekiego krewnego (którego imienia nawet nie jest w stanie podać) stał się właścicielem Lichotki - wiekowego domostwa o dość ekscentrycznym, gotyckim wyglądzie. Ów nieruchomość zamieszkana jest przez równie ekscentrycznych lokatorów, z których każdy mógłby startować w konkursie na największe żywe (bądź nieżywe) kuriozum.

Plejadę osobliwości otwiera Licho - anioł płci nijakiej - z upodobaniem do porządków wszelkiej maści, cierpiące niestety na alergię na pierze. Oprócz niego w domu zamieszkuje widmo panicza-samobójcy z epoki romantyzmu, pradawny stwór z licznymi mackami i hobby w postaci kuchcenia oraz czworo utopców z zamiłowaniem do higieny. No, jest też jeszcze czarna kotka o imieniu Zmora, ale to byt całkiem zwyczajny (nie licząc jej uwielbienia do całkiem żywej poduszki w postaci Konrada). Z czasem liczba lokatorów się zwiększa, nie będę jednak zbytnio zdradzał fabuły..

...zwłaszcza, że tej fabuły nie ma tak naprawdę zbyt wiele. Cała książka podzielona jest na pięć ni to rozdziałów, ni to opowiadań, mniej lub bardziej połączonych ze sobą historią, która nie jest najistotniejszą częścią powieści. Dzieło Marty Kisiel oparte jest w głównej mierze na znakomicie wykreowanych postaciach i zachodzących między nimi relacjach, fabuła jest tu niejako tłem dla licznych zabawnych sytuacji i gagów. Momentami miałem wrażenie, że mam do czynienia nie tyle z powieścią, co z bardzo rozbudowanym skeczem kabaretowym. Muszę jednak nadmienić, że pod sam koniec książki kwestie fabularne wracają ze zdwojoną siłą, rozbudzając w czytelniku całą gamę emocji, a nie tylko liczne salwy śmiechu.

Oprócz świetnej kreacji bohaterów kunszt literacki Ałtorki ujawnia się jeszcze w jednym aspekcie - w języku. Każde zdanie, ba, każde słowo wydaje się być dokładnie przemyślane i nadaje narracji oraz dialogom wyraźnie widoczne cechy. Zdecydowanie nie ma w tej książce przypadkowych wyrazów. Język, jakim posługuje się Marta Kisiel, jest bogaty w niespotykane na co dzień wyrażenia, nie są to jednak zwroty niezrozumiałe - wręcz przeciwnie! Co więcej, w momentach tego wymagających Ałtorka świetnie i zarazem przezabawnie tworzy wypowiedzi oddające ducha romantyzmu, idealnie też obrazuje udawanie przez postać wady wymowy.

"Dożywocie" to komizm w czystej, najdoskonalszej postaci. Ciężko jest doszukiwać się strony, przy której czytelnik nie parsknie śmiechem. Prezentowany w powieści humor nie jest może za każdym razem najwyższych lotów, w żadnym jednak momencie nie jest on prostacki. Zarówno postaci, jak i żarty oraz język są dopracowane w każdym calu, dzięki czemu książka zapewnia kilka godzin porządnej rozrywki - mi na przykład solidnie pomogła przetrwać czas spędzony na chorowaniu.

środa, 5 marca 2014

Marta Kisiel - "Nomen Omen"

Umarłem ze śmiechu. W przenośni oczywiście, w przeciwnym wypadku poniższy tekst nie miałby okazji powstać, nie mniej jednak do prawdziwej śmierci było mi naprawdę blisko. Dawno moja przepona nie nabawiła się takich zakwasów, jak miało to miejsce podczas lektury "Nomen Omen". Jestem niemalże przekonany, że Ałtorka (pisownia zamierzona) próbowała dokonać na czytelnikach szczegółowo przemyślanego, masowego morderstwa, i to za pomocą książki. No a przynajmniej wpędzenia sporego grona osób do wariatkowa - moje wybuchy śmiechu w tramwaju i na uczelni ściągały liczne niepobłażliwe spojrzenia, które wręcz w namacalny sposób kwestionowały moje zdrowie psychiczne. Aż dziw bierze, że nikt nie zadzwonił po kilku postawnych panów coby przyjechali czym prędzej i przyodziali mnie w gustowny biały kaftanik..

Główną bohaterką jest Salomea Klementyna, nomen omen Przygoda. Takie nazwisko sugeruje żywot bogaty w przeżycia, o dziwo jednak jak do tej pory Salka prowadziła w miarę spokojną egzystencję. W miarę, bowiem dość ekscentryczna rodzina zapewniała jej całkiem osobliwe doznania. Pewnego dnia, gdy jej matka po raz kolejny opowiadała Bogu ducha winnemu akwizytorowi o uśpionym w jej córce nieokiełznanym erotyzmie, dziewczyna postanowiła wynieść się czym prędzej z domu. Salka trafia więc do Wrocławia, gdzie wynajmuje pokój (w nieco przerażającym domostwie, do którego nawet taksówkarze nie chcą się zbliżać) i znajduje pracę w księgarni. W tym właśnie momencie postanawia przypomnieć o sobie jej nazwisko, przez co wszystko co tylko może nagle się komplikuje. Dość wspomnieć, że na głowę sprowadza się jej młodszy brat, Niedaś, zaś tajemniczy mężczyzna atakuje po nocach młode Wrocławianki..

Przyznam szczerze, że po pierwszych kilku stronach byłem pełen obaw odnośnie fabuły. Młoda dziewczyna, która ucieka od rodziny i zamieszkuje we Wrocławiu, gdzie przydarzają się jej dość osobliwe przygody - już coś takiego czytałem, w dodatku dość niedawno. Na szczęście już po kilku stronach wiedziałem, że mam do czynienia z powieścią jak najbardziej wyjątkową i niepodobną do żadnej innej - nie tylko pod względem fabuły. Marta Kisiel w znakomity sposób połączyła ze sobą ciekawą historię, znakomity humor (zarówno sytuacyjny jak i językowy), a także liczne wtrącenia i nawiązania do popkultury - choćby pod postacią pewnego MMORPG - jak i do rodzimych poetów (fragment oparty na "Lokomotywie" Tuwima zdecydowanie mnie urzekł!). To wszystko, posypane na deser dziejami Wrocławia oraz szczyptą magii, tworzy wybuchową mieszankę, od której nie sposób się oderwać.

Najmocniejszą stroną książki są jednak bohaterowie powieści. Ałtorce udało się stworzyć naprawdę oryginalną galerię osobliwości - nie sposób znaleźć drugą taką książkę, w której niemalże każda przedstawiona postać budzi w czytelniku tyle emocji. Oprócz wspomnianych wcześniej Salki i Niedasia można tu wymienić siostry Bolesne, przy których każdy traci animusz, papugę Roy Keane (jej imię naprawdę wiele mówi), sto pięćdziesiąt centymetrów waleczności w glanach o imieniu Basia oraz filologa, który ma pewne uzasadnione lęki związane z poezją Kajsiewicza.. Marta Kisiel zdecydowanie potrafi kreować nietuzinkowych bohaterów, których próżno szukać w jakichkolwiek innych książkach.

"Nomen Omen" to kawał znakomitej historii, dzięki której stałem się właśnie dożywotnim (określenie wybrane ze względu na inną książkę, po którą bardzo chcę teraz sięgnąć) fanem twórczości Marty Kisiel. To znakomita powieść fantasy, będąca jednocześnie przyjemnym (acz niebanalnym) kryminałem oraz komedią w jednym. Nie brak tu nagłych zwrotów akcji, nie brak też zaskakujących zdarzeń, po których szczęka czytelnika osiąga poziom podłogi. No i język, jakim posługuje się, a wręcz nim bawi, Ałtorka - po prostu majstersztyk! Zdecydowanie polecam tę książkę każdemu, lojalnie jednak ostrzegam - brzuch może was rozboleć od śmiechu!