W ostatnim czasie temat czarownic znów wrócił do łask. Nie wiem, czy to efekt netfliksowej Sabriny, czy konkretnej koniunkcji gwiazd, ale fakty mówią same za siebie: w księgarniach mamy coraz więcej poradników, które określiłabym jako łagodnie nawiązujące do tematów ezoterycznych. W moje łapki wpadły dwa, które, jak mi się wydawało, rokują najlepiej. Co z tego wyszło? Przekonajcie się sami!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MUZA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MUZA. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 15 listopada 2018
sobota, 10 lutego 2018
Belinda Bauer – „Martwa jesteś piękna” [przedpremierowo]
Lubię takie lata, które już od samego początku przynoszą dobre książki. Od razu przyjemniej się czyta, od razu łatwiej jest sięgać po kolejne pozycje, kiedy te pierwsze okazują się naprawdę dobre – motywacja rośnie! Mamy dopiero początek lutego, a ja już wiem, że 2018 będzie dobrym czytelniczo rokiem, w każdym razie pod względem thrillerów i kryminałów. Zaczęło się od Kobiety w oknie, która prezentowała naprawdę wysoki poziom. A za kilka chwil, mogę powiedzieć to śmiało, pojawi się książka, która będzie jeszcze lepsza.
piątek, 20 stycznia 2017
Randy Susan Meyers – „Wypadki małżeńskie”
Jakkolwiek źle to zabrzmi, można chyba powiedzieć, że wśród tematów literackich mocno ciekawi mnie szeroko pojęta patologia. Przemoc, nadużycia, agresja – jeśli któryś z tych elementów występuje w powieści, ma ona szansę mnie zainteresować, natomiast jeśli dodatkowo przekłada się to na psychologiczną motywację postaci, prawdopodobnie książka trafi do grona moich ulubionych. Nic więc dziwnego, że skusiłam się na Wypadki małżeńskie – powieść, która nie tylko porusza problem przemocy domowej, ale też została napisana przez kogoś, kto miał z ofiarami takowej bezpośrednią styczność. Mając w pamięci choćby świetne, oparte na faktach, książki Cathy Glass, poprzeczkę postawiłam naprawdę wysoko. Nie jestem pewna, czy to była dobra taktyka…
Wypadki małżeńskie opowiadają historię Bena i Maddy – ustatkowanego małżeństwa z trójką dzieci i jasnym podziałem obowiązków. Bez tego ostatniego nie dałoby się funkcjonować, ponieważ mężczyzna ma problemy z kontrolą emocji: zdarzają mu się wybuchy, których jego otoczenie panicznie się boi. Rodzinny ład jest bardzo kruchy, a pewnego dnia zostaje całkowicie rozbity, gdy małżeństwo bierze udział w wypadku komunikacyjnym, w wyniku którego Maddy zapada w śpiączkę. Ben będzie musiał zmierzyć się z ogromem odpowiedzialności, poczuciem winy i skalą własnych problemów, które miały i nadal mają bezpośredni wpływ na jego najbliższych.
Początek lektury był dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Spodziewałam się kolejnej opowieści opartej na schemacie kat-ofiara, tymczasem autorka już od pierwszych stron pokazała, że będzie chodziło o coś więcej. Nie ma tutaj jednoznacznej oceny, napiętnowania i jednostronnej agresji: oboje bohaterów jest świadomych swoich reakcji i dostrzega własną rolę w sytuacji w domu. Ta refleksyjność postaci mocno mnie zaskoczyła, ale też sprawiła, że bardzo pozytywnie oceniłam sferę psychologiczną. W książkach dotyczących przemocy często mamy do czynienia ze stereotypami i sztywnymi bohaterami, którzy realizują z góry założony schemat; tutaj znajdziemy postaci z krwi i kości. Przed czytelnikiem zostaje odkryta cała sieć zależności i powiązań – mamy wystarczające dane, by zastanowić się, w jaki sposób doszło do opisanej sytuacji i czy można jej było w jakiś sposób uniknąć. Przemoc została ukazana jako zjawisko złożone i nie biorące się znikąd. Podoba mi się również to, w jaki sposób autorka ujęła przemiany całej rodziny ze szczególnym naciskiem na córkę, u której cała tragedia zbiegła się w czasie z okresem najsilniejszego buntu.
Niestety mimo dobrej kreacji postaci, książka mnie nie zachwyciła. Największą wadą jest moim zdaniem fakt, że powieść została napisana bardzo nierówno. Akcja chwilami utrzymuje naprawdę dobre tempo, innym razem z kolei zwalnia tak bardzo, że zaczynamy się nudzić. Nie wiem, czy autorka oparła swoją opowieść na faktach, jak mocno je sfabularyzowała i jak duże miało to znaczenie dla całej akcji, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: powieści brakuje płynnej dynamiki. Refleksje są nam podane dość ciężko, a w fabule zdarzają się niepotrzebne przestoje, których spokojnie mogłoby nie być. Gdy coś się dzieje – dzieje się szybko, to fakt, jednak chwilę potem następuje czas, gdy znów zaczynamy się męczyć. Nie jestem pewna, czy ten element będzie przeszkadzał każdemu, ale dla mnie był naprawdę trudny do zaakceptowania.
Jeszcze przed rozpoczęciem lektury miałam w głowie sporo wymagań, które dodatkowo podbił świetny początek książki. Niestety, od jakiegoś czasu źle znoszę lektury, przez które trzeba brnąć, a tak właśnie wyglądała moja przygoda z Wypadkami małżeńskimi. Z pewnością nie można odmówić autorce wiedzy i doświadczenia – te elementy widać w sposobie, w jaki wykreowała swoich bohaterów i w siatce zależności, którą dla nich stworzyła. Powieść wypada zaskakująco autentycznie, niestety nie jest tak wciągająca i emocjonująca, jakbym tego chciała. Może Wam spodoba się bardziej?
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.
sobota, 19 listopada 2016
Milka Kahn, Anne Véron – "Kobiety w mafii"
Nie wiem, czy to typowe u dzieci płci żeńskiej, ale sporą część swojego życia spędziłam marząc o byciu żoną szefa włoskiej mafii. Naoglądałam się filmów, naczytałam książek i widziałam w tym wszystkim niesamowity wręcz klimat. Kobieta mafii była dla mnie synonimem siły, ogniwem spajającym rodzinę zajmującą się tym niełatwym procederem; pozostająca gdzieś z boku głównych wydarzeń, milcząca, a jednocześnie odgrywająca ważną rolę właśnie na uboczu. Choć z wiekiem przyszło zderzenie z rzeczywistością (zdradzę Wam tajemnicę, że Sylwek do mafii nie należy, ale jedna z naszych pierwszych rozmów dotyczyła rozkręcania takiego właśnie procederu), to sam temat wciąż pozostaje dla mnie ciekawy i aktualny. Nie trudno się zatem dziwić, że kiedy zobaczyłam książkę o takim tytule, sięgnęłam po nią bez wahania. Z dużymi, dodam, oczekiwaniami.
W ostatnim czasie, pewnie z racji moich przepraw z dopinaniem magisterki, jestem dość mocno wyczulona na akademicki styl. W przypadku Kobiet w mafii wystarczy kilka stron, żeby wiedzieć, co nas czeka – podczas lektury wstępu widzimy, że towarzyszyć nam będzie język rozprawy naukowej i niestety jest tak do samiuteńkiego końca. Jeśli mam być szczera, wolę książki historyczne prowadzone na nową modłę, narracyjnie, bo pozwalają dotrzeć z tekstem do szerszego grona odbiorców i skracają dystans, zamiast sztucznie go budować. Uznałam jednak, że nie ma co narzekać, trzeba zakasać rękawy i brać się do roboty - studia skończyłam, podręczników się naczytałam i żaden żargon, definicje czy krótkie, suche akapity mnie od tej opowieści nie odstraszą! Zmotywowałam się więc i z zapałem zabrałam się za pierwszy rozdział dotyczący cosa nostry.
Niestety, bardzo szybko pożałowałam, że książka nie jest tak profesjonalna, jak wydawać by się mogło na podstawie języka. Po kilkudziesięciu stronach uznałam, że oddałabym wiele za suchą rozprawę naukową, która pozwoliłaby mi czegokolwiek się dowiedzieć. W przypadku Kobiet w mafii poszerzanie swojej wiedzy jest bardzo trudne, nadążenie za tokiem myślenia autorek wydało mi się kompletnie niemożliwe. Książka jest nieuporządkowana - zamiast najpierw skupić się na opisaniu organizacji, jej działania, a dopiero potem przejść do konkretnych przykładów z życia, autorki skaczą po tematach jak tylko mają ochotę: tu wtrącą jakąś definicję, tu coś na temat działania organizacji, tutaj padnie nazwisko kobiety, której historia nie zostaje rozwinięta, a za chwilę znów wracamy do okrywania meandrów mafijnej codzienności.
Pewnie niektórzy z Was pamiętają, jak w swoich opiniach na temat książek Kamila Janickiego chwaliłam go za idealne wplatanie cytatów w ciągły tekst – moim zdaniem jest to ważna umiejętność, zwłaszcza przy pisaniu książek historycznych, quasi-naukowych lub literatury faktu, gdzie często wykorzystywane są wypowiedzi innych, których parafrazowanie mogłoby zaburzyć wydźwięk. Dobry cytat może przynieść wiele korzyści, a odpowiednio użyty podkreśla to, co ważne i nadaje opisowi szczególnego charakteru. Niestety nie zawsze udaje się zrobić to dobrze, a autorkom Kobiet w mafii nie udaje się w ogóle. Jeśli porządnie się nad tym zastanowić, książka okazuje się być jednym wielkim cytatem, a niektóre z nich sięgają nawet do 3/4 strony. Pisarki rzadko posiłkują się własnymi myślami, a wypowiedzi innych, z których korzystają, często nie otrzymują należytego wstępu, który ujednoliciłby tekst i stworzył nawiązania pomiędzy kolejnymi cytatami. Do tego dochodzi koszmar przypisów – czy naprawdę w tekście bądź co bądź dla mas konieczne są odnośniki do źródeł przy zdaniu zawierającym powszechnie znane fakty jak daty i miejsce urodzenia?
Można by oczywiście powiedzieć, że skupiam się na aspektach technicznych, a przecież powinno chodzić także o treść. Jasne, zgadzam się, choć nie ukrywam, że elementy, o których opowiedziałam w poprzednich akapitach, na poważnie utrudniały mi skupienie się na tym, co w książce najważniejsze. Bezsensowne przypisy odwracały moją uwagę (automatycznie zjeżdżam wzrokiem w dół w przypadku gwiazdki i nie bardzo mogę nad nad tym zapanować), a wszechobecne cytaty sprawiały, że tekst w ogóle nie był płynny i czytał się dość topornie. Czy w takim razie uważam, że można się z tej książki czegokolwiek dowiedzieć? Jasne, tak jak z każdej, która zbiera źródła historyczne. Jeśli będziecie wystarczająco zdeterminowani lub powyższe aspekty nie będą Wam przeszkadzały, odnajdziecie tutaj historie kilku ciekawych kobiet, które pełniły w mafii różnorodne role. Odkryjecie, że nie wszystko w tych organizacjach jest takie, jak znamy z powszechnych przekazów, a kobieta wbrew pozorom ma szansę na stanowiska związane z rzeczywistą władzą. Poznacie nazwiska, które być może zainspirują Was do dalszych poszukiwań. Jednak niczego nie mogę Wam obiecać.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.
wtorek, 16 sierpnia 2016
Christoph Marzi – „Heaven. Miasto elfów”
Przy przeglądaniu zapowiedzi zauroczyła mnie zarówno okładka tej książki, jak i blurb. Kiedy Heaven wreszcie do mnie dotarło, byłam już po lekturze kilku recenzji, które nie były szczególnie entuzjastyczne: sporo było w nich rozczarowania, a książkę oceniano jako generalnie przeciętną. Z miejsca zrobiło mi się smutno, bo nastawiałam się naprawdę pozytywnie - może nie na jakąś wybitną literaturę, ale na pewno na lekką, ciekawą opowieść serwującą kilka chwil dobrej zabawy. Mój entuzjazm nieco opadł, ale jednak nie do końca. I słusznie, bo gdy wreszcie zabrałam się za lekturę, naprawdę mi się spodobało. Chyba mam w sobie jakiś pierwiastek niewymagającego, młodego czytelnika...
Heaven to dość nietypowa młoda dziewczyna - pochodząca z bogatego domu sierota, która nocami włamuje się na dachy i obserwuje niebo, zafascynowana niezwykłym zjawiskiem astronomicznym. Otóż od wielu lat nad Londynem... brakuje kawałka nieboskłonu. Tak, dokładnie - jest ciemny i na stałe pozbawiony gwiazd. Jakby nie dość było dziwaczności w jej życiu, Heaven pada ofiarą niezwykłej napaści, podczas której tajemniczy człowiek kradnie jej serce. A ona nadal żyje. Dzięki pomocy młodego chłopaka udaje jej się uciec - od tej pory razem będą szukali odpowiedzi na dręczące ich pytania i odkrywali wzajemnie swoje tajemnice.
Moim zdaniem już sam opis fabuły tej książki sugeruje całkiem dobrą zabawę, a to dzięki mnogości niecodziennych zdarzeń, które autor włączył do swojego świata. Pomysł z brakującym fragmentem nieba, choć na początku zepchnięty nieco na dalszy plan, okazuje się ciekawą i dobrze skrojoną historią, która doskonale utrzymuje zainteresowanie czytelnika na tajemnicy. Do tego dochodzi duży dynamizm w prowadzeniu akcji (bohaterowie stale uciekają przed oprawcą Heaven, co znacznie przyspiesza ciąg zdarzeń i wprowadza wiele ciekawych scen związanych z konfrontacjami) oraz delikatny klimat baśni, który naprawdę dobrze współgra z całą opowieścią. Bohaterowie są przeciętni - nie jakoś szczególnie pogłębieni, choć każde z nich (w tym główny oprawca) ma własną historię nadającą niejednoznaczności. Dodatkowo pojawia się wątek miłosny, jednak napisany z taktem i absolutnie nie dominujący tego, co w powieści najważniejsze.
Oddając sprawiedliwość czytelnikom muszę powiedzieć, że nie jest to książka pozbawiona wad. W moim odczuciu fabuła była dość powtarzalna, a przez to w którymś momencie stała się prosta i przewidywalna: bohaterowie uciekali, by po jakimś czasie znów skonfrontować się z przeciwnikami, umknąć im i tak w kółko - nawet mimo generalnie dynamicznych scen stało się to po prostu nużące. Dodatkowo sam styl pisania autora nie zachwyca tak, jak by mógł: mimo dużej ilości dialogów zdarzają się fragmenty, przez które nie brnie się najlepiej. Warto jednak mieć na uwadze, że generalnie jest to powieść skierowana do młodszego czytelnika, a ten zapewne przedkładać będzie klimat i treść nad pewne elementy techniczne.
Czasem bywa tak, że książka podoba nam się w pewnych aspektach na tyle, że przymykamy oko na inne, nieszczególnie idealne. Tak było w moim przypadku podczas lektury Heaven. W moim odczuciu jest to całkiem przyjemna powieść z pogranicza baśni, urban fantasy i powieści przygodowej, w której sporo się dzieje, a bohaterowie mają swoje tajemnice, które - jako czytelnik - chciałabym jak najszybciej odkryć. Klimat nieco zmienionego Londynu jest silny i ma duże znaczenie dla całej książki, stanowiąc jej dodatkową, mocną stronę. Jasne, nie jest to książka dla każdego (o czym świadczy rozbieżność ocen czytelników), ale jestem pewna, że znajdzie wielu fanów, zwłaszcza wśród młodszych odbiorców.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.
Heaven to dość nietypowa młoda dziewczyna - pochodząca z bogatego domu sierota, która nocami włamuje się na dachy i obserwuje niebo, zafascynowana niezwykłym zjawiskiem astronomicznym. Otóż od wielu lat nad Londynem... brakuje kawałka nieboskłonu. Tak, dokładnie - jest ciemny i na stałe pozbawiony gwiazd. Jakby nie dość było dziwaczności w jej życiu, Heaven pada ofiarą niezwykłej napaści, podczas której tajemniczy człowiek kradnie jej serce. A ona nadal żyje. Dzięki pomocy młodego chłopaka udaje jej się uciec - od tej pory razem będą szukali odpowiedzi na dręczące ich pytania i odkrywali wzajemnie swoje tajemnice.
Moim zdaniem już sam opis fabuły tej książki sugeruje całkiem dobrą zabawę, a to dzięki mnogości niecodziennych zdarzeń, które autor włączył do swojego świata. Pomysł z brakującym fragmentem nieba, choć na początku zepchnięty nieco na dalszy plan, okazuje się ciekawą i dobrze skrojoną historią, która doskonale utrzymuje zainteresowanie czytelnika na tajemnicy. Do tego dochodzi duży dynamizm w prowadzeniu akcji (bohaterowie stale uciekają przed oprawcą Heaven, co znacznie przyspiesza ciąg zdarzeń i wprowadza wiele ciekawych scen związanych z konfrontacjami) oraz delikatny klimat baśni, który naprawdę dobrze współgra z całą opowieścią. Bohaterowie są przeciętni - nie jakoś szczególnie pogłębieni, choć każde z nich (w tym główny oprawca) ma własną historię nadającą niejednoznaczności. Dodatkowo pojawia się wątek miłosny, jednak napisany z taktem i absolutnie nie dominujący tego, co w powieści najważniejsze.
Oddając sprawiedliwość czytelnikom muszę powiedzieć, że nie jest to książka pozbawiona wad. W moim odczuciu fabuła była dość powtarzalna, a przez to w którymś momencie stała się prosta i przewidywalna: bohaterowie uciekali, by po jakimś czasie znów skonfrontować się z przeciwnikami, umknąć im i tak w kółko - nawet mimo generalnie dynamicznych scen stało się to po prostu nużące. Dodatkowo sam styl pisania autora nie zachwyca tak, jak by mógł: mimo dużej ilości dialogów zdarzają się fragmenty, przez które nie brnie się najlepiej. Warto jednak mieć na uwadze, że generalnie jest to powieść skierowana do młodszego czytelnika, a ten zapewne przedkładać będzie klimat i treść nad pewne elementy techniczne.
Czasem bywa tak, że książka podoba nam się w pewnych aspektach na tyle, że przymykamy oko na inne, nieszczególnie idealne. Tak było w moim przypadku podczas lektury Heaven. W moim odczuciu jest to całkiem przyjemna powieść z pogranicza baśni, urban fantasy i powieści przygodowej, w której sporo się dzieje, a bohaterowie mają swoje tajemnice, które - jako czytelnik - chciałabym jak najszybciej odkryć. Klimat nieco zmienionego Londynu jest silny i ma duże znaczenie dla całej książki, stanowiąc jej dodatkową, mocną stronę. Jasne, nie jest to książka dla każdego (o czym świadczy rozbieżność ocen czytelników), ale jestem pewna, że znajdzie wielu fanów, zwłaszcza wśród młodszych odbiorców.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.
sobota, 18 czerwca 2016
Olgierd Świerzewski – „Master”
Podobnie jak wielu czytelników bloga i zapewne sporo grono odbiorców tej książki miałam w swoim życiu styczność z korporacją. Raz, relatywnie niedługo i mam nadzieję, że to doświadczenie wystarczy mi na całe życie. Dlatego teraz, ilekroć słyszę, że ktoś to właśnie na korpo oparł fabułę swojej powieści czy filmu, spodziewam się kilku elementów: bezwzględności, walki i wszelkiej maści nacisków. Wszystko to zwiastuje najczęściej dobrą i dynamiczną historię, więc cóż… sami rozumiecie, dlaczego się na tę książkę skusiłam.
Aleks Rymer właśnie dostał awans i jest z tego powodu raczej wściekły niż zadowolony – owszem, został partnerem w Green Stone, korporacji, dla której pracuje od lat, jednak nowe stanowisko wiąże się z przeprowadzką ze Stanów Zjednoczonych z powrotem do znienawidzonej Polski. Tak, został usunięty, bo stawał się zbyt mocnym graczem i zaczął zagrażać własnych mentorom; uczeń w którymś momencie przerósł mistrza, a teraz jest bardzo, bardzo niezadowolony… Do tego polscy pracownicy, którzy słyszeli o nim wiele i całkiem słusznie obawiają się zmian, szykują mu bardzo nieprzyjemne powitanie. Aleks będzie musiał zejść z piedestału i zacząć ponownie ciężko pracować, by udowodnić, że jest w tej branży najlepszy. Czyli, mówiąc krótko: pozbawiony wszelkich skrupułów.
Po przeczytaniu Mastera podziwiam Olgierda Świerzewskiego za dwie rzeczy. Pierwszą kwestią jest niesamowity język – dawno nie czytałam powieści tak dynamicznej i pełnej klimatu, a jednocześnie tak doskonale skrojonej. Najczęściej trzymające w napięciu książki napisane są prosto, a tu mamy do czynienia ze specyficznym rodzajem pisania, który mnie osobiście niesamowicie się spodobał. Drugą ważną sprawą jest to, że autor odważył się umieścić w centrum swojej opowieści bohatera negatywnego i to na jego postawie i życiu zbudować całą fabułę. Rymer mógł być męczący i denerwujący w swoim zachowaniu, a jednak autorowi udało się wykreować go tak, że stał się przerażającym symbolem idealnie mechanicznego pracownika. Pozbawiony skrupułów, moralnego kręgosłupa i zasad innych niż te związane z przetrwaniem korporacji Aleks jest człowiekiem-przykładem, którego można i powinno się bać.
W konstrukcji bohatera mocno zaskoczył mnie sposób prowadzenia jego wewnętrznego dialogu. Rymer jest osobą bardzo refleksyjną, analizuje otoczenie pod kątem wielu spraw, o których znaczna część ludzi nie myśli, jest spostrzegawczy i celny w swoich opiniach. Jednocześnie czytelnik, który ma okazję przyjrzeć mu się bliżej, zauważa, że bohater także przed samym sobą gra. Rymer jest cynikiem do szpiku kości, a jego zachowanie ma tak głębokie osadzenie, że bardzo ciężko jest dotrzeć do jego sedna, jednak autor podsuwa nam podpowiedzi właściwie od samego początku: obraz bohatera absolutnie nie jest kryształowy, mamy na nim pewne bardzo ważne skazy. Można by sądzić, że Aleks się odczłowieczył (tak dalece wyparł moralność, zasady, dobro), a jednak ma swoje słabości, tyle że bardzo głęboko ukryte. Choć zdecydowanie nie jest to bohater „do lubienia”, to na pewno fascynuje, szokuje i przeraża właściwie w każdej chwili.
Pod względem akcji nie mam powieści nic do zarzucenia – spodziewałam się bezwzględnej gry i dokładnie taką historię otrzymałam. Mimo swojej objętości i faktycznie dość rozmytego tematu, książka jest bardzo dynamiczna, spójna i wciągająca. To historia o władzy, więc zawiera sporo charakterystycznych elementów: eliminowanie konkurentów, przekupstwa, szantaże, obserwację przeciwnika, wyszukiwanie jego słabych punktów i bezwzględne ich wykorzystywanie. Do tej pory uważałam, że to mało uniwersalne, że takie tematy trzeba po prostu lubić, ale teraz sądzę, że niekoniecznie – książka Świerzewskiego jest tak dobrze zbudowana, że ma okazję przekonać do siebie szerokie grono czytelników. Ja zdecydowanie będę zachęcała do lektury, bo moim zdaniem warto po tę opowieść sięgnąć, choćby po to, żeby zobaczyć, jak nie chcielibyśmy, aby wyglądało nasze życie.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.
Aleks Rymer właśnie dostał awans i jest z tego powodu raczej wściekły niż zadowolony – owszem, został partnerem w Green Stone, korporacji, dla której pracuje od lat, jednak nowe stanowisko wiąże się z przeprowadzką ze Stanów Zjednoczonych z powrotem do znienawidzonej Polski. Tak, został usunięty, bo stawał się zbyt mocnym graczem i zaczął zagrażać własnych mentorom; uczeń w którymś momencie przerósł mistrza, a teraz jest bardzo, bardzo niezadowolony… Do tego polscy pracownicy, którzy słyszeli o nim wiele i całkiem słusznie obawiają się zmian, szykują mu bardzo nieprzyjemne powitanie. Aleks będzie musiał zejść z piedestału i zacząć ponownie ciężko pracować, by udowodnić, że jest w tej branży najlepszy. Czyli, mówiąc krótko: pozbawiony wszelkich skrupułów.
Po przeczytaniu Mastera podziwiam Olgierda Świerzewskiego za dwie rzeczy. Pierwszą kwestią jest niesamowity język – dawno nie czytałam powieści tak dynamicznej i pełnej klimatu, a jednocześnie tak doskonale skrojonej. Najczęściej trzymające w napięciu książki napisane są prosto, a tu mamy do czynienia ze specyficznym rodzajem pisania, który mnie osobiście niesamowicie się spodobał. Drugą ważną sprawą jest to, że autor odważył się umieścić w centrum swojej opowieści bohatera negatywnego i to na jego postawie i życiu zbudować całą fabułę. Rymer mógł być męczący i denerwujący w swoim zachowaniu, a jednak autorowi udało się wykreować go tak, że stał się przerażającym symbolem idealnie mechanicznego pracownika. Pozbawiony skrupułów, moralnego kręgosłupa i zasad innych niż te związane z przetrwaniem korporacji Aleks jest człowiekiem-przykładem, którego można i powinno się bać.
W konstrukcji bohatera mocno zaskoczył mnie sposób prowadzenia jego wewnętrznego dialogu. Rymer jest osobą bardzo refleksyjną, analizuje otoczenie pod kątem wielu spraw, o których znaczna część ludzi nie myśli, jest spostrzegawczy i celny w swoich opiniach. Jednocześnie czytelnik, który ma okazję przyjrzeć mu się bliżej, zauważa, że bohater także przed samym sobą gra. Rymer jest cynikiem do szpiku kości, a jego zachowanie ma tak głębokie osadzenie, że bardzo ciężko jest dotrzeć do jego sedna, jednak autor podsuwa nam podpowiedzi właściwie od samego początku: obraz bohatera absolutnie nie jest kryształowy, mamy na nim pewne bardzo ważne skazy. Można by sądzić, że Aleks się odczłowieczył (tak dalece wyparł moralność, zasady, dobro), a jednak ma swoje słabości, tyle że bardzo głęboko ukryte. Choć zdecydowanie nie jest to bohater „do lubienia”, to na pewno fascynuje, szokuje i przeraża właściwie w każdej chwili.
Pod względem akcji nie mam powieści nic do zarzucenia – spodziewałam się bezwzględnej gry i dokładnie taką historię otrzymałam. Mimo swojej objętości i faktycznie dość rozmytego tematu, książka jest bardzo dynamiczna, spójna i wciągająca. To historia o władzy, więc zawiera sporo charakterystycznych elementów: eliminowanie konkurentów, przekupstwa, szantaże, obserwację przeciwnika, wyszukiwanie jego słabych punktów i bezwzględne ich wykorzystywanie. Do tej pory uważałam, że to mało uniwersalne, że takie tematy trzeba po prostu lubić, ale teraz sądzę, że niekoniecznie – książka Świerzewskiego jest tak dobrze zbudowana, że ma okazję przekonać do siebie szerokie grono czytelników. Ja zdecydowanie będę zachęcała do lektury, bo moim zdaniem warto po tę opowieść sięgnąć, choćby po to, żeby zobaczyć, jak nie chcielibyśmy, aby wyglądało nasze życie.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.
piątek, 26 lutego 2016
Sylwia Zientek – „Próżna”
Dynamiczny świat młodych, ambitnych prawników, którzy dążą do sukcesu i głównie temu poświęcają czas oraz uwagę. Czym jest szczęście w ich rozumieniu? Czy są w stanie osiągnąć je na każdej możliwej płaszczyźnie? Jak mogą odnaleźć siebie w gąszczu zadań i zawrotnym tempie życia?
Podczas lektury poznajemy życie dwóch bohaterek, które łączy przyjaźń i pozycja zawodowa, jednak wszystko inne – dzieli. Jedna z nich jest znacznie ładniejsza, druga z kolei dużo bardziej kompetentna; jedna wie, że na sukces trzeba zapracować, druga przywykła, że bez wysiłku dostaje wszystko, czego tylko chce; jedna zaczyna przykładne życie rodzinne i godzi je z pracą, druga natomiast woli szybkie przygody, które przynoszą jej mniejszą lub większą korzyść. Problem tkwi w tym, że żadna z nich nie jest zadowolona z sytuacji życiowej, w której się znajduje, a to, co uważały za element własnej tożsamości, okazało się być ich przekleństwem. Obie będą musiały spojrzeć na swoje życie z dystansu, zweryfikować priorytety i odnaleźć siebie, a następnie przemodelować całe misternie budowane otocznie. Czy znajdą w sobie dość siły do tak drastycznych zmian?
Ciężko mi było napisać cokolwiek o fabule tej książki, bo jest ona dość nieuchwytna, a sam ciąg opisywanych zdarzeń jest tu jedynie tłem dla portretów wspomnianych wyżej bohaterek. Teoretycznie rozgrywa się tutaj akcja w czasie rzeczywistym, jednak absolutnie nie jest ona ani potrzebna, ani ważna – ot, po prostu kilka scen, które ani nie podtrzymują naszej uwagi, ani specjalnie nie mają szansy nas zainteresować. Specyficzna jest także konstrukcja – po krótkim, fabularnym wprowadzeniu otrzymujemy retrospektywną opowieść o historii jednej z bohaterek i od tej pory wątki teraźniejsze oraz przeszłe stale się przeplatają. Obie postaci poznajemy na podstawie ich historii i mamy szansę zrozumieć motywy ich postępowania. Choć bohaterki są silnie osadzone w rzeczywistości, tak naprawdę nie ma ona dla ich losów większego znaczenia.
Rzadko się to zdarza, ale tym razem nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy opowieść przypadła mi do gustu, czy też nie. Książkę odebrałam jako bardzo nierówną, bo zdarzały się momenty, które naprawdę mnie wciągały, by chwilę później inne mocno mnie znużyły; chwilami robiłam sobie nadzieję, że akcja nabierze tempa, co ostatecznie się nie działo. Z drugiej strony bardzo podoba mi się styl autorki – pełne zdania, długie akapity, bogate, ale nie przesadzone wypowiedzi… Wszystko to dało naprawdę pozytywny obraz książki i pozwoliło mi spędzić przy lekturze kilka miłych chwil. Na plus można zaliczyć również dobry, autentyczny klimat dużego miasta i kancelarii-korporacji, z którą związane są obie bohaterki. Widać wyraźnie, że autorka wie, o czym pisze i robi to z głową.
Mam poczucie, że być może nie uchwyciłam do końca sedna tej książki i stąd wynikają moje sprzeczne odczucia. Przy tak dokładnej kreacji bohaterek zabrakło mi niestety jasnej fabuły, która mogłaby mnie wciągnąć i w jakiś sposób scalić dobrych bohaterów i prawdziwie ukazany świat. Niestety, podczas lektury miałam poczucie, że nie jest to pomysł do końca skrystalizowany i ciągle czegoś mi w tej książce brakowało. Lekturę skończyłam z poczuciem niedosytu, które cały czas gdzieś tam we mnie tkwi, ale mam szczerą nadzieję, że innym się spodoba.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Podczas lektury poznajemy życie dwóch bohaterek, które łączy przyjaźń i pozycja zawodowa, jednak wszystko inne – dzieli. Jedna z nich jest znacznie ładniejsza, druga z kolei dużo bardziej kompetentna; jedna wie, że na sukces trzeba zapracować, druga przywykła, że bez wysiłku dostaje wszystko, czego tylko chce; jedna zaczyna przykładne życie rodzinne i godzi je z pracą, druga natomiast woli szybkie przygody, które przynoszą jej mniejszą lub większą korzyść. Problem tkwi w tym, że żadna z nich nie jest zadowolona z sytuacji życiowej, w której się znajduje, a to, co uważały za element własnej tożsamości, okazało się być ich przekleństwem. Obie będą musiały spojrzeć na swoje życie z dystansu, zweryfikować priorytety i odnaleźć siebie, a następnie przemodelować całe misternie budowane otocznie. Czy znajdą w sobie dość siły do tak drastycznych zmian?
Ciężko mi było napisać cokolwiek o fabule tej książki, bo jest ona dość nieuchwytna, a sam ciąg opisywanych zdarzeń jest tu jedynie tłem dla portretów wspomnianych wyżej bohaterek. Teoretycznie rozgrywa się tutaj akcja w czasie rzeczywistym, jednak absolutnie nie jest ona ani potrzebna, ani ważna – ot, po prostu kilka scen, które ani nie podtrzymują naszej uwagi, ani specjalnie nie mają szansy nas zainteresować. Specyficzna jest także konstrukcja – po krótkim, fabularnym wprowadzeniu otrzymujemy retrospektywną opowieść o historii jednej z bohaterek i od tej pory wątki teraźniejsze oraz przeszłe stale się przeplatają. Obie postaci poznajemy na podstawie ich historii i mamy szansę zrozumieć motywy ich postępowania. Choć bohaterki są silnie osadzone w rzeczywistości, tak naprawdę nie ma ona dla ich losów większego znaczenia.
Rzadko się to zdarza, ale tym razem nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy opowieść przypadła mi do gustu, czy też nie. Książkę odebrałam jako bardzo nierówną, bo zdarzały się momenty, które naprawdę mnie wciągały, by chwilę później inne mocno mnie znużyły; chwilami robiłam sobie nadzieję, że akcja nabierze tempa, co ostatecznie się nie działo. Z drugiej strony bardzo podoba mi się styl autorki – pełne zdania, długie akapity, bogate, ale nie przesadzone wypowiedzi… Wszystko to dało naprawdę pozytywny obraz książki i pozwoliło mi spędzić przy lekturze kilka miłych chwil. Na plus można zaliczyć również dobry, autentyczny klimat dużego miasta i kancelarii-korporacji, z którą związane są obie bohaterki. Widać wyraźnie, że autorka wie, o czym pisze i robi to z głową.
Mam poczucie, że być może nie uchwyciłam do końca sedna tej książki i stąd wynikają moje sprzeczne odczucia. Przy tak dokładnej kreacji bohaterek zabrakło mi niestety jasnej fabuły, która mogłaby mnie wciągnąć i w jakiś sposób scalić dobrych bohaterów i prawdziwie ukazany świat. Niestety, podczas lektury miałam poczucie, że nie jest to pomysł do końca skrystalizowany i ciągle czegoś mi w tej książce brakowało. Lekturę skończyłam z poczuciem niedosytu, które cały czas gdzieś tam we mnie tkwi, ale mam szczerą nadzieję, że innym się spodoba.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
wtorek, 23 lutego 2016
Yrsa Sigurðardóttir – „Pamiętam cię”
Kiedy prawie półtora roku temu miałam przyjemność recenzowania najnowszej książki Yrsy Sigurðardóttir, jeszcze długo pozostawałam pod niesamowitym wrażeniem. Autorka tak umiejętnie łączyła realizm z tym, co nadprzyrodzone, i tak wspaniale budowała klimat, że z miejsca zakochałam się w jej prozie i powzięłam postanowienie przeczytania wszystkich jej tekstów, które dostępne są na polskim rynku. Od tej pory ilekroć natknęłam się na jakąś książkę sygnowaną jej nazwiskiem, od razu ją kupowałam. Tyle dobrego, że w większości przypadków są to pozycje dostępne na wyprzedażach, bo jak dotąd moja fascynacja ograniczała się do zbierania, nie zaś – czytania. Uznałam, że najwyższy czas to zmienić.
Pamiętam cię to książka opisywana przez wydawcę jako horror i faktycznie temu gatunkowi jest najbliższa. Znajdziemy tutaj dwie pozornie całkowicie odrębne historie – z jednej strony obserwujemy poczynania trójki bohaterów, którzy zdecydowali się kupić i wyremontować stary dom w opuszczonej okolicy, z drugiej zaś towarzyszymy psychiatrze, który w zupełnie innej części kraju próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczych aktów wandalizmu. Wszyscy bohaterowie w miarę upływu czasu doświadczają coraz większej liczby niewytłumaczalnych zdarzeń i stają oko w oko nie tylko ze śmiertelnym zagrożeniem teraz, ale także z demonami wyhodowanymi w swoim życiu wiele lat wcześniej.
Tym, co jest niesamowicie ważne dla książki, jest mroczny, duszny klimat – praktycznie od początku do końca mamy tutaj wiele niedopowiedzeń, ale też skrupulatnie budowaną atmosferę grozy. Duże znaczenie odgrywa tu wręcz obsesyjne przywiązanie autorki do przeplatanej narracji, które doprowadza czytelnika do szału – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mówiąc krótko: rozdziały dotyczą albo opuszczonego domu na wyspie, albo poczynań lekarza, perspektywa zmienia się z dokładnością do jednego rozdziału i zawsze, po prostu ZAWSZE, gdy napięcie osiąga punkt kulminacyjny, rozdział się kończy, a my przenosimy się w zupełnie inną scenerię. Taki zabieg niesamowicie potęguje napięcie, wierzcie mi; czasem potrzebowałam chwili i musiałam po prostu odłożyć książkę na bok, a naprawdę nieczęsto mi się to zdarza.
Co do samej fabuły: generalnie podoba mi się pomysł i sposób połączenia wątków – widać zamysł autorki i to, jak dobra jest jego realizacja. Połączenie paranormalnych zdarzeń i realnych wytłumaczeń może nie jest tak wyraźne, jak ma to miejsce w Niechcianych, ale to na pewno ważny aspekt również tej powieści. Z kolei konstrukcja bohaterów do bólu przypomina tych filmowych – mimo że podczas lektury mamy ochotę krzyczeć im do ucha, aby czegoś nie robili, gdzieś nie szli, siedzieli cicho, w wielu momentach odrzucają oni wszelką logikę i idą na spotkanie tego, co tak bardzo ich (i nas) przeraża. Ten element konstrukcji horrorów zawsze mnie irytuje i nie inaczej było w tym przypadku, jednak tutaj dostałam coś w zamian. Otóż bardzo spodobało mi się przedstawienie praktycznie każdej z pojawiających się postaci jako osoby z indywidualną tajemnicą, którą poznajemy dopiero pod sam koniec książki, a która jest kluczowa dla powiązania wątków fabularnych w całość. Pod tym względem wszystko wyszło perfekcyjnie.
Lektura Pamiętam cię utwierdziła mnie w przekonaniu, że proza Yrsy Sigurðardóttir jest tym, co idealnie wpasowuje się w mój gust. Autorka nie sili się na wymyślne opisy i budowanie klimatu obszerną, rozwlekłą narracją; ona woli działać, grać na niedopowiedzeniach i mocnych aspektach. Jest dokładna, metodyczna w swoim działaniu, a każde jej słowo obliczone jest na efekt, który z resztą wywołuje. Już nie mogę się doczekać kolejnych powieści spod jej pióra i w gruncie rzeczy cieszę się, że już je wszystkie mam – dzięki temu mogę sięgnąć po nie, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota.
Pamiętam cię to książka opisywana przez wydawcę jako horror i faktycznie temu gatunkowi jest najbliższa. Znajdziemy tutaj dwie pozornie całkowicie odrębne historie – z jednej strony obserwujemy poczynania trójki bohaterów, którzy zdecydowali się kupić i wyremontować stary dom w opuszczonej okolicy, z drugiej zaś towarzyszymy psychiatrze, który w zupełnie innej części kraju próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczych aktów wandalizmu. Wszyscy bohaterowie w miarę upływu czasu doświadczają coraz większej liczby niewytłumaczalnych zdarzeń i stają oko w oko nie tylko ze śmiertelnym zagrożeniem teraz, ale także z demonami wyhodowanymi w swoim życiu wiele lat wcześniej.
Tym, co jest niesamowicie ważne dla książki, jest mroczny, duszny klimat – praktycznie od początku do końca mamy tutaj wiele niedopowiedzeń, ale też skrupulatnie budowaną atmosferę grozy. Duże znaczenie odgrywa tu wręcz obsesyjne przywiązanie autorki do przeplatanej narracji, które doprowadza czytelnika do szału – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mówiąc krótko: rozdziały dotyczą albo opuszczonego domu na wyspie, albo poczynań lekarza, perspektywa zmienia się z dokładnością do jednego rozdziału i zawsze, po prostu ZAWSZE, gdy napięcie osiąga punkt kulminacyjny, rozdział się kończy, a my przenosimy się w zupełnie inną scenerię. Taki zabieg niesamowicie potęguje napięcie, wierzcie mi; czasem potrzebowałam chwili i musiałam po prostu odłożyć książkę na bok, a naprawdę nieczęsto mi się to zdarza.
Co do samej fabuły: generalnie podoba mi się pomysł i sposób połączenia wątków – widać zamysł autorki i to, jak dobra jest jego realizacja. Połączenie paranormalnych zdarzeń i realnych wytłumaczeń może nie jest tak wyraźne, jak ma to miejsce w Niechcianych, ale to na pewno ważny aspekt również tej powieści. Z kolei konstrukcja bohaterów do bólu przypomina tych filmowych – mimo że podczas lektury mamy ochotę krzyczeć im do ucha, aby czegoś nie robili, gdzieś nie szli, siedzieli cicho, w wielu momentach odrzucają oni wszelką logikę i idą na spotkanie tego, co tak bardzo ich (i nas) przeraża. Ten element konstrukcji horrorów zawsze mnie irytuje i nie inaczej było w tym przypadku, jednak tutaj dostałam coś w zamian. Otóż bardzo spodobało mi się przedstawienie praktycznie każdej z pojawiających się postaci jako osoby z indywidualną tajemnicą, którą poznajemy dopiero pod sam koniec książki, a która jest kluczowa dla powiązania wątków fabularnych w całość. Pod tym względem wszystko wyszło perfekcyjnie.
Lektura Pamiętam cię utwierdziła mnie w przekonaniu, że proza Yrsy Sigurðardóttir jest tym, co idealnie wpasowuje się w mój gust. Autorka nie sili się na wymyślne opisy i budowanie klimatu obszerną, rozwlekłą narracją; ona woli działać, grać na niedopowiedzeniach i mocnych aspektach. Jest dokładna, metodyczna w swoim działaniu, a każde jej słowo obliczone jest na efekt, który z resztą wywołuje. Już nie mogę się doczekać kolejnych powieści spod jej pióra i w gruncie rzeczy cieszę się, że już je wszystkie mam – dzięki temu mogę sięgnąć po nie, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota.
wtorek, 19 stycznia 2016
Katarzyna Bonda – „Florystka”
Przyszedł czas na trzecie i ostatnie (przynajmniej póki co) spotkanie z profilerem Hubertem Meyerem. Przygodę z cyklem zdecydowanie mogę zaliczyć do udanych i będę wspominała bardzo pozytywnie, okazało się bowiem, że proza Katarzyny Bondy trafia również do mnie i potrafi sprawić mi sporo literackich przyjemności. Już między pierwszą i drugą częścią zauważyłam zmianę w stylu autorki, a czy również w trzeciej udało jej się jakoś mnie zaskoczyć?
Po popełnionym błędzie Huber Meyer usunął się w cień – porzucił pracę w policji i wyniósł się na kompletne odludzie. Zaniedbał siebie, wszelkie obowiązki i z każdym dniem marnieje, także jako psycholog. Sytuacja zmienia się, gdy jednego dnia do jego samotni docierają aż trzy osoby, w tym znajomy policjant, który, jak się okazuje, potrzebuje pomocy profilera. W Białymstoku zaginęła dość specyficzna dziewczyna, a policjantom brak jakiegokolwiek tropu – nie ma ani ciała, ani żądania okupu, ani śladów, które mogłyby wskazywać na ucieczkę. Sprawa jest ewidentnie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać...
Wielką przyjemnością jest patrzenie, jak z każdą kolejną częścią rozwija się pisarski warsztat autora, a tak właśnie jest w przypadku Katarzyny Bondy. Poznając cykl o Meyerze widziałam bezpośrednio, że jest coraz lepiej, a w części trzeciej autorka doszła do punktu, który mnie zachwycił. Florystka jest idealnie pomiędzy Tylko martwi nie kłamią a Pochłaniaczem i jest to zdecydowanie ten punkt, który dla mnie jest w sam raz – z jednej strony mamy tutaj bardzo dopracowany styl i odejście od typowej fabularnej sztampy (którą lekko trącił początek serii o Meyerze), z drugiej zaś wątki nie są jeszcze tak przesadnie rozbudowane i skomplikowane jak w przypadku cyklu o Saszy Załuskiej. Florystka to zdecydowanie kryminał z tych bogatszych – ma dużo osi akcji, a autorka bardzo mocno wodzi nas za nos – jednak nie ma szans, żebyśmy się w tym świecie pogubili czy też odłożyli książkę z powodu skrajnego znudzenia. Wręcz przeciwnie – mnogość hipotez i możliwych opcji cały czas podtrzymuje nasze zainteresowanie.
Opowieść obejmuje również szerokie aspekty społeczne – w pewnym momencie miałam wrażenie, że praktycznie każdy mieszkaniec Białegostoku może być w to zamieszany. Bardzo podobało mi się tło, na jakie zdecydowała się autorka, a więc otoczkę związaną z zawodami artystycznymi. Praca florystki i harfistki, sztuka i muzyka... to nie tylko puste informacje, mające na celu zwiększyć liczbę danych; Katarzyna Bonda stworzyła z tych elementów nieodzowną część fabuły i za ich pośrednictwem zdefiniowała niektórych bohaterów. Udało jej się dzięki temu stworzyć klimat i pewną specyfikę, którą już zawsze będę kojarzyła z tą powieścią. Udał się również motyw choroby psychicznej, zarówno po stronie wewnętrznych przeżyć bohaterki, jak i zewnętrznego obrazu jej zachowania. To drobne elementy, jednak w ogólnym rozrachunku bardzo podnoszące wartość książki.
Gdybym mogła wybierać, bardzo chciałabym pozostać w świecie takich kryminałów, jakie reprezentuje Florystka – bogatych, ale nie nudnych; skomplikowanych, ale nie zniechęcających. Odkrywanie poszczególnych elementów sprawy dało mi dużo satysfakcji i całkowicie mnie pochłonęło; zatraciłam się w książce na długie godziny zapominając o całym świecie. Akcja może nie grała do przodu z prędkością światła, ale poszczególne jej elementy były dobrze przemyślane i trafiały idealnie w punkt, rozwijając fabułę i podbijając moje zainteresowanie. To naprawdę interesująca książka, którą śmiało mogę polecić wszystkim fanom kryminałów.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Po popełnionym błędzie Huber Meyer usunął się w cień – porzucił pracę w policji i wyniósł się na kompletne odludzie. Zaniedbał siebie, wszelkie obowiązki i z każdym dniem marnieje, także jako psycholog. Sytuacja zmienia się, gdy jednego dnia do jego samotni docierają aż trzy osoby, w tym znajomy policjant, który, jak się okazuje, potrzebuje pomocy profilera. W Białymstoku zaginęła dość specyficzna dziewczyna, a policjantom brak jakiegokolwiek tropu – nie ma ani ciała, ani żądania okupu, ani śladów, które mogłyby wskazywać na ucieczkę. Sprawa jest ewidentnie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać...
Wielką przyjemnością jest patrzenie, jak z każdą kolejną częścią rozwija się pisarski warsztat autora, a tak właśnie jest w przypadku Katarzyny Bondy. Poznając cykl o Meyerze widziałam bezpośrednio, że jest coraz lepiej, a w części trzeciej autorka doszła do punktu, który mnie zachwycił. Florystka jest idealnie pomiędzy Tylko martwi nie kłamią a Pochłaniaczem i jest to zdecydowanie ten punkt, który dla mnie jest w sam raz – z jednej strony mamy tutaj bardzo dopracowany styl i odejście od typowej fabularnej sztampy (którą lekko trącił początek serii o Meyerze), z drugiej zaś wątki nie są jeszcze tak przesadnie rozbudowane i skomplikowane jak w przypadku cyklu o Saszy Załuskiej. Florystka to zdecydowanie kryminał z tych bogatszych – ma dużo osi akcji, a autorka bardzo mocno wodzi nas za nos – jednak nie ma szans, żebyśmy się w tym świecie pogubili czy też odłożyli książkę z powodu skrajnego znudzenia. Wręcz przeciwnie – mnogość hipotez i możliwych opcji cały czas podtrzymuje nasze zainteresowanie.
Opowieść obejmuje również szerokie aspekty społeczne – w pewnym momencie miałam wrażenie, że praktycznie każdy mieszkaniec Białegostoku może być w to zamieszany. Bardzo podobało mi się tło, na jakie zdecydowała się autorka, a więc otoczkę związaną z zawodami artystycznymi. Praca florystki i harfistki, sztuka i muzyka... to nie tylko puste informacje, mające na celu zwiększyć liczbę danych; Katarzyna Bonda stworzyła z tych elementów nieodzowną część fabuły i za ich pośrednictwem zdefiniowała niektórych bohaterów. Udało jej się dzięki temu stworzyć klimat i pewną specyfikę, którą już zawsze będę kojarzyła z tą powieścią. Udał się również motyw choroby psychicznej, zarówno po stronie wewnętrznych przeżyć bohaterki, jak i zewnętrznego obrazu jej zachowania. To drobne elementy, jednak w ogólnym rozrachunku bardzo podnoszące wartość książki.
Gdybym mogła wybierać, bardzo chciałabym pozostać w świecie takich kryminałów, jakie reprezentuje Florystka – bogatych, ale nie nudnych; skomplikowanych, ale nie zniechęcających. Odkrywanie poszczególnych elementów sprawy dało mi dużo satysfakcji i całkowicie mnie pochłonęło; zatraciłam się w książce na długie godziny zapominając o całym świecie. Akcja może nie grała do przodu z prędkością światła, ale poszczególne jej elementy były dobrze przemyślane i trafiały idealnie w punkt, rozwijając fabułę i podbijając moje zainteresowanie. To naprawdę interesująca książka, którą śmiało mogę polecić wszystkim fanom kryminałów.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
sobota, 19 grudnia 2015
Katarzyna Bonda – „Tylko martwi nie kłamią”
Po lekturze pierwszej części cyklu o Hubercie Meyerze miałam mieszane odczucia, jednak z przewagą tych „na plus” – kryminał był prosty i schematyczny, jednak przyjemny w odbiorze i ciekawy. Na podobny (a może nawet lepszy?) efekt liczyłam w przypadku tomu drugiego. Właściwie dostałam to, czego sama chciałam…
Tym razem policji (w tym profilerowi) przychodzi zmierzyć się ze sprawą śmierci śmieciowego barona. Choć po pierwszym rekonesansie wszystko wskazuje na to, że morderstwo mogło dotyczyć obszarów zawodowych, uwagę śledczych zwraca fakt, jak wielu świadków zdaje się kłamać. Stopniowo na jaw wychodzą kolejne fakty, sprawa okazuje się być dużo bardziej zawiła niż na początku sądzono, a jej korzenie sięgają wielu lat wstecz. Czy komisarzom uda się poskładać w całość wszystkie elementy tej skomplikowanej układanki?
Drugi tom cyklu jest dłuższy niż pierwszy i niestety wkraczają do niego te elementy, które sprawiały mi trudność w przypadku Pochłaniacza – więcej jest przesłuchań, obyczajowych analiz i wstawek z prywatnego życia głównych bohaterów, niż faktycznej kryminalnej akcji. Wiele pojawiających się w ten sposób informacji jest cennych, to fakt, jednak zdarzają się również takie, które nie wnoszą do fabuły absolutnie nic. Co gorsza niektóre treści są kilkukrotnie powtarzane, a w przypadku kilka scen czytelnikowi zafundowane zostaje zwyczajne déjà vu, w rezultacie czego w którymś momencie stajemy się zmęczeni. W tamtym czasie autorka nie miała jeszcze tak pewnej ręki do splatania wydarzeń i choć w Tylko martwi nie kłamią realizuje wiele dobrych pomysłów fabularnych, efekt nie zawsze jest idealny.
Jeszcze jeden aspekt pozostawił u mnie dość nieprzyjemne wrażenie, mianowicie – stereotypy. Gdy operują nimi bohaterowie, czy to w myślach, czy bezpośrednich wypowiedziach, nie ma najmniejszego problemu – to forma wyrazu nadająca im cech charakterystycznych i w pewien sposób ułatwiająca ocenę. Jeśli jednak stereotypowe myślenie jest charakterystyczne dla narratora, zaczyna mnie to kłuć w oczy. W Tylko martwi nie kłamią ma miejsce właśnie taka sytuacja – są tu ujawnione poglądy, z którymi po prostu nie mogę się zgodzić.
Pomijając te elementy książka wypada podobnie jak Sprawa Niny Frank – jest w stanie sprawić czytelnikowi przyjemność podczas lektury. Ze względu na szersze omówienie wątków (zarówno tych związanych ze śledztwem, jak i obyczajowych) czyta się ją wolniej, ale jest też zdecydowanie mniej przewidywalna. Może nie ma tu jeszcze klasycznego wodzenia czytelnika za nos, ale są początki mocnej, wielopłaszczyznowej fabuły. Autorce nie można również odmówić dobrego pióra (choć po cyklu o Saszy Załuskiej widać, że stale się w tym względzie rozwija), a także świetnego przygotowania technicznego, które ma swoje odzwierciedlenie we wszelkich opisach miejsc zbrodni i charakterystyce policyjnej pracy.
Najwyraźniej kolejny raz dane mi będzie pozostać po lekturze książki z odczuciami ambiwalentnymi. Lubię cykl o Meyerze, bo główny bohater do mnie przemawia, a i inne postaci są wyraziste i ciekawe. Poza tym czyta się świetnie, nawet jeśli momentami możemy poczuć się znużeni czy zirytowani. Ciekawa jestem, jak sprawdzi się finał serii, czyli Florystka, chyba najbardziej chwalona część. Mam wielką nadzieję, że tym razem skończę czytanie zachwycona.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Tym razem policji (w tym profilerowi) przychodzi zmierzyć się ze sprawą śmierci śmieciowego barona. Choć po pierwszym rekonesansie wszystko wskazuje na to, że morderstwo mogło dotyczyć obszarów zawodowych, uwagę śledczych zwraca fakt, jak wielu świadków zdaje się kłamać. Stopniowo na jaw wychodzą kolejne fakty, sprawa okazuje się być dużo bardziej zawiła niż na początku sądzono, a jej korzenie sięgają wielu lat wstecz. Czy komisarzom uda się poskładać w całość wszystkie elementy tej skomplikowanej układanki?
Drugi tom cyklu jest dłuższy niż pierwszy i niestety wkraczają do niego te elementy, które sprawiały mi trudność w przypadku Pochłaniacza – więcej jest przesłuchań, obyczajowych analiz i wstawek z prywatnego życia głównych bohaterów, niż faktycznej kryminalnej akcji. Wiele pojawiających się w ten sposób informacji jest cennych, to fakt, jednak zdarzają się również takie, które nie wnoszą do fabuły absolutnie nic. Co gorsza niektóre treści są kilkukrotnie powtarzane, a w przypadku kilka scen czytelnikowi zafundowane zostaje zwyczajne déjà vu, w rezultacie czego w którymś momencie stajemy się zmęczeni. W tamtym czasie autorka nie miała jeszcze tak pewnej ręki do splatania wydarzeń i choć w Tylko martwi nie kłamią realizuje wiele dobrych pomysłów fabularnych, efekt nie zawsze jest idealny.
Jeszcze jeden aspekt pozostawił u mnie dość nieprzyjemne wrażenie, mianowicie – stereotypy. Gdy operują nimi bohaterowie, czy to w myślach, czy bezpośrednich wypowiedziach, nie ma najmniejszego problemu – to forma wyrazu nadająca im cech charakterystycznych i w pewien sposób ułatwiająca ocenę. Jeśli jednak stereotypowe myślenie jest charakterystyczne dla narratora, zaczyna mnie to kłuć w oczy. W Tylko martwi nie kłamią ma miejsce właśnie taka sytuacja – są tu ujawnione poglądy, z którymi po prostu nie mogę się zgodzić.
Pomijając te elementy książka wypada podobnie jak Sprawa Niny Frank – jest w stanie sprawić czytelnikowi przyjemność podczas lektury. Ze względu na szersze omówienie wątków (zarówno tych związanych ze śledztwem, jak i obyczajowych) czyta się ją wolniej, ale jest też zdecydowanie mniej przewidywalna. Może nie ma tu jeszcze klasycznego wodzenia czytelnika za nos, ale są początki mocnej, wielopłaszczyznowej fabuły. Autorce nie można również odmówić dobrego pióra (choć po cyklu o Saszy Załuskiej widać, że stale się w tym względzie rozwija), a także świetnego przygotowania technicznego, które ma swoje odzwierciedlenie we wszelkich opisach miejsc zbrodni i charakterystyce policyjnej pracy.
Najwyraźniej kolejny raz dane mi będzie pozostać po lekturze książki z odczuciami ambiwalentnymi. Lubię cykl o Meyerze, bo główny bohater do mnie przemawia, a i inne postaci są wyraziste i ciekawe. Poza tym czyta się świetnie, nawet jeśli momentami możemy poczuć się znużeni czy zirytowani. Ciekawa jestem, jak sprawdzi się finał serii, czyli Florystka, chyba najbardziej chwalona część. Mam wielką nadzieję, że tym razem skończę czytanie zachwycona.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
czwartek, 26 listopada 2015
Amanda Maciel – „Tease”
Czasem zdarza się tak, że choć z reguły nie sięgamy po książki na dany temat, gdy już zaczniemy, nagle na naszej drodze pojawia się ich kilka pod rząd. U mnie takie zjawisko ma miejsce dość często, a tym razem dotyczy wątku samobójstwa wśród młodzieży. Po rewelacyjnych Trzynastu powodach sięgnęłam po książkę dużo nowszą, która do tej pory zebrała całkiem sporo opinii. Większość z tych, które czytałam, oceniała ją jako przeciętną. A jakie jest moje zdanie?
W Tease specyficzna jest już sama konstrukcja – otóż czytelnik patrzy na świat i prezentowaną sytuację z perspektywy oprawcy. Narratorką opowieści jest Sara, jedna z czworga nastolatków, przeciwko którym toczy się postępowanie po tym, jak ich szkolna koleżanka popełniła samobójstwo. Są podejrzani o znęcanie się, z reszta nie pierwszy raz, bo wcześniej wielokrotnie lądowali na dyrektorskim dywaniku w związku z kolejnymi ekscesami, jakie dotykały Emmę. Dzięki takiej perspektywie mamy okazję pochylić się nad rzeczywistymi przyczynami sytuacji, poznać motywy tych, którzy dręczą innych, a także zaobserwować, jak wygląda druga strona podobnych konfliktów.
Historię poznajemy z dwóch perspektyw czasowych – teraźniejszości oraz przeszłości. Z jednej strony możemy śledzić wydarzenia, które miały miejsce od czasu, gdy dziewczęta zainteresowały się Emmą, z drugiej zaś mamy okazję na bieżąco śledzić zmiany, jakie zachodzą w myśleniu Sary w trakcie procesu. Moim zdaniem jest to zabieg dobry – przeskoki czasowe są oznaczone wyraźnie i nie musimy się zastanawiać, o którym z aspektów mowa, a zdecydowanie łatwiej jest przyjąć i spróbować zrozumieć postępowanie bohaterki, gdy patrzy się na nie z dwóch niezależnych stron.
Sama postać wywołuje w czytelniku emocje właściwie od pierwszej strony – warto wspomnieć, że są to głównie odczucia negatywne. Patrząc na jej egoizm, znieczulicę i upór trudno wykrzesać z siebie choć odrobinę zrozumienia i stan ten niestety nie ulega zmianie wraz z ujawnianiem kolejnych faktów (a przynajmniej nie uległ w moim przypadku). Z drugiej strony wiele można Sarze zarzucić, ale z pewnością nie jest postacią jednowymiarową – obserwując jej poczynania widzimy różne jej oblicza i sposoby zachowania; ujawnione zostają nam emocje, jakie przeżywała i część motywów, które nią kierowały. Widzimy rozwój konfliktu i to, jak się zmieniał, jak napędzała się machina przemocy; dostrzegamy też wszystkie czynniki zewnętrzne, za równo po stronie samej ofiary, jak i otoczenia Sary. Mamy szansę ją zrozumieć, choć trudno znaleźć usprawiedliwienie dla jej zachowania.
Nie jestem przekonana, czy Tease może nieść ze sobą wartość terapeutyczną czy służyć jako świetny przykład, ale jego znajomość zarówno wśród młodzieży, jak i dorosłych, może przynieść pewne pozytywne skutki. Jestem zwolenniczką konfrontowania młodych ludzi z dalekosiężnymi skutkami ich działań i zachęcania ich do przyjmowania szerszej perspektywy. Książka taka jak ta, przygotowana na zajęcia (choć mówię tu raczej o godzinie wychowawczej niż języku polskim) mogłaby być dla nauczycieli świetnym przyczynkiem do rozpoczęcia dyskusji nad problemem winy i kary, odpowiedzialności i sprawiedliwości. Wydaje mi się, że wielu młodych ludzi nie próbuje w ogóle przewidywać, co może przynieść ich postępowanie, a warto jest nad tym nawykiem pracować.
Przyzwyczajona do innej perspektywy mam tak naprawdę tylko jeden zarzut – zbyt mało wiemy tu o Emmie. Gdyby okazała się być jedynie prostą, niewinną ofiarą, przyjęłabym to bez szemrania, bo i nie byłoby nad czym się rozwodzić, jednak z powieści Amandy Maciel wyłania się obraz bohaterki niejednoznacznej i z pewnością trudnej. Wydaje mi się, że pokazanie szerzej jej postępowania mogłoby przynieść ciekawą konfrontację z postacią Sary – w czym dziewczęta były podobne, w czym różne, czy istniało jakiekolwiek pole, na którym mogły się porozumieć? Poza tym w świetle danych, które poznajemy w toku książki, naprawdę ciekawi mnie sytuacja i motywy bohaterki; chciałabym się dowiedzieć, co nią kierowało (nie tylko podczas decyzji o samobójstwie, ale też wcześniej, bo jej zachowanie zdaje się również nie do końca mieścić w normie).
Podsumowując Tease jako całość powiem, że jak dla mnie jest to książka cenna i wartościowa. Choć można by napisać ją lepiej, zdecydowanie nie jest źle – czyta się ją płynnie, szybko, wzbudza emocje i operuje przynajmniej jedną dobrze nakreśloną postacią. Porusza też ważny temat – myślę, że wielu młodym ludziom przydałaby się konfrontacja z jej treścią. Osobiście absolutnie nie żałuję, że udało mi się ją przeczytać.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
poniedziałek, 9 listopada 2015
Katarzyna Bonda – „Sprawa Niny Frank”
Spokój jednej z nadbużańskich wsi mąci pewne tragiczne wydarzenie – w starym dworku listonosz znajduje ciało znanej aktorki; kobieta została zgwałcona i brutalnie okaleczona. Kto mógł dopuścić się takiej zbrodni? Czy odtwórczyni roli zakonnicy w popularnym serialu mogła w ogóle mieć wrogów? Sprawą zajmuje się psycholog śledczy Hubert Meyer, dla którego wyjazd na wieś ma być przede wszystkim przymusowym odpoczynkiem od problemów codzienności…
Historia opowiadana jest z kilku perspektyw – w czasie rzeczywistym wraz z narratorem towarzyszymy profilerowi i innym komisarzom w przeprowadzaniu czynności związanych ze śledztwem, a główna oś fabularna przeplatana jest pierwszoosobowymi wypowiedziami zarówno sprawcy, jak i ofiary. Zwłaszcza wypowiedzi aktorki wiele wnoszą do sprawy, opowiada ona bowiem swoją historię od samego początku, a kolejne fakty poznajemy z jej perspektywy równolegle z informacjami pojawiającymi się w toku śledztwa. Równowaga pomiędzy poszczególnymi elementami opowieści jest zachowana, a rozdziały wzajemnie się uzupełniają. Ma to swoje przełożenie również na stronę techniczną powieści – bardzo podobały mi się momenty, w których ta sama fraza kończyła jeden rozdział i rozpoczynała kolejny, oczywiście w zupełnie innym kontekście fabularnym; takie drobiazgi pokazują, jak doskonale przemyślana jest fabuła.
Jeśli chodzi o samą treść – nie znajdziemy tu niczego niezwykłego. Postać Huberta Meyera to raczej wariacja na temat klasycznego ukazania śledczego jako człowieka silnego, zapracowanego, pogubionego i pełnego osobistych problemów. Profiler jest inteligentny, ale brak mu jakiegokolwiek indywidualnego rysu (mam nadzieję, że w miarę upływy kolejnych tomów będziemy poznawali go coraz lepiej). Nieco pełniej skonstruowana i ukazana jest ofiara – poznajemy dokładnie jej przeszłość, historię i wszystkie przyczyny stanu psychicznego. Kolejny pozytyw to wątek mitologiczny przeniesiony na losy denatki; ten aspekt podobał mi się najbardziej, bo ujęty był bardzo zgrabnie i ciekawie. Dodatkowym smaczkiem są z pewnością szczegółowo opisane kulisy pracy profilera – tutaj Bonda pokazała charakterystyczną dla siebie skrupulatność i profesjonalizm, dostarczając nam sporo rzetelnej i autentycznej wiedzy.
Porównując lekturę Sprawy Niny Frank do mojego poprzedniego spotkania z twórczością autorki, jestem zdecydowanie zadowolona – w moim mniemaniu ta książka wypada dużo lepiej niż Pochłaniacz. Literacki debiut Bondy to kryminał poprawny i zwyczajny, który może nie zaskakuje, ale zapewnia rozrywkę na dobrym i pewnym poziomie. Cała historia – zarówno wątek aktorki, jak i życie prywatne komisarza – mieści się idealnie w schemacie, na którym opiera się większość autorów kryminałów. Dla mnie to rozwiązanie bezpieczne, nie przysłaniające istoty gatunku. Nie musiałam wyławiać zagadki z morza wątków obyczajowych, nie przysypiałam i nie tonęłam w powodzi personaliów bohaterów; po prostu zatraciłam się w zagadce, a każdą drogę do jej odkrycia przyjmowałam z wielką radością i zainteresowaniem.
Cieszę się, że mam już w domu także pozostałe książki z serii o Hubercie Meyerze, bo moja przygoda ze Sprawą Niny Frank była doświadczeniem jak najbardziej pozytywnym. Polubiłam głównego bohatera i z chęcią poczytam, jak poradzi sobie z innymi sprawami.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA
Historia opowiadana jest z kilku perspektyw – w czasie rzeczywistym wraz z narratorem towarzyszymy profilerowi i innym komisarzom w przeprowadzaniu czynności związanych ze śledztwem, a główna oś fabularna przeplatana jest pierwszoosobowymi wypowiedziami zarówno sprawcy, jak i ofiary. Zwłaszcza wypowiedzi aktorki wiele wnoszą do sprawy, opowiada ona bowiem swoją historię od samego początku, a kolejne fakty poznajemy z jej perspektywy równolegle z informacjami pojawiającymi się w toku śledztwa. Równowaga pomiędzy poszczególnymi elementami opowieści jest zachowana, a rozdziały wzajemnie się uzupełniają. Ma to swoje przełożenie również na stronę techniczną powieści – bardzo podobały mi się momenty, w których ta sama fraza kończyła jeden rozdział i rozpoczynała kolejny, oczywiście w zupełnie innym kontekście fabularnym; takie drobiazgi pokazują, jak doskonale przemyślana jest fabuła.
Jeśli chodzi o samą treść – nie znajdziemy tu niczego niezwykłego. Postać Huberta Meyera to raczej wariacja na temat klasycznego ukazania śledczego jako człowieka silnego, zapracowanego, pogubionego i pełnego osobistych problemów. Profiler jest inteligentny, ale brak mu jakiegokolwiek indywidualnego rysu (mam nadzieję, że w miarę upływy kolejnych tomów będziemy poznawali go coraz lepiej). Nieco pełniej skonstruowana i ukazana jest ofiara – poznajemy dokładnie jej przeszłość, historię i wszystkie przyczyny stanu psychicznego. Kolejny pozytyw to wątek mitologiczny przeniesiony na losy denatki; ten aspekt podobał mi się najbardziej, bo ujęty był bardzo zgrabnie i ciekawie. Dodatkowym smaczkiem są z pewnością szczegółowo opisane kulisy pracy profilera – tutaj Bonda pokazała charakterystyczną dla siebie skrupulatność i profesjonalizm, dostarczając nam sporo rzetelnej i autentycznej wiedzy.
Porównując lekturę Sprawy Niny Frank do mojego poprzedniego spotkania z twórczością autorki, jestem zdecydowanie zadowolona – w moim mniemaniu ta książka wypada dużo lepiej niż Pochłaniacz. Literacki debiut Bondy to kryminał poprawny i zwyczajny, który może nie zaskakuje, ale zapewnia rozrywkę na dobrym i pewnym poziomie. Cała historia – zarówno wątek aktorki, jak i życie prywatne komisarza – mieści się idealnie w schemacie, na którym opiera się większość autorów kryminałów. Dla mnie to rozwiązanie bezpieczne, nie przysłaniające istoty gatunku. Nie musiałam wyławiać zagadki z morza wątków obyczajowych, nie przysypiałam i nie tonęłam w powodzi personaliów bohaterów; po prostu zatraciłam się w zagadce, a każdą drogę do jej odkrycia przyjmowałam z wielką radością i zainteresowaniem.
Cieszę się, że mam już w domu także pozostałe książki z serii o Hubercie Meyerze, bo moja przygoda ze Sprawą Niny Frank była doświadczeniem jak najbardziej pozytywnym. Polubiłam głównego bohatera i z chęcią poczytam, jak poradzi sobie z innymi sprawami.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA
Sprawa Niny Frank | Tylko martwi nie kłamią | Florystka
wtorek, 19 maja 2015
Pierre Lemaitre - "Koronkowa robota" [recenzja przedpremierowa]
Gdy niemal rok temu miałam przyjemność recenzować Ofiarę, trzecią część cyklu o Camille'u Verhoevenie, polscy czytelnicy nie mieli pewności, czy kiedykolwiek będą mieli okazję poznać początki tej historii. Na szczęście wydawnictwo Muza zdecydowało się na publikację pierwszego tomu, a ja z nieskrywaną radością od razu ustawiłam się w kolejce tych, którzy chcieli ją jak najszybciej poznać. Oczekiwania miałam spore, ale, jak się okazało, nie bezpodstawne - lektura okazała się naprawdę niesamowitą przyjemnością.
Paryska policja kryminalna musi stawić czoła sprawie trudnej i makabrycznej - w luksusowo urządzonym apartamencie odnalezione zostają dwa ciała, a ich stan przyprawia o mdłości nawet najbardziej wygadanych techników; praktycznie nie ma czego zbierać. Na domiar złego sprawca zostawił pewien charakterystyczny ślad, który automatycznie łączy go z inną zbrodnią... Na czele zespołu śledczych staje Camille Verhoeven, specyficzny policjant, który po wielu latach psychicznych trudności wreszcie zdołał ułożyć sobie życie - ma wspaniałą żonę, która niebawem urodzi mu pierwsze dziecko. Tylko czy komisarz nie poświęca swojej rodzinie zbyt mało czasu i uwagi?
Tym, co poprzednim razem zwróciło moją uwagę w powieści Lemaitre'a, były niezwykle plastyczne opisy zbrodni, agonii ofiary; byłam zatem względnie przygotowana na to, co mogę zastać w Koronkowej robocie. Jak się okazało, nie do końca - przy scenie opisującej miejsce zbrodni musiałam zrobić krótką pauzę, tak dokładnie zostało odwzorowane. Zdecydowanie nie jest to książka dla osób o słabych nerwach, a i tym zaprawionym w bojach przyda się metoda wyłączania uwagi. Co ciekawe, brutalny opis nie odbiera nam przyjemności płynącej z lektury, wręcz przeciwnie - jest odpowiednio okrutny i świetnie wpasowuje się w ogólny poziom tekstu.
Zasada świetnego wyważenia sprawdza się również w kwestii języka. Praktycznie przez cały tekst jest to mowa piękna, wysoka, bardzo bogata, jednak absolutnie nie odczuwa się tu przesytu. Główny bohater ma duszę artysty, a taki sposób wypowiedzi wspaniale współgra z tym aspektem jego charakteru. Same postaci również można uznać za wielki plus powieści - każda z nich, nawet drugoplanowa, posiada pewien charakterystyczny rys, czyniący z niej indywidualność. Główni bohaterowie z to z kolei postaci złożone i wielowymiarowe, posiadające ciekawą historię. Próżno tu szukać papierowych marionetek czy bezpłciowości - kreacje uczestników zdarzeń, podobnie jak sama akcja, wykreowane są na najwyższym poziomie.
Jeśli lubicie dobrze skonstruowane kryminały, fascynują Was ciekawe postaci i nie boicie się mocnych scen, Lemaitre będzie dla Was idealny. Sama jestem tu zachwycona absolutnie wszystkim - od misternie skonstruowanej fabuły, aż po język i plastyczność opisu. Koronkowa robota to książka wysokiej klasy, choć oczywiście należąca do gatunku literatury popularnej; jej lektura jest prawdziwą przyjemnością. Oprócz wymienionych wyżej zalet warto wspomnieć o jeszcze jednej, niesamowicie istotnej - książka Lemaitre'a to przede wszystkim świetny kryminał. Mimo wykorzystania schematów, autorowi udało się stworzyć historię, która wciąga, angażuje emocjonalnie i zwodzi czytelnika. Określiłabym to jako mistrzostwo.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Premiera 20 maja!
Fawn Weaver - "Klub szczęśliwych żon" [recenzja przedpremierowa]
Nietrudno zauważyć, jaki styl funkcjonowania w związku jest dzisiaj promowany - coraz częściej ludzie zwyczajnie się rozstają, zamiast podejmować działania, które mogłyby pomóc w odbudowaniu ich relacji. Są jednak osoby, które chcą żyć inaczej i wychodzą na przeciw opisywanej tendencji; jedną z nich jest Amerykanka Fawn Weaver, która postanowiła pokazać innym, że zbudowanie szczęśliwego, długoletniego związku jest w zasięgu ich możliwości. Zakładając Happy Wives Club miała tylko zarys idei, z którą chciałaby być kojarzona; nie spodziewała się, jak wielką skalę osiągnie już po kilku latach.
Klub szczęśliwych żon to owoc pracy Fawn, która nie pozostaje tylko biernym moderatorem swojej strony internetowej. Amerykanka czynnie uczestniczy w życiu klubowym, a książka jest zapisem jej doświadczeń związanych z podróżami po świecie i odwiedzaniem kolejnych członkiń. Znajdziemy tutaj rozdziały poświęcone wizytom na wszystkich kontynentach, a w każdym z nich opisane są historie całej rzeszy szczęśliwych par. Książka ma konwencję wspomnień z wakacji, w których autorka serwuje nam konkretne sceny - czy to związane z jej funkcjonowaniem, czy z opowieściami konkretnych rozmówców.
Jeśli chodzi o treść, szczególnie ważny jest jeden aspekt - nie ma tutaj moralizatorstwa czy frazesów charakterystycznych dla amerykańskich (i w sumie nie tylko) poradników. Fawn Weaver opowiada nam po prostu ludzkie życie, dokładnie w taki sposób, jak zostało przedstawione to jej. Poznajemy historie par, którym udało się przejść przez przeciwności, żon, które w swoich głowach poskładały małżeństwo i czują się w tym stanie najszczęśliwsze na świecie. Ta książka to zbiór różnorodnych prawd na temat związków. Czytelnik ma okazję zaobserwować, jak różne mogą być drogi do sukcesu i jego definicje - jest tu ogromna ilość bohaterów, a każdy z nich odbiera sytuację małżeństwa w inny, cudownie indywidualny sposób.
Jest jeszcze jednak piękna funkcja, jaką spełnia zarówno Happy Wives Club, jak i częściowo opisywana książka - to funkcja społeczna. W dawnych czasach (ha, ha) kobiety spotykały się i rozmawiały, wymieniały się doświadczeniami i w ten sposób sprawniej radziły sobie z problemami w domu. Dziś coraz rzadziej sięgamy po opinie innych, dążymy do samodzielności i niejednokrotnie ciężko jest nam uzyskać informację zwrotną tak pełną, jaką byłaby ta z "kobiecego kręgu". Tutaj natomiast otrzymujemy dokładnie taką prawdziwą, życiową opowieść o problemach uniwersalnych dla żon z całego świata. To piękne i szalenie kobiece!
Jestem pod wrażeniem pomysłu autorki i pracy, jaką wykonuje, aby realizować misję, która powstała w jej głowie. W dobie seryjnej monogamii, związków na chwilę i rosnącej liczby rozwodów Klub Szczęśliwych Żon jest ruchem wspaniałym, przynajmniej w moim odczuciu, bo pokazuje, że szczęście jest w zasięgu każdego z nas. Książka jest opowieścią ciekawą, przyjemną w odbiorze, barwną i inspirującą - z pewnością nie raz będę chciała do niej wrócić, tym bardziej że energia autorki i jej sposób przekazu są po prostu niesamowite.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Premiera 20 maja!
Klub szczęśliwych żon to owoc pracy Fawn, która nie pozostaje tylko biernym moderatorem swojej strony internetowej. Amerykanka czynnie uczestniczy w życiu klubowym, a książka jest zapisem jej doświadczeń związanych z podróżami po świecie i odwiedzaniem kolejnych członkiń. Znajdziemy tutaj rozdziały poświęcone wizytom na wszystkich kontynentach, a w każdym z nich opisane są historie całej rzeszy szczęśliwych par. Książka ma konwencję wspomnień z wakacji, w których autorka serwuje nam konkretne sceny - czy to związane z jej funkcjonowaniem, czy z opowieściami konkretnych rozmówców.
Jeśli chodzi o treść, szczególnie ważny jest jeden aspekt - nie ma tutaj moralizatorstwa czy frazesów charakterystycznych dla amerykańskich (i w sumie nie tylko) poradników. Fawn Weaver opowiada nam po prostu ludzkie życie, dokładnie w taki sposób, jak zostało przedstawione to jej. Poznajemy historie par, którym udało się przejść przez przeciwności, żon, które w swoich głowach poskładały małżeństwo i czują się w tym stanie najszczęśliwsze na świecie. Ta książka to zbiór różnorodnych prawd na temat związków. Czytelnik ma okazję zaobserwować, jak różne mogą być drogi do sukcesu i jego definicje - jest tu ogromna ilość bohaterów, a każdy z nich odbiera sytuację małżeństwa w inny, cudownie indywidualny sposób.
Jest jeszcze jednak piękna funkcja, jaką spełnia zarówno Happy Wives Club, jak i częściowo opisywana książka - to funkcja społeczna. W dawnych czasach (ha, ha) kobiety spotykały się i rozmawiały, wymieniały się doświadczeniami i w ten sposób sprawniej radziły sobie z problemami w domu. Dziś coraz rzadziej sięgamy po opinie innych, dążymy do samodzielności i niejednokrotnie ciężko jest nam uzyskać informację zwrotną tak pełną, jaką byłaby ta z "kobiecego kręgu". Tutaj natomiast otrzymujemy dokładnie taką prawdziwą, życiową opowieść o problemach uniwersalnych dla żon z całego świata. To piękne i szalenie kobiece!
Jestem pod wrażeniem pomysłu autorki i pracy, jaką wykonuje, aby realizować misję, która powstała w jej głowie. W dobie seryjnej monogamii, związków na chwilę i rosnącej liczby rozwodów Klub Szczęśliwych Żon jest ruchem wspaniałym, przynajmniej w moim odczuciu, bo pokazuje, że szczęście jest w zasięgu każdego z nas. Książka jest opowieścią ciekawą, przyjemną w odbiorze, barwną i inspirującą - z pewnością nie raz będę chciała do niej wrócić, tym bardziej że energia autorki i jej sposób przekazu są po prostu niesamowite.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Premiera 20 maja!
czwartek, 9 kwietnia 2015
Paulina Klepacz - "Daj mi więcej"
Pola i Tomek znają się od lat – jeszcze jako nastolatkowie odnaleźli siebie gdzieś na ulicach rodzinnego Miasteczka i od tej pory pozostają nierozłączni. Razem wyjechali do Miasta na studia (te humanistyczne; może nie przyszłościowe, ale za to naznaczone wolnością), zamieszkali i planowali iść przez życie. Obojgu jednak przyjdzie zmierzyć się ze współczesną rzeczywistością – wpadają w szpony wyborów, karierowiczostwa i dzisiejszej miejskiej bohemy; oboje muszą odnaleźć tożsamość wśród mnogości dostępnych dróg i opcji rozwoju. Razem lub osobno.
Rozpoczynając lekturę Daj mi więcej właściwie od razu wpada się w wir wydarzeń i świat, w jakim przyszło obracać się bohaterom. Wielkomiejska atmosfera jest wyraźna i miejscami przytłaczająca; można zagubić się w zmienności sytuacji i otoczenia. Tak naprawdę jest to jednak wielką zaletą powieści, bo, choć momentami trudne, tło takie jest przebogate i skonstruowane z niesamowitą wręcz precyzją. Bohaterowie różnie reagują na nowe sytuacje – jedni szybko się dostosowują i czują się w Mieście jak ryba w wodzie, inni poświęcają część siebie na rzecz kariery i wyraźnie jest im z tym niewygodnie; jeszcze inni zmieniać się nie chcą i uparcie obstają przy swoim. Niezależnie od charakteru i obranej drogi postaci są tu żywe, autentyczne, a ich dylematy świetnie nakreślone. Bohaterowie sięgają po więcej, dążą do rozwoju i płacą za niego cenę – sami muszą ocenić, na jak wiele ich stać.
Paulina Klepacz jest dziennikarką zajmującą się tematyką płciowości – to widać; gdzieś się ta ideologia wkrada, przemycana w dialogach, sytuacjach, poglądach konkretnych bohaterów. Można to wyłapać i zauważyć, jednak trudno krytykować, zwłaszcza że seksualne i tożsamościowe dylematy wpisują się idealnie w przyjętą konwencję i społeczne tło. Dla wielu czytelników opowieść może się okazać kontrowersyjna, ja jednak odbieram ją po prostu jako autentyczną. Tutaj wprost mówi się o tym, co w wielu środowiskach skrzętnie się przemilcza.
Zbierając do spółki ciekawe, nowoczesne i mocne pióro, a także treść pozornie lekką, a jednak niesamowicie głęboką, otrzymujemy historię, która nie tylko dobrze obrazuje środowisko, ale też łatwo dociera do czytelnika. Można zarzucać autorce, że pokazała urywek, margines, ale czy na pewno? W wielu miejscach tak właśnie wygląda codzienność, a dylematy, którym poddane jest młode pokolenie (moje pokolenie) są dokładnie takie – gdzie kariera, gdzie życie, gdzie miłość (czym jest miłość?), a gdzie my sami, jednostki wśród nieustannych zmian? Problemy tożsamościowe, które uwydatniła autorka, dotykają coraz szersze grono ludzi i myślę, że warto o nich wspominać, tak właśnie – bez patosu, bezpośrednio, z wyczuciem i lekką dozą ironii.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Rozpoczynając lekturę Daj mi więcej właściwie od razu wpada się w wir wydarzeń i świat, w jakim przyszło obracać się bohaterom. Wielkomiejska atmosfera jest wyraźna i miejscami przytłaczająca; można zagubić się w zmienności sytuacji i otoczenia. Tak naprawdę jest to jednak wielką zaletą powieści, bo, choć momentami trudne, tło takie jest przebogate i skonstruowane z niesamowitą wręcz precyzją. Bohaterowie różnie reagują na nowe sytuacje – jedni szybko się dostosowują i czują się w Mieście jak ryba w wodzie, inni poświęcają część siebie na rzecz kariery i wyraźnie jest im z tym niewygodnie; jeszcze inni zmieniać się nie chcą i uparcie obstają przy swoim. Niezależnie od charakteru i obranej drogi postaci są tu żywe, autentyczne, a ich dylematy świetnie nakreślone. Bohaterowie sięgają po więcej, dążą do rozwoju i płacą za niego cenę – sami muszą ocenić, na jak wiele ich stać.
Paulina Klepacz jest dziennikarką zajmującą się tematyką płciowości – to widać; gdzieś się ta ideologia wkrada, przemycana w dialogach, sytuacjach, poglądach konkretnych bohaterów. Można to wyłapać i zauważyć, jednak trudno krytykować, zwłaszcza że seksualne i tożsamościowe dylematy wpisują się idealnie w przyjętą konwencję i społeczne tło. Dla wielu czytelników opowieść może się okazać kontrowersyjna, ja jednak odbieram ją po prostu jako autentyczną. Tutaj wprost mówi się o tym, co w wielu środowiskach skrzętnie się przemilcza.
Zbierając do spółki ciekawe, nowoczesne i mocne pióro, a także treść pozornie lekką, a jednak niesamowicie głęboką, otrzymujemy historię, która nie tylko dobrze obrazuje środowisko, ale też łatwo dociera do czytelnika. Można zarzucać autorce, że pokazała urywek, margines, ale czy na pewno? W wielu miejscach tak właśnie wygląda codzienność, a dylematy, którym poddane jest młode pokolenie (moje pokolenie) są dokładnie takie – gdzie kariera, gdzie życie, gdzie miłość (czym jest miłość?), a gdzie my sami, jednostki wśród nieustannych zmian? Problemy tożsamościowe, które uwydatniła autorka, dotykają coraz szersze grono ludzi i myślę, że warto o nich wspominać, tak właśnie – bez patosu, bezpośrednio, z wyczuciem i lekką dozą ironii.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
poniedziałek, 2 marca 2015
Jacqui Marson - "Bycie miłym to przekleństwo"
Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że z tytułową tezą zgadzam się w 100% - zdecydowanie nie należę do osób, które z asertywnością mają jakikolwiek problem (czasem nawet mam jej w sobie zbyt wiele). Dlaczego zatem sięgnęłam po książkę Jacqui Marson? Otóż zwróciłam na nią uwagę nie jako ktoś szukający pomocy, a przyszły psycholog zainteresowany tematem rozwoju osobistego. Momentami ciężko jest mi wczuć się w sytuację osób tak skrajnie ode mnie różnych i przyszło mi do głowy, że taka opowieść pozwoli mi lepiej je zrozumieć. Czy moje oczekiwania zostały spełnione? Zobaczcie sami!
Tym, co rzuca się w oczy już na samym początku, jest konstrukcja charakterystyczna dla amerykańskich poradników – autorka stara się maksymalnie zobiektywizować treść, stosuje ogólniki, jak z rękawa sypie przykładami ilustrującymi problem, przeplata teorię z praktyką, omawia i podsumowuje. To mało nowatorska, ale skuteczna technika pozwalająca dotrzeć do jak największej rzeszy odbiorców – w odpowiednio przygotowanym materiale większość ludzi znajdzie choć strzępek informacji zbieżnych z własną sytuacją. Dodatkową funkcję pełni również styl, jakim napisany jest tekst – całość wypada bardzo luźno, opowieść jest przejrzysta, a wrażenie, jakie wywołuje, dalekie jest od skojarzeń ze sztywną kozetką terapeuty.
Główną osią, na której oparta jest ta książka, jak i inne jej podobne, są przykłady. Autorka przytacza ich wiele, a wszystkie pochodzą z jej praktyki klinicznej. Mamy okazję poznać konkretne problemy poszczególnych bohaterów, a z niektórymi spotykamy się po kilka razy, w rożnych momentach książki. Pod tym względem miałam pewne skojarzenia z felietonami Reginy Brett – Jacqui Marson również zdaje się mieć „człowieka na każdą okazję”, osobę na potwierdzenie dowolnej postawionej przez siebie tezy, a każda z historii jest opowieścią o prostym człowieku, z którym łatwo się zidentyfikować. Takie wstawki nie tylko obrazują i objaśniają problem, służą również integracji czytelnika z tekstem. Trzeba jednak przyznać, że są naprawdę świetnie ujęte, płynnie wplecione w tekst, a ich lektura sprawia naprawdę sporo radości.
Teraz troszkę o tym, co było dla mnie najistotniejsze – szeroko rozumianej wartości terapeutycznej. Autorka zaprezentowała czytelnikom genezę problemu w oparciu o teorię, w której pracuje i na tej podstawie zaproponowała możliwości zmiany. Dzięki takiemu zabiegowi łatwiej nam zrozumieć postępowanie osób dotkniętych przekleństwem bycia miłym; jest to również dobra podstawa, punkt wyjścia do uświadomienia problemu i rozpoczęcia zmian. Książka jest pełna mniej lub bardziej zaawansowanych ćwiczeń, które każdy czytelnik może wykonywać samodzielnie i w tym sensie stanowi pulę gotowych rozwiązań. Warto jednak zauważyć, że jest to również świetna inspiracja do rozwijania różnych narzędzi w oparciu o te szerzej znane. Autorka nie szczędzi nam również praktycznych wskazówek terapeutycznych – pokazuje, na co należy zwracać uwagę i jakie błędy można popełnić. Wyłapałam też kilka ciekawych pomysłów na rozwój własny psychologa.
W ogólnym rozrachunku opowieść nie ma zbyt wielu wad. Kilka razy przyłapałam autorkę na tym, że nie udało jej się wystrzec fachowego języka – wychwyciłam parę terminów, które można by zastąpić synonimami bliższymi przeciętnemu odbiorcy. Ponadto niektóre z prezentowanych przykładów są naprawdę mocno skrajne, co może mylnie przekonywać czytelników o mniejszym problemie, że nie mają go w ogóle. Tym niemniej w ogólnym rozrachunku spotkanie z książką Jacqui Marson jest prawdziwą przyjemnością; to typowy amerykański poradnik, który czyta się jak najlepszą powieść. Autorka broni się nie tylko dobrym stylem i humorem, ale też świetnym przygotowaniem, a jej praktyka jest żywo odzwierciedlona w tekście. Całość polecam tym, którzy mają problem z asertywnością, bliskim takich osób by mogli lepiej je zrozumieć, a także czytelnikom chcącym rozwinąć swoją wiedzę o metodach pracy nad asertywnością. W każdym przypadku czas spędzony przy tej książce nie będzie zmarnowany.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
niedziela, 1 marca 2015
Adam Brookes - "Noc ślepowrona" [recenzja przedpremierowa]
Z obozu karnego na terenie Chińskiej Republiki Ludowej ucieka więzień 5995; jak się okazuje, jest nim były agent brytyjskiego wywiadu. Chce tylko jednego – uciec poza granice kraju, możliwie jak najszybciej. Za pomocą odnowionych kontaktów udaje mu się wejść w posiadanie dokumentów objętych klauzulą poufności; do ich upublicznienia postanawia wykorzystać zachodniego freelancera. Problemy zaczynają się w momencie, gdy okazuje się, jak istotne są dane zawarte w tajnych aktach. Rozpoczyna się walka z czasem, tocząca się gdzieś pomiędzy agenturą tak zachodniego wywiadu, jak i chińskich służb specjalnych.
Jak można się domyślić, jest to przede wszystkim powieść akcji – od pierwszej strony czytelnik zostaje wrzucony w wir wydarzeń, których tempo nie spada do samego końca. Opowieść snuta jest z kilku perspektyw – byłego więźnia zwanego Fistaszkiem, dziennikarza Philipa Mangana oraz agentki Patterson. Każdy z bohaterów ma odmienne cele i na swój sposób dąży do zaspokojenia potrzeb; ich historie są inne, choć dotyczą tych samych wydarzeń. Tym niemniej całość zbiega się w punkcie stycznym i jest w tym miejscu świetnie połączona – autorowi udało się skonstruować ją dobrze, pełnie i ciekawie, co czyni tekst przyjemnie wielowymiarowym. Każda postać wnosi do historii dodatkową płaszczyznę, mamy więc także pełen ogląd społeczny – czytelnik otrzymuje informacje z zakresu historii Chin, sposobu traktowania więźniów, niebezpieczeństw pracy dziennikarza w starciu z reżimem, czy struktur służb wywiadu. Wszystkie te dane są jednak niejako przemycone i nie zaburzają odbioru głównej osi akcji.
Dużym atutem jest też język książki – płynny, lekki, na dobrym poziomie. Cała opowieść poprowadzona jest naprawdę wyśmienicie i świetnie się ją czyta; dodatkowo tekst wzbogacony jest o chińskie terminy związane z pracą tajnych służb, więzieniami, szpiegostwem – wszystkie oczywiście przetłumaczone. Taki zabieg dopełnia klimatu, który i tak jest w książce wyraźny.
Można by powiedzieć, że jest to przeciętna sensacja, ale byłaby to opinia absolutnie krzywdząca. Treść jest może zwyczajna i raczej mało nowatorska, ale konstrukcja akcji wszystko wynagradza – napięcie i wywoływane emocje są jak najbardziej autentyczne. Historia na pewno nada się dla fanów thrillerów szpiegowskich – czuć tu wyraźnie klimat gatunku, a galopująca akcja nie pozwala złapać tchu. Dla mnie lektura była miłą odskocznią od codzienności i zapewniła mi sporo rozrywki na całkiem dobrym poziomie; chętnie obejrzałabym tę historię na wielkim ekranie.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Premiera 4 marca!
Jak można się domyślić, jest to przede wszystkim powieść akcji – od pierwszej strony czytelnik zostaje wrzucony w wir wydarzeń, których tempo nie spada do samego końca. Opowieść snuta jest z kilku perspektyw – byłego więźnia zwanego Fistaszkiem, dziennikarza Philipa Mangana oraz agentki Patterson. Każdy z bohaterów ma odmienne cele i na swój sposób dąży do zaspokojenia potrzeb; ich historie są inne, choć dotyczą tych samych wydarzeń. Tym niemniej całość zbiega się w punkcie stycznym i jest w tym miejscu świetnie połączona – autorowi udało się skonstruować ją dobrze, pełnie i ciekawie, co czyni tekst przyjemnie wielowymiarowym. Każda postać wnosi do historii dodatkową płaszczyznę, mamy więc także pełen ogląd społeczny – czytelnik otrzymuje informacje z zakresu historii Chin, sposobu traktowania więźniów, niebezpieczeństw pracy dziennikarza w starciu z reżimem, czy struktur służb wywiadu. Wszystkie te dane są jednak niejako przemycone i nie zaburzają odbioru głównej osi akcji.
Dużym atutem jest też język książki – płynny, lekki, na dobrym poziomie. Cała opowieść poprowadzona jest naprawdę wyśmienicie i świetnie się ją czyta; dodatkowo tekst wzbogacony jest o chińskie terminy związane z pracą tajnych służb, więzieniami, szpiegostwem – wszystkie oczywiście przetłumaczone. Taki zabieg dopełnia klimatu, który i tak jest w książce wyraźny.
Można by powiedzieć, że jest to przeciętna sensacja, ale byłaby to opinia absolutnie krzywdząca. Treść jest może zwyczajna i raczej mało nowatorska, ale konstrukcja akcji wszystko wynagradza – napięcie i wywoływane emocje są jak najbardziej autentyczne. Historia na pewno nada się dla fanów thrillerów szpiegowskich – czuć tu wyraźnie klimat gatunku, a galopująca akcja nie pozwala złapać tchu. Dla mnie lektura była miłą odskocznią od codzienności i zapewniła mi sporo rozrywki na całkiem dobrym poziomie; chętnie obejrzałabym tę historię na wielkim ekranie.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Premiera 4 marca!
sobota, 22 listopada 2014
Cathy Glass - "Zapomniane dziecko"
Krzywdzenie dziecka kojarzy nam się z prostymi formami
przemocy – biciem czy molestowaniem seksualnym. W rzeczywistości jednak tych
przejawów jest znacznie więcej. Można dziecko zaniedbać – i to nie tylko tak,
że będzie brudne, a jego zęby ogarnie próchnica; zaniedbanie to także
odizolowanie od świata zewnętrznego, zahamowanie rozwoju, pozbawienie kontaktów
z rówieśnikami. Do tego dojść może manipulacja i emocjonalne uzależnienie od
siebie. Najgorzej jednak, gdy wszystkie te elementy występują razem – dziecku
krzywdzonemu i tak bardzo trudno pomóc, a kompilacja różnych rodzajów przemocy
tylko pogarsza sprawę.
Z takim właśnie przypadkiem mamy do czynienia w książce
Cathy Glass – kobiety, która od lat opisuje własne doświadczenia, wynikające z
roli rodzica zastępczego. Tym razem opowieść dotyczy Aimee – ośmiolatki
wychowującej się w melinie narkomanów, wykazującej cechy skrajnego zaniedbania.
Dziewczynka jest brudna, ma wszy, a do szkoły (jeśli w ogóle się w niej
pojawia) chodzi w podartych ubraniach. Uwagę zwraca jej agresywne zachowanie.
Opieki nad Aimee podejmuje się Cathy, doświadczona matka zastępcza, i to z jej
perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia i etapy zmian, jakie zachodzą w
psychice i nastawieniu dziewczynki. Razem z nią odkrywamy również mroczne
wspomnienia, z którymi dziecko musi się borykać, a także wkraczamy do walki z
agresywnym, niepohamowanym rodzicem.
Matka Aimee znana jest policji i opiece społecznej –
wcześniej odebrano jej kilkoro dzieci i wszyscy zastanawiają się, czemu po
Aimee system pomocy upomniał się tak późno. To ciekawy aspekt książki,
pokazujący od wewnątrz brytyjski opiekę społeczną; nie w sposób wyidealizowany,
a taki, jakim jest, ze wszelkimi lukami prawnymi. Widzimy tutaj
niesprawiedliwość zarówno ze strony rodzica zastępczego, jak i biologicznego –
walka o dziecko pokazana jest krok po kroku. Przy tym wszystkim historia
absolutnie nie jest jednowymiarowa, a w treść wplecione są wątki pokazujące
również drugą stronę medalu.
Podczas lektury miałam wrażenie, że książka mogłaby być
poradnikiem dla przyszłych rodziców zastępczych (i nie tylko), tak dokładnie
autorka opisuje wszelkie mechanizmy swojego działania. Ciężko jest mi
obiektywnie ocenić, czy przesadziła – w moim odczuciu tak, ale może to być
wynik faktu, że na co dzień obcuję z psychologiczną terminologią i nie
potrzebuję wyjaśnień krok po kroku. Sporo jest tutaj także wstawek
tłumaczących, dlaczego bohaterka powiedziała coś w taki, a nie inny sposób i
jaki może mieć to wpływ na dalszy rozwój wypadków. Z jednej strony to
charakterystyczne, z drugiej – być może dla kogoś przydatne. Sądzę, że może to
pomóc w zrozumieniu dzieci i ich reakcji w ogóle.
W tekście takim jak ten najistotniejszą sprawą jest moim
zdaniem kreacja psychologiczna bohaterów i przyznaję, że w tym przypadku nie
mam się do czego przyczepić. Intuicyjnie czuję, że zachowanie dziewczynki jest
spójne, a przedstawione fakty pokrywają się z tym, co słyszałam na temat
reakcji dzieci będących ofiarami krzywdy. Tym niemniej mam wrażenie, że pewne
sprawy zostały tu rozwiązane zbyt łatwo. Prawdopodobnie jest to „zboczenie” z
czytania dużych ilości beletrystyki epatującej negatywnymi rozwiązaniami i
trudnymi zbiegami okoliczności, jednak ciężko mi uwierzyć, że w tak krótkim
może się dokonać tak wiele znaczących zmian.
Niestety, książka nie jest pozbawiona wad związanych z
naszym, polskim wydaniem. W tekście zdarzają się powtórzenia i naprawdę dziwne
konstrukcje gramatyczne. Rzucają się w oczy dość mocno, ale na szczęście nie są
na tyle częste, żeby z ich powodu odrzucać tekst. Pomijając te techniczne
drobiazgi książka jest naprawdę dobra w odbiorze – dominują dialogi, co nadaje
tekstowi dynamizmu i pozwala szybko przejść przez tak trudną tematykę. Nie ma
też tutaj niepotrzebnego owijania w bawełnę – to, co się stało, powiedziane
jest wprost i bezpośrednio.
W ogólnym rozrachunku jestem zadowolona, że książka Cathy
Glass do mnie trafiła – dzięki niej miałam okazję uzupełnić o kwestie
praktyczne tę wiedzę, którą niedawno nabyłam. Uważam, że jest to autentyczne i
dobre świadectwo skutków, jakie niesie za sobą zaniedbanie i przemoc wobec
dziecka. Tak jak wspomniałam, może to być również tekst ciekawy dla rodziców w
ogóle – pokazuje on, jak dzieci reagują na nasze słowa, jak je rozumieją i ile
potrafią z nich wyciągnąć. Chętnie sięgnę po inne książki autorki; jestem
niezwykle ciekawa, czy pomiędzy poszczególnymi historiami są znaczące różnice.
Za egzemplarz książki dziękuję Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Za egzemplarz książki dziękuję Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
czwartek, 2 października 2014
"Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś"
Ta opowieść to swoisty poradnik, prezentujący nam tajniki stylu paryżanek. Stylu w sensie szerokim - od makijażu i stroju, poprzez wychowanie dzieci, na imprezowaniu i budowaniu związków kończąc. Tematyka jest naprawdę szeroka i właściwie jest tu wszystko: krótkie porady, dłuższe opowieści, cytaty, przepisy kulinarne... To ciekawa różnorodność, która nie pozwoli nam się nudzić i ładnie komponuje się z oprawą graficzną. Ta również zasługuje na uwagę - gruby, błyszczący papier, opracowania konkretnych stron, zdjęcia. Wszystko to zgrywa się w przedmiot, który naprawdę miło trzyma się w rękach i chętnie się z nim obcuje.
Przejdźmy jednak do merytoryki: skoro to poradnik - czego może nas nauczyć? Biorąc pod uwagę całokształt, największy nacisk jest położony na bycie sobą. Mimo ogromu rad (mniej lub bardziej ironicznych) nie ma tu złotego środka, idealnego dla każdej kobiety. Nie ma nastawienia na klony, ujednolicenia, szufladki i poczucie wspólnoty, które tak mnie drażnią. Kwintesencja stylu? Noś to co lubisz. Chcesz być szczęśliwa? Postaw na indywidualizm. Zrozumienie i dopieszczanie samej siebie to zdecydowanie te aspekty, na które nacisk jest tu największy. Może i nie jest to szczególne odkrycie, ale dla kogoś, kto chętnie żyje po swojemu, poradnik może się okazać naprawdę dobrym umilaczem czasu.
Jeśli jesteś krótkowidzem, nie zakładaj okularów. Będziesz miała dzięki temu pewność, że nie przywitasz się z ludźmi, których nie chcesz widzieć.[s.78]
Zdecydowanie podczas lektury odkryłam w sobie pokłady paryżanki.
Poza tym warto wspomnieć, że książką rządzi niebywały wręcz humor i pokłady autoironii. Dystans autorek do paryskiego świata jest wspaniały i ma odzwierciedlenie w jakości ich tekstu - można go czytać z przyjemnością pomijając całkowicie aspekt poradnika. Właściwie jest to wskazane, bo nie jestem pewna, czy potraktowanie poważnie wszystkich zamieszczonych tu rad mogłoby się skończyć dobrze...
Nie ukrywajmy, że jest to raczej książkowy ozdobnik, niż niezwykłych lotów literatura. Ja jednak należę do tych kobiet, które lubią czasem wziąć w ręce coś ładnego, dopracowanego graficznie i estetycznie, co w dodatku pełne jest lekkiego humoru i porad, od których uśmiech wykwita mi na ustach. Nie jest to oczywiście literacki must have, ale miły dodatek, uprzyjemniający wieczór. Do takich celów zdecydowanie polecam!
"Biorę udział w konkursie „Bądź paryżanką... i wygraj!” z okazji premiery książki „Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś” Berest Anne, Diwan Audrey, de Maigret Carolina, Mas Sophie. To napisana z humorem i sporą dawką (auto)ironii książka pełna błyskotliwych i oryginalnych porad i spostrzeżeń. To szansa, by wraz z Caroline de Maigret przenieść się do inspirującego świata mody, muzyki, filmu, literatury i kuchni. To recepta na to, jak stać się kobietą odważną, niezależną i interesującą, akceptującą jednocześnie swoje słabe strony.."
Za egzemplarz książki dziękuję Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
niedziela, 28 września 2014
Isabel Allende - "Ripper. Gra o życie" [recenzja przedpremierowa]
Ostatnimi czasy moja uwaga coraz częściej zwraca się w kierunku kryminałów, na temat których przez wiele lat miałem niczym nieuzasadnione przekonanie, że w większości są to podobne do siebie historie.Teraz jednak wiem, że byłem w błędzie, dlatego z chęcią sięgam po tego typu książki. Z tego też powodu zdecydowałem się zapoznać z powieścią Ripper. Gra o życie, która wyszła spod pióra Isabel Allende - jednej z najpopularniejszych pisarek hiszpańskojęzycznych, której książki publikowane są już od ponad trzydziestu lat.
Mająca siedemnaście lat Amanda Martín zawsze wyróżniała się na tle swoich rówieśników. Bystra i inteligentna, a jednocześnie zamknięta w sobie, nie goniąca za akceptacją ze strony społeczeństwa. Jej najbliżsi znajomi to czwórka nastolatków z różnych miejsc na ziemi oraz dziadek, z którymi to uczestniczy przez internet w sesji gry fabularnej “Ripper”, opartej na śledztwie dotyczącym poszukiwań Kuby Rozpruwacza. Kiedy Celeste Roko, matka chrzestna Amandy i jednocześnie słynna astrolożka, przepowiada “krwawą łąźnię” w San Francisco, a w mieście rzeczywiście zostają dokonane zagadkowe zbrodnie, grupka wirtualnych znajomych postanawia przeprowadzić własne dochodzenie.
Dawno nie miałem tak mieszanych uczuć po przeczytaniu książki. Jestem w stanie wskazać wiele plusów powieści Allende, a jednocześnie dostrzegłem wiele wad. Niektóre rzeczy jestem nawet w stanie zaliczyć do obu tych kategorii - przykładowo język jakim napisana jest książka: z jednej strony ciężko mi się było do niego przyzwyczaić, przez co początki lektury były naprawdę trudne; z drugiej zaś jest on dopracowany w każdym calu i gdy tylko do niego przywykłem, nauczyłem się doceniać konstrukcje, z jakich autorka zbudowała swój tekst.
Na dużą pochwałę zasługują bohaterowie książki. Są dokładnie skonstruowani, ich zachowania i decyzje wynikają z osobowości, a jednocześnie nie są to postaci czarne lub białe, tylko bardzo skomplikowane. Niejednokrotnie bohaterowie stają na przeciw problemom, z którymi nie potrafią sobie poradzić, często też nie są w stanie zrozumieć swoich własnych działań bądź też określić wszystkich emocji, które czują. Autorka dość sporo miejsca poświęciła na przedstawienie problemów coraz częściej występujących u współczesnych Amerykanów. Mamy tu m.in. żołnierza z zespołem stresu pourazowego, rozwodników, którzy nie potrafią w pełni ułożyć sobie życia, a także nielegalnych imigrantów. Pojawia się także kwestia różnic klasowych i środowisk homoseksualnych.
Poruszenie tak wielu kwestii miało oczywiście wpływ na całą książkę. Przez ponad połowę tekstu większość treści stanowią informacje o bohaterach, ich zwyczajach, przeszłości i o tym, jak się poznali. Nie wiedzieć czemu niektóre rzeczy przedstawiane są podwójnie, przez co zdarza nam się czytać drugi raz o tym samym fakcie z czyjegoś życia.Wątek kryminalny jest w tym czasie niejako w tle - owszem, zbrodnie się pojawiają, ale rzadko wychodzą na pierwszy plan. Czułem przez to pewnego rodzaju niecierpliwość, nie mogąc doczekać się większego tempa akcji. Było to trochę spowodowane wstępem książki, który wspomina o wydarzeniu dość późno osadzonym w fabule, przez co przez większość lektury go oczekiwałem. I długo nie mogłem się doczekać. Dopiero po przeczytaniu całej powieści zrozumiałem sens wprowadzenia tylu informacji o postaciach, które tak opóźniały fabułę.
Z wspomnianymi opisami bohaterów związana jest jedna kwestia, która rzuciła mi się w oczy. Książka nie jest podzielona na klasyczne rozdziały, zamiast tego występuje podział na dni, oznaczone konkretnymi datami. Nie zawsze są one adekwatne - w pierwszej połowie powieści nie raz zdarzyło się, że ledwie niewielki fragment rozdziału dotyczył omawianego dnia. Zamiast tego większość stanowiły opisy wydarzeń z przeszłości bądź ogólnych rzeczy dotyczących bohaterów. Można przez to zgubić się w śledzeniu rzeczywistej fabuły.
Wielkie pochwały należą się dla Isabel Allende za sposób, w jaki skonstruowała oś kryminału. Wykreowany zbrodniarz, choć nie tak przerażający jak inni, o których czytałem, jest zbudowany w sposób konsekwentny i logiczny, mimo całego bagażu swoich charakterystycznych cech. Jego działania są umotywowane, a choć się tego nie spodziewałem, to niemalże wszystko, co przewija się w książce, ma znaczenie dla głównego wątku. Dość późno zacząłem się orientować jakie będzie rozwiązanie zagadki, ale teraz, po skończonej lekturze, wyraźnie widzę wskazówki, jakie w tekście zostawiła autorka. Nic więcej o nich jednak nie powiem - nie chce nikomu psuć zabawy z samodzielnego poznawania zagadki. Jedyne, co nie podobało mi się w kreacji przestępcy, to swoista ‘spowiedź’, która zaczęła się pojawiać fragmentarycznie podczas zbliżania się fabuły do końca. Czytelnik dostaje dzięki niej coraz pełniejszy obraz sytuacji, zostaje więc pozbawiony możliwości odgadnięcia wielu kluczowych rzeczy.
Nie wiem jak jednoznacznie ocenić książkę Isabel Allende. Z jednej strony strony mam świadomość, że to bardzo dobra książka, doskonale skonstruowana i napisana, z drugiej zaś… to chyba nie jest książka dla każdego. Ja sam na początku miałem ochotę zrezygnować z jej lektury, niejednokrotnie też przerywałem czytanie i nie mogłem się zmusić do ponownego chwycenia po Rippera. A jednak koniec końców za każdym razem do niego wracałem, z czasem zaś nie mogłem się od niego oderwać - w pewnym momencie czytałem go w każdym możliwym momencie, nawet jeśli trwał tylko kilka minut. Chociaż było sporo ciężkich chwil z tą książką, to nie żałuję czasu, jaki na nią poświęciłem.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Mająca siedemnaście lat Amanda Martín zawsze wyróżniała się na tle swoich rówieśników. Bystra i inteligentna, a jednocześnie zamknięta w sobie, nie goniąca za akceptacją ze strony społeczeństwa. Jej najbliżsi znajomi to czwórka nastolatków z różnych miejsc na ziemi oraz dziadek, z którymi to uczestniczy przez internet w sesji gry fabularnej “Ripper”, opartej na śledztwie dotyczącym poszukiwań Kuby Rozpruwacza. Kiedy Celeste Roko, matka chrzestna Amandy i jednocześnie słynna astrolożka, przepowiada “krwawą łąźnię” w San Francisco, a w mieście rzeczywiście zostają dokonane zagadkowe zbrodnie, grupka wirtualnych znajomych postanawia przeprowadzić własne dochodzenie.
Dawno nie miałem tak mieszanych uczuć po przeczytaniu książki. Jestem w stanie wskazać wiele plusów powieści Allende, a jednocześnie dostrzegłem wiele wad. Niektóre rzeczy jestem nawet w stanie zaliczyć do obu tych kategorii - przykładowo język jakim napisana jest książka: z jednej strony ciężko mi się było do niego przyzwyczaić, przez co początki lektury były naprawdę trudne; z drugiej zaś jest on dopracowany w każdym calu i gdy tylko do niego przywykłem, nauczyłem się doceniać konstrukcje, z jakich autorka zbudowała swój tekst.
Na dużą pochwałę zasługują bohaterowie książki. Są dokładnie skonstruowani, ich zachowania i decyzje wynikają z osobowości, a jednocześnie nie są to postaci czarne lub białe, tylko bardzo skomplikowane. Niejednokrotnie bohaterowie stają na przeciw problemom, z którymi nie potrafią sobie poradzić, często też nie są w stanie zrozumieć swoich własnych działań bądź też określić wszystkich emocji, które czują. Autorka dość sporo miejsca poświęciła na przedstawienie problemów coraz częściej występujących u współczesnych Amerykanów. Mamy tu m.in. żołnierza z zespołem stresu pourazowego, rozwodników, którzy nie potrafią w pełni ułożyć sobie życia, a także nielegalnych imigrantów. Pojawia się także kwestia różnic klasowych i środowisk homoseksualnych.
Poruszenie tak wielu kwestii miało oczywiście wpływ na całą książkę. Przez ponad połowę tekstu większość treści stanowią informacje o bohaterach, ich zwyczajach, przeszłości i o tym, jak się poznali. Nie wiedzieć czemu niektóre rzeczy przedstawiane są podwójnie, przez co zdarza nam się czytać drugi raz o tym samym fakcie z czyjegoś życia.Wątek kryminalny jest w tym czasie niejako w tle - owszem, zbrodnie się pojawiają, ale rzadko wychodzą na pierwszy plan. Czułem przez to pewnego rodzaju niecierpliwość, nie mogąc doczekać się większego tempa akcji. Było to trochę spowodowane wstępem książki, który wspomina o wydarzeniu dość późno osadzonym w fabule, przez co przez większość lektury go oczekiwałem. I długo nie mogłem się doczekać. Dopiero po przeczytaniu całej powieści zrozumiałem sens wprowadzenia tylu informacji o postaciach, które tak opóźniały fabułę.
Z wspomnianymi opisami bohaterów związana jest jedna kwestia, która rzuciła mi się w oczy. Książka nie jest podzielona na klasyczne rozdziały, zamiast tego występuje podział na dni, oznaczone konkretnymi datami. Nie zawsze są one adekwatne - w pierwszej połowie powieści nie raz zdarzyło się, że ledwie niewielki fragment rozdziału dotyczył omawianego dnia. Zamiast tego większość stanowiły opisy wydarzeń z przeszłości bądź ogólnych rzeczy dotyczących bohaterów. Można przez to zgubić się w śledzeniu rzeczywistej fabuły.
Wielkie pochwały należą się dla Isabel Allende za sposób, w jaki skonstruowała oś kryminału. Wykreowany zbrodniarz, choć nie tak przerażający jak inni, o których czytałem, jest zbudowany w sposób konsekwentny i logiczny, mimo całego bagażu swoich charakterystycznych cech. Jego działania są umotywowane, a choć się tego nie spodziewałem, to niemalże wszystko, co przewija się w książce, ma znaczenie dla głównego wątku. Dość późno zacząłem się orientować jakie będzie rozwiązanie zagadki, ale teraz, po skończonej lekturze, wyraźnie widzę wskazówki, jakie w tekście zostawiła autorka. Nic więcej o nich jednak nie powiem - nie chce nikomu psuć zabawy z samodzielnego poznawania zagadki. Jedyne, co nie podobało mi się w kreacji przestępcy, to swoista ‘spowiedź’, która zaczęła się pojawiać fragmentarycznie podczas zbliżania się fabuły do końca. Czytelnik dostaje dzięki niej coraz pełniejszy obraz sytuacji, zostaje więc pozbawiony możliwości odgadnięcia wielu kluczowych rzeczy.
Nie wiem jak jednoznacznie ocenić książkę Isabel Allende. Z jednej strony strony mam świadomość, że to bardzo dobra książka, doskonale skonstruowana i napisana, z drugiej zaś… to chyba nie jest książka dla każdego. Ja sam na początku miałem ochotę zrezygnować z jej lektury, niejednokrotnie też przerywałem czytanie i nie mogłem się zmusić do ponownego chwycenia po Rippera. A jednak koniec końców za każdym razem do niego wracałem, z czasem zaś nie mogłem się od niego oderwać - w pewnym momencie czytałem go w każdym możliwym momencie, nawet jeśli trwał tylko kilka minut. Chociaż było sporo ciężkich chwil z tą książką, to nie żałuję czasu, jaki na nią poświęciłem.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (492 strony)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























