Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2015

"Krwawe powroty"

Temat wampirów wydaję się być już wyeksploatowany w każdy możliwy sposób. Filmy, seriale, gry, komiksy i rzecz jasna książki w szerokim zakresie: od powieści dla nastolatek i romansów, przez krwawe horrory w stylu gore, aż po kryminały czy też sztandarowe dla tego tematu urban fantasy. Czy da się zatem napisać w tym motywie coś nowego, nietypowego; coś, co dało by historiom o krwiopijcach choć niewielki powiew świeżości? Wydaje się, że tak: wystarczy wymieszać tematykę wampirów z czymś, co na pierwszy rzut oka zupełnie do nich nie pasuje. Ot, na przykład urodziny - taki właśnie pomysł był impulsem dla powstania antologii Krwawe powroty, w ramach której wielu autorów spróbowało swych sił i we własny sposób ukazało horrorowe upiory w roli jubilatów. Czy efekt takiego połączenia był zadowalający?

Cóż, odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Jak to w antologiach bywa, poziom tekstów okazał się bardzo zróżnicowany, zatem znaleźć tu można zarówno perełki, jak i opowiadania wątpliwej jakości. Do tej drugiej grupy zdecydowanie należy historia Jak zostałem nastoletnim wampirem - banalny, wręcz infantylny pomysł, w nieudolny sposób próbujący być zabawny, w dodatku ciąg wydarzeń jest przewidywalny i pozbawiony puenty. Z kolei Zmierzch oparty był na całkiem ciekawym koncepcie, jednak koniec końców okazał się być rozczarowujący. Jak Stella odzyskała swój grób była natomiast bardzo przyjemną historią, w pewien sposób nawet wzruszającą, problemem była jednak autorka tekstu - Toni L.P. Kelner to autorka romansów i wyraźnie widać to w tekście: liczba nic nie wnoszących scen miłosnych okazała się być przytłaczająca.

Sporo opowiadań okazało się być na przyzwoitym poziomie, a ich jedyną wadą było uczucie niedosytu, jakie po sobie pozostawiały. Wielu autorów stworzyło niesamowite kreacje światów, które z łatwością dałoby się eksploatować licznymi historiami, a jednak próżno szukać jakichkolwiek kontynuacji. Przykładowo Smutna pieśń sów -  chyba najlepszy tekst w całej antologii, o naprawdę ciekawym, nieco baśniowym pomyśle, niestety jest on wyjątkowo krótki i, choć teoretycznie zawiera zamknięta historię, miałem po lekturze nieodparte wrażenie, że to tak naprawdę wstęp do o wiele większej rzeczywistości. Podobnie jest w przypadku Pierwszego dnia mojego życia, Czarownicy i wampira czy Życzenia - potencjał, jaki miały w sobie te teksty, starczyłby na całe serie książek, nie zaś na pojedyncze opowiadania…

Kilkoro pisarzy, których teksty znalazły się w antologii, to autorzy mniej lub bardziej znani, a w dodatku tworzący serie powieści z nurtu urban fantasy, nie jest więc dziwne, że postanowili osadzić zamieszczone w zbiorze opowiadania w światach już przez siebie wymyślonych. Taki zabieg okazał się mieć jednocześnie negatywny i pozytywny wydźwięk. Wadą był niewątpliwie fakt, że jako czytelnik byłem wrzucany w sam środek światów bogatych w historie i bohaterów - brak ich znajomości był momentami bardzo odczuwalny, a pewne relacje między postaciami - nie do zrozumienia bez znajomości szerszego kontekstu. Z kolei jako zaletę wskazałbym fakt, że opowiadania te bardzo zachęcały do sięgnięcia po powieści autorów. Zemsta Drulindy Jima Butchera w jasny sposób pokazała mi, że Akta Harry’ego Dresdena, które staram się zebrać od jakiegoś czasu, to zdecydowanie coś dla mnie i powinienem czym prędzej brać się za ich lekturę. Natomiast Noc Draculi ukazała mi w pozytywnym świetle Charlaine Harris - dotychczas byłem przekonany, że jej książki to literatura raczej dla kobiet, tymczasem teraz sądzę, że mogłyby mi się one spodobać.

Krwawe powroty to zdecydowanie antologia o cechach typowych dla zbiorów opowiadań różnych autorów. Część tekstów była wybitna, inne określiłbym jako przeciętne, a resztę - jako po prostu słabe. Dostałem jednak to, za co cenię sobie takie zbiory: miałem okazję w szybko sposób poznać styl i potencjał wielu pisarzy. Po raz kolejny poznałem kilka nazwisk, których będę wypatrywał na grzbietach książek, do twórczości jednej autorki mimo pewnych uprzedzeń mogłem się przekonać, a pewnych pisarzy będę się z pewnością wystrzegał. Jeśli więc tak jak ja lubicie poszerzać swoje horyzonty literackie i poznawać nowych twórców wartych waszej uwagi, rozważcie sięgnięcie po tę antologię.


poniedziałek, 30 listopada 2015

Krzysztof Piskorski - "Cienioryt"

Serriva - miasto, na którym ciąży jednocześnie błogosławieństwo i klątwa. To tutaj promienie słońca są najsilniejsze, a tym samym cienie czarne niczym smoła. Owe cienie z łatwością mogą stać się bramą do cieńprzestrzeni - mrocznego odbicia naszego świata, w którym wszelkie prawidła rządzące rzeczywistością działają w odwrotny sposób. Łatwy dostęp do tej krainy daje wiele możliwości, niesie jednak ze sobą sporo zagrożeń. W Serrivie mieszka Arahon Y’Barratora: niegdyś najlepsza szpada południa, doświadczony żołnierz i szermierz. Dziś jest on najemnikiem, choć stara się zawsze postępować zgodnie ze swoim sumieniem. Jego życie zmienia się diametralnie, gdy jedno z wykonywanych zleceń przyjmuje nieoczekiwany obrót, a wydawałoby się prosta przysługa dla przyjaciela wplątuje Arahona w niebezpieczną przygodę, której przebieg nieraz związany będzie z tajemniczym światem cieńprzestrzeni…

Zacznę może od czegoś, co wybija się w tej książce na pierwszy plan, a mianowicie od kreacji świata. Jest ona dość specyficzna, bowiem w wielu aspektach Serriva przypomina Hiszpanię z okresu renesansu. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać pójściem na łatwiznę - wszak autor nie musiał wymyślić świata od zera, a jedynie zmodyfikować ten historycznie znany. W rzeczywistości jednak takie rozwiązanie jest jak najbardziej sensowne. Opisy wskazujące na podobieństwo Serrivy do hiszpańskich miast z połowy ubiegłego tysiąclecia nie zajmują zbyt wiele miejsca - pojawiają się stosunkowo rzadko, tylko w takiej ilości, jaka jest potrzebna, by czytelnik mógł te podobieństwa zauważyć. Ma to dwojakie znaczenie dla tekstu: raz, że czytelnik ma pewien punkt zaczepienia i może się dzięki temu łatwo odnaleźć w opisywanym świecie, a dwa: twórca mógł się skupić na tym, co wyróżnia wykreowaną przez niego rzeczywistość na tle naszej.

Wśród tych wyróżników zdecydowanie najważniejsza jest cieńprzestrzeń, mroczne oblicze świata, w którym znajduje się Serriva. Jeśli miałbym jakoś pokrótce opisać ten niesamowity pomysł, to powiedziałbym, że jest to koncept niejako zaczerpnięty z motywu cienia z Przygód Piotrusia Pana, tyle że sporo jego elementów zostało rozbudowanych, sporo do niego dopisano, a jeszcze więcej wywrócono na zupełnie nieznaną stronę. Pomysł Piskorskiego jest ewenementem - z jednej strony przedstawia on coś, czego w dużym stopniu ludzkimi zmysłami nie dałoby się odczuć, a jednak wszystkie opisy cieńprzestrzeni z łatwością do mnie przemawiały. Przyznaję, że zrobiło to na mnie niemałe wrażenie.

Atutem Cieniorytu jest wyjątkowo przemyślana fabuła. Pełno tu zaskakujących zwrotów akcji, które wręcz wywracają całą historię na drugą stronę. Wielokrotnie okazuje się, że z pozoru błaha, rzucona mimochodem informacja ma naprawdę duże znaczenie dla losów bohaterów, a ujawniane przed czytelnikiem tajemnice pozostawiają czytelnika w osłupieniu (zdecydowanie prym na tej płaszczyźnie wiedzie moment, w którym ujawniona zostaje tożsamość narratora). Przyznam się też, że po raz chyba pierwszy w życiu wykorzystanie zbiegu okoliczności do popchnięcia fabuły w określonym kierunku nie tylko nie wydawało mi się naciągane, ale wręcz użyte w możliwie najbardziej właściwy sposób.

Na kilka słów uwagi zdecydowanie zasługuje język tekstu. Bogaty w wyszukane słownictwo i ciekawe formy rodem z awanturniczych powieści czynią powieść niezwykle barwną, co z początku przysparzało mi nieco kłopotów. Wgryzienie się w specyficzny styl narracji nie należało do najłatwiejszych i wymagało ode mnie odrobiny samozaparcia. Z czasem lektura stała się płynniejsza, nie było to jednak spowodowane tym, że przyzwyczaiłem się do języka - po prostu z czasem sposób narracji oddaje prym fabule i by nie odciągać od niej uwagi czytelnika staje się po prostu przystępniejszy. Oczywiście dalej czuć w nim ducha powieści płaszcza i szpady, a i czasami w niektórych sytuacja powraca on w przyjemny sposób na pierwszy plan.

Z reguły staram się nie czytać opinii o książce przed napisaniem recenzji - nie chcę się sugerować tym, co po jej lekturze przeczytali inni. Tym razem było inaczej: gdy wystawiałem Cieniorytowi ocenę na jednym z portali, byłem zaskoczony, jak wiele opinii dalece odbiega od mojej. Postanowiłem się w nie wczytać i powiem Wam tyle: większość niedogodności, jakie zostały wskazane, dla mnie była niezauważalna. Rozumiem podnoszony przez niektórych zarzut niedostatecznego ukazania świata, bo faktycznie można czasem odczuć pewne braki w jego opisaniu, jednak z drugiej strony mi nie sprawiło to problemu: sporo domyśliłem się, czy może raczej dopowiedziałem sobie poprzez szukanie analogii do historycznej Hiszpanii. Z kolei twierdzenie niektórych, jakoby pewne zagadnienia dotyczące cieńprzestrzeni nie zostały odpowiednio wyjaśnione, to w moim odczuciu pewna zaleta. Przeciętny mieszkaniec Serrivy również nie wie dokładnie, jak funkcjonuje świat cieni oraz związane z nim zjawiska i wynalazki, zatem tłumaczenie działania wszystkiego byłoby co najmniej sztuczne. Co więcej, nierzadko gdy jakaś informacja się koniec końców pojawiała, to była w pewien sposób ukryta w tekście i jej wyłapanie przynosiło mi niemałą satysfakcję.

Gdy tylko pierwszy raz usłyszałem o Cieniorycie od razu wyrobiłem sobie wobec niego pewne oczekiwanie, przez co niejako bałem się po niego sięgnąć z obawy przed zawodem. Jakiś czas później Krzysztof Piskorski został dzięki tej książce uhonorowany nagrodą Zajdla w kategorii powieść, co rzecz jasna jeszcze bardziej wzmogło wymagania, jakie stawiałem wobec tekstu. Teraz, po lekturze, zdecydowanie mogę stwierdzić: było warto. Cienioryt nie tylko w pełni spełnił moje oczekiwania, ale i wykroczył poza nie, niejednokrotnie zaskakując mnie ciekawymi rozwiązaniami i zwrotami akcji. Moim zdaniem to niewątpliwie czołówka polskiej fantastyki.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Feliks W. Kres - "Galeria złamanych piór"

Wśród miłośników książek nierzadko znaleźć można osoby, które w pewnym momencie postanawiają spróbować swoich sił w pisaniu. Niestety, czasem talent i ciężka praca nie wystarczą, by samodzielnie doszlifować swój warsztat i móc śmiało skierować swe kroki do czołowych wydawców - niekiedy potrzebna jest pomoc osoby z zewnątrz; kogoś doświadczonego, kto krytycznym okiem oceni dorobek autorski nowicjusza i udzieli kilku cennych wskazówek. Swego czasu takiej właśnie roli podjął się Feliks W. Kres.

Na Galerię złamanych piór składają się trzy części. Pierwsza, Kącik złamanych piór, to przedruk rubryki publikowanej najpierw w miesięczniku Fenix, a następnie w Magii i Mieczu - jej założeniem było udzielanie ogólnych porad początkującym pisarzom, niekiedy krótka ocena ich prac i jednocześnie prowadzenie nieustannego dialogu z czytelnikami. Druga część, Galeria osobliwości, w założeniu miała być miejscem, w którym Feliks W. Kres okraszałby swoim komentarzem teksty dziwne, by w ten nietypowy sposób wskazać młodym autorom właściwą drogę; praktyka okazała się jednak być zupełnie inna i pochodzące z tej rubryki felietony bardzo przypominają te umieszczane w Kąciku złamanych piór. Ostatni element książki to trzy opowiadania, które wyszły spod pióra Kresa - są to teksty nie poddane redakcji; tym sposobem pisarz pokazuje, jak udzielane przez niego rady mają się do faktycznego pisania.

Czytając Galerię złamanych piór jedna rzecz wysuwa się na pierwszy plan: Feliks Kres nie uważa się za eksperta w dziedzinie pisania. Wielokrotnie w jego felietonach przewija się stwierdzenie, że coś jest tylko i wyłącznie jego pogląd, a on sam w pełni zdaje sobie sprawę, że ktoś może mieć inne przekonania, ba!, on nawet rozumie stojący za nimi tok myślenia. Dodatkowo niezwykle pozytywnie oceniam stosunek pisarza do początkujących twórców. W żadnym wypadku nie traktuje on nikogo z góry, wręcz przeciwnie - młodzi autorzy to dla niego koledzy z branży, którym on, jako ten bardziej doświadczony w fachu, chce udzielić kilku cennych porad i wskazówek. Choć zdarza się, że w bezsilności jedyna udzielana rada to prośba o zaprzestanie pisania…

Porady, jakie zawarte zostały w felietonach, z reguły odnoszą się do aspektów technicznych i większości są bardzo ogólnikowe. Kres nie stara się nikomu mówić, jak ma pisać, wręcz przeciwnie - sugeruje wypracowywanie własnego stylu przy jednoczesnym zachowaniu pewnych standardów. Wskazuje, jak bardzo ważna jest praca nad tekstem i wracanie do niego po pewnej przerwie, a także jak ustrzec się rzeczy, które znacznie pogarszają odbiór tekstu przez czytelnika. Z mojego, blogerskiego punktu widzenia, książka miała jeszcze dodatkowy walor - pokazanie rzeczy, które przeszkadzają w lekturze, a nie zawsze bezpośrednio widoczne, z pewnością ułatwi mi pisanie postów o książkach. I nie powiem, poczułem lekką dumę, gdy Feliks Kres pisał o mankamentach w tekstach, na które sam nieraz zwracałem uwagę.

Bardzo spodobał mi się pomysł zamieszczenia na końcu książki trzech, niepublikowanych wcześniej opowiadań, w dodatku w takiej wersji, w jakiej wyszły one spod ręki Kresa. Surowe teksty, nietknięte przez żadnego redaktora, w znakomity sposób pokazują, że teoria i praktyka potrafią się bardzo rozejść. Choć felietony Kresa prezentują wiele istotnych zasad pisania, to okazuje się, że autorowi przy tworzeniu tekstu może być bardzo ciężko się tego trzymać. Wniosek z tego płynie prosty - tekst posyłany do redakcji nie musi być idealny.

Nie oszukujmy się - Galeria złamanych piór nie nauczy nikogo pisać książek. Tworzenie tekstów to ciężka praca autora i to od niego najbardziej zależy, czy jego twórczość przeciśnie się przez szczelne sito machiny wydawniczej. Nie mniej jednak w zbiorze felietonów Kresa zawartych zostało mnóstwo wyjątkowo cennych rad, które zdecydowanie mogą pomóc każdemu w pracy nad własnym warsztatem artystycznym. Skłamałbym jednak mówiąc, że mamy tu do czynienia z poradnikiem skierowanym wyłącznie do młodych pisarzy - i odbiorca nie planujący własnej kariery literackiej znajdzie tu coś dla siebie, teksty są bowiem przesycone naprawdę znakomitym, niekiedy ciętym humorem autora, dzięki czemu lektura kolejnych stron to czysta przyjemność.


czwartek, 12 marca 2015

Catherynne M. Valente - "Palimpsest"

Z twórczością Catherynne M. Valente miałem już do czynienia już jakiś czas temu, przy okazji lektury Opowieści sieroty. Przygoda z nimi nie była lekka: przeczytanie obu tomów wymagało ode mnie nie tylko niemałych nakładów czasu, ale też sporego wysiłku intelektualnego. Było jednak warto - baśniowość świata wykreowanego przez autorkę urzekła mnie, a bogactwo przesłań i nawiązań do ludowych podań była wręcz oszałamiająca. Wiedziałem, że prędzej czy później sięgnę po następne dzieło Valente i tak też się właśnie stało; Palimsest to powieść, która choć pod wieloma względami jest podobna do Opowieści sieroty, a jednak w ogólnym rozrachunku jest książka całkowicie inną.

Palimpsest - miasto, które jest tak nierealne, że aż prawdziwe. Zawieszone pomiędzy jawą a snem, nie mające swojego miejsca na ziemi, a jednak trwale z nią związane. Kto raz do niego trafił, nie będzie potrafił już bez niego żyć; zostać w nim jednak na zawsze nie jest łatwo. Ci, którzy mieli okazję znaleźć się w tym mieście, noszą na ciele znamię wyglądające jak dziwna mapa; by ponownie odwiedzić Palimsest, muszą w prawdziwym świecie znaleźć osobą, której skóra również została naznaczona w podobny sposób. Cztery, wydawałoby się przypadkowe, osoby po raz pierwszy pojawiają się w tym mieście i od tego czasu ich losy zostały splecione w jedność. Każde z nich szuka w Palimseście czegoś innego, jednak najpierw muszą odnaleźć się wzajemnie, co nie jest prostym zadaniem.

Choć fabuła książki jest jej istotnym elementem, tym, co zdecydowanie dominuje w powieści, jest jej język. Każde zdanie, ba, każde słowo ukazuje kunszt literacki autorki. Czytając Palimpsest ma się wrażenie, że to tekst w każdym calu poetycki - bogactwo językowe wręcz wypływa z kart książki, a baśniowe metafory i nietypowe, a jednak do granic możliwości trafne porównania pojawiają się na każdym kroku (choć niektóre z nich mi nieco nie pasowały do całokształtu powieści i dość mocno przypominały elementy znane z Opowieści sieroty - tak jakby autorce zabrakło nowych pomysłów..). Opisy są wielowymiarowe, odnoszące się nie tylko do samych wydarzeń, ale też do wszelkich wrażeń zmysłowych, plastycznie kreując je w umyśle czytelnika. Nie jest to oczywiście coś, co ułatwia przyswojenie lektury - trzeba się mocno skupić, by dojrzeć piękno wszystkich użytych środków stylistycznych i jednocześnie nie stracić rozeznania w fabule, warto jednak wysilić swój umysł.

Catherynne M. Valente stworzyła czwórkę protagonistów, z których żaden nie jest ważniejszy od pozostałych. Losy każdego opisane są w sposób zupełny, a fragmenty naprzemiennie opisują wydarzenia dotyczące poszczególnych postaci, zarówno te mające miejsce w Palimpseście, jak i w naszym świecie. Widać to nawet w podziale na rozdziały i części, które symetrycznie odnoszą się zarówno do bohaterów, jak i do obu rzeczywistości. Narracja w trzeciej osobie daje szeroki ogląd na całą sytuację, warto jednak zaznaczyć, że we fragmentach opisujących tytułowe miasto przybiera ona czasem cechy opisów pierwszoosobowych - aczkolwiek tożsamość narratora pozostaje tajemnicą niemal do samego końca.

Pomimo tych wszystkich pozytywów nie mogę jednak powiedzieć, że lektura mnie usatysfakcjonowała. Poświęciłem jej niemało czasu, skupiając się na odbiorze płynącego z niej przekazu, niestety nie mogę stwierdzić, że zrozumiałem przesłanie. Tak naprawdę mam jedynie różne teorie, idee, żadna z nich nie jest jednak w pełni klarowna. Być może autorka w metaforyczny sposób chciała pokazać, że im bardziej od czegoś w życiu uciekamy, tym z większym prawdopodobieństwem na to trafimy. A może ogólną refleksją jest tutaj koncepcja, że czasem wystarczy przestać o coś walczyć, by to uzyskać? Patrząc pod kątem tytułu można też odnieść wrażenie, że czasem trzeba wymazać dotychczasowe życie i napisać w jego miejsce nowe. Biorąc zaś pod uwagę inne znaczenie słowa ‘palimpsest’ - może chodzi o to wszystko jednocześnie? Mógłbym wskazać dziesiątki możliwych interpretacji tekstu, żadna jednak nie wydaje mi się tą właściwą, a nie sądzę, żeby ponowna lektura książki rzuciła na to wszytko lepsze światło. Nie powiem, czuję przez to pewnego rodzaju niespełnienie..

środa, 21 stycznia 2015

Marek Krajewski - "Śmierć w Breslau"

Książki Marka Krajewskiego czekały przeszło rok na mojej półce, zanim w końcu po nie sięgnąłem. Moja sympatia do kryminałów wciąż jeszcze się rozwija, dlatego nie sięgam aż tak często po ten gatunek, a jak do tej pory w moje ręce trafiały wyłącznie powieści zagranicznych autorów. Teraz jednak postanowiłem nadrobić pozycję z rodzimego podwórka i chwyciłem po jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich twórców kryminałów. Na pierwszy ogień poszła oczywiście “książka, która stworzyła Mocka”.

Maj 1933 roku, Wrocław. A właściwie Breslau, bowiem w tamtym okresie miasto należało do III Rzeszy. W tajemniczych okolicznościach dochodzi do strasznej zbrodni - baronówna Marietta von der Malten i jej guwernantka zostały brutalne zgwałcone i zamordowane. Co jednak budzi największe zdziwienie to fakt, że brzuch młodszej z ofiar został rozpłatany, a do środka włożone zostały żywe skorpiony, zaś krwią zabitej napisano na ścianie zdanie w nieznanym języku. Sprawę rozwikłać ma radca Eberhard Mock z wrocławskiej policji kryminalnej, uważany za jednego z lepszych w swoich fachu.

Tym, co wysuwa się na pierwszy plan przy czytaniu książki Krajewskiego, jest kreacja postaci i to, jak komponują się oni z opisem świata zawartym w powieści (który jest do bólu brudny i brutalny, nie wspominając już o braku większości zasad moralnych). Nie chodzi tu tylko o głównych bohaterów czy drugoplanowych aktorów fabuły, ale tak naprawdę o każdą osobę, która pojawia się na kartach Śmierci w Breslau. Postaci nie są dwuwymiarowe, ściśle zakwalifikowane jako dobre albo złe; tutaj każdy jest moralnie niejednoznaczny, a jednocześnie w miarę konsekwentny w swoich zachowaniach. Najlepszym przykładem jest Eberhard Mock -  choć nie można nazwać go w stu procentach złym człowiekiem, to większość współczesnych ludzi patrzyłoby na niego z obrzydzeniem. Mock ma “haka” na większość znanych mu osób, nie boi się użyć szantażu czy siły, aby zmusić kogoś do współpracy, nieobce mu jest też wykorzystywanie stanowiska i prowadzonych spraw do osiągnięcia własnych korzyści czy chronienia swojej osoby. Zgorzkniały przez brak potomka wręcz otwarcie zdradza swoją żonę z prostytutkami, ale przechodząc koło kościoła oczywiście się przeżegna. Cóż, to nie jest postać budząca sympatię.

W kwestii głównego bohatera warto zaznaczyć, że nie jest on motorem napędzającym akcję, a jedynie uczestnikiem wydarzeń, w gruncie rzeczy wbrew swojej woli. W odróżnieniu od większości współczesnych kryminałów nie mamy do czynienia z archetypicznym komisarzem, który mimo wielu własnych problemów życiowych rozwiązuje najbardziej skomplikowane zagadki detektywistyczne. Mock jest zupełnym przeciwieństwem takich bohaterów - tak naprawdę wiele kluczowych dla śledztwa scen rozgrywa się bez jego udziału! Dużo większy wkład w doprowadzenie fabuły do końca ma tutaj drugi główny bohater, Herbert Antwald. Dodatkowo wiele scen wydaje się być dziwnych, niepotrzebnych, nic nie wnoszących - zaręczam jednak, że im bliżej końca tym wszystko nabiera sensu i objawia nam geniusz autora. Jedyne, co mi nie podpasowało, to pewna dawka mistycyzmu, która utrzymana zostaje do samego końca. Taki element wprowadzony w fabułę nadaje jej pewnego charakteru, który sprawia, że pojawiają się cechy realizmu magicznego.

Cios w splot słoneczny odebrał mu oddech. Kaszel, charkot, rozmyty obraz, charkot, charkot, noc, charkot, noc, noc.[s.131]

Fabuła i postaci to jeden aspekt książki, jednak równie istotne jest styl oraz język autora. Te dwa elementy nie należą na pewno do najłatwiejszych w przyswajaniu i trzeba się do nich przyzwyczaić, warto jednak przebrnąć przez początkowe trudności. Marek Krajewski nie boi się korzystać z nietypowych konstrukcji zdań, które w znakomity sposób wzbogacają lekturę. Nie raz miałem wrażenie, że użyte przez autora zwroty mają wręcz poetycki charakter. Dodać do tego niebanalne słownictwo, idealnie oddające klimat dwudziestolecia wojennego, i otrzymujemy stylistyczny majstersztyk. Genialnie w moim odczuciu wypadł też zabieg przedstawiania przy użyciu kursywy w nawiasach myśli bohaterów, zwłaszcza w dialogach, gdzie ukazywało to rozdźwięk między wypowiadanymi zdaniami, a rzeczywistymi refleksjami postaci. Natomiast scena, w której Krajewski opisał alkoholowe majaki, jest jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek czytałem.

Po przeczytaniu Śmierci w Breslau wiem już skąd wzięła się popularność Marka Krajewskiego. Powieść okazała się być naprawdę na wysokim poziomie, zarówno pod względem językowym, jak i całokształtu zamysłu fabularnego. Owszem, można się przyczepić do paru rzeczy - główna zagadka nie jest jakość specjalnie skomplikowana, a niektóre sceny są wydają się być do bólu sztuczne - nie waży to jednak na ogólnej ocenie tekstu. Mimo to trzeba zaznaczyć, że nie jest to książka dla wszystkich - stopień ukazanej dekadencji jest zatrważająco wysoki, a nie każdemu będzie łatwo czytać o takim upadku moralnym, jaki ukazany został w powieści. Ja sam nieraz nie mogłem się z tego powodu przemóc do dalszej lektury.

wtorek, 30 grudnia 2014

12 książek na 2015 rok



Na blogu Achy Ochy z Książką powstało wyzwanie, które nas urzekło. Jak wiadomo jesteśmy koszmarnymi zakupoholikami, a do naszych mieszkań przybywa dużo więcej książek, niż jesteśmy w stanie przeczytać. W tym roku natomiast każde z nas wybrało 12 tytułów, które już od jakiegoś czasu czekają na swoją kolej i postanowiliśmy, że w 2015 roku czas ten nadejdzie. Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do oglądania!


książki Kaś - od dołu

J.R.R. Tolkien - Władca pierścieni - Wypadałoby w końcu poznać coś więcej niż cieniutkiego Hobbita. Ta książka reprezentuje całą trylogię, bo jestem pewna, że kiedy już zacznę, nie będę mogła się oderwać.

Markus Zusak - Złodziejka książek - Wszyscy zachwycają się magią tego tekstu, a ja od zakończenia liceum zerkam na swój egzemplarz kurzący się na półce... Tak, książkę mam u siebie już ponad trzy lata i jak dotąd się za nią nie zabrałam.

Księga smoków - Baaaaardzo dawno temu dostałam od Sylwka tę książkę (razem z dwoma tomami Księgi Strachu) i jak dotąd nie znalazłam czasu, żeby się za nią zabrać. Trochę odstrasza mnie objętość a trochę fakt, że nie przepadam za opowiadaniami. Ale cóż, podejmę wyzwanie.

Elżbieta Cherezińska - Korona śniegu i krwi - Uwielbiam książki z historią w tle, a na temat tej nasłuchałam się tyle, że po prostu nie mogłam przejść obojętnie. Swój egzemplarz mam nieco ponad pół roku, ale i tak czuję, że za długo leży nie czytany.

Dmitry Glukhovsky - Metro 2033 - Na początku roku robiłam już podejście do tej książki, ale nie dałam rady - ciągnęła się tak niemiłosiernie, że nawet sprzyjające warunki nie wystarczyły, żebym ją przeczytała. W tym roku chciałaby spróbować drugi raz i dać radę.

Jeffrey Thomas - Listy z Hadesu. Punktown - Choć sukcesywnie zbieramy tytuły z Uczty Wyobraźni i zachwalamy je na lewo i prawo, tak naprawdę bardzo rzadko po nie sięgamy. Ja póki co zmierzyłam się z jednym - TV Ciał0. Ten z kolei jest moim planem na nadchodzący rok, bo ze zgromadzonych przeze mnie interesuje mnie najbardziej.

Ewa Stachniak - Ogród Afrodyty - Kiedy tylko trafia mi się dłuższe wolne (ferie, majówka, wakacje, święta...), spisuję w kalendarzu książki, które chciałabym przeczytać w tym czasie. Ogród Afrodyty ląduje tam regularnie - jest na każdym planie od niemal roku. Myślę że czas, by w końcu ten tekst przeczytać.

John Green - Szukając Alaski - Szał na książki Greena trwa już bardzo długo - stare są wznawiane, nowe wychodzą na polski rynek... A ja tylko przerzucam recenzje i wciąż piszę, że wstyd, ale z twórczością autora nie miałam okazji się zapoznać. Szukając Alaski to jedyna jego książka, którą posiadam; kupiona chyba w akcie buntu, by nie być jak wszyscy i nie zaczynać od Gwiazd naszych wina.

Joyce Carol Oates - Zbłocona - Rzuciłam się na tę książkę od razu po premierze, choć właściwie z perspektywy czasu nie umiem powiedzieć, dlaczego. Mam nadzieję, że niebawem przekonam się, czy była to słuszna fascynacja.

Opowieści ze świata Wiedźmina - Swego czasu byłam zafascynowana historią Wiedźmina i na fali tej fascynacji zakupiłam ów zbiór. Myślę że przyjemnie będzie wrócić do starych znajomych i poznać alternatywne historie.

Mario Puzo - Ojciec chrzestny - Zawsze kiedy widzę najmniejszą chociaż wzmiankę o tej książce, przypominam sobie, że wciąż jej nie przeczytałam. Uwielbiam tę historię, obrazy z filmów pamiętam bardzo dobrze, ale w końcu chciałabym poznać również pierwowzór opowieści.

Bohdan Petecki - Strefy zerowe - Jakiś czas temu mój Tata zaczął odwiedzać swój dawny dom i powoli zwozić z niego pamiątki z okresu młodości. Prezentem dla mnie było kilka malutkich książek science-fiction. Chciałabym w końcu przeczytać którąś z nich, bo z jednej strony jest to obcowanie ze starymi drukami, które po prostu uwielbiam, a z drugiej okazja do poznania gatunku, z którym na co dzień nie mam styczności.


książki Sylwka - od góry

Feliks W. Kres - Galeria Złamanych Piór (recenzja - klik) - Pisarzem nie jestem i prawdopodobnie nigdy nie będę, bo nawet to, co zamieszczam tutaj na blogu, uważam za skrajną grafomanię. Niemniej jednak ciekawi mnie ta pozycja i niewykluczone, że dzięki niej będę w stanie oceniać książki w bardziej rozbudowany sposób. A że dzieło Kresa czeka już na półce jakieś 2 lata, to inna sprawa..

Maja Lidia Kossakowska - Takeshi. Cień Śmierci - Książki tej autorki mam i czytałem niemal wszystkie, zawsze bowiem ceniłem sobie jej twórczość. Niestety, Takeshi czeka na swoją kolej praktycznie od dnia swojej premiery...

Orson Scott Card - Gra Endera - Na zakup tej książki zdecydowałem się, gdy usłyszałem, że wielkimi krokami zbliża się ekranizacja. Uznałem to za dobry powód, by sięgnąć w końcu po powieść (lubię oglądać ekranizacje po zapoznaniu się z pierwowzorem), no i jeśli książka mi się spodoba, będę mógł poznać dalszą historię kupując kolejne tomy serii. Choć premiera filmu była już sporo czasu temu, książki wciąż nie przeczytałem..

Katarzyna Berenika Miszczuk - Druga Szansa - Książką, której najzwyczajniej w świecie się boję. Autorka ma na koncie kilka tytułów, których sam opis fabuły wywołuje u mnie torsje, a jednak o tej powieści wszyscy twierdzą, że to coś zupełnie nietypowego dla pisarki. Przez strach przed książką nie zakupiłem jej na wyjątkowo korzystnej promocji, potem zaś nie chciałem jej kupić ze względu na cenę, wiedziałem bowiem, że mogłem to zrobić taniej. Dopiero niemal po roku udało mi się nabyć książkę za zbliżoną, równie atrakcyjną cenę, teraz więc czas ją w końcu przeczytać.

Marek Krajewski - Śmierć w Breslau (recenzja - klik) - Ta książka trafiła do mnie w momencie, gdy zacząłem nieco częściej sięgać po kryminały. Raz, że chciałem sprawdzić jak polscy autorzy radzą sobie z tym gatunkiem, a dwa, miał to być taki tester przed zakupem pozostałych części cyklu. Niestety, Kaś i ja cierpimy na postępujący książkoholizm i w ciągu bodajże miesiąca na mojej półce znalazły się wszystkie tomy o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim. Warto dodać, że chyba od pół roku mam w planach czytać jedną książkę Krajewskiego miesięcznie, co jak do tej pory jeszcze mi się nie udało. ;/

Peter Higgins - Czerwony Golem - Historia nieco podobna do tej z książką Katarzyny Miszczuk. Nie tyle bałem się tej powieści, co po prostu nie do końca byłem pewny, że chcę ją przeczytać. Przegapiłem przez to promocję na tę pozycję i dopiero niedawno udało mi się ją kupić w niskiej cenie. Już wystarczająco długo zwlekałem z jej lekturą.

Krwawe Powroty (recenzja - klik)- To zbiór opowiadań zakupiony przypadkowo na jakiejś promocji za kilka złotych. Jako że tego dnia czekała mnie niemal godzinna jazda pociągiem, a nie miałem przy sobie innej książki, zagłębiłem się w lekturze. Później jednak zawsze miałem inne, ważniejsze rzeczy do przeczytania, więc tak naprawdę zbiór już od kilku miesięcy leży napoczęty.

Steampunk. Antologia - To również efekt wyprzedaży. Steampunk od wielu lat trafia w moje gusta i zawsze chętnie o nim czytam, nie miałem jednak zbyt wielu przygód z nim pod postacią opowiadań. Muszę wreszcie nadrobić te elementarne braki.

Catherine M. Valente - Palimpsest (recenzja - klik) - Uczta Wyobraźni to seria, którą często kupujemy, gorzej jednak z czytaniem jej - książki w niej wydawane gwarantują wysoki poziom, często jednak jest to lektura wymagająca dużego nakładu czasu i wysilenia szarych komórek. Czytałem już dwie książki tej autorki (dwa tomy Opowieści Sieroty), które bardzo przypadły mi do gustu, myślę więc, że i ta powieść mi się spodoba.

H.P. Lovecraft - Listy i eseje - Wstyd się przyznać, ale twórczość Samotnika z Providence znam głównie z popkultury, w niewielkim zaś stopniu miałem okazję czytać jego utwory. Ten nietypowy zbiór wydaje mi się idealny na przygodę z Lovecraftem. Zakładka z Chtulhu już kilka miesięcy temu wylądowała w książce..

Sean Howe - Niezwykła historia Marvel Comics - trudno nazwać mnie wielkim fanem Marvela, nie da się jednak ukryć, że lubię historie i postaci przez wykreowane przez to wydawnictwo. Posiadam kilka komiksów, wielkim sentymentem darzę seriale animowane, a obecne filmy kinowe oglądam z wielkim entuzjazmem. I choć literatura faktu to niekoniecznie mój ulubiony gatunek, to myślę, że ta pozycja mi się spodoba. Zwłaszcza, że pracownicy Wydawnictwa SQN naprawdę potrafili zachęcić do lektury tej ksiażki. ;p

Krzysztof Piskorski - Cienioryt (recenzja - klik) - Lubię tego autora, nie tylko ze względu na twórczość, ale też prowadzone przez niego panele na konwentach - jego nazwisko w programie gwarantuje dobrze zagospodarowany czas. Cienioryt zakupiony został krótko po premierze - podobał mi się zarówno pomysł na kreację świata, jak i zarys fabuły, a i autor był swoistą gwarancją dobrej lektury. Choć chciałem przeczytać książkę jeszcze przed ogłoszeniem laureatów Nagrody im. Janusza A. Zajdla, do której powieść była nominowana (i którą koniec końców zdobyła), nie udało mi się to. Teraz chcę naprawić ten błąd.

piątek, 12 grudnia 2014

N. K. Jemisin - "Mroczne słońce"

Minęło dziesięć lat, od kiedy plany szalonego księcia Eninketa zostały udaremnione, a Gujaareh trafił pod okupację Kisui. Uciśniony lud Miasta Snów z każdą chwilą ma jeszcze bardziej dość swoich ciemiężycieli, którzy pozwalają sobie na coraz więcej, otwarcie lekceważąc prawo i religię Gujaarehu. Nastroje społeczeństwa coraz bardziej kierują się w stronę buntu, a całą sytuację nakręca plotka, jakoby syn zabitego księcia i prawowity następca tronu zbierał wśród barbarzyńców armię, która ma mu pomóc odzyskać należną mu władzę. Jego dążenia popiera ponoć Hetawa, świątynia wiary w boginię snów Hananji, jednak kapłani mają obecnie większe problemy - w mieście panuje śmiertelna zaraza, która przenosi się przez sny, a nawet najsilniejsi i najbardziej doświadczeni słudzy Hananji nie są w stanie jej uleczyć..

Mroczne słońce to druga część cyklu Sen o krwi i w wielu aspektach posiada te same cechy, co pierwszy tom serii, Zabójczy księżyc. Ponownie lektura sprawiła mi niemało problemów - tekst pełen jest nazw własnych i określeń stworzonych przez autorkę, do których nie zawsze było łatwo się przyzwyczaić. Tym razem było mi jednak nieco łatwiej - spora cześć pojęć występowała już w poprzedniej książce z cyklu, nie musiałem więc ich zapamiętywać, a mając już pewne obycie z tymi słowami nauka nowych nie szła mi już tak opornie. Raz jeszcze problemem okazał się też glosariusz zamieszczony na końcu książki: podobnie jak ostatnim razem nie wszystkie zwroty wyglądają na wymagające tłumaczenia, gdy więc po zakończonej lekturze przeczytałem cały słowniczek, byłem zaskoczony jak wiele jest tam terminów, które nie zwróciły mojej uwagi podczas lektury.

 Tempo prowadzenia historii nie jest jednolite; niekiedy tekst bogaty jest w dynamiczne zwroty akcji, innym razem fabuła toczy się niespiesznie do przodu, przybierając raczej leniwy charakter. Idealnie współgra to z klimatem świata wykreowanego przez N. K. Jemisin - opowieść wciąga czytelnika swoim mistycznym klimatem, który w magiczny sposób przeplata rzeczywistość z mitami i legendami, a granica między jawą a snem jest znacznie rozmyta. Jednocześnie stale obserwujemy realne problemy związane z próbą odzyskania suwerenności przez Gujaareh.

 Jestem gotów pokusić się o stwierdzenie, że fabuła książki to nie jej najistotniejszy element - w moim odczuciu w znacznym stopniu na pierwszy plan wysuwała się kreacja świata. Autorka stworzyła rzeczywistość całkowicie odmienną od tej, która z reguły pojawia się w powieściach fantasy. Nie powinno to jednak nikogo dziwić - Jemisin nie czerpała inspiracji z kultury europejskiej, zamiast tego źródła jej natchnienia pochodziły z Afryki i Środkowego Wschodu, a w pewnym stopniu także z cywilizacji dawnych Indian. Możliwość obserwacji świata przez pryzmat kręgów kulturowych zupełnie odmiennych od tych, do których jestem przyzwyczajony, było dla mnie naprawdę cennym doświadczeniem. Szczególnie wyraźnie odznacza się w tej książce spojrzenie na erotyzm i seksualną sferę życia - zostały one o wiele bardziej nakreślone, niż miało to miejsce w Zabójczym księżycu. Mimo bardziej liberalnego niż kiedykolwiek podejścia do określonych spraw pewne przedstawione aspekty mogą lekko szokować, jednak wiele z nich zadziwia na swój świat sposób dojrzałą postawą.

Książki N. K. Jemisin są magiczne, to nie ulega wątpliwości. Nie twierdzę, że przypasują one każdemu czytelnikowi, do mnie jednak trafiły idealnie. Nie wiem, czy to zasługa otoczki legend i mistycyzmu, przemyślanej fabuły, czy po prostu wyraźnie przemyślanej kreacji świata (a może wszystkiego po trochu?), wiem jednak, że choć nie zawsze lektura Mrocznego słońca szła mi gładko i bez najmniejszych trudności, to nie żałuję nawet pojedynczej sekundy spędzonej nad książką. Autorka rzeczywiście pokazała, że wciąż w fantastyce można stworzyć coś całkowicie nowego i oryginalnego, przy okazji podając to czytelnikowi w naprawdę przyjemny sposób.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (606 stron)

czwartek, 11 grudnia 2014

Thomas Maier - „Masters of Sex”

Żyjemy w czasach, gdy wolno nam naprawdę wiele. Mamy swobodny dostęp do informacji, ostracyzm społeczny traci na sile, a chęć wymiany poglądów stopniowo rozbija kolejne zatwardziałe tabu. Nie oznacza to oczywiście, że jest idealnie i do zrobienia nie pozostało już nic! Warto jednak pamiętać, jak duży krok naprzód zrobiliśmy w ciągu ostatnich lat, jak wiele zmieniło się na polu wiedzy o ludzkiej seksualności. To w latach 60. rozpoczęły się niezwykłe badania na ogromną skalę, które zmieniły poglądy i skruszyły mury.

Książka nie jest jednak opowieścią wyłącznie o amerykańskiej rewolucji seksualnej. Dotyczy także (a może przede wszystkim) samych jej autorów – Virginii Johnson i Williama Mastersa. To ich losy śledzimy od pierwszej do ostatniej strony, obserwując nie tylko jak stopniowo dochodzili do swojego sukcesu, ale też w jaki sposób kształtowały się ich poglądy i osobowości. Co może zmienić wychowywanie córki na dobry cień dla męża lub traktowanie syna jako niesprawnej maszynki do wykonywania poleceń? Autor nie ucieka od analizy ludzkich zachowań i jest to siłą tekstu, nadając mu głębszego wymiaru poprzez wyjście z pola wyłącznie suchych faktów.  

Nie oznacza to jednak, że książce brak szczegółowości. Wręcz przeciwnie – wiele jest tu informacji dotyczących samych badań, które stały się przyczynkiem do zmiany myślenia ludzi na całym świecie. Duet Johnson i Masters jest odpowiedzialny za rozwój wiedzy w wielu aspektach seksuologii – obalili mity związane z rzekomymi zagrożeniami wynikającymi z uprawiania seksu w czasie ciąży; opisali szczegółowo kobiecą fizjologię i jej zmiany w czasie stosunku; całkiem przypadkiem odkryli też zjawisko męskiej „fazy odporności” bezpośrednio po orgazmie. Wszystkie opisane tu badania pozwoliły inaczej spojrzeć na kobiece i męskie role, otworzyły też drzwi tym, którzy chcieliby kontynuować prace, zapoczątkowując rozwój seksuologii jako dziedziny medycyny i psychologii.

Również konserwatyści i niedowiarkowie, których poglądy zostały zweryfikowane, mają swoje miejsce w książce – znajdujemy tu dość znaczącą charakterystykę amerykańskiego społeczeństwa jeszcze sprzed rewolucji seksualnej i dla wielu czytelników może to być źródło szoku. Ówczesna Ameryka znacząco odbiega od tej, jaką znamy dzisiaj – dość powiedzieć, że nie była wcale symbolem rozwiązłości czy nowoczesnego myślenia.

Materiał, na podstawie którego powstał tekst, jest naprawdę obszerny – zawierają się w nim przede wszystkim publikacje badaczy, ale też relacje ich najbliższych przyjaciół i współpracowników oraz niepublikowane wcześniej pamiętniki Williama Mastersa. To naprawdę niezwykłe, z jaką łatwością autor zgromadził materiał i poskładał go w cudownie płynny tekst. Przyznać trzeba, że książkę czyta się wspaniale i choć wydawać by się mogło, że będzie nudna poprzez epatowanie danymi, nic takiego się nie dzieje.

Kto sądził, że książka Thomasa Meiera to zwykła biografia, myli się. Tak naprawdę lektura jest porywająca niczym najlepsza beletrystyka i spokojnie może pretendować do miana bestselleru. Opisywana historia jest ciekawa sama w sobie, bo i bohaterowie należą do postaci nietuzinkowych, poza tym narracja poprowadzona jest bardzo dobrze i naprawdę potrafi zainteresować czytelnika. Niezależnie czy podejdziemy do tego tekstu jako biografii, zbioru ciekawostek czy zwyczajnej opowieści – powinniśmy być zadowoleni, bowiem tekst ten ma wszelkie atuty pozwalające spełniać oczekiwania. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (438 stron)

wtorek, 9 grudnia 2014

James Lesy – „Lista Jonqueta”

Głównym bohaterem powieści jest Yvon – wiodący z pozoru przeciętne życie księgowy pracujący w jednej z firm w Dijon. Pod maską zwyczajnego człowieka skrywa głęboką krzywdę, pielęgnowaną od lat – jako dziecko był ofiarą szykanowania i od tamtej pory nie miał okazji do odbudowania swojej samooceny. Żyje sam, izoluje się od ludzi, a motorem wszystkich jego działań jest żądza zemsty. Z namaszczeniem tworzy Listę Jonqueta – spis osób, na których chciałby się zemścić, najlepiej w sposób okrutny i wyrafinowany. Swoje działania rozpoczyna od sąsiadki z naprzeciwka, która notorycznie wciska nos w nie swoje sprawy…

Tekst składa się z pięciu głównych rozdziałów i ukazuje spójną historię głównego bohatera ze znaczącym ujęciem jego psychiki. Dodatkowo równolegle z losami Yvona poznajemy historię komisarza Juana Poussina. Język opowieści jest barwny, bogaty, a przy tym wolny od dziwaczności. Tekst czyta się dobrze, choć nie jest zbyt dynamiczny – wiele w nim opisów, mniej dialogów. Patrząc na jakość tych ostatnich można uznać to za zaletę, nie wychodzą bowiem autorowi zbyt naturalnie. Z drugiej strony drobiazgowa analiza każdego kroku Yvona może momentami drażnić. To, co autor uznał za ważne na tyle, bo pojawiło się w tekście, opisane jest bardzo, bardzo szczegółowo.

Gatunkowo powieść jest przede wszystkim wnikliwym portretem psychologicznym człowieka, który, krzywdzony za młodu, nauczył się przekuwać złość i niemoc w pozorną siłę, zbudowaną na gniewie. Yvon to mężczyzna potrzebujący poczucia kontroli, upajający się drobiazgowym planowaniem. To także człowiek słaby, zakompleksiony i nigdy nie wyleczony z problemów, jakich nabawił się w młodości. To wreszcie psychopata – choć jego zachowanie jest dobrze wyjaśnione, pozostaje dla czytelnika przerażające.

Ciekawym elementem opisu są wizje nawiedzające umysł głównego bohatera – te, którymi karmi się sam dając pożywkę własnemu szaleństwu, a także te zewnętrzne, które przychodzą do Yvona niezależnie od jego woli. Jedne i drugie są przerażające, dziwne i z pewnością nie pomagają w osiągnięciu równowagi.

Można oczywiście teoretyzować i wytykać książce mankamenty, jednak w moim odczuciu wiele z nich straciło na znaczeniu po zestawieniu ich z całością tekstu. Próbowałam odkładać książkę i przechodzić do innych zajęć i zawsze zostawałam, by doczytać przysłowiowy „ostatni rozdział”, aż do samego końca. Jeśli lubicie do ostatniej strony analizować psychikę bohaterów, szukać motywów ich działań i próbować je rozumieć – to dobra książka dla Was. Ja odnalazłam przyjemność w próbach dotarcia do wnętrza Yvona i brnęłam dalej zwyczajnie ciekawa, jak potoczą się jego sprawy. 


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (618 stron).

niedziela, 30 listopada 2014

Cecelia Ahern - "Love, Rosie" [recenzja przedpremierowa]

Pamiętacie bajkę o Żurawiu i Czapli, którzy chcieli być ze sobą, jednak nie w tym samym czasie? Opowieść ta przestrzega dzieci przed niezdecydowaniem niczym Fredrowski osiołek; Cecelia Ahern natomiast wyciąga ów motyw literacki z lamusa i przekonuje, że może on się pojawić w życiu każdego z nas. Czyni to oczywiście za pośrednictwem powieści, która niebawem pojawi się w Polsce pod nowym tytułem, a także zostanie zekranizowana. Czy metafora jest trafna, a jej wykonanie dobre? Zobaczcie sami.

Rosie i Alex znają się od zawsze. Przez wiele lat chodzili do jednej klasy, razem robili głupstwa i nie odstępowali się na krok; to była przyjaźń na dobre i złe. Jednak rok przed zakończeniem liceum ich relacja została wystawiona na ciężką próbę, gdy rodzice chłopca przenieśli się z Irlandii do Ameryki, zabierając swoją pociechę ze sobą. Od tej pory kontakt młodych ludzi zmienia się, a życie każdego z nich zaczyna biec swoim własnym, nieoczekiwanym rytmem. Dzielą ich plany, marzenia i szara codzienność, a każde z nich poszukuje własnej drogi do szczęścia. Obserwujemy, jak ta relacja zmienia się na przestrzeni lat pod wpływem przeróżnych zdarzeń, a bohaterowie stopniowo zaczynają zastanawiać się, co tak naprawdę ich łączy.

- A więc jesteś wkurzony, ponieważ X nie przeprowadza się do Bostonu ze względu na ojca jej dziecka, który nie pojawiał się od trzynastu lat, a teraz nagle wrócił (…)?
- Tak.
- Chryste Panie, kto pisze dla ciebie scenariusze?
[s.287]

Dokładnie taka sama refleksja towarzyszyła mi niemal przez całą lekturę – kto, do diabła, stworzył tak zagmatwany scenariusz życia dwojga biednych ludzi? Tak jak wspomniałam na początku, powieść opiera się głównie na ich wzajemnym niezgraniu czasowym w kwestii określenia swoich własnych uczuć. Nie brak też nieszczęśliwych zbiegów okoliczności – podczas czytania miałam chwilami wrażenie, że niebo i ziemia sprzysięgły się, aby Rosie i Alex nie mogli zaznać szczęścia. Nie było to ani łatwe, ani miłe, ani pozytywne; właściwie im bardziej zagłębiałam się w historię, tym bardziej była ona dla mnie nierealistyczna.

Na domiar złego podczas czytania umknął mi moment, w którym bohaterowie dorośli. A może nigdy się to nie stało? Na kartach tej książki obserwujemy wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni półwiecza, a postaci, choć oczywiście ewoluują, nijak nie zbliżają się do modelu osób dojrzałych. Praktycznie przez cały czas brak im wglądu we własne emocje i przeżycia, cechują się także koszmarną niezdolnością do wyciągania jakichkolwiek wniosków z tego, co ich spotyka. Z drugiej strony ów mankament jest równoważony przez naprawdę dobre ukazanie damsko-męskiej przyjaźni i wszystkich związanych z nią dylematów – co się dzieje, gdy któryś przyjaciel wejdzie w związek, jak trudno jest walczyć o czas spędzany z kimś bliskim… Poczucie odrzucenia, żal, niechęć i frustracja są tu obecne i dobrze zaprojektowane.

Kolejną sprawą, która nie do końca mi się podobała, była przyjęta przez autorkę forma wyrazu. Tekst zbudowany jest właściwie tylko z wiadomości wymienianych między bohaterami. Są tu wypowiedzi dłuższe, e-mailowe, oaz te krótkie, z internetowych czatów. Poszczególne postaci poznajemy jedynie gdy biorą udział w wymianie zdań lub za pośrednictwem innych. Z jednej strony taka post-epistolograficzna forma dynamizuje tekst i sprawia, że możemy pochłonąć go naprawdę szybko, z drugiej jednak – strasznie zmniejsza ilość informacji docierających do czytelnika. W moim odczuciu na dłuższą metę się to nie sprawdziło, a pod koniec stało się wręcz nużące.

Gdy dodawałam dzisiaj książkę do przeczytanych na Lubimy Czytać, nie mogłam wyjść ze zdziwienia, podpatrując jaką ocenę ma na portalu ów tekst. Mnie niestety powieść Cecelii Ahern nie urzekła niemal w ogóle. Oprócz pojedynczych aspektów, które były skonstruowane dobrze, całość dała mi raczej mało radości i satysfakcji. Historia nie wciągnęła mnie w ogóle, ślepota bohaterów działała mi na nerwy, a co najgorsze – zabrakło mi tu magii, za którą tak pokochałam powieści Cecelii Ahern. Tak naprawdę nastawiałam się na tekst, który mnie zauroczy i przeniesie w niezwykły, choć realny świat, jak „Sto imion” czy „Zakochać się”. Nic takiego się nie stało i jestem zwyczajnie zawiedziona.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach "Czytam Opasłe Tomiska" (512 stron) oraz "Grunt to okładka" (listopadowy motyw- wielokrotność)

sobota, 29 listopada 2014

James Frey, Nils Johnson-Sheldon - "Endgame. Wezwanie"

Endgame już kilka miesięcy przed premierą zajmował mój umysł. Z jednej strony byłam zafascynowana książką samą w sobie (jak powszechnie wiadomo pochłaniam wszystko, co nosi choćby znamiona dystopii), a także jej zagadkową otoczką. Z drugiej zaś - miałam naprawdę sporo obaw, że tekst może mi się nie spodobać - w końcu opowieść wydawała się bardzo specyficzna. Możliwość wygrania dużych pieniędzy nie skusiła mnie w ogóle, z góry skazałam na porażkę moje zdolności umysłowe, przez to również czułam dyskomfort, gdy wszyscy dookoła mówili o zawartej w tekście zagadce. Koniec końców skusiłam się jednak i absolutnie decyzji nie żałuję.

Świat jaki znamy - smartfony, samoloty, amerykańskie szkoły średnie. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda tak, jak obserwujemy na co dzień. Jednak pewnego dnia na Ziemię spada niewykryty wcześniej deszcz meteorytów, zabijający tysiące ludzi na całym świecie. Dla jednych to straszliwy zbieg okoliczności, dla innych - fatalny błąd służb odpowiedzialnych za ludzkie bezpieczeństwo. Jednak tylko garstka obywateli zdaje sobie sprawę, co tak naprawdę się święci - to Wezwanie, sygnał dla przedstawicieli 12 starożytnych ludów. Każdy z nich od pokoleń szkoli przedstawiciela zwanego Graczem - młodego człowieka, który w odpowiedniej chwili będzie musiał stanąćdo śmiertelnej potyczki z pozostałymi. Ten dzień właśnie nadszedł; rozpoczyna się Endgame, a jego stawką jest życie członków ludu, który zwycięży.

Moje największe obawy w stosunku do książki wiązały się z zagadkami, jakie można znaleźć na jej kartach. Bałam się, że mogą one zdominowac tekst, a ja, skromna czytelniczka niezainteresowana pogonią za sławą i pieniędzmi, nie odnajdę przyjemności w pomijaniu niezrozumiałych fragmentów. Na szczęście nic takiego się nie stało - Endgame skonstruowany jest przede wszystkim jako książka i choć zapewne sporo w nim wskazówek, nie odczuwa się ich przesytu. Jasne, przez większość lektury spoglądałam podejrzliwie na każdą cyferkę i wypatrywałam odchyleń od normy w zdaniach, ale to efekt raczej mojego nastawienia i wrodzonego czepialstwa. Zapewniam, że książkę można czytać jako zwykłą beletrystykę, w dodatku całkiem udaną.

Choć od samego początku nie mogłam pozbyć się wrażenia, że wiadomo z góry, kto jest głównym bohaterem powieści, muszę przyznać, że każda z postaci doczekała się należytego portretu na kartach książki. Czytelnik ma okazję odkryć psychikę bohaterów nie tylko na podstawie obserwacji bieżących wydarzeń; poznaje też pewne aspekty z przeszłości, istotne dla całej fabuły. Opis nie jest może równomierny, ale będzie jeszcze czas na uzupełnienia. Istotne jest, że każda postać jest indywidualnością, ma własny styl działania, poglądy i historię - tym samym trudno jest ich ze sobą porównywać, co czyni książkę naprawdę ciekawą.

Jedyne, co tak naprawdę jest moim zdaniem mankamentem tekstu, to duży znak zapytania, jaki stawiam przy postawie niektórych Graczy. Ciężko jest mi wyobrazić sobie sytuację, w której osoby - nawet wychowywane w określonym duchowym nurcie - w jednej chwili ze zwykłych obywateli przemieniają się w maszynki do zabijania. Jestem w stanie zrozumieć tę adaptację w przypadku Igrzysk Śmierci, gdzie system jest żywy, wywołuje stałe emocje, a każdy z trybutów funkcjonuje w nim na co dzień; każdego roku ma miejsce “rzeź niewiniątek”, odbywająca sie na oczach wszystkich. Endgame natomiast prezentuje nam system martwych tradycji, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości - to abstrakcja, w której nie uczestniczył nikt i jest ona niczym więcej jak ustnym podaniem. Dziwi mnie zatem, że w obliczu czegoś tak nierzeczywistego może nastąpić zmiana w życiu niektórych, w dodatku tak poważna.

Trzeba również powiedzieć, że autorzy Endgamu niestety nie ustrzegli się schematów. Mam wrażenie, że po prostu nie mogli się powstrzymać, by nie uzupełnić tekstu o wątek miłosnego trójkąta i namiętności rozgrywających się wśród wybuchów, morderstw i niebezpieczeństw. Na szczęście udało im się zrobić to na tyle z gracją, że nie sposób mieć im tego za złe. Ładnie równoważy to potencjalnie ciekawy wątek społeczny, jak lekko zarysowuje się w pierwszym tomie i perfekcyjna, złożona kreacja postaci.

Endgame jest na pewno książką wyjątkową w tym sensie, że daleko mu do klasycznych dystopii zawierających wizję przyszłości. Opisywane tu zdarzenia mogłyby mieć miejsce zawsze, choćby jutro, tak uniwersalne problemy są tu poruszane. Chylę również czoła przed wyobraźnią twórców i jestem im wdzięczna za stworzenie tak bogatego, a jednocześnie spójnego i interesującego świata. W ksiażce mamy do czynia z masą informacji, ale nie odczuwa się przeładowania. Akcja jest wartka i szybko posuwa się naprzód; wrażenie to wzmaga dodatkowo specyficzna edycja tekstu i krótkie, dynamiczne zdania. Co do zagadek ukrytych na kartach powieści - nie mogę się wypowiedzieć, bo w ogóle się za nie nie łapałam. Jestem jednak przekonana, że dla niejednego będą ciekawym wyzwaniem.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach "Czytam Opasłe Tomiska" (512 stron) oraz "Grunt to okładka" (listopadowy motyw- wielokrotność)

wtorek, 25 listopada 2014

Charlotte Brontë - "Villette"

Cieszę się, że już od jakiegoś czasu nie można nazywać mnie ignorantką w kwestii XIX-wiecznej literatury kobiecej – wiem już nieco więcej niż na początku swojej drogi. Po lekturze Shirley przeżyłam zachwyt barwnym językiem i błyskotliwą narracją, byłam tez urzeczona wnikliwym okiem autorki, dzięki któremu została dokonana ciekawa analiza społeczeństwa. Rozochocona zabrałam się za lekturę Villette oczekując podobnych wrażeń i przeżyłam szok. Cofam moje słowa z ostatniej recenzji – nie o wszystkim mogę czytać w tak wspaniałym stylu.

Treść książki można opisać naprawdę nieskomplikowanie, jest zresztą zgodna z pewnym luźnym schematem, charakterystycznym dla tamtych lat. Młoda Angielka, Lucy Snow, traci wszystko, co było dla niej cenne – nie chodzi tu tylko o dobra materialne, ale też przede wszystkim o najbliższe jej osoby. Jest osobą silną, więc w obliczu trudnej sytuacji, nie mając nic do stracenia, postanawia udać się w podróż i poszukać życiowego szczęścia w innej części świata. Wsiada na prom do Francji, a stamtąd dociera do Villette, miasteczka, w którym rozpocznie się jej monotonna egzystencja. Kobieta podejmuje pracę jako guwernantka w zakładzie wychowawczym Madame Beck; można by rzec, że odtąd wiedzie życie zwyczajne i raczej nudne. Do czasu wplątania się w pewną niecodzienną intrygę…

Wielką zaletą twórczości Charlotte Brontë, która ma swoje odzwierciedlenie również w tym tekście, jest ogromna wręcz wrażliwość autorki, którą dziś nazwalibyśmy po prostu inteligencją emocjonalną. Siłą jej tekstów jest świetna kreacja bohaterów oraz społecznego tła, powstała dzięki dostrzeżeniu wielu zależności między konkretnymi postaciami. Opisywane osoby są z reguły wyraziste, mają też swoje umotywowanie i najczęściej całkiem mocny pierwowzór w życiu realnym. W przypadku Villette dodatkową zaletą jest nowa jakość opisu – monolog wewnętrzny. Obserwujemy tu bohaterkę mierzącą się nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z samą sobą, w codziennej batalii i nieprzerwanym dyskursie. Opisowi poddane zostają doświadczenia i inne postaci, a całość historii poznajemy właśnie z perspektywy Lucy, która jest obserwatorką dokładną, spostrzegawczą i nieutrudzoną.

Charlotte utkała swą opowieść misternie, nakładając na siebie wiele pozornie błahych zdarzeń i tworząc z nich ciekawy oraz przede wszystkim pełny obraz. Zakładam, że to, co zostało opisane, nie pojawiło się tu przypadkowo, trzeba jednak powiedzieć jedną rzecz – dla współczesnego czytelnika książka może być po prostu nudna. Opisy są długie, akcja rozwija się bardzo słabo, wielokrotnie przeciągane tematy są monotonne. Utrudnia to utrzymanie zainteresowania, wciągnięcie się w jakikolwiek wątek i znacznie wydłuża czas czytania. Co gorsza – dla mnie nie był to tekst, który chcę smakować dzień po dniu w małych dawkach; w miarę upływu czasu moja motywacja po prostu opadała.

Absolutnie nie chcę tu ujmować wartości tekstów Charlotte Brontë ani odbierać jej rzeczywistego wkładu w rozwój literatury czy stworzenie podłoża do zmian w zakresie obyczajowości. Autorka w swoim tekście do cna wycisnęła temat kobiecej psychiki, pokazała jej złożoność i dylematy, dała szansę do obrony własnych racji. Nowatorska jak na tamte czasy technika strumienia świadomości pozwoliła wniknąć tak głęboko jak nigdy dotąd, zrozumieć bohaterkę lepiej niż kiedykolwiek. Tym niemniej Villette jest w moim odczuciu książką dla koneserów – zarówno XIX-wiecznej literatury, jak i powieści Charlotte.

Kończąc lekturę (nie całkiem) i pisząc tę opinię wiem jedno – jeszcze do tej książki wrócę. Wciąż myślę sobie, że to powieść „nie w czas”, że zbyt szybko wpadła w moje ręce. Przez pryzmat własnych doświadczeń nie polecam jej na początek przygody z Siostrami, a sama zabieram się za lekturę innych ich książek. Przed ponownym sięgnięciem po tekst z pewnością zagłębię się również w biografię autorki, tak, aby móc samodzielnie odkrywać nagromadzone tutaj powiązania.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu MG.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska"(656 stron).

środa, 19 listopada 2014

Kamil Janicki - "Damy Złotego Wieku"


Dawno nie miałam w swoich rękach tekstu tak idealnie dobranego do moich aktualnych zainteresowań. Właściwie ledwo zdążyłam wyjść z wykładu o XVI-wiecznej Polsce, zafascynowana postaciami Bony Sforzy i Barbary Radziwiłłówny, kiedy pojawiła się propozycja zrecenzowania najnowszej książki Kamila Janickiego, osadzonej w tych właśnie historycznych realiach. Możecie sobie wyobrazić, jak niezwykle szczęśliwa byłam, a właściwie jestem, bo stan ten utrzymuje się do tej pory. I powiem Wam coś w sekrecie – absolutnie się na tej książce nie zawiodłam.

Choć mowa jest tu o „damach”, a objętość tekstu jest dość znaczna, tak naprawdę niewiele kobiet doczekało się swojego pełnego portretu na kartach tej książki. Opowieść podzielona jest na 5 rozdziałów, jednak de facto jest to tekst ciągły i zawiera w sobie losy polskiego dworu na przestrzeni lat. Wątki przeplatają się i uzupełniają, tworząc spójną treść. Główną bohaterką jest tu Bona Sforza - to ona wiodła prym oraz utrzymywała się u szczytu władzy i wpływów podczas swojego życia w Polsce. Jedyną kobietą z tamtych lat i okolic, która tak naprawdę może konkurować z Boną pod względem dokładności opisu w tekście jest ta, która również za życia zdołała zaleźć Włoszce za skórę – litewska wiedźma, Barbara Radziwiłłówna. Wspomniana jest tutaj także Elżbieta Habsburżanka, jednak, podobnie jak w swoich czasach, pozostaje jedynie smutną przestrogą dla kobiet słabych i spolegliwych. Poczet kobiet wieńczy Anna Jagiellonka.

Obawiałam się nieco objętości tej książki i zastanawiałam się, czy lektura nie będzie mi się dłużyła. Nic bardziej mylnego! Autor umiejętnie lawiruje pomiędzy faktami i domysłami, wprawnie wplata też daty. Opowieść snuje się płynnie, zestawione dane są interesujące, a całość wzbogacona jest o szeroką gamę zdjęć, rycin i malowideł – przedstawiają one zarówno główne i poboczne postaci pojawiające się w tekście, jak i architekturę będącą miejscem akcji opisywanych wydarzeń. Całkiem subiektywnie powiem, że najbardziej cieszą oko liczne przedruki obrazów Jana Matejki – zawsze z wielką radością je oglądam i choć widać spore rozbieżności między wizją malarza, a tą zachowaną w dziełach wcześniejszych, jego kunszt nie pozostawia żadnych wątpliwości.

Wracając jednak do samego tekstu: niezmiennie wspaniałe wrażenie robi język, jakim posługuje się autor. Lekkość nie tylko pióra, ale i zestawiania materiałów źródłowych z narracją jest po prostu niezwykła – podczas lektury zapomina się, że jest to tekst paranaukowy i można nieźle się zdziwić, zaglądając do bogatej bibliografii. Przyjemnym jest również fakt, że autor potrafi ożywić to, co na co dzień obserwujemy na kartach obrazu – niejednokrotnie wykorzystane są tutaj sceny dosłownie namalowane słowem, opisane pięknie i kształtujące dla czytelnika nie tylko pewną wizję, ale i atmosferę danej chwili.

Pogrążona w półmroku sala biesiadna radomskiego zamku była niemal pusta. Blask rzucany przez palenisko padał tylko na dwie pochylone nad długim stołem sylwetki. Starsza kobieta miała włosy poprzetykane pasmami siwizny, twarz krągłą i pokrytą pajęczyną zmarszczek. (…) Mężczyzna (…) patrzył przed siebie tak, jakby pragnął, by każde jego bez wyjątku spojrzenie było w stanie zabić.[s.293]

W stosunku do poprzedniej książki Kamila Janickiego, którą miałam przyjemność czytać, czyli Upadłych dam II Rzeczpospolitej, więcej jest tu subiektywnych interpretacji autora. Po części wynika to z faktu, że badania dotyczące dawnych dziejów są dużo mniej pewne i pozwalają na szersze pole dla domysłów i spekulacji badaczy. Z drugiej jednak strony w opowieść wkrada się też nieco odniesień do współczesnej rzeczywistości. Jest tu miejsce na krótkie dyskusje o sztuce, kondycji dzisiejszego społeczeństwa, czy też na delikatne pokazanie goryczy w związku choćby z marniejącymi zabytkami Neapolu. Osobiście zwróciłam na ten aspekt uwagę, ale absolutnie nie uważam go za wadę – w tekście paranaukowym cieszę się na bliższe poznanie poglądów autora. Podoba mi się również polemika poprowadzona z prezentowanymi materiałami źródłowymi – Janicki nie wykorzystuje ich na ślepo, nierzadko konfrontuje je ze sobą nawzajem lub uzupełnia o własne argumenty, co przydaje książce wielowymiarowości.

Jeśli kochacie historię i z chęcią odkrywacie niuanse dworskiego życia, książka z pewnością Was zadowoli. Teksty Kamila Janickiego czyta się jak najlepszą beletrystykę i absolutnie nie odczuwa się natłoku informacji, których przecież jest tu bardzo dużo. Dla mnie lektura była świetną okazją do poszerzenia horyzontów i – jak wspomniałam na początku – posłużyła mi za rozszerzenie wiedzy z uczelnianych wykładów. Oby więcej pojawiało się na rynku właśnie takich opowieści – wybierających dla czytelnika ciekawe aspekty naszej rodzimej historii. 


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

~*~

Jeśli kogoś zainteresowała ta książka, zdradzę w tajemnicy, że już niebawem będzie można ją u nas wygrać. I nie tylko ją! Śledźcie nas uważnie, a na pewno nie przegapicie tego, co dla Was szykujemy. W końcu niebawem tyle Świąt...
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach "Czytam Opasłe Tomiska" (491 stron) oraz "Grunt to okładka" (listopadowy motyw- wielokrotność)

poniedziałek, 17 listopada 2014

Jonathan Holt - "Carnivia. Herezja" [recenzja przedpremierowa]

Nie minęło wiele czasu odkąd miałem okazję zwiedzić Wenecję za pośrednictwem książki Jonathana Holta. I to nie tylko tę prawdziwą, ale także fikcyjną, będącą wirtualnym odbiciem rzeczywistego miasta. Pomysły autora zaprezentowane w pierwszym tomie Carnivii przypadły mi do gustu, dlatego świeżutka Herezja wzbudziła we mnie niemałe oczekiwania. Czy zostały one spełnione?

Grupa protestujących przeciwko obecności obcych wojsk we Włoszech wdziera się na teren rozbudowywanej bazy Dal Molin. Wyraz buntu nie miał jednak standardowego przebiegu: jeden z bojowników natrafił na znajdujący się w jednej z koparek szkielet, o czym jak najszybciej zawiadamia policję. Do sprawy przydzielony zostaje pułkownik Aldo Piola, który dość szybko powiązuje sprawę z wydarzeniami z okresu wojny. W tym samym czasie znika Mia Elston, córka jednego ze stacjonujących w tej bazie oficerów. Choć pewne ślady wskazują na ucieczkę nastolatki, prowadząca śledztwo Katerina Tapo ujawnia coraz więcej faktów przeczących tej tezie. Czy coś łączy dwie, z pozoru nie powiązane ze sobą sprawy?

Tak jak to było w przypadku Bluźnierstwa, Herezja jest swoistym połączeniem kryminału i thrillera. Ponownie mamy do czynienia ze śledztwami policyjnymi, które w toku ich prowadzenia ujawniają istniejący spisek o międzynarodowej skali. Nie wiem jednak, czy to po prostu fakt niedawnego obcowania z poprzednim tomem, czy zamieszczone przez autora wskazówki w tekście, ale w tej części trylogii dużo wcześniej zacząłem się domyślać pewnych aspektów. Oczywiście niektóre rzeczy okazały się być zupełnie inne, niż mi się to wydawało, poza tym w żadnym momencie nie czułem się, jakby autor zdradzał mi zbyt wiele i tym samym psuł dalszą zabawę.

Tym razem Jonathan Holt dużo szybciej postanowił pokazać czytelnikowi powiązania między poszczególnymi wątkami: po kilkunastu rozdziałach (to nie jest dużo, tak jak poprzednio powieść zbudowana jest z małych fragmentów) dwie główne linie fabuły zostają w pewnym stopniu scalone i jednocześnie nabierają większego dynamizmu - zwłaszcza, że wszystko dzieje się w ciągu kilku dni (na nie właśnie, poza rozdziałami, podzielona jest książka). Oprócz tego równolegle oglądamy inne historie (m.in. śledzimy historię Mii, a także obserwujemy pewne wydarzenia w archiwach Watykanu), które także łączą się z główną fabułą. Równomierne przemieszanie tych wątków ponownie pozwoliło nie pogubić się we wszystkim, a także dostrzegać wzajemne powiązania.

Herezja nie jest niestety pozbawiona pewnych wad swojej poprzedniczki. Ponownie pojawiają się wstawki włoskich słów w dialogach, o których wiadomo, że prowadzone są w tym języku. Całe szczęście tym razem było ich mniej niż ostatnio, znowu jednak zostajemy uraczeni licznymi nazwami potraw w języku włoskim wraz ze sposobami ich przygotowania. Jak dla mnie jest to element, który nie pasuje do reszty układanki. Raz jeszcze miałem też wrażenie, że autor stara się pokazać czytelnikowi kraj, który uwielbia, bazując niestety na wielu stereotypach dotyczących Włoch. Poprawieniu uległ aspekt dotyczący zagadnień technicznych i informatycznych, wciąż jednak pojawiło się kilka nie do końca przemyślanych rzeczy.

Nie żałuję czasu spędzonego w Wenecji opisanej piórem Jonathana Holta - zarówno tej prawdziwej, jak i wirtualnej (ponownie Carnivia pojawiła się tylko w niewielkim aspekcie, mam jednak niemałe wrażenie, że w ostatnim tomie trylogii okaże się ona główną osią całej historii). Fabuła została skonstruowana po mistrzowsku, a do tego została silnie osadzona w rzeczywistości - ponownie istotną rolę odgrywają tutaj fakty i wydarzenia historyczne, a także zjawiska społeczne i obecna sytuacja geopolityczna. Niektórzy przyrównują książki Holta do dzieł Dana Browna, moim zdaniem jest to krzywdzące dla autora: cykl Carnivia jest o wiele lepiej skonstruowany, a fabuły jego książek - zdecydowanie cechują się wysoką realnością, do tego pisarz nie wymyśla nie wiadomo jak niesamowitych interpretacji znanych nam faktów. Choć nie pozbawione błędów, książki Jonathana Holta w pełni trafiły w mój gust literacki i mam wrażenie, że spodobają się one wielu osobom.

Na koniec jeszcze niewielka informacja: Herezja jest w pełni samodzielną książką. Jasne, pojawiają się liczne nawiązania do pierwszej części, jednak jej nie znajomość nie uniemożliwi nikomu lektury - wszelkie niezbędne informacje zostały zawarte w tekście. Aczkolwiek ja ze swojej strony zachęcam do uprzedniego sięgnięcia po Bluźnierstwo.


PS: Pisząc tę recenzję zdałem sobie sprawę, że imię porwanej dziewczyny jest skrótem wojskowym oznaczającym “Missed in action”. Przypadek? Nie sądzę. :P

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (426 stron)

niedziela, 16 listopada 2014

Hugh Howey - "Silos"


Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z opisem Silosu, wiedziałam, że muszę po tę książkę sięgnąć – tajemnicza, postapokaliptyczna opowieść zdawała się idealnie wpasowywać w moje gusta. Przywykłam już do wielu mankamentów współczesnych dystopii i nauczyłam się przymykać na nie oko, ale powiem Wam jedno – w przypadku tej książki nie musiałam tego robić. Zapomnijcie o ckliwych, niedojrzałych bohaterach i romantycznych westchnieniach w łunie nuklearnych eksplozji. Przed Wami opowieść bardzo obiecująca i zadowalająca.

Silos jest nam znany jako obiekt służący do przechowywania nadmiaru surowców, na przykład zboża; co jednak, jeśli umieszczono by w nim ludzi? W dalekiej przyszłości powierzchnia Ziemi jest toksycznym pustkowiem, a nieliczni ocalali żyją właśnie w silosie, tworząc podziemną społeczność, opartą na sztywnych i jasno określonych regułach. Największym przewinieniem jest pragnienie wolności, a karą za nie – wyjście na zewnątrz na pewną śmierć.  Jednak czy każdy, kto opuści silos, musi umrzeć? Żyjąca na najniższych piętrach Juliette już niebawem będzie miała okazję się o tym przekonać – choć dostrzegła, że jej życie będzie miało ewoluować, nie spodziewała się, jak wielkie zmiany pociągnie za sobą dla całej społeczności.

Powieść ta jest klasyczną dystopią i w tym zakresie nie odkrywa przed nami niczego nowego. Mamy tu zamknięte, hermetyczne społeczeństwo, żyjące według jasno określonych zasad – każdy obywatel ma swoją funkcję, jest przyporządkowany do danej dziedziny zawodowej, co determinuje piętro, na którym żyje. Stosuje się politykę kontroli urodzeń, szansa na posiadanie potomka pojawia się tylko i wyłącznie w przypadku śmierci któregoś z mieszkańców. Nie ma tutaj co prawda jasnego podziału kastowego, przyznać też trzeba, że ludzie są sobie względnie równi. Tym niemniej całość zbudowana jest raczej standardowo.

Mimo pewnej przewidywalności bardzo podoba mi się sposób, w jaki autor podszedł do wykreowanego przez siebie świata. Niejednokrotnie zdarza mi się narzekać na potraktowane po macoszemu wizje, zbyt skomplikowane nawet dla samego twórcy, nie wspominając o biednym czytelniku, który dostaje tyle informacji, co kot napłakał. Tutaj jednak sprawy mają się inaczej. Autor zgrabnie poradził sobie z odwiecznym dylematem: jak przedstawić świat, by nie ingerować zbytnio w fabułę i nie przeładować jej informacjami. Sceny związane z wędrówkami bohaterów w górę i w dół okazały się świetnym nośnikiem wiedzy i okazją do często niespiesznej i przyjemnej opowieści. W ten sposób czytelnik ma okazję dobrze i w miarę dokładnie poznać rzeczywistość Silosu i rządzące nim prawa. Sprawę ułatwia fakt, że większość rzeczy jest tu zwarta i logiczna, jak to bywa w hermetycznych i zamkniętych społecznościach.

Spójność świata przedstawionego wiąże się z jeszcze jednym ważnym aspektem, pozwala bowiem czytelnikowi na samodzielne porządkowanie myśli. Podczas lektury Silosu mózg pracuje na pełnych obrotach, a odbiorca ma szansę na bieżąco wykorzystywać otrzymywane informacje. A jest co robić, bo opowieść pełna jest zróżnicowanych wątpliwości i niespodziewanych zwrotów akcji, a przy tym wszystkim całość wypada szalenie realistycznie. Z początku mamy do czynienia z zagadką, która w moim przypadku cudownie uruchomiła wyobraźnię – miałam w głowie całą masę możliwych scenariuszy i zrobiłam przerwę w lekturze, by móc kilka z nich rozważyć. Później, w okolicach połowy, gdy akcja nabiera tempa, wiele wątków rozgrywa się jednocześnie i ciężko jest przewidzieć, co może stać się dalej. Bardzo podoba mi się takie wodzenie czytelnika za nos, tym bardziej, że trwa ono do samego końca.

Przyjemnością jest składanie tej układanki samodzielnie, choć przyznać trzeba, że część tej radości została nam brutalnie odebrana. Tak naprawdę moim zdaniem powieść ma tylko jedną słabą stronę, a jest nią przeplatanie chronologii. Niestety zdarza się, że obserwujemy pewne kluczowe wydarzenie, a dopiero później, po magicznej wstawce x czasu wcześniej mamy szansę prześledzić historię, która doprowadziła akcję do tego właśnie punktu. Jest to zabieg stosunkowo powszechny, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się dobrze go odebrać; zazwyczaj czuję się tak jak teraz – jak gdyby ktoś odebrał mi całkiem przyzwoitą zabawkę, pozbawiając przyjemności.

Owo zniekształcenie nie pojawia się jednak na tyle często, by miało ważyć na ocenie całości książki. W ostatecznym rozrachunku Silos jest powieścią dobrą, jeśli nie bardzo dobrą, w odniesieniu do pozostałych, dostępnych na rynku dystopii. Jeśli poszukujecie książki, która nie rozgrywa się w infantylnym świecie dzieci i młodzieży, powieści wolnej (póki co) od ckliwych wątków romansowym, mogę Wam z czystym sumieniem polecić właśnie ten tekst. Pomysł nie jest może skomplikowany, a świat nie należy do najdziwniejszych i najbardziej niezwykłych, opowieść gwarantuje jednak dobrze spędzony czas, wartką akcję i dreszczyk emocji, pozostawiający bardzo pozytywne wrażenie. Choć na początku miałam pewne opory podczas lektury, po mniej więcej stu stronach wszystkie znikły, a ja dałam się ponieść historii i właściwie do samego końca nie odłożyłam książki na dłuższą chwilę. Tekst ma w sobie coś wciągającego i wprost nie mogę się doczekać drugiego tomu – ufam, że będzie co najmniej równie dobry.


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Papierowy Księżyc.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (650 stron).