Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cecelia Ahern. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cecelia Ahern. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2019

Cecelia Ahern – „PS Kocham Cię na zawsze”

Dosłownie kilka dni temu opowiadałam o PS Kocham Cię – choć wszyscy zdają się znać tę historię od lat (widziałam posty, w których dziewczyny przyznają się, ile razy czytały książkę i widziały jej ekranizację), ja dopiero niedawno przełamałam swoją niechęć i wreszcie po nią sięgnęłam. Opowieść spodobała mi się bardzo i chwyciła mnie za serce do tego stopnia, że niemal od razu zabrałam się za lekturę kolejnej książki.

PS Kocham Cię na zawsze stanowi kontynuację losów Holly, choć nie bezpośrednią – w ciągu kilku lat przerwy nasza bohaterka zdołała względnie ułożyć sobie życie. Pracuje w sklepie siostry i planuje zamieszkać ze swoim aktualnym partnerem, Gabrielem. Pogodziła się z wydarzeniami z przeszłości, co przypieczętowuje nagraniem podcastu o listach, które zostawił dla niej Gerry i o tym, jak pomogły jej przetrwać żałobę. Jednak ten ład w jej życiu jest wyłącznie pozorny, co wychodzi na jaw, gdy zgłasza się do niej grupa śmiertelnie chorych osób zainspirowanych jej historią. Każdy z nich chce na swój sposób skorzystać z tego pomysłu, żeby przygotować dla swoich najbliższych podobny prezent. I każdy chce, by to właśnie Holly mu w tym pomogła. 

Długo zastanawiałam się, co mogę powiedzieć o kontynuacji przygód Holly i ostatecznie stwierdzam, że moim zdaniem diametralnie różni się ona od PS Kocham Cię. Pierwsza książka była niezwykle ciepła, a jednym z najważniejszych elementów w niej zawartych było wsparcie, siła grupy, przyjaźń. W części drugiej mamy tego znacznie mniej, a kolejne wydarzenia przynoszą nam więcej smutku i... sama nie wiem, goryczy? Holly musi się mierzyć nie tylko z powracającymi wspomnieniami, ale również problemami w relacji. Jej przyjaciółki również są na innym etapie życia i mają mnóstwo bardzo poważnych problemów. Do tego każdy z umierających bohaterów wnosi do opowieści mnóstwo przygnębienia. 

Tym niemniej, choć książka wydaje mi się bardziej smutna niż poprzednia, niesie za sobą mnóstwo czystej życiowej mądrości. Znów wracamy do tematu nieuchronności śmierci, w dodatku z bardzo ciekawej perspektywy. Zwykle gdy mówimy o umierających pacjentach, skupiamy się na reakcjach i przeżyciach ich otoczenia oraz na tym, co mogą zrobić, by ulżyć pozostającym przy życiu najbliższym. Tymczasem Ahern oddaje głos chorym, którzy w swoich ostatnich chwilach kierują się rozmaitymi, ważnymi dla nich pobudkami. 

Ponadto bardzo spodobało mi się to, w jaki sposób została rozpisana główna bohaterka. Otóż okazuje się, że mimo wielu ważnych doświadczeń związanych z listami od Gerry'ego, Holly nie zmieniła się aż tak bardzo, jak tego potrzebowała. Nadal żyła umoszczona w pewnej strefie komfortu, która nie wymagała od niej nietypowych działań. Dopiero pojawienie się członków klubu pomoże jej przepracować śmierć Gerry'ego – choć paradoksalnie wszyscy obawiają się, że wsparcie umierających tylko pogorszy jej stan. 

Choć w moim mniemaniu PS Kocham Cię na zawsze jest bardziej przygnębiające niż pierwsza część, to wciąż bardzo udana i poruszająca kontynuacja. Historia Holly skręca w ciekawym kierunku, a Cecelia Ahern po raz kolejny udowadnia swoją niezwykłą wrażliwość w kreowaniu postaci. Stworzenie tylu bohaterów o tak różnych motywacjach, wymaga nie lada zmysłu obserwacji i znajomości ludzkiej psychiki. A ostatecznie po lekturze, choć możemy czuć się zmęczeni, jesteśmy też w jakimś sensie podniesieni na duchu.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

czwartek, 31 października 2019

Cecelia Ahern – „PS Kocham Cię”

PS Kocham Cię to historia-klasyk. Prawdopodobnie większość osób ją zna – czy to z wydanej 15 lat temu książki Cecelii Ahern, czy też z filmowej adaptacji z Hilary Swank i Gerardem Butlerem w rolach głównych. Ja jestem wyjątkiem (zawsze pod prąd, yay!), bo jak do tej pory nie miałam styczności z żadną wersji tej opowieści. Jest to o tyle dziwne, że prozę Ahern uwielbiam i czytałam wszystkie jej książki – oprócz tej najbardziej znanej...

Ale dość o mnie i moich dziwnych książkowych przygodach. Dla tych, którzy również jak dotąd nie znali tej opowieści powiem w skrócie, że książka opowiada historię Holly – młodej kobiety, której mąż zachorował na raka mózgu i ostatecznie zmarł. Bohaterka, co całkowicie zrozumiałe, załamuje się; jej życie po prostu rozsypuje się na kawałki. Z otępienia wyrywa ją dopiero tajemnicza koperta, czekająca w jej rodzinnym domu. Koperta zawierająca listy, które zostawił dla niej mąż. Przez kolejne 10 miesięcy Holly otwiera po jednym liście i wykonuje zawarte w nich zadania, przechodząc jednocześnie przez kolejne etapy oczyszczającej żałoby. Jej życie zmienia się na zawsze. 

Jest mi ogromnie przykro, że tak późno poznałam historię Holly, bo jestem pewna, że przez ostatnie lata wielokrotnie bym do niej wracała. To jedna z tych książek, które perfekcyjnie podnoszą na duchu i napawają optymizmem. Jest ciepła jak koc i doskonale nadaje się na jesienno-zimowe wieczory... a właściwie na pozostałe pory roku też! Mimo że główny wątek książki związany jest ze śmiercią, nie czyha na nas depresja; wręcz przeciwnie, dawno nie poznałam historii tak przepełnionej nadzieją. To opowieść o relacjach (przyjacielskich oraz rodzinnych), o odkrywaniu zupełnie nowej twarzy najbliższych, a także o nieuchronnych zmianach, pokonywaniu słabości i poszukiwaniu sensu w życiu. 

Oczywiście PS Kocham Cię to również historia miłosna o wielkim i bardzo silnym uczuciu. To, co łączyło Holly i Gerry'ego, było wyjątkowe, a opowieść Cecelii Ahern chwyta czytelnika za serce. Jeśli lubicie love story, to powinno Wam się spodobać, mimo że już od początku wiemy, że nie skończy się stwierdzeniem "Żyli długo i szczęśliwie".

Nie mam pojęcia, skąd Cecelia Ahern czerpie swoje pomysły, ale jedno jest pewne: to wielka radość, że została pisarką i wykorzystuje swój niezwykły talent do tworzenia mądrych i przejmujących historii. Każdy kto wrzuca powieści obyczajowe do jednego worka z erotykami, romansami i komediami romantycznymi (nie mam nic do tych gatunków, sama po niektóre sięgam!), powinien sięgnąć po jej książki i przekonać się na własnej skórze, że można z tych wszystkich elementów stworzyć naprawdę niezwykłą historię na poziomie, taką jak Sto imion, Kiedy Cię poznałam, czy właśnie PS Kocham Cię







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

czwartek, 6 lipca 2017

Cecelia Ahern – „Lirogon”




Czytałam wszystkie wydane w Polsce powieści Cecelii Ahern. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, niektóre zapadły w moją pamięć na stałe, o innych zdążyłam już zapomnieć. Najistotniejszy jednak pozostaje fakt, że dzięki całości swojego dorobku autorka należy do grona moich ulubionych. Jest w jej powieściach coś, co nie pozwala mi się od nich oderwać, a wszelkie zawarte w nich emocje przeżywam bardzo silnie i odbieram osobiście.

Po Lirogonie spodziewałam się bardzo wiele. Choć miałam książkę już przed premierą, złożyło się tak, że dopiero w ostatnich dniach udało mi się ją przeczytać. Przez te dwa miesiące zapoznałam się z wieloma recenzjami, a w większości z nich znajdowałam takie określenia jak "niezwykła", "zachwycająca" i "wyjątkowa". Czy dałam się złapać na zdanie innych? Być może, ale najwyraźniej mamy bardzo zbieżny gust, bo i ja skończyłam lekturę z poczuciem ogromnego zadowolenia.

Gdzieś w małej, leśnej chacie w południowo-zachodniej Irlandii mieszka dziewczyna, o której istnieniu wie tylko jedna osoba. Przed światem skryta jest nie tylko ona sama, ale również jej niezwykły dar: naśladownictwo. Niczym australijski ptak, lirogon, potrafi odtwarzać najrozmaitsze dźwięki. Gdy o jej obecności dowiaduje się para filmowców, Salomon i Bo, cały świat dziewczyny zmienia się w okamgnieniu: ludzie są nią oczarowani i chcą oglądać, poznawać jej możliwości. Czy, izolowana do tej pory, poradzi sobie w świetle reflektorów? 

Muszę przyznać, że na samym początku łatwo nie było: fabuła niezbyt mnie wciągnęła, a do tego jedna z bohaterek, Bo, budziła we mnie koszmarne pokłady złości. Nie cierpię takich ludzi jak ona, serio. Przecież ta kobieta przekracza wszelkie granice! Na szczęście w miarę klarowania się fabuły lektura szła mi coraz łatwiej. Nie, Bo nie zniknęła ani nie stała się mniej irytująca jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki; po prostu emocje, które wywoływała, zostały zastąpione przez całe szeregi innych. Dla osób mocno empatycznych z pewnością nie będzie to łatwa lektura: Laura jako bohaterka jest osobą bardzo wrażliwą, ale też niezwykle ekspresyjną: jej stany emocjonalne są bardzo silne i dobrze nakreślone. Cecelia Ahern słynie z wiarygodnego odzwierciedlania uczuć i mam wrażenie, że w Lirogonie wspięła się na wyżyny swoich możliwości.

A'propos uczuć – w jednej z recenzji spotkałam się z rozważaniem, czy Lirogon nie jest przypadkiem tanim, niedopracowanym love story. Moim zdaniem nie. Większość powieści Cecelii Ahern to w jakimś stopniu romanse, ale w wielu z nich ta płaszczyzna stanowi raczej tło niż główną oś fabuły. Moje ulubione Kiedy cię poznałam i Sto imion to książki o konkretnej fabule, w których rodzące się między bohaterami uczucie stanowi kwestię drugorzędną, nienachalny dodatek, który pięknie uzupełnia całość. To właśnie ma miejsce w Lirogonie. Zgodzę się, że nie mamy tu pełnego nakreślenia relacji i tego, jak jest budowana, jednak moim zdaniem na tym polega urok tej książki. Romans jest subtelny i delikatny jak sama Laura, idealnie do niej pasuje.

Jeśli chodzi o główną oś fabularną, bardzo podoba mi się to, w jaki sposób zostały w tej powieści pokazane programy typu talent show, w których nie liczą się uczestnicy, a kariery i pieniądze producentów i sponsorów. Osoba niezwiązana z show-biznesem zostaje rzucona na głęboką wodę i jest bardzo podatna na wszelkie zagrożenia: czuje ogromną presję, ufa nieodpowiednim ludziom i bardzo łatwo ją oszukać. Wmawia się jej, że wykorzystuje największą szansę swojego życia i że od jednego wydarzenia zależy całe jej życie, dzięki czemu stopniowo uzależnia się od swoich "dobroczyńców" podpisując umowy i zmuszając się do robienia rzeczy, na które nie ma ochoty. Moim zdaniem to trafne ujęcie rzeczywistości, a jego najlepszym potwierdzeniem jest to, jak wielu zwycięzców tego typu programów nie robi ostatecznie żadnej większej kariery.

Ogromną zaletą powieści są również wstawki z autentycznej pracy na temat lirogonów autorstwa Ambrose'a Pratta. Fragmenty, które wybrała autorka, idealnie współgrają z tekstem; widać wyraźnie, że Ahern inspirowała się tymi ptakami nie tylko przy wymyślaniu nietypowej zdolności swojej bohaterki, ale także kreując jej charakter oraz przyszłe losy. To świetne uzupełnienie powieści, które kieruje interpretacje czytelnika na odpowiednie tory.

Polecam, zachęcam, podaję dalej, aby jak najwięcej osób dowiedziało się o tej niezwykłej powieści. Jest dokładnie taka, jak mówią: niesamowita.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Cecelia Ahern – „Podarunek”

Lou Shuffern już dawno przestał panować nad własnym życiem: lawiruje między obowiązkami, zawodową rywalizacją i domem, w którym jest raczej gościem niż stałym bywalcem – w każdym razie jeśli chodzi o to, gdzie przebywa myślami. Jego największym marzeniem jest móc znajdować się w dwóch miejscach jednocześnie. Niewykonalne? Ależ skąd! Życie Lou zmieni się całkowicie, gdy w odruchu dobrej woli zatrudni w swojej firmie przypadkowo napotkanego bezdomnego, Gabe’a. Ten niepozorny człowiek pomoże mu dostać to, czego Lou tak naprawdę chce.

Hej, czy jest tu jeszcze ktoś, kto nie wie, że uwielbiam książki Cecelii Ahern? Trąbię o tym za każdym razem, w każdej kolejnej recenzji, niezależnie od tego, czy ta akurat powieść spodobała mi się bardziej, czy mniej. Choć do tej pory żadna historia jej autorstwa nie dorównała tej (moim zdaniem) najlepszej, czyli Stu imionom, czekałam dzielnie. Wiedziałam, że w miarę poznawania wznowień i nowości odszukam kolejną perełkę, którą będę mogła się zachwycać i sięgać po nią kilka lub nawet kilkanaście razy. Czekałam, czekałam i wreszcie jest – Podarunek, który gdzieś tam kiedyś mignął mi w starym wydaniu, a teraz wreszcie trafił i na moją półkę, listę czytelniczą, a ostatecznie także do mojego serca.

Od razu uprzedzam: nie obiecuję cudów. Jeśli ktoś czyta dużo obyczajówek z realizmem magicznym albo ogląda kino familijne, dostrzeże tutaj pewnie schemat na schemacie. Ja też je widzę i uważam, że wszystko można obrócić zarówno na korzyć, jak i na niekorzyść książki, a wiele zależy od ogólnego wrażenia. To znaczy: jeśli książka do nas trafi, wybaczymy jej te schematy, a jeśli nie – będą dla nas tym bardziej uciążliwe. Tutaj mamy do czynienia z formułą quasi-legendy, gdzie główna historia jest opowiadania konkretnej osobie w konkretnym, wychowawczym celu. Wyraźny jest świąteczny klimat, który z jednej strony bardzo dobrze się prezentuje, z drugiej ma w jakimś stopniu usprawiedliwiać element magiczny. No i wreszcie główny bohater i jego życie – brak czasu dla rodziny, zabieganie i ogólne chamstwo to również dość powszechna klisza, którą sama widziałam nie raz.


- O, przepraszam. Jestem Gabe. – Wyciągnął rękę. – Gabriel, ale każdy kto mnie zna, nazywa mnie Gabe.
Lou wyciągnął rękę i uścisnęli sobie dłonie – ciepła skóra rękawiczki i zimna skóra bezdomnego.
- Jestem Lou, ale każdy, kto mnie zna, nazywa mnie palantem.[s.38]


Co w takim razie jest w tej książce AŻ TAK wyjątkowego? Po pierwsze każdą historię można opowiedzieć lepiej lub gorzej, a Cecelia Ahern zrobiła to wspaniale. Opowieść idealnie wpasowuje się w jej styl i reprezentatywnie odzwierciedla dotychczasowy dorobek: autorka zawsze wie, którą strunę w czytelniku poruszyć, by wywołać w nim emocje. Po drugie bardzo podoba mi się sposób, w jaki zostały wprowadzone elementy magiczne – tak jak wspomniałam, ładnie wpasowują się w ogólny klimat, ale książka nimi nie epatuje; to nie jest w całej opowieści najważniejsze. I wreszcie największa, moim zdaniem, zaleta: mimo humoru i ogólnie familijnego wydźwięku, książka nie jest słodka. Patrząc z perspektywy całości, znając już zakończenie, mogę nawet powiedzieć, że jest tu sporo goryczy.

Mnie Podarunek przekonał w stu procentach, bo miks stylu autorki z pomysłem, realizmem magicznym i klimatem miał odpowiednie proporcje i wypadł idealnie. Już po lekturze doszłam do wniosku, że to byłby dobry materiał na film – wiecie, taki, który leci w drugi dzień Świąt albo w niedzielę przed południem na Polsacie. Lekki, niezobowiązujący, czasem zabawny, czasem gorzki, ale z fajnym morałem bez zbędnego nadęcia. Uwielbiam takie historie, jeśli tylko są dobrze opowiedziane. Ta jest, spełnia więc wszystkie warunki, aby Wam ją polecić.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

czwartek, 17 listopada 2016

Cecelia Ahern – "Skaza"

Wyobraźcie sobie świat, w którym nie wolno Wam popełniać błędów. Niezależnie ile macie lat (z wyłączeniem okresu dzieciństwa), jedno potknięcie może zaważyć na całym Waszym dalszym życiu. Jeśli złamiecie panujące zasady społeczne – nieważne jak okrutne, bezsensowne i niezgodne z Wami by się wydawały – zostanie Wam wypalone piętno, które zawsze będzie widoczne dla innych. Koniec z luksusami. Koniec z podróżowaniem. Koniec z wolnością. Dołączycie do grona Naznaczonych, czy raczej wykluczonych ze społeczności idealnych ludzi. 

Dziwny jest świat wykreowany przez Cecelię Ahern. Dziwny, bo pełen obłudy, fałszu i zakłamania. Ludzie, którzy na co dzień mają nakaz bycia idealnymi, na każdym kroku wykazują cechy zupełnie odwrotne, zupełnie jakby można było robić, co się chce, póki nie interesuje się nami władza. O ile w niektórych czytanych przeze mnie dystopiach byłam w stanie odnaleźć celowość i spójność, a często nawet samodzielnie dotrzeć do motywów, jakie mogły kierować wprowadzającymi te totalitarne zasady, o tyle w przypadku Skazy naprawdę ciężko mi to przychodziło. Znalazłam tu kilka znanych elementów, jednak w dość nietypowym zestawieniu i z dużym rozdzieleniem na życie osób "publicznie" i "prywatnie". Zastanawiam się, jak można funkcjonować w takim położeniu i dużo bardziej autentyczni wydają mi się stłamszeni, zlęknieni obywatele z innych tego typu tekstów.

Kiedy czytałam recenzje tej książki, jeszcze zanim mogłam po nią sięgnąć, przyszło mi do głowy, że może oczekujemy za dużo od Cecelii Ahern. Czytałam naprawdę masę jej powieści i tak naprawdę żadna nie skupia się na świecie przedstawionym, wszystkie opierają się na relacjach i emocjach plus ewentualnie jakiejś nietuzinkowej historii. Muszę przyznać, że dałam się nieco nabrać na wtłaczanie tej książki w dystopijne ramy i automatycznie zaczęłam oczekiwać tego, co kierowało mną przy wyborach wśród tego gatunku: świetnie wykreowanym świecie. Tymczasem tutaj wszelkie zasady reguły i opis mają znaczenie drugorzędne, co dość mocno mnie rozczarowało. Widać wyraźnie, że autorka skupia się wyłącznie na historii głównej bohaterki, bo zarówno tło jest mało wyraźne, jak i wydarzenia nie stanowią podstawy rozważań, tylko gnają na łeb na szyję. 

Wiele opinii na temat Skazy, z którymi się spotkałam, zachęca do odkrywania tego tekstu na płaszczyźnie metaforycznej. Przychylam się do tego zdania – książkę Cecelii Ahern można traktować jako opowieść o potrzebie bycia idealnym. Współcześnie wielu młodych ludzi boryka się z problemem wymagań stawianych im przez społeczeństwo, a także z dylematem jak znaleźć złoty środek pomiędzy nie wyróżnianiem się, a pozostawaniem sobą. Historia Celestine, która w kilka chwil z najlepiej zapowiadającej się nastolatki w kraju staje się wrogiem publicznym numer jeden, pokazuje młodym ludziom, jak można sobie radzić, gdy przerastają nas oczekiwania lub gdy wmawia się nam, że jedno potknięcie może przekreślić całe nasze życie. 

Muszę przyznać, że najnowsza powieść Cecelii Ahern wywołała we mnie sporo sprzecznych odczuć. Liczyłam na dobrą dystopię i niestety z bólem przyznaję, że dałam się nabrać. Wątki dystopijne i kilka schematów to zbyt mało, aby powieść spełniała wszystkie założenia gatunku. Zabrakło mi tego, co najważniejsze, a więc porządnie skonstruowanego i umotywowanego świata. Pod względem akcji nie mam powieści nic do zarzucenia, jest schematyczna, ale dynamiczna i płynna. Warto też spojrzeć na nią poza dosłownym znaczeniem, bo to tam kryje się jej prawdziwa wartość. Zastanawiam się jednak, czy trzeba się było uciekać do tak dziwnej otoczki, aby opowiedzieć o byciu sobą i walce z ideałami – ciężko przychodzi mi szukanie w książkach drugiego dna i chyba lepiej przyjęłabym tę historię, gdyby rozgrywała się jakoś bliżej nas.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

piątek, 8 lipca 2016

Cecelia Ahern – „Pamiętnik z przyszłości”

Szesnastoletnia Tamara wiodła życie jak z amerykańskiego serialu dla nastolatek – oprócz szkoły jej czas zajmowały wypady z przyjaciółkami na zakupy, picie latte w modnych miejscach, Facebook, Instagram, imprezy oraz chłopcy. Dziewczyna wrosła w swoje bogate środowisko i przywykła, że ma wszystko, czego zapragnie. Niestety jej sytuacja uległa szybkiej i drastycznej zmianie; gdy ojciec Tamary popełnia samobójstwo, a na jaw wychodzą jego wieloletnie długi, dziewczyna wraz z matką musi przeprowadzić się do rodziny mieszkającej na wsi. Jak nietrudno się domyślić – jest załamana. Czy w trudnej sytuacji może jej pomóc tajemnicza księga będąca, jak się okazuje, jej własnym dziennikiem, który dopiero ma zostać napisany?

Pamiętnik z przyszłości to jedna ze starszych powieści Cecelii Ahern, która w ostatnim czasie doczekała się wznowienia. Miałam ją w rękach już kilka lat temu, jednak jakoś tak się złożyło, że koniec końców nie zaczęłam lektury; jest to o tyle dziwne, że już sam pomysł na tę powieść wydawał i nadal wydaje mi się bardzo ciekawy. Różne wariacje na temat podróży w czasie i kontaktów ze starszą wersją siebie są oczywiście motywem powszechnym zarówno w literaturze, jak i w filmie, nie ma zatem nic odkrywczego w wizji nastolatki poznającej za pośrednictwem pamiętnika wydarzenia nadchodzących dni. Najczęściej jednak taka ingerencja serwowana jest ostrożnie i z pewną obawą o to, jaki będzie to miało skutek dla całego systemu czasoprzestrzennego; tutaj nie ma takich wahań, a przyszłość ukazana jest jako dynamiczny twór – bohaterka czyta o tym, co się wydarzy, jednak może owe sytuacje dowolnie modyfikować, a nawet zapobiegać ich wystąpieniu. Dzięki takiemu ujęciu sprawy książka pokazuje nam, że tak naprawdę, choć nie mamy wpływu na przeszłość (a każdy z nas ma przecież trudne doświadczenia i rodzinne tajemnice), to przyszłość jest całkowicie w naszych rękach, a nasze późniejsze funkcjonowanie determinują wyłącznie wybory, których dokonujemy tu i teraz.

Koniecznie muszę wspomnieć o emocjach, jakie wywołała we mnie ta opowieść, a konkretnie jej bohaterowie. Przyznam od razu: nie polubiłam Tamary. Choć na samym początku miałam dla niej dużo wyrozumiałości, a jej złośliwości po prostu mnie bawiły, z czasem stała się bohaterką naprawdę denerwującą. Być może to tylko moje odczucie wynikające z tego, że dziewczynę ukształtował świat, o którym nie mam i prawdopodobnie nigdy nie będę miała zielonego pojęcia… Co ciekawe jednak, podobne odczucia wywoływała u mnie postać ciotki Tamary, postawionej do niej w całkowitej opozycji. Za sprawą tych dwóch kobiet głównym odczuciem towarzyszącym mi podczas lektury była irytacja. Nie zrozumcie mnie jakoś opacznie – to nie był ten rodzaj nerwów, które świadczą o książce źle; w wypadku Pamiętnika z przyszłości cieszyłam się, bo prezentowana treść faktycznie mnie poruszała.

Nie jest to ani najlepsza, ani najgorsza powieść Cecelii Ahern, to na pewno; myślę, że plasuje się gdzieś pośrodku dotychczas poznanego przeze mnie dorobku autorki. Czyta się ją płynnie, wywołuje sporo emocji, a do tego cała fabuła oparta jest na tajemnicy, której główne elementy są dla nas zagadką do samego końca. Prezentowana historia naprawdę ciekawie się splata, a jej odkrywanie jest przyjemnością. To świetna, lekka lektura na taki okres, jaki właśnie mamy, gdy większość z nas szuka czegoś niewymagającego i niezobowiązującego.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

piątek, 27 maja 2016

Cecelia Ahern – „Miłość i kłamstwa”

Książki Cecelii Ahern znam i lubię od czasu Stu imion; nie jest to żadną tajemnicą, bo wspominam o tym przy każdej możliwej okazji. Choć po drodze zdarzały się rozczarowania, a żaden tekst autorki nie zrobił na mnie jak dotąd aż tak powalającego wrażenia, lubię jej wrażliwość i sposób, w jaki opisuje otaczający nas świat. Nic więc dziwnego, że gdy tylko usłyszałam o premierze jej najnowszej powieści, po prostu musiałam tę książkę mieć w swoich rękach, najlepiej jak najszybciej. Rzuciłam się na nią, kiedy tylko do mnie dotarła i pochłonęłam jednego dnia, a powodem takiego stanu rzeczy nie jest absolutnie jej niewielka objętość – to specyfika opowieści sprawiła, że nie chciałam odkładać jej na bok ani na chwilę.

Autorka odeszła od romansu jako głównej osi fabularnej. Nie zrozumcie mnie źle, jej poprzednie książki nie skupiały się wyłącznie na ckliwej opowieści o kobiecie i mężczyźnie, ale zwykle miały ją gdzieś w tle. Tym razem jest inaczej – Miłość i kłamstwa to opowiadana równolegle historia ojca i córki, dwóch osób, które nie potrafią przyznać się przed światem, kim naprawdę są. W rozdziałach zatytułowanych Regulamin basenu poznajemy Sabrinę, pracującą w domu opieki kobietę w średnim wieku, której ojciec częściowo utracił pamięć po udarze. Gdy bohaterka wśród jego rzeczy znajduje dużą ilość szklanych kulek oraz spis pozwalający stwierdzić, że kolekcja nie jest kompletna, rozpoczyna poszukiwania – nie tylko pamiątek, ale także prawdy o człowieku, którego, jak się okazuje, zupełnie nie znała. Z kolei w częściach o tytule Grając w kulki przedstawione są losy ojca Sabriny, Fergusa: od najmłodszych lat dzieciństwa, aż po współczesność. Czytelnik ma okazję prześledzić jego pasję, ale także wszelkie problemy, które pojawiły się w związku z jej realizowaniem.

Gdybym miała powiedzieć krótko, jaka jest ta powieść, stwierdziłabym, że zwykła i niezwykła jednocześnie. Teoretycznie nie mamy tutaj do czynienia z jakimiś skrajnościami czy sytuacjami nie z tej ziemi – to opowieść, która z powodzeniem mogłaby się zdarzyć w rzeczywistości. Z drugiej strony sposób, w jaki autorka łączy fakty i opowiada o świecie, sprawia, że nie jest to kolejna nudna historia oparta na tym samym schemacie. Choć świat Sabriny i Fergusa wydaje się skrajnie różny (ze względu na płeć, charakter, poczucie odpowiedzialności i życiowe doświadczenia), to pewne zachowania ich łączą. W sposób nieświadomy, dokładnie tak, jak to bywa na linii rodzice-dzieci, bohaterka powiela zachowania swojego ojca, borykając się z własną tożsamością i niechęcią do pokazywania innym prawdziwej wersji siebie. Co ciekawe (i dość nietypowe dla autorki), historia Fergusa jest dość gorzka, naznaczona wieloma trudnościami, krzywdami i niepowodzeniami. To opowieść o człowieku, który nigdy nie dostał przyzwolenia, by być sobą i się tym cieszyć.

Tak jak wspomniałam na początku, powieść czytało mi się bardzo dobrze – jest płynna i przyjemna w odbiorze. Rozdziały prezentowane są naprzemiennie, jednak nie w sposób regularny, a autorka dobrze manipuluje czasem, jaki poświęca obu postaciom, a także treścią, w odpowiednim tempie ujawniając kolejne fakty z życia bohaterów. Zagadka, którą ma do rozwiązania Sabrina, również dla nas ma wiele niewiadomych i praktycznie do samego końca odkrywamy kolejne elementy układanki. Tajemnica napędza fabułę, która mogłaby momentami wydać się nudnawa, zwłaszcza gdy poznajemy przeszłość bohaterów; na szczęście wszystko jest tu wyważone i dopracowane, dzięki czemu lektura jest naprawdę przyjemna.

Muszę to powiedzieć: wciąż nie jest to powieść na miarę Stu imion, ale poziom jest naprawdę bardzo bliski. To dokładnie ta Ahern, którą lubię: sprytna obserwatorka rzeczywistości, która pokazuje, że powieść obyczajowa to znacznie więcej niż romans, a bohaterowie mogą mieć naprawdę ciekawe historie i problemy. Opowieść mnie wciągnęła i zainteresowała, książkę czytało się świetnie, a jej fabułę zapamiętam na długo ze względu na charakterystyczny motyw gry w kulki. Tak, zdecydowanie jestem zadowolona.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

środa, 13 maja 2015

Cecelia Ahern - "Kiedy cię poznałam"


Cecelię Ahern pokochałam za książkę Sto imion - dawno nie czułam tak niesamowitej magii związanej z obyczajową i z pozoru błahą lekturą. Byłam zachwycona! Niestety, w miarę poznawania kolejnych tekstów autorki mój entuzjazm stopniowo opadał. Już myślałam, że nigdy nie wróci do stanu pierwotnego, ale na szczęście stało się inaczej - znów było mi dane wpaść w zachwyt, bo najnowsza książka Ahern jest po prostu świetna!

Jasmine ma nietypowe imię, głowę pełną pomysłów i siostrę z zespołem Downa, którą niesamowicie kocha. Ma też problemy - pierwszym jest chroniczna niezdolność do kończenia rozpoczętych projektów, a drugim fakt, że właśnie straciła ukochaną pracę. No, może nie do końca, bo tak naprawdę stało się coś gorszego - została wysłana na tzw. urlop ogrodniczy, czyli umowę wypowiedziano jej z rocznym odroczeniem. Jednym słowem: nie ma zajęcia, ale nie może też podjąć nowego. Obiektem związanych z tym negatywnych emocji czyni Matta, sąsiada z naprzeciwka, który słynie z kontrowersyjnych audycji radiowych i właśnie popisowo niszczy swoje życie prywatne. Jak potoczy się relacja dwojga ludzi w bardzo trudnej sytuacji?

Jak już wspomniałam, jestem po prostu zachwycona tą powieścią. Od pierwszej strony czułam, że będzie to właśnie "to" - książka pełna magii i uroku, za który pokochałam teksty Cecelii Ahern. Opowieść nie jest do końca lekka, porusza tematy, które są dla nas trudne - utrata pracy, budowanie wzajemnego zaufania, choroba bliskiej osoby - a jednak czyni to w sposób subtelny. Nie ma tutaj nieszczerości, naginania faktów czy przesady; wszystko odbywa się w sposób autentyczny, według trybu i realiów, które są bardzo prawdopodobne życiowo. Wątek miłosny oczywiście jest obecny - w końcu to powieść obyczajowa! - ale autorka poprowadziła go inteligentnie, ciekawie i prawdziwie. Bohaterowie, choć w oczywisty sposób są indywidualnościami, posiadają cechy, które ma każdy z nas, dzięki czemu łatwo się z nimi zidentyfikować.

Dużym atutem książki jest język - w przypadku Kiedy cię poznałam narracja jest pierwszoosobowa, a historię poznajemy z perspektywy Jasmine, która zwraca się bezpośrednio do Matta. W miarę upływu książki, gdy coraz więcej jest między nimi interakcji, brzmi to nieco dziwnie, ale można się przyzwyczaić. Istotny jest styl, w jakim wypowiada się bohaterka - lekki, zdystansowany, ironiczny; sprawiający, że nie sposób jej nie polubić. To aspekt, który niesamowicie umila lekturę.

Cieszę się, że miałam okazję poznać najnowszą książkę Cecelii Ahern, bo przywróciła mi ona wiarę w autorkę i jej talent. Mało jest osób, które potrafią w taki sposób ująć świat i połączyć fakty, że powstała całość od początku do końca urzeka. Ta historia, choć jej tło nie przydarzy się każdemu z nas, jest w pewnym sensie uniwersalna i z pewnością spodoba się wielu. Książka wciąga już od pierwszej strony i nie pozwala się oderwać, wspaniale umila czas.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

niedziela, 30 listopada 2014

Cecelia Ahern - "Love, Rosie" [recenzja przedpremierowa]

Pamiętacie bajkę o Żurawiu i Czapli, którzy chcieli być ze sobą, jednak nie w tym samym czasie? Opowieść ta przestrzega dzieci przed niezdecydowaniem niczym Fredrowski osiołek; Cecelia Ahern natomiast wyciąga ów motyw literacki z lamusa i przekonuje, że może on się pojawić w życiu każdego z nas. Czyni to oczywiście za pośrednictwem powieści, która niebawem pojawi się w Polsce pod nowym tytułem, a także zostanie zekranizowana. Czy metafora jest trafna, a jej wykonanie dobre? Zobaczcie sami.

Rosie i Alex znają się od zawsze. Przez wiele lat chodzili do jednej klasy, razem robili głupstwa i nie odstępowali się na krok; to była przyjaźń na dobre i złe. Jednak rok przed zakończeniem liceum ich relacja została wystawiona na ciężką próbę, gdy rodzice chłopca przenieśli się z Irlandii do Ameryki, zabierając swoją pociechę ze sobą. Od tej pory kontakt młodych ludzi zmienia się, a życie każdego z nich zaczyna biec swoim własnym, nieoczekiwanym rytmem. Dzielą ich plany, marzenia i szara codzienność, a każde z nich poszukuje własnej drogi do szczęścia. Obserwujemy, jak ta relacja zmienia się na przestrzeni lat pod wpływem przeróżnych zdarzeń, a bohaterowie stopniowo zaczynają zastanawiać się, co tak naprawdę ich łączy.

- A więc jesteś wkurzony, ponieważ X nie przeprowadza się do Bostonu ze względu na ojca jej dziecka, który nie pojawiał się od trzynastu lat, a teraz nagle wrócił (…)?
- Tak.
- Chryste Panie, kto pisze dla ciebie scenariusze?
[s.287]

Dokładnie taka sama refleksja towarzyszyła mi niemal przez całą lekturę – kto, do diabła, stworzył tak zagmatwany scenariusz życia dwojga biednych ludzi? Tak jak wspomniałam na początku, powieść opiera się głównie na ich wzajemnym niezgraniu czasowym w kwestii określenia swoich własnych uczuć. Nie brak też nieszczęśliwych zbiegów okoliczności – podczas czytania miałam chwilami wrażenie, że niebo i ziemia sprzysięgły się, aby Rosie i Alex nie mogli zaznać szczęścia. Nie było to ani łatwe, ani miłe, ani pozytywne; właściwie im bardziej zagłębiałam się w historię, tym bardziej była ona dla mnie nierealistyczna.

Na domiar złego podczas czytania umknął mi moment, w którym bohaterowie dorośli. A może nigdy się to nie stało? Na kartach tej książki obserwujemy wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni półwiecza, a postaci, choć oczywiście ewoluują, nijak nie zbliżają się do modelu osób dojrzałych. Praktycznie przez cały czas brak im wglądu we własne emocje i przeżycia, cechują się także koszmarną niezdolnością do wyciągania jakichkolwiek wniosków z tego, co ich spotyka. Z drugiej strony ów mankament jest równoważony przez naprawdę dobre ukazanie damsko-męskiej przyjaźni i wszystkich związanych z nią dylematów – co się dzieje, gdy któryś przyjaciel wejdzie w związek, jak trudno jest walczyć o czas spędzany z kimś bliskim… Poczucie odrzucenia, żal, niechęć i frustracja są tu obecne i dobrze zaprojektowane.

Kolejną sprawą, która nie do końca mi się podobała, była przyjęta przez autorkę forma wyrazu. Tekst zbudowany jest właściwie tylko z wiadomości wymienianych między bohaterami. Są tu wypowiedzi dłuższe, e-mailowe, oaz te krótkie, z internetowych czatów. Poszczególne postaci poznajemy jedynie gdy biorą udział w wymianie zdań lub za pośrednictwem innych. Z jednej strony taka post-epistolograficzna forma dynamizuje tekst i sprawia, że możemy pochłonąć go naprawdę szybko, z drugiej jednak – strasznie zmniejsza ilość informacji docierających do czytelnika. W moim odczuciu na dłuższą metę się to nie sprawdziło, a pod koniec stało się wręcz nużące.

Gdy dodawałam dzisiaj książkę do przeczytanych na Lubimy Czytać, nie mogłam wyjść ze zdziwienia, podpatrując jaką ocenę ma na portalu ów tekst. Mnie niestety powieść Cecelii Ahern nie urzekła niemal w ogóle. Oprócz pojedynczych aspektów, które były skonstruowane dobrze, całość dała mi raczej mało radości i satysfakcji. Historia nie wciągnęła mnie w ogóle, ślepota bohaterów działała mi na nerwy, a co najgorsze – zabrakło mi tu magii, za którą tak pokochałam powieści Cecelii Ahern. Tak naprawdę nastawiałam się na tekst, który mnie zauroczy i przeniesie w niezwykły, choć realny świat, jak „Sto imion” czy „Zakochać się”. Nic takiego się nie stało i jestem zwyczajnie zawiedziona.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach "Czytam Opasłe Tomiska" (512 stron) oraz "Grunt to okładka" (listopadowy motyw- wielokrotność)

czwartek, 4 września 2014

Cecelia Ahern - "Zakochać się"

Czy zdarzenie potencjalnie uznawane za rzadkie może spotkać tę samą osobę dwa razy, w dodatku w ciągu zaledwie kilku dni? Christine Rose, pośredniczka pracy, miała okazję przekonać się, że życiem rządzą reguły z goła inne niż te matematyczne… Po tym, jak w jej obecności mężczyzna strzelił sobie w głowę, dziewczyna drugi raz spotyka samobójcę – człowieka chętnego do skoku z mostu. Postanawia nie odpuszczać i tym razem udaje jej się zapobiec próbie odebrania sobie życia, choć wdaje się przy okazji w dziwny układ. Zobowiązuje się w dwa tygodnie przekonać Adama, że naprawdę warto żyć.  

Cecelię Ahern poznałam przy okazji Stu imion i przyznaję, że byłam oczarowana. Tamta historia urzekła mnie i zachwyciła – tutaj magii jest trochę mniej. Uwielbiam jednak autorkę za to, że w swoich tekstach jest w stanie przemycać niewyobrażalne wręcz pokłady optymizmu. To nie poradniki jak żyć, by być szczęśliwym, ale opowieści bliskie nam wszystkim, ze świata, w którym na co dzień przyszło nam funkcjonować. Choć opisywane przypadki są skrajne, nie ma tu oderwania od rzeczywistości, a bohaterowie są tak skonstruowani, by można się było z nimi identyfikować. Powieść oczywiście nie należy do skomplikowanych, fabuła jest przewidywalna, ale – hej! – naprawdę można się w tym zatracić! Kartki przerzucają się same, nasze oczy błądzą po literkach, a lektura idzie naprawdę szybko. I daje dużo satysfakcji!

Podoba mi się kreacja głównej bohaterki – dziewczyna jest naprawdę dziwna, choć w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto zgromadził chyba wszystkie wydane poradniki i zasadami z nich kieruje się w życiu? Ta osoba myśli zadaniowo, szukając rozwiązań prostych i uniwersalnych. Ciekawie obserwowało się takie poczynania. Poza tym w powieści jest naprawdę sporo humorystyczno-ironicznych wstawek, bohaterowie pięknie się dopełniają i razem prezentują się naprawdę wspaniale.

Nie będę rozkładała tego tekstu na czynniki pierwsze, bo to nie ma sensu – nie znajdziecie tu skomplikowanej opowieści, zawiłych zwrotów akcji czy bohaterów tak głębokich, że można zatonąć w odmętach ich psychiki. Jeśli jednak szukacie dobrej zabawy, lekkiej prozy i porządnej dawki optymizmu – zapraszam. Do tej i innych książek autorki. 


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.

piątek, 14 marca 2014

Cecelia Ahern - "Sto imion"

Od dłuższego czasu na hasło „literatura kobieca” reagowałam alergicznie. Gust książkowy (mam nadzieję) nieco mi się wyrobił, a słysząc te słowa miałam przed oczami wyłącznie tanią, romansową historię, czasem okraszoną humorem, najczęściej niezbyt skomplikowaną i do tego średnio napisaną. Dziś przyszło mi ten pogląd zdecydowanie zweryfikować – powieść Cecelii Ahern, choć zdecydowanie obyczajowa, jest niebanalna i bardzo dobrze napisana. A poza tym ma szalenie optymistyczny przekaz, czego bardzo brak dzisiejszej literaturze…

Główną bohaterką jest Kitty/Katherine Logan – dziennikarka, która mimo młodego wieku zdążyła już popaść w zawodową rutynę. Choć karierę zaczynała w skądinąd ambitnym piśmie „Etcetera”, zapragnęła od życia czegoś więcej – pracy dziennikarki telewizyjnej. Miesiącami znosiła opracowywanie upokarzających artykułów o niczym, by wreszcie… popisowo zniszczyć własną karierę, renomę stacji i życie pewnego nauczyciela. Jej pierwsze dziennikarskie śledztwo okazało się katastrofą – oskarżyła niewinnego człowieka o molestowanie uczennicy, czym zaprowadziła przed sąd twórców programu, a samej sobie zafundowała prostą drogę do (częściowego przynajmniej) bezrobocia. Na domiar złego Kitty doświadcza społecznego napiętnowania ze strony obcych jej ludzi, zostawia ją partner, a przyjaciółka, która dotąd wspierała ją w życiu i w karierze, umiera na nowotwór. Można by rzec, że bohaterka przeżywa istny koniec świata, tyle że w skali własnego życia. Jej ostatnią szansą jest napisanie artykułu na cześć przyjaciółki – artykułu, o którym tak naprawdę nie wie nic…

Niezwykle podoba mi się przekaz płynący z tej książki i otoczka, w jaką został ubrany. Naprawdę możemy szczerze nie polubić Kitty – jej ślepota jest denerwująca i momentami ma się ochotę zawtórować jej przyjacielowi, mówiącemu, że tak naprawdę myśli tylko o sobie. Jednak czy my na co dzień nie postępujemy podobnie? Szczęściem tej kobiety jest fakt, że poznała kogoś, kto potrafił wydobyć z niej to co najlepsze nawet zza grobu. Przyjemnie obserwuje się zmiany zachodzące w głównej bohaterce i to, jak uczy się doceniać rzeczy, które ma. Sami również możemy się wiele z tej książki nauczyć – obserwując bohaterów będących sobą mimo wszystko, dążących do celów ważnych dla nich samych, często zagubionych i potrzebujących impulsu do działania. Tu nikt nie jest idealny, ale każdy jest wartościowy.Morał z książki jest jasny – każdy z nas jest wyjątkowy.

Kolejną zaletą tekstu jest strona techniczna - mimo prostego języka i nieskomplikowanej fabuły jest on oryginalny i wciągający. Narracja jest przyjemna, a tempo akcji równomierne. Czyta się niezwykle szybko, a kolejne strony mijają niepostrzeżenie – to jedna z tych książek, podczas czytania których mówi się: „jeszcze tylko jeden rozdział”, a koniec końców siedzi się nad nimi do rana. Nie ma tu może nagłych zwrotów akcji, ale coś przyciąga i nie pozwala odpuścić nawet na chwilę. Konstrukcja na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo prosta, jednak faktycznie okazuje się nietuzinkowa – choć złożona niemal wyłącznie z historii kolejnych osób, zaskakuje niemal na każdej stronie. Zdecydowanie jest to zasługą konstrukcji bohaterów – duży ukłon dla autorki za autentyczne ukazanie zarówno jednostek, jak i społeczności. Nic tu nie jest irytujące – ani nieszczęścia, jakie spotykają bohaterów, ani wątki miłosne, ani happy end. Książka jest idealnie wyważona.

Nie jest to typowa powieść obyczajowa, ale z chęcią poleciłabym ją tym, którzy szukają czegoś, co pozwoli się zrelaksować i uraczy dobrym morałem. Historia stworzona przez Cecelię Ahern pozostawia po sobie pozytywne odczucia i optymizm, który bije z niej naprawdę mocno. Na pewno kiedyś do niej wrócę (a rzadko mówię to o książkach!), tymczasem czekam na kolejne teksty autorki – mam nadzieję, że są równie ciekawe.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję bardzo Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach "Grunt to okładka" (marcowy motyw - kobieta) oraz "Czytam Opasłe Tomiska" (448 stron).