Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść psychologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść psychologiczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 stycznia 2017

Randy Susan Meyers – „Wypadki małżeńskie”

Jakkolwiek źle to zabrzmi, można chyba powiedzieć, że wśród tematów literackich mocno ciekawi mnie szeroko pojęta patologia. Przemoc, nadużycia, agresja – jeśli któryś z tych elementów występuje w powieści, ma ona szansę mnie zainteresować, natomiast jeśli dodatkowo przekłada się to na psychologiczną motywację postaci, prawdopodobnie książka trafi do grona moich ulubionych. Nic więc dziwnego, że skusiłam się na Wypadki małżeńskie – powieść, która nie tylko porusza problem przemocy domowej, ale też została napisana przez kogoś, kto miał z ofiarami takowej bezpośrednią styczność. Mając w pamięci choćby świetne, oparte na faktach, książki Cathy Glass, poprzeczkę postawiłam naprawdę wysoko. Nie jestem pewna, czy to była dobra taktyka…

Wypadki małżeńskie opowiadają historię Bena i Maddy – ustatkowanego małżeństwa z trójką dzieci i jasnym podziałem obowiązków. Bez tego ostatniego nie dałoby się funkcjonować, ponieważ mężczyzna ma problemy z kontrolą emocji: zdarzają mu się wybuchy, których jego otoczenie panicznie się boi. Rodzinny ład jest bardzo kruchy, a pewnego dnia zostaje całkowicie rozbity, gdy małżeństwo bierze udział w wypadku komunikacyjnym, w wyniku którego Maddy zapada w śpiączkę. Ben będzie musiał zmierzyć się z ogromem odpowiedzialności, poczuciem winy i skalą własnych problemów, które miały i nadal mają bezpośredni wpływ na jego najbliższych.

Początek lektury był dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Spodziewałam się kolejnej opowieści opartej na schemacie kat-ofiara, tymczasem autorka już od pierwszych stron pokazała, że będzie chodziło o coś więcej. Nie ma tutaj jednoznacznej oceny, napiętnowania i jednostronnej agresji: oboje bohaterów jest świadomych swoich reakcji i dostrzega własną rolę w sytuacji w domu. Ta refleksyjność postaci mocno mnie zaskoczyła, ale też sprawiła, że bardzo pozytywnie oceniłam sferę psychologiczną. W książkach dotyczących przemocy często mamy do czynienia ze stereotypami i sztywnymi bohaterami, którzy realizują z góry założony schemat; tutaj znajdziemy postaci z krwi i kości. Przed czytelnikiem zostaje odkryta cała sieć zależności i powiązań – mamy wystarczające dane, by zastanowić się, w jaki sposób doszło do opisanej sytuacji i czy można jej było w jakiś sposób uniknąć. Przemoc została ukazana jako zjawisko złożone i nie biorące się znikąd. Podoba mi się również to, w jaki sposób autorka ujęła przemiany całej rodziny ze szczególnym naciskiem na córkę, u której cała tragedia zbiegła się w czasie z okresem najsilniejszego buntu.

Niestety mimo dobrej kreacji postaci, książka mnie nie zachwyciła. Największą wadą jest moim zdaniem fakt, że powieść została napisana bardzo nierówno. Akcja chwilami utrzymuje naprawdę dobre tempo, innym razem z kolei zwalnia tak bardzo, że zaczynamy się nudzić. Nie wiem, czy autorka oparła swoją opowieść na faktach, jak mocno je sfabularyzowała i jak duże miało to znaczenie dla całej akcji, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: powieści brakuje płynnej dynamiki. Refleksje są nam podane dość ciężko, a w fabule zdarzają się niepotrzebne przestoje, których spokojnie mogłoby nie być. Gdy coś się dzieje – dzieje się szybko, to fakt, jednak chwilę potem następuje czas, gdy znów zaczynamy się męczyć. Nie jestem pewna, czy ten element będzie przeszkadzał każdemu, ale dla mnie był naprawdę trudny do zaakceptowania.

Jeszcze przed rozpoczęciem lektury miałam w głowie sporo wymagań, które dodatkowo podbił świetny początek książki. Niestety, od jakiegoś czasu źle znoszę lektury, przez które trzeba brnąć, a tak właśnie wyglądała moja przygoda z Wypadkami małżeńskimi. Z pewnością nie można odmówić autorce wiedzy i doświadczenia – te elementy widać w sposobie, w jaki wykreowała swoich bohaterów i w siatce zależności, którą dla nich stworzyła. Powieść wypada zaskakująco autentycznie, niestety nie jest tak wciągająca i emocjonująca, jakbym tego chciała. Może Wam spodoba się bardziej?





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.

piątek, 24 czerwca 2016

Lars Saabye Christensen – „Beatlesi”

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy lubię powieści o dorastaniu, prawdopodobnie w pierwszym odruchu odpowiedziałabym, że nie – czytałam zbyt dużo przeciętnych lub po prostu słabych książek poruszających ten temat, żeby mieć do nich pełne zaufanie. Aby pisać o dorastaniu, trzeba wykazać się niezwykłą wrażliwością i zrozumieniem nie tylko dla swoich rówieśników, dorosłych, ale także dla dziecka i nastolatka. Nie da się opisać należycie całej zmiany zachodzącej w człowieku bez empatii skierowanej ku jego młodszemu „ja”. Wielu pisarzy tego nie potrafi i w swoich książkach gani, piętnuje, degraduje dziecko jako głupsze i gorsze niż dorosły, lub też czyni je niespójnym i nieautentycznym nadając mu zbyt wiele cech człowieka, którym dopiero ma się stać. Na szczęście nie wszyscy działają w ten sposób.

Beatlesi to powieść w znacznej mierze o dorastaniu właśnie, a autor w mistrzowski sposób realizuje wybrany temat prowadząc czytelnika przez kolejne etapy. Bohaterów poznajemy w roku 1965, gdy są jeszcze dziećmi – ich czas zajmuje szkoła, wybryki oraz wspólne słuchanie płyt. Są zapatrzeni w Beatelsów i jeszcze nie gotowi na to, by poszerzać swoje horyzonty. Jednak wszystko zmienia się tak szybko… Z pasji wyrastają przekonania, z przekonań ideały, te z kolei upadają w kontakcie z brutalną rzeczywistością. Widzimy, jak stopniowo zmieniają się zachowania chłopców, ich postawy, jak się buntują, wyłamują i poszukują własnej tożsamości. Choć z każdym rozdziałem uwydatniają się różnice między nimi, wciąż pozostają sobie bliscy i zjednoczeni w przyjaźni i fascynacjach okresu dorastania.

Trzeba powiedzieć jasno, że jest to bardzo specyficzna książka, a temat, który porusza, należałoby po prostu lubić, by czerpać z niej maksimum satysfakcji. Mamy tutaj bądź co bądź ponad 700 stron, na których rozgrywa się dość niespieszna, dokładna fabuła. Książka nie obfituje w niesamowite zwroty akcji i jest raczej powieścią obyczajową, psychologiczną, niż trzymającą w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Jednak to w prostocie tematu drzemie siła Beatlesów, bo to opowieść w jakimś stopniu bliska człowiekowi, prawdziwa i dokładnie opisująca znane mechanizmy rządzące światem. Christensen nie wybiera zdarzeń wyłącznie dobrych albo złych – książka oparta jest na różnych scenach, z których jedne bawią, a inne smucą, jednak za każdym razem emocje te są równie silne, bo wynikające właśnie z autentyczności.

Do wszystkich opisywanych pozytywów dochodzi tło, o którym nie sposób nie wspomnieć, bo stanowi ważny element całej historii. W oczywisty sposób jego elementem jest muzyka – tytułami rozdziałów są kolejne piosenki Beatlesów, jednak nie tylko oni pojawiają się w książce Christensena. Ogół kultury tamtych lat ma wielki wpływ na bohaterów chociażby przez społeczne rozprężenie, które jest w pewnym stopniu przyzwoleniem dla eksperymentowania – lata 70’ to czasy, gdy muzyka miała ważny przekaz, teksty opisywały trudny świat, a młodzi ludzie czerpali z życia garściami, gromadząc doświadczenia, które niekoniecznie miały pozytywny wpływ na ich późniejsze życie. To właśnie dzieje się z bohaterami.

Takie powieści mogłabym czytać bez końca – ich objętość nie ma znaczenia, bo proza jest tak cudowna, że po prostu chce się czytać dalej. Choć na początku miała problem z wejściem w tę historię, szybko się to zmieniło, a ponad 700 stron skończyło się stanowczo zbyt wcześnie. Autor posługuje się świetnym stylem, nie ma tu żadnych zbędnych słów, faktów, scen, a lektura jest po prostu przyjemnością. Dzięki Bealtesom przeżyłam wspaniałą przygodę, którą na pewno długo będę wspominać i do której z pewnością jeszcze nie raz wrócę. I tak, lubię powieści o dorastaniu, jeśli są napisane z taką dokładnością, uwagą i wrażliwością.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Lauren Groff - „Fatum i furia”


Nie będę ukrywała, że podejść do tej książki miałam wiele – trzy razy zabierałam ją w podróż, a kilka kolejnych prób podejmowałam w domowym zaciszu. Czasem czytałam kilka stron, czasem tylko brałam ją do ręki, by za chwilę odłożyć z powrotem na półkę. Zdarzało się, że nie czułam się gotowa na lekturę, w pewnym okresie temat związków nie był tym, co mogło mi posłużyć, innym razem po prostu nie miałam ochoty, a zdarzało się, że odrzucał mnie specyficzny do bólu styl. Zwykle w takim przypadku stwierdzam, że książka nie jest dla mnie, i chowam ją gdzieś na regale, gdzie ma czekać na lepsze czasy które nigdy nie nadejdą; tym razem jednak, paradoksalnie, miałam poczucie, że powinnam ten tekst poznać. I wiecie co? Przeczucie kolejny raz mnie nie zawiodło. Powieść Lauren Groff to książka, której po prostu trzeba dać czas. W pierwszej chwili, gdy znienacka wpadamy w specyficzny styl i sposób ujęcia świata, możemy czuć się przytłoczeni – mnie dopadły fatalistyczne wizje, że nie dam rady, że 400 stron napisane w ten sposób będzie do przebrnięcia niemożliwe, a do tego opowieść zdawała się nie układać po mojej myśli. Mimo to z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej wsiąkałam w tę historię i w którymś momencie przestałam zauważać kolejne mijane strony – jedna, dwie, dziesięć, sto… Opowieść płynęła sama, a jej odkrywanie stało się tak przyjemnością, jak obsesją.

Zanim sięgnęłam po tę powieść, wydawało mi się, że to historia małżeńska, która obnaża wszelkie brudne strony związku. Owszem, można by przyjąć taką definicję, jednak jest ona naprawdę mocno uproszczona. Fatum i furia rzeczywiście opowiada historię pary – on, początkujący aktor z głową pełną ideałów, rzuca się w wir namiętności i zostawia całe swoje dotychczasowe życie, aby wziąć ślub z kobietą, w której szaleńczo się zakochał. Cała fabuła książki oparta jest o małżeństwo, jednak nie jest to historia stricte miłosna; to raczej opowieść o tym, w jaki sposób piętrzą się niedomówienia i do czego może doprowadzić pozornie niewinne przemilczenie. Historię obserwujemy z dwóch perspektyw, co jest kluczowe dla całej fabuły – najpierw (w części zatytułowanej Fatum) w centrum znajduje się Lancelot i jego spojrzenie na przeszłość, rodzinę i skrajnie idealizowaną żonę, a następnie (w drugiej połowie książki, o tytule Furia) pałeczkę przejmuje Mathilde, która pokazuje drugą stronę medalu. Tak jak obiecuje opis okładkowy, drugie spojrzenie burzy cały obraz świata, jaki czytelnik zdążył sobie stworzyć prze pierwsze 250 stron i każe poddać pod refleksję wszelkie dotychczasowe przemyślenia.

Zważywszy na samą fabułę, wydawało mi się, że to powieść, która w jakiś sposób wpłynie na moją wizję małżeństwa, ukazując je jako stertę kłamstw i ciągłą maskaradę. Tak się nie stało. Choć wiele przemyśleń zawartych w powieści jest uniwersalnych, a wizja małżeństwa należy do naprawdę autentycznych, to nie związek wydał mi się w tym wszystkim najważniejszy. Fatum i furia to moim zdaniem bardzo gorzka i smutna opowieść o tym, w jaki sposób kształtuje nas przeszłość, co determinuje nasze zachowanie i jak wielką, często fatalną skalę mają wybory, których dokonujemy za młodu. Bohaterowie udowadniają, że nie można uciec od tego, co było, i że kłamstwa nie są sposobem na życie, bowiem ich skutki tylko się nawarstwiają i przynoszą negatywne konsekwencje w najmniej odpowiednim momencie. Widać tu pewien fatalizm i sporo bardzo gorzkich prawd. Lauren Groff stawia przed czytelnikiem bardzo ważne pytanie: czy dobry związek można budować na kłamstwach? Pierwsza z wizji, przepełniona idealizacją i wyparciem, sugeruje, że owszem, jest to sposób na życie – tak wiele musimy przemilczać, jeśli chcemy być dobrymi partnerami, że jedno kłamstwo w tę czy w drugą stronę nie robi różnicy, zawsze można wypierać i tworzyć wyimaginowany świat. Niestety po tej części przychodzi kolejna, bardziej racjonalna, która uświadamia nam, jak wygląda druga strona.

Te wszystkie analizy wspólnego funkcjonowania pary w żaden sposób nie umniejszają tego, jak autorka pochyla się osobno nad każdym z bohaterów. Obserwując dokładnie losy postaci możemy poznać wszelkie jej motywacje i przyczyny zachowań, a obraz stworzony na podstawie gromadzonych danych będzie naprawdę pełny. Inaczej poznajemy Lancelota, a inaczej Mathildę – wynika to w sposób oczywisty z konstrukcji powieści – jednak spojrzenie na obie kluczowe osoby zmienia się w toku trwania akcji. Autorka nie tylko nam ich ukazuje, ona czasem się nad nimi pastwi i rozdrapuje pewne sprawy, aby dotrzeć do głębi i pełniej pokazać, jak się sprawy mają. W tym celu wykorzystuje również element związany z teatrem – przykłady sztuk tworzonych przez Lancelota pozwalają jej pokazać zachodzące w nim zmiany. Czytelnik otrzymuje nie tylko opisy fabuł, ale często również analizy treści dzieł bohatera, a sposób opowiadania autorki o kulisach teatru jest po prostu niesamowity.

W takich momentach żałuję, że tak rzadko sięgam po tzw. „ambitną” prozę. Wychodzi na to, że brakuje mi trochę intelektualnej rozrywki, jaką jest czytanie tego typu książek – wśród lżejszych również można znaleźć tematy do refleksji, jednak nie są one tak doskonale podane. Fatum i furia to literacka uczta, która przynosi czytelnikowi wiele satysfakcji. Nie żałuję żadnej spędzonej z nią minuty i jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do tej historii – choćby po to, aby sprawdzić, czy bez dreszczyku emocji i niepewności w związku z fabułą lektura nadal będzie tak ekscytująca.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

czwartek, 12 maja 2016

Christer Mjåset – „To ty jesteś Bobbym Fisherem” [recenzja przedpremierowa]

Czterdziestoletni Håkon nie miał zamiaru wracać do rodzinnego miasta, a każdej, nawet najmniejszej sposobności unikał jak ognia. Nie mógł jednak dłużej uciekać, gdy zmarł jego przyjaciel z dzieciństwa – na pogrzebie trzeba było być. Powrót w rodzinne strony to nie tylko odwiedzenie znajomych miejsc i natłok różnorodnych wspomnień; to także osoby, które chcą wracać do dawnych spraw. Czy warto rozgrzebywać rany? I jaką tajemnicę nosi w sobie Håkon, że przez tyle lat trzymała go z daleka od miasta, w którym się wychowywał?

Mam wielki problem z oceną tej książki i wciąż nie mogę rozgraniczyć tego, czym jest, od tego, czym mogłaby być. W opisie okładkowym i rekomendacjach czytam o świetnej powieści z wartką akcją, mistrzowskim aspektem psychologicznym i niezwykłą tajemnicą, jednak sama nie miałam okazji poczuć tych wszystkich pozytywów. Opisywana historia, chociaż rzeczywiście wartka i wciągająca, była dla mnie zbyt chłodna i miałam wrażenie, że nie docieram do sedna problemu głównego bohatera. Owszem, pojawiały się pewne emocje, które przejawiał w związku z sytuacją sprzed lat, ale nie były one uwydatnione na tyle, na ile bym chciała. Håkon nie wydał mi się osobą targaną wyrzutami sumienia, raczej odsuwającą od siebie wiele niełatwych odczuć i wspomnień, wypierającą je. Fakty, które czytelnik poznaje dzięki retrospekcjom bohatera, również prezentowane były raczej chłodno, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak traumatycznych sytuacji dotyczyły. Gdybym miała to do czegoś porównać, powiedziałabym, że czułam się, jakbym oglądała całą tę sytuację przez szybę: niby wszystko widziałam jak na dłoni, a jednak byłam oddzielona i nie mogłam do końca wczuć się w całą tę opowieść.

Jeśli chodzi o główną oś fabuły, czyli zagadkę z przeszłości, nie mam żadnych zastrzeżeń: do samego końca odkrywamy nowe fakty, które pozwalają spojrzeć na sprawę inaczej. Książka jest dość krótka, a kolejno dodawane informacje są dobrze dawkowane – budują napięcie i podtrzymują uwagę czytelnika. Choć wspomnienia bohatera wiążą się ze zbrodnią, klimat kryminału jest tu bardzo delikatny, niemal niezauważalny; dużo ważniejsze są relacje międzyludzkie i to, jak poszczególne osoby funkcjonują we wzajemnych interakcjach. Autor wykreował ciekawą sieć zależności między postaciami, a osoby, które poznajemy (bezpośrednio lub oczami innych), stopniowo zmieniają swoje oblicze.

Tak jak wspominałam wcześniej: sama nie wiem, w jaki sposób podchodzić do tego tekstu. Czasem zdarza się tak, że czytam książkę i mam poczucie, że coś mi umyka, że nie sięgam tam, gdzie docierają inni – tak było również w tym przypadku. Książkę Mjåseta przeczytałam sprawnie i z lekkością, jednak nie te elementy miały być jej wyróżnikiem; liczyłam na emocje, akcję i psychologiczną głębię i pod względem tych aspektów jestem po prostu rozczarowana. Pozwólcie, że tym razem nie powiem Wam jednoznacznie, czy polecam tę opowieść, czy nie – wiem, że jest to książka doceniania i że wiele osób znalazło w niej znaczną wartość. Zachęcam, aby przekonać się na własnej skórze i samodzielnie wyrobić sobie zdanie na jej temat.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Smak Słowa.
Premiera 18 maja!

sobota, 9 kwietnia 2016

Wit Szostak – „Wróżenie z wnętrzności”

Enigmatyczny, nietypowy opis, który właściwie nie oddaje treści książki,  a mimo to kusi – czasem tyle wystarczy, aby zainteresować czytelnika (w tym przypadku mnie) i zachęcić go do lektury…

Książka jest opowieścią Błażeja, mężczyzny, który od 20 lat nie wypowiedział ani słowa. Jest „tym głupim” bratem, który nie ma nic własnego, nawet siebie, bo jest towarem przechodnim, po śmierci matki przygarniętym przez brata i bratową. Egzystuje zatem gdzieś obok, a swoje spostrzeżenia spisuje; patrzy na maski innych ludzi, na ich grę, a wszystko to analizuje i na nowo maluje słowem. Opisuje świat baśniowy, symboliczny, barwny i pełen patosu, a jednak prosty i bliski właściwie każdemu z nas. Pisze o uciekaniu, o przymusie bycia wolnym, o zmianach, lękach, przemijaniu, mowie i milczeniu, a więc całej serii codziennych, ważnych i często zapomnianych tematów.

Muszę przyznać, że Wróżenie z wnętrzności jest książką zupełnie inną, niż się spodziewałam. Po tabunach podobnych tekstów, które atakują nas zewsząd tym samym językiem, stylem i jednakową niemal treścią, zetknięcie z literaturą nieco inną było niczym zderzenie ze ścianą. Tak, książka Wita Szostaka zdecydowanie wybija ze strefy komfortu. Jest to opowieść z narracją pierwszoosobową, w dodatku snutą przez osobę chorą, samotną i w jakiś sposób odseparowaną. Błażej, jako człowiek nie mówiący, ma w zanadrzu wiele dobrze przemyślanych słów, a nie mając kontaktu z innymi ma mnóstwo czasu na prowadzenie wewnętrznego dialogu. Jego przemyślenia spisane są wzniosłym, nietypowym językiem, a poziom abstrakcji, który cechuje jego myślenie, jest znacznie wyższy niż u przeciętnego człowieka. On nie opisuje otoczenia jak my – dom, drzewo, brat i bratowa; on w swojej wizji świata wznosi się jakby ponad nasze rozumienie, nadaje znaczenia, interpretuje, tworzy. Dodatkowo, przy całej tej abstrakcji, jego obserwacje są znacznie dokładniejsze niż nasze, nacisk położony jest na inne sfery, które wcale nie są bezsensowne; wręcz przeciwnie – bohater często zwraca uwagę na elementy, które my niejednokrotnie pomijamy, dostrzega subtelne powiązania i trafnie nazywa prawdziwy charakter pozornie poukładanych relacji. Jest bystrym obserwatorem rzeczywistości i analitykiem, a dzięki poznaniu jego punktu widzenia sami możemy inaczej spojrzeć na świat.

Zbierając wszystko razem można by sądzić, że jest to książka niełatwa w odbiorze i wymagająca bardzo dużo uwagi. Otóż nie! Paradoksalnie opowieść Błażeja jest płynna, spójna i całkowicie zrozumiała, jeśli tylko damy się ponieść jego wizji świata. Gdy zaakceptujemy język i styl, możemy zobaczyć coś więcej – dla mnie mimo całej tej otoczki myśli bohatera były znacznie prostsze niż te, które formułujemy na co dzień, bardziej szczere, i chyba właśnie to sprawiło, że pochłaniałam je właściwie w tempie ekspresowym. To była lektura bardzo przyjemna, bo wspaniale było móc obcować z tekstem tak innym, a przy tym tak niesamowicie dobrym, trafnym, ciekawym. Nie spodziewałam się tego zupełnie i tym bardziej jestem zachwycona.





Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Powergraph.

niedziela, 22 listopada 2015

Paullina Simons – „Tully”

O Paullinie Simons słyszałam wiele, a ktoś kiedyś powiedział mi, że Tully jest dobra na początek...


Natalie Anne Makker nigdy nie miała dobrego życia. Nad jej dziecięcą, nastoletnią, a wreszcie dorosłą egzystencją zawsze wisiało piętno matki – kobiety zgorzkniałej, rozchwianej, agresywnej i nieprzejednanej. Trudna sytuacja domowa, brak osoby, od której można by uczyć się emocji oraz tragiczne wydarzenia związane z przyjaciółką ukształtowały psychikę tej młodej kobiety w dość znaczący sposób. Bo czy można w takim świecie zachować równowagę, gdy nie dopuszcza się do siebie absolutnie żadnej pomocy?

Patrząc na półki, na których z reguły goszczą książki autorki, na ich okładki oraz opisy na nich zawarte, sądziłam, że Paullina Simons tworzy teksty z rodzaju tych bardziej ambitnych romansów czy obyczajówek, które czyta się z przyjemnością, ale wciąż nic mądrego ze sobą nie niosą. Z takim przekonaniem byłam kompletnie nieprzygotowana na to, co czekało mnie podczas lektury. Nie miałam pojęcia, w jakie sprawy zostanę wciągnięta i jak wiele emocji wywoła we mnie samo czytanie. Od pierwszej strony pozostawałam i wciąż pozostaję w sporym szoku.

Tym, co w Tully zwraca uwagę jako pierwsze, jest objętość – mamy tutaj niemal 700 stron tekstu, co stanowi całkiem niezły wynik jak na literaturę tego rodzaju. Ponadto lektura zdecydowanie nie jest lekka – zarówno treść, czyli szereg tragicznych zdarzeń, jak i styl nie ułatwiają odbiorcy sprawy. W moim przypadku czytanie trwało ponad dwa tygodnie i nie jest tak, że połowę tego czasu książka przeleżała na półce – sięgałam po nią codziennie, podczytywałam kilka, kilkanaście stron, po czym odkładałam ją na bok, bo nie byłam w stanie poradzić sobie z własnymi emocjami. W stylu Simons jest coś, co sprawia, że każdy trudny temat (a porusza ich naprawdę dużo) wywołuje u czytelnika szereg odczuć – nie wiem, jak to robi, ale jest to straszne i cudowne jednocześnie. Czytałam sporo niełatwych książek, ale niewiele poruszyło mnie tak mocno jak Tully

Jak już wspomniałam, książka jest długa, a jej akcja toczy się nierównomiernie, co faktycznie chwilami mnie denerwowało – z jednej strony pewne sceny, wydarzenia i relacje są rozwleczone do granic możliwości, z drugiej zaś są sprawy, po których narracja dosłownie przebiega, wciskając w nas informacje na szybko i bez żadnej otoczki. Styl również jest nierówny – czasem wyższy, czasem niższy. Tyle tylko, że stopniowo przestajemy to zauważać. Na samym początku przeszkadzał mi również fakt, że nie dostrzegałam niemal żadnej zależności między wydarzeniami z życia głównej bohaterki, a jej postawą; gdy była nastolatką, a ja, jako czytelniczka, ledwie ją znałam, wydawała mi się niesamowicie wprost niespójna. Na szczęście z czasem to minęło, a w miarę upływu kolejnych stron wszystko zaczęło się klarować i składać w spójną, choć niezwykle tragiczną całość.

Nie wiem, czy to zasługa prawdopodobieństwa życiowego opisywanych wydarzeń, czy jakiegoś niesamowitego daru, jaki posiada autorka, ale Tully jest lekturą naprawdę niezwykłą. Tę opowieść z pewnością zapamiętam na długo, bo naprawdę niewiele książek zrobiło na mnie tak piorunujące wrażenie. Wiem, że nie wszyscy reagują tak samo po spotkaniu z tym tekstem, ale na wszelki wypadek ostrzegam: ta książka może Was wybebeszyć, tak jak wybebeszyła mnie. Chcę więcej i na pewno sięgnę po inne powieści autorki.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Jay Asher – „Trzynaście powodów”

Trzynaście osób, trzynaście nagrań, siedem kaset magnetofonowych. I jedna śmierć – samobójstwo nastolatki. To ona jest punktem stycznym dla wszystkich bohaterów taśm. To ona oskarża ich i czyni współwinnymi.

Gdy Clay Jensen otwiera tajemniczą przesyłkę, jest mocno zdziwiony – wewnątrz niespodziewanej paczki znajdują się… kasety. Rany, kto dziś jeszcze ich słucha? Jednak to, co na nich znajdzie, zmieni jego życie na zawsze. Autorką nagrań jest Hannah Baker – dziewczyna, która niedawno popełniła samobójstwo. Która podobała się Clayowi. Której próbował pomóc, choć nie umiał. Która mówi, że na taśmach opowiada historię w oparciu o relację z trzynastoma osobami, które w jakiś sposób przyczyniły się do jej śmierci. Tylko co ma z tym wspólnego zakochany Clay, skoro nigdy nie zrobił jej nic złego?

To nie jest horror o martwej dziewczynce przemawiającej do ludzi z magnetofonu, ani kryminał, w którym szukamy sprawcy morderstwa. A jednak przez całą lekturę towarzyszy nam napięcie, a problem winy i kary jest nie tylko obecny, ale i bardzo istotny. Dla mnie lektura tej książki wiązała się z szeregiem bardzo silnych emocji – od poczucia niesprawiedliwości, poprzez obrzydzenie, aż do szoku i niedowierzania. Wiele z nich do teraz jest obecnych gdy przypominam sobie fabułę i z pewnością znajdzie swoje odzwierciedlenie w dalszej części mojej wypowiedzi.

Opowieść Hannah faktycznie składa się z trzynastu części, które ułożone są w ciąg przyczynowo-skutkowy. Opisując swoje relacje z kolejnymi osobami, bohaterka pokazuje, co działo się z jej psychiką na przestrzeni miesięcy. Ujawnia, jak nakładające się na siebie wydarzenia doprowadziły do sytuacji, z którą nie umiała sobie poradzić. Wskazuje moment, gdy to wszystko wymknęło się spod kontroli.

Osobiście uważam, że to jedna z tych książek, które powinien przeczytać każdy z nas. Po co? Aby wyjść ze swojej strefy komfortu. Żyjemy w świecie pełnym ludzi, a jednak to siebie widzimy jako jego centrum. To naturalne, w końcu jesteśmy sobą, a nie innymi osobami – czujemy, odbieramy bodźce i piszemy własne historie, w których otoczenie odgrywa różne role, ale też często się zmienia. Warto jednak czasem zauważyć, że tak jak napotykane osoby wpływają na nas swoimi pozornie nic nie znaczącymi zachowaniami, tak też my możemy wpływać nimi na innych. Zdarzyło się Wam kiedyś mieć popsuty dzień przez to, że zostaliście źle potraktowani w sklepie? Dla ekspedientki byliście wtedy setnym klientem z kolei i prawdopodobnie w ogóle Was nie zapamiętała, jednak w Waszej indywidualnej historii miało to znaczenie.

Właśnie takie zależności obrazuje opowieść Hannah. Podczas lektury, w miarę poznawania jej historii, nie miałam poczucia, że bohaterka celuje w kogoś paluchem mówiąc: „To ty mnie zabiłeś!”. Choć chwilami jest okrutna, choć grozi ujawnieniem taśm, nie widać w niej pustego obwiniania. Wręcz przeciwnie – pokazuje, jak jedno błahe wydarzenie otworzyło furtkę do kolejnego (które w mniemaniu odpowiedzialnej za nie osoby również było błahe), a to z kolei do następnych. Bohaterka oddziela przypadki od celowych działań, dokładnie śledzi cały proces i wyłapuje udział, jaki mieli w nim inni. Punktuje brak empatii, lekkomyślność, egocentryzm, brak szacunku dla drugiego człowieka i nastoletnią ślepotę – niezdolność do przewidywania skutków własnych czynów.

Pozostaje tylko jedno pytanie: jak ktoś, kto tak doskonale rozumiał mechanizmy własnych problemów, zdecydował się na taki czyn? Dlaczego tak naprawdę zabiła się Hannah Baker?

Ta książka uświadamia wiele przerażających rzeczy. Mierzi mnie, gdy ludzie w recenzjach piszą, że jest zła, bo opisywane problemy nie są ich zdaniem powodem to popełnienia samobójstwa (książka może się nie podobać, każdy ma inny gust, chodzi mi o ten konkretny, oceniający argument). Osobiście uważam, że żaden problem nie jest powodem do odebrania sobie życia – super, że wszyscy jesteśmy tacy silni. Jednak fakty i statystyki są takie, że na swoje życie targają się osoby w sytuacjach, z których my, zdrowi, jesteśmy w stanie znaleźć wiele wyjść, tyle że one same zupełnie nie są zdolne do ich dostrzegania. I jeśli w odpowiednim momencie nie pojawi się na ich drodze ktoś, kto zauważy sygnały, okaże wsparcie i silnie zwiąże ich z życiem, prawdopodobnie sami nie znajdą w sobie siły do walki. Samobójstwo nie jest kaprysem, to wypadkowa bardzo głębokich problemów, rozpaczy i bezsilności. Oby nikt z nas nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji.

Wyszła z tego taka trochę nie-recenzja. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Książkę czytałam z zapartym tchem i w moim przypadku spełniła ona funkcję, do której została stworzona, dlatego też subiektywnie mogę Wam ją polecić.






Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.

~*~

PS Jeśli intryguje Was ta książka, a jeszcze nie macie swojego egzemplarza, śledźcie uważnie naszego bloga i/lub fanpejdż. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych dniach będziemy mieli jedną sztukę do rozdania w konkursie - nie wyobrażam sobie, że mogłabym się nie podzielić z Wami tak niezwykłą opowieścią.

czwartek, 29 października 2015

Blanca Busquets – „Półsłówka”


„Zabiłem człowieka. To było 23 lutego” – takie wyznanie słyszą z ust umierającego ojca jego dorosłe dzieci. To prawda? A może agonalny stan sprawił, że konfabuluje? Zdanie nie znajduje swej kontynuacji ani dopowiedzenia, jednak niesie za sobą szereg skutków – w czterech rozdziałach odnajdujemy potoki myśli, jakie rodzą się w głowach poszczególnych bohaterów.

Niezwykłą sprawą jest dla dzieci konfrontacja z wyznaniem ojca – w każdym z nich budzi ono zupełnie inne refleksje, choć tok tych przemyśleć może nam się wydawać całkowicie nienaturalny. Czytelnik z jednej strony ma ochotę potępić postaci za kompletne odrzucenie myśli o ojcu (czy to umierającym rodzicu, czy też domniemanym zbrodniarzu), z drugiej strony jednak chciwie podąża za galopadą, która rozgrywa się w ich głowach. Dla każdego z bohaterów 23 lutego 1981 roku był dniem wyjątkowym i fakt ten z jednej strony czyni ich indywidualnościami we własnych głowach, podczas gdy dla czytelnika stanowi oś łączącą każde z nich z pozostałymi.


Uśmiechnął się i zaczął zdejmować mi bluzkę, spodnie, skórę, serce, wszystko.[s.32]

Najpierw przyszedł lekarz, a potem ksiądz, który po powrocie do kościoła zabił w dzwony. Nina otworzyła okno i wtedy je usłyszeliśmy, weszły nam do domu.[s.79]


Zakochałam się w pięknym stylu, w jakim autorka prowadzi swoją narrację – w jej poetyzmie, metaforach, plastyczności opisu i niezwykłości właściwie każdego kolejnego zdania. To literatura, w jakiej można się zatracić, choć do narracji zdecydowanie trzeba przywyknąć. Przede wszystkim jedyną formą przekazu jest strumień świadomości, a więc długie, wielozdaniowe akapity złożone z potoku myśli i odczuć bohaterów; czytelnik staje przed wyzwaniem nadążenia za tą opowieścią przy jednoczesnym uchwyceniu sensu. W takiej formule trudność sprawia też koncentracja na tym, co jest częścią myśli bohatera i odróżnienie tego od zawartych we wspomnieniach wypowiedzi innych osób. W tym rodzaju narracji w większości przypadków nie stosuje się dialogów, a mowa zależna nie jest oddzielona za pomocą cudzysłowów.

Warto też zauważyć, że autorka, choć pisze bogato, nie popada w przesadę, a w książce treść nie dominuje formy, jak to się nierzadko zdarza. Pod pozorem opowieści zwyczajnej Busquets wprowadza wiele trudnych tematów, które przez lata stanowiły społeczne i obyczajowe tabu. Bohaterowie nie tylko wspominają zmagania z własną tożsamością, dorastanie i podejmowanie decyzji tak trudnych, że doskwierających jeszcze wiele lat później; oni urastają do rangi osób-symboli, reprezentujących problemy spychane na margines przez dziesięciolecia. Im silniej zagłębiamy się w koleje rozdziały powieści, tym dalej wchodzimy w sfery trudne i abstrakcyjne; odkrywamy coraz to silniejsze i bardziej niszczące tajemnice. Poznanie wszystkich płaszczyzn tej historii wywołuje szok i niedowierzanie. Patrząc na sekrety osób, które pozornie łączy bliska więź, zaczynamy się zastanawiać, ile podobnych drzemie dookoła nas. Czy nie każdy ma swoje półsłówka, którymi zbywa innych podczas niewygodnych pytań?

Przy tym wszystkim w powieści jest jeszcze jedna wspaniała rzecz – Busquets w całym swoim poetyzmie płynnie lawiruje między emocjami, przechodzi od uniesień do smutku i letargu, a każde z wywołanych i opisywanych odczuć uderza w czytelnika z niespotykaną intensywnością i siłą. Poruszane problemy mogą nas nie dotyczyć, ale jakiś element narracji jest w stanie poruszyć w nas struny, które normalnie pozostają w uśpieniu; co więcej – poruszyć je tak, byśmy doznanie na długo zapamiętali.

Taką prozę chce się czytać. Kolejna wybitna i nietuzinkowa Miotła. Polecam.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 28 września 2015

Stephen King – "Dziewczyna, która kochała Toma Gordona"

Rozwód rodziców zawsze jest trudnym wydarzeniem dla dzieci, niezależnie od wieku. Dziewięcioletnia Trisha stara się znosić go w ciszy – zawsze wycofana, dwa kroki za wirem rzeczywistych wydarzeń. Gdy podczas jednej z wycieczek jej matka i brat toczą kolejną spektakularną awanturę, dziewczynka nie jest w stanie zwrócić na siebie ich uwagi; postanawia na chwilę odłączyć się od rodziny za potrzebą, oczywiście z zamiarem szybkiego powrotu na wyznaczony szlak. Niestety, nie bierze pod uwagę, jak zdradliwe potrafią być niemal bezkresne lasy stanu Maine – znalezienie drogi powrotnej będzie trudniejsze, niż zakładała.

Książka jest zapisem kilkudniowej dziecięcej tułaczki, podczas której rozgrywają się kolejne małe tragedie. Dziewczynka przeżywa skrajny głód, wycieńczenie, paniczny lęk, musi też konfrontować się nie tylko z nowym środowiskiem, ale i niecodziennymi sytuacjami. Jej jedynym łącznikiem ze światem jest przenośne radio, dzięki któremu słucha transmisji meczów baseballowych. Czytelnik staje się obserwatorem narastającego szaleństwa bohaterki, w umyśle której fikcja coraz silniej miesza się z rzeczywistością.

Już na początku muszę zaznaczyć jedno – naprawdę lubię Kinga w wydaniu obyczajowo-psychologicznym; kto mnie zna, ten wie, że wczesne powieści Mistrza uważam za najlepsze i to w nich najchętniej się zaczytuję. Tym razem jednak opowiadana historia najzwyczajniej w świecie do mnie nie trafiła. Ciągle miałam poczucie niedosytu, emocje, które odczuwałam, były zupełnie inne niż chciałam, a brak dojmującej nudy przypisuję jedynie naprawdę sporej czcionce i niewielkiej objętości samego tekstu, bo fabuła naprawdę nie należy do pasjonujących. Praktycznie cały czas obserwujemy poszczególne kroki Trishy w jej podróży, a warstwa psychologiczna jest zbyt powierzchowna, by mogła na dobre zaciekawić czytelnika. Konwencją drogi powieść nieco (ale naprawdę tylko nieco) przypomina Wielki Marsz, nie jest jednak nawet w połowie tak głęboka i treściwa.

Kolejnym aspektem, który wywołuje we mnie mieszane uczucia, jest konstrukcja głównej bohaterki. Na dzieciach znam się dość słabo i naprawdę ciężko jest mi ocenić, co może i potrafi przeciętna dziewięciolatka, ale mogę powiedzieć o swoich odczuciach – przez całą lekturę, ilekroć przyglądałam się zachowaniu Trishy, towarzyszyło mi przekonanie o wielkiej nieautentyczności. Racjonowanie sobie żywności, przenoszenie głazów aby przejść przez strumień, dorosłe i racjonalne myślenie, bardzo rzadkie chwile utraty panowania nad emocjami... Wszystko to daje obraz daleki od mojego wyobrażenia dziecięcych zachowań. Z drugiej strony jednak ów dysonans z czasem bladł – paradoksalnie im dalej posuwała się akcja, tym bardziej autentycznie wyglądała sytuacja. Narastający obłęd dziewczynki i stopniowa dominacja instynktowych odruchów nad racjonalizmem wypadły pozytywnie – im mniej było w Trishy myślącego człowieka, tym prawdziwiej malował się jej obraz.

Dziewczyna... z pewnością nie spodoba się każdemu. Ci, którzy szukają pełnokrwistego horroru, mogą sobie odpuścić już na starcie, bo nie o grozę w tej książce chodzi. King kolejny raz postanowił zabawić się ludzką psychiką budując obraz wielkiej i wyczerpującej tragedii, jednak moim zdaniem podszedł do sprawy jakoś bez przekonania. Opowieść o Trishy z pewnością nie porywa, ma wiele braków i mogłaby zostać pogłębiona, jest w niej jednak pewna niepokojąca płaszczyzna. Autor znów operuje lękami popularnymi i uniwersalnymi, a w narastającym obłędzie dziecka odnaleźć można pewien pierwiastek każdego z nas. Niestety, zbyt mały, by w umyśle zasiać ziarnko niepokoju; lektury nie zakończyłam z żadnym dyskomfortem psychicznym, czego szczerze i mocno żałuję.

środa, 27 maja 2015

Anton Marklund - "Przyjaciele zwierząt"

Johannes ma siedemnaście lat i znacząco różni się od swoich rówieśników; choruje na autyzm, co mocno zmienia jego podejście do otaczającego świata. Chłopak inaczej rozumie rzeczywistość, na swój sposób przyswaja informacje, a mimo to łaknie akceptacji nie mniej niż przeciętny nastolatek; z tego powodu niejednokrotnie jest wykorzystywany.

Po zapoznaniu się z opisem i kilkoma opiniami spodziewałam się książki, w której pierwsze skrzypce odgrywać będzie choroba. Muszę przyznać, że mocno się zdziwiłam, bo choć autyzm w oczywisty sposób odciska swoje piętno na bohaterze i zdarzeniach, które są jego udziałem, to nie on wysuwa się na pierwszy plan. Tak naprawdę książka Marklunda jest historią o sprawstwie i fatalizmie, jakie są udziałem człowieka; o przypadkach, nic nie znaczących zdarzeniach, które w odpowiednim kontekście są w stanie urosnąć do rangi kamieni milowych; o tym, że trzeba uważać na słowa, bo nigdy nie wiemy, co stanie się z nimi dalej.

Opowiadaną historię poznajemy z trzech perspektyw - Johannesa oraz obojga jego rodziców. Każda z tych osób jest inna i opowiada te same wydarzenia na swój własny sposób - główny bohater mimo prawie dorosłego wieku ma umysł dziecka, jego matka dystansuje się do życia w rozpaczliwej próbie jego zrozumienia, natomiast ojciec ucieka w świat reguł i zewnętrznego spokoju. Zabieg powtarzania tych samych scen z różnych punktów widzenia jest ciekawy i dobrze nakreśla problem. Choć czytelnik otrzymuje tylko wybór migawek z życia bohatera, w dodatku ułożonych niechronologicznie, nie ma poczucia jakiegokolwiek braku. Wszystko, co ważne, zostało powiedziane.

Przyjaciele zwierząt nie są książką łatwą - to mroczna i przytłaczająca historia, której poznanie odciska piętno w naszej świadomości. Powolny, oszczędny skandynawski styl dodatkowo potęguje trudne odczucia i absolutnie nie pomaga w odbiorze, a jednak pasuje tutaj idealnie. W historii Johannesa próżno szukać szczęśliwych zbiegów okoliczności czy szerokich wyjaśnień - to w gruncie rzeczy prosta opowieść, która prowadzi do jasnego zakończenia. Oszczędna forma podkreśla najważniejsze aspekty historii, a całość pozostawia odbiorcę pełnego emocji i refleksji. Poza tym autor pięknie posługuje się językiem i metaforą.

Sama nie wiem, co mogłabym dodać. To książka trudna, jednak warto ją znać.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

piątek, 13 marca 2015

Robert Kirkman, Jay Bonansinga - "The Walking Dead. Droga do Woodbury"

Lilly Caul to sztandarowy przykład osoby, która w postapokaliptycznym świecie pełnym żywych trupów miała najmniejsze szanse na przeżycie. Główną cechą jej charakteru jest tchórzostwo - w sytuacjach zagrożenia Lilly potrafi jedynie uciekać, a decyzje podejmowane przez nią pod wpływem paniki są chaotyczne i nieprzemyślane. Mimo to udało jej się przetrwać, choć duża w tym zasługa ludzi, na których natrafiła. Teraz jednak, gdy w wyniku nieszczęśliwego splotu okoliczności zmuszona jest opuścić obóz, w którym dotychczas żyła. Razem z grupką towarzyszy wyruszają na poszukiwanie nowego miejsca zamieszkania; po wielu trudach udaje im się dotrzeć do Woodbury. Choć mieścina wydaje się być bezpiecznym azylem, wkrótce okazuje się, że skrywa ona niewiele mniej niebezpieczeństw niż otaczający je las pełen zombie…

The Walking Dead. Droga do Woodbury to drugi tom cyklu książek, który stanowi swoiste uzupełnienie historii znanych z komiksu. Choć główną osią, wokół której kręci się fabuła serii powieści, jest postać Gubernatora, w tej części nie jest on głównym bohaterem. Owszem, jego osoba odgrywa dość istotną rolę w opisywanych wydarzeniach, jednak tak naprawdę wszystko skupia się wokół Lilly Caul. Kto czytał komiksy, ten wie, że choć kobieta pojawiła się w nich jedynie epizodycznie, jej działania istotnie wpłynęły na świat Żywych trupów. Książka pozwala spojrzeć na genezę tej postaci; mamy okazję obserwować przemianę kobiety z szarej, tchórzliwej myszy w osobę zdeterminowaną do działania.

Podobnie jak w poprzednim tomie aspekt psychologiczny wysuwa się na pierwszy plan. Autorzy książki skupili się na działaniu ludzkiej psychiki w sytuacji ekstremalnego zagrożenia. Postępowania postaci są w każdym momencie wyraźnie umotywowane, choć źródła tych motywacji bywają czasem.. dość mroczne. Nie oznacza to jednak, że w książce zabrakło akcji - powieść naszpikowana jest nagłymi zwrotami akcji, zarówno tymi związanymi z działalnością ludzką, jak i obecnością “szwendaczy”. W odróżnieniu od Narodzin Gubernatora, w tej części zachowano nieco większe prawdopodobieństwo tego, co się dzieje, aczkolwiek kilka rzeczy uważam za mocno naciągane.

Pod względem technicznym wszystko jest tak samo dopracowane, jak w poprzednim tomie. Bogate, plastyczne opisy oddziałują na wyobraźnię czytelnika, a utrzymanie narracji w czasie teraźniejszym nadaje książce stałego dynamizmu. Kirkman i Bonansinga nie wstydzą się brutalności - krwi i flaków jest tu co niemiara, a bezpośrednie relacje z niektórych rzeczy mogą przyprawić niektóre osoby o mdłości. Jedyne, o co można się przyczepić, to kilkukrotne zakończenie rozdziałów niewielkim napomknięciem o czymś, co dopiero ma się wydarzyć - takie coś każdorazowo zbędnie zdradzało coś, co mogło być mniej lub bardziej zaskakującym zwrotami wydarzeń. Całe szczęście autorzy nie uciekali zbyt często do tego zabiegu.

The Walking Dead. Droga do Woodbury to godna kontynuacja poprzedniego tomu, znakomicie wzbogacająca świat znany z komiksów. Rzuca ona nowe światło na wiele postaci, które w historiach rysunkowych zostały przedstawione już w pewnym punkcie ich życia - tutaj mamy okazję dość dokładnie poznać ich historię. Duet autorów po raz kolejny pokazał, że potrafi napisać wciągająca historię w postapokaliptycznym świecie pełnym chodzących trupów, która bez owijania w bawełnę ukazuje najmroczniejsze zakamarki ludzkich umysłów. To idealna pozycja zarówno dla fanów komiksowych Żywych trupów, jak i wszystkich tych, którzy szukają ciekawej książki z zombie w tle.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

środa, 18 lutego 2015

Katarzyna Michalik-Jaworska - "Blizny"


Wielu z nas (jeśli nie każdy) miało w swoim życiu momenty, których przejście może przypominać śmierć i następujące po niej ponowne narodzenie. Coś wpędza nas w rozpacz, burzy porządek świata i zmienia tak codzienność, jak i nas samych. Sama przeżyłam kilka takich chwil i wiem, jak trwałe blizny pozostają gdzieś w naszej psychice . Mirka, bohaterka najnowszej książki Katarzyny Michalik-Jaworskiej, umierała w ten sposób wiele razy; czytelnikom opowiada o sześciu z nich. Jej życie nie było łatwe, a wieloletnie pasmo upokorzeń i trudności odcisnęło swe piętno na jej dorosłości. Choć ze wszystkich sił stara się nie powielać błędów, jakich sama była ofiarą, nie udaje jej się – upada i przez lata bezustannie zmaga się z samą sobą oraz demonami przeszłości.

Blizny to bardzo dobra, choć niełatwa powieść. Autorka nie bawi się w ozdobniki i nazywa rzeczy po imieniu – tu alkoholizm jest alkoholizmem, a przemoc przemocą. Gdy bohaterce jest źle – wyje z bezsilności; gdy ma siłę – urządza awantury. To historia wyrazista, z jasnym przekazem i prostą formułą wypowiedzi; sprawia to zarówno jednolitość, jak i kreacja postaci. Autorka wybrała takie zdarzenia z życia bohaterki, aby jasny i niepodważalny był ciąg przyczynowo-skutkowy między tym, czego świadkiem i uczestnikiem Mirka była w dzieciństwie, a jej postawą jako osoby dorosłej. Z jednej strony jest to zabieg dobry, z drugiej jednak – podczas lektury miałam poczucie delikatnego braku ciągłości. Opowieść pokazana jest dość wyrywkowo i choć autorka dopilnowała, aby brakujące wydarzenia zostały zasygnalizowane, nie jest to historia pełna

Książka na pewno doskonale ilustruje zasadność terapii dla DDA – Dorosłych Dzieci Alkoholików. Co istotne, opowieść jasno wskazuje, że choroba alkoholowa jest co najmniej w równym stopniu uwarunkowana środowiskowo, co genetycznie, wszak bohaterka nie jest spokrewniona z alkoholikiem, z którym przyszło jej się wychowywać. Siła oddziaływania naszego otoczenia jest niezwykła, a mechanizm choroby alkoholowej – niezwykle przebiegły. Tak łatwo jest usprawiedliwić topienie smutków w alkoholu, a jeszcze łatwiej utracić kontrolę nad sytuacją. Z kolei późniejsze stanięcie oko w oko z problemem, nazwanie go po imieniu i wykonanie pierwszych kroków naprzód jest szalenie trudne, zwłaszcza że alkoholizmu nie można wyleczyć tu i teraz, bez rozgrzebywania bolesnej przeszłości. Zarówno Mirce, jak i innym chorym potrzeba wiele siły i odwagi.

Katarzynie Michalik-Jaworskiej udało się napisać ciekawą i dobrą pod względem teoretycznym powieść, w dodatku wspaniale podaną dzięki perfekcyjnemu warsztatowi autorki. Poza drobnymi fragmentami dialogów powieść czyta się dobrze i wypada ona niezwykle naturalnie. Historia Mirki jest interesującym świadectwem i nikogo nie okłamuje – pomija cukierkowatość i zbędne ubogacenia; pokazuje problem takim, jaki jest.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura.

środa, 4 lutego 2015

Stephen King - "Carrie"

Rok 1974 był przełomowy dla literatury, nie ma co do tego wątpliwości. To właśnie wtedy na rynku pojawiła się debiutancka powieść Stephena Kinga, “Carrie”. Książka, która przyniosła autorowi niebywałą sławę, a także dochody, które niemalże od razu pozwoliły mu porzucić dotychczasową pracę i stać się zawodowo pisarzem. To jednocześnie tekst, który w rekordowo szybkim czasie (bo już w dwa lata po wydaniu) doczekał się pierwszej z kilku ekranizacji. Czy rzeczywiście debiutancka powieść Kinga jest aż tak wyjątkowa?

Carrie White nie ma łatwego życia. Wychowuje ją samotna matka, skrajna fanatyczka religijna, która wszędzie dopatruje się grzechu i nie szczędzi swojej córce kar i psychicznych tortur. Nastoletnia dziewczyna jest przez to odseparowana od swoich rówieśników, nie dziwi więc fakt, że większość dzieci w szkole, do której uczęszcza Carrie, śmieje się z niej nawet się z tym nie kryjąc. Szyderstwa dotyczą każdego możliwego aspektu: wyglądu, ubioru, zachowania, niewiedzy o pewnych sprawach, czy też po prostu odnoszą się do matki dziewczyny, która w powszechnej opinii uważana jest za wariatkę. Carrie dzielnie znosi wszystkie te docinki i dowcipy, jednak w momencie, gdy zaczyna dojrzewać, następuje coś nieoczekiwanego - nastolatka okazuje się posiadać moce telekinetyczne. Zachodzi też zmiana w jej zachowaniu: Carrie postanawia wreszcie zbuntować się wobec apodyktycznej matki i jednocześnie pokazać rówieśnikom, że nie jest od nich gorsza. Wszystko to prowadzi jednak do drastycznych wydarzeń…

“Carrie” to powieść na swój sposób oryginalna, głównie ze względu konstrukcję. Jest to częściowo książka o zwykłej narracji, jednak w znacznym stopniu tekst Kinga jest specyficzną powieścią epistolarną, choć nie w dosłownym znaczeniu - sporą jej część stanowią fragmenty fikcyjnych książek, relacje świadków czy też protokoły przesłuchań. Wiąże się z tym jedna istotna rzecz, a mianowicie fakt, że niemal od samego początku czytelnik wie, co się wydarzy. Zagadkami są natomiast odpowiedzi na pytania “dlaczego?” i “jak?”, dlatego mimo posiadania tej wiedzy lektura potrafi naprawdę wciągnąć. Im bliżej kulminacyjnego momentu książki, tym bardziej zwykła narracja dogania fakty opisane w relacjach i artykułach, aż w końcu oba elementy książki wspólnie przedstawiają ciąg wydarzeń. Najważniejsze fakty możemy obserwować na swój sposób dwojako - najpierw pod postacią relacji świadków, następnie zaś jako narracyjny opis sytuacji. Ciekawym zabiegiem jest również przedstawienie pewnych zdarzeń dziejących się w różnych miejscach w zbliżonym czasie w sposób niechronologiczny, skupiający się na ich wadze dla całej sytuacji - dzięki czemu to, co najważniejsze, przedstawione jest czytelnikowi na sam koniec.

Pod względem językowym i stylistycznym książka jest niemalże doskonała. Narracja jest płynna i ani razu nie poczułem się znużony, zaś stworzone przez Kinga fragmenty fikcyjnych książek, artykułów i wywiadów wydają się tak realne, że od prawdziwych odróżnia je chyba tylko poruszana tematyka. Są one wszystkie zachowane w charakterystycznych dla takich form stylach, a jednocześnie są idealnie wpasowane w książkę - czasami wręcz można nie zauważyć, że narracja przeszła właśnie płynnie w “naukowe opracowanie”. Co do samych fragmentów fabularnych - znakomicie moim zdaniem wyszło przedstawianie myśli bohaterów. Raz, że sama narracja bardzo często odzwierciedla to, co czują czy uważają, dwa - dodatkowo w formie nawiasów dodane zostały bezpośrednie, werbalizowane myśli, które w danej chwili pojawiają się w głowach postaci - są one realistycznie chaotyczne, często bowiem nie przyjmują form klasycznych zdań.

“Carrie” Stephena Kinga to znakomity horror, jednak nie jest on oparty na charakterystycznych dla literatury grozy strachu i brutalności. Dużo ważniejsza jest tutaj warstwa psychologiczno-społeczna - książka istotnie porusza problematykę wychowywania dziecka przez niezrównoważonego rodzica, jak również kwestię ostracyzmu w szkołach i okrucieństwo bądź co bądź jeszcze dzieci, które w znęcaniu się nad rówieśnikiem potrafią nie znać umiaru. Choć od premiery powieści minęło już ponad czterdzieści lat, problemy te dalej są aktualne i pewnie jeszcze długo będą, “Carrie” jest więc w jakimś stopniu ponadczasową lekturą. Widząc taki debiut literacki nie dziwi mnie, że King jest od wielu lat jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na całym świecie.

wtorek, 13 stycznia 2015

Julie Gregory - "Mama kazała mi chorować"

Rodzice w większości kultur są kojarzeni z opieką sprawowaną nad dzieckiem. Służą radą i wsparciem, pomagają młodemu człowiekowi w przystosowaniu się do otaczającego świata. Co jednak w sytuacji, gdy sami przeszli zbyt wiele, by móc sprawnie funkcjonować, nie mówiąc już o uczeniu tego innych? W niektórych przypadkach rodzic sam jest zbyt słaby, by przejąć odpowiedzialność za swojego potomka, nawet jeśli wydaje mu się, że jest zupełnie inaczej.

Jednym z zaburzeń związanych z taką właśnie sytuacją jest zespół Münchhausena. Polega on na symulowaniu objawów i dążeniu do coraz poważniejszych zabiegów (także chirurgicznych) mających odkryć źródło rzekomej choroby. Pacjent sztucznie wywołuje objawy, wyolbrzymia je, w skrajnych przypadkach zdolny jest również do samookaleczeń. Odmianą choroby jest zastępczy zespół Münchhausena, w którym rodzic (najczęściej matka) zaspokaja swoje potrzeby, wykorzystując do tego pełnomocnika czyli dziecko. Rozpoczyna się od wzmożonej wrażliwości na wszelkie infekcje, a z czasem wiąże się z postępującymi urojeniami i stałym naciskiem.

Przykładem ofiary takiej choroby jest Julie Gregory, która przez wiele lat pełniła rolę pełnomocnika dla matki cierpiącej na zastępczy zespół Münchhausena. Kobieta praktycznie całe swoje dzieciństwo spędziła w gabinetach lekarskich, podczas gdy jej rodzicielka instruowała ją, jak powinna funkcjonować. Nigdy nie mówiono jej, że ma kłamać – po prostu na co dzień była traktowana jak ciężko chora, w co sama uwierzyła. Do końca 16 roku życia przeszła pełną diagnostykę w zakresie chorób serca, przyjmowała leki między innymi na zespół wypadania płatka zastawki, badano ją pod kątem zaburzeń czynności układu pokarmowego, wielokrotnie była hospitalizowana. Dziewczynka starała się spełniać oczekiwania i wchodzić w rolę, którą jej narzucono. Jej bunt zaczął się dopiero, kiedy została poddana bolesnemu cewnikowaniu i zaczęła odczuwać rzeczywiste skutki działań matki. Dodatkowo z wiekiem obserwowała coraz więcej problemów domowych – zobojętnienie, agresję… Sama również była ofiarą fizycznej przemocy. Gdy zdecydowała się opuścić dom, zderzyła się z systemem, który nie był w stanie jej pomóc.

Już jako dorosła osoba, świadoma tego, co przeżyła, Julie zdecydowała się na napisanie książki będącej relacją z jej własnego życia. Opowieść obejmuje okres od wczesnego dzieciństwa aż do późnej dorosłości autorki, dodatkowo uwzględniając także informacje z życia matki dziewczynki. Narracja jest pierwszoosobowa, bezpośrednia, prosta. W tekst wplecione są dialogi, a język jest na tyle przystępny, że mimo trudnej tematyki lektura idzie szybko, a kolejne strony właściwie przewracają się same.

Julie w swojej opowieści nie skupiła się wyłącznie na sobie – uwzględniła również to, co istotne dla samej genezy choroby matki, czyli jej indywidualne doświadczenia. Dzięki temu książka jest opowieścią o dwóch życiach, dwóch praktycznie zniszczonych historiach, które łączy związek przyczynowo-skutkowy. Tekst jest autentyczny, choć wstrząsający – niestety trzeba przyjąć do wiadomości, że podobne historie naprawdę się zdarzają, w dodatku wcale nie rzadko.

Książkę polecam tym, których ciekawią podobne historie – pozostali mogą nie być zadowoleni, bo opisy nie należą do najprzyjemniejszych, a i zrozumienie pobudek tak silnie zaburzonych postaci do łatwych nie należy. Dla mnie jednak opowieść była naprawdę interesująca i wciąż próbuję poskładać sobie w głowie ogrom bezsensownego cierpienia, jakie stało się udziałem Julie za pośrednictwem jej matki.

niedziela, 21 grudnia 2014

Anne Brontë - "Lokatorka Wildfell Hall"

W małych miasteczkach trudno jest cokolwiek ukryć, a rządząca podobnymi miejscami monotonia każe ich mieszkańcom fascynować się wszystkim, co nowe i nieznane. W myśl tej zasady gdy do Wildfell Hall (z dawana opuszczonej posiadłości) wprowadza się młoda, odziana w żałobne szaty kobieta, szybko staje się obiektem powszechnego zainteresowania. Wszyscy zachodzą w głowę kim jest i skąd się wzięła, a chociaż plotkowanie jest raczej domeną kobiet, jej osoba nie umyka uwadze również okolicznym panom. Jednym z nich jest Gilbert Markham, młody właściciel ziemski, który, choć z początku niechętny nowej sąsiadce, szybko zdobędzie jej zaufanie i stanie się powiernikiem - na tyle bliskim, by zyskać dostęp do skrywanej przez nią tragicznej historii nieudanego małżeństwa.

Tym, na co chciałabym zwrócić uwagę w pierwszej kolejności, są postaci. Powieści sióstr charakteryzuje przedstawienie kobiet silnych, niezależnych, swoimi potrzebami dalece wyprzedzających epokę, w której przyszło im żyć. Nie inaczej jest w tym przypadku - powieść Anne przynosi nam obraz żony, która znajduje w sobie siłę do odejścia od mężczyzny niszczącego życie jej i syna. W XIX-wiecznej Anglii taki krok był aktem niezwykłej odwagi, jednak nie czyni to jeszcze bohaterki kimś wspaniałym; dołożyć do tego trzeba inteligencję, prostolinijność, wewnętrzną siłę i psychologiczną głębię, która cechuję Helen Graham i która czyni z niej postać niezwykłą i wielowymiarową. Również pozostali bohaterowie ukazani są wzorcowo - jak to z reguły bywa w powieści wiktoriańskiej, są oni symbolami poszczególnych zachowań. Ich postawy kontrastują z charakterem głównej bohaterki, co jeszcze bardziej uwydatnia przywary, jakimi się odznaczają. 

Powieść w znacznej mierze pisana jest z perspektywy mężczyzny, przez co próżno tu szukać wielozdaniowych wynurzeń na temat ludzkiej psychiki. Po trudach, jakie przyniósł mi odbiór Villette traktuję to jako naprawdę miłą odmianę. Styl Anne jest nieco prostszy niż ten, którym posługuje się Charlotte, ale na pewno nie można odmówić mu wytworności - jest to wciąż doskonała językowa przygoda, jednak nieco przystępniejsza w wydaniu i mniej męcząca umysł. Poza tym na uznanie zasługuje warstwowość tekstu - wewnątrz epistolarnej formy znajdziemy tak narrację, jak i dialogi, a także fragmenty pamiętników i wspomnienia. To naprawdę dokładna i ciekawa budowa, niespotykana właściwie w dzisiejszej literaturze. Przy tym wszystkim czytelnik nie czuje się ani znudzony, ani zagubiony - opowieść toczy się swoim niespiesznym rytmem, który mnie odpowiadał w 100%.

Cenię sobie podobną literaturę - o trudnych tematach, silnych kobietach i walce o lepsze jutro. Tekst napisany jest wspaniale i w moim przypadku skończył się lekturą szybką i bardzo satysfakcjonującą. Jeśli chodzi o powieści sióstr - będę kontynuowała ich odkrywanie, ale powiem Wam po cichu, że Lokatorka póki co pozostanie moją ulubioną. Zatraciłam się w tej historii i z pewnością jeszcze do niej wrócę. 


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu MG.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska"(528 stron).

wtorek, 9 grudnia 2014

James Lesy – „Lista Jonqueta”

Głównym bohaterem powieści jest Yvon – wiodący z pozoru przeciętne życie księgowy pracujący w jednej z firm w Dijon. Pod maską zwyczajnego człowieka skrywa głęboką krzywdę, pielęgnowaną od lat – jako dziecko był ofiarą szykanowania i od tamtej pory nie miał okazji do odbudowania swojej samooceny. Żyje sam, izoluje się od ludzi, a motorem wszystkich jego działań jest żądza zemsty. Z namaszczeniem tworzy Listę Jonqueta – spis osób, na których chciałby się zemścić, najlepiej w sposób okrutny i wyrafinowany. Swoje działania rozpoczyna od sąsiadki z naprzeciwka, która notorycznie wciska nos w nie swoje sprawy…

Tekst składa się z pięciu głównych rozdziałów i ukazuje spójną historię głównego bohatera ze znaczącym ujęciem jego psychiki. Dodatkowo równolegle z losami Yvona poznajemy historię komisarza Juana Poussina. Język opowieści jest barwny, bogaty, a przy tym wolny od dziwaczności. Tekst czyta się dobrze, choć nie jest zbyt dynamiczny – wiele w nim opisów, mniej dialogów. Patrząc na jakość tych ostatnich można uznać to za zaletę, nie wychodzą bowiem autorowi zbyt naturalnie. Z drugiej strony drobiazgowa analiza każdego kroku Yvona może momentami drażnić. To, co autor uznał za ważne na tyle, bo pojawiło się w tekście, opisane jest bardzo, bardzo szczegółowo.

Gatunkowo powieść jest przede wszystkim wnikliwym portretem psychologicznym człowieka, który, krzywdzony za młodu, nauczył się przekuwać złość i niemoc w pozorną siłę, zbudowaną na gniewie. Yvon to mężczyzna potrzebujący poczucia kontroli, upajający się drobiazgowym planowaniem. To także człowiek słaby, zakompleksiony i nigdy nie wyleczony z problemów, jakich nabawił się w młodości. To wreszcie psychopata – choć jego zachowanie jest dobrze wyjaśnione, pozostaje dla czytelnika przerażające.

Ciekawym elementem opisu są wizje nawiedzające umysł głównego bohatera – te, którymi karmi się sam dając pożywkę własnemu szaleństwu, a także te zewnętrzne, które przychodzą do Yvona niezależnie od jego woli. Jedne i drugie są przerażające, dziwne i z pewnością nie pomagają w osiągnięciu równowagi.

Można oczywiście teoretyzować i wytykać książce mankamenty, jednak w moim odczuciu wiele z nich straciło na znaczeniu po zestawieniu ich z całością tekstu. Próbowałam odkładać książkę i przechodzić do innych zajęć i zawsze zostawałam, by doczytać przysłowiowy „ostatni rozdział”, aż do samego końca. Jeśli lubicie do ostatniej strony analizować psychikę bohaterów, szukać motywów ich działań i próbować je rozumieć – to dobra książka dla Was. Ja odnalazłam przyjemność w próbach dotarcia do wnętrza Yvona i brnęłam dalej zwyczajnie ciekawa, jak potoczą się jego sprawy. 


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (618 stron).

wtorek, 25 listopada 2014

Charlotte Brontë - "Villette"

Cieszę się, że już od jakiegoś czasu nie można nazywać mnie ignorantką w kwestii XIX-wiecznej literatury kobiecej – wiem już nieco więcej niż na początku swojej drogi. Po lekturze Shirley przeżyłam zachwyt barwnym językiem i błyskotliwą narracją, byłam tez urzeczona wnikliwym okiem autorki, dzięki któremu została dokonana ciekawa analiza społeczeństwa. Rozochocona zabrałam się za lekturę Villette oczekując podobnych wrażeń i przeżyłam szok. Cofam moje słowa z ostatniej recenzji – nie o wszystkim mogę czytać w tak wspaniałym stylu.

Treść książki można opisać naprawdę nieskomplikowanie, jest zresztą zgodna z pewnym luźnym schematem, charakterystycznym dla tamtych lat. Młoda Angielka, Lucy Snow, traci wszystko, co było dla niej cenne – nie chodzi tu tylko o dobra materialne, ale też przede wszystkim o najbliższe jej osoby. Jest osobą silną, więc w obliczu trudnej sytuacji, nie mając nic do stracenia, postanawia udać się w podróż i poszukać życiowego szczęścia w innej części świata. Wsiada na prom do Francji, a stamtąd dociera do Villette, miasteczka, w którym rozpocznie się jej monotonna egzystencja. Kobieta podejmuje pracę jako guwernantka w zakładzie wychowawczym Madame Beck; można by rzec, że odtąd wiedzie życie zwyczajne i raczej nudne. Do czasu wplątania się w pewną niecodzienną intrygę…

Wielką zaletą twórczości Charlotte Brontë, która ma swoje odzwierciedlenie również w tym tekście, jest ogromna wręcz wrażliwość autorki, którą dziś nazwalibyśmy po prostu inteligencją emocjonalną. Siłą jej tekstów jest świetna kreacja bohaterów oraz społecznego tła, powstała dzięki dostrzeżeniu wielu zależności między konkretnymi postaciami. Opisywane osoby są z reguły wyraziste, mają też swoje umotywowanie i najczęściej całkiem mocny pierwowzór w życiu realnym. W przypadku Villette dodatkową zaletą jest nowa jakość opisu – monolog wewnętrzny. Obserwujemy tu bohaterkę mierzącą się nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z samą sobą, w codziennej batalii i nieprzerwanym dyskursie. Opisowi poddane zostają doświadczenia i inne postaci, a całość historii poznajemy właśnie z perspektywy Lucy, która jest obserwatorką dokładną, spostrzegawczą i nieutrudzoną.

Charlotte utkała swą opowieść misternie, nakładając na siebie wiele pozornie błahych zdarzeń i tworząc z nich ciekawy oraz przede wszystkim pełny obraz. Zakładam, że to, co zostało opisane, nie pojawiło się tu przypadkowo, trzeba jednak powiedzieć jedną rzecz – dla współczesnego czytelnika książka może być po prostu nudna. Opisy są długie, akcja rozwija się bardzo słabo, wielokrotnie przeciągane tematy są monotonne. Utrudnia to utrzymanie zainteresowania, wciągnięcie się w jakikolwiek wątek i znacznie wydłuża czas czytania. Co gorsza – dla mnie nie był to tekst, który chcę smakować dzień po dniu w małych dawkach; w miarę upływu czasu moja motywacja po prostu opadała.

Absolutnie nie chcę tu ujmować wartości tekstów Charlotte Brontë ani odbierać jej rzeczywistego wkładu w rozwój literatury czy stworzenie podłoża do zmian w zakresie obyczajowości. Autorka w swoim tekście do cna wycisnęła temat kobiecej psychiki, pokazała jej złożoność i dylematy, dała szansę do obrony własnych racji. Nowatorska jak na tamte czasy technika strumienia świadomości pozwoliła wniknąć tak głęboko jak nigdy dotąd, zrozumieć bohaterkę lepiej niż kiedykolwiek. Tym niemniej Villette jest w moim odczuciu książką dla koneserów – zarówno XIX-wiecznej literatury, jak i powieści Charlotte.

Kończąc lekturę (nie całkiem) i pisząc tę opinię wiem jedno – jeszcze do tej książki wrócę. Wciąż myślę sobie, że to powieść „nie w czas”, że zbyt szybko wpadła w moje ręce. Przez pryzmat własnych doświadczeń nie polecam jej na początek przygody z Siostrami, a sama zabieram się za lekturę innych ich książek. Przed ponownym sięgnięciem po tekst z pewnością zagłębię się również w biografię autorki, tak, aby móc samodzielnie odkrywać nagromadzone tutaj powiązania.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu MG.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska"(656 stron).

sobota, 22 listopada 2014

Cathy Glass - "Zapomniane dziecko"

Krzywdzenie dziecka kojarzy nam się z prostymi formami przemocy – biciem czy molestowaniem seksualnym. W rzeczywistości jednak tych przejawów jest znacznie więcej. Można dziecko zaniedbać – i to nie tylko tak, że będzie brudne, a jego zęby ogarnie próchnica; zaniedbanie to także odizolowanie od świata zewnętrznego, zahamowanie rozwoju, pozbawienie kontaktów z rówieśnikami. Do tego dojść może manipulacja i emocjonalne uzależnienie od siebie. Najgorzej jednak, gdy wszystkie te elementy występują razem – dziecku krzywdzonemu i tak bardzo trudno pomóc, a kompilacja różnych rodzajów przemocy tylko pogarsza sprawę.

Z takim właśnie przypadkiem mamy do czynienia w książce Cathy Glass – kobiety, która od lat opisuje własne doświadczenia, wynikające z roli rodzica zastępczego. Tym razem opowieść dotyczy Aimee – ośmiolatki wychowującej się w melinie narkomanów, wykazującej cechy skrajnego zaniedbania. Dziewczynka jest brudna, ma wszy, a do szkoły (jeśli w ogóle się w niej pojawia) chodzi w podartych ubraniach. Uwagę zwraca jej agresywne zachowanie. Opieki nad Aimee podejmuje się Cathy, doświadczona matka zastępcza, i to z jej perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia i etapy zmian, jakie zachodzą w psychice i nastawieniu dziewczynki. Razem z nią odkrywamy również mroczne wspomnienia, z którymi dziecko musi się borykać, a także wkraczamy do walki z agresywnym, niepohamowanym rodzicem.

Matka Aimee znana jest policji i opiece społecznej – wcześniej odebrano jej kilkoro dzieci i wszyscy zastanawiają się, czemu po Aimee system pomocy upomniał się tak późno. To ciekawy aspekt książki, pokazujący od wewnątrz brytyjski opiekę społeczną; nie w sposób wyidealizowany, a taki, jakim jest, ze wszelkimi lukami prawnymi. Widzimy tutaj niesprawiedliwość zarówno ze strony rodzica zastępczego, jak i biologicznego – walka o dziecko pokazana jest krok po kroku. Przy tym wszystkim historia absolutnie nie jest jednowymiarowa, a w treść wplecione są wątki pokazujące również drugą stronę medalu.

Podczas lektury miałam wrażenie, że książka mogłaby być poradnikiem dla przyszłych rodziców zastępczych (i nie tylko), tak dokładnie autorka opisuje wszelkie mechanizmy swojego działania. Ciężko jest mi obiektywnie ocenić, czy przesadziła – w moim odczuciu tak, ale może to być wynik faktu, że na co dzień obcuję z psychologiczną terminologią i nie potrzebuję wyjaśnień krok po kroku. Sporo jest tutaj także wstawek tłumaczących, dlaczego bohaterka powiedziała coś w taki, a nie inny sposób i jaki może mieć to wpływ na dalszy rozwój wypadków. Z jednej strony to charakterystyczne, z drugiej – być może dla kogoś przydatne. Sądzę, że może to pomóc w zrozumieniu dzieci i ich reakcji w ogóle.

W tekście takim jak ten najistotniejszą sprawą jest moim zdaniem kreacja psychologiczna bohaterów i przyznaję, że w tym przypadku nie mam się do czego przyczepić. Intuicyjnie czuję, że zachowanie dziewczynki jest spójne, a przedstawione fakty pokrywają się z tym, co słyszałam na temat reakcji dzieci będących ofiarami krzywdy. Tym niemniej mam wrażenie, że pewne sprawy zostały tu rozwiązane zbyt łatwo. Prawdopodobnie jest to „zboczenie” z czytania dużych ilości beletrystyki epatującej negatywnymi rozwiązaniami i trudnymi zbiegami okoliczności, jednak ciężko mi uwierzyć, że w tak krótkim może się dokonać tak wiele znaczących zmian.

Niestety, książka nie jest pozbawiona wad związanych z naszym, polskim wydaniem. W tekście zdarzają się powtórzenia i naprawdę dziwne konstrukcje gramatyczne. Rzucają się w oczy dość mocno, ale na szczęście nie są na tyle częste, żeby z ich powodu odrzucać tekst. Pomijając te techniczne drobiazgi książka jest naprawdę dobra w odbiorze – dominują dialogi, co nadaje tekstowi dynamizmu i pozwala szybko przejść przez tak trudną tematykę. Nie ma też tutaj niepotrzebnego owijania w bawełnę – to, co się stało, powiedziane jest wprost i bezpośrednio.

W ogólnym rozrachunku jestem zadowolona, że książka Cathy Glass do mnie trafiła – dzięki niej miałam okazję uzupełnić o kwestie praktyczne tę wiedzę, którą niedawno nabyłam. Uważam, że jest to autentyczne i dobre świadectwo skutków, jakie niesie za sobą zaniedbanie i przemoc wobec dziecka. Tak jak wspomniałam, może to być również tekst ciekawy dla rodziców w ogóle – pokazuje on, jak dzieci reagują na nasze słowa, jak je rozumieją i ile potrafią z nich wyciągnąć. Chętnie sięgnę po inne książki autorki; jestem niezwykle ciekawa, czy pomiędzy poszczególnymi historiami są znaczące różnice.


Za egzemplarz książki dziękuję Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.

sobota, 16 sierpnia 2014

Maria Nurowska - "Hiszpańskie oczy"

Marię Nurowską kojarzyłam jak dotąd jedynie z nazwiska, wiedziałam też, że należy do grona pisarek nie tyle poczytnych, co rozpoznawalnych. Jej książka znalazła się na mojej półce przypadkowo i równie bez planu po nią sięgnęłam – po prostu coś mnie tknęło przy szukaniu kolejnej lektury i zaczęłam przetrząsać pokój, by znaleźć tę właśnie pozycję. Co wynikło z takiego splotu wypadków? Właściwie jedno wielkie zagmatwanie…

Książka opowiada o losach kobiety, która w czasie wojny została wywieziona na Wschód i była przetrzymywana w jednym z radzieckich łagrów. Dziś Anna jest matką, borykającą się nie tylko z trudną przeszłością, ale i problemami dnia codziennego. Jej córka, Ewa, cierpi na anoreksję/bulimię/zaburzenia odżywiania – jak zwał tak zwał, wszystko zależy od aktualnej diagnozy, a sens jest taki, że dziewczyna łyka masę proszków z każdym dniem przybliżających ją do śmierci. W obliczu takiego zagrożenia dla siebie, córki i wnuka, Anna podejmuje decyzję o rozpoczęciu kolejnej terapii. Nie spodziewa się, że tym razem to ona znajdzie się w centrum zainteresowań lekarza i sama będzie musiała stanąć do konfrontacji ze swoją przeszłością.

Muszę przyznać, że wgryzienie się w tekst nie należy do zadań najłatwiejszych i nie jest to bynajmniej sprawka wyłącznie trudnej i emocjonującej treści. Dużą rolę w utrudnianiu odbioru odgrywa narracja, która – choć zawsze pierwszoosobowa i skonstruowana w czasie teraźniejszym – dotyczy trzech różnych płaszczyzn czasowych. Anna równocześnie opowiada nam o swojej aktualnej sytuacji, a także wydarzeniach z przeszłości: sprzed narodzin córki i tych, które wiążą się już z nią. Choć opowieści łączą się i tworzą ciągi przyczynowo-skutkowe, a nawet pozwalają wyciągać wnioski, poukładanie sobie ich w głowie zajmuje sporo czasu, tym bardziej że książka jest właściwie jednym wielkim ciągiem, bez rozdziałów. Jestem jednak w stanie zrozumieć taki zabieg, bo doskonale ukazuje on rozbudowaną i zagmatwaną psychikę bohaterki.

Co do samej treści – choć opisywana historia jest skrajna i brutalna, to również niezwykle prawdziwa, co uważam za dużą zaletę. Przy głębszym zastanowieniu stwierdzam jednak, że lekturę zakończyła z uczuciem niedosytu. Owszem, postaci są barwne, ciekawe i dobrze skonstruowane, jednak sama opowieść nie dostarcza odpowiedzi na wszystkie rodzące się w czytelniku pytania. Na domiar złego autorka zdecydowała się na otwarte zakończenie, którego ogólnie nie preferuję, a w przypadku tej książki uznaję wręcz za wadę.

Książkę Nurowskiej można kochać lub nienawidzić – równie wiele argumentów jest po obu stronach barykady. Moim zdaniem psychologiczna głębia do spółki z przepięknym, literackim językiem stanowi przewagę nad średnim zakończeniem, natomiast trudności ze zrozumiałością treści mogą być tłumaczone przyjętą konwencją. Nie jestem jednak przekonana, czy jest to książka do polecenia każdemu – z pewnością trzeba do tej prozy przywyknąć. Ja na pewno jeszcze sięgnę po książki autorki, choćby po to, by porównać Hiszpańskie oczy z innym jej tekstem i sprawdzić, czy Maria Nurowska jest pisarką oryginalną, czy też powtarzalną wewnątrz własnego, niezwykłego schematu.