Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Enerlich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Enerlich. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 czerwca 2017

Katarzyna Enerlich – „Wiatr od jezior”


Wstęp w przypadku tego tekstu nie ma większego sensu, bo historia znalezienia się tej książki w moich rękach jest bardzo prosta. Wystarczą dwa słowa: Katarzyna Enerlich. Imię i nazwisko autorki mówi samo za siebie i jasno wskazuje, dlaczego Wiatr od jezior znalazł się na mojej półce – to w końcu jedna z moich ulubionych autorek (i nie tylko moich, bo, nie chwaląc się, zaraziłam miłością do jej książek co najmniej trzy osoby z mojego najbliższego otoczenia).

W swojej najnowszej powieści autorka splata dwa wątki pochodzące z różnych okresów historycznych. Z jednej strony przenosimy się do roku 1922, kiedy to na terenach bliskich dzisiejszym Mikołajkom osiedlili się mormoni. Wraz z połową jednego z pierwszych małżeństw zawartych w nowej religii obserwujemy, jaki wpływ na te tereny wywarło pojawienie się innowierców. Z kolei druga część akcji ma miejsce ponad 70 lat później; tu z kolei towarzyszymy głównej bohaterce, dziennikarce Annie, w rozwiązywaniu zagadki tajemniczych, rytualnych mordów na zwierzętach. Obie historie okazują się mieć punkty wspólne (a jakże!) i wspaniale się łączą – tym razem nie za sprawą głównej bohaterki i jej własnej historii rodzinnej, Anna jest bowiem tylko odkrywcą zagadki mającej swój początek przed laty.

Pewnie wspominałam już o tym przy okazji poprzedniej książki Katarzyny Enerlich, Rzeki ludzi osobnych, ale bardzo podoba mi się kierunek, w którym zmierza jej pisarstwo. Odejście od powieści stricte obyczajowych i poświęcenie się na dobre specyfice i przeszłości regionu okazało się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza że to już kolejna powieść utrzymana w podobnym klimacie, a jednak opowiadająca zupełnie inną historię. Autorka nie boi się trudnych tematów i znów sięga po bardzo ciężkie doświadczenia mieszkańców (a zwłaszcza mieszkanek) Mazur z okresu II wojny światowej. W sposób autentyczny prezentuje nam, jaki wpływ na jednostkę, ale też na kolejne pokolenia mogą mieć traumy i niezabliźnione rany. Odkrywa, jak zawiłe potrafią być ludzkie losy i czego możemy się dowiedzieć o przeszłości, gdy zadamy sobie trud rozpoczęcia poszukiwań.

Choć Wiatr od jezior jest książką w zupełnie innym stylu i odchodzi od tematu życia na prowincji i płynących z niego dobrodziejstw, autorce udaje się skutecznie i nienachalnie przemycać fragmenty ideologii slow. Znajdziemy tutaj zachwyty nad drobiazgami i wzmianki o bliskości z naturą. To również ogromny plus, bo właśnie te elementy stanowiły ogromną wartość w poprzednich powieściach Katarzyny Enerlich i mnie samą do niej przyciągnęły oraz przekonały. Lubię ten moment refleksji nad życiem, który przychodzi w odpowiednim momencie lektury. 

Mimo tych dwóch ogromnych zalet, Wiatr od jezior nie jest powieścią tak płynną i wciągającą, jak bym tego chciała. Autorka stworzyła coś nietypowego jak na siebie: historię pod wieloma względami kryminalną. Niestety sam temat, choć obiecuje wiele, nie wystarcza do zbudowania napięcia; czegoś tutaj najzwyczajniej w świecie brak. Nie mniej jednak byłam ciekawa rozwiązania zagadki, toteż losy Anny może nie pochłaniałam, ale śledziłam z zainteresowaniem. Jestem bardzo ciekawa, czy Katarzyna Enerlich planuje dalszy rozwój w tym kierunku, a jeśli tak – jak będą wyglądały kolejne jej powieści. Mam nadzieję, że niebawem się o tym przekonamy.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MG.

środa, 24 sierpnia 2016

Katarzyna Enerlich - "Rzeka ludzi osobnych"

Był taki czas, gdy dużo pisałam o książkach Katarzyny Enerlich. Cykl prowincjonalny przeczytałam niemal jednym tchem (najpierw część szóstą, potem wcześniejsze, a następnie kolejne), podrzuciłam go też Mamie, a całkiem niedawno obie namówiłyśmy jej siostrę na zapoznanie się z opowieścią, która koniec końców także i ją urzekła. Jest w tej historii coś magicznego, prostego i zachęcającego, a ja z pewnością jeszcze wiele razy powrócę do niej z sentymentem. Choć przede mną wcześniejsze książki autorki (mam ich prawie cały komplet, który póki co posłałam w świat, do ludzi chętnych na czytanie), postanowiłam najpierw skusić się na najnowszą. Wiedziałam, że będzie to opowieść z rzeką Krutynią w tle, jednak zupełnie nie spodziewałam się tego, co tak naprawdę będzie zawierała jej treść.

Historia Mazur mieści w sobie losy różnych kultur i narodowości, które musiały nauczyć się współistnieć ze sobą na jednym terenie mimo wielu różnic. Rzeka ludzi osobnych jest opowieścią o zamieszkujących ten teren starowiercach i ich relacji z resztą społeczeństwa. W książce wykorzystane zostały historie związane z klasztorem w Wojnowie, a także regionalne legendy. Ale nie tylko, bo tak naprawdę wspomniane elementy składają się jedynie na (barwne i dopracowane) tło. Główna oś fabularna powieści to historia jednej z ostatnich osób wychowanej w wierze staroobrzędowców - osiemdziesięcioletniej Augusty, przedstawicielki rodu silnych, niezależnych i bogatych kobiet. Jej losy krzyżują się z drogami pewnej zagubionej czterdziestolatki poszukującej ukojenia na prowincji. Zaskakujące, jak wiele mogą dać sobie nawzajem te dwie, pozornie zupełnie różne kobiety, zwłaszcza gdy zaczną powierzać sobie swoje tajemnice.

Najnowsza powieść Katarzyny Enerlich skonstruowana jest z wielu przeplatających się elementów. Jednym z nich jest wspomniana już historia Augusty, która w retrospekcjach wraca do młodych lat, krzywd, których doznała, a także chwil szczęścia, które w toku życia stały się jej udziałem. Za jej pośrednictwem poznajemy również historię rodu Malewanów, z którego się wywodzi - kobieta doskonale zna dziedzictwo swojej matki i babki, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dzięki tej postaci opowieść zahacza o trudne międzyludzkie tematy - życie samotnych matek, pozycję kobiet w społeczeństwie oraz to, jak traktowani są ludzie, którzy odnieśli sukces. Historia Malewanek to opowieść o wielu trudnych wyborach, o wewnętrznej sile i o braku zgody na podporządkowanie normom, które prowadzą do wieloletnich krzywd; o pionierkach, kobietach odważnych, które nie bały się wyzwań, nawet jeśli na co dzień nosiły zakonne habity (bo i o tematy klasztorne zakrawa cała historia).

Drugim ważnym elementem, który mnie osobiście mocno zaskoczył, jest podjęty w powieści temat wojny. Tę również obserwujemy z różnych stron. Mamy tu wspomnienia przełożonej zakonu, które pokazują nam, jakie skutki miał przemarsz wojsk rosyjskich dla mieszkańców wsi (głównie zakonnic i świeckich kobiet, choć o wszystkich jest tu mowa). Z drugiej strony dzięki pamiętnikowi lekarza Sidora Kurta poznajemy bezpośrednią relację z frontu w Prusach. Druga z opowieści jest naprawdę brutalna i bezpośrednia, co może być nieco niespodziewane - gdy siadałam do tej książki szykowałam się raczej na tekst historyczno-obyczajowy, a tymczasem bezkompromisowe opisy naprawdę zapadły mi w pamięć. Czytelnik styka się z różnymi rodzajami ludzkich dramatów - śmiercią bliskich, lękiem przed utratą najbliższej osoby, tragedią zgwałconych kobiet i lekarzy, którzy nie mogą uratować przytomnych, świadomych ludzi, których los powierzono właśnie im. Choć fragmentów pamiętnika nie jest dużo, odciskają one silne piętno na naszej psychice - ze mną na pewno pozostaną na długo.

Różnie bywało do tej pory z płynnością wplatania faktów i legend w fabułę powieści autorki, na szczęście tym razem całość jest po prostu idealna. Proporcje między poszczególnymi elementami książki są bardzo dobrze wyważone, a wszelkie wstawki historyczne i krajoznawcze ubrane są w doskonałą obyczajową otoczkę. Postać Katarzyny, która przybywa na prowincję na chwilę, a stopniowo zmienia swoje życie na prostsze i spokojniejsze, bardzo ładnie wpasowuje się we wszystkie pozostałe elementy wypełniają lukę powstałą między nimi. Jest łącznikiem, który spaja całość i nadaje książce charakteru obyczajowego. Teoretycznie czytamy o kobiecie, która pragnie zmienić swoje życie i o drugiej, która nosi w sobie straszną tajemnicę niszczącą ją od środka. W praktyce każda strona pełna jest informacji na temat historii regionu, zamieszkujących go narodów oraz interakcji między nimi. Wydawać by się mogło, że w takim układzie książka jest przeładowania, ale jest to tylko złudne wrażenie - jej objętość jest przeciętna, a lektura idzie naprawdę płynnie, choć niekoniecznie w zawrotnym tempie.

Cóż mogę powiedzieć - jestem zachwycona. Polecam z całego serca i polecać będę, bo książka nie tylko spełniła moje oczekiwania, ale też zaskoczyła, a to chyba jeszcze bardziej cenne.

piątek, 20 listopada 2015

Katarzyna Enerlich – „Prowincja pełna złudzeń”

Gdy jakiś czas temu niemal hurtem poznawałam prowincjonalny cykl, co i rusz serwowałam Wam pełne zachwytów opowieści. Chwaliłam niesamowity klimat, pochłaniające czytelnika wydarzenia i talent autorki do splatania ze sobą zasłyszanych opowieści. Zachwycałam się tym, że powieść trafia do mnie jak żadna inna, wnosi do życia nieco magii i prostoty, za którą wielu z nas tak tęskni. Była niesamowitą inspiracją i dawała nadzieję. Dlaczego o tym wszystkim mówię? Powody są dwa. Z jednej strony premierze Prowincji pełnej złudzeń towarzyszyły głosy, że jest to już ostatni tom cyklu, a więc jego zamknięcie; z drugiej zaś – tym razem ciężko mi było odnaleźć w książce wszystkie te aspekty na takim poziomie, jak wcześniej. Ale o tym za chwilę.

Po finale siódmego tomu Ludmiła odcina przeszłość grubą kreską – choć sprawia jej to ból, całkowicie zamyka poprzedni rozdział i poświęca się własnym sprawom; nie chce kolejny raz brać na barki odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Jednak los bywa przewrotny… Za sprawą spotkanego przypadkowo mężczyzny bohaterka będzie zmuszona wrócić do tego, przed czym tak uciekała. Jak się okazuje, sprawy zdążyły niesamowicie się skomplikować…

W tym tomie Ludmiła staje się postacią naprawdę trudną w obyciu. Mimo wieku i życiowego doświadczenia popełnia wciąż te same błędy i zupełnie nie stosuje się do filozofii, której wyznawanie deklaruje. Każdy dzień to dla niej walka z własnymi myślami i przekonaniami; walka, której czytelnik staje się bezpośrednim uczestnikiem. Dobrze jest widzieć bohaterów nieidealnych, którzy popełniają błędy; dobrze też, że ktoś pokazuje, jak trudna jest dla człowieka droga uważności i wyciszenia – nie zmieniamy się od razu, „na pstryk”, musimy włożyć w to bardzo dużo pracy. Z drugiej strony jednak naprawdę ciężko momentami patrzy się na zmienność Ludmiły i jej zacietrzewienie. Długo mi to nie przeszkadzało, jednak przy tej książce naprawdę czułam dyskomfort.

Kolejną sprawą jest sama fabuła. Wydarzenia rozłożone są nierównomiernie – doświadczenia negatywne i godzenie się z nimi zajmuje nieproporcjonalnie więcej czasu i miejsca w stosunku do samego rozwiązania. Miło by było poczytać co nieco o ludzkim szczęściu i drodze do życiowej harmonii, tymczasem autorka po prostu przemyka po wieńczącym książkę happy endzie. Gdyby to rzeczywiście miało być zakończenie ośmiotomowej serii – zostało potraktowane troszkę po macoszemu; z kolei jeśli pojawi się kolejny tom, możemy być pewni, że ten spokój i tak zostanie zburzony. W obu przypadkach warto by pokusić się o szerszy opis, tymczasem wszystko dzieje się gładko i w mgnieniu oka – naprawdę szkoda, bo obraz szczęścia mógłby wnieść do książki równie wiele, jak ciągle pojawiające się trudności.

W tej części nie do końca spodobały mi się również wstawki dodatkowe. W cyklu prowincjonalnym tak już jest, że autorka często wplata w treść książki jakąś zmodyfikowaną opowieść – w tym przypadku jest to historia rzeźbiarza Arthura Schulwitza (oczywiście odpowiednio skrócona i zmodyfikowana). Do tej pory takie dodatki raz mi się podobały, raz nie i tym razem trafiło na ten słabszy moment – w opowieść włączone są całe rozdziały z historią artysty i choć mają jako taki związek z fabułą, mnie akurat chwilami nudziły. W tym przypadku jednak jest to odczucie całkowicie subiektywne, bo na pewno wielu osobom opowieść przypadnie do gustu.

Na szczęście niezmienne pozostało jedno - charakterystyczny, prowincjonalny klimat. Pachnące jedzeniem przepisy i opisy przyrządzania potraw, promocja zdrowego stylu życia, bycie bliżej natury i hołdowanie wewnętrznemu spokojowi. Dla tych aspektów powiem: było warto.

Jak widzicie kilka czynników złożyło się na to, że ta książka nie będzie moim ulubionym tomem prowincjonalnego cyklu. Wiele wcześniejszych mnie zachwyciło i zmusiło do refleksji, przy tej jednak albo przewracałam oczami, albo ją odkładałam na jakiś czas, albo zwyczajnie się nudziłam. Może to kwestia gustu, może kilku aspektów pechowo zebranych razem. Na szczęście cała opowieść ma tyle plusów, że serię z pewnością będę wspominać z wielkim sentymentem i jeszcze nie raz do niej wrócę.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MG.

czwartek, 5 lutego 2015

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna snów"

Od momentu, kiedy cały prowincjonalny cykl pochłonęłam w niezwykłym tempie, minęło już trochę czasu; zdążyłam zatęsknić za atmosferą, bohaterami i, co najważniejsze, nabrać ciekawości jak opowieść potoczy się dalej. Prowincja pełna szeptów zostawia Ludmiłę w sytuacji, gdy jej życie nabiera właściwego rytmu, zwalnia i staje się wreszcie uregulowane. Czy taki spokój może trwać długo? Zdecydowanie nie!

Budowania napięcia Katarzyna Enerlich uczyła się chyba u Hitchcocka – kolejny raz jej książkę otwiera tąpnięcie, które burzy cały wypracowany wcześniej ład i stawia główną bohaterkę w obliczu zupełnie nieprzewidzianych okoliczności. Na losy Ludmiły już od dawna nie należy patrzeć poważnie – prawdopodobieństwo życiowe w jej historii coraz bardziej zbliża się do zera; bohaterka wyczerpała wszelkie limity nieszczęść i miłosnych porywów, jakie przypadają w udziale przeciętnemu człowiekowi w toku życia. Z drugiej jednak strony jak inaczej można stworzyć wzór silnej kobiety, jeśli nie poprzez stawianie przed nią kolejnych trudnych zadań? W tym względzie cykl zyskuje na wartości, bo Ludmiła nie jest żadną super bohaterką, a jej historia pokazuje, jak mądrze i ze spokojem stawiać czoła temu, co przyniesie nam los.

Z tym aspektem wiąże się również warstwa książki, którą roboczo można nazwać filozoficzną. Wraz z kolejnymi tomami coraz więcej pojawia się wątków związanych z rozważaniami i różnymi sposobami na poukładanie swojego życia. Czuć powiew wschodu – joga, kuchnia pięciu przemian – jednak nic nie jest tutaj ortodoksyjne, raczej delikatnie wkrada się w karty powieści i życie Ludmiły.

Przy tym wszystkim autorka nie rezygnuje z ubogacania książki historiami napływającymi od czytelników; znów pojawia się kilka wstawek związanych z ludowymi podaniami oraz wątków inspirowanych opowieściami innych ludzi. Dodatkowo jak zwykle głównym osiom fabuły towarzyszą plastyczne opisy – tak krajobrazów, jak i potraw przygotowywanych z naturalnych, regionalnych składników. W książce pojawiają się przepisy, ale podane w taki sposób, że każda strona zdaje się pachnieć aromatycznymi przyprawami, mocną herbatą i zbożową kawą. W tej materii Katarzyna Enerlich stale rozwija swój warsztat i powieści zdecydowanie na tym zyskują.

W zakończeniach opowieści o Prowincji zawsze mówię to samo – dziękuję, jestem zadowolona i już tęsknię. Mam nadzieję, że niebawem ta opowieść potoczy się dalej (a potoczy się na pewno, bo autorka znów zdecydowała się zakończyć powieść burzą niszczącą wszystko).


Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu MG.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna czarów"


Życie Ludmiły, choć teoretycznie uporządkowane, wciąż się zmienia – z jednej strony bohaterka chce ciepła i bliskości obecnego partnera, z drugiej jednak boi się zobowiązań i poważnych deklaracji. Decyzja przychodzi, jak to w życiu bywa, stanowczo zbyt późno – gdy kobieta odkrywa, czego chce, okazuje się, że na drodze do wspólnego szczęścia może stanąć… kariera zawodowa Wojtka. Co przyniesie roczna rozłąka? Czy Ludmile uda się udźwignąć życie w samotności? Pomóc mogą kolejne mazurskie tajemnice, domagające się rozwikłania…

Nie chciałabym się rozwodzić nad sferą obyczajową książki, bo odbieram ją specyficznie, a poza tym omawiałam ją już niejednokrotnie. Tym, co ma dla mnie niezwykłe znaczenie w piątym tomie, jest rozgrywająca się niejako w tle opowieść z wątkiem historycznym. Przyznam szczerze, że dotąd podobne wstawki traktowałam jedynie jako miłe urozmaicenie, tu natomiast naprawdę się zainteresowałam. Historia Czarnego Lasu, wsi, która zniknęła z powierzchni ziemi, jest niezwykle ciekawa i klimatyczna. Podobał mi się również motyw legendy, obudowanej na rzeczywistych, rodzinnych losach – ciekawie ukazano tu prowincjonalną mentalność ludzi i ich sposoby na oswajanie tego, co nieznane.

Dodatkowo, jak to zwykle u Katarzyny Enerlich, wątki są pięknie pomieszane i dobrze się uzupełniają. Autorka zgrabnie łączy zasłyszane historie, korzysta też z bogatej tradycji własnego regionu i łączy wszystko w doprawdy niezwykłą całość. Do wspomnianych wyżej motywów dochodzi kolejny, związany z polskimi procesami o czary – to następny interesujący aspekt. Takich smaczków jest więcej i jedyny zarzut, jaki mogę wystosować, jest taki, że nie są one potraktowane w sposób jednakowy. Chociażby historia opowiadana pod sam koniec zdaje się być dodana na siłę – nie jest wpleciona ani zgrabnie, ani przyjemnie i z pewnością zasługuje na lepsze wykorzystanie.

Ostatnim razem pisałam, że moja znajomość treści tomu szóstego wypacza rozumienie poprzednich i osąd co do warstwy fabularnej. Tak naprawdę jednak ani razu wcześniej nie dało mi się to we znaki tak bardzo, jak teraz. Wydarzenia opisywane w piątej części są tak specyficzne, że wiedza o zakończeniu zmienia praktycznie wszystko – wychodzi na to, że niechcący zaaplikowałam sobie naprawdę chamski spoiler. Ciekawa jestem opinii innych osób, które zaczynały swoją przygodę z cyklem od Prowincji pełnej szeptów – ja sądziłam, że przyjmę zdarzenia tak po prostu, że łatwiej zniosę pewne sprawy i ich przebieg prowadzący do nieubłaganego finału, jednak bardzo się myliłam. Przez całą lekturę towarzyszył mi nieprzyjemny ucisk w piersi.

W końcu nadszedł ten moment, gdy z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że poznałam wszystkie książki o Ludmile Gold, jakie do tej pory zostały wydane (nie wszystkie w ogóle, bo premiera najnowszej, Prowincji pełnej snów, w styczniu). Już teraz cieszę się z doświadczenia, jakim było poznanie prowincjonalnego cyklu, bo zdecydowanie ubogaciło to moje życie i skłoniło do wielu przemyśleń. Może zabrzmi to dziwnie w stosunku do książki obyczajowej, ale tak właśnie jest – „Prowincje” mają w sobie pewną magię i epatują siłą; moim zdaniem trafiły do mnie nieprzypadkowo i w świetnym momencie życia.

Dziękuję Katarzynie Enerlich za tę niezwykłą opowieść i za to, że ze swoim darem opowiadania wyszła do ludzi. Robi Pani coś naprawdę wspaniałego – podnosi na duchu i daje siłę. Oby energia włożona w te teksty zawsze do Pani wracała.

czwartek, 16 października 2014

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna smaków"


Odkąd Empik uraczył czytelników wielką promocją 3za2 na sporą część książkowego asortymentu, czekałam. Zwiedzałam kolejne salony – w Olsztynie, Gdyni, okolicach Trójmiasta… – i pełna nadziei szukałam tego, w którym znalazłyby się te dwie konkretne książki. Wciąż nie mogę uwierzyć, ale się udało! Od niedawna mogę się tytułować jako dumna posiadaczka wszystkich jak dotąd wydanych części prowincjonalnego cyklu. Dziś opowiem o czwartej, więc dla mnie przedostatniej – lekturę Prowincji pełnej szeptów mam już bowiem za sobą od dawna.

Ludmiła zmienia swój sposób myślenia – telewizor chowa do składzika, rozpoczyna zajęcia jogi i uczy się żyć za pan brat z otaczającym ją światem. Zmiany przychodzą powoli, ale mają swoje wyraźne odzwierciedlenie w jakości jej życia i charakterze. Nie oznacza to jednak, że trudy codzienności całkowicie ją opuściły, o nie! Oprócz kolejnej ważnej utraty bohaterka będzie musiała się zmierzyć z nowym odczuciem – zazdrością o kogoś, kto już nie jest jej… Jak sobie z tym poradzi? A może we wszystkim pomoże pewna – kolejna na jej drodze – niezwykle inspirująca osoba?

Ten tom prowincjonalnej serii przynosi czytelnikom porządną falę tak potrzebnego spokoju. Ludmiła na naszych oczach dojrzewa i zmienia swoje postawy wobec świata, ludzi, samej siebie. W trudnym i przełomowym dla człowieka momencie czterdziestych urodzin może powiedzieć, że jej życie się poskładało – ma wspaniałą córkę, która dzielnie uczy się świata; jest też w związku, który daje jej satysfakcję i do niczego nie zmusza. Układy z byłym mężem nabrały gładkości, a sama bohaterka zaczyna rozumieć własne potrzeby i odzyskiwać równowagę. Mniej jest tutaj niezwykłych, emocjonalnych uniesień i mniej problemów rodem z telenoweli – książka, podobnie jak Ludmiła, staje się dojrzalsza i dzięki temu pełniejsza.

Tak skonstruowana opowieść jest prawdziwą pochwałą kobiecości. Przyjemnie jest obserwować, jak bohaterka o wcale niełatwym życiu i charakterze odnajduje własną drogę i kroczy nią dzielnie, oddychając pełną piersią. W tym sensie powieść spełnia ważną rolę – motywuje i daje nadzieję. Już z perspektywy moich dwudziestu dwóch lat jest to powieść inspirująca, a jestem pewna, że dla czytelniczek bliższych Ludmile wiekiem taka wartość będzie jeszcze bardziej odczuwalna.

Jak nietrudno się domyślić biorąc pod uwagę tytuł książki, Prowincja pełna smaków jest swego rodzaju hołdem złożonym sztuce kulinarnej. Akcja książki toczy się dużo bardziej leniwie niż w poprzednich tomach i, jak już wspomniałam, mniej w niej aspektów zaskakujących czy emocjonalnych. Pojawia się jednak nowy element – przepisy kulinarne. Znaleźć tu można potrawy całkiem proste jak i te nieco dziwniejsze, nadające się na większe okazje, a całość naprawdę zgrabnie wpleciona jest we właściwy tekst powieści. Nie jest to może jeszcze opis tak zaawansowany jak w Prowincji pełnej szeptów, gdzie mistycyzm gotowania lekko mi przeszkadzał (ze względu na długość poświęconych mu akapitów), ale w sensie merytorycznym można tu znaleźć coś dla siebie.

Choć mam na półce książkę numer 5, wciąż nie chcę po nią sięgać. Dotąd kończyłam jedną z nadzieją na szybką lekturę kolejnej. Tymczasem powoli zbliżam się do końca i myślę sobie po cichutku, że w wolnych chwilach zacznę… podczytywać serię jeszcze raz od początku. Jestem pewna, że przy ponownej lekturze znajdę w książkach Katarzyny Enerlich coś, czego jeszcze nie odkryłam, dodatkowe wartości. A nade wszystko z pewnością wyciągnę z lektury sporo satysfakcji.

niedziela, 14 września 2014

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna słońca"

Odkopałam gdzieś tę krótką notkę o kolejnej Prowincji.. naskrobaną zaraz po powrocie z mazurskich wojaży. Opowiadam o tych książkach po raz kolejny, bo są dla mnie niezwykle ważne - pomagają uporać się ze sobą, nabrać dystansu i optymizmu. Proza Katarzyny Enerlich, choć nieskomplikowana, jest na tyle autentyczna, że w moim przypadku sprawdza się dużo lepiej niż jakikolwiek poradnik. Nigdy nie podejrzewałam, że powiem coś takiego o jakiejkolwiek książce obyczajowej.

~*~


Po burzy zawsze wychodzi słońce – tak mówi przysłowie, jednak nie za każdym razem ma ono w życiu bezpośrednie odzwierciedlenie. Często poprawę aktualnego stanu musimy okupić ciężką pracą i własnym zaangażowaniem, te z kolei potrzebują pokładów naszej wewnętrznej siły. Ludmiła wie o tym doskonale – los nigdy jej nie oszczędzał, jednak to nie znaczy, że limit nieszczęść został wyczerpany. Niedługo po odzyskaniu względnej stabilizacji bohaterka prowincjonalnej serii znów będzie musiała zmierzyć się z przeciwnościami – tym razem sama, bez pomocy mężczyzn. W dodatku los uczyni ją osobą, która będzie musiała pomóc pewnej zagubionej duszy…

Ta książka zdecydowanie różni się od dwóch poprzednich części cyklu – głównie ze względu na różnorodność prezentowanych krajobrazów. O ile dotąd czytelnikowi dane było poznać jedynie Mrągowo (przedwojenne i współczesne), o tyle tutaj wyruszamy w podróż aż do Włoch oraz w inne, nie omawiane dotąd zakątki Polski.

Nauczyłam się już, że Ludmiła żyje bardzo intensywnie i spotyka ją wiele naprawdę różnorodnych zdarzeń. Widać wyraźnie, że Katarzyna Enerlich czerpie garściami z historii zasłyszanych od ludzi i dla każdej z nich szuka odpowiedniego miejsca w swoich tekstach. To piękne, choć może lepiej byłoby obdzielić doświadczeniami większą liczbę bohaterów? Zabieg, który dodaje książce autentyczności może też ją, niestety, odbierać. Trudno uwierzyć w taką kompilację cech, kultur i doświadczeń, jaką musi pomieścić postać Ludmiły. Warto jednak przymknąć na to oko i rozkoszować się bogactwem opowiadanych historii.

Ostatnio pewien komentarz uświadomił mi, że z powieściami obyczajowymi sprawa ma się prosto – książki albo nam się podobają, albo nie, i w zależności od tego ogólnego kryterium punktujemy później ich wady lub wyciągamy zalety. W moim przypadku odczucia często są skrajne i zdarza mi się mówić o obyczajówkach bardzo niepochlebnie, wskazując na całe morze uchybień. Innym razem z kolei zachwycam się jakimś tekstem i gotowa jestem wychwalać go pod niebiosa, przymykając oczy na całą masę niedociągnięć. Co waży na ocenie? Klimat, atmosfera? Chyba po prostu jakaś magia, sprawiająca, że od niektórych tekstów nie jestem w stanie się oderwać. Tak właśnie działają na mnie książki Katarzyny Enerlich – chodzę po księgarni z miną zbitego psa tak długo, aż dostanę kolejny tom.

poniedziałek, 1 września 2014

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna gwiazd"

Ludmiła nareszcie układa sobie życie – u jej boku jest mężczyzna, którego kocha, niebawem ma się urodzić ich wspólne dziecko, a na mazurskiej ziemi powoli staje owoc intensywnej polsko-niemieckiej współpracy – wymarzony dom. Dawne zatargi odchodzą w niepamięć, a bohaterowie zaczynają żyć we względnym spokoju. Idylla nie trwa jednak długo – Martin coraz częściej miewa gorszy nastrój, małżonkowie oddalają się od siebie, a w dodatku już niedługo przyjdzie im się zmierzyć z bardzo dotkliwą utratą… Czy dadzą radę odbudować to, co dotąd ich łączyło?

Cieszy mnie niezmiernie, że książkę otwiera pewnego rodzaju narracyjna retrospekcja wydarzeń z poprzedniego tomu. Nie jest ona oczywiście dokładna na tyle, aby z czystym sumieniem zaczynać lekturę serii od środka, jednak niewątpliwie zabieg może posłużyć czytelnikom. Zarówno tym, którzy pochłaniają części jedna po drugiej (to ja), jak i robiącym sobie dłuższe przerwy (to moja Mama) – obie grupy będą miały okazję do uporządkowania myśli.

Jako książka obyczajowa powieść spełnia wszelkie wytyczne – jest tu silna bohaterka, która szuka życiowej drogi, są mężczyźni i z nimi problemy. Książka jest bliska czytelnikowi przez to, że pełno w niej scen codzienności i odczuć z nią związanych. Autorkę cechuje duża wrażliwość emocjonalna, którą dodatkowo potrafi świetnie przelać na papier – postaci przez nią kreowane są prawdziwe, jakby żywcem wyjęte z życia. Fakt, możemy czasem załamywać ręce nad zachowaniem Ludmiły, jednak prawda jest taka, że każdy ma prawo szukać szczęścia tak, jak chce, a ona jest kobietą, która nie godzi się na zastały stan rzeczywistości. To dobry przykład dla tych pań, które tkwią w niezadowoleniu – tu zobaczą, jak można z niego wyjść.

Jednak prowincjonalny cykl to nie tylko wątki obyczajowe. W pierwszej części poznawaliśmy trudną polsko-niemiecką historię Prus Wschodnich, tutaj natomiast oś fabularna zahacza o kulturę żydowską. Bohaterki odkrywają swoje z nią powiązania i powoli wkraczają w jej meandry. To ciekawe ubarwienie, ożywiające tekst i nadające mu całkiem nowego charakteru.

Oczywiście jak to u Katarzyny Enerlich – w książkach nie brakuje niepowtarzalnego klimatu spokojnej, prowincjonalnej wsi. Wciąż dużo jest zdjęć ilustrujących omawiane miejsca. Opisy również są niezwykle plastyczne, o czym miałam niedawno okazję przekonać się na żywo. Poza tym nie brak tu miejsca na opowieści o drobnych pasjach – zdobieniu przedmiotów, pracy w ogródku, rozmowach z ludźmi. Pod tym względem nic się nie zmieniło – z książki wciąż bucha optymizm i spokój, tak potrzebne wielu z nas.

Chcąc zakończyć opowieść powiem krótko: dla mnie książki z prowincjonalnej serii są i na zawsze pozostaną niezwykłą inspiracją – zarówno podróży, jak i po prostu życiowych rozwiązań. Cieszę się, że wciąż mogę o nich mówić i dzielić się ich pięknem, autorce natomiast jestem wdzięczna za tę literacką siłę do działania.

piątek, 1 sierpnia 2014

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna marzeń"

Odkrywam na nowo urok niespiesznych, prowincjonalnych powieści obyczajowych. Takich, które pokazują życie jakim jest i podejście do niego – jakim powinno być. Aż chce się żyć, uśmiechać do słońca i robić rzeczy, na które zwykle brak nam czasu i ochoty.

Bohaterką książki jest Ludmiła Gold – dziennikarka lokalnego tygodnika, która wiedzie spokojne, rutynowe życie w jednej z mrągowskich kamienic. Powoli jednak w jej codzienność wkradają się zmiany – najpierw w sprawach zawodowych, gdy wydawca wprowadza nowego redaktora naczelnego, prawdziwego idiotę; później również w życiu prywatnym, gdy bohaterka okazuje się być obiektem żarliwych, męskich zainteresowań. Ponadto do miasta przybywa niemiecka delegacja z pewnym fotoreporterem, poszukującym własnych korzeni… Zbieg okoliczności sprawia, że to Ludmiła staje się powierniczką wojennej historii, rozgrywającej się w Prusach Wschodnich. Powierniczką tyleż skuteczną, co zakochaną.

Swoje rozważania chciałam rozpocząć od krytyki głównej bohaterki. Chciałam, mniej-więcej do połowy lektury, bo później dałam się całkowicie ponieść wątkom i szczególnej atmosferze. Tak naprawdę magia książki i emocje w niej zawarte są tak niezwykłe, że treść schodzi na dalszy plan. Przyznać trzeba, że Ludmiła momentami zachowuje się niczym rasowa przedstawicielka young adult, rozdarta sercowo pomiędzy dwoma mężczyznami, któż jednak zabroni kobiecie po przejściach zachowywać się niedojrzale? Bohaterka ma tu swoje racje, które świetnie się bronią, a i sam fakt takiego zachowania nie razi (przynajmniej mnie).

Książka posiada również ważny atut – każdy rozdział jest wzbogacony o ilustracje, dawne zdjęcia lub pocztówki, ukazujące miejsca w Mrągowie związane z opowiadaną historią. Każde z nich posiada opis odnoszący je do rzeczywistości. Poza faktem, że są zwyczajnie zachwycające (uwielbiam stare fotografie!) i tworzą w znacznej mierze klimat powieści, przypominają również czytelnikom, jak ważna jest dla tekstu historia opowiadana przez Martina. Nawet gdy wątek na chwilę przygasa, pamiętamy, że to on jest osią i bogactwem opowieści, w subtelny sposób przemycając klimat polsko-niemieckiego Mrągowa. Tekst pokazuje, że nie każdy Niemiec powraca do Polski, by zabierać ludziom domy, a i nie każdy w czasach wojny musiał być oprawcą. To dobre świadectwo, zwłaszcza dla ziem odzyskanych, które wciąż borykają się z problemem uprzedzeń. Warto jednak pamiętać, że książka jest generalnie tekstem obyczajowym, poszerzonym jedynie o niezwykle wzbogacającą tematykę.

Porównując Prowincję pełną marzeń do ostatniego tomu cyklu, który niedawno czytałam, mogę powiedzieć, że autorka zrobiła duży postęp w zakresie warsztatu – pierwszy tom nie zachwyca dialogami, choć opisy są przepiękne. Trzeba jednak przyznać, że Katarzyna Enerlich po prostu posiada dar opowiadania, w dodatku swoimi pasjami jest w stanie zarażać innych. Jej tekst niesie w sobie ogromne pokłady magii i wprost wręcz zachęca, by garściami czerpać z lokalnej historii i tradycji. Lektura jest czystą przyjemnością i jako taką ją oceniam i zapamiętuję. Już cieszę się na chwilę, gdy kolejny tom cyklu wpadnie w moje ręce.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna szeptów"


Co robić, gdy z dnia na dzień wali się nasz świat? Jak składać życie, które rozpadło się w pył? W jaki sposób zapełnić ślady po brutalnie rozdartym sercu? Ludmiła, główna bohaterka, mierzy się z takimi właśnie dylematami. Gdy jej życie osiągnęło stan względnej, pełnej szczęścia równowagi, jak grom z jasnego nieba spada na nią wiadomość o tragicznej śmierci ukochanego męża. W jednej chwili znów zostaje sama, a w dodatku musi stawić czoła rzeczywistości. Popada w depresję, traci wszelkie siły i, jak sama twierdzi, jej jedynym marzeniem staje się pozostanie pod kołdrą do końca swoich dni. Na szczęście z pomocą przychodzą te osoby, na które zawsze może liczyć. Dzięki wsparciu otoczenia Ludmiła drobnymi krokami wychodzi z cienia, odnajduje w swoim życiu dawno zapomniane wartości i na nowo uczy się korzystać z darów, jakie są dookoła niej.

Siłą książki Katarzyny Enerlich jest autentyczność – to historia o codzienności, zwykłym życiu, trudnych doświadczeniach i sile przyjaźni. Choć bohaterka wiedzie życie obce dla wielu z nas, a na jej drodze stają nie całkiem zwykłe osoby, czytelnik nadal ma poczucie obcowania z kimś bliskim. Postacie są autentyczne, tym bardziej, że autorka garściami czerpie z zasłyszanych historii. Przeplatając fikcję z rzeczywistością tworzy wspaniałą całość. I nieważne, że opowieść nie jest szczególnie skomplikowana i brak chociażby dramatycznych zwrotów akcji. W niespiesznej narracji odnaleźć można spokój i prawdziwą przyjemność płynącą z lektury.

Warto jednak wskazać, że oprócz całego głównego wątku książka posiada jeszcze jeden ważny atut – klimat. Tekst przeplatają lokalne legendy, pół-prawdziwe opowieści, przepisy kulinarne oraz fragmenty autentycznych listów, jakie autorka otrzymuje od swoich czytelników. Wszystko to, do spółki z wątkami dotyczącymi działalności mazurskich szeptuch, składa się na atmosferę tajemniczości i niezwykłości. Autorka pokazuje nam świat z nieco innej strony – życia w zgodzie z naturą, poszanowania wiedzy, ale też radości codziennych, małych gestów, które tworzą rzeczywistość. Z książki płynie pozytywny przekaz i chce się ją czytać, łapać wiarę, że stawianie czoła przeciwnościom losu nie jest takie trudne.

Jedynym mankamentem, który nieco dawał mi się we znaki podczas lektury, są ogromnie długie opisy. Generalnie rozumiem, jak świetnie ukazują celebrację i dokładność poszczególnych czynności, jednak narracyjna opowieść np. o przyrządzaniu jakiejś potrawy była w stanie mnie znużyć. Na szczęście ani trochę nie odbiera to uroku książce w ostatecznym rozrachunku.

Muszę przyznać, że Prowincja trafiła do mnie w odpowiednim momencie i pozwoliła przypomnieć sobie pewne wartości, które kiedyś były w moim życiu ważne. Od pierwszej do ostatniej strony losy bohaterów były mi niezwykle bliskie i podoba mi się to, jak się potoczyły. Chętnie będę sięgała po prozę Katarzyny Enerlich jeszcze nie raz, choćby po to, by odpocząć od codziennego zabiegania i myślami przenieść się na mazurską wieś. Mam to szczęście, że swoją przygodę z autorką dopiero zaczynam – przede mną lektura poprzednich pięciu tomów cyklu. Nie wiem, jak ta część wypada w porównaniu z pozostałymi, ale mogę Wam powiedzieć, że Prowincję pełną szeptów można zdecydowanie czytać jak osobną historię.

Edit: Wciąż mam poczucie, że nie ujęłam w tej recenzji wszystkich swoich odczuć, a szkoda, bo książka ma w sobie naprawdę dużo magii. Wciąż uczę się wyrażać w słowach nie tylko techniczne aspekty, ale i własne emocjonalne odczucia. Ta książka dała mi ich całkiem sporo. Jest w niej tematyka duchowego wyciszenia, relacji międzyludzkich a także przyjęcia pewnych rzeczy za dane z góry i niezmienne, co chyba jest dla mnie najważniejsze. Czasem trzeba przystopować i przestać przejmować się wszystkim dookoła, zanim straci się z oczu to, co najważniejsze.


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Wydawnictwu MG.