Ponad dwa lata temu w moje ręce trafiła powieść Zombie.pl – polski wkład w popkulturę związaną z żywymi trupami (tekst możecie przeczytać tutaj). Po lekturze książki bardzo mocno odczułem jedną jej wadę: fabuła została urwana praktycznie w połowie, przez co dopadł mnie czytelniczy niedosyt. Oczywiście takie zakończenie tekstu (a w sumie jego brak) wprost sugerowało, że należy spodziewać się kontynuacji; nikogo zatem nie powinno dziwić, że gdy ukazała się ona na rynku, zdecydowałem się po nią sięgnąć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postapokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postapokalipsa. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 lipca 2018
środa, 1 lutego 2017
Piotr Patykiewicz- „I wrzucą was w ogień”
Kacper dorósł, zmężniał i założył rodzinę. Świat się zmienił, z każdą chwilą bardziej uwydatniając podziały między ludźmi w Mieście i w Osadzie. Starsi, choć fizycznie ociemniali, widzą więcej niż obojętna na niebezpieczeństwa młodzież. Coś wisi w powietrzu, coś narasta. Jakie skutki przyniesie to wszystko dla ostatnich ludzi?
Historia, którą wybrał Patykiewicz, jest z pozoru prosta: oto córka ucieka w świat z mężczyzną, w którym jest zakochana, i tym samym wpada w śmiertelnie niebezpieczną pułapkę. Nie widzi wszystkich zagrożeń, które dostrzega jej ojciec, więc ten spieszy na ratunek. Gdyby się dobrze zastanowić, ta główna oś fabularna jest znana i uniwersalna, a jednak podczas lektury ma się wrażenie obcowania z opowieścią inną niż wszystkie. Dlaczego? Myślę, że podstawową przyczyną jest to, że fabuła nie gra w powieści Patykiewicza pierwszych skrzypiec; tak było w przypadku Dopóki nie zgasną gwiazdy i jest również teraz, w kontynuacji. Owszem, poznajemy bohaterów połączonych więzami rodzinnymi, którzy towarzyszą nam przez całą podróż, jednak w gruncie rzeczy to świat przedstawiony wysuwa się na pierwszy plan.
Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak dojrzała i przemyślana jest ta książka. Autor garściami czerpie z mniej lub bardziej znanych motywów, legend, podań i wierzeń, ale nie ma tu ani grama wtórności. Świat przedstawiony skupia się na życiu prostych ludzi, społeczeństwa odbudowanego po Upadku, wielkiej katastrofie ludzkości: to czas i miejsce, gdy do głosu dochodzą instynkty i pierwotne dążenia. Starsi musieli okaleczyć się, by żyć. Młodzi mają większe szczęście: nie tylko widzą, ale też dorastają w znacznie spokojniejszych czasach: wśród ciężkiej pracy, ale bez codziennego lęku o nowy dzień. Powieść Patykiewicza jest opowieścią o kontrastach: młodzi i starzy, Miasto i Osada, potrzeba zmian i zacietrzewienie, zdrowi i chorzy, lepsi i gorsi… Te podziały, oraz idące za nimi przemiany społeczne, odpowiadają za dynamikę fabuły.
O ile w Dopóki nie zgasną gwiazdy wiele elementów historii świata było dla nas tajemnicą, o tyle w I wrzucą was w ogień poznajemy pewne teorie na temat tego, co mogło się wydarzyć w związku z Upadkiem. To, co do tej pory stanowiło jedynie niebezpieczny element świata tłumaczony za pomocą wierzeń, teraz zdobywa zainteresowanie naukowe. Pojawia się motyw nieludzkich badań i szereg nowych nadnaturalnych elementów, które całkowicie zacierają granicę między fantastyką a rzeczywistością. Choć postapokalipsa Patykiewicza jest dla nas bardzo odległa (głównie dlatego, że nie odnosi się bezpośrednio do naszych czasów i nie pokazuje drogi dzielącej ją od współczesności), to pozostaje bardzo przejmującą wizją. Autor z wielkim wyczuciem kreśli portrety postaci o różnym charakterze, ale każda z nich prędzej czy później zostaje zahartowana przez szeregi trudnych doświadczeń. Takie połączenie elementu fantastycznego z niezwykle realnymi bohaterami sprawia, że każda kolejna książka wywołuje w czytelniku wiele emocji.
Nie będę się rozpisywała – po prostu polecam. To chyba najlepsza postapokalipsa, jaką miałam okazję czytać.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
Dopóki nie zgasną gwiazdy || I wrzucą was w ogień
niedziela, 3 maja 2015
Piotr Patykiewicz - "Dopóki nie zgasną gwiazdy" [recenzja przedpremierowa]
Świat po Upadku nie jest podobny do tego, który znamy - Ziemię ogarnęło olbrzymie zlodowacenie, a nieliczni ocalali ludzie zbili się w zamknięte, górskie społeczności oparte na kulturze łowieckiej. W tym nieprzyjaznym klimacie niewiele jest miejsca na indywidualizm czy potrzeby wyższego rzędu, a jednak niektórym wciąż czegoś brak; do takich osób należy Kacper - młody chłopak, który pragnie doświadczyć tego, co można znaleźć poza osadą. Podróż, w którą wyruszy, zmieni absolutnie wszystko...
Zestawiając młodego bohatera płci męskiej z motywem drogi nietrudno się domyślić, że będziemy mieli do czynienia z powieścią o rozwoju. To pierwsza i podstawowa płaszczyzna, która rzuca się w oczy w kontakcie z książką Patykiewicza. Czytelnik towarzyszy Kacprowi w podróży nie tylko przez śnieżne połacie, ale też w tej ważniejszej, życiowej, od dzieciństwa do dorosłości. W społeczeństwie po Upadku chłopiec staje w obliczu wymagań i nacisków, jasno określonych wzorców, które powinien spełnić; mimo to podejmuje decyzję o poszukiwaniu własnej tożsamości poza nimi. To powieść o dorastaniu, rozwoju i coraz szerszym spojrzeniu na świat. To także historia męskich relacji i stopniowego budowania odpowiedzialności za własne wybory.
Oprócz zmian jednostki, w mikroskali obserwujemy także życie zamkniętej społeczności, która utrzymuje ład dzięki jasno określonym zasadom. Autor doskonale odzwierciedlił mentalność ludzi w obliczu stałego niebezpieczeństwa, a także społeczne podziały mające pomóc w utrzymaniu porządku; w trudnej sytuacji do głosu dochodzą dawne sposoby zarządzania i pierwotne rozumienie społeczeństwa. W osadzie ważną rolę odgrywa religia wymieszana z przyzwyczajeniami ludzi; oba te elementy wzajemnie się przenikają, tworząc ciekawy element wierzeń i swego rodzaju folkloru.
Warto wspomnieć, że miło jest obserwować powieść postapokaliptyczną, która dodaje do gatunku coś nowego. To nie jest opowieść o walce z zombie, choć pewne tajemnicze siły wyniszczające człowieka wciąż są wyraźnie obecne. Patykiewicz zdecydował się wykorzystać elementy religii, oparł kreację swojego niebezpieczeństwa o wciąż ciekawy temat opętań, a przy tym dołożył ludową mentalność i proste sposoby wyjaśniania rzeczywistości; wszystko to złożyło się na pomysł ciekawy, jednocześnie nowatorski i całkiem nieźle wpisujący się w konwencję.
Na koniec dodam, że powieść czyta się niezwykle przyjemnie. Styl z jednej strony przypomina baśń, z drugiej zaś idealnie wpisuje się w klasyczną fantastykę. Wraz z bohaterem podróżujemy, przeżywamy przygody o wielkim znaczeniu i poszerzamy wiedzę, a całość prowadzi nas do ciekawego i dobrze przemyślanego rozwiązania. Od początku do końca opowieść poprowadzona jest mądrze i pięknie się składa, a całości dopełnia dobry język - choć na początku wydawał mi się zbyt prosty, szybko okazał się bardzo dobrze dobrany. Zdecydowanie polecam tę powieść fanom klimatu postapo i poszukującym w gatunku nowych, ciekawych ścieżek; powieść Patykiewicza wypełnia pewną lukę, w dodatku czyni to w sposób bardzo przyjemny.
Za możliwość poznania książki przed premierą dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Kat Falls - "Nieludzie" [recenzja przedpremierowa]
Niedaleka przyszłość. Przez środek Stanów Zjednoczonych biegnie wysoki mur, dzielący kraj na dwie części. Tereny na wschód od Missisipi zostały skażone - sztucznie stworzony, śmiertelny dla ludzi wirus przenoszony przez większość zwierząt zdziesiątkował populację, a jego zdolność do modyfikacji DNA zakażonych istot zaowocowała licznymi hybrydami międzygatunkowymi. Plotki głoszą, że patogen ewoluował - nie zabija już ludzi, a jedynie zmienia ich, z czasem upodabniając chorych do zwierząt - nikt jednak nie jest w stanie tego potwierdzić, ponieważ wstęp do strefy skażenia jest zakazany. Żyjąca po zachodniej stronie muru Delaney realia związane z katastrofą biologiczną zna tylko z opowieści - urodziła się już po ataku wirusa, a teraz jedynie musi znosić różnego rodzaju obostrzenia związane z obawą o dalsze rozprzestrzenianie się zarazy. Niespodziewanie jednak nastolatka zmuszona jest udać się na wschód, by ratować bliską sobie osobę. Czy jej ojciec zakładał taką możliwość, skoro od najmłodszych lat zmuszał córkę do uczestnictwa w różnego rodzaju szkoleniach survivalowych?
Kat Falls stworzyła wizję świata po katastrofie biologicznej, która wyróżnia się na tle innych książek. Większość powieści postapokaliptycznych opiera się na wojnie atomowej, a jeśli mamy już do czynienia z wirusem, to niemal na pewno wywołuje on plagę zombie. Tu natomiast otrzymujemy coś zupełnie innego, a jednocześnie w jakimś stopniu klasycznego - skojarzenia z Wyspą doktora Moreau są jak najbardziej na miejscu, choć ewidentnie była to dla autorki jedynie inspiracja do własnego pomysłu. Kreacja świata jest w każdym calu dopracowana i przemyślana; wraz z upływem lektury dowiadujemy się coraz to nowszych faktów, które razem układają się w logiczną całość. Podobnie jest z fabułą, która jest spójna praktycznie przez cały czas (z dwa razy można się doszukać niewielkich błędów, ale to nic, co wpływało by na odbiór całości), a choć nie jest jakoś specjalnie rozbudowana, to niektóre wydarzenia i zwroty akcji robią wrażenie…
Na pochwałę zdecydowanie zasługują kreacje postaci. Każda z nich otrzymała wyraźnie zarysowane cechy charakteru, które konsekwentnie wpływały na ich zachowania. Co prawda z początku niektóre postępowania bohaterów mogą się wydawać średnio wyjaśnione, jednak z czasem poznajemy coraz więcej informacji o przeszłości poszczególnych postaci, a wówczas wszystko okazuje się do siebie pasować. Również bieżące wydarzenia mają wpływ na działania bohaterów, tak jak i informacje, w których posiadanie wchodzą, więc cały czas obserwujemy zmiany zachodzące w postaciach.
Nieludzie wydają się być powieścią młodzieżową, która może przypaść do gustu każdemu niezależnie od płci. Mamy tu zarówno wartką akcję, ciekawą kreację świata i nierzadko brutalne opisy (może nie jakoś często, ale jednak krew potrafi polać się w tej książce), jak i silną kobiecą postać pierwszoplanową, która musi radzić sobie nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z własnymi myślami i uczuciami. Do tego wszystkiego należy dodać całkiem celny, sarkastyczny humor - osobiście uważam, że mogłoby go być ciut więcej, ale i tak nie narzekam. W książce natrafimy także na tzw. “trójkąt miłosny” charakterystyczny dla książek przeznaczonych dla dziewczyn, wszystkich sceptyków mogę jednak śmiało uspokoić: raz, że sama autorka książki często podchodzi to tego elementu dość ironicznie, a dwa - jego konstrukcja jest jak najbardziej sensowna, a w dodatku przedstawiona w sposób nienachalny, absolutnie nie stanowiący głównego wątku.
Mogę, a wręcz muszę przyczepić się nieco do strony technicznej tekstu. Przez większość czasu autorka zgrabnie konstruuje wszelkiego rodzaju opisy posługując się ciekawymi, niebanalnymi określeniami. Czemu więc w wielu fragmentach uparcie stosowane są te same zwroty, których powtarzalność jest wyraźnie zauważalna - tego nie wiem. W oczy rzucają się także liczne nagromadzenia dość krótkich zdań, wyjątkowo jednak daleki jestem do uznania tego za wadę - książka pisana jest z pierwszej perspektywy, zatem zwarte sformułowania idealnie oddają dość chaotyczne myśli bohaterki postawionej w nietypowych sytuacje i znacznie dynamizują akcję.
Nieludzie nie są może powieścią idealna, pozbawioną wad, zdecydowanie jednak jest to bardzo dobra książka. Wszelkie niedociągnięcia są tak naprawdę marginalne i w żaden sposób nie wpływają na odbiór tekstu - lektura jest przyjemna od początku do samego końca, a ja ani na chwilę nie straciłem zainteresowania opisywanymi zdarzeniami. Coś przeczuwam, że w oczekiwaniu na kolejny tom historii z przyjemnością będę sobie przypominał opowieść zawartą w Nieludziach.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.
Premiera 22 kwietnia.
Premiera 22 kwietnia.
piątek, 13 marca 2015
Robert Kirkman, Jay Bonansinga - "The Walking Dead. Droga do Woodbury"
Lilly Caul to sztandarowy przykład osoby, która w postapokaliptycznym świecie pełnym żywych trupów miała najmniejsze szanse na przeżycie. Główną cechą jej charakteru jest tchórzostwo - w sytuacjach zagrożenia Lilly potrafi jedynie uciekać, a decyzje podejmowane przez nią pod wpływem paniki są chaotyczne i nieprzemyślane. Mimo to udało jej się przetrwać, choć duża w tym zasługa ludzi, na których natrafiła. Teraz jednak, gdy w wyniku nieszczęśliwego splotu okoliczności zmuszona jest opuścić obóz, w którym dotychczas żyła. Razem z grupką towarzyszy wyruszają na poszukiwanie nowego miejsca zamieszkania; po wielu trudach udaje im się dotrzeć do Woodbury. Choć mieścina wydaje się być bezpiecznym azylem, wkrótce okazuje się, że skrywa ona niewiele mniej niebezpieczeństw niż otaczający je las pełen zombie…
The Walking Dead. Droga do Woodbury to drugi tom cyklu książek, który stanowi swoiste uzupełnienie historii znanych z komiksu. Choć główną osią, wokół której kręci się fabuła serii powieści, jest postać Gubernatora, w tej części nie jest on głównym bohaterem. Owszem, jego osoba odgrywa dość istotną rolę w opisywanych wydarzeniach, jednak tak naprawdę wszystko skupia się wokół Lilly Caul. Kto czytał komiksy, ten wie, że choć kobieta pojawiła się w nich jedynie epizodycznie, jej działania istotnie wpłynęły na świat Żywych trupów. Książka pozwala spojrzeć na genezę tej postaci; mamy okazję obserwować przemianę kobiety z szarej, tchórzliwej myszy w osobę zdeterminowaną do działania.
Podobnie jak w poprzednim tomie aspekt psychologiczny wysuwa się na pierwszy plan. Autorzy książki skupili się na działaniu ludzkiej psychiki w sytuacji ekstremalnego zagrożenia. Postępowania postaci są w każdym momencie wyraźnie umotywowane, choć źródła tych motywacji bywają czasem.. dość mroczne. Nie oznacza to jednak, że w książce zabrakło akcji - powieść naszpikowana jest nagłymi zwrotami akcji, zarówno tymi związanymi z działalnością ludzką, jak i obecnością “szwendaczy”. W odróżnieniu od Narodzin Gubernatora, w tej części zachowano nieco większe prawdopodobieństwo tego, co się dzieje, aczkolwiek kilka rzeczy uważam za mocno naciągane.
Pod względem technicznym wszystko jest tak samo dopracowane, jak w poprzednim tomie. Bogate, plastyczne opisy oddziałują na wyobraźnię czytelnika, a utrzymanie narracji w czasie teraźniejszym nadaje książce stałego dynamizmu. Kirkman i Bonansinga nie wstydzą się brutalności - krwi i flaków jest tu co niemiara, a bezpośrednie relacje z niektórych rzeczy mogą przyprawić niektóre osoby o mdłości. Jedyne, o co można się przyczepić, to kilkukrotne zakończenie rozdziałów niewielkim napomknięciem o czymś, co dopiero ma się wydarzyć - takie coś każdorazowo zbędnie zdradzało coś, co mogło być mniej lub bardziej zaskakującym zwrotami wydarzeń. Całe szczęście autorzy nie uciekali zbyt często do tego zabiegu.
The Walking Dead. Droga do Woodbury to godna kontynuacja poprzedniego tomu, znakomicie wzbogacająca świat znany z komiksów. Rzuca ona nowe światło na wiele postaci, które w historiach rysunkowych zostały przedstawione już w pewnym punkcie ich życia - tutaj mamy okazję dość dokładnie poznać ich historię. Duet autorów po raz kolejny pokazał, że potrafi napisać wciągająca historię w postapokaliptycznym świecie pełnym chodzących trupów, która bez owijania w bawełnę ukazuje najmroczniejsze zakamarki ludzkich umysłów. To idealna pozycja zarówno dla fanów komiksowych Żywych trupów, jak i wszystkich tych, którzy szukają ciekawej książki z zombie w tle.
The Walking Dead. Droga do Woodbury to drugi tom cyklu książek, który stanowi swoiste uzupełnienie historii znanych z komiksu. Choć główną osią, wokół której kręci się fabuła serii powieści, jest postać Gubernatora, w tej części nie jest on głównym bohaterem. Owszem, jego osoba odgrywa dość istotną rolę w opisywanych wydarzeniach, jednak tak naprawdę wszystko skupia się wokół Lilly Caul. Kto czytał komiksy, ten wie, że choć kobieta pojawiła się w nich jedynie epizodycznie, jej działania istotnie wpłynęły na świat Żywych trupów. Książka pozwala spojrzeć na genezę tej postaci; mamy okazję obserwować przemianę kobiety z szarej, tchórzliwej myszy w osobę zdeterminowaną do działania.
Podobnie jak w poprzednim tomie aspekt psychologiczny wysuwa się na pierwszy plan. Autorzy książki skupili się na działaniu ludzkiej psychiki w sytuacji ekstremalnego zagrożenia. Postępowania postaci są w każdym momencie wyraźnie umotywowane, choć źródła tych motywacji bywają czasem.. dość mroczne. Nie oznacza to jednak, że w książce zabrakło akcji - powieść naszpikowana jest nagłymi zwrotami akcji, zarówno tymi związanymi z działalnością ludzką, jak i obecnością “szwendaczy”. W odróżnieniu od Narodzin Gubernatora, w tej części zachowano nieco większe prawdopodobieństwo tego, co się dzieje, aczkolwiek kilka rzeczy uważam za mocno naciągane.
Pod względem technicznym wszystko jest tak samo dopracowane, jak w poprzednim tomie. Bogate, plastyczne opisy oddziałują na wyobraźnię czytelnika, a utrzymanie narracji w czasie teraźniejszym nadaje książce stałego dynamizmu. Kirkman i Bonansinga nie wstydzą się brutalności - krwi i flaków jest tu co niemiara, a bezpośrednie relacje z niektórych rzeczy mogą przyprawić niektóre osoby o mdłości. Jedyne, o co można się przyczepić, to kilkukrotne zakończenie rozdziałów niewielkim napomknięciem o czymś, co dopiero ma się wydarzyć - takie coś każdorazowo zbędnie zdradzało coś, co mogło być mniej lub bardziej zaskakującym zwrotami wydarzeń. Całe szczęście autorzy nie uciekali zbyt często do tego zabiegu.
The Walking Dead. Droga do Woodbury to godna kontynuacja poprzedniego tomu, znakomicie wzbogacająca świat znany z komiksów. Rzuca ona nowe światło na wiele postaci, które w historiach rysunkowych zostały przedstawione już w pewnym punkcie ich życia - tutaj mamy okazję dość dokładnie poznać ich historię. Duet autorów po raz kolejny pokazał, że potrafi napisać wciągająca historię w postapokaliptycznym świecie pełnym chodzących trupów, która bez owijania w bawełnę ukazuje najmroczniejsze zakamarki ludzkich umysłów. To idealna pozycja zarówno dla fanów komiksowych Żywych trupów, jak i wszystkich tych, którzy szukają ciekawej książki z zombie w tle.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
niedziela, 16 listopada 2014
Hugh Howey - "Silos"
Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z opisem Silosu,
wiedziałam, że muszę po tę książkę sięgnąć – tajemnicza, postapokaliptyczna
opowieść zdawała się idealnie wpasowywać w moje gusta. Przywykłam już do wielu
mankamentów współczesnych dystopii i nauczyłam się przymykać na nie oko, ale
powiem Wam jedno – w przypadku tej książki nie musiałam tego robić. Zapomnijcie
o ckliwych, niedojrzałych bohaterach i romantycznych westchnieniach w łunie nuklearnych
eksplozji. Przed Wami opowieść bardzo obiecująca i zadowalająca.
Silos jest nam znany jako obiekt służący do przechowywania
nadmiaru surowców, na przykład zboża; co jednak, jeśli umieszczono by w nim
ludzi? W dalekiej przyszłości powierzchnia Ziemi jest toksycznym pustkowiem, a
nieliczni ocalali żyją właśnie w silosie, tworząc podziemną społeczność, opartą
na sztywnych i jasno określonych regułach. Największym przewinieniem jest
pragnienie wolności, a karą za nie – wyjście na zewnątrz na pewną śmierć. Jednak czy każdy, kto opuści silos, musi umrzeć?
Żyjąca na najniższych piętrach Juliette już niebawem będzie miała okazję się o
tym przekonać – choć dostrzegła, że jej życie będzie miało ewoluować, nie
spodziewała się, jak wielkie zmiany pociągnie za sobą dla całej społeczności.
Powieść ta jest klasyczną dystopią i w tym zakresie nie odkrywa
przed nami niczego nowego. Mamy tu zamknięte, hermetyczne społeczeństwo, żyjące
według jasno określonych zasad – każdy obywatel ma swoją funkcję, jest
przyporządkowany do danej dziedziny zawodowej, co determinuje piętro, na którym
żyje. Stosuje się politykę kontroli urodzeń, szansa na posiadanie potomka
pojawia się tylko i wyłącznie w przypadku śmierci któregoś z mieszkańców. Nie
ma tutaj co prawda jasnego podziału kastowego, przyznać też trzeba, że ludzie
są sobie względnie równi. Tym niemniej całość zbudowana jest raczej standardowo.
Mimo pewnej przewidywalności bardzo podoba mi się sposób, w
jaki autor podszedł do wykreowanego przez siebie świata. Niejednokrotnie zdarza
mi się narzekać na potraktowane po macoszemu wizje, zbyt skomplikowane nawet
dla samego twórcy, nie wspominając o biednym czytelniku, który dostaje tyle
informacji, co kot napłakał. Tutaj jednak sprawy mają się inaczej. Autor
zgrabnie poradził sobie z odwiecznym dylematem: jak przedstawić świat, by nie
ingerować zbytnio w fabułę i nie przeładować jej informacjami. Sceny związane z
wędrówkami bohaterów w górę i w dół okazały się świetnym nośnikiem wiedzy i
okazją do często niespiesznej i przyjemnej opowieści. W ten sposób czytelnik ma
okazję dobrze i w miarę dokładnie poznać rzeczywistość Silosu i rządzące nim
prawa. Sprawę ułatwia fakt, że większość rzeczy jest tu zwarta i logiczna, jak
to bywa w hermetycznych i zamkniętych społecznościach.
Spójność świata przedstawionego wiąże się z jeszcze jednym
ważnym aspektem, pozwala bowiem czytelnikowi na samodzielne porządkowanie
myśli. Podczas lektury Silosu mózg pracuje na pełnych obrotach, a odbiorca ma
szansę na bieżąco wykorzystywać otrzymywane informacje. A jest co robić, bo
opowieść pełna jest zróżnicowanych wątpliwości i niespodziewanych zwrotów akcji,
a przy tym wszystkim całość wypada szalenie realistycznie. Z początku mamy do
czynienia z zagadką, która w moim przypadku cudownie uruchomiła wyobraźnię –
miałam w głowie całą masę możliwych scenariuszy i zrobiłam przerwę w lekturze,
by móc kilka z nich rozważyć. Później, w okolicach połowy, gdy akcja nabiera
tempa, wiele wątków rozgrywa się jednocześnie i ciężko jest przewidzieć, co
może stać się dalej. Bardzo podoba mi się takie wodzenie czytelnika za nos, tym
bardziej, że trwa ono do samego końca.
Przyjemnością jest składanie tej układanki samodzielnie,
choć przyznać trzeba, że część tej radości została nam brutalnie odebrana. Tak
naprawdę moim zdaniem powieść ma tylko jedną słabą stronę, a jest nią przeplatanie
chronologii. Niestety zdarza się, że obserwujemy pewne kluczowe wydarzenie, a
dopiero później, po magicznej wstawce x czasu wcześniej mamy szansę
prześledzić historię, która doprowadziła akcję do tego właśnie punktu. Jest to
zabieg stosunkowo powszechny, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się dobrze go
odebrać; zazwyczaj czuję się tak jak teraz – jak gdyby ktoś odebrał mi całkiem
przyzwoitą zabawkę, pozbawiając przyjemności.
Owo zniekształcenie nie pojawia się jednak na tyle często,
by miało ważyć na ocenie całości książki. W ostatecznym rozrachunku Silos jest
powieścią dobrą, jeśli nie bardzo dobrą, w odniesieniu do pozostałych,
dostępnych na rynku dystopii. Jeśli poszukujecie książki, która nie rozgrywa
się w infantylnym świecie dzieci i młodzieży, powieści wolnej (póki co) od
ckliwych wątków romansowym, mogę Wam z czystym sumieniem polecić właśnie ten
tekst. Pomysł nie jest może skomplikowany, a świat nie należy do
najdziwniejszych i najbardziej niezwykłych, opowieść gwarantuje jednak dobrze
spędzony czas, wartką akcję i dreszczyk emocji, pozostawiający bardzo pozytywne
wrażenie. Choć na początku miałam pewne opory podczas lektury, po mniej więcej
stu stronach wszystkie znikły, a ja dałam się ponieść historii i właściwie do
samego końca nie odłożyłam książki na dłuższą chwilę. Tekst ma w sobie coś
wciągającego i wprost nie mogę się doczekać drugiego tomu – ufam, że będzie co
najmniej równie dobry.
Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Papierowy Księżyc.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (650 stron).
środa, 20 sierpnia 2014
Julianna Baggott - "Nowy Przywódca"
Bohaterowie Nowej Ziemi dokonali wyboru - stanęli przeciw Kopule i rozpoczęli zbieranie informacji mających pomóc w jej obaleniu. Rozdzieleni, wypełniają różne misje. Tymczasem na zniszczone nuklearnym wybuchem ziemie trafia nowe przesłanie - syn Willuksa ma wrócić do domu albo zaczniemy zabijać kolejne osoby. Rozpoczyna się wyścig z czasem rozgrywany w postapokaliptycznym świecie, niebezpiecznym nawet dla tych, którzy znają go od dziecka…
Choć Świat po Wybuchu opuszczałam niechętnie i długo do niego tęskniłam, lektura drugiego tomu nie przyniosła oczekiwanego zatracenia – prawdę mówiąc szła mi dość opornie. Miałam problem z wciągnięciem się w akcję, a może też ona sama z początku nie gnała jak szalona. Odwykłam też od historii opisanych na takiej ilości stron – Nowy Przywódca liczy ich sobie prawie 600, więc dużo więcej niż książki, po które sięgałam ostatnio. Niech jednak nie zrazi Was objętość, bo Julianna Baggott ma dar opowiadania, dzięki któremu na pewno nie będzie Wam się dłużyć.
Podobnie jak tom pierwszy, książka podzielona jest na krótkie rozdziały, które oprócz oszczędnych tytułów sygnowane są imieniem jednego z bohaterów. Narrator jest zawsze trzecioosobowy, jednak skupia się na danej postaci, jej odczuciach i oglądzie sytuacji. Pozwala to nie tylko przyjąć szerszą perspektywę w ocenie zdarzeń, ale też lepiej poznać postaci, które nie są przecież identyczne. Dodatkowo tutaj swoją szansę ma zdecydowanie więcej osób niż to miało miejsce w Nowej Ziemi - co najmniej 5 z nich pojawia się w tytułach regularnie.
Bardzo podoba mi się, że pewne wątki z pierwszego tomu zostają przypomniane i rozwinięte. Nie jest to retrospekcja głęboka na tyle, by rozpoczynać swoją przygodę ze Światem po Wybuchu od drugiej części, ale zdecydowanie idealnie nadaje się dla osób, które Nową Ziemię miały w rękach już jakiś czas temu. Autorka pozwala nam powoli przypominać sobie fakty i zdarzenia oraz na bieżąco poszerzać wiedzę, samemu składać wszystko w głowie, wyrabiać sobie swoje zdanie i odkrywać pomyłki. Ponadto okazuje się, że niektóre wątki ledwie wspomniane wcześniej mają teraz spore znaczenie - rozwija się chociażby motyw związany z Czcicielami Kopuły, czyli wariacją na temat fanatyzmu religijnego. Spragnieni nadziei, jaką niesie ze sobą wiara i bliskości płynącej z religijnej wspólnoty, a także znający doskonale mechanizmy dawnych kościołów, czciciele próbują tworzyć nowy system, oparty o wiadomości płynące z Kopuły.
Autorka nie wypadła z rytmu również w zakresie kreacji świata - jej wyobraźnia jest tak bogata jak do tej pory i widać, że udało jej się dobrze zaplanować wizję wydarzeń. Plejada mutacji i okrucieństw, jakie są normą poza Kopułą, jest szeroka, jednak nie zszokuje tych, którzy mieli do czynienia z pierwszym tomem cyklu. Niewiele pojawiło się nowości, a akcja nie skupia się już tak bardzo na odkrywaniu i opisie świata - podobnie jak bohaterowie poznali otoczenie, tak i nasza uwaga nie musi się już na nim skupiać. Na pierwszy plan wysuwają się intrygi i plany, a także realizacja celów. Pojawia się też nieco informacji o życiu w Kopule, tym razem w konfrontacji do świata poza.
Warto również dodać, że w drugiej części do książki wkrada się wątek romansowy, a właściwie dwa wątki, po jednym dla Pressi i Patridge’a. Próżno tu jednak szukać wielogodzinnych wynurzeń na ten temat, dywagacji nad wyborami czy też nadmiernej emocjonalności. Autorka pozostała wierna swojej wizji świata i postawiła sprawę jasno – wykreowana przez nią Ziemia nie jest miejscem odpowiednim na miłość. Bohaterowie, choć łakną bliskości i niejednokrotnie poddają się emocjom, mają na głowie większe problemy niż romantyczne uniesienia. Ich przemyślenia w tym zakresie są prawdziwe, nie ma tu sztuczności znanej z wielu książek young adult.
Świat po Wybuchu to bezapelacyjnie moja ulubiona spośród wszystkich dystopijnych i postapokaliptycznych wizji. Mimo znacznej objętości książek fabuła poprowadzona jest wspaniale - opowieść wciąga i emocjonuje. Wątki romantyczne, choć istnieją, nie wysuwają się na pierwszy plan, nie są nachalne i niedojrzałe; widać, że autorka miała na książkę po prostu inny pomysł. Treść jest tu głębsza i uwypuklony jest jej sens - zwrócenie uwagi na problematykę badań nuklearnych. Być może przez ten zamysł opowieść jest tak przerażająco realistyczna.
Choć Świat po Wybuchu opuszczałam niechętnie i długo do niego tęskniłam, lektura drugiego tomu nie przyniosła oczekiwanego zatracenia – prawdę mówiąc szła mi dość opornie. Miałam problem z wciągnięciem się w akcję, a może też ona sama z początku nie gnała jak szalona. Odwykłam też od historii opisanych na takiej ilości stron – Nowy Przywódca liczy ich sobie prawie 600, więc dużo więcej niż książki, po które sięgałam ostatnio. Niech jednak nie zrazi Was objętość, bo Julianna Baggott ma dar opowiadania, dzięki któremu na pewno nie będzie Wam się dłużyć.
Podobnie jak tom pierwszy, książka podzielona jest na krótkie rozdziały, które oprócz oszczędnych tytułów sygnowane są imieniem jednego z bohaterów. Narrator jest zawsze trzecioosobowy, jednak skupia się na danej postaci, jej odczuciach i oglądzie sytuacji. Pozwala to nie tylko przyjąć szerszą perspektywę w ocenie zdarzeń, ale też lepiej poznać postaci, które nie są przecież identyczne. Dodatkowo tutaj swoją szansę ma zdecydowanie więcej osób niż to miało miejsce w Nowej Ziemi - co najmniej 5 z nich pojawia się w tytułach regularnie.
Bardzo podoba mi się, że pewne wątki z pierwszego tomu zostają przypomniane i rozwinięte. Nie jest to retrospekcja głęboka na tyle, by rozpoczynać swoją przygodę ze Światem po Wybuchu od drugiej części, ale zdecydowanie idealnie nadaje się dla osób, które Nową Ziemię miały w rękach już jakiś czas temu. Autorka pozwala nam powoli przypominać sobie fakty i zdarzenia oraz na bieżąco poszerzać wiedzę, samemu składać wszystko w głowie, wyrabiać sobie swoje zdanie i odkrywać pomyłki. Ponadto okazuje się, że niektóre wątki ledwie wspomniane wcześniej mają teraz spore znaczenie - rozwija się chociażby motyw związany z Czcicielami Kopuły, czyli wariacją na temat fanatyzmu religijnego. Spragnieni nadziei, jaką niesie ze sobą wiara i bliskości płynącej z religijnej wspólnoty, a także znający doskonale mechanizmy dawnych kościołów, czciciele próbują tworzyć nowy system, oparty o wiadomości płynące z Kopuły.
Autorka nie wypadła z rytmu również w zakresie kreacji świata - jej wyobraźnia jest tak bogata jak do tej pory i widać, że udało jej się dobrze zaplanować wizję wydarzeń. Plejada mutacji i okrucieństw, jakie są normą poza Kopułą, jest szeroka, jednak nie zszokuje tych, którzy mieli do czynienia z pierwszym tomem cyklu. Niewiele pojawiło się nowości, a akcja nie skupia się już tak bardzo na odkrywaniu i opisie świata - podobnie jak bohaterowie poznali otoczenie, tak i nasza uwaga nie musi się już na nim skupiać. Na pierwszy plan wysuwają się intrygi i plany, a także realizacja celów. Pojawia się też nieco informacji o życiu w Kopule, tym razem w konfrontacji do świata poza.
Warto również dodać, że w drugiej części do książki wkrada się wątek romansowy, a właściwie dwa wątki, po jednym dla Pressi i Patridge’a. Próżno tu jednak szukać wielogodzinnych wynurzeń na ten temat, dywagacji nad wyborami czy też nadmiernej emocjonalności. Autorka pozostała wierna swojej wizji świata i postawiła sprawę jasno – wykreowana przez nią Ziemia nie jest miejscem odpowiednim na miłość. Bohaterowie, choć łakną bliskości i niejednokrotnie poddają się emocjom, mają na głowie większe problemy niż romantyczne uniesienia. Ich przemyślenia w tym zakresie są prawdziwe, nie ma tu sztuczności znanej z wielu książek young adult.
Świat po Wybuchu to bezapelacyjnie moja ulubiona spośród wszystkich dystopijnych i postapokaliptycznych wizji. Mimo znacznej objętości książek fabuła poprowadzona jest wspaniale - opowieść wciąga i emocjonuje. Wątki romantyczne, choć istnieją, nie wysuwają się na pierwszy plan, nie są nachalne i niedojrzałe; widać, że autorka miała na książkę po prostu inny pomysł. Treść jest tu głębsza i uwypuklony jest jej sens - zwrócenie uwagi na problematykę badań nuklearnych. Być może przez ten zamysł opowieść jest tak przerażająco realistyczna.
Tych, którzy chcieli by lepiej poznać Świat po Wybuchu odsyłam do mojej recenzji pierwszego tomu cyklu - klik.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (560 stron)
środa, 18 czerwca 2014
Robert Kirkman, Jay Bonansinga - "The Walking Dead. Narodziny Gubernatora"
Odkąd filmy
tworzone przez George'a A. Romero na stale wprowadziły do popkultury wątek
żywych trupów, co roku przeciętny odbiorca zalewany jest masą tytułów
opowiadających o zombie w każdym możliwym wydaniu. Większość to produkcje
niskiej jakości, nie mające szans na większą popularność, czasem jednak
trafiają się dzieła wybitne, które mimo braku solidnego zaplecza finansowego są
w stanie przebić się do licznych odbiorców. Taką właśnie perełką jest stworzony
przez Roberta Kirkmana komiks The Walking Dead, będący dziś jedną z
najpopularniejszych serii komiksowych wśród wydawnictw niezależnych.
Pomysłodawca i scenarzysta nie spoczął jednak na laurach, lecz postanowił
rozszerzyć stworzone przez siebie uniwersum o serię książek. Narodziny Gubernatora to pierwsza część tego cyklu, ukazująca wydarzenia, które ukształtowały jednego
z najbardziej rozpoznawanych antagonistów komiksowych.
Brian Blake,
choć starszy od swojego brata, Philipa, zawsze był tym słabszym. Mniejsza
postura, brak odwagi - bez wątpienia był osobą, która podczas apokalipsy zombie
nie miała najmniejszych szans na przeżycie. Najprawdopodobniej zginąłby już na
samym początku, kryjąc się w ciemnej piwnicy, czy to zagryziony przez
przypadkowego żywego trupa, czy też po prostu z głodu. Szczęśliwie został on
odnaleziony przez Philipa, który wraz ze swoją córką Penny oraz dwójką
przyjaciół podąża do Atlanty, gdzie spodziewa się natrafić na obóz dla osób,
które przetrwały pojawienie się "kąsaczy". Niestety, droga do stolicy
Georgii nie jest lekka, a problemem okazują się być nie tylko zombie, ale też
ludzie. Co gorsza, atmosfera panująca wewnątrz grupki ocalałych robi się coraz
cięższa...
Robert
Kirkman jest scenarzystą komiksowym, nie zaś pisarzem, dla tego do pomocy przy
tworzeniu powieści zaprosił znanego w USA twórcę thrillerów, Jaya Bonansingę. Dzięki
temu wszystkie pomysły Kirkmana zostały w profesjonalny sposób przeniesione na
papier. Kunszt literacki pisarza rzuca się w oczy - wszelkie opisy są bardzo
plastyczne, mocno oddziałują na wyobraźnię. Bonansinga w dokładny sposób oddaje
słowami wydarzenia przytrafiające się bohaterom, nie szczędząc opisów
drastycznych czy momentami wręcz niesmacznych. Do tego wszystkiego akcja
książki opisywana jest w czasie teraźniejszym - zabieg taki znacząco zwiększa
dynamizm, z jakim fabuła posuwa się do przodu i wywołuje u czytelnika wrażenie
bezpośredniego obserwowania wszystkiego, co się dzieje.
Można się
nieco przyczepić do samych wydarzeń, jakie przytrafiają się grupce ocalałych
ludzi. Przez większą cześć powieści na przemian obserwujemy to niesamowitego
pecha, objawiającego się w wręcz niesamowitych splotach wydarzeń, w wyniku
których drużyna traci niemal wszystkie zdobycze dające jej przewagę w walce z
żywymi trupami; to z drugiej strony co chwilę natrafiają na idealne kryjówki bądź
duże zapasy żywności i użytecznych przedmiotów, zwiększające ich szanse na
przetrwanie. Fabuła skacze z jednej skrajności w drugą, usilnie omijając bardziej
prawdopodobne sytuacje, które nie odmieniałyby aż tak drastycznie losu
bohaterów. Jestem jednak w stanie zrozumieć taki zabieg - nagłe zmiany sytuacji
w znaczący sposób wpływają na psychikę bohaterów, a to na niej tak naprawdę
skupia się książka. W końcu utrata niedawno zdobytych wygód w apokaliptycznym
świecie jest szczególnie bolesna...
Narodziny
Guberntatora nie są powieścią o zombie. Jasne, hordy ożywienców non stop
przewijają się na kartach powieści, niejednokrotnie usiłując wgryźć swoje
szczęki w świeże ciała należące do głównych bohaterów, nie jest to jednak
najistotniejszy wątek. Fabuła skupia się na postaciach, na tym, jak
przytrafiające się im wydarzenia wpływają na ich psychikę. Kirkman i Bonansinga
zamknęli bohaterów w świecie, w którym ich poglądy na życie i zasady moralne
zostały wywrócone do góry nogami. To świat, w którym w ludziach budzą się
przerażające instynkty i emocje, o które większość ludzi by się nie podejrzewała.
To także świat, w którym można nie zauważyć chwili, w której przekroczyło się
tę cienką linię oddzielającą normalność od czystego szaleństwa..
Zdecydowanie
polecam tę książkę wszystkim fanom komiksowych Żywych Trupów - to
idealne uzupełnienie wykreowanego przez Roberta Kirkmana uniwersum. Narodziny Gubernatora to także znakomita książka dla osób, które
nie miały jak do tej pory styczności ze światem The Walking Dead,
zwłaszcza lubiących historie o grupce osób w upadającym świecie. Nie wiem
jedynie, czy po tę książkę powinny sięgać osoby, które postać Gubernatora znają
jedynie z serialowej adaptacji komiksu - telewizyjna historia postaci jest
nieco odmienna od tej, która została oryginalnie napisana, przez co lektura
książki może wywołać pewien mętlik w głowie. Może, ale nie musi - więc może
jednak warto zaryzykować i sięgnąć po powieść?
Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
sobota, 19 kwietnia 2014
Anna Głomb - "Śmierciowisko"
"Śmierciowisko" trafiło w moje ręce w dość
przypadkowy sposób. Podczas jednej z wizyt w księgarni po prostu rzuciła mi się
w oczy - prosty, elegancki grzbiet książki na półce z fantastyką przykuł moją
uwagę i wzbudził ciekawość. Zachęcony opisem okładkowym wzbogaconym o
wypowiedzi znanych polskich pisarzy zdecydowałem się na zakup, zastanawiając
się jednocześnie, czemu wcześniej nie słyszałem o tej książce. Przecież wpadła
ona w moje ręce grubo ponad rok po premierze, a jestem przekonany, że nigdy
wcześniej nie widziałem jej na dziale z moim ulubionym gatunkiem literackim...
Świat po zagładzie - taka wizja ukazana jest na
pierwszych stronach powieści. Kilka dziesięcioleci po tajemniczej Epidemii,
która drastycznie zmniejszyła populację ludzkości, życie toczy się dalej. Jest
to jednak życie zupełnie inne: surowsze, pozbawione wielu udogodnień, a na
dodatek przepełnione strachem - gdzieś na skraju lasu czai się
niebezpieczeństwo wymykające się ze wszelkich schematów... Ludzie stali się
nieufni, w efekcie czego większość z nich mieszka w niewielkich wsiach. W
jednej z nich, w Bukowisku, żyje Dorota - odtrącona przez społeczność
indywidualistka, której jedyną bliską istotą jest pies Figaro. Gdy w osadzie w
tajemniczych okolicznościach zaczynają ginąć ludzie, a wszystkie zbrodnie
wydają się być powiązane z główną bohaterką, mieszkańcy wioski obracają się
przeciwko niej. Sama Dorota zaś zaczyna rozumieć co ma z tym wszystkim
wspólnego...
Chociaż "Śmierciowisko" wydaje się być na
początku książką osadzoną w świecie postapokaliptycznym, dość szybko okazuje
się, że powieść prezentuje sobą coś więcej. To tak naprawdę pewna wariacja
dotycząca baśni, które towarzyszą ludzkości od zarania dziejów. Anna Głomb podjęła
się dość ciężkiego zadania - przeniesienia opowieści, które niegdyś
przekazywane były z ust do ust, na kanwę współczesnego świata i społeczeństwa. Nie
jestem jednak pewien, czy zrozumiałbym zamysł autorki, gdybym nie uczestniczył
w prowadzonej przez nią prelekcji, która dotyczyła motywów pojawiających się w
baśniach. Bo tak naprawdę dopiero po zrozumieniu idei, jakie przewijają się w
dawnych gawędach i podaniach, można dostrzec przesłanie ukryte w
"Śmierciowisku".
W żadnym wypadku nie wykluczam jednak możliwości, że
książka spodoba się osobie niezaznajomionej z motywami baśniowymi. Autorka
stworzyła spójną opowieść, która trzyma czytelnika w napięciu, a ilekroć ma się
wrażenie, że fabuła jest przewidywalna, natychmiast dzieje się coś
niespodziewanego. Jedynym mankamentem jest tutaj język - książka napisana jest
nierówno, niektóre fragmenty skonstruowane są ze znakomitym kunsztem
literackim, inne zaś wydają się być toporne, niedopracowane. Nie jest to jednak
coś, co utrudniałoby lekturę, bowiem wciągająca fabuła sprawia, że niedociągnięcia
językowe nie rzucają się aż tak w oczy.
"Śmierciowisko" to zdecydowanie książka, po którą
warto sięgnąć - rzadko zdarza się na rynku wydawniczym tak dopracowany debiut
literacki. Warto jednak przed lekturą zrobić jedną nie zajmującą zbyt wiele
czasu rzecz - polecam każdemu chwycić po stare baśnie (głównie doradzam tę o
pięknej Wasylisie, a także wszelkie inne, w których pojawia się szeptucha), a
następnie spróbować odnaleźć płynące z nich przesłania. Nie jest to jednak coś
obowiązkowego - i bez takiego przygotowania powieść Anny Głomb urzeka na swój
własny, magiczny sposób.
poniedziałek, 31 marca 2014
Iwona Michałowska - "Arkadia"
Nie wiem, czy tego typu zdjęcia będą na blogu stałą praktyką. Tym razem chciałam się pochwalić nie tylko książką, ale i... kubkiem, który dostałam na urodziny od pewnej bliskiej osoby. Według niego jestem (a właściwie wszyscy jesteśmy) istotami podobnymi wampirom, które nocą pożerają swoje ofiary.
W dedykacji, którą Sylwkowi udało się zdobyć od autorki,
mamy zdanie o nadziei, że książka dotknęła naszych serc. Choć wtedy jeszcze nie
miałam za sobą lektury, dziś mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć – mojego
serca dotknęła na pewno. Właściwie nie był to zwyczajny gest, a szarpnięcie,
mocny ucisk, podczas czytania czułam bowiem w piersi ciężar, który z czasem
przybrał na sile i nie opuścił mnie aż do ostatniej strony. Tak, książka Iwony
Michałowskiej wywarła na mnie bardzo duże wrażenie…
Tematem tekstu jest resocjalizacja – można by rzec tak
krótko i nieskomplikowanie. Jednakże zjawisko to, tak pożądane we wszelkiego
rodzaju zakładach zamkniętych, może przyjmować najróżniejsze formy. W
eksperymentalnej placówce dla kobiet w Arkadii testuje się najnowszą z nich –
przestępczynie po osądzeniu przechodzą przez ciemnię, czyli miejsce, które
odbiera im wszelkie wspomnienia związane z tożsamością. Panie w większości są w
stanie normalnie funkcjonować, mają strzępy informacji o podstawowych rzeczach,
nie mają jednak zielonego pojęcia kim są i za co zostały osadzone. Doświadczają
zatem stałego dysonansu, mają bowiem świadomość, że zrobiły coś złego, a jednak
nijak nie są w stanie przypomnieć sobie żadnych szczegółów. Trafiają do zakładu
(któremu uparcie odmawia się określenia „więzienie”), gdzie pracują i odbywają
swoją karę w społeczeństwie złożonym z podobnych sobie.
Wszystko to byłoby już niezłym podłożem dla ukazania rozwoju
relacji społecznych, ale jest jeszcze jeden aspekt, wzbogacający tekst i
zmieniający nieco jego cel – główna bohaterka, Helena. Jest jedną z osadzonych,
która przybywa do zakładu i, podobnie jak reszta, nie ma żadnych konkretnych
wspomnień. Jest jednak inna niż pozostałe dziewczyny – ma dar zjednywania sobie
ludzi, siłę przebicia i odwagę do działania, a także poszukiwania samej siebie.
Ponadto przejawia dużą dozę empatii – stara się zrozumieć człowieka zanim go
oceni, czym wzbudza konsternację innych wychowanek i opiekunek. Jej
determinacja jest pierwszym przyczynkiem do fali zmian, które mają niebawem
przejść przez arkadyjskie więzienie, a także przez jej własne życie.
Przywykłam do apokalipsy dla młodzieży. Do nieletnich,
wydoroślałych bohaterów, nieidealnych społeczności i skrajnych, często
nierealnych tematów. Natomiast książka Iwony Michałowskiej całkowicie się tym
schematom wymyka. To dojrzała i dobrze skonstruowana powieść, która od początku
do końca jest przez autorkę przemyślana. Na okładce widnieje podtytuł „powieść
apokaliptyczna” – książka rzeczywiście i niepodważalnie nią jest. Jednak
materialny aspekt apokalipsy – wielka powódź, która zabrała terytoria państw,
przymusowa emigracja, brak żywności, problemy społeczne – wszystko schodzi tu
na dalszy plan. Istotna jest tragedia mentalna, rozgrywająca się każdego dnia w
umysłach kobiet pozbawionych wiedzy o sobie. Śmierć i zmartwychwstanie, jakie
przechodzą w drodze przez ciemnię. I wreszcie życie po największej na świecie
tragedii – odarciu z tożsamości.
Lektura „Arkadii” od samego początku była przyjemnością w
sensie językowym – styl autorki tworzy atmosferę bardzo przystępną
czytelnikowi. Jednak o fakcie, że mam przed sobą coś więcej niż przeciętnie
dobry tekst zorientowałam się dopiero podczas lektury scen miłosnych. To, czego
szukałam w wielu tak zwanych erotykach, odnalazłam w apokalipsie – jest
nastrój, odpowiednie tempo, niezwykle dopracowane ukazanie emocji. I język,
subtelny i odpowiedni, którego poziom przekłada się na cały tekst. Niczego tu
nie brakuje, niczego nie jest za dużo. Po prostu kunszt literacki w czystej
postaci. Ponadto w tekście można odnaleźć sporo porządnej, psychologicznej
podstawy. Na początku uśmiechałam się z nostalgią, obserwując wstawki z podstaw
psychologii – Freud, Jung, zespół stresu pourazowego… Nie dajmy się jednak
zwieść – choć autorka wprost porusza niewiele tematów, to konstrukcja bohaterek
i hermetycznego świata arkadyjskiego zakładu zdradza dobre przygotowanie.
Psychika dziewcząt jest świetnie ukazana, a ich działania – choć pozornie
chaotyczne – dobrze uzasadnione.
Jak już wspomniałam na początku – tekst chwyta czytelnika i
nie odpuszcza do ostatniej strony. Powieść jest mroczna, oniryczna, opada jak
mgła i oblepia, zachęcając do dalszej lektury. Rozgrywa się inaczej niż się
spodziewałam, dużo lepiej, dzięki czemu jest dość nieprzewidywalna – a
przynajmniej dla mnie taka była. Konstrukcja świata jest ciekawa, podobnie jak
aspekty, na których skupia się autorka. Nie wiem, cóż więcej mogłabym rzec,
żeby Was przekonać. Moim zdaniem naprawdę warto dać się tej książce oczarować.
środa, 19 lutego 2014
Marcin Mortka - "Dom pod pękniętym niebem"
Niecałe pół roku temu miałam ogromną przyjemność rozpocząć
swoją czytelniczą przygodę z twórczością Marcina Mortki. W moje ręce wpadło
„Miasteczko Nonstead” i niemal od razu zakochałam się w lekkiej grozie, jaką
przesycona jest ta książka. Gdy dowiedziałam się, że wydany został „Dom pod
pękniętym niebem” nie wahałam się ani chwili – tekst stał się moją obsesją, a
tego, co znalazłam w środku, absolutnie się nie spodziewałam.
Wszelkiego rodzaju opisy – okładkowy, no i te dostępne w
Internecie – nie mówią o historii zbyt wiele. Oto siedmioro nastolatków
(przyjaciółeczki: prymuska i hipiska, szkolny playboy, gothka-plotkara, dwóch
nerdów i outsider) wybiera się na biwak z indiańskim przewodnikiem. Nocą
zaczyna dziać się coś dziwnego, daleko wykraczającego poza żart, jakiego
dopuścił się chłopak, chcący zaliczyć „drugą bazę”… Złowieszczy śmiech, nagrany
na przygotowaną przez niego taśmę, jest niczym w porównaniu z wydarzeniami, z
jakimi będą musieli zmierzyć się nastolatkowie. Świat, który znali, zmienił się
nie do poznania, a każdy, kto tej nocy nie przebywał na łonie Matki Natury,
pozbawiony został człowieczeństwa. Dookoła zaroiło się od dziwnych stworzeń, a
wciąż nieco ludzkie ciała kryją w sobie istoty o zwierzęcych instynktach. Nie
wszystkie są groźne, ale te, które żywią się mięsem człowieka, stają się
poważnym zagrożeniem dla ocalałych.
Nigdy nie ciągnęło mnie do tematu zombie apokalipsy (poza
tym, że mam słabość do serii „Resident Evil”), jednakże wariacja Mortki na ten
temat jest zupełnie inna i przez to niezwykle przystępna. W świecie, gdzie
każdy dostaje to, czego chce lub na co zasłużył, różnice między ludźmi widoczne
są jeszcze bardziej wyraźnie. Tłumione emocje, dawne urazy, rozgoryczenie, żal
i złość są tutaj ukazane jako podwalina silnych nadludzkich umiejętności. Każdy,
kto przeżył w ludzkiej postaci, zyskuje bowiem Dar, będący odzwierciedleniem
jego skrytych pragnień i talentów. Oczywiście są osoby, które marzą o pokoju i
chcą nieść pomoc innym, będą jednak prędzej czy później musiały stawić czoła
tym ocalałym, którymi kieruje zwykła bezwzględność i żądza władzy.
W obliczu konfliktów między nielicznymi ocalałymi ludźmi,
świat tych, którzy ulegli przemianie, zepchnięty zostaje na dalszy plan. Geneza
Końca Świata nie jest znana, a czytelnik może jedynie analizować domysły. Dużo
ciekawiej ma się konstrukcja akcji po ludzkiej stronie – tu nic nie dzieje się
bez powodu. Gdy jakiś bohater znika, możemy mieć pewność, że w końcu powróci,
by w odpowiednim momencie wyskoczyć zza krzaków i uratować daną scenę lub
uprzykrzyć życie innym.
O ile „Miasteczko Nonstead” chwaliłam za urok lekkiej grozy,
o tyle tutaj jest dla mnie nieco zbyt lekko. Mniej jest też psychologizmów,
choć motyw z Darami zdecydowanie wzbogaca postaci i czyni je bardziej
autentycznymi. Niedosyt jednak pozostaje, bo w „Miasteczku..” brak jasnych
wyjaśnień i niedomówienia zrekompensowane były przez obraz grupy,
społeczeństwa, tu natomiast również ta sfera wydaje mi się nieco zaniedbana.
Tak czy inaczej książki Mortki czyta się po prostu miło, bo język i styl są
naprawdę profesjonalne i dopasowane do sytuacji. W książce poważnych
mankamentów brak, a ja, choć nie wciągnęłam się zbytnio w akcję, mogę ją jednak
polecić czytelnikom, szukającym lekkiej rozrywki.
środa, 25 września 2013
Susan Ee - "Angelfall"
Książka to historia Penryn, dziewczyny, która opiekuje się
chorą umysłowo matką i niepełnosprawną siostrą w zniszczonym świecie, będącym
polem rozgrywek politycznych między aniołami. Na jej drodze staje jeden z nich,
a właściwie, technicznie rzecz ujmując, eks-anioł, pozbawiony jest bowiem
swojego najważniejszego atrybutu, czyli spektakularnych anielskich skrzydeł.
Stracił je poprzez odcięcie w walce i nosi przy sobie jak najdroższy skarb. Gdy
na jego drodze staje Penryn, jest skrajnie wyczerpany i wymaga pomocy,
przynajmniej w znalezieniu miejsca pozwalającego na spokojną regenerację. Ona
zaś koniecznie chce odnaleźć drogę do anielskiego gniazda, by odnaleźć porwaną
siostrę. Potrzebując siebie nawzajem bohaterowie wchodzą w dziwny układ, w
którym w zdecydowanej większości przypadków to Raffe (a właściwie archanioł
Rafael) stawia na swoim. Nie ma z tym z resztą problemów, bo Penryn wyraźnie
się w nim podkochuje..
Prawdę mówiąc trochę żałuję, że przez całą książkę zmuszeni
jesteśmy znosić takie właśnie akcenty, choć z powodzeniem cała książka mogłaby
rozgrywać się w świecie aniołów. Kłótnie „na górze” i prawdziwe wojny
polityczne, podszyte dużą dawką bezwzględności to świetny temat na dobrą
literaturę fantasy. Zamiast tego autorka serwuje nam masę rozterek sercowych
dorastającej Penryn, której zachowania są tak niekonsekwentne, że aż strach.
Niby można przyjąć, że literatura młodzieżowa służy właśnie temu, żeby pokazać
takie problemy, najbliższe nastolatkom i jak najbardziej prawdziwe. Zapewne
również większość z nas, spotykając na swojej drodze prawdziwego anioła,
piałaby z zachwytu… Jednak rozważania na temat kropelek wody spływających
powoli po nagim torsie Raffego mocno kłują w oczy. Podobnie razi samo
zachowanie bohaterki wobec towarzysza – więcej w tym wszystkim tupania nóżkami
i przekornych zachowań z gatunku „chciałam dobrze” niż jakiegokolwiek
konstruktywnego dialogu.
W moim mniemaniu książka jest zmarnowanym pomysłem o wielkim
potencjale. Pierwszym odczuciem po jej zakończeniu był niedosyt i żal, że to
właśnie Susan Ee trafiło takim dobrym pomysłem. Wojny aniołów, w których ludzie
kompletnie się nie liczą, ukazujące te istoty jako bezwzględne i po trupach
dążące do celu… To, co przychodzi na myśl podczas lektury to stwierdzenie
„anioł też człowiek”, istoty ze świata Susan Ee niewiele mają bowiem wspólnego
ze ślicznymi, okrąglutkimi postaciami z Biblii dla dzieci, które zawsze z
uśmiechem zanoszą do Boga ludzkie modlitwy. Nie, zdecydowanie do aniołów z tego
świata nie ma co się modlić, i tak najpewniej zabiją nas z zimną krwią,
ewentualnie uczynią swoimi sługami.
Kończąc powoli – naprawdę życzę Susan Ee jak najlepiej, bo
wyobraźnię ma dobrą, a warsztat zawsze można szlifować. „Angelfall” mnie nie
zachwyciło, a szkoda, bo była to książka z naprawdę dużym potencjałem. Sięgnę
pewnie po kolejne tomy, trochę z chęci kolekcjonowania doświadczeń związanych z
młodzieżową postapokalipsą, a trochę pewnie wiedziona cieniem nadziei, że z
czasem autorka pozostawi w spokoju ludzi i powie więcej o anielskim świecie.
Brak mi na rynku takiej właśnie książki.
sobota, 21 września 2013
Julianna Baggott - "Nowa Ziemia"
Nie zawiodłam się. Książka Julianny Baggott trzyma poziom
przez wszystkie strony, zaskakując czytelnika zwrotami akcji, rozwiązaniami i
konstrukcją świata. Zwłaszcza ten aspekt zasługuje na wielką pochwałę – autorka
powiedziała głośno i wykorzystała, rozbudowując do granic możliwości to, co do tej
pory przewijało się wyłącznie w niezbyt smacznych żartach – wiecie, tych o
trójgłowych rybach z Fukushimy. Mutacje, które wymyśliła sobie autorka na czele
ze stapianiem się ludzi z otoczeniem na skutek Wybuchu… Wyobraźnia pani Baggott
poszła bardzo daleko w kierunku, który dotąd pozostawał pewnym tabu, co
niezwykle cenię.
Sposób przedstawienia historii wyzwala pewien podskórny lęk,
który tkwił gdzieś we mnie, tak jak tkwi zapewne w wielu z nas. Świat od zawsze
podzielony jest na elity i masę, strach też czasem pomyśleć, do czego są w
stanie posunąć się ci, którzy uważają się za lepszych, chcąc mieć Ziemię tylko
dla siebie. Pomysł realizowany w książce, dotyczący budowy schronu, do którego
nie zaproszono wszystkich i wybuchu, który nie był bynajmniej przypadkowy,
zdaje się realny w obliczu możliwej tak naprawdę w każdej chwili wojny
atomowej. Technika idzie do przodu i nikt tak naprawdę nie ukrywa, że badania
nuklearne na dużą skalę są prowadzone w różnych częściach świata. To właśnie
jest siłą tej książki – klasyfikuje się na pograniczu fantastyki i całkiem
realnego horroru, który w przyszłości mógłby stać się naszym udziałem.
Właściwie częściowo miał już miejsce, bo badania genetyczne nad stworzeniem
nowej rasy wyłącznie z elit, tak aby maksymalnie rozwinąć wszelkie zdolności
człowieka, a także marzenia o krzyżowaniu ludzi i zwierząt w celu uzyskania
idealnej rasy „sług” brzmią dziwnie znajomo w kontekście chociażby ideologii
nazistowskiej.
Jeśli chodzi o samą treść, historia należy raczej do
klasyków gatunku. Mamy tu chłopaka i dziewczynę, bohaterów głównych. Pochodzą z
różnych sfer społecznych i choć pozornie powinni (a przynajmniej mogliby) być
wrogami, muszą współpracować, by osiągnąć swoje cele. W przypadku Pressi i
Patrige’a nie jest to co prawda duże poświęcenie, szybko odkrywają bowiem, że
dążą do tego samego, a ich cele przeplatają się wzajemnie, jednak schemat
postępowania pozostaje podobny do innych młodzieżowych antyutopii.
Konstrukcja książki jest odpowiednia dla prezentowanych
wydarzeń. Narracja jest pierwszoosobowa, bohaterowie przeplatają się w swoich
wypowiedziach. O ile na początku ich opowieści ukazują nam naprzemiennie dwie
różne historie ludzi kompletnie niepodobnych, o różnych problemach i priorytetach,
o tyle gdy w końcu się spotykają, zabieg daje nam ciekawsze i pełne spojrzenie
na sytuację. Opowieść jest ponadto uzupełniana o pojedyncze fragmenty
wypowiedzi innych postaci, nie pozostawiając nam miejsca na domysły i analizę
niedomówień.
W kwestii wrażeń końcowych – jestem szczerze zachwycona. Od
dawna nie dołączyłam do grona fanów powszechnie opiewanej książki. Pomysł
Julianny Baggott jest kontrowersyjny, ale bardzo dobry, skłania do myślenia i
szperania w tematyce badań nuklearnych, sama autorka zachęca z resztą do tego w
zakończeniu książki. Ponadto wykonanie i realizacja pomysłów są na najwyższym
poziomie. Zżyłam się z bohaterami, rzucałam książką z wściekłością, by za
chwilę do niej wrócić. Żałuję, że tym razem (jak to było w przypadku „Igrzysk Śmierci”)
nie mam przy sobie całej trylogii na raz, bo z pewnością pochłonęłabym ją
jednym tchem. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że już niedługo wrócę do
świata, który musiałam opuścić tak szybko, zaraz potem, jak się w nim
zadomowiłam.
piątek, 20 września 2013
James Dashner - "Więzień Labiryntu"
Wybór „Więźnia Labiryntu” nie opierał się na kwestiach
merytorycznych. Po prostu ze wszystkich tego typu książek był najbardziej
niedostępną. Dlatego też, kiedy przy pierwszej okazji jego obecność w sklepie
zbiegła się z promocją, znalazł się on w mojej bibliotece, a ja od razu
zaczęłam lekturę.
Swoją przygodę w Labiryncie rozpoczynamy wraz z Thomasem i
to on jest naszym przewodnikiem po wykreowanym przez tajemniczych Stwórców
świecie. Właściwie wszystko tu jest tajemnicze, ponadto pozostali, uwięzieni w
Labiryncie chłopcy, wiedzą niewiele więcej od nowego kolegi, wszyscy bowiem
mają perfekcyjnie oczyszczone umysły. Kojarzą fakty, powiedzenia, obrazy,
jednak nie wiedzą niczego konkretnego. Nie mają nic prócz przeświadczenia, że
nie znaleźli się tu przypadkowo.
Radzą sobie z resztą całkiem nieźle, żyją bowiem w
zorganizowanej społeczności, wykorzystując do maksimum wszystko, co otrzymują z
góry (czy raczej z dołu, bo dzieje się to za pośrednictwem szybu w ziemi). Mają
swoją gwarę, zachowania i w rzeczywistości są sobie dużo bliżsi, niż im się
wydaje. Funkcjonują według Zasad, ściśle określonych, rygorystycznie
przestrzeganych i tym samym gwarantujących ład. Każdy zajmuje określone
stanowisko – jedni zajmują się roślinami, inni czyszczą toalety, a tymczasem
elitarna grupa Zwiadowców co rano zapuszcza się w korytarze Labiryntu, by
kreślić mapy zmiennych ścian. Muszą tylko pamiętać, by wrócić przed zmrokiem,
bo to, co czeka na nich w środku przynosi śmierć – do czasu.
Ład kończy się niemal dokładnie w momencie, gdy w Labiryncie
pojawia się Thomas. To on pierwszy łamie zasady, nie ponosząc za to niemal
żadnej kary, wręcz zbierając zasługi za dokonane czyny. Tuż po nim w Strefie
pojawia się tajemnicza dziewczyna, której wiadomość ma na zawsze zmienić los
chłopców. Tak, jeszcze bardziej.
Przytłaczającym zakończeniem książki jest odkrycie
(sygnalizowane właściwie od początku), że wszystko, co zdarzyło się w Strefie zostało
może nie tyle zaplanowane, co przewidziane. Wiele przypadków okazuje się
przypadkami nie być, a sterowane wolą Stwórców maszyny nie są tak bezmyślne,
jak mogłoby się wydawać. W Labiryncie nic nie umknie uwadze badaczy z
organizacji DRESZCZ, przyglądają się biernie całemu okrucieństwu, które ma
miejsce w górze. A jednak dziewczyna twierdzi, że DRESZCZ jest dobry.. O co tu
chodzi?
Po przeczytaniu całości uczucia mam mieszane. Książka Jamesa
Dashnera nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak trylogia Suzanne Collins, o czym
najlepiej świadczy fakt, że nie pobiegłam od razu po jej ukończeniu po kolejny
tom. Nie zżyłam się z bohaterami, nie tęsknię za nimi i nie mam wielkiego
parcia, żeby jak najszybciej dowiedzieć się, co stało się z nimi dalej. Jedyne,
co dręczy mnie do dziś, to pytanie – czy DRESZCZ naprawdę jest dobry? Co może
ich usprawiedliwić? Mam nadzieję, że moje wątpliwości rozwieją się niebawem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















