Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura skandynawska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura skandynawska. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 marca 2022

Klara Hveberg – „Oprzyj swoją samotność o moją”

Czy miłość można zamknąć w matematycznym wzorze? Czy każdy związek dwojga ludzi jest wyjątkowy? A może losy zakochanych powtarzają się zawsze jak refren w muzyce? Czy miłość jest darem, czy chorobą, z której trzeba się wyleczyć? (z opisu wydawcy)

Książka zbudowana jest w oparciu o klasyczną historię miłosną. Oto młoda studentka wdaje się w romans ze starszym od siebie, żonatym wykładowcą. Znamy tę opowieść aż za dobrze i podczas czytania mamy pewność, jak się skończy; dostrzegamy drobne sygnały, gesty, przesłanki, których Rakel nie umie lub nie chce zauważać. Jest w takim czytaniu coś fatalistycznego, bo choć widzimy to samo, co główna bohaterka, nasza perspektywa nie jest zachwiana emocjami i przekonaniem, że tym razem wszystko będzie zupełnie inaczej. Możemy tylko patrzeć, jak Rakel zmierza ku nieuniknionemu i towarzyszyć jej w tej trudnej drodze.

Jednak mimo tej bardzo klasycznej osi fabularnej, powieść Klary Hveberg ma w sobie coś wyjątkowego: jest pełna wewnętrznych nawiązań. Ważnym elementem jest tutaj biografia Sofii Kowalewskiej, XIX-wiecznej matematyczki i pisarki, której umysł zachwycał wielkich tamtej epoki. Losy tej postaci przeplatają się z losami Rakel i nakładają się na nie w miarę upływu kolejnych stron. Gdy bohaterka zdaje się tracić własne życie, biografia Sofii wysuwa się na pierwszy plan. 

Bardzo dawno nie miałam w rękach książki, która byłaby tak przepięknie napisana (i przetłumaczona, oczywiście). Choć autorka posłużyła się narracją trzecioosobową, na świat patrzymy z perspektywy Rakel, a więc również z jej nieprzeciętną wrażliwością. Bohaterka opisuje rzeczywistość przez pryzmat matematyki i muzyki, stosując mnóstwo porównań do rytmu, taktów, żonglując naukową terminologią tak zręcznie, że brzmi to jak poezja. I choć kierunek, w jakim powieść podążyła w drugiej części nie za bardzo mi się podobał, byłam w stanie nad tym przejść właśnie dzięki wspaniałemu stylowi autorki.

„Oprzyj swoją samotność o moją” było dla mnie przede wszystkim literacką ucztą, a zaraz po tym ciekawą, skłaniającą do refleksji lekturą. Bo powieść ta, podobnie jak wydawca w opisie, a ja za nim we wstępie do tego tekstu, zadaje mnóstwo pytań dotyczących relacji. Czy relacje, które tworzymy, są wyjątkowe, tak jak wyjątkowi jesteśmy my? Czy możemy liczyć na łut szczęścia, gdy budujemy je na lichych fundamentach, a świat nie dałby nam szans powodzenia? A może wszystko jest kwestią perspektywy i wystarczy odsunąć się odpowiednio daleko – mentalnie, emocjonalnie, umysłowo – by zobaczyć całość obrazka i schematy rządzące światem? 

Chyba chciałabym kiedyś przeczytać tę książkę jeszcze raz, żeby spojrzeć na nią świeżym okiem. I wrócić do wszystkich przepięknych cytatów, które sobie zaznaczyłam. 



wtorek, 19 grudnia 2017

Jørn Lier Horst – „Gdy morze cichnie”



Książkowym seriom wierna jestem z różnych powodów – najczęściej ze względu na mnogość autorskich pomysłów i zaskoczenia, które pisarze serwują mi z każdym kolejnym tomem (patrz: seria o Chyłce). Przyjemnie jest za każdym razem czuć dreszczyk emocji i nie wiedzieć, co wydarzy się dalej! Czasem jednak lubię sięgnąć po tzw. pewniaka – książkę niekoniecznie wybitną, zapewniającą mniej niezwykłych wrażeń, ale na tyle przyzwoitą, że mogę zakładać, iż miło spędzę przy niej czas. Takie właśnie powieści pisze Jørn Lier Horst: dobre, poprawne, utrzymane na w miarę równym poziomie. Stałe i pewne, jak śmierć i podatki. 

czwartek, 7 września 2017

Jørn Lier Horst – „Felicia zaginęła”



Podczas prac budowlanych robotnicy dokonują makabrycznego odkrycia: wykopana zostaje szafka, w której znajdują się ludzkie szczątki. Mniej więcej w tym samym czasie do pokaźnego grona norweskich zaginionych dołącza kolejna osoba – młoda kobieta o bardzo trudnej sytuacji życiowej. Choć wszelkie okoliczności wskazują na samobójstwo, komisarz William Wisting nie daje za wygraną: angażuje się bezpośrednio w obie sprawy. Czy to możliwe, by miały ze sobą jakiś związek?

W porównaniu z czytanym pierwszym tomem serii, Felicia zaginęła podobała mi się znacznie bardziej. Konstrukcja sprawy była dużo bardziej sensowna i logiczna (chociaż nie obyło się bez rys), nie patrzyłam też na komisarzy z niedowierzaniem, gdy udawało mi się wyciągnąć z przesłuchania więcej niż oni sami. Tym razem śledczy działali sprawniej i wyciągali lepsze wnioski, akcja była płynniejsza i przyjemniejsza w odbiorze. Widać wyraźnie postęp pracy Horsta pomiędzy pierwszą a drugą odsłoną cyklu, co poczytuję jako bardzo duży plus: cenię autorów, którzy uczą się i stale rozwijają warsztat. Ponadto wielką zaletą jest sam pomysł: nawet jeśli Felicia... nie jest oparta na faktach, wciąż pozostaje opowieścią przemyślaną i mocno osadzoną w rzeczywistości.

Trzeba pamiętać, że kryminałami bywa różnie: czasem od połowy wiemy/domyślamy się, kto jest mordercą, innym razem niespodziewany twist sprawia, że wszystkie nasze podejrzenia okazują się nic nie warte. Obie te sytuacje są całkowicie normalne – nie mam żalu do autora, jeśli szybko rozgryzam, co i jak, bo często fabuła wynagradza mi brak zagadki. Ta sytuacja idealnie opisuje książki Horsta: czytelnik obeznany z kryminałami domyśli się tożsamości mordercy, ale wciąż nie będzie znał jego motywów; napięcie nie opadnie, a czasami może nawet wzrosnąć. 

Na plus należy również zaliczyć sposób, w jaki autor poradził sobie z dużą ilością bohaterów – wielu pisarzy mnoży ich niepotrzebnie, przez co równowaga historii zostaje zaburzona. W książce Horsta mamy do czynienia z dwiema (a nawet trzema!) równolegle prowadzonymi sprawami, co generuje sporą ilość świadków, ale też są to świadkowie wprowadzani mądrze i wnoszący coś do sprawy. Ich zeznania (często podzielone na kilka rozmów) ujawniają fakty w odpowiednim tempie i stopniowo uzupełniają obraz całej historii.. Są wartością, a nie utrudnieniem dla czytelnika.

Przywykłam już do braku chronologii w moim poznawaniu książek o Williamie Wistingu – na szczęście nie ma w nich zbyt wiele wątków związanych z prywatnym życiem bohaterów, więc spokojnie można traktować poszczególne części jako niezależne historie kryminalne. Tak tez odkrywam serię – szarpiąc ją po kawałku. Cieszę się, że już niebawem będę mogła sięgnąć po kolejną część, a gdy do Polski trafią wszystkie – kto wie, może pokuszę się o odświeżenie sobie całości w odpowiedniej kolejności? Wtedy mogłabym skupić się jedynie na sferze obyczajowej!







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.


Gdy mrok zapada || Kluczowy świadek || Felicia zaginęła || Når havet stilner ||
Den eneste ene || Nattmannen || Szumowiny || Poza sezonem || Psy gończe || Jaskiniowiec || Ślepy trop

sobota, 22 lipca 2017

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Leon”


Co do pierwszej części cyklu Herkules – miałam bardzo dużo wątpliwości. Kolaboracje między pisarzami mają to do siebie, że często zamiast wyciągać z prozy obu twórców to, co najlepsze, raczej uwydatniają braki. Ostatecznie powieści wychodzą sztywne i pozbawione charakteru, albo, co gorsza, kompletnie niespójne, z wyraźnym rozdźwiękiem między autorami. 

Na szczęście ani w przypadku Na imię mi Zack, ani tym bardziej w kontynuacji, Leonie, nic takiego nie miało miejsca.

W niedostępnej, mało uczęszczanej dzielnicy, na szczycie komina przemysłowego znalezione zostaje ciało chłopca. Gdy policja stara się ustalić kim był i w jaki sposób zginął, do sieci trafia nagranie z ostatnich minut jego życia – dziecko zostało brutalnie zamordowane przez mężczyznę w lwiej skórze. Komisarze muszą szybko znaleźć sprawcę, bo wszystko wskazuje na to, że w piwnicznej klatce przetrzymywany jest kolejny chłopiec…

Już jedna z pierwszych scen książki pokazuje nam dokładnie, z czym będziemy mieli do czynienia i stanowi reprezentację tak Leona, jak i całego cyklu. Zack Herry, wschodząca gwiazda policji, gra w rosyjską ruletkę, aby pozyskać informacje na temat zaginionego dziecka. Ale jak gra! Autorzy bardzo dokładnie odzwierciedlają to, co dzieje się w umyśle komisarza przy każdej kolejnej dokładanej kuli, jak buzuje w nim adrenalina i rośnie napięcie. Duet Kallentoft&Lutteman nie boi się skrajnych tematów, a ich sposób opisu potrafi przyprawić o ciarki. Nie będzie ozdobników i uproszczeń, o nie. Tutaj babramy się w psychice bardzo dziwnych bohaterów.

Sam komisarz Herry nie jest typowym przedstawicielem policji nawet jeśli wziąć pod uwagę patologiczną normę wśród skandynawskich śledczych. W jego przypadku problemy są głębsze, a ich odzwierciedlenie w życiu Zacka znacznie bardziej spektakularne. Młody mężczyzna nosi w sobie traumę, z którą nie jest w stanie poradzić sobie sam, w efekcie czego co i rusz funduje sobie nowe, silne doznania dzięki środkom psychoaktywnym: kokainie, amfetaminie, alkoholowi. Komisarz zdaje się być uzależniony także od adrenaliny: im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym więcej emocji w nim wyzwala. Cały myk autorów nie polega jednak na stworzeniu odpowiednio kontrowersyjnego śledczego, a na należytym opisaniu jego zachowań. Jak już wspomniałam, Kallentoft i Lutteman uwielbiają babrać się w tym, co dzieje się w głowie Zacka na co dzień, a także w kontakcie z narkotykami. Rozkładają na czynniki pierwsze stan napięcia w umyśle bohatera i cały błogostan, który nadchodzi po nim. 

Chyba nie powinnam się przyznawać, że Zack Herry tak bardzo mnie intryguje.

W obliczu tak wyrazistej kreacji głównego bohatera, sama zagadka zdaje się schodzić na nieco dalszy plan. Nie oznacza to jednak, że nie jest interesująca! Wręcz przeciwnie – moim zdaniem jest skonstruowana dobrze, spójnie i posiada wszelkie cechy, by utrzymać zainteresowanie czytelnika. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nieadekwatny opis okładkowy. Naprawdę rozumiem, że wyścig z czasem sprzedaje się lepiej niż żmudne śledztwo, ale nie dajcie się nabrać. Zanim dojdzie do sytuacji opisanej w blurbie, czeka nas wiele innych, równie kluczowych fabuły wydarzeń, a cała książka nie opiera się bynajmniej na gorączkowym poszukiwaniu chłopca zamkniętego w piwnicy, choć i ten element oczywiście w końcu się pojawia. Dużo czasu i uwagi jest tu poświęcone poszczególnym śledczym, sposobom ich pracy, a pierwsza połowa książki nie jest napakowana akcją, choć mimo to wcale się nie dłuży.

Jeśli z jakichś powodów nie spodobały Wam się solowe powieści Monsa Kallentofta, możecie śmiało spróbować cyklu o Zacku Herrym. Wpływ Markusa Luttemana jest bardzo wyraźny: nie ma charakterystycznych dla serii o Malin Fors długich, quasi-filozoficznych myśli, nie ma ofiar przemawiających zza grobu. Jest za to świetna kreacja głównego bohatera i opis, który potrafi zachwycić. Nie boję się powiedzieć, że cykl o Zacku Herrym jest lepszy od tego o Malin Fors, mimo że oba lubię i chętnie po nie sięgam. Gdybym miała polecać, zachęcałabym jednak, żeby w pierwszej kolejności sięgnąć po Herkulesa.






Na imię mi Zack || Leon || Bambi

niedziela, 23 kwietnia 2017

Jørn Lier Horst – „Kluczowy świadek” [przedpremierowo]


Nie jest żadną tajemnicą, że kryminały Jørna Liera Horsta są jednymi z moich ulubionych. Cenię sobie jego powieści za nieoczywiste zagadki, dopracowanie merytoryczne i kreację głównego bohatera, który trzyma się bezpiecznie daleko od gatunkowej sztampy. Horst jest też autorem, który w niezwykły sposób łączy wiedzę zdobytą podczas służby w policji z talentem pisarskim i darem opowiadania: umie przekazać to, co podpowiada mu wyobraźnia w taki sposób, aby zainteresować czytelnika. Myślę, że to jedna z przyczyn faktu, że seria o Williamie Wistingu tak się rozrosła i odniosła światowy sukces. Dziś polscy fani cyklu mają okazję do świętowania: w nasze ręce trafia pierwsza część opowieści, której kolejne odsłony znamy doskonale. 

Fabuła powieści stworzona została w oparciu o autentyczne wydarzenia, jedną z najbardziej znanych zbrodni w historii Norwegii. Samotny, starszy mężczyzna został brutalnie zamordowany we własnym domu pełnym śladów walki i przeszukiwania. Nic nie zginęło, choć widać wyraźnie, że ofiara była przed śmiercią torturowana. Przed śledczymi stoi nie lada wyzwanie, bo danych na temat mężczyzny jest niewiele, podobnie jak bliskich mu osób czy jakichkolwiek świadków. Komisarzom brak punktu zaczepienia, który pozwoliłby powiązać ofiarę ze środowiskami zdolnymi do tak wielkiego okrucieństwa, niełatwe jest też odnalezienie motywu. Rozpoczyna się walka o każdy, nawet najdrobniejszy trop.

Muszę przyznać, że spodziewałam się dużego rozrzutu w poziomie stylu autora między Kluczowym świadkiem a pozostałymi, znacznie późniejszymi powieściami z serii. Kiedy w podobnej kolejności odkrywałam książki Monsa Kallentofta, różnica była kolosalna. Ze zdziwieniem muszę jednak stwierdzić, że pierwsza część serii o Williamie Wistingu nie odbiega znacząco od późniejszych zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym. Wciąż jest to przyzwoity kryminał z odpowiednią ilością zwrotów akcji, zapewniający rozrywkę, jak przystało na powieść z nurtu literatury popularnej. 

Jeśli chodzi o samą zagadkę, w gruncie rzeczy przypadła mi do gustu, chociaż jest na niej kilka rys. Przede wszystkim nie przepadam za zastosowanym w Kluczowym świadku wybieganiem w przyszłość: pierwsza scena książki jest tak oderwana od tego, o czym będziemy czytać przez kolejne kilkadziesiąt stron, że jej zaprezentowanie uważam za bezcelowe i naprowadzające czytelnika na niepotrzebne tory. I bez tego mamy przewagę nad komisarzami, co uważam za drugą drobną wadę: może to problem ze mną, ale już z przesłuchania pierwszego świadka wyciągnęłam znacznie więcej danych niż sam Wisting i szybciej dopasowałam do siebie elementy, a wierzcie mi, naprawdę rzadko mi się to zdarza podczas lektury kryminałów. Pomijając jednak te dwa drobiazgi powieść bardzo mi się podobała: była ciekawa i wciągająca dokładnie w takim stopniu, jak powinna. Autor zaprezentował nam przyjemnie pokomplikowaną zagadkę, która - w przeciwieństwie do swojego autentycznego pierwowzoru - zostaje rozwiązana. 

Przed lekturą Kluczowego świadka bałam się stawiać tej książce oczekiwania: wiedziałam, że to debiut i że mogę się na nim bardzo mocno zawieść. Na szczęście nic takiego się nie stało. Jestem przyjemnie zaskoczona stylem Horsta i sposobem prowadzenia przez niego akcji. Co prawda młodszy William Wisting, mimo ugruntowanej pozycji w policji, okazał się być śledczym nieco mniej sprawnym i bystrym, jednak dzięki lekturze późniejszych tomów serii wiem, że będzie się zmieniał tylko i wyłącznie na plus. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.
Premiera 26 kwietnia!


Gdy mrok zapada || Kluczowy świadek || Felicia forsvant || Når havet stilner || Den eneste ene || Nattmannen || Szumowiny || Poza sezonem || Psy gończe || Jaskiniowiec || Ślepy trop

sobota, 15 października 2016

Jørn Lier Horst – "Szumowiny"

Gdy morze wyrzuca na brzeg fragment ciała, w pierwszej kolejności na myśl przychodzą zaginieni – ludzki umysł spycha myśl o zbrodni w najciemniejsze zakamarki; wolimy sądzić, że to po prostu nieszczęśnik, który wpadł do wody i utonął. Co jednak, jeśli fragmentów jest kilka w krótkim odstępie czasu i wiadomo na pewno, że nie należą do tej samej osoby? Na plaży w Stavern znaleziona zostaje odcięta lewa stopa. Potem kolejna. I jeszcze jedna, aż do czterech. To niecodzienne zjawisko stanowi przyczynek do skomplikowanego śledztwa, które nawet dla doświadczonego komisarza Wistinga okaże się zaskakujące. Powiązanie z zaginionymi to dopiero początek długiej drogi do rozwiązania.

Czasami mocno się dziwicie, kiedy wspominam (tutaj lub w komentarzach na innych blogach), że mam w zwyczaju czytanie serii kryminalnych od środka lub końca. A to naprawdę nie moja wina! Wiele części trafiło do mnie przypadkiem, gdy dany cykl miał już kilka odsłon – więcej niż dwie, wiec kupowanie backlisty w ciemno było dość mocno ryzykowne; przeczytanie późniejszego tomu uważam zawsze za mniejsze zło, ale można powiedzieć, że to moja własna decyzja. Czasem jednak zdarza się tak, że wydawnictwo nie proponuje nam części po kolei – znam przynajmniej kilka cykli, które pojawiają się na rynku niechronologicznie. Do tego grona należy opowieść o Williamie Wistingu: Szumowiny to jej szósta część, natomiast piąta z wydanych w Polsce. Licząc od końca, bo wciąż dostępne są ostatnie wyłącznie tomy. I jak tu nie zwariować?

Z racji tego, że część fabuły związaną z życiem prywatnym komisarza i jego córki znam z wyprzedzeniem, podczas czytania poświęcam jej najmniej uwagi – trudno mi przyswajać informacje na temat genezy tego, o czym i tak już wiem. Ma to jednak swoje plusy, prowadzi bowiem do całkowitego skupienia się na sferze kryminalnej powieści. W przypadku Szumowin jest to zaleta tym większa, że zagadka stanowiąca oś całej książki jest po prostu świetna. Pomysł z odciętymi stopami spodobał mi się od razu (jakkolwiek makabrycznie to brzmi) i w znacznej mierze dzięki niemu tak szybko wciągnęłam się w opowiadaną historię, jednak z każdą kolejną stroną było tylko lepiej. Autorowi znakomicie udało się posplatać postaci, wątki i instytucje - mimo że książka nie jest jakoś szczególnie rozbudowana (nieco ponad 300 stron), tych elementów jest naprawdę sporo. Ponadto akcja ma wiele zaskakujących zwrotów, kilka mocnych scen i dobre tempo, dzięki czemu Szumowiny można przeczytać za jednym podejściem, choćby w deszczowe, jesienne popołudnie. 

Dużym plusem powieści jest również poruszany problem społeczny, który tym razem dotyczy skuteczności resocjalizacji osadzonych w więzieniach. W swojej książce Horst odwołuje się nie tylko do własnego rozumienia sprawy i domysłów, ale również do statystyk, co świadczy o jego dobrym przygotowaniu. Kolejny raz jestem zaskoczona, jak sprawnie idzie skandynawskim autorom łączenie ciekawych pomysłów kryminalnych ze sferą społeczną – z pewnością jest to element, który tak szybko zjednuje twórcom z tamtego regionu tak wielkie rzesze czytelników. Mnie również się to podoba, bo dzięki temu kryminał nie pozostaje zwykłą, jednorazową rozrywką; jego treść zachęca do refleksji już po odłożeniu książki na półkę.

Jakkolwiek by nie podchodzić do dziwnej chronologii fundowanej nam przez wydawnictwo, zabawnym jest obserwowanie całej obyczajowej fabuły "od tyłu" – zupełnie jakbyśmy wpadli w jakąś zapętloną retrospekcję lub opowieść osoby, która co i rusz zdaje sobie sprawę, że dla pokazania pełni historii musi cofnąć się jeszcze dalej. I dalej. I dalej... Mnie to nie przeszkadza; jedyne, czego się obawiam, to że wraz z cofaniem się do wcześniejszych dzieł autora będziemy musieli zmierzyć się z jego stylem z czasów, gdy jeszcze nie był tak wprawnym pisarzem jak dziś. Pierwsze części cyklu o Wistingu mają już ponad 10 lat i stanowiły debiut autora, co budzi pewne obawy. W kwestii stylu zdecydowanie wolę obserwować rozwój twórcy niż jego degradację – cały czas mam w pamięci przepaść, jaka dzieliła szóstą i pierwszą część cyklu o Malin Fors Monsa Kallentofta. Ale bądźmy dobrej myśli, może nie będzie tak źle...






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.

piątek, 24 czerwca 2016

Lars Saabye Christensen – „Beatlesi”

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy lubię powieści o dorastaniu, prawdopodobnie w pierwszym odruchu odpowiedziałabym, że nie – czytałam zbyt dużo przeciętnych lub po prostu słabych książek poruszających ten temat, żeby mieć do nich pełne zaufanie. Aby pisać o dorastaniu, trzeba wykazać się niezwykłą wrażliwością i zrozumieniem nie tylko dla swoich rówieśników, dorosłych, ale także dla dziecka i nastolatka. Nie da się opisać należycie całej zmiany zachodzącej w człowieku bez empatii skierowanej ku jego młodszemu „ja”. Wielu pisarzy tego nie potrafi i w swoich książkach gani, piętnuje, degraduje dziecko jako głupsze i gorsze niż dorosły, lub też czyni je niespójnym i nieautentycznym nadając mu zbyt wiele cech człowieka, którym dopiero ma się stać. Na szczęście nie wszyscy działają w ten sposób.

Beatlesi to powieść w znacznej mierze o dorastaniu właśnie, a autor w mistrzowski sposób realizuje wybrany temat prowadząc czytelnika przez kolejne etapy. Bohaterów poznajemy w roku 1965, gdy są jeszcze dziećmi – ich czas zajmuje szkoła, wybryki oraz wspólne słuchanie płyt. Są zapatrzeni w Beatelsów i jeszcze nie gotowi na to, by poszerzać swoje horyzonty. Jednak wszystko zmienia się tak szybko… Z pasji wyrastają przekonania, z przekonań ideały, te z kolei upadają w kontakcie z brutalną rzeczywistością. Widzimy, jak stopniowo zmieniają się zachowania chłopców, ich postawy, jak się buntują, wyłamują i poszukują własnej tożsamości. Choć z każdym rozdziałem uwydatniają się różnice między nimi, wciąż pozostają sobie bliscy i zjednoczeni w przyjaźni i fascynacjach okresu dorastania.

Trzeba powiedzieć jasno, że jest to bardzo specyficzna książka, a temat, który porusza, należałoby po prostu lubić, by czerpać z niej maksimum satysfakcji. Mamy tutaj bądź co bądź ponad 700 stron, na których rozgrywa się dość niespieszna, dokładna fabuła. Książka nie obfituje w niesamowite zwroty akcji i jest raczej powieścią obyczajową, psychologiczną, niż trzymającą w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Jednak to w prostocie tematu drzemie siła Beatlesów, bo to opowieść w jakimś stopniu bliska człowiekowi, prawdziwa i dokładnie opisująca znane mechanizmy rządzące światem. Christensen nie wybiera zdarzeń wyłącznie dobrych albo złych – książka oparta jest na różnych scenach, z których jedne bawią, a inne smucą, jednak za każdym razem emocje te są równie silne, bo wynikające właśnie z autentyczności.

Do wszystkich opisywanych pozytywów dochodzi tło, o którym nie sposób nie wspomnieć, bo stanowi ważny element całej historii. W oczywisty sposób jego elementem jest muzyka – tytułami rozdziałów są kolejne piosenki Beatlesów, jednak nie tylko oni pojawiają się w książce Christensena. Ogół kultury tamtych lat ma wielki wpływ na bohaterów chociażby przez społeczne rozprężenie, które jest w pewnym stopniu przyzwoleniem dla eksperymentowania – lata 70’ to czasy, gdy muzyka miała ważny przekaz, teksty opisywały trudny świat, a młodzi ludzie czerpali z życia garściami, gromadząc doświadczenia, które niekoniecznie miały pozytywny wpływ na ich późniejsze życie. To właśnie dzieje się z bohaterami.

Takie powieści mogłabym czytać bez końca – ich objętość nie ma znaczenia, bo proza jest tak cudowna, że po prostu chce się czytać dalej. Choć na początku miała problem z wejściem w tę historię, szybko się to zmieniło, a ponad 700 stron skończyło się stanowczo zbyt wcześnie. Autor posługuje się świetnym stylem, nie ma tu żadnych zbędnych słów, faktów, scen, a lektura jest po prostu przyjemnością. Dzięki Bealtesom przeżyłam wspaniałą przygodę, którą na pewno długo będę wspominać i do której z pewnością jeszcze nie raz wrócę. I tak, lubię powieści o dorastaniu, jeśli są napisane z taką dokładnością, uwagą i wrażliwością.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

piątek, 3 czerwca 2016

Tove Alsterdal – „Weź mnie za rękę”


Czasem, choć usilnie staramy się odciąć od przeszłości, dawne sprawy dopadają nas w najmniej spodziewanym momencie. W takiej sytuacji znalazła się Helen – żona, matka, kobieta dojrzała. Spokój, jaki dotąd gościł w jej życiu, został gwałtownie zachwiany, gdy okazało się, że zmarła jej siostra. Policja szybko zamknęła sprawę – wypadnięcie z balkonu idealnie wyczerpywało znamiona samobójstwa – jednak Helen postanowiła nie odpuszczać tak łatwo. Na własną rękę zaczęła prywatne śledztwo, które z chłodnej Szwecji doprowadziło ją aż do odległej Argentyny. Co Charlie robiła w Buenos Aires? I jaki związek może mieć jej wyjazd z matką kobiet, która zostawiła dzieci wiele lat temu, po czym słuch o niej zaginął?

Do powieści Tove Alsterdal miałam już jedno podejście, kiedy kilka miesięcy temu czytałam Grobowiec z ciszy – nie byłam może zachwycona, ale do totalnego rozczarowania również było mi daleko. Pamiętam, że powieść spodobała mi się pod względem obyczajowym i na tę sferę bardzo mocno liczyłam. Niestety, ze smutkiem muszę przyznać, że tym razem tekst autorki zawiódł mnie na całej linii – zanim dobrnęłam do końca, byłam przekonana, że nie dopatrzę się w nim zbyt wielu pozytywnych elementów, a do pisania recenzji nastawiałam się bardzo negatywnie.

Historia opisywana w Weź mnie za rękę rozpoczyna się od śmierci jednej z bohaterek, co jasno wskazuje, że będziemy mieli do czynienia z kryminałem. Nie jest to jednak historia, w której będziemy patrzeć na ręce śledczym – tak jak wspomniałam w opisie, policja praktycznie tu nie występuje, uważa bowiem sprawę za zamkniętą. Mordercy szukać będzie siostra ofiary, która do tej pory nie utrzymywała z nią zbyt zażyłych stosunków – trudne dzieciństwo naznaczone brakiem rodziców rozluźniło więzi pomiędzy kobietami. Teraz jednak Helen decyduje się zagłębić w życie siostry i zrozumieć przyczynę jej śmierci. Cała opowieść snuta jest w modnym ostatnio podwójnym wymiarze – z jednej strony obserwujemy współczesne poczytania bohaterki, z drugiej zaś wydarzenia sprzed blisko 40 lat, w których brała udział matka kobiet. Początkowo może się to wydawać bez sensu, jednak z czasem połączenie między wątkami krystalizuje się.

Niestety, o ile część fabuły dotycząca przeszłości ujęta jest zgrabnie, sensownie i ciekawie, o tyle wydarzenia współczesne (a te zajmują zdecydowaną większość książki) dłużą się i nużą naprawdę niesamowicie. Co gorsza nie da się tego zrzucić na specyfikę historii – skandynawskie kryminały, mimo charakterystycznego klimatu, trzymają w napięciu i wywołują w czytelniku emocje; tutaj natomiast nie ma ich w ogóle. Mimo że czytanie powieści szło mi dość płynnie i nie była ona tak toporna, jak się to czasami zdarza, po kilkuset stronach najzwyczajniej w świecie się znudziłam. Mam wrażenie, że gdyby autorka odjęła książce połowę objętości i opisała jedynie wątki związane z matką kobiet, jej poszukiwaniem ideałów, podróżą do Argentyny i wszystkimi niebezpieczeństwami, które ją spotkały, cała historia byłaby znacznie ciekawsza.

Gdy dobrnęłam wreszcie do końca (a wierzcie mi, długo nie mogłam się do tego zmusić), z zaskoczeniem odkryłam, jak ciekawa i przemyślana jest cała fabuła książki. Podczas czytania można było mieć wrażenie, że niektóre wątki toczą się równolegle i nigdy nie zostaną połączone, tymczasem autorka przygotowała dla nich naprawdę ciekawe rozwiązanie. Pod koniec przyspiesza również akcja – muszę przyznać, że samo zakończenie było naprawdę dynamiczne i pokazało, że autorka potrafi dobrze kreślić wydarzenia. Co zatem sprawiło, że wcześniej tego nie pokazała? Być może przerosła ją fabuła i potrzeba domknięcia wszystkich spraw; być może chciała nazbyt dokładnie przyjrzeć się niekoniecznie potrzebnym szczegółom. Cokolwiek jest przyczyną takiego stanu rzeczy, przyniosło dość nieciekawy efekt – wielka, wielka szkoda.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

sobota, 14 maja 2016

Mons Kallentoft – „Ziemna burza”

Gdy sięgam po książki Monsa Kallentofta, wiem dwie rzeczy: że będzie to tekst dokładnie na tym poziomie, jakiego oczekuję, oraz że zbrodnia będzie miała bezpośredni związek z tytułem. Nie inaczej jest tym razem: opowieść otwiera scena jak z horroru, w której bezpośrednim narratorem jest osoba pogrzebana żywcem. Zdana na łaskę oprawcy, który dostarcza jej tlen i wodę, ofiara może tylko czekać na ratunek ze strony policji; tymczasem na powierzchni toczy się chora gra, w której stawką jest ludzkie życie. Przestępca bawi się z komisarzami w kotka i myszkę, a oni mogą tylko czekać na kolejny ruch z jego strony…

Ziemna burza to trzecia część cyklu o żywiołach, ósma odsłona serii o komisarz Malin Fors i siódma książka Monsa Kallentofta, którą miałam przyjemność czytać. Zdecydowanie jest to mój ulubiony autor kryminałów, więc moja opinia może być w pewnym sensie nieobiektywna, jednak kolejny raz zakończyłam lekturę naprawdę niesamowicie usatysfakcjonowana. Już od pierwszej, mocnej sceny wiedziałam, że coś się zmieni i faktycznie: tym razem charakterystyczne dla autora wstawki z wypowiedzi martwych ofiar zostały zastąpione krótkimi scenami z udziałem ofiary żyjącej i przeżywającej piekło w podziemnym grobie. Taka narracja jest jeszcze bardziej przerażająca i robi na czytelniku duże wrażenie. Jest to o tyle ważne, że do tej pory kryminały autora były dość nierówne – śledztwo toczyło się długo i żmudnie, aby pod sam koniec nabrać dosłownie zawrotnego tempa. W Ziemnej burzy również mamy do czynienia z niebezpiecznie szybkim finałem, jednak mocne elementy we wcześniejszych częściach książki bardzo dobrze to równoważą.

Za każdym razem jestem pod wrażeniem sposobu, w jaki Kallentoft ujmuje w swoich książkach ważne problemy społeczne. Nie inaczej jest tym razem: wykorzystując mordercę eliminującego osoby o skrajnych poglądach, autorowi udało się delikatnie przemycić jakże aktualny w Skandynawii (a właściwie w całej Europie) problem muzułmańskich uchodźców. Nie jest to może tak otwarte i jasne przedstawienie sprawy, jak to miało miejsce w przypadku innych motywów w poprzednich książkach, ale i tak wypada bardzo pozytywnie. Autor udowadnia, że kryminały nie potrzebują wybujałego, nierealnego tła, aby zaistnieć; współczesny świat oferuje nam całą masę problemów, które można skutecznie wykorzystywać w tego typu książkach, są to bowiem sprawy powszechne, znane i wywołujące bardzo dużo skrajnych emocji.

Jedynym aspektem, który nie do końca mi się spodobał, był brak opowieści o życiu prywatnym komisarzy; Ziemna burza jest wyraźnie cieńsza niż poprzednie książki z serii i mam wrażenie, że została uszczuplona właśnie w tym wymiarze. Do tej pory praktycznie za każdym razem otrzymywaliśmy choćby szczątkowe informacje na temat tego, co słychać u poszczególnych bohaterów, co wydawało mi się całkowicie naturalne (przez tyle książek można się naprawdę zżyć z prezentowanymi postaciami). Tym razem niektóre osoby zostały całkowicie pominięte, a co do innych autor pokusił się jedynie o krótkie, zdawkowe sformułowania. Jedyną naprawdę omawianą osobą jest główna bohaterka, Malin Fors, jednak i jej życie zostało opowiedziane bez specjalnej wnikliwości; mimo że przeżywa naprawdę trudne chwile, zabrakło miejsca na roztrząsanie jej problemów. Widzimy, że bohaterka walczy, szarpie się sama ze sobą, a jednak wszystko to jest nieco nijakie, przez co nie czujemy tych samych emocji i tak naprawdę nie widzimy wszystkiego.

W kontekście czwartej części cyklu o żywiołach pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że będzie ona co najmniej równie dobra, jak poprzednie. Przed nami ogień, a to daje duże pole do popisu, jeśli chodzi o wymyślne zbrodnie i całą oś fabularną – jestem pewna, że autor pokusi się o coś niesamowitego. Czekam z niecierpliwością i już zacieram łapki, a w międzyczasie mam zamiar przeczytać dwie książki z cyklu o Malin Fors, które do tej pory pomijałam; mam pewne luki w wiedzy o bohaterce, które zdecydowanie muszę jak najszybciej nadrobić.





Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.

środa, 13 kwietnia 2016

Jørn Lier Horst – „Ślepy trop” [recenzja przedpremierowa]

Muszę się Wam przyznać, że ostatnio miałam totalny czytelniczy zastój. Samo patrzenie na stosy książek „do przeczytania” sprawiało mi trudność i dyskomfort, a gdy podliczyłam, że w marcu udało mi się ogarnąć tylko 4 tytuły, do głosu doszły wyrzuty sumienia. Nic przyjemnego, wie to każdy, kto kiedykolwiek przeżył podobną sytuację. Po Ślepy trop sięgnęłam bez większych nadziei, mocno już zmęczona całym tym stanem i z założeniem, że i tak pewnie zbytnio się nie wciągnę. I tu nadeszło zaskoczenie, bo książkę przeczytałam niemalże jednym tchem!

Sofie Lund stanęła przed bardzo trudnym dylematem – odziedziczyła spadek pod zmarłym dziadku, z którym nie chciałaby mieć nic wspólnego. Z drugiej strony jako samotna matka nie może sobie pozwolić na odrzucenie takiej szansy, w końcu dom i spadek mogą być szansą na lepsze życie dla niej i dla jej malutkiej córeczki. Kobieta nie spodziewa się, że pozostawiony w piwnicy sejf może przysporzyć jej tylu problemów; jego zawartość okazuje się być niezwykle cenna nie tylko finansowo – wewnątrz znajduje się przedmiot ważny dla pewnej kryminalnej sprawy. Sprawy, którą uznano już za zamkniętą…

Jest kilka istotnych cech, dla których bardzo lubię książki Horsta. Choć widać wyraźnie pewne elementy wspólne dla niemal wszystkich skandynawskich kryminałów, jest tu również kilka charakterystycznych i bardzo przyjemnych dodatków. Wisting nie jest typowym bohaterem utytłanym we własnych problemach – właściwie jego głowę zaprzątają głównie sprawy innych ludzi, które stale przedkłada nad własny interes. Dzięki takiemu zaangażowaniu bohatera powieść łączy w sobie wiele różnorodnych wątków: nie tylko kryminalnych, ale też społecznych czy obyczajowych. Co ważne, nie są to elementy dodawane losowo i zaburzające równowagę; wręcz przeciwnie – każdy wątek istotny jest nie tylko dla samego Wistinga, ale też dla prowadzonej przez niego sprawy, co zdecydowanie wpływa na spójność opowieści. Oczywiście można by dyskutować o prawdopodobieństwie życiowym, ale nie ono jest tu najistotniejsze; ważne, że całość jest spójna i sprawia naprawdę dobre wrażenie.

Tym, co moim zdaniem wyróżnia Ślepy trop na tle innych, podobnych opowieści, jest charakter prowadzonej sprawy. O ile stosunkowo wiele mamy kryminałów szeroko zakrojonych, dobrze umotywowanych, o mocnym społecznym tle, o tyle rzadko nacisk położony jest na wewnętrzne rozgrywki w policji. Zwykle nemezis bohatera jest on sam, a także ścigany przestępca, tutaj z kolei do trudności dochodzi pewien rodzaj walki z kolegami po fachu. Wisting będzie musiał wykazać się nie lada odwagą i determinacją, aby podważyć zdanie innych policjantów i ingerować w pozornie zamknięte już śledztwo. Ten wątek, niezwykle ważny dla całej sprawy, poprowadzony jest znakomicie i dostarcza czytelnikom wielu różnorodnych emocji.

Tak jak już wspomniałam, siłą tej książki jest jej wewnętrzna spójność – żaden wątek nie jest przypadkowy, żadna sytuacja nie pozostaje bez znaczenia. Historia utkana jest misternie i naprawdę dobrze, a powolne odkrywanie różnych jej aspektów jest dla czytelnika przyjemnością. Mnie lektura pochłonęła i sprawiła, że znów nabrałam motywacji do czytania, a to zadanie niełatwe w momencie zastoju; tym bardziej jestem pod wrażeniem.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Smak Słowa.
Premiera 14 kwietnia!

poniedziałek, 21 marca 2016

Gard Sveen – „Ostatni pielgrzym”


Nie jest tajemnicą, że uwielbiam kryminały, a w szczególności te, które zawierają pewne nawiązanie do przeszłości. Choć nie pogardzę odniesieniami do żadnej z epok, moim ulubionym tematem jest zdecydowanie II wojna światowa. To trudny i brutalny okres historyczny, w którym wiele się działo, a narosłe wokół niego legendy, stereotypy i szeregi nierozwiązanych spraw do dziś stanowią inspirację dla twórców, w tym również pisarzy. To bardzo wdzięczne tło dla historii zawiłych, niełatwych i emocjonujących – właśnie na te elementy najbardziej liczę, gdy sięgam po podobne powieści.

Z zadowoleniem stwierdzam, że Ostatni pielgrzym zrealizował moje oczekiwania praktycznie na wszystkich płaszczyznach. Teoretycznie jest to kryminał jakich wiele: dwupłaszczyznowy, z odkrywaną równolegle opowieścią współczesną i dawną. Z jednej strony obserwujemy poczynania komisarza, który stara się rozwikłać sprawę odnalezionych szczątków ludzkich, z drugiej zaś sięgamy do czasów II wojny światowej i stopniowo gromadzimy dane o przyczynach bieżącej sytuacji. Obie płaszczyzny doskonale się przenikają i uzupełniają, a równowaga między nimi pozostaje niezachwiana. Nie ma tu niepotrzebnego wybiegania w przyszłość, ani sytuacji, gdy czytelnik jest pod względem wiedzy trzy kroki przed bohaterami i ze znudzeniem obserwuje, jak próbują ustalić to, co on już dawno wie. Zarówno opisywana sprawa, jak i sposób jej ujęcia są ciekawe, interesujące, doskonale trzymają w napięciu i popychają do dalszej lektury.

W kryminałach często bywa tak, że świetny technicznie autor nie jest w stanie stworzyć dopracowanej historii; wydaje mi się, że dla tego gatunku nieco ważniejsza jest opowieść niż to, w jaki sposób została ujęta. Na szczęście w przypadku Sveena nie ma mowy o zawodzie również w kwestii stylu. Autor z równą lekkością kreuje postaci, rozpisuje dialogi i opisuje sytuacje, za każdym razem tworząc obraz, który jest niezwykle przyjemny w odbiorze. Ostatni pielgrzym to kryminał, który nadaje się dla dużego grona odbiorców, bo nie skupia się na detalach – nie męczy i nie szokuje drastycznymi lub rozwlekłymi opisami, jak ma to miejsce chociażby u Lemaitre’a. Ta opowieść jest na tyle szeroko zakrojona, aby czytelnika wciągnąć, a przy tym jest tak dopracowana, że nie pozwala na przerwanie lektury. Mam nadzieję, że będę miała okazję poznać kolejne części cyklu, bo spotkanie z prozą autora było dla mnie naprawdę dużą przyjemnością.






Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Media Rodzina. 

sobota, 5 grudnia 2015

Michael Katz Krefeld – „Wykolejony”


Detekryw Ravnsholdt nie należy do ideałów czy wzorców do naśladowania – od kilku miesięcy przebywa na przymusowym urlopie po tym, jak stracił nad sobą panowanie na komendzie, mieszka na zacumowanej przy nabrzeżu łodzi, upija się do nieprzytomności, wszczyna bójki i ogólnie rzecz biorąc stwarza sporo problemów. Mężczyzna dotkliwie przeżywa stratę żony i związaną z nią bezradność, nie jest w stanie postawić swojego życia na nogi. Dopiero prośba pewnej poszukującej córki kobiety jest dla niego pewnym światełkiem w tunelu. Czy detektywowi uda się pozbierać samego siebie na tyle, by być zdolnym do pomocy komukolwiek innemu?

Historię obserwujemy z trzech perspektyw czasowych: 1980, 2010 i 2013, a w każdej z nich towarzyszy nam inny bohater. Czasy najdawniejsze to opowieść o synu konserwatora zwierząt, zapis rodzinnej tragedii będącej udziałem chłopca. Kolejny jest związany z historią zniewolonej prostytutki, Maszy. Najbliższa współczesności jest natomiast opowieść o życiu Ravna i jego próbie wyjścia z dołka; o prywatnym śledztwie, jakie prowadzi na prośbę pewnej kobiety, oraz o całkiem oficjalnym problemie, z którym boryka się sąsiedni kraj, czyli Szwecja. Bo owszem, oprócz całej masy obyczajowości książka pozostaje kryminałem i mamy w niej trupy oraz tajemniczego, seryjnego mordercę – w Sztokholmie ktoś porywa prostytutki, wybiela ich ciała i umieszcza je na złomowisku niczym figury aniołów.

Wszystkie wymienione wyżej wątki splatają się już od samego początku. Czytelnik wie dokładnie, jakie są powiązania między postaciami i kto jest kim w tej patchworkowej opowieści. To nie jest kryminał, w którym całą naszą uwagę zajmuje pogoń za osobą sprawcy – znamy go, choć częściowo, i stopniowo zbieramy w całość informacje na jego temat. To, co dzieje się w naszej głowie przypomina raczej układanie puzzli, dobieranie do siebie kolejnych pasujących elementów i tworzenie własnego ciągu przyczynowo-skutkowego z danych pochodzących z różnych części opowieści. Dla mnie taka możliwość była bardzo przyjemna, choć w głębi serca liczyłam, że pod koniec czeka jakieś zaskoczenie. I wiecie co? Nie zawiodłam się!

Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie język i styl autora. Krefeld ma niesamowity talent do tworzenia przejmujących opisów – nieważne, czy chodzi o seks, zbrodnię czy bójkę, zawsze jest plastycznie i dokładnie w punkt. Przy tej książce przeżyłam wiele emocji, mimo że rzadko dzieje się tak, gdy czytam kryminały; ten okazał się dla mnie idealny. Podobało mi się też ukazanie świata – zwrócenie uwagi na układy, drogi kariery, rozbieżność między tym, co polityczne, a tym, co społeczne. Autor otwiera nam drzwi do brutalnego miejsca, o którym nikt z nas nie chce myśleć. Z kolei zabawnym dodatkiem było wskazanie charakterystycznych stereotypów panujących wewnątrz Skandynawii; tego, jak oceniają siebie nawzajem Szwedzi i Duńczycy.

Kilka słów warto dodać również na temat postaci – tutaj równie dużo jest wad, co zalet. Główni bohaterowie, czyli Ravn i Masza, wykreowani są spójnie, a ich doświadczenia odwzorowują zachowanie – widać wyraźnie, jak dokonują się w nich zmiany i w jaki sposób wyciągają wnioski z tego, co ich spotyka. Warto jednak wspomnieć, że sam komisarz, choć w niesamowity sposób wzbudza naszą sympatię, nie jest nikim niezwykłym, a przynajmniej w zestawieniu z innymi bohaterami skandynawskich (i w sumie już nie tylko) kryminałów. To kolejna ofiara własnego życia, która nie jest w stanie stanąć na nogi, ale dziwnym trafem po powrocie do pracy nie tylko zaczyna radzić sobie coraz lepiej, ale wręcz przemienia się w superbohatera, który w pojedynkę atakuje całą mafię, z każdej opresji wychodzi niemal bez szwanku, a ewentualne rany leczy w jeden dzień. Inna sprawa, że popkultura potrzebuje takich postaci, a ja sama wprost uwielbiam o nich czytać.

Zbierając w całość wszystkie moje odczucia powiem, że Wykolejony to bardzo dobry kryminał, choć nieco inny niż te, które miałam okazję poznać do tej pory. Owszem, czasem zdarzało się, że równolegle z pracą śledczych obserwowaliśmy działania mordercy, jednak w tym przypadku perspektywa jest jeszcze inna – trzy obrazy składają się razem, uzupełniają i tworzą spójny, przemyślany ciąg. Z przyjemnością odkrywałam fragmenty tej układanki i naprawdę lekko płynęłam przez kolejne strony. Już nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejną część i liczę, że będzie utrzymana na podobnym poziomie.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

środa, 2 grudnia 2015

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Na imię mi Zack”

W małym mieszkaniu znalezione zostają ciała czterech kobiet azjatyckiego pochodzenia – wszystkie zostały brutalnie zamordowane. Jaki mógł być motyw zbrodni? Nienawiść rasowa, chęć upodlenia kobiet, a może zwykła żądza mordu? Tę zagadkę rozwiązać muszą komisarze ze sztokholmskiego wydziału kryminalnego, na czele z Zackiem Herrym, wschodzącą gwiazdą policji. Czy uda im się połączyć w całość wyjątkowo trudne informacje? Czas ucieka, a zagrożenie wzrasta z każdą chwilą…

Prozę Monsa Kallentofta sukcesywnie poznaję już od jakiegoś czasu i jestem bardzo zadowolona – to teksty, które bardzo dobrze wpasowują się w mój gust. W związku z tym logiczne jest, że nie mogłam przepuścić okazji do zapoznania się z najnowszym projektem autora, jaki jest cykl Herkules stworzony we współpracy z pisarzem Markusem Luttemanem. Miałam co do tej książki wiele obaw – bałam się, że rozdźwięk pomiędzy autorami będzie zbyt widoczny lub że, mówiąc wprost, zepsute zostanie to, co tak bardzo lubię u Kallentofta. Na szczęście nic takiego się nie stało – poziom tekstu jest zaskakująco wysoki, moim zdaniem dużo wyższy niż w przypadku cyklu o Malin Fors. Każdy z autorów dał od siebie to, co najlepsze, a efekt jest naprawdę spójny i interesujący.

Jeśli chodzi o fabułę, jest ona bardzo bogata i różnorodna. Wątek kryminalny skonstruowany jest dobrze, ciekawie i ma wszelki potencjał by zaciekawić czytelnika. Choć do jego zbudowania wykorzystano kilka zbiegów okoliczności i sztampowych klisz, nie wypada to jakoś tragicznie; wręcz przeciwnie – w ogólnym rozrachunku prawdopodobieństwo opowieści zostało zachowane. Zagadce kryminalnej towarzyszy ciekawe społeczne tło związane z ważnym i aktualnym problemem konfliktu nacjonalizmu i migracji. Kolejnym elementem jest szereg postaci pierwszo- i drugoplanowych, które przewijają się na kartach powieści. Znów mamy do czynienia z powtarzalną grupą śledczych, z których każdy jest geniuszem na skalę komendy, jednak po raz pierwszy spotkałam się z tym, że bohater sam widzi i wypunktowuje taki stan rzeczy. Duży plus za tę autoironię!

Skoro już jesteśmy przy postaciach, warto poświęcić kilka słów głównemu bohaterowi. Zack właściwie odzwierciedla klasyczne ujęcie współczesnego śledczego – ma trudną historię, nie potrafi poskładać swojego życia prywatnego i jest osobą uzależnioną. Można by powiedzieć, że to powielenie schematu, jednak jest w tej postaci coś, co nie pozwala nam tak myśleć; coś, co intryguje. Przeszłość Zacka, a także jego bieżące postępowanie umotywowane są dobrze, a on sam ukazany jest jako bohater spójny, choć nie do końca ukształtowany, raczej wciąż poszukujący odpowiedzi na wiele pytań. Taka kreacja daje nadzieję na rozwój postaci w przyszłości.

Na imię mi Zack mogę polecić właściwie każdemu fanowi kryminałów, zwłaszcza tych skandynawskich – powieść łączy w sobie wszystko co najlepsze w tym właśnie gatunku. Akcja jest wciągająca, jednak dynamizm nie przesłania sensu opowieści; mamy tu do czynienia z dobrze skonstruowanym tłem, wyrazistymi bohaterami i zbrodnią podszytą poważnym społecznym problemem. Wszystko to razem składa się na książkę intrygującą i najzwyczajniej w świecie dobrą. Nie mogę doczekać się kontynuacji!





Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.

niedziela, 20 września 2015

Jørn Lier Horst – "Poza sezonem"

Zaczynanie kryminalnych serii od środka lub końca to już moja świecka tradycja – nie pamiętam kiedy ostatnio miałam styczność, jak normalny człowiek, z otwarciem jakiejś historii. Nie inaczej jest tym razem, choć w przypadku Poza sezonem mogę zrzucić odpowiedzialność na Smak Słowa (nareszcie nie jest to po prostu moja wina...), gdyż na polskim rynku mamy w tej chwili jedynie trzy ostatnie części cyklu o Williamie Wistingu. Nie dziwcie się zatem, że dziś na tapetę idzie tom 7 – nie umniejsza to w żaden sposób jej wartości, a i ja nie żałuję takiego kontaktu z pisarstwem Horsta.

Sezon wakacyjny dobiega końca, a dzielnica domków letniskowych powoli pustoszeje. Dla drobnych złodziejaszków jest to idealny moment, aby rozpocząć działalność i sprawdzić, jak wiele wartościowych rzeczy pozostało w miejscach wypoczynku. Jednak czym innym jest kradzież, a czym innym morderstwo; sprawa fali włamań nabiera zupełnie innego charakteru, gdy w jednym z domków letniskowych znalezione zostaje ciało mężczyzny. Co wspólnego ze sprawą mają narkotykowi dilerzy i pewien znany dziennikarz? Na to pytanie będzie musiał odpowiedzieć komisarz William Wisting.

Pierwszy raz zdarzyło mi się czytać kryminał, w przypadku którego powolną akcję uznałabym za zaletę. Tutaj żadna sprawa nie umknie opisowi i na pewno zostanie należycie zanalizowana, tempo akcji jest dość niskie, a mimo to przez cały czas czujemy ten cudowny rodzaj napięcia charakterystyczny dla dobrego kryminału. Nie ważne ile pisałby Horst – każde słowo czyta się z przyjemnością, a podczas lektury opisów wyobraźnia czytelnika pracuje na pełnych obrotach; jesteśmy w stanie wyobrazić sobie w równym stopniu miejsce zbrodni, krajobraz i wewnętrzne przeżycia bohatera, bowiem kunszt literacki autora utrzymuje naprawdę wysoki poziom.

Kolejną wielką zaleta jest merytoryczne przygotowanie Horsta. Jako były śledczy doskonale zna kulisy działania policji, a swoją wiedzę aktywnie wykorzystuje podczas pisania. W powieści nie ma miejsca dla bezsensownych zbiegów okoliczności, bo całość jest spójna, przemyślana i doskonale umotywowana – to nie jest oderwany od rzeczywistości kryminał i jestem święcie przekonana, że podobna sytuacja mogłaby mieć miejsce naprawdę. Horst nie stara się operować skrajnościami, jak na przykład Kallentoft; on ze zwykłych zdarzeń splata interesującą i misterną intrygę, która niesamowicie wciąga czytelnika.

Niesamowicie podobało mi się również ukazanie kontrastu światów – Norwegii i Litwy; bogatego, cywilizowanego i uporządkowanego narodu wraz z krajem biednym i pełnym różnie pojętej anarchii. Gdy Wisting odwiedza inny kraj, nie może otrząsnąć się z szoku – poziom życia, ceny, sposoby zarobkowania i stosunek ludzi do prawa budzą w nim wiele sprzecznych uczuć. Dzięki tej płaszczyźnie kryminał nabiera również ciekawej płaszczyzny społeczno-obyczajowej, co dodatkowo nadaje mu wartości.

Po pierwszym spotkaniu z twórczością Horsta jestem zachwycona. Kolejny raz skandynawski kryminał bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i chyba mogę już powoli dołączać do grona fanów tego specyficznego gatunku. Najchętniej poznałabym od razu wszystkie pozostałe książki autora, ale niestety jest to niemożliwe; póki co musi mi wystarczyć egzemplarz Psów gończych, który czeka na mojej półce na swoją kolej. Nie mogę się doczekać!





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Smak Słowa.

wtorek, 18 sierpnia 2015

J.K. Johansson - "Laura", "Noora"


Palokaski to miasteczko z dużym pechem i pewną nierozwikłaną tajemnicą w zanadrzu - gdy podczas pożegnania wakacji znika popularna nastolatka, wielu mieszkańców przypomina sobie sprawę sprzed lat, która dotąd nie znalazła rozwiązania. Jak będzie tym razem? W śledztwo zaangażowane są nie tylko odpowiednie służby - pomaga im również Miia, była policjantka, specjalistka od internetowej przemocy, obecnie rozpoczynająca pracę szkolnego pedagoga. Jak to zwykle bywa, bohaterka będzie musiała zmierzyć się nie tylko z naglącym czasem, ale też otoczeniem i własnymi, uśpionymi demonami.

Tym, co rzuca się w oczy już na początku i co ma znaczenie praktycznie dla całej lektury, jest fakt, że książkę czyta się naprawdę niezwykle szybko. Z jednej strony to zasługa wydania (spora czcionka i marginesy), z drugiej faktu, że opowieść nie należy do obszernych (około 250 stron); swoje jednak dokłada również lekkie pióro i dość wartka akcja. Na pewno nie jest to ciężki kryminał wymagający refleksji, nie ma też przytłaczającego klimatu i absolutnie nie nadaje się, aby zająć nim długie godziny. Jest za to idealny na lato - niewymagający, ciekawy i intrygujący.

W treści książki można wyróżnić dwa ważne aspekty. Po pierwsze, chyba nigdy dotąd nie sięgnęłam po skandynawski kryminał, który miałby tak mało specyficznego klimatu. Próżno tu szukać sztampowej, mroźnej atmosfery, surowej pogody czy chłodnych relacji międzyludzkich - autorzy skupili swoją uwagę na czymś zupełnie innym. Prezentowana opowieść mogłaby wydarzyć się gdziekolwiek, a to ze względu na postaci ukazane w zglobalizowanym otoczeniu internetowego świata. To właśnie owa druga, charakterystyczna rzecz - duże skupienie na nastolatkach i ich życiu. Tuż obok głównego wątku związanego z zaginięciem tytułowej bohaterki toczy się mnóstwo mniejszych lub większych historii - jest walka o akceptację, jest lęk przed społeczną presją oraz problemy z rodzicami; w mikroskali obserwujemy, jak niebezpiecznym narzędziem jest internet i jak łatwo można dzięki niemu złamać komuś karierę, a nawet życie. To ta część opowieści jest wielką siłą Laury i wypada dużo lepiej niż sam wątek kryminalny.

Niestety, muszę powiedzieć, że jest to książka, którą kończy się z poczuciem wielkiego, wielkiego rozczarowania. Praktycznie przez cały tekst jesteśmy prowadzeni do finału, który - przynajmniej w moim odczuciu - nie jest w żadnym stopniu satysfakcjonujący. Sprawa kończy się szybko, a jej uzasadnienie pozostawia niedosyt - nie tylko w nas, ale i wśród bohaterów, co daje jednak pewną nadzieję na rozwój akcji w kolejnej części cyklu.

~*~ 

Jak zatem na tym tle wypada drugi tom opowieści? Przede wszystkim należy wspomnieć, że jest on bezpośrednią kontynuacją wydarzeń opisywanych w Laurze - do miasteczka Palokaski trafiamy niemal dokładnie w momencie, w którym je opuściliśmy, a na samym początku książki mamy mnóstwo scen wiążących obie książki w całość. Może to zdanie jest efektem tego, że czytałam teksty jeden po drugim, ale jak na mój gust owych scen było za dużo - zdążyłam się porządnie znudzić, zanim właściwa akcja nabrała tempa; z drugiej strony pewne jest jedno - jeśli czytaliście książki w dużym odstępie czasu, z pewnością będzie Wam dane przypomnieć sobie wszystkie ważniejsze fakty.

Przy lekturze Noory zmienia się nasze podejście do prezentowanej treści. Po pierwszym tomie nie byłam już w stanie spodziewać się niezwykłych rozwiązań i zwrotów akcji, za to zaczęłam postrzegać opowieść całościowo, nie zaś jak odrębne historie. Spodziewałam się, że nie wszystko znajdzie swoje wyjaśnienie w drugiej części i miałam rację - choć pojawia się kilka odpowiedzi, na czytelnika czekają również nowe niewiadome. Widać wyraźnie, że trylogia jest dokładnie zaplanowana, a autorzy mają na nią pomysł i od samego początku świadomie dawkują nam informacje.

Drugi tom niesie również więcej bezpośredniej refleksji nad sytuacją bohaterów - zarówno ogólnie pojętej młodzieży, jak i konkretnych osób w różnych przedziałach wiekowych. Mamy okazję lepiej poznać postaci, które pojawiły się w pierwszej części - wciąż obracamy się w tym samym gronie, a wątki poboczne zyskują dużo większe znaczenie. W tym względzie również coraz wyraźniejszy staje się ogólny zamysł, dzięki któremu to, co dotąd niepowiązane, okazuje się mieć spore, wspólne znaczenie.

Podsumowując całość mogę powiedzieć tylko jedno - z wielką niecierpliwością czekam na trzeci tom, który (jak sugeruje sam tytuł) ma wyjaśnić wszelkie niedomówienia związane nie tylko ze współczesnymi sprawami, ale i zagadką sprzed lat. Gdy już udało mi się dostrzec w książkach całościowy zamysł, stałam się niesamowicie ciekawa rozwiązań i ostatecznego pomysłu, który zrodził się w głowach autorów. Mam nadzieję, że już niebawem będzie mi dane przekonać się, do czego to wszystko zmierzało.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

środa, 27 maja 2015

Anton Marklund - "Przyjaciele zwierząt"

Johannes ma siedemnaście lat i znacząco różni się od swoich rówieśników; choruje na autyzm, co mocno zmienia jego podejście do otaczającego świata. Chłopak inaczej rozumie rzeczywistość, na swój sposób przyswaja informacje, a mimo to łaknie akceptacji nie mniej niż przeciętny nastolatek; z tego powodu niejednokrotnie jest wykorzystywany.

Po zapoznaniu się z opisem i kilkoma opiniami spodziewałam się książki, w której pierwsze skrzypce odgrywać będzie choroba. Muszę przyznać, że mocno się zdziwiłam, bo choć autyzm w oczywisty sposób odciska swoje piętno na bohaterze i zdarzeniach, które są jego udziałem, to nie on wysuwa się na pierwszy plan. Tak naprawdę książka Marklunda jest historią o sprawstwie i fatalizmie, jakie są udziałem człowieka; o przypadkach, nic nie znaczących zdarzeniach, które w odpowiednim kontekście są w stanie urosnąć do rangi kamieni milowych; o tym, że trzeba uważać na słowa, bo nigdy nie wiemy, co stanie się z nimi dalej.

Opowiadaną historię poznajemy z trzech perspektyw - Johannesa oraz obojga jego rodziców. Każda z tych osób jest inna i opowiada te same wydarzenia na swój własny sposób - główny bohater mimo prawie dorosłego wieku ma umysł dziecka, jego matka dystansuje się do życia w rozpaczliwej próbie jego zrozumienia, natomiast ojciec ucieka w świat reguł i zewnętrznego spokoju. Zabieg powtarzania tych samych scen z różnych punktów widzenia jest ciekawy i dobrze nakreśla problem. Choć czytelnik otrzymuje tylko wybór migawek z życia bohatera, w dodatku ułożonych niechronologicznie, nie ma poczucia jakiegokolwiek braku. Wszystko, co ważne, zostało powiedziane.

Przyjaciele zwierząt nie są książką łatwą - to mroczna i przytłaczająca historia, której poznanie odciska piętno w naszej świadomości. Powolny, oszczędny skandynawski styl dodatkowo potęguje trudne odczucia i absolutnie nie pomaga w odbiorze, a jednak pasuje tutaj idealnie. W historii Johannesa próżno szukać szczęśliwych zbiegów okoliczności czy szerokich wyjaśnień - to w gruncie rzeczy prosta opowieść, która prowadzi do jasnego zakończenia. Oszczędna forma podkreśla najważniejsze aspekty historii, a całość pozostawia odbiorcę pełnego emocji i refleksji. Poza tym autor pięknie posługuje się językiem i metaforą.

Sama nie wiem, co mogłabym dodać. To książka trudna, jednak warto ją znać.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

niedziela, 22 marca 2015

Lars Saabye Christensen - "Odpływ"


Nie lubię powieści o dorastaniu, choć może właściwsze byłoby określenie, że „nie lubię się z nimi” – zawsze mam wrażenie, że chłód w tej relacji jest obustronny i utrudnia wzajemną komunikację. Prawdopodobnie z tego powodu odczuwałam dyskomfort w pierwszym kontakcie z powieścią Christensena – mimo że młody bohater ewidentnie dążył do wewnętrznych zmian, było mi w tym świecie niesamowicie dobrze. Może dlatego, że powieść porusza wiele innych dylematów? A może ze względu na piękno poetyckiego języka? W każdym razie skończyłam lekturę niesamowicie zadowolona (i właśnie zdałam sobie sprawę, że zaczęłam tę recenzję od końca…).

Tekst nie jest jednolity, choć łączącą go osią jest osoba narratora; Chris to uznany skandynawski pisarz i poeta. W pierwszej części książki towarzyszymy mu w retrospektywnej podróży w świat wspomnień z dzieciństwa – bohater zaprasza nas nad zatokę Oslofjorden dokładnie w roku historycznego lądowania człowieka na Księżycu. Gdy wszyscy czekają na ten przełomowy dla ludzkości moment, w letnim skwarze odbywa się rozwój niezwykłego młodego człowieka. Chris zmaga się z samym sobą, jak również z budzącymi się w jego wnętrzu emocjami związanymi z buntem, ale też przyjaźnią, zakochaniem czy zwykłą ludzką chęcią odrębności. W jego umyśle rozgrywają się dylematy, które zaważą na dalszym rozwoju; chłopak widzi coraz więcej, dostrzega wielowymiarowość świata i niejednokrotnie gubi się w tym, co go otacza.

Historię Chrisa przerywa wtrącenie, jego dzieło powstałe wiele lat po wydarzeniach z roku 1969. Ta swoista „książka w książce” jest historią człowieka rozpoczynającego pracę jako Pośrednik w mieście, o którym nie można powiedzieć nic dobrego; do jego zadań należeć ma oznajmianie rodzinom wszelkich złych nowin na temat ich najbliższych. To przepiękna, metaforyczna opowieść i największy atut książki Christensena – o ile pierwszą częścią można się zainteresować, druga umożliwia całkowite zatracenie. Znajdujemy tutaj refleksję na temat żałoby, życiowych celów, wagi wspomnień i roli, jaką sami im nadajemy. To także szeroki obraz straty – jej definicji, ale też sposobów przeżywania.

Nie sposób nie wspomnieć o pisarskim warsztacie autora. Styl Christensena odbiega nieco od standardowego, chłodnego i minimalistycznego tonu skandynawskich twórców; na pierwszy rzut oka widać, że autor jest kimś więcej niż pisarzem. Jego tekstu nie można przeskakiwać czy czytać nieuważnie, a to ze względu na niesamowite wręcz dopasowanie – jeśli przyjrzeć się mu bliżej, okazuje się, że nie ma ani jednego zbędnego słowa, nadprogramowego wyrażenia, a całość komponuje się niemal idealnie. Uwagę zwraca również mnogość tematów, poruszonych w opowiadanych historiach, które na pierwszy rzut oka zdają się być całkiem proste – tak naprawdę nie wymieniłam nawet połowy znaczeń i poziomów, które wprawne oko mogłoby tu odnaleźć. To najlepiej świadczy o możliwościach pisarza i jego zdolności do tworzenia dzieła pełnego, dogranego do każdego, najmniejszego nawet faktu.

Proza Christensena urzekła mnie pod każdym względem. To pisarz, który wie, czego chce i realizuje swoje zamysły w sposób pełny i wielowymiarowy. Do gustu przypadły mi obie odsłony powieści, choć w oczywisty sposób wywołały one różne odczucia; obie jednak zachęcają do refleksji i dostarczają literackiej przyjemności. Spotkanie z twórczością norweskiego pisarza było dla mnie prawdziwą radością i już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po wielokrotnie nagradzanego Półbrata.


Za egzemlarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

sobota, 21 lutego 2015

Mons Kallentoft - "Duchy wiatru"

Spółka Merapi zajmuje się prowadzeniem domów opieki. Jak się okazuje, można na tym nieźle zarobić, zarówno podczas działalności, jak i przy sprzedaży ośrodków; do tej ostatniej potrzeba jednak względnie dobrych rekomendacji. Z tym właśnie problemem boryka się przedsiębiorstwo – od pewnego czasu jeden z pensjonariuszy stale narzeka na poziom opieki i gotów jest poruszyć całą opinię publiczną, byle tylko nagłośnić sprawę. Szefowi Merapi zdaje się, że gorzej być nie może, jednak właśnie wtedy rzeczony pensjonariusz zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju na terenie jednego z ośrodków spółki. Wygląda to na samobójstwo, jednak sztab komisarzy podczas wykonywania rutynowych prac zaczyna mieć wątpliwości…

Tym razem na kartach powieści w szerokim opisie zbiegają się losy komisarz Malin Fors i jej córki, Tove. Matka zdaje się oddawać pałeczkę młodszej bohaterce i ustępuje nieco pola, ponieważ obie występują tutaj jako pełnoprawne bohaterki. Dorosła już Tove dochodzi do głosu i na naszych oczach ukazuje swój całkiem nieźle ukształtowany charakter – podejmuje świadome decyzje, choć wciąż jeszcze zdaje się uciekać – od trudności, od matki, od nieuchronnych genetycznych skłonności. W powieści duży nacisk położony jest na psychologiczne motywy postaci, ich charakter i temperament, co szczerze uwielbiam. W dodatku analiza ta dotyczy nie tylko potencjalnych sprawców; Malin patrząc na nich, rozmyśla o samej sobie i jak w lustrze obserwuje własne zachowania w oczach ludzi chciwych i zapatrzonych w siebie.

Sam wątek kryminalny jest poprowadzony ciekawie i dynamicznie; nie ma może szalonych zwrotów akcji, ale całość jest odpowiednio wyważona. Poza tym znów do samego końca nie spodziewałam się, kto może być sprawcą – moje myśli pobiegły w zupełnie innym kierunku, a ten prawdziwy zupełnie sobie odpuściłam. Bardzo mi się to spodobało, bo bądź co bądź lubię być zaskakiwana, a autorom kryminałów coraz częściej się to nie udaje. Książka porusza również ważny wątek społeczny, jakim jest system opieki nad osobami starszymi. Bezlitosne spółki, szukające oszczędności gdzie tylko można, personel pracujący ponad siły, ludzie leżący po kilka godzin we własnych odchodach, bezsilność jednostki w walce z systemem… Z książki wyłania się obraz trudny i mało optymistyczny jednak nie jednowymiarowy; pośród całej tej niechęci są ludzie, którzy są pełni entuzjazmu i chęci do pracy, do zmian.

Ciekawie jest tutaj rozwiązana kwestia budowania napięcia – opowieść teoretycznie ma jedną, główną drogę, ale oprócz standardowej, opowieściowej narracji mamy też fragmenty, w których w pierwszej osobie wypowiadają się ofiara i sprawca. Pierwszy zabieg jest znakiem rozpoznawczym autora i nie zdradza nam zbyt wiele, gdyż zmarły zdaje się nabywać informacje o swojej śmierci dopiero w toku śledztwa. Jednak druga część, zawierająca przemyślenia i plany zbrodniarza, sprawia, że w pewnym sensie czytelnik wie więcej niż komisarze, stoi krok przed nimi. W ten sposób rozumiemy więcej zagrożeń i możemy dużo bardziej się emocjonować.

Na koniec chciałabym wspomnieć o dwóch malutkich minusach. Kallentoft stworzył dwa powieściowe cykle – jeden oparty na porach roku, drugi na żywiołach.  Z reguły (nie powiem „zawsze”, bo nie wszystkie tomy już czytałam) było tak, że tytuł był w jakiś sposób odzwierciedlony w treści książki – czy to poprzez aurę, pogodę, czy też przewijał się w kontekście ofiary. Tutaj nie mamy podobnej sytuacji, bo wiatr zostaje wspomniany ledwie kilka razy, w dodatku bez większego przekonania. Niby nic, ale trochę brakuje mi tego charakterystycznego klimatu, który dotąd towarzyszył mi podczas lektury książek autora. Drugim mankamentem jest fakt, że wciąż nie wiemy po co w poprzednim tomie pojawił się wątek Elin Sand. Kim jest ta dziewczyna? Jaką tajemnicę skrywa? Już drugą książkę drobimy wokół niej i tylko lekko zahaczamy o jej świat – szczerze mówiąc nie wiem, czy nie trwa to odrobinę za długo. Wewnątrz jednego tomu mamy wystarczająco dużo niedomówień, a rozwleczony na kilka tomów wątek nie jest w stanie wzbudzać ani niepokoju, ani wielkiego zainteresowania.

Bardzo, bardzo podobają mi się postępy, jakie robi autor – z każdym tomem opowieść napisana jest z większym wyczuciem i coraz wyższą jakością. Kallentofta z książki na książkę czyta się coraz lepiej, choć zapewne są elementy, które denerwować będą i tak. Wypowiedzi osób zmarłych nie znikają i obawiam się, że nie znikną – to już znak rozpoznawczy autora i cieszy mnie, że z niego nie rezygnuje, a jedynie szlifuje swój pomysł doprowadzając go do perfekcji. Trochę brak mi charakterystycznego klimatu, ale wierzę, że w kolejnej książce, której motywem przewodnim będzie ziemia, wrócimy do znanego poziomu. W międzyczasie mam przed sobą jeszcze tom 4 i 5 – mam nadzieję, że umilą mi oczekiwanie.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

środa, 7 stycznia 2015

Salla Simukka - "Białe jak śnieg"

Pierwsza część przygód Lumikki Andersson interesowała mnie jeszcze jako zapowiedź wydawnicza, potem jednak zapomniałam o niej na dobrych kilka miesięcy. Historia, owszem, wydawała się interesująca, nie przewidziałam jednak, że trylogia w takim stopniu zawładnie moim sercem, skutecznie wciągając w swoją fabułę; chciałam więcej i więcej. Dzięki Sylwkowi drugi tom trafił w moje ręce niemal bezpośrednio po lekturze pierwszego, a ja pochłonęłam go niemal od razu. I choć do lektury zasiadałam z głową pełną oczekiwań, absolutnie się nie zawiodłam – kolejny raz bawiłam się świetnie i jestem absolutnie pewna, że podobnie będzie w przypadku trzeciej części.

Po wydarzeniach z pierwszego tomu Lumikki postanawia odpocząć – udaje się w samotną podróż do Europy Środkowej by spędzić kilka dni w Pradze i nacieszyć się latem. Dziewczyna kolejny raz poprzysięga sobie trzymanie się z dala od kłopotów i tajemnic innych ludzi, jednak te znajdują bohaterkę same – podczas zwiedzania zaczepia ją dziewczyna, która twierdzi że… jest jej siostrą! Lumikki nie podejrzewa, że wchodząc w bliższą relację z nieznajomą znów wpakuje się w kłopoty; tym razem przyjdzie jej zmierzyć się z siłami religijnej sekty.

W porównaniu z pierwszym tomem historia jest znacznie bardziej prawdopodobna i nie przypomina aż tak bardzo ciągu nierealnych zdarzeń rodem z kreskówki. Owszem, bohaterce wszystko udaje się w sposób niemal magiczny, a los zawsze ma dla niej na podorędziu jakiś zestaw podejrzenie szczęśliwych zbiegów okoliczności, ale wszystko to jest dopuszczalne w tego typu powieściach. Tematyka sekty ze względu na swoje osadzenie w rzeczywistości wymusza większą autentyczność i jest ona zachowana – prawidłowo oddane są mechanizmy rządzące podobną organizacją oraz jej atmosfera. Dzięki takiej konstrukcji czytelnik przeżywa dużo silniejsze emocje! Podobnie jak w poprzedniej części akcja w pewnej chwili zaczyna gnać do przodu i nie odpuszcza aż do ostatniej strony.

Wciąż jestem pod wrażeniem kreacji głównej bohaterki. Kończąc Czerwone jak krew bałam się, że w kolejnym tomie zabraknie ciekawych aspektów przeszłości i osobowości Lumikki, które czytelnik mógłby z pasją odkrywać. Nic bardziej mylnego! Jak się okazuje, niedopowiedzeń było znacznie więcej, niż się spodziewałam, a ich stopniowe ujawnianie znów biegnie obok głównej osi zdarzeń, wspaniale ją urozmaicając. Poznajemy co nieco z przeszłości dziewczyny, ale żadna informacja nie jest nam podana tak po prostu – to raczej urywki, migawki, fragmenty wspomnień, wdzierające się do świadomości bohaterki i poddawane przez nią analizie. Nie są to może opowieści tak głęboko warunkujące jej osobowość, jak to było w przypadku zdarzeń ujawnionych w tomie pierwszym, ale mimo wszystko pozwalają nieco lepiej poznać Lumikki. Dodatkowo autorka i tym razem pozostawia czytelnika z niedopowiedzeniami, na rozwiązanie których musimy czekać do premiery następnego tomu.

Na koniec drobna uwaga – na początku miałam żal do autorki za wykorzystanie motywu kolorystycznego z Królewny Śnieżki, a tym bardziej poprzestawianie kolejności opisywanych barw – jakoś mi to przeszkadzało, bo sądziłam, że zabieg jest pustym chwytem, zapewniającym ładne brzmienie  tytułów. Jestem zaskoczona faktem, że kolory naprawdę mają związek z fabułą i widzę, że ich przestawienie jest celowe. Poza tym już martwię się, co okaże się głównym motywem w trzecim tomie, skoro jego tematem przewodnim jest czerń…