Gdzieś w odmętach morskiej wody mieści się tajemnicze królestwo Miromary – kraj rządzony przez kobiety (syreny) w prostej linii pochodzącej od Moruadh, legendarnej matki-założycielki. Choć władza jest tu dziedziczna, małżeństwo przyszłej władczyni zawsze pozostaje sprawą otwartą i istotną ze względu na polityczne sojusze. Zaręczyny następczyni tronu są bardzo ważne dla państwa i łączą się z pokazem siły razem dając spektakularne święto zwane Dokimi. To do niego przygotowuje się córka obecnej królowej, Serafina – młoda syrena, której spokój już niebawem zostanie zburzony. Dziewczynę dopada tajemniczy sen, który karze jej porzucić wszystko co znała i poddać się przeznaczeniu, jakim jest ratowanie podwodnego świata przed unicestwieniem. W obliczu nadchodzących wydarzeń będzie zmuszona potraktować go naprawdę poważnie…
Wielki błękit to pierwsza odsłona czterotomowego cyklu Saga ognia i wody inspirowanego baśniami i mitologią. Na potrzeby swojego pomysłu autorka stworzyła naprawdę ciekawy świat, który z jednej strony jest zupełnie inny od ludzkiego, a z drugiej bardzo przyjemnie z nim współistnieje. Podwodna kraina jest w pewien sposób wpleciona w znaną nam rzeczywistość i świetnie do niej pasuje; nie odczuwamy w tym zakresie żadnych poważniejszych zgrzytów. Syreny w swym postępowaniu są bliskie ludziom, cechują się podobnymi pragnieniami, uczuciami i potrzebami, a więc ich zachowanie jest dla nas łatwe do przyswojenia, a główna bohaterka, mimo że nie jest człowiekiem, jest nam równie bliska co pozostałe przedstawicielki powieści dla młodzieży. Jest jednak jedna podstawowa różnica: Serafina, choć dopiero stoi u progu dorosłości, jest istotą dużo sprawniej myślącą niż większość swoich książkowych rówieśniczek – na początku książki jej umysł zaprzątają naprawdę różne sprawy, także te mniejszej wagi, jednak w obliczu zagrożenia dziewczyna jest w stanie skupić się na właściwym celu i zadaniu, które ma do wykonania.
Jednak postać Serafiny nie jest jedyną, która pojawia się na kartach powieści – już sama fabuła przewiduje co najmniej pięć innych równie ważnych bohaterek. Muszę przyznać, że chociaż bałam się takiej mnogości osób, pomysł wydaje się mieć całkiem spory potencjał. Już po małej próbce, jaką otrzymujemy w części pierwszej, widać wyraźnie, że bohaterki są różne i mają nie tylko indywidualną historię, ale też zestaw charakterystycznych cech. Jeśli to właśnie one mają być kluczem do całej zagadki i główną osią opowieści, sukces jest gwarantowany.
Jeśli chodzi o treść książki – również pod tym względem nie mam jej czego zarzucić. Już od pierwszej strony wciągnęłam się w opowieść, mimo że teraz, z perspektywy czasu, proporcje fabularne wydają mi się nieco zaburzone. Gdy szukałam jednego z fragmentów, zauważyłam, że wstęp do głównych wydarzeń był dość długi, natomiast zakończenie bardzo krótkie, jednak podczas lektury zupełnie tego nie odczuwałam. Warto też pamiętać, że powieść będzie rozłożona na większą liczbę tomów i to w ich kontekście należy rozpatrywać ogólne wyważenie fabuły. W Wielkim błękicie autorce udało się wyrównać proporcje pomiędzy wprowadzeniem czytelnika w nowy świat, a nadaniem akcji dynamizmu; przy tej książce nie ma szans na nudę, bo zawsze znajdzie się jakiś interesujący element, który popchnie czytelnika do dalszej lektury.
Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o wydaniu. Pod względem wyglądu wewnętrznego książka przypomina te dla młodszego odbiorcy, co może być mylące – mamy tutaj dużą czcionkę i uszlachetnienia na początku rozdziałów, wewnątrz okładki znajdziemy również mapę mórz, a wszystko to robi mniej „dorosłe” wrażenie niż miało to miejsce chociażby w przypadku Pojedynku. Jednak tym, co naprawdę zwraca naszą uwagę, jest okładka – piękna i lekko mroczna syrena, a także połyskujące litery tytułu. Niestety, te ostatnie przegrały starcie z torebką już przy pierwszej podróży i zwyczajnie się wytarły, co chyba nie powinno się stać… Na szczęście nie jest to element, który mógłby zagrozić ogólnej ocenie.
Wielki błękit to książka, która pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie. Znajdziemy tu wartką akcję, ciekawy pomysł i dobrze skonstruowany świat umiejętnie wpleciony w znaną rzeczywistość. Do tego dochodzi interesująca fabuła i bohaterowie o wielkim potencjale. Czego chcieć więcej? Kolejna część ląduje na mojej liście „do przeczytania” i mam wielką nadzieję na pojawienie się kolejnych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielona Sowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielona Sowa. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 9 lutego 2016
środa, 4 listopada 2015
Marie Lu – „Legenda. Wybraniec”, „Legenda. Patriota”
Długo zastanawiałam się, w jaki sposób opisać książki Marie Lu. Pierwszy tom trylogii Legenda czytałam już dawno i niewiele z niego pamiętałam, ale skusiłam się w końcu na dokończenie serii, skoro mam ją całą na półce. Miałam zamiar przeczytać jedną część, odłożyć ją, a za finał zabrać się dopiero po dłuższym czasie, jednak po prostu nie byłam w stanie – Wybraniec wieńczy tak perfidny cliffhanger, że głęboko współczuję tym, którzy w chwili czytania nie mieli pod ręką ostatniego tomu. Ja miałam, więc można powiedzieć, że pochłonęłam oba za jednym razem, a co za tym idzie nie jestem w stanie oceniać ich osobno – to, co dzieje się w Patriocie całkowicie zmieniło moje spojrzenie na trylogię.
Jeśli chodzi o fabułę, to nie zdradzając zbyt wiele mogę powiedzieć, że akcja przenosi się na wyższe szczeble władzy. Day (rebeliant, który od lat sabotuje działania państwa, a obecnie chce odzyskać porwanego brata) oraz June (byłe „cudowne dziecko Republiki”, chwilowo poszukiwana za pomoc przestępcy) zmieniają front i przyłączają się do przeciwników państwa. Każde z nich otrzyma zadania na miarę swoich możliwości, jednak czy ich wykonanie przyniesie jakiekolwiek zmiany? Bohaterowie będą musieli spojrzeć szerzej i zrozumieć skomplikowaną sytuację polityczną, a następnie dokonać własnych, bardzo trudnych wyborów.
Już w drugim tomie dowiadujemy się więcej na temat świata przedstawionego. Horyzonty bohaterów poszerzają się, a w raz z nimi rośnie również nasza wiedza – czytelnik dowiaduje się, jak wygląda świat poza Republiką, jak rozkładają się siły polityczne i jakie były przyczyny globalnego kryzysu. Historia ludzkości wymyślona przez Marie Lu jest spójna, autentyczna i wiarygodna, a ilość informacji dokładnie odzwierciedla zapotrzebowanie – dostajemy ich na tyle dużo, że nie czujemy się zignorowani, ale z drugiej strony nie zdążymy się nimi znudzić, bo przedstawiane są przy okazji, nie zaś w niekończących się wywodach.
Bardzo ważnym elementem powieści są bohaterowie – perspektywa dwóch narracji (przeplatających się rozdziałów) pozwala lepiej ich poznać i zrozumieć motywy ich działań; autorce udało się w pełni wykorzystać potencjał takiego zabiegu. Jeśli chodzi o samą kreację postaci, trzeba przyznać, że są to bohaterowie z krwi i kości. Oboje są inteligentni – analizują sytuację, przeżywają uzasadnione rozterki i dopiero uczą się poznawania własnych emocji. Jedyne, co do czego mam zastrzeżenia, to fakt, że nie zawsze zachowania postaci są adekwatne do ich wieku – zdarzało się, że przez działania polityczne i intelektualne zapominałam, że to nastolatkowie, a gdy przyszło mierzyć się z ich sercowymi rozterkami, byłam rozczarowana, jak bardzo są dziecinni.
Ze względu na specyfikę narracji i nacisk na dwoje głównych bohaterów, wątek miłosny jest tu dość mocno uwypuklony, choć przyznać trzeba, że nie bierze powieści we władanie. Marie Lu wykazała się dużą dojrzałością w kreowaniu sytuacji i doskonale rozgranicza czas na politykę i czas na miłostki. Te dwa światy w oczywisty sposób przenikają się, ale tylko do pewnego momentu – nikt tu nie analizuje związku, gdy na głowy spada grad pocisków. Dodatkową zaletą jest barwność relacji Daya i June – są skrajnie różni, pochodzą z dwóch końców społecznej drabiny, a ich poglądy okazują się być odmiennie. W pewnym momencie przepaść między nimi pogłębia się z każdą stroną, a do tego każde z nich ma przy sobie inną, bliską osobę.
W tym miejscu, a także w wielu innych punktach książki, widać wyraźnie, jak dokładnie autorka przemyślała swoją koncepcję tekstu. To nie jest cykl, w którym kolejne tomy pisane są na bieżąco i na szybko, bez uprzedniego rozpisania fabuły; tutaj detale okazują się mieć znaczenie, a pozornie nieznaczące elementy urastają z czasem do rangi kamieni milowych fabuły. Przyjemnie jest obserwować i odkrywać wszystkie te zależności.
Chociaż pierwszy tom mnie nie porwał (prawdę mówiąc nie pamiętam swoich odczuć, ale zajrzałam do własnej recenzji), cieszę się, że w końcu zebrałam się w sobie i przeczytałam kolejne. Dzięki temu mam na swoim czytelniczym koncie kolejną perełkę, którą naprawdę warto znać. Jeśli szukacie dystopii przemyślanej, inteligentnej i wciągającej, to cykl Legenda zdecydowanie się w te cechy wpisuje – autorka nie szczędzi nam emocji, ale też proponuje świetnie skonstruowany świat i dopracowaną fabułę. Nazwisko Marie Lu to marka – taka myśl będzie mi towarzyszyła podczas poznawania Malfetto i mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Rebeliant | Wybraniec | Patriota
środa, 19 lutego 2014
Marcin Mortka - "Dom pod pękniętym niebem"
Niecałe pół roku temu miałam ogromną przyjemność rozpocząć
swoją czytelniczą przygodę z twórczością Marcina Mortki. W moje ręce wpadło
„Miasteczko Nonstead” i niemal od razu zakochałam się w lekkiej grozie, jaką
przesycona jest ta książka. Gdy dowiedziałam się, że wydany został „Dom pod
pękniętym niebem” nie wahałam się ani chwili – tekst stał się moją obsesją, a
tego, co znalazłam w środku, absolutnie się nie spodziewałam.
Wszelkiego rodzaju opisy – okładkowy, no i te dostępne w
Internecie – nie mówią o historii zbyt wiele. Oto siedmioro nastolatków
(przyjaciółeczki: prymuska i hipiska, szkolny playboy, gothka-plotkara, dwóch
nerdów i outsider) wybiera się na biwak z indiańskim przewodnikiem. Nocą
zaczyna dziać się coś dziwnego, daleko wykraczającego poza żart, jakiego
dopuścił się chłopak, chcący zaliczyć „drugą bazę”… Złowieszczy śmiech, nagrany
na przygotowaną przez niego taśmę, jest niczym w porównaniu z wydarzeniami, z
jakimi będą musieli zmierzyć się nastolatkowie. Świat, który znali, zmienił się
nie do poznania, a każdy, kto tej nocy nie przebywał na łonie Matki Natury,
pozbawiony został człowieczeństwa. Dookoła zaroiło się od dziwnych stworzeń, a
wciąż nieco ludzkie ciała kryją w sobie istoty o zwierzęcych instynktach. Nie
wszystkie są groźne, ale te, które żywią się mięsem człowieka, stają się
poważnym zagrożeniem dla ocalałych.
Nigdy nie ciągnęło mnie do tematu zombie apokalipsy (poza
tym, że mam słabość do serii „Resident Evil”), jednakże wariacja Mortki na ten
temat jest zupełnie inna i przez to niezwykle przystępna. W świecie, gdzie
każdy dostaje to, czego chce lub na co zasłużył, różnice między ludźmi widoczne
są jeszcze bardziej wyraźnie. Tłumione emocje, dawne urazy, rozgoryczenie, żal
i złość są tutaj ukazane jako podwalina silnych nadludzkich umiejętności. Każdy,
kto przeżył w ludzkiej postaci, zyskuje bowiem Dar, będący odzwierciedleniem
jego skrytych pragnień i talentów. Oczywiście są osoby, które marzą o pokoju i
chcą nieść pomoc innym, będą jednak prędzej czy później musiały stawić czoła
tym ocalałym, którymi kieruje zwykła bezwzględność i żądza władzy.
W obliczu konfliktów między nielicznymi ocalałymi ludźmi,
świat tych, którzy ulegli przemianie, zepchnięty zostaje na dalszy plan. Geneza
Końca Świata nie jest znana, a czytelnik może jedynie analizować domysły. Dużo
ciekawiej ma się konstrukcja akcji po ludzkiej stronie – tu nic nie dzieje się
bez powodu. Gdy jakiś bohater znika, możemy mieć pewność, że w końcu powróci,
by w odpowiednim momencie wyskoczyć zza krzaków i uratować daną scenę lub
uprzykrzyć życie innym.
O ile „Miasteczko Nonstead” chwaliłam za urok lekkiej grozy,
o tyle tutaj jest dla mnie nieco zbyt lekko. Mniej jest też psychologizmów,
choć motyw z Darami zdecydowanie wzbogaca postaci i czyni je bardziej
autentycznymi. Niedosyt jednak pozostaje, bo w „Miasteczku..” brak jasnych
wyjaśnień i niedomówienia zrekompensowane były przez obraz grupy,
społeczeństwa, tu natomiast również ta sfera wydaje mi się nieco zaniedbana.
Tak czy inaczej książki Mortki czyta się po prostu miło, bo język i styl są
naprawdę profesjonalne i dopasowane do sytuacji. W książce poważnych
mankamentów brak, a ja, choć nie wciągnęłam się zbytnio w akcję, mogę ją jednak
polecić czytelnikom, szukającym lekkiej rozrywki.
piątek, 29 listopada 2013
Marie Lu - "Legenda. Rebeliant"
Nie powiem, żebym się zawiodła, choć przyznaję, że książka
nie jest tak porywająca, jak klasyki tego gatunku – „Igrzyska Śmierci” czy
„Nowa Ziemia”. Czytając, miałam wrażenie, że ciągle czegoś mi brakuje.
Prezentowana historia nie jest zbyt skomplikowana i sprowadza się do świata
propagandy państwa totalitarnego, które pod przykrywką dobrobytu prowadzi swoje
brudne procedery, o których przeciętni obywatele nie mają zielonego pojęcia. Elity
z resztą też, chyba że mowa o osobach najbardziej wtajemniczonych i godnych
zaufania Wielkiego Elektora. W takim właśnie świecie wychowuje się dwoje
piętnastoletnich geniuszy, których losy, choć powinny toczyć się podobnie, są
całkowicie różne z racji miejsca, w którym przyszli na świat. June jest „cudownym
dzieckiem Republiki”, żyje w dostatku i spokoju. Day natomiast, choć w niczym
jej nie ustępuje, a jego sława sięga chyba nawet dalej, pozostaje ulicznym przestępcą,
w spektakularny sposób utrudniającym życie władzom. Jak nietrudno się domyślić,
losy owej dwójki krzyżują się w niezbyt przyjemnych okolicznościach, a emocje
między nimi zmieniają się jak w kalejdoskopie, przechodząc od wrogości do
zakochania. Zdarzenia w książce toczą się raczej klasycznie i kończą się
wpadnięciem June w wielkie kłopoty (w przypadku Daya trudno mówić o tarapatach
większych niż te z początku historii).
Muszę przyznać, że tym, co mnie zaintrygowało, jest pomysł
Marie Lu na wydarzenia przed powstaniem Republiki. Sytuacja jest opisana dość
mgliście i, choć pewne informacje rysują się bardziej konkretnie (np. propaganda
dotycząca odwiecznego konfliktu Republiki z Koloniami, przemilczająca sprawę
istnienia Stanów Zjednoczonych), całość pozostaje niewytłumaczona. Mam wrażenie
(choć może powinnam nazwać je „nadzieją”?), że autorka ma na to jakiś pomysł,
związany z konkretnymi wydarzeniami i przemyślaną ideologią. Brak mi tu trochę tego,
co w innych dystopiach otrzymujemy od razu – jasno skonstruowanego świata.
Wierzę jednak, że jest to zagadka, którą będziemy odkrywać w kolejnych tomach
trylogii.
~*~
Czekam już na Święta, kiedy wszystkie prace na studia
będę miała oddane, wszystkie sprawy pozamykane, wrócę do domu i na trzy
tygodnie zanurzę się pod kocem ze stertą książek do przeczytania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






