Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaguar. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 marca 2016

Soman Chainani – „Długo i szczęśliwie”

Już dwukrotnie mieliśmy w tej opowieści próbę odnalezienia szczęśliwego zakończenia – za pierwszym razem Sofia i Agata wspólnie wróciły do domu, a gdy to nie przyniosło spodziewanych rezultatów, po wielkiej i długiej wojnie pierwsza z nich postanowiła powierzyć swoje szczęście dyrektorowi Akademii. Coś jednak jest nie tak, bo Baśniarz, który powinien postawić ostatnią kropkę na zakończenie opowieści o dwóch czytelniczkach, nie sprawia bynajmniej wrażenia zainteresowanego finałem; wręcz przeciwnie – pióro pozostaje w gotowości i wyraźnie na coś czeka. Jak zatem potoczą się losy Dobra i Zła? Kto zwycięży w kolejnej bitwie? Czy bieg wszystkich baśni zostanie już na zawsze odwrócony?

Na ostatnią część Akademii Dobra i Zła czekałam długo – jej premiera zapowiedziana była początkowo na koniec zeszłego roku, ale spragnieni czytelnicy (w tym ja) musieli poczekać nieco dłużej. Czasem bywa i tak, choć muszę przyznać, że naprawdę zacierałam ręce na samą myśl o długo wyczekiwanym finale tak wspaniałej trylogii. O tej historii mogę mówić długo i namiętnie, bo tak naprawdę podoba mi się w niej wszystko – od samego pomysłu, poprzez dynamikę akcji, bohaterów i wykorzystanie znanych powszechnie baśni oraz opowieści. Akademia… to książka przemyślana i dopracowana, a poza tym wywołująca wiele bardzo pozytywnych odczuć.

Podstawowym elementem, który stanowi trzon całej fabuły, jest stosunek między dobrem a złem. W baśniach i legendach aspekt ten zwykle rozwiązywany jest kategorycznie – dobre dziewczynki zostają królowymi i odnajdują miłość swojego życia, a złe czarownice umierają lub (w zależności od wersji bajki) zostają skazane na wygnanie lub osamotnienie. Świat baśni jest często czarno-biały, zerojedynkowy i brakuje w nim jakichkolwiek odcieni szarości. Soman Chainani, choć w oczywisty sposób czerpie z dorobku bajkopisarstwa, poszedł w swej historii o krok dalej – pomieszał wszystkie dostępne barwy i stworzył taki zamęt, że czytelnik tak naprawdę nigdy nie może być pewien natury danego bohatera. Na kartach Akademii… odkrywamy, że postaci dobre mogą mieć wiele bardzo brzydkich cech, a te postrzegane jako złe do szpiku kości mogą okazać się szlachetniejsze i „lepsze” od swoich dobrych rówieśników.

Jak dotąd takie „poszarzanie” postaci miało miejsce jedynie w odniesieniu do bohaterów tej konkretnej baśni, a więc uczniów Akademii. Trzecia część jednak tym różni się od poprzednich, że na jej kartach na scenę wkraczają również emerytowani bohaterowie znanych i lubianych baśni, a więc osoby takie jak Piotruś Pan czy Jaś i Małgosia. Oni również przedstawieni zostali w zupełnie nowy, niejednoznaczny sposób. W tym zakresie najbardziej podobało mi się spojrzenie na bajkę o Kopciuszku, które rzuciło nowe światło zarówno na jej postać, jak i obecne w tej opowieści czarne charaktery. Tworząc swoją historię Chainani wybrał wiele znanych wątków oraz motywów i dał im nowe życie w zupełnie innym kontekście; to zabieg z jednej strony przykuwający uwagę czytelnika (bo zwracamy uwagę na to, co już znamy), a z drugiej naprawdę dobrze przygotowany.

Warto wspomnieć również o tym, jak dobrym czytadłem jest Akademia Dobra i Zła. Jak podkreślałam w recenzjach poprzednich części, jestem pewna, że książka ta będzie świetną zabawą zarówno dla młodszych, jak i starszych czytelników. Wszystkie trzy książki są dynamiczne i wciągające, jednak ostatnia pod tym względem przoduje – mimo sporej objętości, czyta się ją po prostu błyskawicznie. To książka pomysłowa, ciekawie skonstruowana i pełna akcji, w której ważna jest nie tylko sama treść, ale sposób jej budowania, który mnie naprawdę się spodobał. Choć Akademię… można postrzegać jako nieco bardziej rozbudowaną baśń, a więc książkę w założeniu dla dzieci, również dorośli mogą znaleźć tu pewne ciekawe elementy. Ja pozostaję pod wrażeniem i trochę żałuję, że ta baśń dobiegła końca, bo naprawdę zżyłam się z bohaterami.






Akademia Dobra i Zła  |  Świat bez książąt  |  Długo i szczęściwie

czwartek, 30 lipca 2015

Soman Chainani - "Akademia Dobra i Zła. Świat bez książąt"

Po wydarzeniach z pierwszego tomu Sofia i Agata powracają do rodzinnego Gawaldonu; próbują żyć normalnie i poddać się dawnej rutynie, jednak obie w głębi serca nie są szczęśliwie. Tym razem jednak to Agata staje się przyczynkiem zmian - jej serce, mimo dokonanych wyborów, wciąż tęskni do ukochanego księcia, natomiast w świecie baśni szczere życzenia mają wielką sprawczą moc. Dziewczęta powracają do Akademii i zastają rzeczywistość kompletnie zmienioną - zamiast podziału na Dobro i Zło zastają rozłam pomiędzy... przedstawicielami obu płci. Szczęśliwe zakończenie dla obu dziewcząt oddala się z każdą chwilą, tym bardziej, że nie ma już między nimi zaufania.

Na drugi tom Akademii... czekałam z wielkim podekscytowaniem - początek historii zrobił na mnie niemałe wrażenie, bo choć jest to powieść młodzieżowa, cechuje ją naprawdę wspaniała konstrukcja. Nie ukrywam, że wiele sobie obiecywałam po dalszym ciągu opowieści i dość mocno zdziwiło mnie to, co dostałam po jej zakupieniu. Przed rozpoczęciem lektury nie zastanawiałam się, co może oznaczać podtytuł Świat bez książąt i tym samym nie przyszło mi do głowy rozwiązanie; także to, które zostało faktycznie użyte. Tym większe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że autor postanowił w drugim tomie postawić na zupełnie inny dylemat niż ten, z którym dotąd zmagali się bohaterowie. Dywagacje na temat natury Dobra i Zła ustąpiły miejsca problemom płciowym; to pomysł nowy, ciekawy i wnoszący do cyklu odrobinę świeżości. Autor operuje wieloma stereotypami dotyczącymi kobiet i mężczyzn, jednak pokazuje również ich różnorodną i złożoną naturę; wiele rzeczy wyśmiewa, inne zaś podkreśla.

Jeśli chodzi o bohaterów, tutaj również następuje mały przewrót - tak jak w pierwszym tomie wszelkie negatywne odczucia skierowałam w kierunku Sofii, tak w drugim antypatie rozdzieliłam równo między obie bohaterki. Charakter blondynki nie uległ co prawda większej zmianie, jednak sposób, w jaki została rozpisana postać Agaty, denerwował mnie niemiłosiernie. Tak niezdecydowanej bohaterki (i mówię to z pełną świadomością człowieka czytującego young adult pasjami) nie spotkałam w literaturze już dawno; przypominała chorągiewkę łopoczącą na zmiennym wietrze i dostosowującą do niego swoje zachowanie. Z jednej strony z całego serca chciała wierzyć Sofii, z drugiej - bała się jej natury; w jednej chwili stawiała najwyżej przyjaźń, w innej dawała się manipulować pozostałym dziewczętom; gdy stawała oko w oko z Tedrosem, miękły jej kolana i wpadała w uniesienia, by za chwilę zwyzywać go od morderców i uciec. Próżno tu szukać konsekwencji czy choćby odrobiny myślenia; są jedynie odruchy i brak kontaktu z wewnętrznymi przeżyciami.

Konstrukcja fabularna książki jest nieco podobna do tomu pierwszego - momentami trafiają się przestoje w akcji, ale całość jest generalnie bardzo dynamiczna. Choć na początku można mieć wrażenie, że fabuła posuwa się do przodu dość wolno, tak naprawdę jest to dopiero wstęp; właściwa akcja ma sporo zwrotów i jest w stanie mocno wciągnąć czytelnika, a finał (podobnie jak w przypadku "jedynki") jest tak dynamiczny, że po prostu biega się wzrokiem po tekście w pełnym skupieniu. Dodajmy do tego kolejne nagłe i otwarte zakończenie, a otrzymamy receptę na perfekcyjne utrzymanie uwagi oraz zdruzgotanie czytelnika. Warto również wspomnieć, że oprócz głównego wątku rozłamu między chłopcami i dziewczętami mamy drugi, równie ważny, związany z historią Akademii, a w międzyczasie poznajemy krótkie biogramy wielu postaci znanych z tomu pierwszego. Całość jest przyjemnie wyważona i naprawdę ładnie się splata, pozostawiając dobre wrażenie.

Po akapicie dotyczącym bohaterów możecie pewnie sądzić, że książka mi się nie podobała, jednak to błędne wrażenie - opowieść skonstruowana przez Somana Chainaniego ma zbyt wiele zalet, bym mogła jej tak po prostu odpuścić. Niejedna baśniowa bohaterka zachowywała się bardziej naiwnie i chwiejnie niż Agata, a mimo to udało im się odnaleźć Szczęśliwe Zakończenie; gorąco wierzę, że i w tym przypadku tak się stanie. Uwielbiam też konstrukcję i język tej opowieści, a nade wszystko pomysł, jaki wykorzystał jej autor. Kolejny tom, który ma się pojawić jesienią, to dla mnie lektura obowiązkowa i wiem, że zawiedziona nie będę.





Moją recenzję tomu pierwszego znajdziecie tutaj (klik).

piątek, 29 maja 2015

Soman Chainani - "Akademia Dobra i Zła"

Nie wiem, czy już o tym wspominałam, ale uwielbiam baśnie. Nie współczesne bajki bez sensu i morału, a klasyczne opowieści, których treść jest jedną wielką metaforą. Odkrywanie ich znaczeń sprawia mi wiele przyjemności, nie trudno zatem odgadnąć, że wszystko co z nimi związane będzie zwracało moją uwagę. W przypadku Akademii Dobra i Zła dodatkowym czynnikiem było kilka bardzo pozytywnych, a cennych dla mnie opinii. Po prostu musiałam tę książkę mieć.

W miasteczku Gawalon giną dzieci, dwoje co cztery lata. Legenda głosi, że zostają zabrane do Akademii, w której jedno z nich uczyć się będzie, jak być Dobrym, drugie zaś podszkoli się w fachu Zła. Tym razem wybór zdaje się być oczywisty - tak charakterystycznych dziewczynek jak Sofia i Agata miasteczko nie miało już dawno. Pierwsza ma wszystko, co charakteryzuje jasną stronę - piękne stroje, urodę, w dodatku usilnie zmusza się do przyjaźni z prawdziwą wiedźmą (czy znacie większe poświęcenie i dobry uczynek?). Druga natomiast... cóż, żyje na cmentarzu, jest złośliwa i brzydka jak noc. Karty zdają się być rozdane, co jednak stałoby się, gdyby to Sofia trafiła do Akademii Zła, a Agata okazała się być Dobra?

Nie będę ukrywała - sympatie i antypatie rozdzieliłam w tej książce już przy pierwszych stronach i w mig odgadłam, jaki będzie główny sens całej tej opowieści. W tym względzie pomyłki nie było, jednak nie o to tak naprawdę chodzi. Podczas lektury, gdy dziewczęta stopniowo się zmieniały, odkrywały otoczenie i zaczynały rozumieć swoje ja, gdzieś z tyłu głowy miałam refleksję nad samą naturą Dobra i Zła. To nie jest tak, że wszystko jest tutaj jednoznaczne - Dobro piękne, jasne i sprawiedliwe, a Zło brudne i zasługujące na śmierć. Tak naprawdę niejednokrotnie miałam wrażenie, że to ciemna strona przestrzega zasad i ma honor, podczas gdy jasna zdaje się być zadufana w sobie, pusta i okrutna. Jak się okazuje, granica pomiędzy jednym a drugim jest bardzo cienka i nie przebiega w sposób jasno wytyczony.

O czym jest ta książka? Jak to baśnie - o dorastaniu i odkrywaniu prawdy na swój temat. O tym, że otoczenie jest w stanie wiele nam wmówić, a jednak my sami musimy poznać swoją osobowość. O samoakceptacji i poszukiwaniu własnych mocnych stron. O tym, czy nadrzędnym czynnikiem są nasze własne chęci i dążenia, czy jednak jesteśmy skazani na fatalistyczne wypełnianie roli płynącej z przeznaczenia. O przyjaźni, która zmienia wszystko.

Co istotne, nie ma tutaj fabularnej sztampy, której się spodziewałam. Już sam fakt przyjaźni pomiędzy dziewczętami wybija fabułę z klasycznego rytmu, dodatkowo autor wprowadził motyw sprawstwa i przeznaczenia. Prezentowane wydarzenia, choć przez większość czasu opierają się na dość oczywistym schemacie, poprowadzone są ciekawie i absolutnie nie czuje się tutaj nudy. Za to zakończenie jest prawdziwą grandą - w krótkim czasie zmienia się bardzo wiele, zagadki i niedomówienia rozwiązują się, w dodatku finał jest całkowicie nieprzewidywalny. Autor kpi z nas i pozostawia w zupełnie niewyjaśnionym momencie, za co jestem mu jednocześnie wdzięczna i trochę go nienawidzę.

Tak, wciągnęłam się w tę opowieść i jestem nią zauroczona. Autor naukowo zajmuje się baśniami (ach, zazdroszczę!) i to widać w jego pracy - utrzymany jest system i klimat, a mimo to widać wyraźną zabawę konwencją. Tekst czyta się świetnie, a jego dopracowanie jest namacalne. Już nie mogę się doczekać poznania kolejnych części tej wspaniałej opowieści.

piątek, 12 września 2014

Kiera Cass - "Jedyna"

Dałam się złapać i wciągnąć, wiem. Wpadłam w świat komercji, kiczu, błyskotek. Niniejszym biję się w pierś i przyznaję, że zachowałam się dziecinnie. Ale wiecie co? Wcale nie żałuję! Ta seria, oparta o baśnie z księżniczkami w roli głównej, zawładnęła sercami milionów przedstawicielek płci żeńskiej na całym świecie. Moim również.

Mimo że wszyscy dobrze wiedzą, jak skończy się ta opowieść (jest to jasne dla każdego myślącego czytelnika niemal od początku, ale ja dla pewności zajrzałam na ostatnią stronę Jedynej jeszcze przed lekturą ;)), napięcie pozostaje - kolejne potknięcia Americi przyprawiają o palpitacje serca, a pewne decyzje przeczą wszelkim logicznym prawom prowadzenia do happy endu. Pod tym względem narzekać nie mogę - lektura dostarczyła mi sporo emocji, zwłaszcza jak na książkę, której finału można się spodziewać. W samej opowieści dzieje się dużo - do głosu dochodzi sfera polityczna, w zakresie której coś do powiedzenia będą mieli nie tylko członkowie rodziny królewskiej, ale i America. Atmosfera zagęszcza się z każdą stroną, a pośród tego wszystkiego znajdzie się również miejsce dla... nowych zadań dla dziewcząt z Elity! Prawdę mówiąc byłam przekonana, ze wyobraźnia autorki w tym względzie została wyczerpana i naprawdę miło się zdziwiłam.

Na koniec pozytywnej części chciałabym dodać, że niezmiernie mnie cieszy przyjęte tłumaczenie tytułu. Nie wyobrażam sobie w naszym pięknym języku innego odpowiednika dla The One - Jedyna oddaje w pełni sens i urok tego określenia.

Muszę jednak przyznać, że ostatni tom nie wprawił mnie w zachwyt - tak naprawdę po lekturze odczuwam znaczny niedosyt. Rozwiązania, jakie przyjęła autorka by doprowadzić serię do końca, nie przekonują mnie ani trochę. Ze zbyt małą wnikliwością potraktowano sferę polityczną i emocjonalną. Czytając miałam wrażenie, że wszystko gna do przodu zbyt szybko, rozwiązane jest po łebkach i napisane na siłę. Być może są odbiorcy, którym to odpowiada, jednak w moim przypadku dał o sobie znać fakt, że na co dzień czytam wiele innych książek i moje oczekiwania rosną. Tym, co zraziło mnie najbardziej, są ostatnie rozdziały i brak wnikliwości co do osobistych tragedii bohaterów. Nie chcę uciekać się do spoilerów, ale tempo, w jakim postaci radzą sobie z wydarzeniami sprzed finału, jest doprawdy niezwykłe.

Przykro mi, że to już koniec tej opowieści, a jeszcze bardziej, że przyszło mi się z nią żegnać w tym stylu - niezbyt dogłębnym, mocno po łebkach. Przewidywalność zakończenia nie usprawiedliwia tak szybkiego poprowadzenia akcji. A może to ja zbyt wiele wymagam? W ostatecznym rozrachunku jestem szczęśliwa, że mogłam zapoznać się z tą serią, bo przypomniała mi fascynacje z młodzieńczych lat i pozwoliła zatracić się w niezwykle przyjemnym świecie. Na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę, w wolnej chwili, szukając lekkiej lektury.

piątek, 20 czerwca 2014

Kiera Cass - "Elita"

Stosunkowo rzadko zdarza się, żebym chłonęła za jednym zamachem kilka kolejnych tomów cyklu. Właściwie w moim dorosłym życiu taka sytuacja miała miejsce tylko raz – w przypadku Igrzysk śmierci, kiedy wpadłam w istny cug i przeczytałam trzy książki pod rząd w dosłownie ekspresowym tempie. Dopiero Kierze Cass udało się wywołać u mnie podobny efekt; po lekturze Rywalek ogarnął mnie niezwykły smutek – coś się skończyło, a ja wiedziałam, że historia ma ciąg dalszy. W dodatku nie miałam do niej dostępu… Na szczęście dzięki Sylwkowi męka nie trwała długo, a na drugi tom bestsellera Kiery Cass rzuciłam się jak nastolatka.

Muszę przyznać, że podczas lektury byłam na każdym kroku zaskakiwana. O ile pierwszy tom można z czystym sumieniem nazwać prostą baśnią w stylu Disneya, o tyle w drugim do akcji wkrada się wiele różnorodnych czynników społecznych. Autorka pochyliła się w końcu nad niezwykłym systemem klasowym oraz historią państwa – prawdę mówiąc jestem ciekawa, jak chce doprowadzić to wszystko do szczęśliwego zakończenia, mając do dyspozycji tylko jeden tom. Lepiej poznajemy również sytuację rodzinną kandydatek oraz kulisy życia króla i królowej. Światło dzienne ujrzą tajemnice, które powinny jeszcze długo być ukrywane, a wiele osób będzie musiało ponieść konsekwencje swoich czynów.

W toku zdarzeń rośnie też napięcie między dziewczętami. To, co je różni, uwydatnia się, a sytuację dodatkowo zaognia postawa księcia Maxona, który skrupulatnie realizuje powinności wobec wszystkich kandydatek. Okazuje się, że pozycja Americi nie jest stała, a inne dziewczyny nie są bynajmniej pozbawione szans w rywalizacji o koronę i miłość Maxona. Atmosferę dodatkowo podkręcają nowe zadania, jakie czekają na kandydatki, a także rosnące zadomowienie dziewcząt w pałacu. Te, które dotąd nie traktowały zwycięstwa jako czegoś możliwego, zaczynają w nie wierzyć i podejmować działania.

Mimo rozbudowania społecznego tła, wątki emocjonalne w książce z pewnością nie zostały zaniedbane. Otrzymujemy jaśniejszy wgląd w przeżycia wielu bohaterów, choć na pierwszy plan wysuwają się oczywiście rozterki sercowe Americi, która pozostaje rozdarta pomiędzy niewygasłą miłością do Aspena, a rodzącym się dopiero uczuciem do Maxona. Słyszałam wiele zarzutów odnośnie niezdecydowania bohaterki – mnie ten aspekt nie zraził jakoś szczególnie, być może dlatego, że spodziewałam się czegoś dużo gorszego. Fakt, dorosły czytelnik patrzący z zewnątrz jest w stanie jasno i klarownie ocenić postępowanie Americi, a ona sama wciąż podejmuje niezbyt mądre i bardzo ryzykowne decyzje. Wszystko to jednak jest uzasadnione i zrozumiałe. Prawdę mówiąc dziwię się, że jej reakcje są tak stonowane – ja z moim temperamentem i poziomem zazdrości wydrapałabym oczy każdej kandydatce, która odważyła się publicznie położyć łapę na moim ukochanym.

Podoba mi się, że drugi tom Selekcji jest dużo bardziej różnorodny. Przed czytelnikami otwiera się wiele nowych drzwi, a wątki zostają rozbudowane i przemieszane. Sporo sytuacji zaskakuje, a autorka co i rusz daje czytelnikom prztyczka w noc, przeplatając pozytywy z negatywami. Pałacowy świat, choć na początku jawił się jako czarno-biały, pokazuje coraz więcej odcieni szarości, a gierki pomiędzy poszczególnymi osobami stają się powoli nie do zniesienia. Choć rzadko się to zdarza, podczas lektury wściekałam się nie na żarty i wielokrotnie ją przerywałam, żeby uspokoić nerwy. Mimo że nie chciałam, zżyłam się z bohaterami, a ich losy przestały być mi obojętne. Teraz pozostaje mi tylko czekać na wydanie trzeciej części (lub szybko podszkolić angielski i sięgnąć po e-booka…).

sobota, 14 czerwca 2014

Kiera Cass - "Rywalki"

Nigdy nie lubiłam klasycznych księżniczek Disneya – Kopciuszka, Aurory…  Jako dziecko preferowałam bajki o silnych, niezależnych i niepokornych młodych damach. Zaczęło się od Jasminy z Alladyna, potem była wieloletnia i nigdy nie wygasła fascynacja Bellą z Pięknej i Bestii, a już jako dorosła na nowo odkryłam Mulan i zakochałam się w kreacji głównej bohaterki. Choć dziewczęta te pochodzą z różnych kultur i klas społecznych, łączy je jedno – odwaga, by pozostawać sobą bez względu na okoliczności i zdanie innych.

Taką postacią jest również America, o której traktuje tekst Kiery Cass. Dziewczyna z niezbyt wysokiej klasy społecznej wiedzie skromne acz szczęśliwe życie, planując przyszłość z ukochanym Aspenem. Jej spokój przerywa rozpoczęcie Eliminacji, czyli wydarzenia publicznego, będącego zwyczajem jej kraju – dorastający książę w myśl zasad poślubia dziewczynę z ludu, wybraną w drodze konkursu, transmitowanego niczym najlepsze reality show. Choć marzeniem Americi byłoby znaleźć się jak najdalej od pałacu, los chce inaczej. Szereg okoliczności sprawia, że dziewczyna nie tylko w ogóle zgłasza się do Eliminacji, ale zostaje wybrana do rywalizacji w pałacu. Tymczasem książę Maxon okazuje się zupełnie inny niż sądziła…

Na królewskie włości trafia 35 dziewcząt, z których połowa zakochana jest w księciu, a spora część marzy tylko o koronie, sławie i pieniądzach. Mimo to nie ma między nimi otwartych konfliktów, co jest wręcz zadziwiające. Co prawda zasady nie pozwalają kandydatkom wchodzić w spory, jednak spodziewałam się rozbudowanej siatki intryg i knowań, mających na celu sabotowanie działań poszczególnych pań.  Tymczasem nawet zwykła zawiść jest niezwykle słabo zarysowana, co jest o tyle dziwne, że wszyscy wiemy, jak bezlitosna potrafi być rywalizacja kobiet. Nienachalna jest również atmosfera reality show. Poza tym, choć wiele dziewcząt, w tym America, walczy o poprawę bytu swojej rodziny, kwestie społeczne również znajdują się na dalszym planie. Słuszne wydaje mi się w tym momencie porównanie do Disneya, bo u Kiery Cass podobnie – głównym wątkiem zawsze pozostaje zmieniające się uczucie, nieważne jak bogate byłoby tło rozgrywających się zdarzeń.

Oczywiście nie sposób nie dostrzec w Rywalkach pewnych schematów, znanych z modnych ostatnio powieści dla młodzieży. Prawdę mówiąc na samym początku wszystko kojarzyło mi się z Igrzyskami Śmierci, choć oczywiście rywalizacja kandydatek jest dużo przyjemniejsza i zdecydowanie mniej krwawa, niż ta w świecie Suzanne Collins. Schemat jest jednak klasyczny – dwóch chłopaków i niepokorna bohaterka pełna sercowych rozterek, plus sprawy wyższe, niezwykłej wagi, choć rozgrywające się gdzieś w tle. Muszę jednak przyznać, że Rywalki czyta się dużo lepiej niż większość dostępnych na rynku dystopii – z jednej strony jest to zasługa naprawdę przyzwoitego pióra autorki, z drugiej zaś faktu, że w atmosferze pałacu, książąt i księżniczek wątek romansowy razi dużo mniej niż na polu walki o przetrwanie.

Mimo że nastoletnie lata mam za sobą, zżyłam się z Americą całym sercem. Polubiłam jej wybryki, ale też naturalność – myślę, że w dzisiejszych sztucznych, plastikowych czasach może być dla młodych dziewczyn ciekawym alternatywnym wzorcem. Do mnie przemówiła i teraz z niecierpliwością czekam na dobroczyńcę, który podaruje mi drugi tom – może będzie to jakiś książę na białym rumaku? (Dobra, przyznaję, książę przyjechał nie rumakiem, lecz pociągiem i rzeczywiście podarował mi drugi tom!)