Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Mortka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Mortka. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 listopada 2016

Marcin Mortka – "Projekt Mefisto"

Zastanawiam się, czego tak naprawdę spodziewałam się, gdy decydowałam się na lekturę najnowszej książki Marcina Mortki. Skusiła mnie moja ulubiona tematyka rodem z piekła? Przystojny diabeł? Zapowiedź lekkiego humoru? A może zawsze wdzięczna do obrazowania tzw. Polska B? Wszystkie te elementy, wyróżnione w opisie okładkowym, z pewnością stanowią kuszącą zapowiedź dobrej zabawy. Tylko czy ma to odzwierciedlenie w rzeczywistości? Zapraszam Was na opowieść o tym, jak niezwykła jest Polska – kraj, któremu nawet piekło nie da rady.

W ramach Projektu Mefisto na Ziemię wysłano rzesze diabłów, które swoim kuszeniem i innymi umiejętnościami mają wywołać popłoch i chaos sprowadzając jak największą liczbę osób na złą drogę. Operacja była planowana od lat, a czarty szkolił cały sztab trenerów, dzięki czemu wszyscy są zmotywowani, przygotowani, nastawieni na cel i zorientowani na wyniki. Stanowią jedną, silną grupę, dla nas jednak najważniejszy jest Zygmunt, główny bohater opowieści. Tak jak pozostali trafia do małej miejscowości, jednak wyróżnia go jedna zasadnicza kwestia: tam, gdzie się znalazł, nie działają diabelskie moce. Jak ma wyrobić narzucone limity i zrealizować przygotowane przez analityków plany, skoro jego osiągnięcia nie są rejestrowane w systemie? Czas ucieka, a stawką jest pozostanie w piekle...

Projekt Mefisto to satyra na dwie kwestie: pracę w korporacji i małomiasteczkową mentalność; obie bardzo wdzięczne do opisywania i stanowiące świetny temat żartów. Jednocześnie są to sprawy tak od siebie różne, że sama prawdopodobnie nigdy nie zestawiłabym ich razem; na szczęście autorowi (a tym samym również samej książce) pomysł wyszedł na dobre. Kontrast, który naturalnie występuje pomiędzy tymi elementami, został pogłębiony poprzez podkreślenie specyfiki każdego z nich, a efekt jest naprawdę zadowalający. Z jednej strony mamy zatem bohatera, który znajduje się na samym dole zakładowej piramidy, typowego korposzczura podporządkowanego przełożonym i statystykom, przygotowanego do realizacji narzuconych celów. Zygmunt zna panujące w firmie zasady, ale nie jest wobec nich bezkrytyczny, co dostarcza nam dodatkowej zabawy. Z drugiej zaś strony tłem całej opowieści są Wypluty, które mogłyby reprezentować całą Polskę B: wszyscy się tu znają, wyraźnie dzielą ludzi na "swoich" i "obcych", poruszają się według siatki układów, która dla kogoś z zewnątrz jest skomplikowana i niezrozumiała.

Oprócz opisów, które w takim przypadku zawsze odpowiadają za budowanie klimatu, ważnym elementem powieści Mortki są postaci. Piekielne zastępy poznajemy co prawda niezbyt dokładnie, jednak kilka scen z udziałem wyżej postawionych pracowników wystarczą, aby zapewnić nam pewien obraz diabelskiej korporacji i dorzucić do całości element bardzo przyjemnego humoru. Z kolei mieszkańcy Wyplut stanowią temat osobny i jak najbardziej godny wspomnienia, odzwierciedlają bowiem wszelkie stereotypy dotyczące małomiasteczkowości. Wśród bohaterów znajdziemy typowych dresiarzy spod klatki, nieprzystępne panie sklepowe, maluczkiego polityka o maluczkiej władzy czy księdza, którego zdanie jest dla ludzi święte. Choć jest to konstrukcja typowa, że aż strach, nie nudzi, a wręcz przeciwnie – bawi zawsze tak samo. 

Nie był to może hit tego roku i najbardziej porywająca książka na świecie, ale wydaje mi się, że nie do tego typu literatury autor aspiruje. Projekt Mefisto stanowi za to konstrukcję przemyślaną i bardzo lekką w odbiorze, dzięki czemu dostarcza czytelnikowi całą masę zabawy – podczas lektury czułam się, jakbym oglądała dobry serial o polskiej wsi, tyle że z pewnymi elementami paranormalnymi. Czytanie szło szybko i przyjemnie, ironiczny humor zdecydowanie trafił w mój gust i nawet jeśli zagadka sama w sobie nie porwała mnie jakoś mocno, to i tak uważam, że było warto. Tylko nie pokładajcie nadziei w tym "przystojnym diable" z opisu okładkowego – to zdecydowanie nie jest TEN typ bohatera. 





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

niedziela, 10 stycznia 2016

Marcin Mortka – „Wojna runów”

Po nieco ponad miesiącu mojej przygody z Trylogią Nordycką Marcina Mortki przyszedł czas na opowieść o ostatniej już części. Z wielkimi nadziejami sięgnęłam po tom trzeci, przeczytałam go podejrzanie szybko i wreszcie zweryfikowałam oczekiwania, jakie miałam wobec niego. Wypadł dokładnie tak, jak się spodziewałam i wbrew powszechnej opinii powiem, że dla mnie był częścią najlepszą, na którą zdecydowanie warto było czekać. Wreszcie udało mi się wciągnąć w tę opowieść i czerpać satysfakcję z jej odkrywania.

Wojna runów, w odróżnieniu do dwóch pierwszych odsłon sagi, rozgrywa się w XX wieku, a dokładnie w czasie II wojny światowej. Jej fabuła jest ściśle związana z bitwą o Narwik, która miała miejsce w 1940 roku, jednak, jak wskazuje sam autor, większość opisywanych zdarzeń jest literacką fikcją lub jego własną wariacją na temat pewnych faktów. Podczas lektury towarzyszymy między innymi podporucznikowi Wojciechowi Śnieżewskiemu – postaci niebanalnej, której nadprzyrodzone zdolności mogą całkowicie zmienić losy wojny. Kto jako pierwszy skutecznie wykorzysta pradawną moc drzemiącą na kartach islandzkich sag? Chęć na zwycięstwo ma zdecydowanie więcej niż tylko jedna strona konfliktu…

To po części trzeciej Trylogii Nordyckiej spodziewałam się najwięcej i też ona ostatecznie najbardziej mi się podobała. Wielką przyjemnością było odpoczęcie w końcu od dość męczącego, pełnego zagranicznych wstawek, języka – w przypadku Wojny runów nawet sceny rozgrywające się w Skandynawii nie były tak trudne w odbiorze, jak w poprzednich częściach opowieści. Również fabuła tym razem spodobała mi się najbardziej, była bowiem dużo jaśniejsza niż do tej pory i przez cały czas zmierzała do konkretnego celu. Mimo że łączących się wątków było nie mniej niż dotychczas, łatwiej było połapać się w postaciach i ich losach, a opowiadana historia była naprawdę ciekawa i wciągająca. Spodobało mi się swobodne podejście autora do faktów i umiejętne wykorzystanie ich do swoich potrzeb, subtelne elementy fantastyczne, a także płynne nawiązania do poprzednich części sagi. Dzięki Wojnie runów wiele spraw zostaje domkniętych i dopowiedzianych, a pewne elementy fabuły nabierają sensu.

I tym razem, podobnie jak to było w przypadku tomu pierwszego, nowe wydanie zostało wzbogacone o dodatkowe opowiadanie. Jest to mocny akcent, który silnie kontrastuje ze spokojnym początkiem tomu i nie jest to kontrast do końca przyjemny. Moim zdaniem tym razem zabieg nie był aż tak trafny, jak poprzednio – w Ostatniej sadze opowiadanie stanowiło ścisły prequel wydarzeń i pozwalało czytelnikowi łatwiej odnaleźć się w niecodziennym świecie, tutaj natomiast jest to po prostu nakreślenie dodatkowej sceny, nie aż tak cennej z perspektywy czytelnika.

Nie będę przekonywała, że Trylogia Nordycka jest najlepszą opowieścią, z jaką miałam do tej pory styczność, a gdybym miała ją komuś polecać, wybrałabym grono tych, którzy są zainteresowani dawną kulturą skandynawską. Fani fantastyki, których klimat nordyckiej mitologii w jakiś sposób pociąga, z pewnością łatwiej odnajdą się w fabule i języku pierwszych dwóch części, niż ja – osoba całkowicie „zielona” w tym temacie. Mimo wszystko muszę pochwalić Marcina Mortkę za pomysł, konsekwencję i konstrukcję fabularną trylogii, a także pracę włożoną w budowanie języka i wykorzystanie faktów. To całkiem niezła opowieść, choć ja zapewne już do niej nie wrócę.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.


Ostatnia saga  |  Świt po bitwie  |  Wojna runów

środa, 6 stycznia 2016

Marcin Mortka – „Świt po bitwie”

Z Trylogią nordycką wiązałam wielkie nadzieje i postanowiłam nie zniechęcać się nawet po dość przeciętnej pierwszej części. Za punkt honoru postawiłam sobie poznanie kolejnych i zdecydowałam się podejść do nich z entuzjazmem – byłam (i właściwie wciąż jestem) przekonana, że jako całość będą się prezentowały znacznie lepiej niż pojedyncze tytuły. Póki co prezentuję Wam tom drugi – nieco lepszy od poprzednika, choć wciąż daleki od literackiego ideału.

We wznowieniu trylogii powstałej w latach 2003-2007 wydawnictwo Uroboros do spółki z autorem zdecydowało się na przestawienie szyku poszczególnych tomów tak, aby zachować ciągłość czasu wydarzeń. Dzięki temu po rozgrywającej się w historycznej Skandynawii Ostatniej sadze czytelnik otrzymuje jej bezpośrednią kontynuację, jaką jest osadzony w podobnym okresie Świt po bitwie, a dopiero potem Wojnę runów, której akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej. Na ten moment mogę powiedzieć, że był to zabieg udany, bo dużo łatwiej jest sięgać po te książki zgodnie z następstwem czasowym i nie wychodzić niepotrzebnie z klimatu dawnej Skandynawii i specyficznego, stylizowanego języka. Dodatkowo z tego co mi wiadomo treść Wojny runów zdradza kilka aspektów fabularnych ze Świtu po bitwie, więc tym bardziej nie warto ich ze sobą mieszać, bo można sporo sobie zaspoilerować.

W porównaniu z pierwszym tomem cyklu Świt po bitwie wypada zdecydowanie bardziej klarownie, choć może to być w pewnym stopniu zasługą tego, że z każdą kolejną stroną coraz bardziej przyzwyczajałam się do języka. Narracja nie stanowiła już tak dużego wyznania i chyba zaczęłam się powoli uczyć używanych tutaj islandzkich sformułowań, przez co przeskakiwanie wzrokiem do przypisów nie było już tak często konieczne. Treść również okazał się jaśniejsza, a jej cel dużo lepiej widoczny, niż to było w przypadku Ostatniej sagi; właśnie pod względem fabularnym Świt po bitwie spodobał mi się bardziej niż część pierwsza . Tym razem udało mi się więcej zrozumieć i wciągnąć się w przebieg wojennej akcji. Awanturniczy klimat w połączeniu ze skandynawskim chłodem i dystansem okazały się być mieszanką bardzo trafną, zwracającą uwagę i interesującą. Postaci, które już znałam, otrzymały więcej uwagi i miałam wrażenie, że są nakreślone nieco lepiej niż w pierwszym tomie, wydaje mi się również, że więcej było miejsca na ich indywidualne przemyślenia. Efektu dopełnił twardy, męski humor, który był już sygnalizowany, a tym razem miał okazję naprawdę rozkwitnąć.

Po przeczytaniu dwóch części nordyckiej sagi wciąż czeka na mnie finał – choć dwa pierwsze tomy nie spełniły wszystkich moich oczekiwań, to na ostatnią liczę najbardziej. Wojna runów jest najbliższa współczesności, a w dodatku jej akcja rozgrywa się w arcyciekawym otoczeniu, jakim jest krajobraz II wojny światowej, co daje jej bardzo duży potencjał fabularny. Ponadto historia zawarta w dwóch pierwszych częściach cyklu może całkiem nieźle się rozwinąć w zakończeniu – właśnie na to mam wielką nadzieję. Liczę, że to, co niedopowiedziane, zostanie domknięte, a zamierzchłe czasy zostaną należycie połączone z tymi bliższymi współczesności i cieszę się, że już niebawem zweryfikuję swoje oczekiwania.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.


Ostatnia saga  |  Świt po bitwie  |  Wojna runów

środa, 9 grudnia 2015

Marcin Mortka – „Ostatnia saga”

Nie pamiętam momentu, w którym pierwszy raz usłyszałam o Trylogii Nordyckiej, ale z pewnością było to dość dawno temu, najpewniej przy okazji poznawania innych książek Marcina Mortki. Teraz, gdy wydawnictwo Uroboros zdecydowało się wydać wznowienie, postanowiłam, że czas się w końcu z tekstem zaznajomić. Tytułem wstępu powiem tak: nie wiem, czego się spodziewałam, ale z pewnością było to coś zupełnie innego.

Po latach zamorskiego wygnania do Nidaros, kraju wikingów, powraca prawowity dziedzic tronu, Eryk Halvdanson, a wraz z nim także krzewiciele nowej wiary, chrześcijańscy kapłani, którzy nie cofną się przed niczym, aby z pogan uczynić gorliwych wyznawców Chrystusa. Czy skandynawski lud przyjmie obce wyznanie wraz ze wszystkimi dodatkami? A może kraj czeka bunt i wojna?

Pierwszym, co rzuca się w oczy podczas lektury, jest bardzo, ale to bardzo specyficzny język. Nie znam się zbyt dobrze na historii naszej mowy, ale styl, w jakim wypowiadają się bohaterowie Ostatniej sagi niesamowicie kojarzy mi się z Reymontowskimi Chłopami, a więc językiem XIX-wiecznej wsi. Nie jest to coś przyjemnego w odbiorze, ani łatwego, przynajmniej dla niektórych. Dodatkowo autor nie ułatwia nam zadania, dorzuca bowiem szereg islandzkich słów i zwrotów – w oryginalnym zapisie, choć (chwała mu za to!) z przypisami. Z jednej strony jest to całkiem przyjemny dodatek, z drugiej – lepiej by wyglądało, gdyby nie zdarzały się przypadki, że zwrot, który właśnie czytamy po islandzku, nie był chwilę później powtórzony po polsku w nieco tylko innym brzmieniu.

Gdy już przywykniemy do języka, czytanie idzie łatwiej, jednak nie pozostajemy całkowicie bez trudności; kolejnym wyzwaniem jest odkrycie celu i sensu fabuły. Ostatnia saga jest przede wszystkim opowieścią o chrystianizacji, o konflikcie wyznaniowym, jednak co dalej? Czytelnik obserwuje ciąg zdarzeń związany z poczynaniami kapłanów i młodego króla, patrzymy, jak miejscowa ludność zmienia swoje postawy i wychodzi naprzeciw nowym sytuacjom. Jest tu walka, są pewne refleksje, jednak wciąż brakuje temu wszystkiemu jakiejś mocnej i konkretnej osi. Nazwałabym tę książkę zbiorem przygód, ale zbyt mało tu lekkości; powiedziałabym, że to saga, ale do tego potrzeba by co najmniej jednej naprawdę mocnej postaci. I naprawdę, choć wciąż mnie to zajmuje, nie wiem, jak można określić fabułę tej powieści. Po prostu czegoś mi brak.

Skoro już wspomniałam o bohaterach, trzeba powiedzieć, że jako jednostki wypadają dość słabo, ale ich siłą jest wspólnota. Każdemu z osobna brak charyzmy i charakterystycznych cech, dzięki którym moglibyśmy ich różnicować, stawiać w opozycji do siebie i konfrontować. Niestety, większość z nich jest po prostu nijaka, a czytelnik ma trudności z odnalezieniem motywów działań nawet najważniejszych dla fabuły osób. Z czasem wszyscy zlewają nam się w jedno, jednak właśnie ten zlepek staje się kimś ważnym, w pewnym sensie stroną sporu. Możemy obserwować, jakie postawy przyjmują różne grupy – jedni przyjmują nową religię licząc na społeczny awans, inni się buntują, a jeszcze inni tak modyfikują swój światopogląd, aby pomieścił oba systemy wierzeń. Tak naprawdę to wątki związane z bogami właśnie są najciekawszymi w całej książce; w nich również występują pewne elementy fantastyki.

Nowe wydanie Ostatniej sagi jest wzbogacone o bonus – premierowy prequel, opowiadanie Smocze nasienie, które otwiera pierwszy tom trylogii. Musze przyznać, że obawiałam się pustego chwytu marketingowego i byłam bardzo miło zaskoczona po lekturze tekstu – zdecydowanie nie jest on napisany na siłę. Prequel przybliża nam wydarzenia, które doprowadziły do ucieczki i sieroctwa Eryka, a także w znacznej mierze ukształtowały charakter przyszłego mściciela. To bardzo cenny dodatek, a jeśli mam być szczera, nie chcę nawet myśleć, jak ciężko było wgryźć się w świat trylogii, gdy tego opowiadania nie było.

Kończąc powoli swoją opowieść o Ostatniej sadze powiem, że jestem w pewnym stopniu rozczarowana. Dość długo męczyłam się, aby wciągnąć się w lekturę, obiecując sobie, że będzie warto, a koniec końców niespecjalnie mi się podobało. W powieści jest sporo akcji, znajdziemy tu kilka dobrych, dynamicznych scen i parę wątków godnych uwagi, jednak jako całość książka może nas mocno wymęczyć. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest pewna grupa zainteresowanych, dla których opowieść z pewnością będzie interesująca, jednak mnie po prostu czegoś brak. Pocieszam się tym, że kolejne części trylogii różnią się od siebie (a przynajmniej tak słyszałam), więc jest szansa, że bardziej przypadną mi do gustu.  Już niebawem przekonam się, jak to będzie naprawdę; kto wie, może po przeczytaniu całości odkryję coś, co nada sensu pierwszemu tomowi opowieści?





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.

piątek, 13 listopada 2015

Marcin Mortka - "Wyspy Plugawe"

Choć zawierucha związana z walką aniołów i demonów dobiegła końca, Morza Wszeteczne wciąż są obiektem rozgrywek politycznych zarówno ziemskich władców, jak i istot z innych planów. Najwięcej wie o tym wszystkim Roland Wywijas - mimo że jego kilkumiesięczny pobyt w piekle już się zakończył, kapitanowi piratów została po nim pamiątka: zagmatwany kontrakt. Wiadomo jednak, że diabłom nie można ufać, Roland zrobi więc wszystko, by wykiwać rogatych, zanim sam zostanie oszukany, przy okazji ratując przed piekielnymi zakusami całe Wyspy Rozpustne oraz, co najważniejsze, swój własny tyłek. Jak jednak tego dokonać, gdy dawna załoga rozleniwiła się i osiadła na lądzie, a otrzymany pod dowództwo prototypowy okręt piekielnej floty odbiega znacznie od tego, co znają piraci?

Szukacie książki, która rozbawi Was do łez? Właśnie ją znaleźliście. Wyspy Plugawe to esencja humoru w najczystszej postaci; każda następna strona to kolejny powód do śmiechu. Zabawne jest tu wszystko: od kreacji świata, poprzez plejadę ciekawych postaci (wśród których ze świecą szukać dwóch takich samych), a na niesamowicie humorystycznej, pełnej niespodzianek i zwrotów akcji fabule kończąc. Dowcipy wręcz wylewają się tej książki, aż dziw bierze, że dało się w niej upchnąć ich aż tyle. Jasne, może nie jest to zawsze humor najwyższych lotów, ale z drugiej strony: czy należy takiego oczekiwać po najdziwniejszej bandzie piratów pod słońcem?

Cały ten komizm nie mógł by jednak działać, gdyby nie jedna zasadnicza rzecz: język tekstu. Trzeba przyznać, że mało jest książek napisanych w sposób tak swawolny i błyskotliwy; książek, w których każde słowo wydaje się być na odpowiednim miejscu. Płynna narracja idealnie oddaje ducha całej książki, a to wszystko wzbogacone jest o żywe, zapadające w pamięć dialogi. Co więcej, niemalże każda postać wypowiada się w charakterystyczny dla niej sposób, więc często mówcę da się rozpoznać już po kilku pierwszych słowach. Niemałe wrażenie zrobił też na mnie poczet obelg jakimi piraci obrzucali się przez całą książkę - tak, wiem, niby to nic wyszukanego, ale wierzcie mi: trzeba niemałego intelektu, żeby wymyślić aż taką liczbę różnorodnych, złożonych, metaforycznych wręcz inwektyw, które w moim odczuciu były naprawdę zabawne.

W całym tym pozytywnym odczuciu, jakie wywołała na mnie książka, mam tak naprawdę tylko dwie uwagi. Pierwsza odnosi się do ilości postaci: jest ich naprawdę sporo, w dodatku każda posiada zestaw indywidualnych cech. Nie twierdzę, że bohaterów jest za dużo, raczej szedłbym z rozumowaniem w innym kierunku: wiele interesujących osób pojawia się wyjątkowo mało razy, nad czym bardzo ubolewam. Druga sprawa to końcówka książki - przez większość czasu fabuła stabilnie posuwa się do przodu, jednak w ostatnich fragmentach zaczyna gnać na łeb na szyję. Nie byłaby to wada, gdyby nie fakt, że tak naprawdę czytelnik nie wie o co chodzi: obserwujemy masę dziwnych scen i zachowań głównego bohatera, które dopiero na finiszu zostają wyjaśnione. Wcześniej takie zagrania były stonowane, tu zaś jest ich wyraźny przesyt.

Pierwszy tom przygód kapitana Rolanda zwanego Wywijasem czytałem ponad rok temu, dobrze jednak pamiętam, jak wiele radości przyniosła mi wówczas lektura. Tym razem było podobnie, jeśli nie lepiej: kartki przewracały się same, a uśmiech praktycznie nie schodził mi z twarzy; jeśli już się to działo, to było to jak najbardziej uzasadnione przebiegiem fabuły. Mało jest książek, które w sposób tak beztroski i lekki pozwalają czerpać niczym nie zmąconą przyjemność z lektury. Zaznaczę jednak, że wbrew niektórym pozorom nie jest to tytuł dla najmłodszych, i nie chodzi tu tylko o nieodpowiedni humor - sporo jest krwawych scen, a i trup ściele się gęsto. Nie mniej jednak: osobiście polecam.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.

środa, 19 lutego 2014

Marcin Mortka - "Dom pod pękniętym niebem"

Niecałe pół roku temu miałam ogromną przyjemność rozpocząć swoją czytelniczą przygodę z twórczością Marcina Mortki. W moje ręce wpadło „Miasteczko Nonstead” i niemal od razu zakochałam się w lekkiej grozie, jaką przesycona jest ta książka. Gdy dowiedziałam się, że wydany został „Dom pod pękniętym niebem” nie wahałam się ani chwili – tekst stał się moją obsesją, a tego, co znalazłam w środku, absolutnie się nie spodziewałam.

Wszelkiego rodzaju opisy – okładkowy, no i te dostępne w Internecie – nie mówią o historii zbyt wiele. Oto siedmioro nastolatków (przyjaciółeczki: prymuska i hipiska, szkolny playboy, gothka-plotkara, dwóch nerdów i outsider) wybiera się na biwak z indiańskim przewodnikiem. Nocą zaczyna dziać się coś dziwnego, daleko wykraczającego poza żart, jakiego dopuścił się chłopak, chcący zaliczyć „drugą bazę”… Złowieszczy śmiech, nagrany na przygotowaną przez niego taśmę, jest niczym w porównaniu z wydarzeniami, z jakimi będą musieli zmierzyć się nastolatkowie. Świat, który znali, zmienił się nie do poznania, a każdy, kto tej nocy nie przebywał na łonie Matki Natury, pozbawiony został człowieczeństwa. Dookoła zaroiło się od dziwnych stworzeń, a wciąż nieco ludzkie ciała kryją w sobie istoty o zwierzęcych instynktach. Nie wszystkie są groźne, ale te, które żywią się mięsem człowieka, stają się poważnym zagrożeniem dla ocalałych.

Nigdy nie ciągnęło mnie do tematu zombie apokalipsy (poza tym, że mam słabość do serii „Resident Evil”), jednakże wariacja Mortki na ten temat jest zupełnie inna i przez to niezwykle przystępna. W świecie, gdzie każdy dostaje to, czego chce lub na co zasłużył, różnice między ludźmi widoczne są jeszcze bardziej wyraźnie. Tłumione emocje, dawne urazy, rozgoryczenie, żal i złość są tutaj ukazane jako podwalina silnych nadludzkich umiejętności. Każdy, kto przeżył w ludzkiej postaci, zyskuje bowiem Dar, będący odzwierciedleniem jego skrytych pragnień i talentów. Oczywiście są osoby, które marzą o pokoju i chcą nieść pomoc innym, będą jednak prędzej czy później musiały stawić czoła tym ocalałym, którymi kieruje zwykła bezwzględność i żądza władzy.

W obliczu konfliktów między nielicznymi ocalałymi ludźmi, świat tych, którzy ulegli przemianie, zepchnięty zostaje na dalszy plan. Geneza Końca Świata nie jest znana, a czytelnik może jedynie analizować domysły. Dużo ciekawiej ma się konstrukcja akcji po ludzkiej stronie – tu nic nie dzieje się bez powodu. Gdy jakiś bohater znika, możemy mieć pewność, że w końcu powróci, by w odpowiednim momencie wyskoczyć zza krzaków i uratować daną scenę lub uprzykrzyć życie innym.

O ile „Miasteczko Nonstead” chwaliłam za urok lekkiej grozy, o tyle tutaj jest dla mnie nieco zbyt lekko. Mniej jest też psychologizmów, choć motyw z Darami zdecydowanie wzbogaca postaci i czyni je bardziej autentycznymi. Niedosyt jednak pozostaje, bo w „Miasteczku..” brak jasnych wyjaśnień i niedomówienia zrekompensowane były przez obraz grupy, społeczeństwa, tu natomiast również ta sfera wydaje mi się nieco zaniedbana. Tak czy inaczej książki Mortki czyta się po prostu miło, bo język i styl są naprawdę profesjonalne i dopasowane do sytuacji. W książce poważnych mankamentów brak, a ja, choć nie wciągnęłam się zbytnio w akcję, mogę ją jednak polecić czytelnikom, szukającym lekkiej rozrywki. 

czwartek, 3 października 2013

Marcin Mortka - "Miasteczko Nonstead"

Dziwaczna była motywacja do zakupu tej książki… Jakiś czas temu, siedząc nad (wstępną jeszcze) listą gości Polconu 2013, odznaczałam tych, których książki posiadamy i chcemy zabrać w celu uzyskania podpisu autora. Na liście był też Marcin Mortka, którego kojarzyłam oczywiście, ale nigdy nie czytałam żadnej z jego książek. Uznałam, że to świetna okazja do sięgnięcia po jakąś – oczywiście kupując. Długo się zastanawiałam, aż w końcu natrafiłam na opis „Miasteczka Nonstead” – to było to, czego mi potrzeba! Za punkt honoru przyjęłam przeczytanie tej książki przed konwentem i, prawdę mówiąc, pochłonęłam ją niemal od razu.

W "Miasteczku" mamy do czynienia z klasyczną formułą grozy - Nathan tworzy książkę dotyczącą upiornych historii prosto z ludzkiego życia, po czym.. jego własne losy zmieniają się o 180 stopni. Po szalonych wakacjach jego dziewczyna nie jest już sobą, popadając w coś na kształt depresji, aż w końcu znika. W międzyczasie książka Nathana staje się hitem, ale niestety na jej wydanie pada cień. Uciekając przed sytuacją i samym sobą bohater postanawia zaszyć się w małej miejscowości – przynoszącym wiele wspomnień z lepszych czasów Nonstead. Szybko okazuje się, że miasteczko nie jest bynajmniej ciche i normalne, a mroczne sekrety mieszkańców, skrzętnie zatajane, już wkrótce wyrządzą więcej złego niż największy kataklizm.

W Nonstead ludzie znikają bez śladu i odnajdują się na skraju śmierci, zwierzęta są mordowane, a w środku lasu stoi rzekomo przeklęty dom, który opiera się wszelkim próbom zniszczenia. Sprawa zaczyna się wikłać wraz z przybyciem Nathana - wypadki nasilają się, a on sam nie ma zamiaru zostawić sprawy samej sobie, tym samym stopniowo coraz silniej wiąże swoje losy z mieszkańcami miasteczka.

Książka Marcina Mortki to kawałek przyjemnej literatury grozy, którą czyta się lekko i która zostaje w naszej pamięci. Nowoczesność przeplata się tam z małomiasteczkowością, realizm z fikcją. Sami mieszkańcy Nonstead nie zawsze są w stanie rozróżnić, co jest prawdą, a co nie; co jest dziełem zła, a co tylko zbiegiem okoliczności. Skrywane tajemnice męczą ich i duszą, jednak zmowa milczenia nie pozwala nikomu zrobić choćby kroku, by rozwiązać zagadkę. To typowe zachowanie małych społeczności jest destrukcyjne dla ich członków, prowadzi bowiem do skrajnej znieczulicy. Ludzie, owszem, są zdolni do pomocy, jednak tylko płytkiej, powierzchownej – fizycznej lub materialnej. Żaden z nich nie zostanie na dłużej i nie wysłucha drugiego. Z resztą i tak nie miałby czego słuchać, bo nikt o swoich problemach nie mówi na głos. Wstyd nie pozwala im dostrzegać, że mroczne sekrety posiada każdy z nas, a współdziałanie mogłoby być milowym krokiem do ich przezwyciężenia.

Co charakterystyczne, w książce odnajdujemy dużo nawiązań do Stephena Kinga i jego twórczości. Czy to wieczne aluzje i żarciki o stanie Maine, czy same konkretne sytuacje… To rzeczywiście sprawa zauważalna, ja jednak traktuję ją z przymrużeniem oka. Być może są to sugestie żartobliwe, być może prowokacyjne.. Ja na ich widok się uśmiecham, bo sama jestem wielką fanką Kinga.

Kończąc wypowiedź, chwalę ”Miasteczko Nonstead” za urok lekkiej grozy, która bardziej odpręża niż przeraża. Można się nieco pośmiać, jeśli ktoś lubi czarny humor. Można przysiąść i pomyśleć, czy wokół nie ma ludzi zbyt zamkniętych w swoim świecie. Każdy z nas ma jakiś mroczny sekret, ale paniczne ukrywanie go przed światem nigdy nie da nam niczego dobrego. Nie warto, jeśli ma to być przyczyną naszego upadku.