Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REBIS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REBIS. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2020

Nathan H. Lents – „Człowiek i błędy ewolucji”

Kilka dni temu pisałam o świetnej książce Toma Phillipsa, który ze swadą i humorem opisywał dzieje ludzkości z perspektywy jej największych porażek. Pozostając w temacie wielkich przegrywów, postanowiłam sięgnąć po kolejną pozycję, która, przynajmniej w zamyśle, zbija człowieka z piedestału najdoskonalszego ze stworzeń. Tym razem w ujęciu bardziej biologicznym niż antropologicznym.

Człowiek i błędy ewolucji to niewielkich rozmiarów (niespełna 300-stronicowa) książka popularnonaukowa, której treść jest właściwie zawarta w tytule, dotyczy bowiem tych słabości ludzkiego ciała i umysłu, które są wynikiem wielu miliardów lat ewolucji naszego gatunku. Wydawać by się mogło, że tak długi proces prowadzi do wysokiej specjalizacji i że genom człowieka, jako najwyższej rozwiniętego organizmu, będzie stanowił crème de la crème cech wszystkich jego przodków. Nathan H. Lents przekonuje jednak, że jest zgoła odwrotnie. Nasze DNA to zbitek przypadkowych pozostałości po minionych tysiącleciach, a budowa anatomiczna... cóż, pozostawia wiele do życzenia.

W kolejnych rozdziałach autor prezentuje nam struktury ludzkiego ciała, które nie do końca spełniają swoją funkcję, a także geny sabotujące zdrowe funkcjonowanie. Osobny rozdział poświęca na niedociągnięcia związane z rozmnażaniem, a także na uproszczenia stosowane na co dzień przez nasz mózg. Na kolejnych stronach rozprawia się z mitem człowieka jako najdoskonalszej z istot (niejednokrotnie podkreślając, w czym jesteśmy gorsi od innych zwierząt), a przy tym wciąż podtrzymuje, że piękno człowieka jako istoty tkwi właśnie w tym, jaki jest. 

Co ważne, autor podchodzi do prezentowanych faktów bardzo racjonalnie. Nie przekonuje nas za wszelką cenę, że dana struktura jest ewolucyjnym bublem i tyle. Wręcz przeciwnie - większość analiz odbywa się na zasadzie bilansu zysków i strat – Lents omawia dokładnie przyczyny powstania danego rozwiązania (o ile są znane) i tłumaczy, w jaki sposób nam pomaga lub co otrzymaliśmy w zamian. 

Wszelkie informacje zaprezentowane w książce zaprezentowane są lekko i z humorem. Nie jest to może poziom żartu jak u Toma Phillipsa czy Adama Kaya, ale książkę czyta się płynnie i przyjemnie, z uśmiechem na ustach. Nathan H. Lents zdecydowanie ma talent do przekazywania wiedzy i potrafi zainteresować czytelnika. Mam nadzieję, że jego poprzednia książka (o tym, co łączy nas ze światem zwierząt i że więcej niż podejrzewaliśmy) też ostatecznie zostanie wydana w Polsce. 


niedziela, 10 listopada 2019

Katarzyna Miller, Andrzej Gryżewski – „Być parą i nie zwariować”

Jakiś czas temu wróciłam do czytania literatury, przez co wszelkiego typu poradniki zeszły na dalszy plan – jakoś tak przestało mnie do nich ciągnąć, miałam więcej oporów i cóż, nie do końca byłam przekonana czy będę w stanie przez jakikolwiek przebrnąć. Do sięgnięcia po Być parą i nie zwariować niemalże się zmusiłam, chcąc zmniejszyć zalegający stosik książek "do przeczytania". Nie wierzyłam, że to się uda. A kilka godzin później z zaskoczeniem stwierdziłam, że pochłonęłam już ponad połowę. 

Właściwie takie zakończenie było do przewidzenia – w końcu uwielbiam zarówno Katarzynę Miller, jak i Andrzeja Gryżewskiego. Oboje są terapeutami z wieloletnim stażem i doświadczeniem, którym chętnie dzielą się z innymi. Oboje mają dar łatwego ujmowania wiedzy w słowa i dobierania odpowiednich przykładów, tak, by były jak najbardziej zrozumiałe dla odbiorców. Cieszy również to, że znają się prywatnie – w pewnym sensie przekłada się to na atmosferę panującą w tej książce (jeśli w ogóle można tak powiedzieć), czyta się ją jeszcze płynniej.

Być parą i nie zwariować to zapis rozmów między autorami, dotyczących... no cóż, związków. Poruszane są rozmaite aspekty relacji intymnych, od codzienności i rutyny, poprzez cechy wpływające na trwałość (lub nietrwałość) związków, aż do seksu, zdradę oraz zagrożenia, które mogą się pojawić na przestrzeni lat (wraz ze sposobami, jak zręcznie można ich uniknąć). Wszystko to jest okraszone rozmaitymi przykładami z gabinetów i nie tylko.

Czego dowiemy się z tego poradnika? Ano przede wszystkim tego, że związki to nie tylko (bardzo nie tylko) namiętność, a ich budowanie w kolejnych latach wymaga pracy i zaangażowania, a także chęci, by zanurzyć się nieco we własną psychikę i zrozumieć swoje zachowania. Autorzy podkreślają bardzo ważną rzecz, z którą całkowicie się zgadzam: jeśli chcemy zmian, możemy ich oczekiwać wyłącznie do siebie. Warto o tym pamiętać, bo choć brzmi to jak wytarty frazes, tak naprawdę ta myśl jest najczęściej zapominaną radą wśród wszystkich, jakie słyszą pary. Jako ludzie mamy tendencje do stawiania innym wymagań i oczekiwania, że dostosują się oni do naszych wyobrażeń. Jak nietrudno się domyślić, prawie nigdy się tak nie dzieje, a z zawiedzionych oczekiwań powstają kolejne, nawarstwiające się konflikty.

Podobnie jak w przypadku czytanej i opisywanej przeze mnie niedawno książki Czasem święta, czasem ladacznica, perspektywa dwóch płci okazała się bardzo cenna. Dzięki niej książka jest znacznie bardziej obiektywna, a czytelnik ma szansę poznać przykłady konkretnych zachowań zarówno z kobiecej, jak i męskiej strony. Swoje znaczenie mają również różnice doświadczeń między autorami, tj. fakt, że Katarzyna Miller pracuje głównie jako psychoterapeutka, natomiast Andrzej Gryżewski jest seksuologiem; jego klienci przychodzą często ze specyficznymi problemami. 

Jedyny mały minusik, który muszę wytknąć, to powtarzane w kółko przykłady. Rozumiem, że jedna historia może posłużyć do zobrazowania wielu różnych problemów, jednak autorzy zdają się nie zauważać, że niektórymi opowieściami raczą nas drugi, a nawet i trzeci razy. Pewnie gdybym kolejne rozdziały czytała w odstępie kilku dni, nie raziłoby mnie to aż tak bardzo, ale że książkę pochłonęłam na dwa razy, chwilami nieco się męczyłam. Ale to tylko malutka wada, która w porównaniu z całą książką nie ma większego znaczenia.


wtorek, 1 stycznia 2019

Moje ukochane poradniki + książki rozwojowe do przeczytania w 2019 roku



Dokładnie 3 lata temu, 1 stycznia 2016 roku, publikowałam dla Was tego posta. Wymieniłam w nim kilka poradników, które były dla mnie bardzo ważne. Z niektórych z nich korzystam do tej pory! Jako że początek roku to czas postanowień i planów, do których nierzadko potrzebujemy motywacyjnego kopa, postanowiłam nieco tę listę zaktualizować i pokazać Wam kilka książek, które w minionym roku w jakiś sposób zmieniły moje spojrzenie na świat. Wszystkie dotyczą tematów ważnych i łączy je istotna cecha, jaką jest lekkość pióra autora.

piątek, 2 listopada 2018

Elizabeth Gilbert – „Jedz, módl się, kochaj”



Kiedy Elizabeth Gilbert zdecydowała się na opisanie własnej przygody z wewnętrzną przemianą, prawdopodobnie nie spodziewała się, jaką popularność osiągnie jej książka i jak wiele kontrowersji wzbudzi wśród czytelników. Z jednej strony mamy sporą grupę osób, które uważają Jedz, módl się, kochaj za czczą gadaninę i pustą, pseudofilozoficzną opowieść. Są jednak i tacy, którzy dostrzegli w tej powieści coś więcej; coś, co zainspirowało ich do działania i pchnęło do ważnych, życiowych zmian. 

Do której grupy dołączyłam ja?

piątek, 12 października 2018

Kryminały i thrillery na jesienne wieczory



Pewnie jestem tendencyjna, ale tak, jak lato kojarzy mi się jednoznacznie z czytaniem lekkich obyczajówek, tak jesień i zima pchają mnie w objęcia opowieści nieco bardziej mrocznych. Perspektywa długich wieczorów z herbatą i kocem nie byłaby dla mnie kompletna, gdyby nie dobry kryminał w ręce. Jeśli macie tak samo (albo po prostu szukacie czegoś w tym klimacie), przygotowałam dla Was kilka rekomendacji. 

sobota, 22 lipca 2017

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Leon”


Co do pierwszej części cyklu Herkules – miałam bardzo dużo wątpliwości. Kolaboracje między pisarzami mają to do siebie, że często zamiast wyciągać z prozy obu twórców to, co najlepsze, raczej uwydatniają braki. Ostatecznie powieści wychodzą sztywne i pozbawione charakteru, albo, co gorsza, kompletnie niespójne, z wyraźnym rozdźwiękiem między autorami. 

Na szczęście ani w przypadku Na imię mi Zack, ani tym bardziej w kontynuacji, Leonie, nic takiego nie miało miejsca.

W niedostępnej, mało uczęszczanej dzielnicy, na szczycie komina przemysłowego znalezione zostaje ciało chłopca. Gdy policja stara się ustalić kim był i w jaki sposób zginął, do sieci trafia nagranie z ostatnich minut jego życia – dziecko zostało brutalnie zamordowane przez mężczyznę w lwiej skórze. Komisarze muszą szybko znaleźć sprawcę, bo wszystko wskazuje na to, że w piwnicznej klatce przetrzymywany jest kolejny chłopiec…

Już jedna z pierwszych scen książki pokazuje nam dokładnie, z czym będziemy mieli do czynienia i stanowi reprezentację tak Leona, jak i całego cyklu. Zack Herry, wschodząca gwiazda policji, gra w rosyjską ruletkę, aby pozyskać informacje na temat zaginionego dziecka. Ale jak gra! Autorzy bardzo dokładnie odzwierciedlają to, co dzieje się w umyśle komisarza przy każdej kolejnej dokładanej kuli, jak buzuje w nim adrenalina i rośnie napięcie. Duet Kallentoft&Lutteman nie boi się skrajnych tematów, a ich sposób opisu potrafi przyprawić o ciarki. Nie będzie ozdobników i uproszczeń, o nie. Tutaj babramy się w psychice bardzo dziwnych bohaterów.

Sam komisarz Herry nie jest typowym przedstawicielem policji nawet jeśli wziąć pod uwagę patologiczną normę wśród skandynawskich śledczych. W jego przypadku problemy są głębsze, a ich odzwierciedlenie w życiu Zacka znacznie bardziej spektakularne. Młody mężczyzna nosi w sobie traumę, z którą nie jest w stanie poradzić sobie sam, w efekcie czego co i rusz funduje sobie nowe, silne doznania dzięki środkom psychoaktywnym: kokainie, amfetaminie, alkoholowi. Komisarz zdaje się być uzależniony także od adrenaliny: im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym więcej emocji w nim wyzwala. Cały myk autorów nie polega jednak na stworzeniu odpowiednio kontrowersyjnego śledczego, a na należytym opisaniu jego zachowań. Jak już wspomniałam, Kallentoft i Lutteman uwielbiają babrać się w tym, co dzieje się w głowie Zacka na co dzień, a także w kontakcie z narkotykami. Rozkładają na czynniki pierwsze stan napięcia w umyśle bohatera i cały błogostan, który nadchodzi po nim. 

Chyba nie powinnam się przyznawać, że Zack Herry tak bardzo mnie intryguje.

W obliczu tak wyrazistej kreacji głównego bohatera, sama zagadka zdaje się schodzić na nieco dalszy plan. Nie oznacza to jednak, że nie jest interesująca! Wręcz przeciwnie – moim zdaniem jest skonstruowana dobrze, spójnie i posiada wszelkie cechy, by utrzymać zainteresowanie czytelnika. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nieadekwatny opis okładkowy. Naprawdę rozumiem, że wyścig z czasem sprzedaje się lepiej niż żmudne śledztwo, ale nie dajcie się nabrać. Zanim dojdzie do sytuacji opisanej w blurbie, czeka nas wiele innych, równie kluczowych fabuły wydarzeń, a cała książka nie opiera się bynajmniej na gorączkowym poszukiwaniu chłopca zamkniętego w piwnicy, choć i ten element oczywiście w końcu się pojawia. Dużo czasu i uwagi jest tu poświęcone poszczególnym śledczym, sposobom ich pracy, a pierwsza połowa książki nie jest napakowana akcją, choć mimo to wcale się nie dłuży.

Jeśli z jakichś powodów nie spodobały Wam się solowe powieści Monsa Kallentofta, możecie śmiało spróbować cyklu o Zacku Herrym. Wpływ Markusa Luttemana jest bardzo wyraźny: nie ma charakterystycznych dla serii o Malin Fors długich, quasi-filozoficznych myśli, nie ma ofiar przemawiających zza grobu. Jest za to świetna kreacja głównego bohatera i opis, który potrafi zachwycić. Nie boję się powiedzieć, że cykl o Zacku Herrym jest lepszy od tego o Malin Fors, mimo że oba lubię i chętnie po nie sięgam. Gdybym miała polecać, zachęcałabym jednak, żeby w pierwszej kolejności sięgnąć po Herkulesa.






Na imię mi Zack || Leon || Bambi

sobota, 14 maja 2016

Mons Kallentoft – „Ziemna burza”

Gdy sięgam po książki Monsa Kallentofta, wiem dwie rzeczy: że będzie to tekst dokładnie na tym poziomie, jakiego oczekuję, oraz że zbrodnia będzie miała bezpośredni związek z tytułem. Nie inaczej jest tym razem: opowieść otwiera scena jak z horroru, w której bezpośrednim narratorem jest osoba pogrzebana żywcem. Zdana na łaskę oprawcy, który dostarcza jej tlen i wodę, ofiara może tylko czekać na ratunek ze strony policji; tymczasem na powierzchni toczy się chora gra, w której stawką jest ludzkie życie. Przestępca bawi się z komisarzami w kotka i myszkę, a oni mogą tylko czekać na kolejny ruch z jego strony…

Ziemna burza to trzecia część cyklu o żywiołach, ósma odsłona serii o komisarz Malin Fors i siódma książka Monsa Kallentofta, którą miałam przyjemność czytać. Zdecydowanie jest to mój ulubiony autor kryminałów, więc moja opinia może być w pewnym sensie nieobiektywna, jednak kolejny raz zakończyłam lekturę naprawdę niesamowicie usatysfakcjonowana. Już od pierwszej, mocnej sceny wiedziałam, że coś się zmieni i faktycznie: tym razem charakterystyczne dla autora wstawki z wypowiedzi martwych ofiar zostały zastąpione krótkimi scenami z udziałem ofiary żyjącej i przeżywającej piekło w podziemnym grobie. Taka narracja jest jeszcze bardziej przerażająca i robi na czytelniku duże wrażenie. Jest to o tyle ważne, że do tej pory kryminały autora były dość nierówne – śledztwo toczyło się długo i żmudnie, aby pod sam koniec nabrać dosłownie zawrotnego tempa. W Ziemnej burzy również mamy do czynienia z niebezpiecznie szybkim finałem, jednak mocne elementy we wcześniejszych częściach książki bardzo dobrze to równoważą.

Za każdym razem jestem pod wrażeniem sposobu, w jaki Kallentoft ujmuje w swoich książkach ważne problemy społeczne. Nie inaczej jest tym razem: wykorzystując mordercę eliminującego osoby o skrajnych poglądach, autorowi udało się delikatnie przemycić jakże aktualny w Skandynawii (a właściwie w całej Europie) problem muzułmańskich uchodźców. Nie jest to może tak otwarte i jasne przedstawienie sprawy, jak to miało miejsce w przypadku innych motywów w poprzednich książkach, ale i tak wypada bardzo pozytywnie. Autor udowadnia, że kryminały nie potrzebują wybujałego, nierealnego tła, aby zaistnieć; współczesny świat oferuje nam całą masę problemów, które można skutecznie wykorzystywać w tego typu książkach, są to bowiem sprawy powszechne, znane i wywołujące bardzo dużo skrajnych emocji.

Jedynym aspektem, który nie do końca mi się spodobał, był brak opowieści o życiu prywatnym komisarzy; Ziemna burza jest wyraźnie cieńsza niż poprzednie książki z serii i mam wrażenie, że została uszczuplona właśnie w tym wymiarze. Do tej pory praktycznie za każdym razem otrzymywaliśmy choćby szczątkowe informacje na temat tego, co słychać u poszczególnych bohaterów, co wydawało mi się całkowicie naturalne (przez tyle książek można się naprawdę zżyć z prezentowanymi postaciami). Tym razem niektóre osoby zostały całkowicie pominięte, a co do innych autor pokusił się jedynie o krótkie, zdawkowe sformułowania. Jedyną naprawdę omawianą osobą jest główna bohaterka, Malin Fors, jednak i jej życie zostało opowiedziane bez specjalnej wnikliwości; mimo że przeżywa naprawdę trudne chwile, zabrakło miejsca na roztrząsanie jej problemów. Widzimy, że bohaterka walczy, szarpie się sama ze sobą, a jednak wszystko to jest nieco nijakie, przez co nie czujemy tych samych emocji i tak naprawdę nie widzimy wszystkiego.

W kontekście czwartej części cyklu o żywiołach pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że będzie ona co najmniej równie dobra, jak poprzednie. Przed nami ogień, a to daje duże pole do popisu, jeśli chodzi o wymyślne zbrodnie i całą oś fabularną – jestem pewna, że autor pokusi się o coś niesamowitego. Czekam z niecierpliwością i już zacieram łapki, a w międzyczasie mam zamiar przeczytać dwie książki z cyklu o Malin Fors, które do tej pory pomijałam; mam pewne luki w wiedzy o bohaterce, które zdecydowanie muszę jak najszybciej nadrobić.





Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.

środa, 2 grudnia 2015

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Na imię mi Zack”

W małym mieszkaniu znalezione zostają ciała czterech kobiet azjatyckiego pochodzenia – wszystkie zostały brutalnie zamordowane. Jaki mógł być motyw zbrodni? Nienawiść rasowa, chęć upodlenia kobiet, a może zwykła żądza mordu? Tę zagadkę rozwiązać muszą komisarze ze sztokholmskiego wydziału kryminalnego, na czele z Zackiem Herrym, wschodzącą gwiazdą policji. Czy uda im się połączyć w całość wyjątkowo trudne informacje? Czas ucieka, a zagrożenie wzrasta z każdą chwilą…

Prozę Monsa Kallentofta sukcesywnie poznaję już od jakiegoś czasu i jestem bardzo zadowolona – to teksty, które bardzo dobrze wpasowują się w mój gust. W związku z tym logiczne jest, że nie mogłam przepuścić okazji do zapoznania się z najnowszym projektem autora, jaki jest cykl Herkules stworzony we współpracy z pisarzem Markusem Luttemanem. Miałam co do tej książki wiele obaw – bałam się, że rozdźwięk pomiędzy autorami będzie zbyt widoczny lub że, mówiąc wprost, zepsute zostanie to, co tak bardzo lubię u Kallentofta. Na szczęście nic takiego się nie stało – poziom tekstu jest zaskakująco wysoki, moim zdaniem dużo wyższy niż w przypadku cyklu o Malin Fors. Każdy z autorów dał od siebie to, co najlepsze, a efekt jest naprawdę spójny i interesujący.

Jeśli chodzi o fabułę, jest ona bardzo bogata i różnorodna. Wątek kryminalny skonstruowany jest dobrze, ciekawie i ma wszelki potencjał by zaciekawić czytelnika. Choć do jego zbudowania wykorzystano kilka zbiegów okoliczności i sztampowych klisz, nie wypada to jakoś tragicznie; wręcz przeciwnie – w ogólnym rozrachunku prawdopodobieństwo opowieści zostało zachowane. Zagadce kryminalnej towarzyszy ciekawe społeczne tło związane z ważnym i aktualnym problemem konfliktu nacjonalizmu i migracji. Kolejnym elementem jest szereg postaci pierwszo- i drugoplanowych, które przewijają się na kartach powieści. Znów mamy do czynienia z powtarzalną grupą śledczych, z których każdy jest geniuszem na skalę komendy, jednak po raz pierwszy spotkałam się z tym, że bohater sam widzi i wypunktowuje taki stan rzeczy. Duży plus za tę autoironię!

Skoro już jesteśmy przy postaciach, warto poświęcić kilka słów głównemu bohaterowi. Zack właściwie odzwierciedla klasyczne ujęcie współczesnego śledczego – ma trudną historię, nie potrafi poskładać swojego życia prywatnego i jest osobą uzależnioną. Można by powiedzieć, że to powielenie schematu, jednak jest w tej postaci coś, co nie pozwala nam tak myśleć; coś, co intryguje. Przeszłość Zacka, a także jego bieżące postępowanie umotywowane są dobrze, a on sam ukazany jest jako bohater spójny, choć nie do końca ukształtowany, raczej wciąż poszukujący odpowiedzi na wiele pytań. Taka kreacja daje nadzieję na rozwój postaci w przyszłości.

Na imię mi Zack mogę polecić właściwie każdemu fanowi kryminałów, zwłaszcza tych skandynawskich – powieść łączy w sobie wszystko co najlepsze w tym właśnie gatunku. Akcja jest wciągająca, jednak dynamizm nie przesłania sensu opowieści; mamy tu do czynienia z dobrze skonstruowanym tłem, wyrazistymi bohaterami i zbrodnią podszytą poważnym społecznym problemem. Wszystko to razem składa się na książkę intrygującą i najzwyczajniej w świecie dobrą. Nie mogę doczekać się kontynuacji!





Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Jay Asher – „Trzynaście powodów”

Trzynaście osób, trzynaście nagrań, siedem kaset magnetofonowych. I jedna śmierć – samobójstwo nastolatki. To ona jest punktem stycznym dla wszystkich bohaterów taśm. To ona oskarża ich i czyni współwinnymi.

Gdy Clay Jensen otwiera tajemniczą przesyłkę, jest mocno zdziwiony – wewnątrz niespodziewanej paczki znajdują się… kasety. Rany, kto dziś jeszcze ich słucha? Jednak to, co na nich znajdzie, zmieni jego życie na zawsze. Autorką nagrań jest Hannah Baker – dziewczyna, która niedawno popełniła samobójstwo. Która podobała się Clayowi. Której próbował pomóc, choć nie umiał. Która mówi, że na taśmach opowiada historię w oparciu o relację z trzynastoma osobami, które w jakiś sposób przyczyniły się do jej śmierci. Tylko co ma z tym wspólnego zakochany Clay, skoro nigdy nie zrobił jej nic złego?

To nie jest horror o martwej dziewczynce przemawiającej do ludzi z magnetofonu, ani kryminał, w którym szukamy sprawcy morderstwa. A jednak przez całą lekturę towarzyszy nam napięcie, a problem winy i kary jest nie tylko obecny, ale i bardzo istotny. Dla mnie lektura tej książki wiązała się z szeregiem bardzo silnych emocji – od poczucia niesprawiedliwości, poprzez obrzydzenie, aż do szoku i niedowierzania. Wiele z nich do teraz jest obecnych gdy przypominam sobie fabułę i z pewnością znajdzie swoje odzwierciedlenie w dalszej części mojej wypowiedzi.

Opowieść Hannah faktycznie składa się z trzynastu części, które ułożone są w ciąg przyczynowo-skutkowy. Opisując swoje relacje z kolejnymi osobami, bohaterka pokazuje, co działo się z jej psychiką na przestrzeni miesięcy. Ujawnia, jak nakładające się na siebie wydarzenia doprowadziły do sytuacji, z którą nie umiała sobie poradzić. Wskazuje moment, gdy to wszystko wymknęło się spod kontroli.

Osobiście uważam, że to jedna z tych książek, które powinien przeczytać każdy z nas. Po co? Aby wyjść ze swojej strefy komfortu. Żyjemy w świecie pełnym ludzi, a jednak to siebie widzimy jako jego centrum. To naturalne, w końcu jesteśmy sobą, a nie innymi osobami – czujemy, odbieramy bodźce i piszemy własne historie, w których otoczenie odgrywa różne role, ale też często się zmienia. Warto jednak czasem zauważyć, że tak jak napotykane osoby wpływają na nas swoimi pozornie nic nie znaczącymi zachowaniami, tak też my możemy wpływać nimi na innych. Zdarzyło się Wam kiedyś mieć popsuty dzień przez to, że zostaliście źle potraktowani w sklepie? Dla ekspedientki byliście wtedy setnym klientem z kolei i prawdopodobnie w ogóle Was nie zapamiętała, jednak w Waszej indywidualnej historii miało to znaczenie.

Właśnie takie zależności obrazuje opowieść Hannah. Podczas lektury, w miarę poznawania jej historii, nie miałam poczucia, że bohaterka celuje w kogoś paluchem mówiąc: „To ty mnie zabiłeś!”. Choć chwilami jest okrutna, choć grozi ujawnieniem taśm, nie widać w niej pustego obwiniania. Wręcz przeciwnie – pokazuje, jak jedno błahe wydarzenie otworzyło furtkę do kolejnego (które w mniemaniu odpowiedzialnej za nie osoby również było błahe), a to z kolei do następnych. Bohaterka oddziela przypadki od celowych działań, dokładnie śledzi cały proces i wyłapuje udział, jaki mieli w nim inni. Punktuje brak empatii, lekkomyślność, egocentryzm, brak szacunku dla drugiego człowieka i nastoletnią ślepotę – niezdolność do przewidywania skutków własnych czynów.

Pozostaje tylko jedno pytanie: jak ktoś, kto tak doskonale rozumiał mechanizmy własnych problemów, zdecydował się na taki czyn? Dlaczego tak naprawdę zabiła się Hannah Baker?

Ta książka uświadamia wiele przerażających rzeczy. Mierzi mnie, gdy ludzie w recenzjach piszą, że jest zła, bo opisywane problemy nie są ich zdaniem powodem to popełnienia samobójstwa (książka może się nie podobać, każdy ma inny gust, chodzi mi o ten konkretny, oceniający argument). Osobiście uważam, że żaden problem nie jest powodem do odebrania sobie życia – super, że wszyscy jesteśmy tacy silni. Jednak fakty i statystyki są takie, że na swoje życie targają się osoby w sytuacjach, z których my, zdrowi, jesteśmy w stanie znaleźć wiele wyjść, tyle że one same zupełnie nie są zdolne do ich dostrzegania. I jeśli w odpowiednim momencie nie pojawi się na ich drodze ktoś, kto zauważy sygnały, okaże wsparcie i silnie zwiąże ich z życiem, prawdopodobnie sami nie znajdą w sobie siły do walki. Samobójstwo nie jest kaprysem, to wypadkowa bardzo głębokich problemów, rozpaczy i bezsilności. Oby nikt z nas nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji.

Wyszła z tego taka trochę nie-recenzja. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Książkę czytałam z zapartym tchem i w moim przypadku spełniła ona funkcję, do której została stworzona, dlatego też subiektywnie mogę Wam ją polecić.






Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.

~*~

PS Jeśli intryguje Was ta książka, a jeszcze nie macie swojego egzemplarza, śledźcie uważnie naszego bloga i/lub fanpejdż. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych dniach będziemy mieli jedną sztukę do rozdania w konkursie - nie wyobrażam sobie, że mogłabym się nie podzielić z Wami tak niezwykłą opowieścią.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Joe Abercrombie - "Pół świata"

Brand całe życie stara się postępować według słów swojej matki i czynić dobro. Choć brak mu odwagi i determinacji, robi wszystko, by być jednym z wojowników Gettlandu i stanąć w obronie ojczyzny. Zadra, choć jest dziewczyną, łaknie męskiego życia - takiego, jakie prowadził jej ojciec. Ścieżka bohatera jest jednak dwa razy dłuższa dla kobiet, w dodatku pełna nieprzychylnych spojrzeń. Branda i Zadrę wiele różni, sporo też łączy; oboje wyruszają na wyprawę przez pół świata i stają się bohaterami rozgrywek politycznych najwyższego szczebla. Co takiego w tej dwójce zobaczył Ojciec Yarvi, że wciągnął ich w nieskończoną sieć spisków, intryg i knowań?

Przyznaję, że przeżyłem niemały szok na początku lektury, gdy okazało się, że Yarvi nie jest już głównym bohaterem. Zdecydowanie jest to zagrywka rzadko spotykana w cyklach książek, muszę jednak przyznać, że jak najbardziej ma ona sens - Morze Drzazg to trylogia skierowana do młodzieży, potrzebny jest więc młody, nastoletni bohater. Yarvi zdążył już dorosnąć w toku fabuły zawartej w pierwszym tomie, wynikła więc potrzeba zaprezentowania nowych protagonistów. A ci, warto zaznaczyć, wypadli rewelacyjnie, podobnie zresztą jak wszystkie inne postaci. Joe Abercrombie ma niezwykły talent to tworzenia bohaterów: każda osoba pojawiająca się na kartach powieści jest unikatowa i opisana w sposób dokładny i spójny. Nie ma tu postaci źle napisanych - zarówno bohaterowie znani z pierwszego tomu, jak i nowo przedstawieni zaprezentowani są po mistrzowsku.


Brand szarpnął nogawkę mokrych spodni.
- Zaszczałem sobie gacie.
- Nie ty jeden.
- W pieśniach bohaterowie nie robią w spodnie.
- No cóż. - Rulf lekko ścisnął go za ramię i wstał. - Pieśni to pieśni, a życie to życie.(s.200)


Na podziw i uznanie zasługuje również niesamowicie lekkie pióro autora. Żywe, barwne opisy to jedno, ale nie sposób przejść obojętnie obok subtelnego humoru wplecionego w wiele scen. Dodatkowo Joe Abercrombie z niesamowitą łatwością i taktem potrafi opisywać zarówno rzeczy wyjątkowo przyziemne, jak i te z gatunku obleśnych czy przez swój charakter wymagające specjalnego podejścia. Pisarz ewidentnie ma świadomość, jakie jest docelowe grono odbiorców, nie traktuje go jednak w sposób pobłażliwy, lecz na swój sposób dojrzały i ze wszech miar odpowiedni.

W trakcie lektury miałem niemałe wątpliwości co do tego, jak w ogólnym rozrachunku wypadnie Pół świata. Książka w wyraźny sposób ma należeć do uniwersalnej części nurtu young adult - mamy tu dwoje bohaterów, chłopaka i dziewczynę, w dodatku dzięki trzecioosobowej narracji obserwujemy myśli obu postaci, zaś pewne rozwiązania fabularne wydają się być sztampowe dla gatunku; całe szczęście autor wybrnął z tego zadowalająco i wszystko rozpisane zostało w sposób przemyślany i ciekawy. Jedynie niektóre zachowania bohaterów i ich przemyślenia były wręcz żenujące, aż mi za nich było głupio, ale to akurat wynikało z mojego charakteru.

Pół świata okazało się być nie tylko godną kontynuacją pierwszego tomu, ale go wręcz przebiło pod względem poziomu. Joe Abercrombie wykazał się niemałym talentem pisarskim, dzięki któremu stworzył powieść dojrzałą, znakomitą zarówno dla starszego czytelnika, jak i tego nieco młodszego. Zaskakująca i wciągająca - te dwa słowa chyba najlepiej oddają charakter tej książki. Jeśli trzecia część utrzyma poziom, to bezsprzecznie Abercrombie będzie moim ulubionym twórcą fantasy.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

środa, 29 kwietnia 2015

Joe Abercrombie - "Pół króla"

Książę Yarvi całe swoje dotychczasowe życie był swoistym popychadłem. Wątłej budowy, z kikutem zamiast jednej ręki - w krainie, gdzie doceniana była siła fizyczna i sukcesy wojenne, jego wygląd budził tylko drwiące uśmiechy. Gdy jednak niespodziewanie stał się prawowitym następcą tronu, Yarvi postanawia dzielnie stawić czoła temu, co zaoferował mu los, a jednocześnie pomścić śmierć najbliższych. Niestety, zdradzony i wrzucony w wir intryg, których istnienia nawet nie podejrzewał, młody książę ociera się o śmierć i trafia do niewoli. Mimo to nie zapomina o przysiędze, którą złożył sobie i Bogom i zrobi wszystko, aby ją wypełnić; Sojuszom, które w tym celu nawiąże, daleko będzie do królewskiej rangi…

Joe Abercrombie znany jest przede wszystkim z mrocznych powieści fantasy, w których brutalność i ostry język przeplatają się z sarkastycznym humorem. Pół króla jest jednak nieco inną powieścią w porównaniu z dotychczasowym dorobkiem autora, bowiem książka docelowo przeznaczona jest dla nastoletniego odbiorcy. Abercrombie nie zmienił jednak zupełnie swojego stylu - Morze Drzazg i otaczające je ziemie to okrutny świat, w którym na pierwszy plan wysuwa się prawo silniejszego, a krew leje się często i w dużych ilościach. Fabuła powieści opiera się na intrydze, która - co tu dużo mówić - jest perfekcyjnie skonstruowana. Zwroty akcji są tak nagłe i niespodziewane, że nie raz szczęka opadała mi ze zdumienia i to aż do samego końca tekstu.

Postaci zostały wykreowane z niesamowitym kunsztem. Yarvi już od pierwszych stron wzbudza naszą sympatię, a niedoskonałości fizyczne nadrabia nadzwyczaj sprawnym umysłem, przez co kibicujemy mu przez całą przygodę. Wraz z posuwaniem się akcji do przodu obserwujemy jego przemianę - widzimy, jak rośnie w nim determinacja, jak krystalizują się jego poglądy na wiele spraw oraz podejście do pewnych rozwiązań. Ewolucja jego osobowości jest całkowicie uzasadniona, a niemal każde wydarzenie wpływa na niego w ten czy inny sposób. Zachwycają również bohaterowie drugoplanowi: każdy z nich jest dopracowany i skonstruowany w pełny, indywidualny sposób. Postaci są wielowymiarowe i nierzadko dopiero z czasem poznajemy całą prawdę i wyrabiamy sobie o nich zdanie.

Mimo ogólnie mrocznej stylistyki, w jakiej utrzymana jest powieść, niejednokrotnie zdarzyło mi się przy niej uśmiechnąć czy nawet zaśmiać. Działo się tak dzięki licznym żartom zręcznie wplecionym w fabułę; ironia i sarkazm nierzadko stawały się jedynymi rzeczami, które mogły dać otuchę bohaterom, nie bali się więc z nich skorzystać. Co prawda niektóre żarty nie stały na zbyt wysokim poziomie, inne zaś były sztuczne, tak jakby cała scena została napisana na ich potrzeby, jednak w ogólnym rozrachunku humor był idealnie dopasowany do reszty utworu.

Choć sama fabuła zbudowana została w sposób ciekawy i szczegółowy, sam sposób jej poprowadzenia nie do końca mi odpowiadał. Cała opowieść została niepomiernie rozwleczona w stosunku do historii, którą opisuje, przez co kilkukrotnie zaczynałem odczuwać znużenie. Wielokrotnie byłem zaskoczony widząc, przez ile stron udało mi się już przebrnąć, podczas gdy fabuła ledwo poruszyła się do przodu. Dodatkowo wiele wydarzeń zdaje się sztucznie zapychać książkę, tylko minimalnie wpływając na ogólny zarys historii. W dodatku nierzadko prawdopodobieństwo życiowe tylu dramatycznych zdarzeń jedno po drugim zbliżało się groźnie ku zeru, nawet biorąc pod uwagę to, że Pół króla to jednak fantastyka.

Joe Abercrombie stworzył powieść, która spełnia kryteria gatunku dark fantasy, a jednocześnie przeznaczona jest dla nastoletnich czytelników. Na szczęście autor nie potraktował tej grupy jako odbiorców gorszej kategorii i nie bał się zaprezentować swojego pomysłu w sposób niepozbawiony brutalności i dosadności, który z pewnością przypadnie do gustu także starszym czytelnikom. Sama historia nie wydaje się być może najbardziej rozbudowana, jeśli przyrównać ją do objętości książki, jednak jest skonstruowana w sposób zupełny i co najważniejsze - ciekawy. Pierwszy tom trylogii Morze Drzazg zdecydowanie przypadł mi do gustu, nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejną część przygód Yarvi’ego.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

środa, 15 kwietnia 2015

Anthony Horowitz – „Moriarty”


Sherlocka Holmesa kojarzy chyba każdy – z klasycznych tekstów Doyle’a, filmów z Robertem Downeyem Jr., czy popularnych ostatnio seriali. To postać kultowa, wdzięczny obiekt wszelkiego typu remake’ów, osobowość emocjonująca odbiorców na całym świecie od ponad 100 lat. Czy można na fali takiego fenomenu stworzyć coś nowego, co utrzyma poziom oryginału? Okazuje się, że tak.

Powieść zaczyna się niebanalnie, bo od sceny śmierci słynnego detektywa oraz jego największego przeciwnika, profesora Moriartego. Scotland Yard najchętniej pogrążyłby się w żałobie, jednak nie jest to możliwe – świat nie stanął w miejscu, a do wytropienia pozostało jeszcze wiele zła, które w poczuciu bezkarności uderza ze zdwojoną siła. Czy wśród komisarzy znajdzie się ktoś godny miana następcy najsłynniejszego detektywa?

Nie jestem wielką znawczynią twórczości Doyle’a, ale kojarzę doskonały klimat XIX-wiecznej Anglii charakterystyczny dla jego tekstów – tutaj również go nie brakuje. Widać wyraźnie, że autor włożył dużo pracy w upodobnienie swojego dzieła do oryginału, co ma swoje przełożenie na fabułę, intrygę i wkraczające na scenę postaci. Choć Holmes i Moriarty właściwie się w książce nie pojawiają, są wyraźnie obecni duchem; spuściznę detektywa można odnaleźć w głównym bohaterze i wiernym naśladowcy, którym jest inspektor Athelney Jones. Bliska oryginałowi jest również sama stylistyka, sposób prowadzenia narracji czy specyficzny humor; wszystko to wypada naturalnie i absolutnie nie pozostawia poczucia obcowania z kiepskim naśladownictwem.

Jednak nie jest to książka wyłącznie dla fanów Holmesa. Powieść Horowitza to przede wszystkim świetny kryminał o misternie skonstruowanej fabule i zagadce, której samodzielne rozwikłanie jest właściwie dla czytelnika niemożliwe. To powieść klasyczna, wykorzystująca schematy, a mimo to interesująca i świeża. Zagadka jest skomplikowana, ale nie aż nadto – uwaga czytelnika zostaje podtrzymana przez cały czas trwania książki, a różnorodne zwroty akcji dodatkowo podnoszą napięcie. Zarówno odkrywanie tajemnic, jak i lektura sama w sobie, jest czystą przyjemnością, co czyni tekst prawdziwą gratką dla fanów powieści detektywistycznych.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

sobota, 21 marca 2015

"Epopeja. Legendy fantasy"

Gdy kilkadziesiąt lat temu opublikowany został Władca Pierścieni Tolkiena, oblicze fantasy nieodwracalnie się zmieniło. To, co znane było jedynie z dawnych mitów i legend, powróciło ze zdwojoną siłą; czytelnicy coraz chętniej sięgali po epickie sagi pełne straszliwych bestii, odważnych bohaterów i magicznych krain. Gatunek literacki dotąd znajdujący się na marginesie popularnych książek rozrósł się i dziś stanowi trzon fantastyki, a autorzy piszący w nurcie epickiej fantasy zdobywają uznanie nie tylko wśród fanów tego typu książek.

Epopeja. Legendy fantasy to zbiór szesnastu opowiadań, które pokazują nam, jak wygląda współczesna fantastyka epicka. Antologia stanowi znakomity przekrój tego gatunku: wśród autorów obu płci mamy zarówno pisarzy młodych jak i tych, którzy tworzą już od wielu lat. Wszystkich jednak łączy pewna rzecz: każdy z twórców, którego dzieło zostało tutaj zaprezentowane, ma na swoim koncie liczne nagrody honorujące najlepszych pisarzy fantastyki. Niekiedy trofea w swej liczbie dościgają ilość lat, od których dany pisarz tworzy, a dość powiedzieć, że w wielu przypadkach są to numery dwucyfrowe. To robi wrażenie.

Choć “epickość” z miejsca sugeruje nam niesamowite przygody bohaterów, którzy na swej drodze stawiają czoła niezliczonym trudnościom (ze wszystkich kłopotów wychodząc oczywiście bez szwanku), wybrane przez Johna Josepha Adamsa opowiadania pokazują nam różna oblicza tego określenia. Nierzadko przejawia się ono w kreacji świata, legendach, które w nim istnieją, ale też w zwykłych ludziach, którzy w obliczu zagrożenia pokonują swoje słabości. Wiele z tekstów zawartych w antologii ma mroczy wydźwięk, niektóre nie raczą czytelnika szczęśliwym zakończeniem, w innych zaś choć końcowe fragmenty bywają gorzkie, sugerują one na swój sposób dobre dalsze losy bohaterów.

Jak to w antologiach z reguły bywa, poziom opowiadań nie jest równy, jednak każde z nich jest w pewnym stopniu dopracowane. Niektóre z nich, choć pomysłowe i z polotem, napisane są w sposób ciężki w odbiorze, bogaty w dłużące się fragmenty i dziwne konstrukcje zdań czy dialogów. Inne, dopracowane pod względem stylistycznym i językowym, nie do końca bronią się historią, która potrafi być mało ciekawa lub momentami nielogiczna (aczkolwiek to ostatnie jest swoistą domeną fantasy). Tak naprawdę tylko jedno opowiadanie posiadało oba te mankamenty (swoją drogą już przed lekturą przewidziałem, że ten tekst będzie najsłabszy), ale i tak są to raczej niewielkie skazy.

Epopeja stanowi idealny przekrój przez współczesną epicką fantasy, ukazując jak różnorodny jest ten gatunek. Dla osób, które lubią tego typu historie, zbiór będzie stanowił zdecydowanie ciekawą, różnorodną lekturę. Natomiast dla tych, którzy do tej pory nie mieli styczności z niesamowitymi historiami, antologia stanowi znakomity “starter”, pozwalający na zapoznanie się z gatunkiem i jednocześnie stwierdzenie, po dzieła których pisarzy ma się zamiar sięgnąć. Zwłaszcza że część zamieszczonych tutaj historii toczy się w wykreowanych przez autorów światach, które zostały przez nich opisane w popularnych sagach fantasy. Ja sam, choć część nazwisk nie była mi obca, poznałem kilku twórców, po których epopeje mam zamiar sięgnąć w najbliższym czasie.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

środa, 11 marca 2015

Hanna Cygler - "Złodziejki czasu"

Na kartach powieści spotykają się cztery kobiety; choć łączy je profesja (wszystkie są pisarkami), na tym kończą się podobieństwa. Elwira jest wyzwoloną żoną polityka, która szuka szczęścia w ramionach kochanka; swoją energię przelewa na postać pewnej siebie pani komisarz ze znanej serii kryminałów. Anna nosi brzemię trudnej sprawy z przeszłości – teraz jest samotna, a swoją uwagę poświęca innym ludziom tworząc ich biografie. Męża nie ma również Teresa, profesor filozofii w średnim wieku, pod pseudonimem wydająca popularne romanse. Korowód zamyka młodziutka Kinga, autorka horrorów, która wiedzie szczęśliwe życie młodej mężatki i mamy. Kobiety spotykają się zupełnym przypadkiem, a ich przyjaźń przeżywa wzloty i upadki; choć czasem bywa chłodna, w trudnych sytuacjach cała czwórka może liczyć na pomoc. I dobrze, bo w stosunkowo krótkim czasie życie wszystkich wywróci się do góry nogami…

Zawsze mam w sobie dużo szacunku dla autorów, którzy decydują się opowiadać historie z perspektywy różnych bohaterów; to zabieg wymagający elastyczności i dużych nakładów wyobraźni. Gdy wychodzi dobrze, jestem pod jeszcze większym wrażeniem i tak właśnie jest w przypadku powieści Hanny Cygler. W Złodziejkach czasu mamy do czynienia z czterema bohaterkami, a każda z nich jest postacią pełnoprawną. Skrywane sekrety, doświadczenia codzienności, podejście do życia, charakter i otoczenie – wszystko to czyni z nich indywidualności i ubogaca tekst. Myślę, że wiele kobiet znajdzie tu postać, z którą się zidentyfikuje lub przynajmniej polubi; mnie najbardziej przypadły do gustu szalone losy Kingi (choć niekoniecznie chciałabym znaleźć się w jej skórze).

Początkowo miałam trudność z wdrożeniem się w opowieść, z czasem jednak nie tylko się nią zainteresowałam, ale i naprawdę wciągnęłam. Z każdą kolejną stroną historia nabiera tempa i wyrazu w każdym wymiarze – zarówno tym ogólnym, łączącym wszystkie aspekty w całość, jak i jednostkowym, związanym z losami poszczególnych bohaterek. Wydarzenia, choć momentami nieprawdopodobne, wypadły świetnie, układając się w spójny tekst, dodatkowo okraszony świetnym humorem. To literatura w  bardzo dobrym wydaniu – stworzona by bawić i wywoływać emocje, doskonale spełniająca swoją rolę.

Już w trakcie lektury ze zdumieniem zorientowałam się, że mam na półce jeszcze jedną nieprzeczytaną książkę pani Cygler; myślę sobie, że jak najszybciej muszę po nią sięgnąć! Jestem przekonana, że autorka, która raz skradła moje serce, jeszcze wielokrotnie dostarczy mi przyjemnych odczuć podczas lektury. Złodziejki czasu odkładam usatysfakcjonowana; wcale nie poczułam się okradziona z chwil, które spędziłam na lekturze. Wręcz przeciwnie – z radością jeszcze kiedyś do niej powrócę.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

sobota, 21 lutego 2015

Mons Kallentoft - "Duchy wiatru"

Spółka Merapi zajmuje się prowadzeniem domów opieki. Jak się okazuje, można na tym nieźle zarobić, zarówno podczas działalności, jak i przy sprzedaży ośrodków; do tej ostatniej potrzeba jednak względnie dobrych rekomendacji. Z tym właśnie problemem boryka się przedsiębiorstwo – od pewnego czasu jeden z pensjonariuszy stale narzeka na poziom opieki i gotów jest poruszyć całą opinię publiczną, byle tylko nagłośnić sprawę. Szefowi Merapi zdaje się, że gorzej być nie może, jednak właśnie wtedy rzeczony pensjonariusz zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju na terenie jednego z ośrodków spółki. Wygląda to na samobójstwo, jednak sztab komisarzy podczas wykonywania rutynowych prac zaczyna mieć wątpliwości…

Tym razem na kartach powieści w szerokim opisie zbiegają się losy komisarz Malin Fors i jej córki, Tove. Matka zdaje się oddawać pałeczkę młodszej bohaterce i ustępuje nieco pola, ponieważ obie występują tutaj jako pełnoprawne bohaterki. Dorosła już Tove dochodzi do głosu i na naszych oczach ukazuje swój całkiem nieźle ukształtowany charakter – podejmuje świadome decyzje, choć wciąż jeszcze zdaje się uciekać – od trudności, od matki, od nieuchronnych genetycznych skłonności. W powieści duży nacisk położony jest na psychologiczne motywy postaci, ich charakter i temperament, co szczerze uwielbiam. W dodatku analiza ta dotyczy nie tylko potencjalnych sprawców; Malin patrząc na nich, rozmyśla o samej sobie i jak w lustrze obserwuje własne zachowania w oczach ludzi chciwych i zapatrzonych w siebie.

Sam wątek kryminalny jest poprowadzony ciekawie i dynamicznie; nie ma może szalonych zwrotów akcji, ale całość jest odpowiednio wyważona. Poza tym znów do samego końca nie spodziewałam się, kto może być sprawcą – moje myśli pobiegły w zupełnie innym kierunku, a ten prawdziwy zupełnie sobie odpuściłam. Bardzo mi się to spodobało, bo bądź co bądź lubię być zaskakiwana, a autorom kryminałów coraz częściej się to nie udaje. Książka porusza również ważny wątek społeczny, jakim jest system opieki nad osobami starszymi. Bezlitosne spółki, szukające oszczędności gdzie tylko można, personel pracujący ponad siły, ludzie leżący po kilka godzin we własnych odchodach, bezsilność jednostki w walce z systemem… Z książki wyłania się obraz trudny i mało optymistyczny jednak nie jednowymiarowy; pośród całej tej niechęci są ludzie, którzy są pełni entuzjazmu i chęci do pracy, do zmian.

Ciekawie jest tutaj rozwiązana kwestia budowania napięcia – opowieść teoretycznie ma jedną, główną drogę, ale oprócz standardowej, opowieściowej narracji mamy też fragmenty, w których w pierwszej osobie wypowiadają się ofiara i sprawca. Pierwszy zabieg jest znakiem rozpoznawczym autora i nie zdradza nam zbyt wiele, gdyż zmarły zdaje się nabywać informacje o swojej śmierci dopiero w toku śledztwa. Jednak druga część, zawierająca przemyślenia i plany zbrodniarza, sprawia, że w pewnym sensie czytelnik wie więcej niż komisarze, stoi krok przed nimi. W ten sposób rozumiemy więcej zagrożeń i możemy dużo bardziej się emocjonować.

Na koniec chciałabym wspomnieć o dwóch malutkich minusach. Kallentoft stworzył dwa powieściowe cykle – jeden oparty na porach roku, drugi na żywiołach.  Z reguły (nie powiem „zawsze”, bo nie wszystkie tomy już czytałam) było tak, że tytuł był w jakiś sposób odzwierciedlony w treści książki – czy to poprzez aurę, pogodę, czy też przewijał się w kontekście ofiary. Tutaj nie mamy podobnej sytuacji, bo wiatr zostaje wspomniany ledwie kilka razy, w dodatku bez większego przekonania. Niby nic, ale trochę brakuje mi tego charakterystycznego klimatu, który dotąd towarzyszył mi podczas lektury książek autora. Drugim mankamentem jest fakt, że wciąż nie wiemy po co w poprzednim tomie pojawił się wątek Elin Sand. Kim jest ta dziewczyna? Jaką tajemnicę skrywa? Już drugą książkę drobimy wokół niej i tylko lekko zahaczamy o jej świat – szczerze mówiąc nie wiem, czy nie trwa to odrobinę za długo. Wewnątrz jednego tomu mamy wystarczająco dużo niedomówień, a rozwleczony na kilka tomów wątek nie jest w stanie wzbudzać ani niepokoju, ani wielkiego zainteresowania.

Bardzo, bardzo podobają mi się postępy, jakie robi autor – z każdym tomem opowieść napisana jest z większym wyczuciem i coraz wyższą jakością. Kallentofta z książki na książkę czyta się coraz lepiej, choć zapewne są elementy, które denerwować będą i tak. Wypowiedzi osób zmarłych nie znikają i obawiam się, że nie znikną – to już znak rozpoznawczy autora i cieszy mnie, że z niego nie rezygnuje, a jedynie szlifuje swój pomysł doprowadzając go do perfekcji. Trochę brak mi charakterystycznego klimatu, ale wierzę, że w kolejnej książce, której motywem przewodnim będzie ziemia, wrócimy do znanego poziomu. W międzyczasie mam przed sobą jeszcze tom 4 i 5 – mam nadzieję, że umilą mi oczekiwanie.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

sobota, 3 stycznia 2015

Mons Kallentoft - "Śmierć letnią porą"

W parkowej altanie znaleziona zostaje dziewczyna - żyje, ale niczego nie pamięta, a jej poranione ciało dokładnie wyszorowano przy użyciu chemicznego środka. Obrażenia wskazują, że została wykorzystana seksualnie, brak jednak śladów biologicznych sprawcy; jedynym, co pozostało w ciele ofiary, są kawałeczki niebieskiej farby. Komisarzy czeka wyjątkowo trudne śledztwo - we znaki dają się nie tylko wakacyjne niedobory kadrowe i brak konkretnych wiadomości. Śledczym przyjdzie zmierzyć się z uprzedzeniami i pułapkami własnych umysłów, a także obezwładniającym skwarem, utrudniającym racjonalne myślenie. Czas ucieka, tym bardziej, że znikają kolejne młode dziewczyny...

Długo czekałam na dobry moment, by sięgnąć po kolejną książkę z cyklu o Malin Fors. Pierwsza i ostatnia bardzo mi się spodobały, dlatego nadzieje co do tomu drugiego miałam spore. Niestety, ze smutkiem przyznaję, że na początku lektura nie była powalająca - zagadka, choć na swój sposób ciekawa, nie zainteresowała mnie jakoś szczególnie, nie miałam też ochoty na dopowiadanie sobie psychologicznych aspektów działania sprawcy. Kiepsko wypadła autentyczność działań komisarzy - miałam wrażenie, że błądzą po omacku, a kierunek śledztwa wyznaczają jedynie przypadki i nieuzasadnione domysły. Sprawiało mi też trudność przystosowanie się do języka - wyjątkowo ciężko przyswajałam krótkie akapity złożone niejednokrotnie z pojedynczych zdań.

Kallentoft nigdy nie zostawia nas z jedną możliwością - podejrzanych jest więcej, a każdego z nich cechuje coś, co mogłoby świadczyć o sprawstwie. Co więcej - jeden aspekt potrafi mieć u różnych osób inne podłoże i rozwinięcie. Niestety, tym razem zabrakło mi psychologicznej wnikliwości, zarówno w kreowaniu głównych postaci, jak i poszczególnych podejrzanych. Nawet ostateczne wyjaśnienie, właściwie odpowiednio wnikliwe, nie rekompensuje płytkości wcześniejszych kilkuset stron tekstu. Są jednak inne pozytywne aspekty - tym, co udaje się Kallentoftowi perfekcyjnie, jest klimat. Seria związana z porami roku była strzałem w dziesiątkę w tym sensie, że plastyczne opisy pozwalają wykorzystać jej potencjał w 100%. Gdy czytaliśmy o zimie, komisarzom co i rusz odmarzały palce, a bohaterowie byli chłodni, nieprzystępni, trudni. Tym razem natomiast jest duszno, ciężko i bardzo gorąco. Akcja toczy się bardziej leniwie, zdania są krótsze, a myśli pourywane.

Mimo wszystko odczuwam w książkach autora silne schematy. Choć opowieści różnią się od siebie przez główne zagadki, tak naprawdę pewna oś pozostaje stała. Malin Fors na co dzień zmaga się z samotnością, którą leczy w łóżku miejscowego dziennikarza; ma pokusę sięgnięcia po alkohol, której czasem ulega. Pojawiają się wątki związane z jej córką, Tove, jednak czasem mam wrażenie, że to kolejne puste wstawki. Charakterystyczne dla Kallentofta i przez to nieco powtarzalne są również długie wypowiedzi zmarłych, wtrącane pomiędzy właściwą akcję. Ten akurat aspekt uważam za zaletę, choć w pierwszych tomach cyklu widać wyraźnie, że wymaga on dopracowania. Na całe szczęście wiem, że szlify zostały wykonane i w tomie szóstym sprawa ma się zdecydowanie lepiej - chyba głównie to trzyma mnie przy całej serii. Z niecierpliwością czekam na siódmą jej odsłonę, a w międzyczasie mam nadzieję nadrobić braki w znajomości części poprzednich.

sobota, 10 maja 2014

Lauren Beukes - "Zoo City"

Pisanie tej recenzji przyszło mi z niemałym trudem. Gdy na drodze napotykamy książkę, z którą niby wszystko jest w porządku, a jednak coś nam się nie podoba, pojawia się masa zastrzeżeń, które trudno ubrać w słowa. Gdy książka jest powszechnie uznawana za fenomen, jest jeszcze trudniej. Podjęłam jednak próbę – mam nadzieję, że udaną…

Tytułowe Zoo City to dzielnica zamieszkała w większości przez zoolusów, czyli osoby zanimalizowane. Choć autorka nie wyjaśnia do końca istoty zjawiska, pozostawiając je owiane aurą tajemniczości, można w skrócie stwierdzić, że swojego stałego, zwierzęcego towarzysza otrzymują osoby, które popełniły jakieś ciężkie przestępstwo, mające na rękach ludzką krew. Jednak oprócz silnego, metapsychicznego związku z przedstawicielem świata zwierząt, życie zoolusa zyskuje dodatkowe ubarwienie – każdy z nich jest bowiem posiadaczem specjalnego daru, zwanego shavi.

Jedną z osób opisanych wyżej jest główna bohaterka, towarzyszka Leniwca, która na co dzień zajmuje się odnajdywaniem zaginionych przedmiotów i pisaniem e-maili, prowadzących do wyłudzania pieniędzy na wielką skalę.  Zinzi December, bo takie są jej personalia, pewnego dnia otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Gdy w tajemniczych okolicznościach znika Songweza, jedna druga najnowszego genialnego odkrycia muzycznej wytwórni Moja Records, to właśnie dziewczyna z Leniwcem będzie musiała zająć się jej poszukiwaniami. Sprawa zawiedzie ją jednak dużo dalej, niż sięgają zwyczajne problemy nastoletnich, uzdolnionych bliźniąt… Przyjdzie jej zmierzyć się z metafizyką, magią, całym tabunem kryminalistów, a co najważniejsze – z samą sobą i własną przeszłością.

Trzeba przyznać autorce, że wykreowała sobie całkiem spójny i ciekawy świat. Uliczne informacje na temat zoolusów i towarzyszących im zjawisk są uzupełnione o fragmenty artykułów, książek i opisy filmów, mimo to sprawa nie jest jednak do końca wyjaśniona. Poza tym Lauren Beukes wyraźnie lubi metafory. Książka wręcz ocieka stereotypami, jest przerysowana i jaskrawa, co zdecydowanie można uznać za zaletę. Na bazie historii RPA związanej z apartheidem, wykluczeniem i nietolerancją, powstała zupełnie nowa treść, wykreowana w bardzo dopracowany sposób. Zoolusi żyją w osobnych dzielnicach, często nie mają wstępu do miejsc użyteczności publicznej, a ich zatrudnianie jest dla pracodawców nierzadko ostatecznością. Gdy popełnione zostaje przestępstwo, pierwszym podejrzanym jest zawsze zanimalizowany. Poza tym sama ich obecność wzbudza skrajne emocje – lęk, odrazę lub żywą ciekawość. Wszystko to okraszone jest otoczką wierzeń rdzennych mieszkańców Afryki, ich przesądami i plemiennymi zabobonami, a także wstawkami z potocznej mowy ludów Czarnego Lądu.

Niestety sama kreacja świata to jak dla mnie zbyt mało. Mimo że książka ma raczej jasno zarysowaną fabułę, miałam wrażenie, że czytam o niczym. Co prawda lekko zmieniło się to w drugiej części, kiedy to akcja nabrała tempa, ale i to nie było znaczną poprawą. Po prostu w moim przypadku coś tu nie zaskoczyło. Wątek kryminalny mnie nie zainteresował, a postaci wydawały mi się nijakie i bez charakteru. Przez jakiś czas uważałam za prawdziwe i wartościowe odniesienia do popkultury i przemysłu fonograficznego, jednak zakończenie książki postawiło wszystko na głowie i całkowicie odarło mnie ze złudzeń. Raz czy dwa uśmiechnęłam się podczas czytania o pewnych zachowaniach Leniwca i były to chyba najsilniejsze emocje, jakie przeżyłam podczas lektury.

Książka jest momentami oniryczna i niejasna jak afrykańskie rytuały, pojawiające się raz na jakiś czas w jej treści. Pełno tu niedopowiedzeń i metafor, a świat, choć ciekawy, nie jest satysfakcjonująco wyjaśniony. Niezbyt pasują mi powieści, które pozostawiają tyle otwartych spraw. Poza tym sama akcja wydaje się zbyt słabo zarysowana, aby zainteresować. A szkoda, bo powieść zapowiadała się naprawdę wspaniale.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Mons Kallentoft - "Wodne Anioły"

Nie chciałam zabierać się w tej chwili za tę książkę, przyznaję się bez bicia. Niby na początku plan był taki, że książka od razu po trafieniu w moje ręce wyląduje na wierzchu stosiku „do przeczytania”, ale czekanie na dodruk i dość zdawkowe podejście do wysyłki sprawiło, że zupełnie straciłam do niej serce.  Sylwek jednak namówił mnie do sięgnięcia po nią i chyba powinnam odwdzięczyć mu się pyszną kolacją. Powiem krótko: po książkę Monsa Kallentofta naprawdę warto sięgnąć.

W „Wodnych Aniołach” Malin Fors wraz z zespołem dochodzeniowym rozwiązuje zagadkę śmierci małżeństwa Andergrenów oraz – co istotniejsze – poszukuje ich zaginionej córeczki, Elli. Dziewczynka zniknęła w dniu morderstwa i to jej los jest główną zagadką i motorem działań dla całej grupy śledczych. Całkowicie zaangażowani w poszukiwania, odkrywają coraz to nowe fakty. Zagłębiając się w sekrety wielu rodzin, muszą zachować niebywałą wręcz delikatność, zajmują się bowiem nie zwykłymi osobami, a tymi, których dzieci są adoptowane. Dodatkowo – adoptowane z Wietnamu, za pośrednictwem firmy o wątpliwej sławie. Sprawę zaognia fakt, że córka jednej ze śledczych – Karin Johannison – jest jednym z takich właśnie dzieci…

Równolegle z tokiem śledztwa rozgrywają się także wydarzenia z życia Malin Fors. Wraz z Peterem starają się o dziecko, co paradoksalnie wciąż ich od siebie oddala. Oboje wiedzą, że porywają się z motyką na słońce, a jednak próbują, odsuwając od siebie myśl o tym, co niemożliwe. Jakby tego było mało Malin uświadamia sobie ciągłe oddalanie się swojej dorosłej córki. Wie, że odbudowanie tej relacji jest niemal niemożliwe, a mimo to wciąż chwyta się najmniejszych strzępków nadziei. W obliczu tak ciężkiej sytuacji życiowej powraca nałóg i Malin Fors po raz kolejny staje u progu przepaści, jaką jest alkoholizm.

Jeśli chodzi o techniczną stronę książki, to jej budowa jest bardzo dobrze dopasowana do treści. Narracja jest trzecioosobowa, prowadzona z perspektywy różnych bohaterów, co pozwala na szeroki ogląd sytuacji i uobiektywnienie niektórych problemów. Mamy szansę poznać każdą z postaci, jej stosunek do śledztwa, a także do zagadnień związanych z rodziną. Bo nie tylko życie prywatne Malin Fors znane jest czytelnikom. Uzupełnieniem są także chociażby losy Svena, powracającego do sprawności po wygranej walce z nowotworem, czy Zekego, który wciąż rozważa wybór między pozostaniem przy żonie i ciągłą męką, a porzuceniem jej i życiu u boku Karin. To duży atut książki, pozwalający lepiej zrozumieć motywy bohaterów i jeszcze bardziej się z nimi zżyć. Dzięki temu czytelnik jest autentycznie zaangażowany w sprawę i zaciekawiony – zarówno przeszłością postaci, tym co je ukształtowało, jak i ich dalszymi losami. Ciekawym zabiegiem są też wstawki z wypowiedzi osób zmarłych – przemawiają one zza grobu i, choć nie mają już żadnego wpływu na sytuację, wyrażają swoje zdanie, proszą o coś lub wręcz usprawiedliwiają i tłumaczą swoje czyny.

Na ogromną pochwałę zasługuje mistrzowski styl Monsa Kallentofta. Książka poprowadzona jest płynnie i daje wiele satysfakcji z czytania. Wydarzenia toczą się w dobrym tempie – nie ma się poczucia zbytniej rozwlekłości, ani przeciwnie – zbyt dużego tempa. Po prostu wszystko dzieje się normalnie. Miałam pewnie obawy co do ostatniego rozdziału – tyle rzeczy miało się w nim wydarzyć przy tak małej ilości stron – ale i tutaj się nie zawiodłam. Zakończenie poprowadzone jest sprawnie i satysfakcjonująco. Dodatkowym atutem książki są dobrze obrazujące sytuację dialogi, uzupełnione o myśli rozmówców.

Kończąc powoli peany na cześć „Wodnych Aniołów”, rzucam wszystko i biegnę dołączyć do grona fanów Monsa Kallentofta. Wiem już, że kolejne wypłaty pochłonie reszta serii, zżyłam się bowiem nie tylko z jego stylem, ale i z samą Malin Fors – silną kobietą ze słabościami. Kusi mnie zarówno odkrywanie, co stanie się z jej życiem w kolejnych tomach, jak i poznanie wydarzeń, który ukształtowały tę postać i doprowadziły jej losy do obecnego punktu. Z tego powodu na pewno już niebawem sięgnę po cykl o porach roku, oczekując równocześnie kolejnych części serii o żywiołach.