Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2020

Spotkanie po latach: Remigiusz Mróz – „Chór zapomnianych głosów”

Postęp technologiczny dokonał kolejnego skoku, a mieszkańcy Ziemi stojący w obliczu nieznanych dotąd zagrożeń wysłali w przestrzeń kosmiczną szereg misji badawczych. Pogrążone w kriostazie załogi podróżują na zautomatyzowanych statkach, by w przyszłości wybudzić się i poznawać tereny odległe od Ziemi o setki lat świetlnych. Jednak nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem... Na jednym z okrętów z głębokiego snu budzi się Håkon Lindberg, a pierwszym obrazem, jaki widzą jego oczy, jest kończąca się rzeź członków załogi. Oprócz niego żywa jest tylko jedna osoba – nawigator Dija Udin Alhassan – i to u jego boku przyjdzie mu walczyć o rozwiązanie kosmicznej zagadki. Czyżby w kosmosie istniało inteligentne życie? I co takiego wydarzyło się na pokładzie promu?

Chór zapomnianych głosów był jedną z pierwszych książek Remigiusza Mroza, jaka trafiła w moje ręce. Stare wydanie, niepozorna książeczka, która ukazała się nakładem Genius Creations, trafiła do mnie po tym, jak zachwyciłam się pierwszymi częściami Parabellum. To były czasy, gdy Remigiusz Mróz nie był jeszcze znany, a blogosfera walczyła o to, by trzeci tom historycznego cyklu mógł się w ogóle ukazać (tak, wiem, że dziś jest to kompletnie niewyobrażalne, bo rynek pochłania i przyjmie Mroza w każdej ilości). W każdym razie byłam bardzo ciekawa, jak odbiorę tę książkę po dłuższym czasie – bogatsza o setki literackich doświadczeń, zaprawiona w bojach ze stylem autora. Bardzo się cieszę, że miałam ku temu okazję dzięki nowemu wydaniu, które jest jednocześnie zwiastunem rychłej kontynuacji tej opowieści.

Mimo upływu lat, nadal pozostaję laikiem w kwestii science fiction. Rzadko sięgam zarówno po filmy, jak i książki z tego gatunku i (poza kilkoma wyjątkami) nie jestem ich wielką fanką. Podkreślam to dlatego, że spotkałam się ze stwierdzeniem, że Chór zapomnianych głosów jest wtórny i że wykorzystuje wiele znanych motywów, w dodatku nie najlepiej je splatając. Nie wiem, czy to prawda, być może tak, jednak na swoim przykładzie stwierdzam, że jeśli nie macie zbyt dużej styczności z sci-fi, prawdopodobnie tego nie zauważycie. No dobra, zwrócicie pewnie uwagę na klaustrofobiczną atmosferę charakterystyczną dla ograniczonej przestrzeni statku dryfującego w kosmosie i pewnie wyda Wam się znajoma scena, otwarcia, gdy z kriostazy budzą się członkowie załogi. Ale z każdą kolejną stroną, gdy wpadamy w wir akcji, takie rozważania odchodzą gdzieś w siną dal. 

Dla mnie najważniejszym elementem "Chóru zapomnianych głosów" jest zagadka i niezmiennie uważam, że dla niej warto po tę książkę sięgnąć. Przez te wszystkie lata, które minęły od lektury, zdążyłam zapomnieć, o co tak naprawdę chodziło i z radością przyznaję, że fabuła po raz drugi była dla mnie zakoczeniem. Duża w tym zasługa Remigiusza Mroza, który bardzo zręcznie manipuluje wydarzeniami i wodzi czytelników za nos poprzez rozmaite zwroty akcji i umiejętnie dozowane fakty. To wyjątkowo dobrze skonstruowana książka, która funduje czytelnikom niejedno zaskoczenie. 

Pozostaję również fanką słownych przepychanek Lindberga i Alhassana. Ten duet sprawia, że pierwsze rozdziały nie dłużą się aż tak bardzo, a kolejne są lżejsze i zabawniejsze. Nie są to może żarty najwyższych lotów, ale nic nie poradzę, że na mojej twarzy wywołują uśmiech – tak było przy pierwszym czytaniu i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

I choć Chór zapomnianych głosów po raz drugi mi się spodobał, nie jestem pewna, czy będę chciała sięgnąć po kontynuację, która ma się ukazać w najbliższym czasie. Nigdy nie czułam potrzeby odkrywania dalszej części tej opowieści, wręcz przeciwnie – zakończenie mnie usatysfakcjonowało (ale pamiętajcie, że jestem dziwakiem, który lubi finały otwarte lub takie, w których wszyscy giną; wciąż mam za złe twórcom Gry o Tron, że nie pozwolili Nocnemu Królowi zmieść Westeros na pył). Poza tym nie bardzo wierzę w powroty po latach i udane kontynuacje. Ale kto wie, może jeszcze będę miała okazję się zdziwić.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

środa, 3 października 2018

Martyna Raduchowska – „Spektrum” [premiera]



Odkąd blisko trzy miesiące temu zdecydowałam się na przeczytanie pierwszego tomu cyklu Czarne Światła, niecierpliwie wypatrywałam kontynuacji. Opowieść Martyny Raduchowskiej, choć należąca do tych prostszych i przyjemniejszych, naprawdę mi się spodobała. Lubię ten dynamiczny, cyberpunkowy świat, który jest jednocześnie bliski i daleki temu, co znamy ze współczesności. Intrygują mnie postaci i odpowiada mi styl autorki. No i chciałam się dowiedzieć, jak dalej potoczą się losy bohaterów!

poniedziałek, 9 lipca 2018

Martyna Raduchowska – „Łzy Mai”



O ile w ogólnoświatowym science fiction zaczynam się orientować całkiem nieźle (choć wciąż nie mogę uwierzyć, że przekonałam się do tego gatunku!), o tyle nie mam zielonego pojęcia co dzieje się na naszym, polskim podwórku. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć rodzime powieści tego typu, które czytałam, a przecież mamy ich całkiem sporo! Postanowiłam coś z tym zrobić i gdzieś między Modyfikowanym węglem a Expansem sięgnęłam po wznowienie cyberpunkowej powieści Martyny Raduchowskiej. Wznowienie, które zwiastuje odrodzenie serii w niedalekiej przyszłości!

środa, 9 maja 2018

Czy popkulturowa papka musi odbić się czkawką? Dwa oblicza „Player One”




Zdążyłam już zapomnieć o książce, której pozbyłam się ze swojej biblioteczki wiele miesięcy temu, kiedy gruchnęła wiadomość, że Player One zostanie zekranizowane. Zwiastun mi się spodobał, więc wiedziałam, że wybiorę się do kina i zaczęłam żałować, że nie mam pod ręką książkowego pierwowzoru. A po seansie... Cóż, po sensie uznałam własną porażkę i czym prędzej zamówiłam książkę Ernesta Cline'a. Czułam pod skórą, że te historie będą się doskonale uzupełniały.

środa, 18 kwietnia 2018

Richard Morgan – „Upadłe Anioły”




Nie ma chyba nic piękniejszego w czytelniczym życiu, niż moment, w którym kończycie naprawdę świetną powieść i dowiadujecie się, że już za chwileczkę będziecie mogli chwycić w łapki kolejną część. Na fali zachwytu Modyfikowanym węglem Richarda Morgana po kolejną książkę z serii sięgnęłam najszybciej jak się dało – w dniu premiery jej nowego wydania. Byłam pewna, że lektura zajmie mi weekend (tak było z poprzednią częścią) i że znów skończę mając na ustach wyłącznie pochwalne peany. Cóż, ani jedno, ani drugie mi się nie przytrafiło.

niedziela, 25 lutego 2018

Richard Morgan – „Modyfikowany węgiel”

2 lutego miała miejsce premiera serialu Modyfikowany węgiel, który pod angielską nazwą Altered Carbon możecie znaleźć i obejrzeć na Netfliksie. Czekałam na tę ekranizację ze ściśniętym sercem, bo zwiastuny bardzo mi się podobały – zarówno pod względem klimatu, jak i treści. Postanowiłam jednak najpierw sięgnąć po książkę, czując, że jeśli nie zrobię tego przed obejrzeniem serialu, to po nim już nie znajdę w sobie motywacji. Nie jestem pewna, czy to był dobry pomysł, bo w rezultacie oglądanie zaczęłam z miesięcznym opóźnieniem...

wtorek, 12 grudnia 2017

Andy Weir – „Artemis”



Kiedy zobaczyłam, że na rynku ma się pojawić nowa książka Andy'ego Weira, bardzo się ucieszyłam – Marsjanina wspominam miło, więc i do autora jestem nastawiona pozytywnie. Niestety zaraz za radością przyszły wątpliwości. Opowieść o Marsie podobała mi się głównie za sprawą głównego bohatera – szczególna konstrukcja książki, która skupiała się na przeżyciach i samotności Marka, w połączeniu z jego humorem okazała się mieszanką idealną. Bez charyzmatycznej postaci Marsjanin byłby bardzo przeciętny. A przecież Artemis to opowieść o kimś zupełnie innym...

czwartek, 14 września 2017

Lavie Tidhar – „Stacja centralna”


Na Bliskim Wschodzie, gdzieś pomiędzy Tel Awiwem a Jaffą, powstał ogromny kosmoport łączący Ziemię z resztą tętniącego życiem kosmosu. W jego cieniu współistnieją ludzie i maszyny, a także byty, których status jest nieco trudniejszy do określenia. Ich światy przeplatają się, tworząc historie: zarówno zwykłe, jak i niesamowite, a wśród nich kryje się jedna bardzo wyjątkowa…

Opowieść w Stacji centralnej snuta jest w atmosferze bajania, jakby w nawiązaniu czy omówieniu do „znanej przecież” historii podawanej sobie przez lata z ust do ust. Oczywiście na początku nic nie wiemy o jej treści, poznajemy ją stopniowo, jednak taki zabieg nadaje książce przyjemnego klimatu i sprawia, że czytelnik czuje się częścią czegoś większego, wchodzi w świat głębiej i w zupełnie inny sposób niż zazwyczaj. Dynamika tekstu ma imitować ustną opowieść i faktycznie tak jest. Narracja jest niewątpliwie specyficzna, momentami lekko poszarpana, ale trudno odmówić jej uroku. 

Podczas lektury miałam poczucie, że klimat science fiction nie ma tu większego znaczenia – był absolutnie nienachalny i jakby niekonieczny dla fabuły. Autor wykorzystał bardzo uniwersalne problemy, a swoich bohaterów wykreował wokół popularnych tęsknot: przemijania, namiętności, żalu za błędy… Moim zdaniem ta powieść ma szansę spodobać się także tym, którzy na co dzień stronią od fantastyki naukowej – o ile sama idea kosmoportu czy sztucznej inteligencji nie wywołuje u nich reakcji alergicznej. Bohaterowie, choć żyją w zupełnie innej rzeczywistości, są nam bliscy poprzez swoje charaktery i przemyślenia, a relacje między postaciami odwzorowane są w sposób bardzo autentyczny i interesujący.

Tidhar w swojej powieści nawiązuje do najpiękniejszego motywu science fiction: pozwala spojrzeć na ludzkość z dystansu i daje okazję do refleksji. Rozprawia się z antropocentryczną wizją świata i obnaża psychologiczne podłoże religii. Poprzez wprowadzenie mechanicznych transformacji ciała podejmuje dyskusję na temat granicy między naturą a technologią. Pyta, gdzie kończy się to, co możemy nazwać ewolucją. Przemyślenia nie zawsze są pozytywne – kilkukrotnie zdarzyło mi się odkładać tę powieść, bo wnioski okazały się dla mnie zbyt przytłaczające. Tym niemniej uważam, że było warto, bo Stacja centralna jest jedną z najlepszych powieści, jakie miałam okazję czytać w tym roku.

Takich książek trzeba nam, by udowadniać, że fantastyka to nie bajki dla dzieci, a science fiction nie kończy się na ratowaniu świata przed sztuczną inteligencją. 






Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.

sobota, 8 lipca 2017

Terry Pratchett, Stephen Baxter – „Długi kosmos”


Nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Po pięciu latach pełnych wyczekiwania na kolejne części moja przygoda z Joshuą, Lobsangiem i spółką zostaje zamknięta... I wiecie co? Może to wpływ nostalgii i sentymentów, ale po wielu chwilach zniecierpliwienia i znudzenia, tym razem naprawdę mi się podobało!

Bohaterowie cyklu są już starsi, zmieniły ich doświadczenia i przemiany, w których czynnie uczestniczyli. Część z nich nie żyje, a ci, którzy pozostali, osiągnęli słuszny wiek. Długa Ziemia również nie jest już taka sama – skolonizowana, w znacznej mierze poznana nie kryje już tak wielu tajemnic, jak do tej pory. W każdym razie tak wszyscy podejrzewają. Nastawienie zmienia się jednak, gdy słyszalny staje się przekaz niewiadomego pochodzenia: Dołączcie do nas... Czy ludzkość powinna przyjąć propozycję? I dlaczego wiadomość pojawiła się właśnie teraz?

Paradoksalnie wątkiem, który najbardziej mnie zaciekawił, nie był tajemniczy przekaz z kosmosu; znacznie bardziej interesują mnie Następni, których obecność od dłuższego czasu jest w cyklu coraz silniej zaznaczana. Podoba mi się motyw wszelkich super mutacji zarówno w literaturze, jak i w filmie, i zawsze chętnie obserwuję pomysły twórców na umieszczenie w społeczeństwie pojawiających się nadludzi. Jasne, gdy czytam o tym, że nazywają ludzi "tępakami" i w jaki sposób ich traktują, pojawia się irytacja. Mimo to temat uważam za fascynujący, tym bardziej, że i Następni nie są idealni, a wiele ich cech zbliża ich do nas bardziej, niż by tego chcieli.

W Długim kosmosie autorzy jak zwykle zachwycają mnogością tematów poddanych po refleksję. Mamy tutaj cierpienie i ucieczkę, które są udziałem głównego bohatera – Joshua wciąż nie potrafi radzić sobie z uczuciami i woli uciekać, gdy tylko robi się niebezpiecznie blisko zaangażowania i wyboru. Wiek bohaterów i odchodzenie najbliższych skłania ich ku refleksji na temat przemijania, śmiertelności i oceny swojego życia. Z drugiej strony na scenę wkraczają młodzi – nierozumiani przez starszych (jak zwykle), ale chcąc nie chcąc będący przyszłością Długiej Ziemi. Obserwujemy nowe ruchy i różne sposoby adaptacji do rzeczywistości. Znów pojawia się dylemat dobra zbiorowego i mniejszego zła, rozważania nad kierunkiem rozwoju ludzkości i zmianami zachodzącymi w społecznościach. 

Jednym z podkreślanych elementów jest istnienie i znaczenie wiedzy jako dorobku. Rozproszeni po Długiej Ziemi, pozbawieni możliwości zdalnej komunikacji między kolejnymi światami ludzie powoli zatracają pamięć o kulturze przodków. To, co dzisiaj tak chętnie podkreślamy, dziedzictwo przeszłości, w tym świecie powoli odchodzi w zapomnienie. Rodzice-pionierzy, najczęściej nie mają czasu na edukowanie swoich dzieci, a jeśli to robią, uczą wyłącznie umiejętności praktycznych, które mogą się przydać w codziennym życiu i w razie niebezpieczeństwa. Pojawia się pytanie – to dobrze, czy źle? Czy człowieka określa jego kulturowe dziedzictwo, a może powinno ono schodzić na dalszy plan, gdy najważniejsze jest przetrwanie? Czy ludzi rozproszonych po tak wielu światach wciąż można określać jako wspólnotę? 

Bardzo podobał mi się również wstęp, jakim opatrzony jest ostatni tom cyklu, wydany przecież długo po śmierci Terry'ego Pratchetta. Nie ma tu niepotrzebnego patosu, zbędnych wspominek czy opowieści o niewypowiedzianym wprost żalu ze straty. Stephen Baxter podszedł do sprawy rzeczowo i w pięknych, choć oszczędnych słowach opowiedział czytelnikom, w jaki sposób powstawał Długi kosmos. Dzięki temu rozwiane zostały wątpliwości, czy aby nie jest to dzieło samego Baxtera; całość niemal od początku była planowana na pięciotomowy cykl, którego najważniejsze elementy powstały bardzo wcześnie. 

Nie jestem pewna, czy cykl o Długiej Ziemi mogę polecać w ciemno i każdemu – mam świadomość, że wiele osób nie dotrwa do samego końca. Poszczególne części są momentami powtarzalne i wewnętrznie schematyczne, a to, co uważam za największą wartość opowieści – sfera rozmyślań –nie wszystkim przypadną do gustu. Mimo to ja jestem zachwycona i na pewno wrócę jeszcze do tej opowieści. Choćby z samego sentymentu. 







Długa Ziemia  ||  Długa wojna  ||  Długi Mars  ||  Długa utopia  ||  Długi kosmos

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dave Eggers – „Krąg”


Nie wiem, jak Ty, ale ja nie wyobrażam sobie, że mogłabym spóźnić się na reklamy przed seansem w kinie – to dla mnie integralna część filmu! Czasem nie wynoszę z nich niczego fascynującego, ale innym razem uda mi się chociażby zobaczyć zwiastun czegoś, o czym do tej pory nie wiedziałam, a co ma wszelkie walory, żeby mi się spodobać. To właśnie miało miejsce przy okazji seansu Logana – przed moimi oczami pojawił się trailer nowego filmu z Emmą Watson i Tomem Hanksem, który wskazywał na dystopijne klimaty, a w dodatku podobno został stworzony na podstawie bestsellera! Ten film to The Circle – swoją premierę będzie miał 26 kwietnia.

Książka Dave’a Eggersa, która jest jego pierwowzorem, opowiada historię Mae, młodej pracownicy korporacji Circle odpowiedzialnej za gromadzenie i przetwarzanie danych. Bohaterka stopniowo wdrażana jest w kolejne projekty firmy, a wraz z dodatkowymi obowiązkami coraz bardziej oddala się od swojego dotychczasowego świata. By sprostać wymogom dotyczącym średnich ocen wydajności, obecności na spotkaniach towarzyskich oraz aktywności w social mediach, Mae stopniowo porzuca dawne życie i poświęca się całkowicie nowemu – podporządkowanemu zasadom panującym w korporacji. 

Krąg porusza tak wiele niesamowicie ważnych i aktualnych tematów, że gdy zastanawiałam się, od czego zacząć, po prostu złapałam się na głowę. Na pewno jest to opowieść o pracy w korporacji: o tym, jak słupki, statystyki i wymagane wyniki wpływają na funkcjonowanie człowieka. Dla wielu osób realia Circle mogą wydawać się wyolbrzymione, jednak nie do końca tak jest. Nawet ja ze swoim skromnym korporacyjnym doświadczeniem wiem, że takie rzeczy, jak raport kierownika działu po spotkaniu pojednawczym z dwojgiem skłóconych pracowników, nie są wyssanym z palca absurdem. Podobnie ma się rzecz ze statystykami dotyczącymi wyników, które, choć teoretycznie stanowią „informację dla pracownika”, tak naprawdę są dodatkowym źródłem stresu, a w przypadku Mae stają się wręcz obsesją.

Kolejnym problemem poruszanym w „Kręgu” jest pozyskiwanie i gromadzenie danych. Dave Eggers stworzył wizję przyszłości, w której jednej korporacji udało się zgarnąć całą pulę: profile osobiste, które na początku stanowiły coś na kształt tych z naszego Facebooka, zostały poddane weryfikacji i są ściśle związane z prawdziwą tożsamością człowieka. Służą do załatwiania wszystkich ważnych spraw: nie tylko aktywności w social mediach, ale też robienia zakupów czy płacenia rachunków. Wszystko co człowiek robi na komputerze, telefonie czy tablecie od razu podpinane jest jako jego własna aktywność, nie ma zatem internetowej anonimowości. Ludziom prezentuje się wyłącznie pozytywne aspekty tego zjawiska, jednak tak naprawdę na gromadzeniu danych korzystają głównie największe koncerny – np. sklepy, które mogą swój marketing dopasować do odbiorcy i tym samym skuteczniej nami manipulować.

Z tematem gromadzenia danych ściśle wiąże się również zagadnienie prywatności. Circle lansuje model społeczny, w którym odchodzi się od pojęcia „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. Szefostwo firmy uważa, że jeśli ktoś ma ochotę o czymś wiedzieć, ma również do tego pełne prawo, niezależnie czy chodzi o poznanie nowych sposobów walki ze stwardnieniem rozsianym, czy też szczegóły życia intymnego sąsiada z naprzeciwka. Tajemnice prowadzą do kłamstw, a kłamstwa do przestępstw – tych ostatnich z kolei nikt nie chce, prawda? Społeczność Circle pod płaszczykiem przydatności wszelkich danych zachęca, aby ludzie stawali się przejrzyści i nie ukrywali niczego, a zjawisko to ma dotyczyć zarówno polityków, osoby ze świecznika, jak i zwykłych, szarych obywateli. Zaczyna się od przechowywania danych w Chmurze, która jest ogólnodostępna i każdy może w niej poszukiwać tego, czego chce. Dalej jest tylko gorzej…

Choć wszystkie te elementy (a wierz mi, jest ich znacznie więcej) potrafią skutecznie przerażać, to nie one są w książce Davida Eggersa najstraszniejsze; na mnie osobiście największe wrażenie wywarło coś zupełnie innego. Dopiero lektura Kręgu pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego nigdy nie odczuwałam lęku w związku z wizjami z młodzieżowych dystopii – kreacja świata w nich zawarta mogła mnie zainteresować, ale nie przerazić. Otóż sedno tkwi w tym, że tamtejsi bohaterowie walczą ze złem i niechcianym systemem – nawet jeśli na początku mu się poddawali, w końcu odkrywają prawdę i skupiają wszelkie siły na wprowadzeniu zmian; poświęcają się dla idei. W książce Eggersa tego nie znajdziecie. Owszem, są tu bohaterowie, którzy nie chcą wpisać się w narzucony przez Circle schemat, ale to raczej postaci poboczne, nie zaś główni zainteresowani. To właśnie czyni Krąg fatalistyczną powieścią o upadku – tak społeczeństwa, jak i jednostki. Mae jest ślepą idiotką, która dała się omamić i poddała się presji społeczeństwa, otoczenia, pracodawców, a my nie możemy zrobić dla niej absolutnie nic. Choć jako czytelnicy mamy ochotę wyrwać ją ze stron i naprawdę mocno potrząsnąć, możemy tylko patrzeć, a to jest źródłem niewyobrażalnej wręcz frustracji.

Krąg polecam wszystkim dookoła od momentu, kiedy go skończyłam, bo to nie tylko ważna wizja, ale też po prostu dobrze napisana, trzymająca w napięciu opowieść. Z pewnością wybiorę się też na film, ale nieco boję się, co mają zamiar wymyślić twórcy, bo opisy, które są dostępne, sugerują pewne zmiany fabularne. Czekam z niecierpliwością!


poniedziałek, 27 marca 2017

Rafał Cichowski – „Pył Ziemi” [przedpremierowo]


Agresywna eksploatacja Ziemi przez człowieka musiała w końcu przynieść opłakane skutki – w XXIV wieku ludzkość jest zmuszona uciekać w kosmos, by na pokładzie statku dalej się rozwijać i podtrzymywać istnienie gatunku. Siedemset lat później nowe jednostki, podrasowane technologicznie tak, by być właściwie nieśmiertelnymi, wracają na planetę-matkę, by odnaleźć zapis wspomnień ludzkości. Ku ich zaskoczeniu okazuje się, że na Ziemi nie tylko pozostali ludzie – oni wciąż żyją i są całkiem zorganizowani…

Od samego początku podobało mi się to odwrócenie klasycznego w science fiction schematu, gdzie albo ludzie eksplorują nieznaną planetę i napotykają na obcych, albo ci drudzy w jakiś sposób trafiają do Układu Słonecznego i są zagrożeniem dla człowieka. Tutaj mamy zupełnie inną sytuację: to ludzie (bo mimo modyfikacji technicznych tak właśnie postrzegamy parę głównych bohaterów, skoro są bezpośrednimi potomkami uciekinierów) trafiają na Ziemię, by spotkać… innych ludzi, z którymi bynajmniej nie nawiązują naturalnej nici porozumienia. Z jednej strony jest to zatem opowieść o spotkaniu dwóch istot na różnym poziomie rozwoju, z drugiej zaś główną rolę odgrywają wydarzenia z przeszłości, które stopniowo będziemy odkrywali.

Poza odwracaniem schematów, Pył Ziemi jest również przyjemną zabawą konwencjami. To powieść bardzo dynamiczna, wręcz przygodowa, z wieloma zagadkami, zagrożeniami i zwrotami akcji. Momentami awanturnicza, innym razem przypominająca baśń (mam tu na myśli całą historię królowej Lys – niesamowicie kojarzyła mi się z Czerwoną Królową z Alicji w Krainie Czarów), za każdym razem zachwycająca. Autor dba o szczegóły, co widać najlepiej, gdy bohaterowie poruszają się po wiernej kopii wiktoriańskiego Londynu. Konwenanse, relacje międzyludzkie, sposób mówienia i zachowania postaci świetnie odzwierciedlają epokę. 

Wszystko to jednak aspekty techniczne, a jak wygląda sama treść? Przede wszystkim za pośrednictwem głównych bohaterów stopniowo odkrywamy prawdę o tym, jak wyglądały kulisy ucieczki ludzi z Ziemi: co było prawdziwą przyczyną, jaka atmosfera towarzyszyła akcji i dlaczego część ludzi pozostała na planecie, która miała wkrótce zginąć. Choć na samym początku historia może wydawać się czystą fantastyką, szybko okazuje się, że we wszystkich zdarzeniach główną rolę grają najpaskudniejsze ludzkie cechy. Autorowi bardzo dobrze udało się ująć wszelkie motywacje postaci, zarówno w kontekście globalnym, jak i jednostkowym, a całość prezentuje spójny i autentyczny scenariusz.

Nie mogę nie wspomnieć również o kreacji głównych bohaterów. Lilo i Rez to dwoje ludzi, których los od narodzin był naznaczony cierpieniem, a oni sami kształtowani byli dokładnie pod misję, którą mają wykonać. Są zdeterminowani, silni, a jednak nie brak im wątpliwości i potrafią zastanawiać się nad sensem wykonywanych zadań. Dzięki takim ich ukazaniu Pył Ziemi zyskał dodatkową warstwę treściową: stał się opowieścią o niezwykłej miłości. Bohaterowie znają się na wylot, są raczej jak rodzeństwo, bliźnięta, które wiedzą o sobie wszystko, znają swoje myśli i reakcje, a mimo to nowa sytuacja jest w stanie wynieść ich relację na zupełnie nowy poziom. Ten aspekt książki intryguje nie mniej niż pozostałe. 

Choć jest to powieść bardzo specyficzna, momentami wręcz dziwna przez pomieszanie konwencji i gatunków, jej lektura była wspaniałą przygodą. Autor miał dobry pomysł na chwytliwą historię, udało mu się wykreować bohaterów, którym aż chce się towarzyszyć, a przy tym wszystkim utrzymał świetny klimat. Zachęcam, polecam, chwalę. Oby więcej takich książek na naszym rodzimym podwórku.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
Premiera 29 marca!

niedziela, 29 maja 2016

Pierce Brown – „Red Rising: Gwiazda zaranna”

Długo czekałam na tę część – w dwóch poprzednich zakochałam się całkowicie i nie mogłam się doczekać poznania finału całej tej historii. Gdy dostałam swój egzemplarz, moją pierwszą myślą było: „Ups, ktoś tu chyba padł ofiarą mody na powieści trzytomowe…”, bowiem Gwiazda zaranna jest zdecydowanie grubsza niż wcześniejsze części. Jej objętość początkowo mnie przeraziła, jednak zupełnie niepotrzebnie – jest to opowieść płynna i dynamiczna, utrzymująca czytelnika w napięciu, a dodatkowo tak spójna, że chyba nie byłoby możliwości podzielenia jej na dwie książki, zwłaszcza jeśli chciałoby się zachować zasadę mocnego cliffhangera, którą dotąd kierował się autor. Nie ma z czym dyskutować, to po prostu dobrze skrojona historia podzielona odpowiednio (choć nieproporcjonalnie); myślę że takiemu pisarzowi jak Pierce Brown można jak najbardziej zaufać.

Nie chcę się w tym miejscu rozwodzić nad fabułą, bo zbyt wiele byłoby spoilerów (zawsze możecie zajrzeć do moich recenzji poprzednich części lub do opisów w Internecie), powiem jednak tyle: jeśli do tej pory mówiłam, że jest w tej serii dużo działań okołowojennych, to w tej części jest ich mnóstwo. Gwiazda zaranna jest opowieścią o walce i wartościach, a taktyki, dywersje i akcje całkowicie się zmieniają pod względem skali i charakteru. W pierwszej części działania bohaterów skupiały się szkolnych potyczkach (okrutnych, ale jednak), w drugiej polem walki były niemal wyłącznie wewnętrzne zwady między Złotymi. Finał natomiast przynosi ze sobą wojnę totalną, w której udział biorą wszyscy: zarówno Złoci, jak i kolory średnie, a także cały lud złożony ze służących i wykorzystywanych pod-kolorów. Niewiele jest fragmentów, które skupiałyby się na jakiejkolwiek innej treści, co nie oznacza, że opowieść jest nudna czy monotonna; wręcz przeciwnie, sama jestem zdziwiona, ale fabuła książki była naprawdę wciągająca.

Skoro już o wojnie mowa, trzeba wspomnieć o jednej, niezwykle ważnej cesze nie tylko Gwiazdy zarannej, ale i całego cyklu: Red Rising cechuje bardzo wysoka autentyczność. Zapomnijcie o ozdobnikach i niepotrzebnych uładzeniach – tutaj za idee giną całe rzesze ludzi, a trudnych i poruszających scen jest bardzo dużo. Brown nie skupia się też na samym złu i nie rozpisuje okrucieństwa tak dokładnie, jak autorzy horrorów; on po prostu przyjmuje jego istnienie i doskonale je w swojej powieści ujmuje. Bohaterowie muszą dokonywać ważnych, niełatwych wyborów, dowódcy decydują o losach swoich podkomendnych, których często wysyłają na pewną śmierć, a niektóre pozornie wygrane akcje kończą się fiaskiem. Bardzo cenię ten aspekt i uważam, że to dzięki niemu powieść można nazwać „dobrą”, a nie tylko „fajną” czy „pełną akcji”; akcja to w tym przypadku zdecydowanie nie wszystko.

U Browna lubię także bohaterów – nie w sensie sympatii, choć i tu mam swoich faworytów, ale jako ogół dobrze wykreowanych postaci. Swoje indywidualne cechy ma praktycznie każda z pojawiających się osób, a wiele z nich nakreślone jest ciekawie i niejednoznacznie, jak my wszyscy łączą w sobie dużo pozornie sprzecznych cech. Co ważne, bohaterowie Browna zmieniają się w czasie, a ich przekonania i motywy ulegają znacznej modyfikacji w reakcji na bieżące wydarzenia. Choć mogłoby się wydawać, że Złoci (elita) będą w 100% rozpieszczeni swoim dobrobytem, wielu z nich jest w stanie dostrzec inne kolory, zmieniającą się sytuację, a także wartości, o które walczy lud. Dzięki zmianom myślenia bohaterów i rosnącym napięciom społecznym powieść może na naszych oczach ewoluować i przez cały czas jest dla nas atrakcyjna fabularnie. Ponadto wraz z postaciami uwydatnia się aspekt emocjonalny: pasje, żądze, zdrady, kłamstwa, trudne wybory, przebaczenie, przyjaźń, miłość i strach. Wszystkie te elementy są ważne i mają duże znaczenie dla całego cyklu.

Na koniec chciałabym wspomnieć o jednym elemencie technicznym Gwiazdy zarannej, który „kupił mnie”, gdy tylko zasiadłam do lektury. Chodzi mi o znajdujący się na samym początku skrót wydarzeń z poprzednich tomów oraz indeks osób występujących w powieści. Myślę, że spotkałam się z takim zabiegiem pierwszy raz (zwłaszcza jeśli chodzi o fabułę), a jeśli nie, i tak śmiało mogę powiedzieć, że jest to zjawisko bardzo, bardzo rzadkie. A szkoda, bo w szeroko pojętej fantastyce, gdzie światy są niecodzienne, imiona i nazwy wymyślne, a fabuła ma w sobie wiele dziwnych zdarzeń, wszystko jakoś łatwiej ucieka z głowy. Wstyd się przyznać, ale gdy lekturę poszczególnych tomów dzieli kilka miesięcy, często z trudem wracam do wykreowanego świata i nie do końca radzę sobie z ogarnięciem zdarzeń i postaci. Tutaj nie miałam tego problemu, co było naprawdę świetne!

Po przeczytaniu tej opinii nie trudno jest odgadnąć, jakie jest moje zdanie o cyklu Red Rising, ale dla formalności napiszę to wprost: POLECAM. Pamiętam jak dziś, że do pierwszego tomu siadałam z umiarkowanym zainteresowaniem, przygotowana psychicznie na kolejną schematyczną i naiwną opowieść, a tymczasem zachłysnęłam się totalnie światem, historią i postaciami wykreowanymi przez Pierce’a Browna. To pełna akcji, dynamiczna i dojrzała dystopia w klimacie science-fiction, która naprawdę zachwyca – ja pozostaje pod mega pozytywnym wrażeniem i z pewnością jeszcze kiedyś powrócę na Marsa, aby przeżyć tę historię jeszcze raz.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Drageus Publishing House.


Złota Krew  |  Złoty Syn  |  Gwiazda zaranna

środa, 2 marca 2016

Terry Pratchett, Stephen Baxter – „Długa Utopia”

Cykl o Długiej Ziemi ma dla mnie wartość sentymentalną – to jedna z pierwszych powieści o znamionach science-fiction, którą przeczytałam z zadowoleniem. Podoba mi się pomysł autorów i sposób, w jaki go realizują; uwielbiam dwóch głównych bohaterów, których losy od lat śledzę z zapartym tchem. Miałam obawy, co będzie z cyklem po śmierci Pratchetta, ale skoro póki co jest kontynuowany… Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak wracać do tej opowieści i tak kochanego świata. Świata, do którego powoli tracę cierpliwość.

Niestety, im dalej zagłębiamy się w opowieść o Długiej Ziemi, tym wyraźniej widzimy powtarzające się schematy. Obserwując sytuację na świecie Joshua znowu decyduje się na samotną eskapadę, która przerwana zostaje jego własnym niepokojem. Lobsang wpada na kolejny genialny pomysł, którego nie jest w stanie doprowadzić do końca z powodu wyższych celów. A Długa Ziemia? Cóż, jej jak zwykle zagraża niebezpieczeństwo o ogromnej skali. Naprawdę nie chcę się czepiać, ale czwarta część cyklu zafundowała mi pod tym względem niewiele emocji; tak naprawdę nie było tu wydarzeń, które w jakikolwiek sposób by mnie zaskoczyły. Zagrożenie, poszukiwanie rozwiązania, nowa, ważna idea i wreszcie poświęcenie dla ratowania ludzkości – wszystko to już było, a każde z tych działań mieliśmy okazję prześledzić w poprzednich tomach cyklu.

Pewnego rodzaju nowością i urozmaiceniem była możliwość zagłębienia się w historię głównego bohatera, Joshui – jest on naturalnym kroczącym o niezwykłym talencie, a do tego wychowywał się w domu dla sierot, więc pewne elementy jego losów były dla nas do tej pory niedostępne. Gdy okazuje się, że jest możliwość prześledzenia całej opowieści i odkrycia, do jak dawnych lat sięga historia przekraczania, nasze zainteresowanie rośnie. Niestety, wstawki z przeszłości, które pojawiają się sukcesywnie w przerwach właściwej akcji, nie są jakoś porywająco dynamiczne; historia z przed lat momentami nudzi i chyba lepiej by się miała, gdyby była krótsza, ale bardziej zwarta i konkretna. Z drugiej strony czytelnik ma okazję uzyskać odpowiedzi na pewne pytania, które dotąd mogliśmy zadawać jedynie w próżnię. Skąd się wzięli kroczący? Ilu ich jest? Od jak dawna takie zdolności pojawiają się u ludzi?

Najmocniejszym elementem powieści jest za każdym razem jakaś refleksja dotycząca natury człowieka – tym razem na pierwszy plan wysuwa się dyskusja o Następnych, czyli stale rozwijającej się grupie nadludzi. Temat pojawił się już w poprzednim tomie i został tam omówiony, jednak wraca, gdy okazuje się, że Następni wciąż krążą po Długiej Ziemi, wybierają odpowiednie dzieci i zabierają je do specjalnego obozu, w którym obserwują ich rozwój i „uczą się od nich”. W Długiej utopii odnajdziemy elementy refleksyjne, jednak nie w tak duży stopniu, jak to miało miejsce do tej pory; raczej w kilku miejscach poświęcona jest im ledwie chwila. Niezbyt wiele pracy włożone jest również w uzasadnienie tego, co dzieje się na Długiej Ziemi. Im dalej zagłębiamy się w opowieść, tym bardziej mam wrażenie, że autorom kończy się logiczny ciąg wytłumaczeń dla wprowadzanych zjawisk – coraz częściej pojawia się zasłanianie niezwykłością całej idei i faktem, że nie wszystko zostało jeszcze zbadane/odkryte/opisane.

Generalnie każde spotkanie z bohaterami cyklu o Długiej Ziemi jest dla mnie wielką przyjemnością – z sentymentem podchodzę do losów Joshui i Lobsanga i nauczyłam się akceptować dziwactwa ich obu. Nie jestem jednak w stanie udawać, że kolejne książki są coraz bardziej emocjonujące lub przynajmniej trzymają poziom; tak naprawdę z każdym kolejnym tomem nudzę się coraz bardziej, bo podobne schematy biorą górę nad nowymi pomysłami. Nie wiem, ile tomów będzie miała całość, ani na ile wystarczy mi cierpliwości, ale liczę, że Stephen Baxter zafunduje nam jeszcze jakieś przyjemne rozwiązanie fabularne. Naprawdę lubię tę historię!

wtorek, 26 stycznia 2016

George R.R. Martin, Gardner Dozois – „Łotrzyki”

Jak świat światem czytelnicy i kinomaniacy uwielbiają łotrzyków – choć wielu się do tego nie przyznaje, przeżywają dzięki nim całą masę emocji. Charyzmatyczny szwarccharakter lub niecny bohater pozytywny potrafi wywołać sprzeczne odczucia: od zachwytu, aż po czystą i nieskrywaną złość, a nie rzadko również jest w stanie „zrobić” cały tekst, zwłaszcza gdy jego rola jest bardzo znacząca. Nie będę ukrywała – uwielbiam takie postaci i zawsze z zapałem obserwuję ich poczynania, dlatego też nie mogłam sobie odpuścić okazji do poznania całego szeregu spojrzeń na ich właśnie temat.

W kolejnej po Niebezpiecznych kobietach odsłonie antologii pod patronatem Georga R.R. Martina odnajdziemy 21 nazwisk mniej lub bardziej znanych twórców z różnych gatunków – od klasycznego fantasy, poprzez science fiction i horror, aż do realizmu z elementami nadprzyrodzonymi. Osobiście nie czytałam jak dotąd tekstów żadnego z występujących tu autorów (tak, tak, dobrze przeczytaliście: nie znam Pieśni Lodu i Ognia, cykl o niecnych dżentelmenach czy Pół króla to raczej sylwkowe domeny, a książki do których mi najbliżej – Mroczny zakątek i Zaginiona dziewczyna – od kilku miesięcy grzecznie czekają na swoją kolej na rosnącym stosisku), podeszłam więc do każdego jak do czystej, niezapisanej karty. Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że poziom tekstów zawartych w tej antologii jest zróżnicowany. Tak to już bywa – gdy autorów jest wielu, nie wszyscy będą reprezentowali jeden, bardzo wysoki poziom. Co ciekawe, najbardziej skusiły mnie opowiadania autorów, których już kojarzyłam, choć nie byli oni najbardziej znanymi z puli: Rothfussa, Swanwicka czy Gillian Flynn, której opowiadanie wciągnęło mnie właściwie od samego początku, mimo że klimat stanowił w nim właściwie kwestię drugorzędną.

Na naszym blogu antologie zdecydowanie są po stronie Sylwka, ale tym razem to ja miałam okazję przekonać się o pewnej ważnej ich zalecie, którą tak często podkreśla – inspiracji. Opowiadania wielu autorów należą do szerszego uniwersum, a dzięki takim zbiorom mamy okazję się nimi zainteresować. Dokładnie to zjawisko spotkało mnie w przypadku tekstu Joe R. Landsdale’a – wykreowany przez niego świat Hapa i Leonarda niesamowicie mi się spodobał i na pewno będę chciała poznać go na szerszą skalę. Odkryłam też kilka nazwisk twórców, co do których jestem pewna, że mogę z czystym sumieniem sięgać po ich książki, a to zawsze się przydaje, gdy ma się ochotę na lekturę czegoś całkiem nowego.

O antologiach takich jak ta można mówić wiele: że schematyczne, że wielkie nazwiska nie spełniają oczekiwań… Tematem zbioru są, jak nietrudno się domyślić, postaci łotrzyków i faktycznie autorzy wzięli sobie ten motyw do serca. Podeszli do zadania poważnie, a niektórzy nawet nazbyt, bo w wielu tekstach z antologii można znaleźć ten sam schemat i różne wariacje na jego temat. Nie jest to zaleta, gdy chcemy czytać kilka opowiadań ciągiem – po kilku możemy poczuć się nieco znudzeni. Z drugiej strony nie spodziewałam się po autorach jakiejś szalonej kreatywności… Gdybym miała oceniać tę antologię, powiem, że całkiem się spodobało, a warto zaznaczyć, że nie jestem fanką wszelkich zbiorów. Uwielbiam za to łotrzyków i to spotkanie z nimi będę zaliczać do bardzo, bardzo udanych.





Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.

środa, 23 grudnia 2015

Hugh Howey – „Pył”

Gdy zachwycamy się jakimś cyklem, z każdym kolejnym tomem rosną nasze oczekiwania; to całkowicie naturalne, chcemy bowiem, aby opowieść, która już jest świetna, stawała się jeszcze lepsza. Faktem jednak jest, że z czasem coraz trudniej nas zaskoczyć, a indywidualny rys autora może stać się dla nas dość powszedni. Całkiem niedawno miałam okazję przekonać się na własnej skórze, jak wypada finał trylogii, która jest dla mnie absolutnym hitem ostatnich miesięcy. Czy otrzymała godne zakończenie?

Po retrospekcji, jaką zapewnił nam drugi tom cyklu, fabuła znów wraca na właściwy tor czasowy – Pył jest kontynuacją wydarzeń „współczesnych”, czyli z okresu, w którym rozpoczęła się cała trylogia. W tej części nie ma przeskoków czasowych, ale akcję obserwujemy z perspektywy trzech głównych miejsc akcji – Silosu 1, 17 oraz 18. Na wszystkich płaszczyznach bohaterowie są nam znani, a ich działania w sposób oczywisty dążą do odkrycia i ujawnienia prawdy o historii powstania silosów, celach ich twórców oraz aktualnej sytuacji na zewnątrz.

Akcja ostatniego tomu siłą rzeczy musi iść w kierunku jakiegoś rozwiązania i jest to bardzo widoczny aspekt powieści – niektóre zdarzenia są pomijane, inne opowiadane szybko i na pewno nie znajdziemy tu żadnej formy przegadania czy przesadnego pochylenia autora nad jakimkolwiek elementem fabuły. Generalnie jest to zaleta, choć czasami tempo może nas zdziwić – dotąd wszystko toczyło się spójnie, a zdarzenia były opisywane dość dokładnie, tu natomiast są miejsca, gdzie zdarzają się mocne przeskoki. Autor nie poświęca już tak dużo uwagi ani poszczególnym scenom, ani bohaterom – osobiście miałam wrażenie, że zostali oni całkowicie podporządkowani pewnemu wyższemu celowi, a tym samym na dalszy plan zeszły ich wszelkie indywidualne cechy. No, może nie do końca – Jules wciąż jest twardą babką, Lukas romantykiem, a Solo ma swoje impulsywne chęci oddalenia się od ludzkich skupisk, jednak te elementy pojawiają się naprawdę rzadko i zdają się zupełnie tracić na znaczeniu.

Pod względem technicznym cała trylogia utrzymana jest na naprawdę wysokim poziomie – autor odznacza się bardzo dobrym stylem i dużą świadomością własnego świata przedstawionego. W fabule powieści nie znajdziemy nieścisłości czy zapychaczy; nawet jeśli pod koniec tempo akcji przyspiesza, nie złapiemy autora na żadnym potknięciu. Widać wyraźnie, że cykl o Silosie nie powstał w pośpiechu, a Hugh Howey doszlifował swój pomysł. Jedynym elementem technicznym, który zasługuje na naganę, jest niestety nasza rodzima korekta – w książce zdarzają się skupiska błędów językowych, interpunkcyjnych i ortograficznych, co jest o tyle ciekawe, że w innych miejscach wszystkie te aspekty są absolutnie w porządku. Wygląda to, jakby niektóre strony po prostu nie trafiły do korektora.

Gdybym miała rozpatrywać Pył jako osobną książkę, zapewne nie otrzymałby on ode mnie tak wysokiej noty. Akcja gnała do przodu i można było odczuć ciśnienie na doprowadzenie wszystkiego do końca. Biorąc jednak pod uwagę, że jest to finał naprawdę dobrego cyklu i że jego zadaniem jest pospinanie i domknięcie wszystkich wątków, mogę przyjąć, że spełnia on postawione mu przeze mnie oczekiwania. Może jest tu nieco mniej tych elementów, które porwały mnie w dwóch poprzednich częściach, jednak te, które mnie zachwyciły, pozostały bez zarzutu. Autor to pisarz dojrzały, a jego książka skłania do refleksji; widać wyraźnie, że opowieść ma cel, sens i bardzo dobrze przemyślaną konstrukcję. W cyklu o silosie uwielbiam przede wszystkim płaszczyznę, którą można chyba określić jako filozoficzną – pochylenie nad naturą ludzką, analizę zachowań światowych przywódców i ukazanie pewnych tendencji, przed którymi niezwykle trudno będzie nam się uchronić.

Nie zrażajcie się tymi kilkoma słabszymi stronami, o których wspomniałam – tak naprawdę podczas lektury odczuwałam je w niewielkim stopniu, a pozytywne odczucia zdecydowanie przeważały. Cykl o silosie jest dla mnie najlepszą trylogią ostatnich 13 miesięcy (chciałam powiedzieć, że roku, ale przeczytanie trzech części zajęło mi minimalnie więcej czasu) i, obok Nowej Ziemi, zdecydowanie najdojrzalszą nową dystopią, z jaką miała okazję się zetknąć. Polecam tę opowieść i z całego serca zachęcam do przekonania się na własnej skórze, jak Wam się podoba.






Silos  |  Zmiana  |  Pył

niedziela, 25 października 2015

Scott Sigler – „Zakażenie”


Obywatele amerykańscy giną za sprawą tajemniczego wirusa, który zmienia ich w paranoików gotowych uznać za niebezpiecznego i zabić każdego, kto nie jest nosicielem, nawet członków najbliższej rodziny. Choroba przyjmuje formy inteligentne, zdolne opuścić ciało człowieka, przemieszczać się, skupiać w jednym miejscu i współpracować. Podlegający bezpośrednio prezydentowi zespół składający się z oddziału badawczego i szturmowego pracuje jednocześnie nad poznaniem natury wirusa i niwelowaniem skutków jego działań. Jednak zwykłe aktywności nie wystarczają, gdy choroba zmienia swój charakter i staje się zakaźna. Rozpoczyna się wyścig z czasem, którego stawką jest nie tylko życie zarażonych, ale i globalne bezpieczeństwo świata.

Zakażenie to kontynuacja Infekcji – książki wydanej w Polsce w roku 2010 nakładem wydawnictwa Papierowy Księżyc. Osobiście nie czytałam pierwszego tomu i jestem szczerze przekonana, że nie jest to aż tak bardzo konieczne. Owszem, wydarzenia w trylogii są ciągłością i następują bezpośrednio po sobie, jednak narracja poprowadzona jest tak, jakby autor przewidział istnienie ludzi namiętnie czytających od środka (jak ja). Fabuła rozpoczyna się w momencie objęcia rządów przez nowego prezydenta, który zostaje stopniowo wprowadzony w tajny projekt walki z wirusem, a czytelnik w tej scenie otrzymuje cały zestaw potrzebnych informacji; co nie zostało powiedziane, będzie wytłumaczone na najbliższych stronach.

Co ciekawe, mimo że w tekście otrzymujemy całkiem sporo wiadomości, jest on napisany raczej zwięźle, powiedziałabym „po męsku”. Nie ma tutaj zbędnych opisów związanych z wyglądem ludzi i rzeczy, nie ma niepotrzebnych rozważań nad emocjami, użalania się nad przeszłością czy snucia planów dotyczących przyszłości. Z drugiej strony – w narracji otrzymujemy wszystko co potrzebne i nie odczuwamy niedosytu. Przyjemnie było zetknąć się ze stylem tak konkretnym i w pewnym sensie prostym; dzięki niemu autor mógł skupić się na budowaniu dynamizmu zdarzeń.

Mimo że marginesy w książce są malutkie (patrząc na kartki mamy wrażenie, że zostały wykorzystane do maksimum), a całość liczy sobie niemal 600 stron, czyta się naprawdę szybko. Gdy już minie pierwsze zapoznanie, wpadamy w ciąg wydarzeń opisywanych z kilku płaszczyzn i perspektyw. Wystarczy zerknąć na spis treści, by ten dynamizm wyłapać – fabuła książki zamknięta jest w 9 dniach, w ramach których otrzymujemy ponad 130 krótkich, kilkustronicowych rozdziałów naprzemiennie ukazujących wydarzenia w różnych miejscach.

Każdy z równoległych wątków, choć w oczywisty sposób jest związany z pozostałymi przez zakażonych, toczy się zupełnie inaczej. Grupy postaci, których dotyczą poszczególne części opowieściowej układanki, również mają swoje indywidualne rysy – tutaj każdy bohater ma własną historię i przekonania, które determinują jego stosunek do wirusa, działań rządu i własne postępowanie. Z perspektywy czytelnika przyjemnym jest fakt, że nie wszystko jest tu przewidywalne – niektóre postaci potrafią nas zaskoczyć swoimi zachowaniami czy reakcjami na zmieniające się otoczenie. W gąszczu bohaterów indywidualnością jest też sama przyczyna wirusa, czyli sztuczna inteligencja – bardzo podoba mi się sposób, w jaki została wykreowana, to że się zmienia, uczy, dostosowuje i… popełnia błędy z powodu braku algorytmu na ludzką nieprzewidywalność.

Jak wspomniałam na początku, nie czytałam Infekcji. Jednak patrząc na sam warsztat pisarza i poruszaną, dość popularną jednak, tematykę, nie mogę uwierzyć, że książka nie była na tyle dobra i opłacalna, żeby ją kontynuować. Cieszę się, że na wydanie drugiego tomu zdecydowało się wydawnictwo Gmork i absolutnie nie żałuję, że to właśnie od tej części zaczęłam swoją przygodę z cyklem. Już samo spotkanie ze stylem autora i jego pomysłem na fabułę było wielką przyjemnością. Infekcję potraktuję jak prequel i jestem pewna, że będę w równym stopniu cieszyła się lekturą.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu GMORK.

wtorek, 15 września 2015

Jacek Inglot - "Sodomion"

Przyznam szczerze, że do tej pory Jacka Inglota kojarzyłem jedynie ze słyszenia - wiedziałem, że jest pisarz o tym nazwisku, nigdy jednak nie ciągnęło mnie do poznania jego twórczości. Nawet jeśli kiedyś zetknąłem się z jakimś jego opowiadaniem (w antologii albo czasopiśmie), to żadne nie zapadło mi w pamięci. Cóż, całkiem niedawno postanowiłem jednak bliżej przyjrzeć się dziełom tego autora, a to za sprawą wydanego zbioru opowiadań. Już sama jego nazwa, Sodomion, w połączeniu z lubieżną, lekko obrzydliwą okładką zaintrygowały mnie na tyle, żebym chciał sięgnąć po książkę. Moje zainteresowanie podsycił dodatkowo opis zawartości sugerujący liczne wizje przyszłości, w której to postępowi technologicznemu towarzyszy całkowity upadek moralny, tak więc czym prędzej sięgnąłem po dzieło.

Po lekturze niektórych opowiadań można dojść do wniosku, że przyszłe losy ludzkości malują się w dość nieprzyjemnych kolorach. Wizje są dość skrajne, ale bardzo obrazowe: społeczeństwa kolektywnych grup, w których każdy spółkuje z każdym; świat, w którym odmiana wirusa HIV wybiła niemal wszystkie kobiety; miasta degeneratów, w których masochiści walczą o władzę z sadystami.. To tylko niektóre motywy, jakie pojawiają się w książce. Są drastyczne, skrajne, i choć osobiście nie sądzę, żeby ludzkość miała iść w aż tak złym kierunku, to jednak widać w nich pewne nawiązania, odniesienia do tego, co widać już teraz… To jednak tylko część zbioru, nie jego całość. Dużo tekstów ma zupełnie inny wydźwięk: smutny, melancholijny, skłaniający do przemyśleń. W antologii znaleźć można historie o niespełnionej miłości, o utracie własnej osobowości albo takie, które poruszają tematykę śmierci i swoistego dążenia do niej. Różnorodność jest spora, wszystko to jednak ma refleksyjny charakter, co mi osobiście przypadło do gustu.

Bardzo ciekawym zabiegiem jest zastosowanie w kilku z opowiadań motywów znanych z klasycznych tekstów czy opowieści. Nie są one zawoalowane, ukryte w taki sposób, że czytelnik musi się wszystkiego domyślać, a i tak nie może być pewien, że jego tok rozumowania jest właściwy; wręcz przeciwnie: odwołania są bezpośrednie, nierzadko wskazane już w samym tytule opowiadania. W żadnym wypadku nie jest to wada, nie chodzi tu bowiem o odnajdywanie ukrytych aluzji, lecz zobaczenie, w jak nietypowy, ciekawy sposób można podejść do danego motywu. Przykładowo, Śniąc o Dulcynei to interesujący koncept błędnego rycerza zaadaptowany do futurystycznych podróży międzygwiezdnych, Mała Nikita to historia noir, która bazuje na greckim micie o stworzeniu ludzi, zaś Sodomion, jak można się domyślić po nazwie, nawiązuje do biblijnego motywu z Księgi Rodzaju, choć robi to w dość przewrotny sposób..

Nieco problemów sprawił mi język, jakim posługuje się Jacek Inglot. W wielu tekstach trafiały się długie fragmenty narracji, które w miarę czytania coraz bardziej mnie nużyły, przez co momentami traciłem zainteresowanie tekstem. Problemem były też niektóre zdania - ich konstrukcja była niekiedy dziwna i ciężka w odbiorze; kilka takich zdań pod rząd wybijało z rytmu. Największe problemy sprawiło mi jednak słownictwo - autor w kilku tekstach zdecydował się na konwencję mocno futurystyczną i do niej też dopasował język i wiele nazw. Specyficzne określenia i powszechne anglicyzmy utrudniały przedarcie się przez kilka tekstów; zdecydowanie najgorszy był pod tym względem utwór otwierający zbiór, Grono. Krótka story o miłości, co w sumie sygnalizuje sama jego nazwa… Na szczęście problem ten dotyczył tylko kilku opowiadań z początku antologii, więc po przebrnięciu przez nie lektura była o wiele przyjemniejsza.

Sodomion to zdecydowanie ciekawa pozycja na rynku książki. Interesujące opowiadania, nietypowe zarówno pod względem ujęcia poszczególnych kwestii, jak ogólnej formy, stanowią nie lada gratkę dla czytelników poszukujących nietypowych doznań. Warto jednak pamiętać, że nie jest to antologia dla każdego - sposób przedstawienia sfery seksualnej jest w kilku tekstach bardzo specyficzny i z pewnością u wielu osób wywoła zgorszenie. Jeśli jednak komuś to nie przeszkadza - śmiało może siąść do lektury tego zbioru.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Remigiusz Mróz - "Chór zapomnianych głosów"


Postęp technologiczny dokonał kolejnego skoku, a mieszkańcy Ziemi stojący w obliczu nieznanych dotąd zagrożeń wysłali w przestrzeń kosmiczną szereg misji badawczych. Pogrążone w kriostazie załogi podróżują na zautomatyzowanych statkach, by w przyszłości wybudzić się i poznawać tereny odległe od Ziemi o setki lat świetlnych. Jednak nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem... Na jednym z okrętów z głębokiego snu budzi się Håkon Lindberg, a pierwszym obrazem, jaki widzą jego oczy, jest kończąca się rzeź członków załogi. Oprócz niego żywa jest tylko jedna osoba - nawigator Dija Udin Alhassan - i to u jego boku przyjdzie mu walczyć o rozwiązanie kosmicznej zagadki. Czyżby w kosmosie istniało inteligentne życie? I co takiego wydarzyło się na pokładzie promu?

Nie będę tu opowiadała, że powieść wciągnęła mnie od pierwszej strony i że przeczytałam ją jednym tchem - tak naprawdę podejść do niej miałam kilka i za każdym razem dość ciężko brnęło mi się przez pierwsze rozdziały, w których fabuła dopiero się krystalizuje. Śmiało mogę jednak stwierdzić, że to, co dzieje się później, warte jest pewnego wysiłku włożonego w przebrnięcie początku - im dalej, tym więcej napotykamy zwrotów akcji i ciekawych rozwiązań fabularnych. Autor bawi się z czytelnikiem, dawkuje nowe fakty i niejednokrotnie pozostawia nas w kluczowym dla fabuły momencie; podsuwa tajemnice i skrzętnie buduje narastające uczucie niepokoju. Akcja poprowadzona jest w sposób przemyślany i choć na początku wydaje się zwyczajna, zdecydowanie taka nie jest.

Niezbyt wiele mogę powiedzieć na temat bohaterów tej powieści, bo tak naprawdę nie otrzymujemy o nich żadnych szerszych informacji. Na pokładzie statków w obliczu zagrożenia zdecydowanie brak przestrzeni na głębsze relacje interpersonalne, a jeśli już takowe mają miejsce, to dotyczą znajomości Lindberga i Alhassana. Ten duet zdecydowanie dominuje całą opowieść, ale można uznać to za plus - panowie co i rusz toczą słowne potyczki, przedrzeźniają się, docinają sobie, co wprowadza do powieści solidną porcję ironicznego humoru. Muszę przyznać, że na początku to właśnie ich relacja trzymała mnie przy książce; myślę, że ze świecą można szukać drugiego literackiego duetu, który potrafiłby w taki sposób rozładowywać napięcie nawet w najbardziej krytycznych sytuacjach.

Tym, na co należy zwrócić uwagę, jest również styl i język autora. Remigiusz Mróz po raz kolejny udowadnia, że pisanie ma we krwi i każdą opowieść jest w stanie poprowadzić tak, że obcuje się z nią z ogromną przyjemnością. Tekst jest płynny i lekki, poza tym czyta się w miarę szybko dzięki sporej liczbie dialogów. Co ważne, autor nie sili się na skomplikowane analizy techniczne czy specjalistyczny język (a tych aspektów się boję, ilekroć sięgam po powieści z gatunku science fiction) - terminologia ograniczona jest do absolutnego minimum i podana w taki sposób, że nie musimy zastanawiać się godzinami, o co chodzi, lub czytać z otwartą na wszelki wypadek Wikipedią.

Choć Chór zapomnianych głosów nie porwał mnie tak, jakbym tego chciała, muszę przyznać, że jest to książka dobra. Warto podjąć próbę doczytania jej do końca, bo mniej-więcej w połowie pojawia się punkt, od którego ciekawość czytelnika jest stale podsycana kolejnymi zwrotami akcji. Fabuła, choć na początku się na to nie zapowiadało, niesie w sobie sporo tajemnic, a ich odkrywanie jest naprawdę wielką przyjemnością. Tym, którzy lubią science fiction powieść spodoba się na pewno, a i wśród laików powinny znaleźć się osoby, które ukończą lekturę zadowolone.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Genius Creations.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Brandon Sanderson - "Stalowe serce"

Świat, jaki znamy, zmienił się nie do poznania, kiedy przed dziesięcioma laty na niebie pojawiło się nowe, nieznane ciało niebieskie - Calamity. Od tego czasu, choć ciągu przyczynowego między zjawiskami nie udowodniono, z ludźmi zaczęły dziać się dziwne rzeczy - niektórzy z nich nabyli niezwykłe umiejętności. Znając komiksowe opowieści można by sądzić, że w takiej sytuacji Ziemia zyskała wielu obrońców; nic bardziej mylnego. Epicy, bo tak nazwano te wyjątkowe jednostki, szybko zaczęli zabijać, toczyć wojny i podporządkowywać sobie zwykłych ludzi, którzy zaznali nowego rodzaju tyranii.

Jednym z wielu miast na mapie świata dotkniętych nową plagą jest Chicago (a właściwie Newcago), w którym silną ręką rządzi Epik zwany Stalowe Serce. Naraził się on wielu, jednak jedna osoba żywi do niego szczególnie negatywne uczucia - to David, cudownie ocalały z masakry, w której zginął między innymi jego ojciec. Stalowe Serce stał się obsesją chłopaka, który przez lata żył opętany myślą o jego zabiciu; sensem jego egzystencji stało się poznawanie, tropienie i coraz lepsze rozumienie Epików. Z nieźle opracowanym planem postanowił zwrócić się do profesjonalistów - grupy zwanej Mścicielami, odpowiedzialnej za zamachy i eliminację poszczególnych nadludzi. Nie wie, czy zostanie przyjęty, ale święcie wierzy, że jego pomysł może mieć szanse realizacji; sam jest gotów poświęcić wszystko, byle tylko dopiąć swego.

Muszę przyznać, że choć spotkanie z książką Sandersona było dla mnie przyjemnością od samego początku, miałam pewne wątpliwości co do konstrukcji fabularnej. Odczuwałam braki we własnej wiedzy i nie byłam pewna tego, czy zastosowane rozwiązania się sprawdzą. Tak naprawdę dopiero zakończenie rozwiało wszelkie wątpliwości. To jedna z tych książek, które trzeba doczytać do końca, by móc je poddać rzetelnej ocenie i w pełni docenić ich dopracowanie. W opowieści o Epikach wszystko okazuje się być przemyślane, spójne i pięknie posplatane; wiele spraw znajduje swoje wyjaśnienie dopiero w finale, otwierając jednocześnie przed czytelnikiem kolejne niewiadome i zachęcając do sięgnięcia po kolejny tom.

Dodatkowym atutem książki jest jej wielki dynamizm. Mimo tego, że sceny walki przeplatają się tu z tymi związanymi z planowaniem i poznawaniem sytuacji, wszystko jest odpowiednio wyważone i przygotowane tak, aby utrzymywać napięcie u czytelnika. Nigdy nie czujemy się znudzeni, za to często zostajemy wrzuceni w wir świetnie skonstruowanej akcji. Zdecydowanie podczas lektury Stalowego serca nie można się nudzić.

Na plus można również zaliczyć bohaterów - każdy z nich jest inny, a jego indywidualizm jest podkreślony nawet w takich drobiazgach, jak sposób mówienia, codzienne przyzwyczajenia czy też słabostki. Choć nie wszyscy doczekali się swoich przysłowiowych "pięciu minut" i głębszego opisu, zasygnalizowane są również ich indywidualne historie; to niesamowity atut. Warto nadmienić, że takie dopracowanie dotyczy postaci stojących po obu stronach barykady - poznajemy nie tylko Mścicieli, ale też samych Epików, którzy skonstruowani są w niezwykle zróżnicowany sposób. Oprócz dość unikatowych umiejętności, każdy z nich posiada również wyjątkową słabość (znaną szerszemu gronu lub nie; zawsze dotyczącą drobiazgu i zawsze będącą zagrożeniem dla jego życia). Wszystkie te elementy czynią świat przedstawiony nie tylko bardzo spójnym, ale i doskonale przemyślanym, tym bardziej, że naprawdę trudno doszukać się wśród nich nieścisłości.

Choć słyszałam, że jest to powieść młodzieżowa, jestem święcie przekonana, że wielu starszych czytelników również odnajdzie w niej sporo wartości. Na początku miałam wrażenie, że jest to raczej gratka dla fanów komiksów i superbohaterów, jednak mocno się myliłam. Tak naprawdę jest to naprawdę lekkie science-fiction ze świetnie poprowadzoną historią i bohaterami, o których chce się czytać. Jestem bardzo ciekawa, jak potoczą się dalsze losy Mścicieli, zwłaszcza że, jak już wspomniałam, mimo wielu wyjaśnień, pozostaje sporo otwartych kwestii, które po prostu muszą doczekać się rozwiązania.





Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.

czwartek, 25 czerwca 2015

Gillian Anderson, Jeff Rovin - "Nadchodzi ogień"


Patrząc na półki w księgarniach można niejednokrotnie dojść do wniosku, że w dzisiejszych czasach książkę może napisać absolutnie każdy, kto cieszy się jakąś popularnością. Coraz częściej ze sklepowych regałów spoglądają na nas “dzieła”, które wyszły spod ręki muzyków, sportowców, prezenterów telewizyjnych, modelek, blogerów (może my z Kaś też kiedyś wydamy książkę?) czy aktorów. Z jednej strony to spora gratka dla fanów tych osób, z drugiej zaś - można mieć pewne wątpliwości co do umiejętności pisarskich kogoś, kto większość życia zajmował się czymś zupełnie innym. Osobiście podchodzę raczej dość sceptycznie do takich książek, jednak gdy usłyszałem, że na rynku pojawić ma się powieść Gillian Anderson (znanej między innymi z serialu Z archiwum X), w dodatku napisana wspólnie z pełnoprawnym pisarzem, postanowiłem zaryzykować.

Caitlin O’Hara, ekspertka w leczeniu traum u dzieci, na prośbę przyjaciela ma zająć się nowym przypadkiem. Pod jej opiekę lekarską trafia Maanik, córka indyjskiego ambasadora przy ONZ, która była świadkiem próby zamachu na swojego ojca. Choć poprzedni lekarz stwierdził PTSD, Caitlin nie jest pewna tej diagnozy; przebieg ataku na ambasadora nie był szczególnie dramatyczny, a objawy występujące u Maanik są nad wyraz dziwne - dziewczyna wpada w transy, w trakcie których wykonuje gesty rękoma i wypowiada słowa w dziwnym języku. Im bardziej doktor O’Hara zagłębia się w sprawę, tym więcej rzeczy wydaje się dziwnych, wykraczających poza ludzkie rozumienie. Co tak naprawdę dzieje się z Maanik? Jaki ma to związek z negocjacjami między Indiami i Pakistanem, w których uczestniczy ojciec dziewczyny? I co to wszystko ma wspólnego z podobnymi przypadkami dzieci w innych krajach, a także z nietypowymi zachowaniami zwierząt?

Ponad dwieście odcinków Z archiwum X, w których zagrała Gillian Anderson, zrobiło swoje - jeśli miałbym do czegoś porównać Nadchodzi ogień, to byłby to właśnie ten kultowy serial. W powieści otrzymujemy taką samą mieszaninę thrillera z horrorem i sci-fi, wzbogaconą o elementy fantastyki i coś, co w jakimś stopniu nawiązuje do pewnych teorii paranaukowych. Co jednak odróżnia książkę od telewizyjnego cyklu, to tempo akcji - w książce Gillian Anderson fabuła rozwija się powoli, stopniowo ujawniając czytelnikiem kolejne informacje. W dodatku trzeba mieć świadomość, że Nadchodzi ogień to pierwszy tom cyklu; mimo że historia opowiedziana jest spójna i na swój sposób zakończona, nie sposób nie odnieść wrażenia, że fabuła książki to w rzeczywistości preludium do większej opowieści.

Przyznam szczerze, że debiutancka powieść aktorki wypada nad wyraz porządnie. Może to zasługa współpracy z pisarzem z niemałym dorobkiem, może efekt talentu Gillian Anderson, bądź wpływ jej doświadczeń zawodowych na planie serialu - nie wiem, nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, pewnym jest jednak, że cała fabuła tekstu jest wyjątkowo spójna. Ciężko doszukać się dziur logicznych, a każda scena, nawet pozornie mało istotna, wydaje się wnosić coś to opowiadanej historii. Nawet gdy w pewnym momencie byłem przekonany, że w książkę wkradł się karygodny błąd, to ponad sto stron później okazał się on być celowym zagraniem.

Tak naprawdę jedyne, o co mógłbym się przyczepić, to kreacja głównej bohaterki. Caitlin O’Hara jest osobą twardo stąpającą po ziemi, której przekonania są dość jasno określone, mimo to z zaskakującą lekkością akceptuje ona to, że pewne rzeczy wykraczają poza standardowe rozumowanie. Co więcej, na pewnym etapie historii zaobserwować można przeskakiwanie bohaterki między dwoma skrajnymi podejściami - co rusz Caitlin obmyśla nieprawdopodobne teorie dotyczące wydarzeń z książki tylko po to, by chwilę później patrzeć na wszystko w racjonalny sposób. Odniosłem wrażenie, że bohaterka jednocześnie przejawia cechy obojga głównych bohaterów Z archiwum X, co zaowocowało niespójnym wynikiem.

Po Nadchodzi ogień sięgałem z dużą dozą niepewności, jak się jednak okazało - niepotrzebnie. Współpraca Gillian Anderson z Jeffem Rovinem zaowocowała książką, którą naprawdę warto przeczytać - to solidnie skonstruowany thriller pełen ciekawych rozwiązań, który wciąga i zapewnia sporo rozrywki. Nawet nieco powolne tempo akcji i nienajlepsza kreacja głównej postaci nie były w stanie zaważyć na pozytywnym wrażeniu, jakie odniosłem podczas lektury. Myślę, że wszyscy fani przygód Muldera i Scully będą zachwyceni po zetknięciu się z tą powieścią, a i inne osoby nie powinny się wahać przed jej przeczytaniem.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.