Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2019

Cecelia Ahern – „PS Kocham Cię”

PS Kocham Cię to historia-klasyk. Prawdopodobnie większość osób ją zna – czy to z wydanej 15 lat temu książki Cecelii Ahern, czy też z filmowej adaptacji z Hilary Swank i Gerardem Butlerem w rolach głównych. Ja jestem wyjątkiem (zawsze pod prąd, yay!), bo jak do tej pory nie miałam styczności z żadną wersji tej opowieści. Jest to o tyle dziwne, że prozę Ahern uwielbiam i czytałam wszystkie jej książki – oprócz tej najbardziej znanej...

Ale dość o mnie i moich dziwnych książkowych przygodach. Dla tych, którzy również jak dotąd nie znali tej opowieści powiem w skrócie, że książka opowiada historię Holly – młodej kobiety, której mąż zachorował na raka mózgu i ostatecznie zmarł. Bohaterka, co całkowicie zrozumiałe, załamuje się; jej życie po prostu rozsypuje się na kawałki. Z otępienia wyrywa ją dopiero tajemnicza koperta, czekająca w jej rodzinnym domu. Koperta zawierająca listy, które zostawił dla niej mąż. Przez kolejne 10 miesięcy Holly otwiera po jednym liście i wykonuje zawarte w nich zadania, przechodząc jednocześnie przez kolejne etapy oczyszczającej żałoby. Jej życie zmienia się na zawsze. 

Jest mi ogromnie przykro, że tak późno poznałam historię Holly, bo jestem pewna, że przez ostatnie lata wielokrotnie bym do niej wracała. To jedna z tych książek, które perfekcyjnie podnoszą na duchu i napawają optymizmem. Jest ciepła jak koc i doskonale nadaje się na jesienno-zimowe wieczory... a właściwie na pozostałe pory roku też! Mimo że główny wątek książki związany jest ze śmiercią, nie czyha na nas depresja; wręcz przeciwnie, dawno nie poznałam historii tak przepełnionej nadzieją. To opowieść o relacjach (przyjacielskich oraz rodzinnych), o odkrywaniu zupełnie nowej twarzy najbliższych, a także o nieuchronnych zmianach, pokonywaniu słabości i poszukiwaniu sensu w życiu. 

Oczywiście PS Kocham Cię to również historia miłosna o wielkim i bardzo silnym uczuciu. To, co łączyło Holly i Gerry'ego, było wyjątkowe, a opowieść Cecelii Ahern chwyta czytelnika za serce. Jeśli lubicie love story, to powinno Wam się spodobać, mimo że już od początku wiemy, że nie skończy się stwierdzeniem "Żyli długo i szczęśliwie".

Nie mam pojęcia, skąd Cecelia Ahern czerpie swoje pomysły, ale jedno jest pewne: to wielka radość, że została pisarką i wykorzystuje swój niezwykły talent do tworzenia mądrych i przejmujących historii. Każdy kto wrzuca powieści obyczajowe do jednego worka z erotykami, romansami i komediami romantycznymi (nie mam nic do tych gatunków, sama po niektóre sięgam!), powinien sięgnąć po jej książki i przekonać się na własnej skórze, że można z tych wszystkich elementów stworzyć naprawdę niezwykłą historię na poziomie, taką jak Sto imion, Kiedy Cię poznałam, czy właśnie PS Kocham Cię







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

wtorek, 12 grudnia 2017

Andy Weir – „Artemis”



Kiedy zobaczyłam, że na rynku ma się pojawić nowa książka Andy'ego Weira, bardzo się ucieszyłam – Marsjanina wspominam miło, więc i do autora jestem nastawiona pozytywnie. Niestety zaraz za radością przyszły wątpliwości. Opowieść o Marsie podobała mi się głównie za sprawą głównego bohatera  szczególna konstrukcja książki, która skupiała się na przeżyciach i samotności Marka, w połączeniu z jego humorem okazała się mieszanką idealną. Bez charyzmatycznej postaci Marsjanin byłby bardzo przeciętny. A przecież Artemis to opowieść o kimś zupełnie innym...

czwartek, 6 lipca 2017

Cecelia Ahern – „Lirogon”




Czytałam wszystkie wydane w Polsce powieści Cecelii Ahern. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, niektóre zapadły w moją pamięć na stałe, o innych zdążyłam już zapomnieć. Najistotniejszy jednak pozostaje fakt, że dzięki całości swojego dorobku autorka należy do grona moich ulubionych. Jest w jej powieściach coś, co nie pozwala mi się od nich oderwać, a wszelkie zawarte w nich emocje przeżywam bardzo silnie i odbieram osobiście.

Po Lirogonie spodziewałam się bardzo wiele. Choć miałam książkę już przed premierą, złożyło się tak, że dopiero w ostatnich dniach udało mi się ją przeczytać. Przez te dwa miesiące zapoznałam się z wieloma recenzjami, a w większości z nich znajdowałam takie określenia jak "niezwykła", "zachwycająca" i "wyjątkowa". Czy dałam się złapać na zdanie innych? Być może, ale najwyraźniej mamy bardzo zbieżny gust, bo i ja skończyłam lekturę z poczuciem ogromnego zadowolenia.

Gdzieś w małej, leśnej chacie w południowo-zachodniej Irlandii mieszka dziewczyna, o której istnieniu wie tylko jedna osoba. Przed światem skryta jest nie tylko ona sama, ale również jej niezwykły dar: naśladownictwo. Niczym australijski ptak, lirogon, potrafi odtwarzać najrozmaitsze dźwięki. Gdy o jej obecności dowiaduje się para filmowców, Salomon i Bo, cały świat dziewczyny zmienia się w okamgnieniu: ludzie są nią oczarowani i chcą oglądać, poznawać jej możliwości. Czy, izolowana do tej pory, poradzi sobie w świetle reflektorów? 

Muszę przyznać, że na samym początku łatwo nie było: fabuła niezbyt mnie wciągnęła, a do tego jedna z bohaterek, Bo, budziła we mnie koszmarne pokłady złości. Nie cierpię takich ludzi jak ona, serio. Przecież ta kobieta przekracza wszelkie granice! Na szczęście w miarę klarowania się fabuły lektura szła mi coraz łatwiej. Nie, Bo nie zniknęła ani nie stała się mniej irytująca jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki; po prostu emocje, które wywoływała, zostały zastąpione przez całe szeregi innych. Dla osób mocno empatycznych z pewnością nie będzie to łatwa lektura: Laura jako bohaterka jest osobą bardzo wrażliwą, ale też niezwykle ekspresyjną: jej stany emocjonalne są bardzo silne i dobrze nakreślone. Cecelia Ahern słynie z wiarygodnego odzwierciedlania uczuć i mam wrażenie, że w Lirogonie wspięła się na wyżyny swoich możliwości.

A'propos uczuć – w jednej z recenzji spotkałam się z rozważaniem, czy Lirogon nie jest przypadkiem tanim, niedopracowanym love story. Moim zdaniem nie. Większość powieści Cecelii Ahern to w jakimś stopniu romanse, ale w wielu z nich ta płaszczyzna stanowi raczej tło niż główną oś fabuły. Moje ulubione Kiedy cię poznałam i Sto imion to książki o konkretnej fabule, w których rodzące się między bohaterami uczucie stanowi kwestię drugorzędną, nienachalny dodatek, który pięknie uzupełnia całość. To właśnie ma miejsce w Lirogonie. Zgodzę się, że nie mamy tu pełnego nakreślenia relacji i tego, jak jest budowana, jednak moim zdaniem na tym polega urok tej książki. Romans jest subtelny i delikatny jak sama Laura, idealnie do niej pasuje.

Jeśli chodzi o główną oś fabularną, bardzo podoba mi się to, w jaki sposób zostały w tej powieści pokazane programy typu talent show, w których nie liczą się uczestnicy, a kariery i pieniądze producentów i sponsorów. Osoba niezwiązana z show-biznesem zostaje rzucona na głęboką wodę i jest bardzo podatna na wszelkie zagrożenia: czuje ogromną presję, ufa nieodpowiednim ludziom i bardzo łatwo ją oszukać. Wmawia się jej, że wykorzystuje największą szansę swojego życia i że od jednego wydarzenia zależy całe jej życie, dzięki czemu stopniowo uzależnia się od swoich "dobroczyńców" podpisując umowy i zmuszając się do robienia rzeczy, na które nie ma ochoty. Moim zdaniem to trafne ujęcie rzeczywistości, a jego najlepszym potwierdzeniem jest to, jak wielu zwycięzców tego typu programów nie robi ostatecznie żadnej większej kariery.

Ogromną zaletą powieści są również wstawki z autentycznej pracy na temat lirogonów autorstwa Ambrose'a Pratta. Fragmenty, które wybrała autorka, idealnie współgrają z tekstem; widać wyraźnie, że Ahern inspirowała się tymi ptakami nie tylko przy wymyślaniu nietypowej zdolności swojej bohaterki, ale także kreując jej charakter oraz przyszłe losy. To świetne uzupełnienie powieści, które kieruje interpretacje czytelnika na odpowiednie tory.

Polecam, zachęcam, podaję dalej, aby jak najwięcej osób dowiedziało się o tej niezwykłej powieści. Jest dokładnie taka, jak mówią: niesamowita.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

środa, 8 lutego 2017

Sylvain Neuvel – „Śpiący giganci”

Pewnego zwyczajnego popołudnia pewna zwyczajna dziewczynka jechała swoim zwyczajnym rowerkiem, gdy nagle spod kół osunęła się ziemia. Na szczęście mała upadła na coś, co, jak się później okazało, było gigantyczną, świecącą dłonią. Siedemnaście lat później ta sama dziewczynka – a właściwie już dorosła kobieta – jako naukowiec staje na czele zespołu badawczego, który stara się rozwikłać zagadkę pochodzenia i znaczenia owej dłoni. Początkowo grupa napotyka więcej pytań niż odpowiedzi, ale z każdym kolejnym odkryciem wyłania się szokujący obraz, który może zmienić spojrzenie ludzi na świat.

Czytając jakikolwiek opis Śpiących gigantów czy też samodzielnie przypominając sobie ich treść myślę: ktoś tu miał bardzo dobry pomysł. Historia nie bez powodu jest porównywana do takich klasyków jak Jurassic Park czy World War Z – w teorii prezentuje się perfekcyjnie: ma rozmach, ogromną skalę i odpowiednio fantastyczną tematykę. Fabuła jest w idealnym stopniu zagadkowa i świeża, a hipotezy badaczy kierują się ku istnieniu wysoce rozwiniętej cywilizacji, która zostawiła nam wiadomość kilka tysięcy lat temu. Mamy więc do czynienia z kimś bardzo potężnym, co dodatkowo powinno budować napięcie.

Dlaczego zatem nie zaczęłam swojej recenzji od pieśni pochwalnej na temat kolejnej cudownej i niezwykłej opowieści, którą dane mi było poznać? Bo ta książka najzwyczajniej w świecie mi się nie podobała. Choć na początku myślałam, że będzie inaczej, praktycznie przez całą lekturę po prostu się męczyłam. Najpierw przyszło zdziwienie formą – pewnie czytałam już o tym w jakiejś recenzji, ale zdążyłam zapomnieć, więc był to dla mnie niemały szok: książka nie posiada normalnej narracji. W większości składa się z wywiadów z poszczególnymi członkami grupy badawczej prowadzonymi przez pewną tajemniczą osobę, do tego dochodzą nieliczne fragmenty dzienników osobistych. Każdy wywiad jest mocno ukierunkowany na temat, który determinuje rozmówca. Choć wypowiedzi poszczególnych postaci często są rozbudowane, nie są w stanie zastąpić normalnej opowieści. Takie poznawanie historii zupełnie nie przypadło mi do gustu i sprawiło, że po krótkim czasie lektura przestała sprawiać mi przyjemność.

Myślę sobie jednak, że forma nie jest tutaj jedynym problemem. Na początku, kiedy dopiero odkrywałam zalążki fabuły, byłam pewna, że dam radę ścierpieć te wywiady, byle dowiedzieć się, co będzie dalej – cała sprawa naprawdę bardzo mnie interesowała. Niestety w międzyczasie autor wolał skupić się na rzeczach zupełnie nieprzydatnych, na czele z dziwacznym zainteresowaniem relacjami osobistymi między członkami grupy. Zamiast posuwać akcję do przodu, dostaliśmy zatem masę zbędnych i niepotrzebnie rozwlekających całość informacji, bez których spokojnie moglibyśmy żyć. Choć na początku wyglądało na to, że powieść będzie miała w sobie pewien dynamizm, a dzięki sprawnemu odkrywaniu kolejnych faktów i niespodziewanym zdarzeniom będzie w stanie utrzymać moją uwagę, tak się nie stało – miałam ochotę przewracać strony, by dotrzeć prosto do interesujących fragmentów.

Kolejny raz w ostatnim czasie przyszło mi negatywnie ocenić książkę, która podobała się tak wielu osobom. Cóż, w tym przypadku, jak sądzę, wiele zależy od formy i tego, czy będzie ona dla nas męcząca, czy też nie. W moim przypadku od tego się zaczęło i ten właśnie element miał duży wpływ na to, że po prostu się przy tej książce męczyłam. Dobry pomysł to za mało i chyba źle przyjmuję to, co jest „nowatorskie”. Mimo wszystkich pochwał, które rozsławiają tę historię (a widziałam, że za granicą podobnie osławiony jest drugi tom), nie sięgnę po kontynuację. Was natomiast standardowo zachęcam do spróbowania – a nuż dołączycie do grona zachwyconych i odkryjecie kolejną świetną opowieść. 






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Cecelia Ahern – „Podarunek”

Lou Shuffern już dawno przestał panować nad własnym życiem: lawiruje między obowiązkami, zawodową rywalizacją i domem, w którym jest raczej gościem niż stałym bywalcem – w każdym razie jeśli chodzi o to, gdzie przebywa myślami. Jego największym marzeniem jest móc znajdować się w dwóch miejscach jednocześnie. Niewykonalne? Ależ skąd! Życie Lou zmieni się całkowicie, gdy w odruchu dobrej woli zatrudni w swojej firmie przypadkowo napotkanego bezdomnego, Gabe’a. Ten niepozorny człowiek pomoże mu dostać to, czego Lou tak naprawdę chce.

Hej, czy jest tu jeszcze ktoś, kto nie wie, że uwielbiam książki Cecelii Ahern? Trąbię o tym za każdym razem, w każdej kolejnej recenzji, niezależnie od tego, czy ta akurat powieść spodobała mi się bardziej, czy mniej. Choć do tej pory żadna historia jej autorstwa nie dorównała tej (moim zdaniem) najlepszej, czyli Stu imionom, czekałam dzielnie. Wiedziałam, że w miarę poznawania wznowień i nowości odszukam kolejną perełkę, którą będę mogła się zachwycać i sięgać po nią kilka lub nawet kilkanaście razy. Czekałam, czekałam i wreszcie jest – Podarunek, który gdzieś tam kiedyś mignął mi w starym wydaniu, a teraz wreszcie trafił i na moją półkę, listę czytelniczą, a ostatecznie także do mojego serca.

Od razu uprzedzam: nie obiecuję cudów. Jeśli ktoś czyta dużo obyczajówek z realizmem magicznym albo ogląda kino familijne, dostrzeże tutaj pewnie schemat na schemacie. Ja też je widzę i uważam, że wszystko można obrócić zarówno na korzyć, jak i na niekorzyść książki, a wiele zależy od ogólnego wrażenia. To znaczy: jeśli książka do nas trafi, wybaczymy jej te schematy, a jeśli nie – będą dla nas tym bardziej uciążliwe. Tutaj mamy do czynienia z formułą quasi-legendy, gdzie główna historia jest opowiadania konkretnej osobie w konkretnym, wychowawczym celu. Wyraźny jest świąteczny klimat, który z jednej strony bardzo dobrze się prezentuje, z drugiej ma w jakimś stopniu usprawiedliwiać element magiczny. No i wreszcie główny bohater i jego życie – brak czasu dla rodziny, zabieganie i ogólne chamstwo to również dość powszechna klisza, którą sama widziałam nie raz.


- O, przepraszam. Jestem Gabe. – Wyciągnął rękę. – Gabriel, ale każdy kto mnie zna, nazywa mnie Gabe.
Lou wyciągnął rękę i uścisnęli sobie dłonie – ciepła skóra rękawiczki i zimna skóra bezdomnego.
- Jestem Lou, ale każdy, kto mnie zna, nazywa mnie palantem.[s.38]


Co w takim razie jest w tej książce AŻ TAK wyjątkowego? Po pierwsze każdą historię można opowiedzieć lepiej lub gorzej, a Cecelia Ahern zrobiła to wspaniale. Opowieść idealnie wpasowuje się w jej styl i reprezentatywnie odzwierciedla dotychczasowy dorobek: autorka zawsze wie, którą strunę w czytelniku poruszyć, by wywołać w nim emocje. Po drugie bardzo podoba mi się sposób, w jaki zostały wprowadzone elementy magiczne – tak jak wspomniałam, ładnie wpasowują się w ogólny klimat, ale książka nimi nie epatuje; to nie jest w całej opowieści najważniejsze. I wreszcie największa, moim zdaniem, zaleta: mimo humoru i ogólnie familijnego wydźwięku, książka nie jest słodka. Patrząc z perspektywy całości, znając już zakończenie, mogę nawet powiedzieć, że jest tu sporo goryczy.

Mnie Podarunek przekonał w stu procentach, bo miks stylu autorki z pomysłem, realizmem magicznym i klimatem miał odpowiednie proporcje i wypadł idealnie. Już po lekturze doszłam do wniosku, że to byłby dobry materiał na film – wiecie, taki, który leci w drugi dzień Świąt albo w niedzielę przed południem na Polsacie. Lekki, niezobowiązujący, czasem zabawny, czasem gorzki, ale z fajnym morałem bez zbędnego nadęcia. Uwielbiam takie historie, jeśli tylko są dobrze opowiedziane. Ta jest, spełnia więc wszystkie warunki, aby Wam ją polecić.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

czwartek, 17 listopada 2016

Cecelia Ahern – "Skaza"

Wyobraźcie sobie świat, w którym nie wolno Wam popełniać błędów. Niezależnie ile macie lat (z wyłączeniem okresu dzieciństwa), jedno potknięcie może zaważyć na całym Waszym dalszym życiu. Jeśli złamiecie panujące zasady społeczne – nieważne jak okrutne, bezsensowne i niezgodne z Wami by się wydawały – zostanie Wam wypalone piętno, które zawsze będzie widoczne dla innych. Koniec z luksusami. Koniec z podróżowaniem. Koniec z wolnością. Dołączycie do grona Naznaczonych, czy raczej wykluczonych ze społeczności idealnych ludzi. 

Dziwny jest świat wykreowany przez Cecelię Ahern. Dziwny, bo pełen obłudy, fałszu i zakłamania. Ludzie, którzy na co dzień mają nakaz bycia idealnymi, na każdym kroku wykazują cechy zupełnie odwrotne, zupełnie jakby można było robić, co się chce, póki nie interesuje się nami władza. O ile w niektórych czytanych przeze mnie dystopiach byłam w stanie odnaleźć celowość i spójność, a często nawet samodzielnie dotrzeć do motywów, jakie mogły kierować wprowadzającymi te totalitarne zasady, o tyle w przypadku Skazy naprawdę ciężko mi to przychodziło. Znalazłam tu kilka znanych elementów, jednak w dość nietypowym zestawieniu i z dużym rozdzieleniem na życie osób "publicznie" i "prywatnie". Zastanawiam się, jak można funkcjonować w takim położeniu i dużo bardziej autentyczni wydają mi się stłamszeni, zlęknieni obywatele z innych tego typu tekstów.

Kiedy czytałam recenzje tej książki, jeszcze zanim mogłam po nią sięgnąć, przyszło mi do głowy, że może oczekujemy za dużo od Cecelii Ahern. Czytałam naprawdę masę jej powieści i tak naprawdę żadna nie skupia się na świecie przedstawionym, wszystkie opierają się na relacjach i emocjach plus ewentualnie jakiejś nietuzinkowej historii. Muszę przyznać, że dałam się nieco nabrać na wtłaczanie tej książki w dystopijne ramy i automatycznie zaczęłam oczekiwać tego, co kierowało mną przy wyborach wśród tego gatunku: świetnie wykreowanym świecie. Tymczasem tutaj wszelkie zasady reguły i opis mają znaczenie drugorzędne, co dość mocno mnie rozczarowało. Widać wyraźnie, że autorka skupia się wyłącznie na historii głównej bohaterki, bo zarówno tło jest mało wyraźne, jak i wydarzenia nie stanowią podstawy rozważań, tylko gnają na łeb na szyję. 

Wiele opinii na temat Skazy, z którymi się spotkałam, zachęca do odkrywania tego tekstu na płaszczyźnie metaforycznej. Przychylam się do tego zdania – książkę Cecelii Ahern można traktować jako opowieść o potrzebie bycia idealnym. Współcześnie wielu młodych ludzi boryka się z problemem wymagań stawianych im przez społeczeństwo, a także z dylematem jak znaleźć złoty środek pomiędzy nie wyróżnianiem się, a pozostawaniem sobą. Historia Celestine, która w kilka chwil z najlepiej zapowiadającej się nastolatki w kraju staje się wrogiem publicznym numer jeden, pokazuje młodym ludziom, jak można sobie radzić, gdy przerastają nas oczekiwania lub gdy wmawia się nam, że jedno potknięcie może przekreślić całe nasze życie. 

Muszę przyznać, że najnowsza powieść Cecelii Ahern wywołała we mnie sporo sprzecznych odczuć. Liczyłam na dobrą dystopię i niestety z bólem przyznaję, że dałam się nabrać. Wątki dystopijne i kilka schematów to zbyt mało, aby powieść spełniała wszystkie założenia gatunku. Zabrakło mi tego, co najważniejsze, a więc porządnie skonstruowanego i umotywowanego świata. Pod względem akcji nie mam powieści nic do zarzucenia, jest schematyczna, ale dynamiczna i płynna. Warto też spojrzeć na nią poza dosłownym znaczeniem, bo to tam kryje się jej prawdziwa wartość. Zastanawiam się jednak, czy trzeba się było uciekać do tak dziwnej otoczki, aby opowiedzieć o byciu sobą i walce z ideałami – ciężko przychodzi mi szukanie w książkach drugiego dna i chyba lepiej przyjęłabym tę historię, gdyby rozgrywała się jakoś bliżej nas.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

piątek, 8 lipca 2016

Cecelia Ahern – „Pamiętnik z przyszłości”

Szesnastoletnia Tamara wiodła życie jak z amerykańskiego serialu dla nastolatek – oprócz szkoły jej czas zajmowały wypady z przyjaciółkami na zakupy, picie latte w modnych miejscach, Facebook, Instagram, imprezy oraz chłopcy. Dziewczyna wrosła w swoje bogate środowisko i przywykła, że ma wszystko, czego zapragnie. Niestety jej sytuacja uległa szybkiej i drastycznej zmianie; gdy ojciec Tamary popełnia samobójstwo, a na jaw wychodzą jego wieloletnie długi, dziewczyna wraz z matką musi przeprowadzić się do rodziny mieszkającej na wsi. Jak nietrudno się domyślić – jest załamana. Czy w trudnej sytuacji może jej pomóc tajemnicza księga będąca, jak się okazuje, jej własnym dziennikiem, który dopiero ma zostać napisany?

Pamiętnik z przyszłości to jedna ze starszych powieści Cecelii Ahern, która w ostatnim czasie doczekała się wznowienia. Miałam ją w rękach już kilka lat temu, jednak jakoś tak się złożyło, że koniec końców nie zaczęłam lektury; jest to o tyle dziwne, że już sam pomysł na tę powieść wydawał i nadal wydaje mi się bardzo ciekawy. Różne wariacje na temat podróży w czasie i kontaktów ze starszą wersją siebie są oczywiście motywem powszechnym zarówno w literaturze, jak i w filmie, nie ma zatem nic odkrywczego w wizji nastolatki poznającej za pośrednictwem pamiętnika wydarzenia nadchodzących dni. Najczęściej jednak taka ingerencja serwowana jest ostrożnie i z pewną obawą o to, jaki będzie to miało skutek dla całego systemu czasoprzestrzennego; tutaj nie ma takich wahań, a przyszłość ukazana jest jako dynamiczny twór – bohaterka czyta o tym, co się wydarzy, jednak może owe sytuacje dowolnie modyfikować, a nawet zapobiegać ich wystąpieniu. Dzięki takiemu ujęciu sprawy książka pokazuje nam, że tak naprawdę, choć nie mamy wpływu na przeszłość (a każdy z nas ma przecież trudne doświadczenia i rodzinne tajemnice), to przyszłość jest całkowicie w naszych rękach, a nasze późniejsze funkcjonowanie determinują wyłącznie wybory, których dokonujemy tu i teraz.

Koniecznie muszę wspomnieć o emocjach, jakie wywołała we mnie ta opowieść, a konkretnie jej bohaterowie. Przyznam od razu: nie polubiłam Tamary. Choć na samym początku miałam dla niej dużo wyrozumiałości, a jej złośliwości po prostu mnie bawiły, z czasem stała się bohaterką naprawdę denerwującą. Być może to tylko moje odczucie wynikające z tego, że dziewczynę ukształtował świat, o którym nie mam i prawdopodobnie nigdy nie będę miała zielonego pojęcia… Co ciekawe jednak, podobne odczucia wywoływała u mnie postać ciotki Tamary, postawionej do niej w całkowitej opozycji. Za sprawą tych dwóch kobiet głównym odczuciem towarzyszącym mi podczas lektury była irytacja. Nie zrozumcie mnie jakoś opacznie – to nie był ten rodzaj nerwów, które świadczą o książce źle; w wypadku Pamiętnika z przyszłości cieszyłam się, bo prezentowana treść faktycznie mnie poruszała.

Nie jest to ani najlepsza, ani najgorsza powieść Cecelii Ahern, to na pewno; myślę, że plasuje się gdzieś pośrodku dotychczas poznanego przeze mnie dorobku autorki. Czyta się ją płynnie, wywołuje sporo emocji, a do tego cała fabuła oparta jest na tajemnicy, której główne elementy są dla nas zagadką do samego końca. Prezentowana historia naprawdę ciekawie się splata, a jej odkrywanie jest przyjemnością. To świetna, lekka lektura na taki okres, jaki właśnie mamy, gdy większość z nas szuka czegoś niewymagającego i niezobowiązującego.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

piątek, 27 maja 2016

Cecelia Ahern – „Miłość i kłamstwa”

Książki Cecelii Ahern znam i lubię od czasu Stu imion; nie jest to żadną tajemnicą, bo wspominam o tym przy każdej możliwej okazji. Choć po drodze zdarzały się rozczarowania, a żaden tekst autorki nie zrobił na mnie jak dotąd aż tak powalającego wrażenia, lubię jej wrażliwość i sposób, w jaki opisuje otaczający nas świat. Nic więc dziwnego, że gdy tylko usłyszałam o premierze jej najnowszej powieści, po prostu musiałam tę książkę mieć w swoich rękach, najlepiej jak najszybciej. Rzuciłam się na nią, kiedy tylko do mnie dotarła i pochłonęłam jednego dnia, a powodem takiego stanu rzeczy nie jest absolutnie jej niewielka objętość – to specyfika opowieści sprawiła, że nie chciałam odkładać jej na bok ani na chwilę.

Autorka odeszła od romansu jako głównej osi fabularnej. Nie zrozumcie mnie źle, jej poprzednie książki nie skupiały się wyłącznie na ckliwej opowieści o kobiecie i mężczyźnie, ale zwykle miały ją gdzieś w tle. Tym razem jest inaczej – Miłość i kłamstwa to opowiadana równolegle historia ojca i córki, dwóch osób, które nie potrafią przyznać się przed światem, kim naprawdę są. W rozdziałach zatytułowanych Regulamin basenu poznajemy Sabrinę, pracującą w domu opieki kobietę w średnim wieku, której ojciec częściowo utracił pamięć po udarze. Gdy bohaterka wśród jego rzeczy znajduje dużą ilość szklanych kulek oraz spis pozwalający stwierdzić, że kolekcja nie jest kompletna, rozpoczyna poszukiwania – nie tylko pamiątek, ale także prawdy o człowieku, którego, jak się okazuje, zupełnie nie znała. Z kolei w częściach o tytule Grając w kulki przedstawione są losy ojca Sabriny, Fergusa: od najmłodszych lat dzieciństwa, aż po współczesność. Czytelnik ma okazję prześledzić jego pasję, ale także wszelkie problemy, które pojawiły się w związku z jej realizowaniem.

Gdybym miała powiedzieć krótko, jaka jest ta powieść, stwierdziłabym, że zwykła i niezwykła jednocześnie. Teoretycznie nie mamy tutaj do czynienia z jakimiś skrajnościami czy sytuacjami nie z tej ziemi – to opowieść, która z powodzeniem mogłaby się zdarzyć w rzeczywistości. Z drugiej strony sposób, w jaki autorka łączy fakty i opowiada o świecie, sprawia, że nie jest to kolejna nudna historia oparta na tym samym schemacie. Choć świat Sabriny i Fergusa wydaje się skrajnie różny (ze względu na płeć, charakter, poczucie odpowiedzialności i życiowe doświadczenia), to pewne zachowania ich łączą. W sposób nieświadomy, dokładnie tak, jak to bywa na linii rodzice-dzieci, bohaterka powiela zachowania swojego ojca, borykając się z własną tożsamością i niechęcią do pokazywania innym prawdziwej wersji siebie. Co ciekawe (i dość nietypowe dla autorki), historia Fergusa jest dość gorzka, naznaczona wieloma trudnościami, krzywdami i niepowodzeniami. To opowieść o człowieku, który nigdy nie dostał przyzwolenia, by być sobą i się tym cieszyć.

Tak jak wspomniałam na początku, powieść czytało mi się bardzo dobrze – jest płynna i przyjemna w odbiorze. Rozdziały prezentowane są naprzemiennie, jednak nie w sposób regularny, a autorka dobrze manipuluje czasem, jaki poświęca obu postaciom, a także treścią, w odpowiednim tempie ujawniając kolejne fakty z życia bohaterów. Zagadka, którą ma do rozwiązania Sabrina, również dla nas ma wiele niewiadomych i praktycznie do samego końca odkrywamy kolejne elementy układanki. Tajemnica napędza fabułę, która mogłaby momentami wydać się nudnawa, zwłaszcza gdy poznajemy przeszłość bohaterów; na szczęście wszystko jest tu wyważone i dopracowane, dzięki czemu lektura jest naprawdę przyjemna.

Muszę to powiedzieć: wciąż nie jest to powieść na miarę Stu imion, ale poziom jest naprawdę bardzo bliski. To dokładnie ta Ahern, którą lubię: sprytna obserwatorka rzeczywistości, która pokazuje, że powieść obyczajowa to znacznie więcej niż romans, a bohaterowie mogą mieć naprawdę ciekawe historie i problemy. Opowieść mnie wciągnęła i zainteresowała, książkę czytało się świetnie, a jej fabułę zapamiętam na długo ze względu na charakterystyczny motyw gry w kulki. Tak, zdecydowanie jestem zadowolona.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

wtorek, 22 grudnia 2015

Mariusz Ziomecki - "Umierasz i cię nie ma"

Dwoje eksgliniarzy na wcześniejszej emeryturze próbuje stworzyć swój własny kąt, stawiając pensjonat nad Zalewem Zegrzyńskim. Ich spokój zostaje jednak szybko zakłócony - miejscowy polityk zostaje brutalnie zamordowany, a okoliczności tego zdarzenia pełne są zagadek i niejasności. Choć Roman Medyna początkowo nie planuje angażować się w całą sprawę, szybko okazuje się, że pewni wpływowi ludzie są gotowi zapłacić grube pieniądze, by to on poprowadził śledztwo i zapewnił im ochronę. Czemu jednak tak bardzo zależy im na zaangażowaniu podinspektora w stanie spoczynku? I jakie były rzeczywiste motywy zbrodni?

Cóż, przyznam szczerze, że od samego początku lektura tej książki zupełnie mi nie szła. Musiałem przewrócić dziesiątki stron, zanim w ogóle udało mi się złapać odpowiedni rytm, wielokrotnie przerywałem czytanie po kilku kartkach, po prostu tracąc jakikolwiek zapał. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że długo nie byłem w stanie określić, skąd się biorą te problemy. Dopiero po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że wszystkiemu winna jest narracja. Otóż jest ona prowadzona w pierwszej osobie, w dodatku w czasie teraźniejszym. Nie jest to typ narracji łatwy dla autora i tutaj ewidentnie coś w nim zgrzytało. Równie istotny wpływ na mój odbiór tekstu miał też fakt, że narratorem był Roman Medyna - nie powiem, żebym zapałał wyjątkową sympatią do tej postaci, pewien jego rys charakteru i schematy zachowań zupełnie nie pozwalały mi go polubić. No i jego sposób mówienia: specyficzny, momentami wręcz sztuczny; zdecydowanie nie pomagał mi on w złapaniu rytmu.

Z narracją wiąże się jeszcze jedna kwestia: początkowe opisy przedstawiane z perspektywy Medyny przeplatane są fragmentami dotyczącymi osób związanych ze zbrodnią. W nich występuje mieszana forma narracji: z pierwszej i trzeciej osoby. Taki miks wypada dość dziwnie, w dodatku język i rytmika tych urywków raczej nie powalały. Najlepsze jednak jest to, że stosunkowo szybko przestają się one pojawiać, później wracając tylko na chwilę. Osobiście taki stan rzeczy mi pasował - bez ich obecności tempo lektury wyraźnie przyśpieszyło. Tak po prawdzie to pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że owe wstawki w gruncie rzeczy niewiele wnoszą do całego tekstu i nie sądzę, by stracił on na wartości, gdyby ujawnione w nich rzeczy wprowadzono do fabuły w bardziej prozaiczny sposób, bądź też w ogóle z nich zrezygnowano. Swoją drogą zarzut zbędności byłbym gotów postawić wielu scenom z głównej narracji, sporo też było wątków, które były nadmiernie rozbudowane w stosunku do tego, co wynikało z nich dla głównych wydarzeń.

Żeby nie było, że się tylko czepiam - sporo elementów powieści mi się podobało. Zdecydowanie pozytywnie oceniam konstrukcję tekstu. Mariusz Ziomecki zrezygnował z klasycznego podziału tekstu na rozdziały, zamiast tego powieść dzieli się na kolejne dni, te zaś na poszczególne wydarzenia. Fragmenty są stosunkowo krótkie, więc gdy tylko przyzwyczaiłem się do stylu narracji (co niestety chwilę trwało), kolejne partie czytałem jedna za drugą. Na plus oceniam też akcję - jest wartka, pełna tajemnic i nagłych zwrotów. Cała fabuła rozgrywa się na przestrzeni siedemnastu dni, są więc one przeładowane wydarzeniami. Jedynie co, to jak dla mnie troszkę za dużo było w tekście wskazówek naprowadzających czytelnika na właściwy tok rozumowania - zdecydowanie sporo rzeczy domyśliłem się zbyt szybko, przez co zabrakło elementu zaskoczenia. A, no i średnio lubię (zwłaszcza w kryminałach) tłumaczenie sporej części zagadki w epilogu, “na spokojnie”, tu jestem jednak w stanie to wybaczyć - końcówka fabuły gnała zbyt szybko, by móc w nią wpleść wszystkie wyjaśnienia.

Niestety muszę się przyczepić do bohaterów powieści. Co do zasady są oni stosunkowo dobrze nakreśleni (poza żoną Romana, Baśką - konstrukcja tej postaci był moim zdaniem wyjątkowo niekonsekwentna), problemem jest jednak ich różnorodność. Czytając tę powieść można odnieść wrażenie, że każda osoba związana z policją bądź polityką koniecznie musi mieć coś na sumieniu i zdecydowanie ze świecą trzeba szukać w tym gronie choć trochę przyzwoitych jednostek. Początkowo myślałem, że takie ukazanie tych sfer wynika z pryzmatu, jakim jest subiektywne spojrzenie narratora, ale nie: te postaci przedstawiane są w sposób bardzo obiektywny, więcej o nich jest faktów, niż domysłów Medyny. I choć pomiędzy poszczególnymi bohaterami są pewne istotne różnice, pewien schemat jest dość mocno zauważalny.

Umierasz i cię nie ma to w moim odczuciu kryminał bardzo przeciętny. Jasne, czytałem gorsze książki, ale też spotkałem się w swoim życiu ze sporą ilością o wiele lepszych powieści. Pozytywne aspekty w postaci dobrej (choć nieco przewidywalnej) fabuły i dynamicznej akcji nie były w stanie zakryć licznych mankamentów i niedociągnięć. Nie zostałem jednak całkowicie zniechęcony do pióra Mariusza Ziomeckiego i myślę, że dam mu jeszcze co najmniej jedną szansę - zwłaszcza, że cykl o Medynie ma liczyć cztery tomy, a mnie niezmiernie ciekawi, czy seria będzie zbudowana z osobnych historii, czy też skupi się ona na wyjaśnieniu kilku niewielkich, niezamkniętych wątków z pierwszej części...





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

czwartek, 3 grudnia 2015

Agnieszka Haska, Jerzy Stachowicz – „Bezlitosne”

Często wydaje nam się, że żyjemy w brutalnych i niebezpiecznych czasach. Wciąż słyszymy o przypadkach morderstw, pobić i napaści, a gdy porządnie się zastanowimy, dochodzimy do wniosku, że najbezpieczniej byłoby w ogóle nie wychodzić z domu. Czy to jakiś znak naszych czasów? Tak naprawdę zbrodnie nie są żadnym novum, a ich powszechność to złudzenie związane z lepszym przepływem informacji. Porządkując fakty historyczne na nowo odkrywamy makabryczną historię II RP – Bezlitosne to kolejna pozycja, która skupia się na tym właśnie temacie i kolejna, która w centrum opowieści stawia kobiety.

Rozpoczynając lekturę miałam już w głowie pewien schemat opowieści, który pozostał mi po lekturze Upadłych dam II Rzeczpospolitej. Ze względu na dużą zbieżność tematów spodziewałam się, że i tutaj otrzymam kilka niezależnych i najbardziej sztandarowych historii. Muszę przyznać, że przeżyłam bardzo pozytywne zaskoczenie – otóż autorzy postanowili ująć problem w zupełnie inny sposób. Poszczególne rozdziały oparte są raczej na temacie niż na bohaterze – niektóre z nich dotyczą czynników ryzyka zbrodni (jak np. staropanieństwo), inne metod jej popełniania (np. oblanie kwasem), a jeszcze inne wiążą się z charakterem czynu (dokonano go z miłości, zazdrości, dla pieniędzy czy z chęci usunięcia jakichś przeszkód?). W ramach takich właśnie tematów znajdujemy szeregi mniej lub bardziej wnikliwych przykładów. Bardzo podoba mi się sposób ich zestawienia oraz fakt, że autorzy nie skracają ani nie wydłużają opowieści pozwalając im płynąć niejako własnym rytmem.

Warto dodać, że wszystkie historie rozgrywają się na bardzo wdzięcznym i interesującym tle, jakim jest rodzący się na ziemiach polskich ruch emancypacyjny. Do tej pory kobiety były praktycznie wolne od zarzutów w sprawach o zabójstwo, chyba że denat został otruty (do tego rodzaju zbrodni nie trzeba było tężyzny fizycznej, a sprytu akurat kobietom nie odejmowano). Wraz ze wzrostem świadomości zaczęto dostrzegać również inne możliwości płci pięknej – szybko okazało się, że kobiety mogą być co najmniej równie okrutne i brutalne, jak mężczyźni, a i powodów do dokonywania czynów zabronionych w ich życiu nie brakuje. Sens takiej ewolucji przekonań jest niezwykle istotny dla całej opowieści, a czytelnik ma okazję prześledzić go całkiem dokładnie.

Opowiadając o Bezlitosnych nie sposób pominąć również dwóch niezwykle przyjemnych elementy technicznych. Tym, co gwarantuje radość z obcowania z lekturą, jest wspaniały styl, jakim posługują się autorzy, który od początku do końca utrzymany jest w retro klimacie rodem z XX-lecia międzywojennego. Czytelnik ma wrażenie kontaktu z tekstem z dawnych lat, co potęgowane jest przez ilustracje, a dokładniej przedruki oryginalnych fragmentów gazet – artykułów oraz zdjęć.

Zdecydowanie mogę polecić Bezlitosne, zwłaszcza tym, którzy lubią podobną tematykę. Podczas lektury można zachwycić się rzetelnością autorów i świetnym ujęciem tematu, a miłośnicy czarnego humoru z pewnością znajdą dodatkowo niejedną okazję do uśmiechu. Cieszę się, że autorzy książki pokusili się o tak szerokie opisanie problemu i przytoczenie tak wielu przykładów – owocem ich pracy jest bogaty, ciekawy zbiór, który zdecydowanie spełnia wymagania czytelnika.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

środa, 17 czerwca 2015

Grażyna Mączkowska - "Powiedz, że mnie kochasz, mamo"

Gabriela jest dorosłą, dojrzałą kobietą - za sobą ma już wychowanie dzieci, cieszy się życiem i mazurskim domem, o którym przez wiele lat marzyła. Jednak jej życie nie jest do końca sielankowe; gdzieś w duszy kobiety pozostała zadra, efekt wieloletnich cierpień, jakich doświadczyła w domu rodzinnym. Jako dziewczynka wychowywała się w domu z ojcem-alkoholikiem oraz agresywną i rozchwianą emocjonalnie matką. Nigdy nie doświadczyła ciepła, bliskości, zainteresowania, czego do dziś jej brak.

Trzeba przyznać, że patrząc na opisy treści można przyznać tej książce całkiem spory potencjał - sama uwielbiam teksty o trudnej tematyce, rozkładające na czynniki pierwsze traumę i przeżycia z nią związane, wywracające emocje czytelnika do góry nogami, ale też pozwalające zrozumieć pewne mechanizmy rządzące tym nieszczęściem. Niestety, powieść Gabrieli Mączkowkiej nie spełnia tych kryteriów. Z jednej strony jest to powieść bardzo wyidealizowana, z drugiej zaś - mocno powierzchowna. Zamiast zaproponować nam dokładny obraz rodziny patologicznej wraz ze wszystkimi przyczynami i skutkami jej funkcjonowania, autorka zdecydowała się na dość płytkie przedstawienie historii, w której większość motywów nie jest czytelnikowi znana. Rodzice Gabrieli ukazani są jako tyrani, z kolei sama bohaterka i jej rodzeństwo - jako przykładne, bezproblemowe dorosłe osoby. Brak tutaj ciągłości, przyczynowości, a optymistyczne zakończenie rozrośnięte jest w cukierkową idyllę. Autentyczność wypada bardzo źle.

Na plus nie zaliczyłabym również konstrukcji fabularnej - książka szybko zaczyna się dłużyć. Autorka raczej przeskakuje między wydarzeniami, niż tworzy z nich interesujący ciąg, a napięcie jest tutaj niemal zerowe. Wypowiedzi bohaterki są powtarzalne i dotyczą ciągle tych samych tematów - jest to nie tylko nużące, ale też mocno obciążające z racji tematyki. Gabriela powraca w kółko do tych samych wspomnień, tez, oskarżeń i widać wyraźnie, że problem pozostał w jej głowie zupełnie nieprzerobiony.

Trzeba jednak przyznać tej książce jeden, duży pozytyw - chodzi o zwrócenie uwagi na kwestię wyrażania emocji w stosunku do dzieci. Wielu rodzicom wydaje się, że ich pociechy nie rozumieją zbyt wiele; nie zdają sobie oni sprawy, jak ważne są dla małego człowieka pozytywne wzmocnienia. Poczucie akceptacji pozwala budować u dziecka wiarę we własne siły, a uczucia, które otrzymuje, uczą je samodzielnego wyrażania emocji. To niezwykle ważne dla rozwoju, aby dziecko nie tylko czuło, ale i widziało więź z rodzicem i jego miłość. Niewiele jest tekstów, które poruszają ów temat w tak bezpośredni sposób i za to duży plus.

Sama nie wiem, czy mogłabym polecać tę książkę. Ja dość mocno się wynudziłam, czytało mi się ciężko i wielokrotnie musiałam odkładać tekst. To dziwna opowieść, bo z jednej strony czytelnik ma poczucie, że zalewa go fala negatywnych emocji, z drugiej zaś - cukierkowe życie bohaterki staje w opozycji do tego odczucia i wypada bardzo nieautentycznie. Jeśli ktoś nie ma większych wymagań co do takich spójności, to tekst ma szansę mu się spodobać - napisany jest dość prosto i z pewnością wywołuje emocje.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

środa, 13 maja 2015

Cecelia Ahern - "Kiedy cię poznałam"


Cecelię Ahern pokochałam za książkę Sto imion - dawno nie czułam tak niesamowitej magii związanej z obyczajową i z pozoru błahą lekturą. Byłam zachwycona! Niestety, w miarę poznawania kolejnych tekstów autorki mój entuzjazm stopniowo opadał. Już myślałam, że nigdy nie wróci do stanu pierwotnego, ale na szczęście stało się inaczej - znów było mi dane wpaść w zachwyt, bo najnowsza książka Ahern jest po prostu świetna!

Jasmine ma nietypowe imię, głowę pełną pomysłów i siostrę z zespołem Downa, którą niesamowicie kocha. Ma też problemy - pierwszym jest chroniczna niezdolność do kończenia rozpoczętych projektów, a drugim fakt, że właśnie straciła ukochaną pracę. No, może nie do końca, bo tak naprawdę stało się coś gorszego - została wysłana na tzw. urlop ogrodniczy, czyli umowę wypowiedziano jej z rocznym odroczeniem. Jednym słowem: nie ma zajęcia, ale nie może też podjąć nowego. Obiektem związanych z tym negatywnych emocji czyni Matta, sąsiada z naprzeciwka, który słynie z kontrowersyjnych audycji radiowych i właśnie popisowo niszczy swoje życie prywatne. Jak potoczy się relacja dwojga ludzi w bardzo trudnej sytuacji?

Jak już wspomniałam, jestem po prostu zachwycona tą powieścią. Od pierwszej strony czułam, że będzie to właśnie "to" - książka pełna magii i uroku, za który pokochałam teksty Cecelii Ahern. Opowieść nie jest do końca lekka, porusza tematy, które są dla nas trudne - utrata pracy, budowanie wzajemnego zaufania, choroba bliskiej osoby - a jednak czyni to w sposób subtelny. Nie ma tutaj nieszczerości, naginania faktów czy przesady; wszystko odbywa się w sposób autentyczny, według trybu i realiów, które są bardzo prawdopodobne życiowo. Wątek miłosny oczywiście jest obecny - w końcu to powieść obyczajowa! - ale autorka poprowadziła go inteligentnie, ciekawie i prawdziwie. Bohaterowie, choć w oczywisty sposób są indywidualnościami, posiadają cechy, które ma każdy z nas, dzięki czemu łatwo się z nimi zidentyfikować.

Dużym atutem książki jest język - w przypadku Kiedy cię poznałam narracja jest pierwszoosobowa, a historię poznajemy z perspektywy Jasmine, która zwraca się bezpośrednio do Matta. W miarę upływu książki, gdy coraz więcej jest między nimi interakcji, brzmi to nieco dziwnie, ale można się przyzwyczaić. Istotny jest styl, w jakim wypowiada się bohaterka - lekki, zdystansowany, ironiczny; sprawiający, że nie sposób jej nie polubić. To aspekt, który niesamowicie umila lekturę.

Cieszę się, że miałam okazję poznać najnowszą książkę Cecelii Ahern, bo przywróciła mi ona wiarę w autorkę i jej talent. Mało jest osób, które potrafią w taki sposób ująć świat i połączyć fakty, że powstała całość od początku do końca urzeka. Ta historia, choć jej tło nie przydarzy się każdemu z nas, jest w pewnym sensie uniwersalna i z pewnością spodoba się wielu. Książka wciąga już od pierwszej strony i nie pozwala się oderwać, wspaniale umila czas.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

sobota, 9 maja 2015

Clara Salaman - "Łódź"


Jak wielu czytelników szukam w książkach mocnych wrażeń; jestem łasa na trudne tematy, ciekawi mnie wszystko co skrajne, zakazane, krwawe. Wciąż są zdania, które zawsze przekonają mnie do książki, mimo że wielokrotnie mocno się zawiodłam - a to pomysł zmarnowany, a to język nie ten, a to schemat jest tak wyraźny, że aż boli. I choć żadnej z wymienionych wad nie można przypisać powieści Clary Salaman, niestety kolejny raz muszę powiedzieć to samo - moje oczekiwania zostały zdeptane i zmieszane z błotem.

Johnny i Clem to młode małżeństwo, które swój miesiąc miodowy postanowiło spędzić na połączeniu pracy i podróży. Idealnie zgrani, pewni siebie, zakochani przemierzają kolejne miejsca. Przypadek sprawia, że trafiają do Turcji, gdzie wpadają w naprawdę spore tarapaty; są zmuszeniu uciekać. Zamieszkała przez parę z dzieckiem łódź zdaje się być dla nich wybawieniem, jednak pozorny raj szybko zamienia się w piekło, gdy na jaw wychodzi mroczna strona właścicieli.

Po całościowym spojrzeniu na tekst stwierdzam, że zawiodła już sama ogólna konstrukcja. Przez pierwszą połowę nie dzieje się absolutnie nic, napięcie jest niemal zerowe, a wydarzenia nużą i irytują czytelnika. Pewne sygnały emocjonującej treści zaczynamy dostrzegać zdecydowanie zbyt późno, gdy jest nam już całkowicie wszystko jedno. Nie ma tutaj absolutnie żadnego klimatu, który w dobrym thrillerze powinien być misternie tkany już od pierwszej strony. Wieje nudą i to naprawdę całkiem mocno... Na takim tle źle wypadają skrajne (?) wydarzenia, bo bez pewnego rodzaju grozy nie są dostatecznie mocno umotywowane i stają się jedynie zbiorem przypadkowych, mocnych akcentów, śmiesznie kontrastujących z resztą.

Okładka wspomina, że opowieść oparta jest na prawdziwych doświadczeniach autorki. Może to zabrzmi złośliwie, ale jestem bardzo ciekawa, w jakim charakterze występowała podczas orgii na łódce i czy aby na pewno dobrze to pamięta, bo opowieść jest miejscami tak niespójna, że po prostu nie może być prawdziwa. Cały wstęp składa się z przypadkowych scen, które nie mają ciągu przyczynowego czy uzasadnienia, zupełnie jakby autorka wymyśliła sobie łódź jako miejsce akcji i mozolnie, acz w sposób całkowicie nieprzemyślany, starała się zagnać tam opornych bohaterów. Same postaci również wołają o pomstę do nieba - dwoje dorosłych ludzi, z których żadne nie posiada choćby odrobiny instynktu samozachowawczego, zdolności decyzyjnych czy umiejętności przewidywania.

Czytanie Łodzi przypomina oglądanie horroru klasy Z, podczas którego mamy ochotę krzyknąć bohaterom: Nie idźcie tam!, a oni i tak robią swoje wbrew wszelkim prawom logiki. Nie ma tu klimatu, a jedyną emocją, która się nasuwa, jest rozbawienie i zażenowanie. Myślałam, że inni recenzenci się mylą, ale powtórzę za Kamilem - ta książka to Wasz zmarnowany czas. Nie polecam.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Claire Kendal - "Wiem o tobie wszystko"

Co tak naprawdę znaczą słowa "miłość aż po grób"? Clarissa przekonuje się o tym bardzo boleśnie, kiedy niezobowiązujące spotkanie staje się dla niej początkiem koszmaru. Zna Rafe'a i nie podejrzewa, że w krótkim czasie nie będzie mogła pozbyć się go ze swojego życia, a jednak - mężczyzna okazuje się prześladowcą, któremu nie straszna odmowa. Uporczywe telefony, setki wiadomości, śledzenie, przeglądanie korespondencji i śmieci, niechciane prezenty, ingerencja w życie społeczne... Skala działalności stalkera jest ogromna i skutecznie uniemożliwia bohaterce normalne funkcjonowanie.

Konstrukcja książki jest dośc ciekawa - składają się na nią opisy sytuacji ogólnych oraz fragmenty dziennika bohaterki prowadzonego na potrzeby dokumentacji dowodów. Pierwsze ukazane są jak zwyczajny tekst w trzeciej osobie, dzięki zewnętrznemu narratorowi, w drugich natomiast opowiada sama Clarissa zwracając się do swojego oprawcy. Całośc konstrukcji wypada przyjemnie w tym sensie, że nie wpadamy całkowicie w wir przemyśleń i odczuć bohaterki, a przeciwnie - mamy okazję przyjrzeć się sprawie również "z zewnątrz", nieco bardziej obiektywnie.

Podczas kolejnych tygodni akcji ksiązki Clarissa pełni funkcję przysięgłego w sprawie o gwałt; ten pomysł równiez zyskał moje uznanie, a to dlatego, że pozwala na zaobserwowanie wielu przekonań bohaterki. Obserwowanie krzywdy drugiej osoby, wysłuchiwanie zeznań, uruchomiło wyobraźnię bohaterki i pozwoliło na snucie przez nią domysłów; wzmogło lęk, a tym samym napędziło ją do działania i stało się katalizatorem dla wielu innych emocji.

Kolejną kwestią, która niesamowicie mi się podobała, jest sam pomysł na zaprezentowanie prześladowcy i fakt, że Claire Kendal nie pozostawiła opowieści "na sucho", bez dodatkowych ubarwień. Clarissa i Rafe nie są alegoriami wszystkich stalkerów i ich ofiar i nie reprezentują ogółu - to indywidualności, postaci z historią i zestawem charakterystycznych zachowań. Jednym z przejawów takiej pomysłowości autorki jest wplecenie do tekstu tematyki baśni i wykorzystanie jej jako nici łączącej bohaterów, która staje się polem gry między nimi, Wszelkie tego typu nawiązania okazały się ciekawe i przerażające, tym bardziej dla osób, które tematem się interesują.

Warto również zwrócić uwagę na konstrukcję psychologiczną w powieści. Autorka misternie skonstruowała historię, która wypadła bardzo dobrze. Odpowiednia uwaga poświęcona jest tu całemu mechanizmowi wpadania w sidła stalkera, malutkim bitwom, które wygrywa oprawca i stopniowemu rozwojowi jego możliwości. Obserwujemy, jak rozszerza się strefa wpływów Rafe'a i w jaki sposób Clarissa coraz bardziej traci autonomię; widzimy stopniowe odgradzanie jej od środowiska i pułapki własnego umysłu, w które wpada. Niestety, mimo szczerych chęci jestem w stanie zrozumieć bohaterkę tylko do pewnego stopnia; podejmowane przez nią działania wydają mi się momentami nieskoordynowane i nieskuteczne, co jednak nie odejmuje wartości książce samej w sobie.

Muszę przyznać, że bałam się lektury tej książki po tym, jak pojawiło się sporo dość negatywnych recenzji; byłam mocno zdziwiona, ale mnie całkowicie się podobało. W moim odczuciu jest to tekst pełny, ciekawy i wciągający. Nie warto szukać tu klasycznego, mocnego thrillera, ale jednak rozwiązanie sprawy samo w sobie wzbudza zainteresowanie - nie nudziłam się ani przez chwilę. Tak naprawdę najważniejsza jest jednak sfera psychologiczna będąca przestrogą dla wielu osób, stających w obliczu podobnych problemów - jak działać, aby uchronić się przed byciem ofiarą? Służby, które mają pomagać, nie wypadają tu w najlepszym świetle, sama historia również pozostawia nas raczej z niegatywnym poczuciem, mam jednak wrażenie, że już sama publikacja książki może coś zmienić - uświadomić ludzi o istnieniu problemu i metodach walki. Dla ofiar może się to okazać sporym wsparciem, a dla nas znaczną przestroga.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

wtorek, 31 marca 2015

Kathryn Taylor – „Barwy miłości” [recenzja przedpremierowa]


Nie czytam erotyków. To wyznanie, zalatujące desperacją w obliczu książki, o której właśnie będę mówić, jest tu kluczowe o tyle, że jak dotąd w swoim postanowieniu trwałam – od czasu sławetnej lektury 50 twarzy Greya (której dokonałam w wersji oryginalnej, co by tłumaczyć się, że przynajmniej podszkoliłam seksuologiczny angielski branżowy) zawzięłam się w sobie, zaszufladkowałam owe książki jako nie dające żadnej przyjemności i po prostu dałam sobie z nimi spokój. Trudno mi powiedzieć, co tak naprawdę skłoniło mnie do sięgnięcia po Barwy miłości (albo nie chcę się przyznać sama przed sobą), w każdym razie… przetrwałam. A o własnych doświadczeniach opowiem Wam za chwilę.

Jak tu nie mówić, że naszym życiem żądzą przypadki? Do młodziutkiej amerykanki Grace uśmiechnął się los – udało jej się zakwalifikować na prestiżowe praktyki w Londynie. Gdy dociera do miasta, zna w nim tylko jedną osobę – szefa firmy, w której ma pracować. No, może nie dosłownie, bo Jonathana Huntingtona nie spotkała nigdy osobiście, zna jednak jego wizerunek dostępny w Internecie. Gdy właśnie ten mężczyzna staje na jej drodze na lotnisku, dziewczyna nie może uwierzyć w swoje szczęście – jak to możliwe, że sam dyrektor wyprawił się właśnie po nią, zwykłą praktykantkę? Szybko jednak okazuje się, jak wielka była to pomyłka i jak poważne będzie miała konsekwencje; Grace została zauważona i przekroczyła próg świata, w którym obowiązują trudne do przyjęcia zasady…

Mam wielki, wręcz ogromny problem z oceną tej książki. Historia sama w sobie od pierwszej do (prawie) ostatniej strony jest prosta i przewidywalna – zdarzało się, że kilka kartek wcześniej wiedziałam, w jaki sposób potoczy się akcja. Konwencja gatunku jest tutaj bardzo wyraźna. Podobnie ma się sprawa z główną bohaterką, która jest dziewczęciem do bólu naiwnym i momentami niezbyt rozgarniętym. Chwilami łapałam się za głowę obserwując jej postępowanie, innym razem moje myśli odpływały w kierunku rozważań, co by było, gdyby w łóżku Huntingtona znalazła się jakaś bardziej wyrazista postać. Tak – nie polubiłam Grace, nie współczułam jej i gdybym mogła, zdecydowanie podmieniłabym ją na jakąś myślącą osobę. Z drugiej jednak strony znów kłania nam się konwencja, która każe do tekstu wprowadzić młodą, niedoświadczoną dzierlatkę – z tym zamysłem trudno dyskutować. Dla odmiany podobało mi się to, że postać Jonathana nie jest pozostawiona sama sobie i pojawiają się zalążki historii, która ukształtowała jego obecną postawę; za to naprawdę duży plus.

Mimo wszystko uważam, że powieści powinno się oceniać w kontekście gatunku, którym są i tego, czego od nich wymagamy. Barwy miłości nie aspirują do miana literatury wysokiej i stworzone zostały po to, żeby w ten czy inny sposób czytelnika bawić, a ta akurat funkcja wypada u nich dość dobrze. Opowieść angażuje czytelnika, wzbudza emocje i absolutnie się nie dłuży – spędziłam nad nią niewiele czasu i całkiem nieźle się bawiłam. Zdarzało mi się wpadać w niekontrolowany chichot, nie poczułam się specjalnie pobudzona, jednak nie mogę też powiedzieć, że funkcje rozrywkowe zostały spełnione całkiem przyzwoicie.

Konkluzja płynąca z mojego tekstu jest taka – na pewno lepiej sięgnąć po Barwy… niż po sławetne 50 twarzy Greya, przynajmniej w moim odczuciu. Lektura jest równie nieskomplikowana, bohaterka zakochana do obłędu, a historia momentami mocno przewidywalna, ale autorka nadrabia to znacznie lepszym stylem i ogólnie nienachalnym klimatem. Przez większą część lektury miałam wrażenie, że czytam całkiem zwyczajny romans i gdyby nie wydarzenia z samego końca, trwałabym w tym przekonaniu, przymykając oko na pojedyncze sceny erotyczne. O dziwo przeżyłam i w większości odczucia mam pozytywne – może nie będę chciała do tej lektury wracać, ale kolejna część..? 


Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.
Premiera 8 kwietnia!

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Max Kidruk - "Bot"

Tymur Korszak to zatrudniony w ukraińskiej firmie produkującej gry komputerowe informatyk, odpowiedzialny za tworzenie linijek kodów, które sterują wirtualnymi postaciami. Pewnego dnia do kijowskiej siedziby firmy przyjeżdża przedstawiciel przedsiębiorstwa, które kilka lat temu zamówiło od Ukraińców stworzenie surowego kodu dla botów, nie określając tak naprawdę żadnych parametrów. Zagraniczny gość twierdzi, że programy zaczęły działać niezgodnie z oczekiwaniami, dlatego potrzebna jest pomoc twórcy kodu, Korszaka. Zachęcony wizją dużego zarobku i wyprawy do Chile Tymur nie waha się długo nad przyjęciem oferty.. Tymczasem na pustyni Akatama dzieją się dziwne rzeczy. W okolicach San Pedro natknąć się można na nastoletniego chłopca, którego miejscowi określają diabłem, a w tym samym czasie identyczny chłopak zostaje potrącony przez tir kilkadziesiąt kilometrów na zachód. Kim są te dzieci i jaki jest ich związek ze stworzonym przez Timura kodem?

Książka Maxa Kidruka całkowicie zawładnęła mną podczas czytania. Moje oczy przebiegały szybko po kolejnych stronach i momentami naprawdę ciężko było mi się oderwać od lektury. Jest to o tyle zadziwiające, że powieść liczy sobie ponad sześćset stron! Tymczasem ani razu tempo akcji mi się nie dłużyło, nie dopadło mnie też znudzenie. Fabuła cały czas gna do przodu, w dodatku autor naszpikował ją licznymi zwrotami, które znacznie podsycają ciekawość i zapał czytelnika.

Bot określany jest jako technothriller. Przedrostek w nazwie gatunku wskazuje, że konstrukcja powieści silnie opiera się na aspektach naukowych -  i tak rzeczywiście jest. Warto jednak nadmienić, że nie są to aspekty tylko techniczne. Max Kidruk przy tworzeniu swojej książki sięgnął do wielu dziedzin, m. in. biologii, chemii, matematyki, fizyki (zarówno klasycznej, jak i kwantowej), grafiki, programowania, geografii, a nawet psychologii. Treści oparte na tych naukach stale przewijają się przez karty powieści i często zajmują po kilka akapitów, sporo jest też przypisów wyłącznie poszerzających tekst o wytłumaczenie naukowych pojęć. Mimo takiego nagromadzenia informacji niekoniecznie wymaganych dla stworzenia książki fabularnej, w żadnym wypadku nie przeszkadzają one w lekturze. Tak naprawdę są tak lekko napisane, że zupełnie nie odczuwa się momentu, w którym fabuła płynnie przechodzi w opisy techniczne. Samej warstwie naukowej nie mam nic do zarzucenia - wszystko zostało opisane spójnie i logicznie, na mój gust wiarygodnie. No, może poza aspektem psychologicznym - motyw oparty na koncepcjach Carla Junga zupełnie nie pasował mi do reszty książki…

Jednym z najsilniejszych elementów Bota są kreacje postaci. Każdy z bohaterów został wyraźnie nakreślony i różni się od innych aktorów wydarzeń opisanych w książce. Poznajemy ich nie tylko poprzez ukazywane działania, ale też dzięki narratorowi, który często i dokładnie opisuje przeszłość postaci, ich charakter, a także co kieruje daną osobą w konkretnej sytuacji. Nieco przytłaczająca może być jednak liczba pojawiających się postaci drugoplanowych - choć przyrównując ją do objętości powieści nie jest ona jakoś specjalnie duża, to jednak większość pobocznych bohaterów poznajemy niemal w jednym momencie, przez poszczególne osoby mogą nam się mieszać. Scena, która chyba w zamyśle miała pomóc w zapamiętaniu, kto jest kim, swoją rolę spełnia tylko częściowo, a na dodatek wygląda wyjątkowo sztucznie…

Tak naprawdę przyczepić mógłbym się tylko do jednej rzeczy, a mianowicie do narratora. Pierwsze, co mi w nim przeszkadzało, to tendencja do zapowiadania, co się wydarzy. Co rusz rozdziały (a tych jest dużo, bo są dość krótkie) kończyły się mniej lub bardziej bezpośrednimi informacjami o tym, co dopiero ma nastąpić i zdecydowanie były to opisy zdradzające za dużo. W pewnym momencie takie odkrywanie przyszłości zaczęło się nawet pojawiać w środku rozdziałów, a raz nawet przybrało formę przypisu (sic!). Z innych rzeczy, które rzuciły mi się w oczy, wymienić mogę nadużywanie nawiasów, które w powieściach co do zasady nie mają zbyt dużej racji bytu, a tu nieraz dało się je zastąpić odpowiednią konstrukcją zdań; w dodatku nawiasy pojawiały się też w dialogach, co wyglądało naprawdę dziwacznie. Małym mankamentem były też niektóre opisy - sztuczne, nienaturalne, wyraźnie odbiegające poziomem od reszty tekstu. Na szczęście stanowiły raczej odosobnione przypadki.

Bot to znakomita książka o ciekawej i przemyślanej fabule. To thriller, który wywołuje u czytelnika liczne emocje i wciąga w swoją treść z nieziemską siłą. W powieści widać nie tylko ogrom pracy włożonej przez autora w stworzenie tak dopracowanego dzieła, ale też niesamowity talent, którym nie każdy pisarz może się pochwalić. Dzieła, co istotne, do bólu współczesnego, które ściśle nawiązuje do współczesnego świata, i które swym realizmem jest na swój sposób przerażające..


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.

piątek, 12 grudnia 2014

N. K. Jemisin - "Mroczne słońce"

Minęło dziesięć lat, od kiedy plany szalonego księcia Eninketa zostały udaremnione, a Gujaareh trafił pod okupację Kisui. Uciśniony lud Miasta Snów z każdą chwilą ma jeszcze bardziej dość swoich ciemiężycieli, którzy pozwalają sobie na coraz więcej, otwarcie lekceważąc prawo i religię Gujaarehu. Nastroje społeczeństwa coraz bardziej kierują się w stronę buntu, a całą sytuację nakręca plotka, jakoby syn zabitego księcia i prawowity następca tronu zbierał wśród barbarzyńców armię, która ma mu pomóc odzyskać należną mu władzę. Jego dążenia popiera ponoć Hetawa, świątynia wiary w boginię snów Hananji, jednak kapłani mają obecnie większe problemy - w mieście panuje śmiertelna zaraza, która przenosi się przez sny, a nawet najsilniejsi i najbardziej doświadczeni słudzy Hananji nie są w stanie jej uleczyć..

Mroczne słońce to druga część cyklu Sen o krwi i w wielu aspektach posiada te same cechy, co pierwszy tom serii, Zabójczy księżyc. Ponownie lektura sprawiła mi niemało problemów - tekst pełen jest nazw własnych i określeń stworzonych przez autorkę, do których nie zawsze było łatwo się przyzwyczaić. Tym razem było mi jednak nieco łatwiej - spora cześć pojęć występowała już w poprzedniej książce z cyklu, nie musiałem więc ich zapamiętywać, a mając już pewne obycie z tymi słowami nauka nowych nie szła mi już tak opornie. Raz jeszcze problemem okazał się też glosariusz zamieszczony na końcu książki: podobnie jak ostatnim razem nie wszystkie zwroty wyglądają na wymagające tłumaczenia, gdy więc po zakończonej lekturze przeczytałem cały słowniczek, byłem zaskoczony jak wiele jest tam terminów, które nie zwróciły mojej uwagi podczas lektury.

 Tempo prowadzenia historii nie jest jednolite; niekiedy tekst bogaty jest w dynamiczne zwroty akcji, innym razem fabuła toczy się niespiesznie do przodu, przybierając raczej leniwy charakter. Idealnie współgra to z klimatem świata wykreowanego przez N. K. Jemisin - opowieść wciąga czytelnika swoim mistycznym klimatem, który w magiczny sposób przeplata rzeczywistość z mitami i legendami, a granica między jawą a snem jest znacznie rozmyta. Jednocześnie stale obserwujemy realne problemy związane z próbą odzyskania suwerenności przez Gujaareh.

 Jestem gotów pokusić się o stwierdzenie, że fabuła książki to nie jej najistotniejszy element - w moim odczuciu w znacznym stopniu na pierwszy plan wysuwała się kreacja świata. Autorka stworzyła rzeczywistość całkowicie odmienną od tej, która z reguły pojawia się w powieściach fantasy. Nie powinno to jednak nikogo dziwić - Jemisin nie czerpała inspiracji z kultury europejskiej, zamiast tego źródła jej natchnienia pochodziły z Afryki i Środkowego Wschodu, a w pewnym stopniu także z cywilizacji dawnych Indian. Możliwość obserwacji świata przez pryzmat kręgów kulturowych zupełnie odmiennych od tych, do których jestem przyzwyczajony, było dla mnie naprawdę cennym doświadczeniem. Szczególnie wyraźnie odznacza się w tej książce spojrzenie na erotyzm i seksualną sferę życia - zostały one o wiele bardziej nakreślone, niż miało to miejsce w Zabójczym księżycu. Mimo bardziej liberalnego niż kiedykolwiek podejścia do określonych spraw pewne przedstawione aspekty mogą lekko szokować, jednak wiele z nich zadziwia na swój świat sposób dojrzałą postawą.

Książki N. K. Jemisin są magiczne, to nie ulega wątpliwości. Nie twierdzę, że przypasują one każdemu czytelnikowi, do mnie jednak trafiły idealnie. Nie wiem, czy to zasługa otoczki legend i mistycyzmu, przemyślanej fabuły, czy po prostu wyraźnie przemyślanej kreacji świata (a może wszystkiego po trochu?), wiem jednak, że choć nie zawsze lektura Mrocznego słońca szła mi gładko i bez najmniejszych trudności, to nie żałuję nawet pojedynczej sekundy spędzonej nad książką. Autorka rzeczywiście pokazała, że wciąż w fantastyce można stworzyć coś całkowicie nowego i oryginalnego, przy okazji podając to czytelnikowi w naprawdę przyjemny sposób.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (606 stron)

niedziela, 30 listopada 2014

Cecelia Ahern - "Love, Rosie" [recenzja przedpremierowa]

Pamiętacie bajkę o Żurawiu i Czapli, którzy chcieli być ze sobą, jednak nie w tym samym czasie? Opowieść ta przestrzega dzieci przed niezdecydowaniem niczym Fredrowski osiołek; Cecelia Ahern natomiast wyciąga ów motyw literacki z lamusa i przekonuje, że może on się pojawić w życiu każdego z nas. Czyni to oczywiście za pośrednictwem powieści, która niebawem pojawi się w Polsce pod nowym tytułem, a także zostanie zekranizowana. Czy metafora jest trafna, a jej wykonanie dobre? Zobaczcie sami.

Rosie i Alex znają się od zawsze. Przez wiele lat chodzili do jednej klasy, razem robili głupstwa i nie odstępowali się na krok; to była przyjaźń na dobre i złe. Jednak rok przed zakończeniem liceum ich relacja została wystawiona na ciężką próbę, gdy rodzice chłopca przenieśli się z Irlandii do Ameryki, zabierając swoją pociechę ze sobą. Od tej pory kontakt młodych ludzi zmienia się, a życie każdego z nich zaczyna biec swoim własnym, nieoczekiwanym rytmem. Dzielą ich plany, marzenia i szara codzienność, a każde z nich poszukuje własnej drogi do szczęścia. Obserwujemy, jak ta relacja zmienia się na przestrzeni lat pod wpływem przeróżnych zdarzeń, a bohaterowie stopniowo zaczynają zastanawiać się, co tak naprawdę ich łączy.

- A więc jesteś wkurzony, ponieważ X nie przeprowadza się do Bostonu ze względu na ojca jej dziecka, który nie pojawiał się od trzynastu lat, a teraz nagle wrócił (…)?
- Tak.
- Chryste Panie, kto pisze dla ciebie scenariusze?
[s.287]

Dokładnie taka sama refleksja towarzyszyła mi niemal przez całą lekturę – kto, do diabła, stworzył tak zagmatwany scenariusz życia dwojga biednych ludzi? Tak jak wspomniałam na początku, powieść opiera się głównie na ich wzajemnym niezgraniu czasowym w kwestii określenia swoich własnych uczuć. Nie brak też nieszczęśliwych zbiegów okoliczności – podczas czytania miałam chwilami wrażenie, że niebo i ziemia sprzysięgły się, aby Rosie i Alex nie mogli zaznać szczęścia. Nie było to ani łatwe, ani miłe, ani pozytywne; właściwie im bardziej zagłębiałam się w historię, tym bardziej była ona dla mnie nierealistyczna.

Na domiar złego podczas czytania umknął mi moment, w którym bohaterowie dorośli. A może nigdy się to nie stało? Na kartach tej książki obserwujemy wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni półwiecza, a postaci, choć oczywiście ewoluują, nijak nie zbliżają się do modelu osób dojrzałych. Praktycznie przez cały czas brak im wglądu we własne emocje i przeżycia, cechują się także koszmarną niezdolnością do wyciągania jakichkolwiek wniosków z tego, co ich spotyka. Z drugiej strony ów mankament jest równoważony przez naprawdę dobre ukazanie damsko-męskiej przyjaźni i wszystkich związanych z nią dylematów – co się dzieje, gdy któryś przyjaciel wejdzie w związek, jak trudno jest walczyć o czas spędzany z kimś bliskim… Poczucie odrzucenia, żal, niechęć i frustracja są tu obecne i dobrze zaprojektowane.

Kolejną sprawą, która nie do końca mi się podobała, była przyjęta przez autorkę forma wyrazu. Tekst zbudowany jest właściwie tylko z wiadomości wymienianych między bohaterami. Są tu wypowiedzi dłuższe, e-mailowe, oaz te krótkie, z internetowych czatów. Poszczególne postaci poznajemy jedynie gdy biorą udział w wymianie zdań lub za pośrednictwem innych. Z jednej strony taka post-epistolograficzna forma dynamizuje tekst i sprawia, że możemy pochłonąć go naprawdę szybko, z drugiej jednak – strasznie zmniejsza ilość informacji docierających do czytelnika. W moim odczuciu na dłuższą metę się to nie sprawdziło, a pod koniec stało się wręcz nużące.

Gdy dodawałam dzisiaj książkę do przeczytanych na Lubimy Czytać, nie mogłam wyjść ze zdziwienia, podpatrując jaką ocenę ma na portalu ów tekst. Mnie niestety powieść Cecelii Ahern nie urzekła niemal w ogóle. Oprócz pojedynczych aspektów, które były skonstruowane dobrze, całość dała mi raczej mało radości i satysfakcji. Historia nie wciągnęła mnie w ogóle, ślepota bohaterów działała mi na nerwy, a co najgorsze – zabrakło mi tu magii, za którą tak pokochałam powieści Cecelii Ahern. Tak naprawdę nastawiałam się na tekst, który mnie zauroczy i przeniesie w niezwykły, choć realny świat, jak „Sto imion” czy „Zakochać się”. Nic takiego się nie stało i jestem zwyczajnie zawiedziona.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach "Czytam Opasłe Tomiska" (512 stron) oraz "Grunt to okładka" (listopadowy motyw- wielokrotność)