Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aneta Jadowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aneta Jadowska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 listopada 2019

Aneta Jadowska – „Dynia i jemioła”

Macie czasem tak, że kupujecie książkę, zaczynacie lekturę, a potem robicie wszystko, żeby odwlec w czasie jej zakończenie? Wydaje mi się, że czytając Dynię i jemiołę osiągnęłam w tym temacie mistrzostwo, bo poznanie wszystkich opowiadań zajęło mi... nieco ponad rok. Pamiętam dokładnie, jak w pociągu powrotnym z Targów Książki w Krakowie w 2018 roku zaczęłam czytać pierwsze opowiadanie. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, a z drugiej czułam, że chcę podawkować sobie tę zabawę. I podawkowałam, bo ostatni tekst ze zbioru skończyłam czytać dzisiaj. 

Ale może od początku – czym w ogóle jest Dynia i jemioła? To zbiór 10 opowiadań autorstwa Anety Jadowskiej, osadzonych w stworzonym przez nią magicznym uniwersum Thornverse. Zbiór ten w założeniu miał oscylować tematycznie w okolicach świąt, które możemy spotkać na swojej drodze jakoś między październikiem a grudniem. I choć z klimatem bywa tutaj różnie – raz jest go więcej, a raz mniej – to śmiało można powiedzieć, że jest to pierwszy wspólny mianownik dla wszystkich opowieści. Drugim są zdecydowanie bohaterowie, z których większość znamy z poprzednich książek autorki. Dora, Nikita, Roman, Witkacy, Karma, Baal... Fani serii z pewnością ucieszą się z obecności ulubionych postaci. 

A czy ja się ucieszyłam, czytając kolejne opowiadania? I tak i nie. Jak to ze zbiorami bywa, niektóre teksty były lepsze, inne gorsze, albo po prostu mniej wpadające w mój gust niż pozostałe. Bardzo spodobało mi się na swój sposób urocze Jak pies z kotem i zabawny Powrót wiedźmy bojowej. Wielkie serduszko leci również do Wampira, który ukradł święta (uwielbiam Romana) oraz długo wyczekiwanych 50 twarzy Baala. Zdecydowanie wiele razy uśmiechałam się z nostalgią i śmiałam z dobrych żartów. Zrozumiałam też, że w 2020 koniecznie muszę wrócić do Heksalogii o Wiedźmie i przeczytać ją ponownie, bo najzwyczajniej w świecie tęsknię. 

Duży plus również za całą sferę wizualną Dyni i jemioły. Twarda oprawa, wyklejka wewnątrz, szyte strony, spójna, klimatyczna szata graficzna, detale w poszczególnych rozdziałach, przepiękne ilustracje niezastąpionej Magdaleny Babińskiej, a także dodatki (pocztówki i karta) – wszystko to tworzy razem wspaniałą całość i sprawia, że po tę książkę po prostu chętnie się sięga. Powiedziałabym, że jest to również doskonały pomysł na prezent, ale mam wrażenie, że po roku od premiery większość fanów Anety Jadowskiej lekturę ma już za sobą. 

W mojej głowie nie jest to może zbiór na miarę Ropuszek (w których, jak nie ja, pokochałam absolutnie wszystkie opowiadania i chciałam tylko więcej, więcej, więcej), ale też się na to nie nastawiałam. To, co znalazłam w Dyni i jemiole, było przyjemne i satysfakcjonujące, jestem też pewna, że kiedyś jeszcze wrócę do wybranych opowiadań. A jeśli Wy wciąż zastanawiacie się czy warto, nie wahajcie się dłużej. Jestem pewna, że każdy fan Thornverse znajdzie tutaj coś dla siebie.


wtorek, 12 listopada 2019

Aneta Jadowska – „Przygody małego Duchołapa”



Piotruś Duszyński jest dzieckiem wyjątkowym – widzi, słyszy i czuje znacznie więcej niż jego rówieśnicy. Podczas gdy koledzy z piaskownicy chwalą się wymyślonymi przyjaciółmi, on ma coś znacznie lepszego: parę duchów, które rzeczywiście mu odpowiadają i są doskonałymi kompanami do zabawy! Brakuje im rodzinnego ciepła i kogoś bliskiego, kto zrozumiałby ich problem. Kto by się spodziewał, że para dwóch tak uroczych istot może być źródłem jakichkolwiek kłopotów?

Historyjka stworzona przez Anetę Jadowską opowiada o pierwszym poważnym zadaniu, przed jakim stanął Piotruś, znany później jako szaman Witkacy. Na kolejnych stronach książki chłopiec nawiązuje pierwszy w życiu kontakt z duchami, odkrywa, w jaki sposób może pomóc im w przejściu na drugą stronę, a także wykonuje swoje pierwsze "zlecenie", choć właściwie robi to wyłącznie dla pewnej bliskiej osoby. Wszystko to okraszone jest dużą dawką ciepła i bardzo przyjemnego klimatu, dzięki któremu opowieść o duchach absolutnie nie jest przerażająca.

I choć to Aneta Jadowska odpowiada za treść całej opowiastki, jeszcze większe ukłony należą się, moim zdaniem, Magdalenie Babińskiej. Wszyscy fani książek z Thornverse znają jej prace i wiedzą, jaki ma styl, ale tym razem ilustratorka przeszła samą siebie. Wszak zilustrowanie komiksu/powieści graficznej to zupełnie inna bajka niż przygotowanie szkiców do powieści. Przygody małego Duchołapa mają oprawę delikatną i ewidentnie skierowaną do młodszego odbiorcy, a jednak pozostają charakterystyczne dla tej właśnie ilustratorki.

Podsumowując powiem, że to prosta, urocza i bardzo przyjemna w odbiorze opowieść, która nie tylko stanowi świetną zajawkę dla maluchów (jestem za tym, by jak najwcześniej zacząć wychowywanie nowego pokolenia fanów Thornverse!), ale również jest całkiem przyjemna dla dorosłego odbiorcy. Nie porywająca i nie odkrywcza, o to bardzo trudno przy historiach dla maluchów, ale na tyle przyjemna, że z pewnością do niej wrócę. W końcu Witkac to jeden z moich ulubionych bohaterów wykreowanych przez Anetę Jadowską!




piątek, 8 czerwca 2018

5 serii obyczajowych idealnych na upały i wakacyjny relaks



Wystarczył tydzień upałów i jedna wizyta na plaży, żeby w moim czytelniczym mózgu coś się przestawiło: weszłam w tryb wakacyjny, w którym pozostanę najprawdopodobniej aż do jesieni. Kryminały, w których zaczytywałam się zimą, nagle przestały mi się podobać, za to zaczęłam tęsknie spoglądać na regał, który mieści moje ukochane serie obyczajowe. Jako że wakacje zwykle są czasem zmniejszonej aktywności wydawniczej, plan mam prosty: odkopię się z zaległości blogowych i wrócę do tych wszystkich wspaniałości...

poniedziałek, 2 października 2017

Aneta Jadowska – „Szamańskie tango”



Niewiele jest serii, na premierę których czekam z niecierpliwością i ściśniętym sercem; niewielu bohaterów uwielbiam tak bardzo, że odkładam dla nich aktualnie czytane książki. Lekturę Szamańskiego tanga udało mi się odwlec dokładnie o jeden dzień – dłużej nie mogłam czekać. A gdy zaczęłam... cóż, po prostu nie byłam w stanie się oderwać!

Pojawienie się w życiu Witkaca córki, w dodatku również magicznej, musiało wywołać lawinę zmian: od teraz człowiek, który nie potrafi skutecznie zadbać o własny byt, ma pod opieką inną istotę – dumną, pewną siebie i skorą do lekkomyślności. A trzeba pamiętać, że magia to nie przelewki! Ten, kto używa jej nierozważnie, z pewnością prędzej czy później będzie potrzebował pomocy; szczęście, jeśli w pobliżu będzie ojciec gotów nadstawić karku dla dobra ukochanej córeczki. 

Druga część cyklu o Witkacym różni się znacząco od swojej poprzedniczki – zamiast dwóch nowelek poprowadzonych w trybie procedural otrzymujemy jedną, ciągłą opowieść. Choć pojawiają się pewne elementy utrzymujące historię w sferze realnej, znaczna część wydarzeń rozgrywa się w zaświatach, których do tej pory bohater unikał, jak tylko mógł. W ten sposób powieść staje się znacznie mniej urban, a bardziej fantasy, pozostając przy tym tak samo interesująca. Co ważne, seria nie straciła nic z lekkości, humoru i specyficznego klimatu, który wiąże się z bardzo charakterystyczną postacią Witkaca, policjanta-szamana, który ma wyraźne problemy z odpowiedzialnością i zaangażowaniem.

Od lat zachwycam się pomysłami Anety Jadowskiej na wykorzystanie różnych kultur i mitologii. W wykreowanym przez nią świecie rozmaite systemy religijne współistnieją nie czyniąc sobie żadnej krzywdy (przynajmniej na co dzień): zaświaty są pojemne, a bohaterowie trafiają dokładnie do tych bogów, których potrzebują. Uwielbiam odkrywać elementy związane z kolejnym wprowadzanym systemem i nie będzie kłamstwem, jeśli powiem, że ten związany z szamanizmem należy do moich ulubionych. Na drodze Witkaca staje cała plejada ciekawych bohaterów – wykreowane na podobieństwo dawnych bogów duchy opiekuńcze to barwne i głośne towarzystwo. Każdy z nich ma ciekawą osobowość i wiele ludzkich cech (głównie przywar), więc gdy zbierze się ich razem, dynamika grupy napędza się sama. 

Jak już wspominałam, świat książek Anety Jadowskiej jest bardzo pojemny. Jeśli szukacie nietypowego, zabawnego paranormal romance z bohaterami, którzy ciągle wpadają w tarapaty, odsyłam Was do cyklu o Dorze Wilk. Jeśli lubicie mocne, silne postaci kobiece o trudnych charakterach, serdecznie polecam serię o Nikicie. Natomiast jeśli wolicie pierwiastek męski w lekko niezdarnym wydaniu, za to z dużą dawką humoru, zapraszam Was do opowieści o Witkacu. Nie pożałujecie. 






Szamański blues || Szamańskie tango

środa, 15 marca 2017

Aneta Jadowska – „Akuszer bogów”


Jej świat nigdy nie należał do najbardziej uporządkowanych, ale przynajmniej zachowywał pewną stabilność. Po ostatnich wydarzeniach musiała się jednak pożegnać nawet z tym marnym pocieszeniem. To, co do tej pory brała za pewnik, legło w gruzach. Na domiar złego prawdę o sobie będzie musiała odkryć sama, wyruszając w niebezpieczną podróż do kolebki nordyckiej magii. Zagrożeń nie zabraknie, a pierwsze drzemie w niej samej…

Ten wpis miał pojawić się na blogu w Dzień Kobiet i zaczynać się od słów „naprawdę nie lubię postaci żeńskich”. Ostatecznie z pomysłu nic nie wyszło, ale słowo wstępu pozostaje jak najbardziej aktualne – zwykle negatywnie nastawiam się do książek o kobietach, bo rzadko spotykam takie bohaterki, które nie zostały wpasowane w najpopularniejsze schematy: rozpraszającą miłość, obezwładniające poświęcenie czy trudny los ofiary. Na szczęście istnieją wyjątki, a jednym z nich jest wykreowana przez Anetę Jadowską Nikita. Całkiem niedawno na rynku pojawiła się kontynuacja jej losów, a że Dziewczyna z Dzielnicy Cudów zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, koniecznie musiałam sięgnąć po kolejną część.

Co takiego ma w sobie ta zabójczyni, że należy do szacownego grona zachwycających mnie bohaterek? Oprócz oczywistych walorów w postaci siły, ciętego języka i względnej samowystarczalności, cieszy mnie stała możliwość odkrywania jej tajemnic. Nikita sama nie do końca rozumie, kim jest, więc czytelnik ma okazję wraz z nią rozwiązywać tę zagadkę. Podczas skandynawskiej podróży stopniowo pojawiają się kolejne fakty uzupełniające układankę, jednak napięcie dawkowane jest perfekcyjnie. Dodatkowo jako bohaterka nie ma tych zwyczajnych, oklepanych słabości, a to, co jest w stanie ją przestraszyć/wytrącić z równowagi, ma raczej charakter nemesis: widać wyraźnie, że sama Nikita jest częścią czegoś większego, czy tego chce, czy nie; czegoś, co zbyt często wymyka jej się spod kontroli.

Podkreślając tajemniczość głównej bohaterki nie sposób nie wspomnieć również o jej zawodowym partnerze, Robinie. Pozbawiony pamięci, ale władający potężną i wszechstronną magią mężczyzna stanowi zagadkę, której rozwiązanie kusi nas jeszcze bardziej, niż poznanie dalszych losów Nikity. Co ciekawe Aneta Jadowska udowadnia, że można postawić w jednym szeregu, ramię w ramię, postać męską i kobiecą, nie ujmując żadnej z nich wiedzy, doświadczenia i umiejętności. Bohaterowie świetnie się uzupełniają i – co ważne – nie ma między nimi romansu, a jedynie sympatyczna, pełna wzajemnych przytyków zależność, która daje książce dodatkowe elementy humorystyczne.

Kolejnym ważną zaletą zarówno Akuszera… jak i całego cyklu o Nikicie jest świat przedstawiony. Nie od dziś wiadomo, że Aneta Jadowska garściami czerpie ze wszelakich wierzeń, mitologii, religii, nauk magicznych i innych podobnych spraw, po czym wrzuca je do jednego kotła i bez skrupułów miesza. Nie inaczej jest tym razem: choć poruszamy się w kręgu magii nordyckiej (walkirii, berserków, wilkołaków), to ważną rolę w treści odegrają również bardziej uniwersalne elementy. Co ważne, w porównaniu do Dziewczyny z Dzielnicy Cudów mamy tu znacznie mniej opisów, na czym zdecydowanie zyskuje tempo akcji. Lekko przegadany pierwszy tom stanowił bardzo dobre wprowadzenie, natomiast część druga tylko uwypukla zasygnalizowane wątki i podkreśla najważniejsze elementy świata. Nie brak tu mocnych, brutalnych scen, zagrożenie od początku do końca dyszy Nikicie w kark, a poszczególnym bohaterom zdarza się popełniać błędy, za które przyjdzie im słono zapłacić. 

Nie mogę się pogodzić z komentarzami osób, które coś kiedyś usłyszały na temat cyklu o Dorze Wilk i teraz odrzucają również Nikitę jako bohaterkę kolejnego paranormal romance. Nic bardziej mylnego! Wspominałam już o tym w kontekście pierwszej części, a teraz powtórzę: książki o Nikicie są zupełnie inne. To opowieść dojrzalsza, lepiej przemyślana, bardziej wciągająca pod względem fabuły, mroczniejsza i ciekawsza od swojej starszej siostry. Mam wrażenie, że to historia przeznaczona dla zupełnie innego odbiorcy – Akuszer…, podobnie jak Dziewczyna z Dzielnicy Cudów, to pełnokrwiste urban fantasy, którego lektura daje bardzo dużo satysfakcji. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.




sobota, 10 września 2016

Aneta Jadowska – „Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” [recenzja przedpremierowa]


Zeszłe wakacje były dla mnie czasem Anety Jadowskiej. Przed ostatnim rokiem studiów miałam całkiem sporo wolnego, a że zbiegło się to w czasie z odkryciem outletów Świata Książki, wreszcie znalazłam czas i środki, aby poznać całą heksalogię o Dorze Wilk. Chociaż nie, czasownik „poznać” nie jest najtrafniejszym z możliwych: ja ją pochłonęłam i kompletnie się w niej zakochałam. Urzekł mnie klimat, lekkość i humor. Gdy cykl się zakończył, było mi bardzo smutno, ale równie wielka była moja radość, gdy okazało się, że autorka nie porzuca swojego pokomplikowanego, magicznego uniwersum. Teraz jednak nie pisze o Dorze Wilk (ani o Romanie; liczę, że jednak kiedyś poznamy jego przeszłość, jakieś 50 twarzy Romana czy coś…). Ze wszystkich postaci musiała wybrać te, które do tej pory nie budziły mojej sympatii – najpierw był Witkaca, teraz Nikita. W pierwszym przypadku wyszło perfekcyjnie, a tym razem…?


– Sugerujesz, że odpowiesz mi na każde pytanie, jakie ci zadam? I powiesz mi prawdę? –  zapytałam.
– Jasne. Mamy być partnerami. Musimy zbudować platformę porozumienia i zaufania –  odparł tym tonem, który budził natychmiastowe skojarzenia.
– Jak długo trwała twoja terapia psychiatryczna?
– Trzy miesiące.
– Szybko nasiąkasz żargonem. [s.78]


Nikita to jej ulubione imię; tego prawdziwego nikt już przecież nie pamięta, bo przez lata zmieniać je musiała kilkanaście razy. Dziś środowisko najczęściej nazywa ją Modliszką. Ciągnie się za nią zła sława, która zupełnie jej nie przeszkadza: lubi samotność, niewielu osobom ufa, a współpraca z kimkolwiek na płaszczyźnie zawodowej raczej nie wchodzi w grę – duet zabójców powinien sobie ufać, a z tym Nikita ma bardzo duży problem. Cóż, niestety dla niej wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie musiała zmienić nastawienie, bo tym razem nie może pozbyć się przydzielonego partnera, jak to robiła do tej pory – śmierć świeżaka pociągnie ją samą na dno. Czy uda jej się wychylić ze strefy komfortu? I – nade wszystko – czy w całym tym zamieszaniu wciąż będzie w stanie pracować z równą skutecznością?

Już od początku opowieści widzimy, że Nikita nie jest ze stali, a na jej z pozoru silnej osobowości znaleźć można całkiem sporo rys. To dziewczyna z wielką skazą, a właściwie dwiema wielkimi skazami: wychowywana jedynie przez bezwzględną, chłodną matkę, naznaczona piętnem porwania i tortur zadanych przez szalonego, owładniętego chęcią zemsty ojca. Nie jest stuprocentowo odporna, można ją zranić i przez to wydaje mi się bardzo podobna do serialowej Jessici Jones – z pozoru silnej, jednak mierzącej się z własną paniką i obsesją. Jessica miała swojego Killgrave’a. Nikita ma ojca, Ernesta Szalonego, którego powrotu boi się tak bardzo, że w chwilach niepewności jest w stanie na chwilę zdjąć maskę, którą na co dzień się posługuje. Lubię takie bohaterki – silne, wyzwolone, samodzielne, a jednak rozpisane na tyle dobrze, żeby można było dostrzec w nich człowieka. Moim zdaniem takie właśnie postaci (czy to męskie, czy żeńskie) są podstawą dobrego urban fantasy.

Świetnym bohaterem jest również Robin – w przeciwieństwie do Nikity, która w miarę się przed czytelnikiem odsłania, o nim nie wiemy zupełnie nic. Pojawia się znikąd, ze sfabrykowanym życiorysem, zachowuje się tak niewinnie, że można mieć wątpliwości, czy kiedykolwiek zrobił coś złego (lub nawet nie do końca złego), a jednocześnie na każdym kroku udowadnia, że tajemnic ma wiele, a te, którymi się podzielił, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Jak na przystojniaka przystało, emanuje aurą niedopowiedzeń i intryguje, jednak nie zrozumcie mnie źle – romansu tu nie uświadczycie. Po prostu jego osoba wprowadza to fabuły element niepewności i zagadkę, którą czytelnik zwyczajnie chce rozwikłać. Z resztą nie jest to jedyna ciekawa i barwna postać, która ma bardzo duży potencjał rozwoju; moją faworytką jest Karma – geniusz komputerowy o aparycji typowej gothic lolity.

Odłóżmy jednak na bok kwestie związane z bohaterami, bo mimo, że znajdziemy ich tu całą gamę (podobnie z resztą było w cyklu o Dorze Wilk, gdzie większość postaci miała potencjał na przynajmniej jedną ciekawą książkę o ich życiu), ważnych elementów jest w tej powieści więcej. Dużo uwagi i pracy Aneta Jadowska włożyła w wykreowanie świata, w którym rozgrywa się akcja. Choć całość jest częścią tego samego uniwersum, co heksalogia o wiedźmie (zakładającego istnienie alternatywnych wersji miast, w których żyją magiczni), tym razem opuszczamy Toruń i Trójmiasto udając się do stolicy naszego kraju. To, w jaki sposób autorka opisała Warszawę, zasługuje moim zdaniem na ogromną pochwałę – świetnie wykorzystany jest zarówno legendarny podział miasta wzdłuż linii Wisły, jak i wojenna historia miasta. Z połączenia tych dwóch elementów otrzymaliśmy dwie magiczne części: Warsa i Sawę, z których każde jest w inny sposób naznaczone magią i złem. Do tego dochodzi tytułowa Dzielnica Cudów, czyli obszar, który zatrzymał się w roku 1936. Co ważne, wszystkie elementy poznajemy stopniowo, autorka poświęca dużo czasu dokładnemu opisowi świata, a obraz, który otrzymujemy, jest spójny i robi wspaniałe wrażenie. Chylę czoła przed wyobraźnią Anety Jadowskiej i dziękuję za to, w jaki sposób potrafiła przelać swoje wizje na papier.

Można by sądzić, że skoro tak dokładnie nakreślone są postaci i tak wiele miejsca poświęcone zostało opisom, to fabuła potraktowana będzie po macoszemu – nic bardziej mylnego! Faktycznie długie akapity stanowią większą część tekstu, ale było to konieczne, skoro trafiliśmy do nowego, nieznanego miejsca, którego historia wymagała nakreślenia. Poza tym rozgrywające się pomiędzy opisami wydarzenia prezentują się naprawdę ciekawie. Mamy zaginięcia, tropienie, zagadki i prawie-mafijne groźby, czyli wszystko, co w dobrym urban fantasy znaleźć się powinno. Akcja nie gna na łeb na szyję, to prawda, ale wciąga i intryguje do odkrywania kolejnych tajemnic.

Być może było to do przewidzenia, ale kolejny raz napisałam tekst, który książkę Anety Jadowskiej wychwala. O ile w przypadku heksalogii o Wiedźmie przyznawałam otwarcie, że jest to lektura bardzo lekka, mocno zabarwiona paranormal romance i chwilami dość wtórna, a mój zachwyt wynika z czysto subiektywnych sympatii, o tyle w przypadku Dziewczyny z Dzielnicy Cudów (podobnie jak to miało miejsce przy Szamańskim bluesie) autorka udowodniła, że potrafi napisać coś więcej, coś lepszego. Opowieść o Witkacu była mocno zabarwiona humorem i utrzymana w bardzo lekkiej konwencji; w przypadku Nikity humor również się pojawia i ma podobny charakter, ale jest go zdecydowanie mniej, a sama kreacja bohaterki i jej miasta jest znacznie bardziej mroczna. Choć tym razem mamy do czynienia z typowym urban fantasy, nadal zachowana jest lekkość stylu, dzięki której powieść czyta się po prostu świetnie. Pewnie już to mówiłam, ale bardzo podoba mi się kierunek, w którym zmierza twórczość Anety Jadowskiej.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
Premiera 14 września!

środa, 17 lutego 2016

Aneta Jadowska – „Szamański blues”

Nie wiem, co mnie bardziej zasmuciło – to, że cykl o Dorze Wilk doczekał się końca, czy informacja, że bohaterem kolejnego projektu Anety Jadowskiej ma być Witkac. Nigdy nie lubiłam go jakoś szczególnie, a przy głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że właściwie nie przepadałam za fragmentami, w których się pojawiał. Poza tym bałam się, że ów pomysł jest ze strony autorki tylko próbą ciągnięcia czegoś, co ma przynieść zysk, a nie ma żadnej logicznej racji bytu. Wreszcie (a może przede wszystkim) nie chciałam zostawiać Mirona, Joshui, Baala, Romana i całego tego cudownego towarzystwa, które poznałam i pokochałam właśnie dzięki serii o Dorze. Jak nietrudno się domyślić, moje nastawienie do Szamańskiego bluesa nie było pozytywne. Spróbowałam jednak i… przepadłam.

Dla tych, którzy nie wiedzą: Witkac to policjant po trzydziestce, który bynajmniej nie jest książkowym przykładem porządnego obywatela – zanim dowiedział się o płynącej we krwi magii, miał kontakt właściwie ze wszystkimi możliwymi substancjami psychoaktywnymi, które na domiar złego działały na niego dość niestandardowo. Gdy okazało się, że jest szamanem, jego życie zmieniło się diametralnie – rozpoczął szkolenie magiczne i choć teoretycznie jak każdy adept ma opiekę mentorską, w wielu przypadkach musi radzić sobie sam, zwłaszcza że w Thornie (magicznym odpowiedniku Torunia) nie ma nikogo, kto miałby taką moc jak on. W związku z tym Witkacy sam zajmuje się odsyłaniem dusz w zaświaty, a że niektóre dość mocno przy tym rozrabiają… cóż, ryzyko zawodowe.

Szamański blues jest właściwie zestawem dwóch nowelek o podobnej długości i treści. Oprócz tego, że obie składają się w fabularny ciąg związany z osobistą sytuacją bohatera, zawierają też dwie odrębne sprawy magiczne. Pierwsza związana jest z wyjątkowo paskudnym duchem, który atakuje i zabija noworodki w miejskim szpitalu, druga natomiast zaczyna się od tajemniczego skupiska energii, które wskazuje, że ktoś (lub coś) majstruje przy miejscowym cmentarzu. Obie historie są wciągające, dynamiczne i ciekawe, a ich przebieg naprawdę angażuje czytelnika. Gdzieś w tle opisywanych wydarzeń rozgrywa się również wspomniana opowieść o życiu Witkaca i nierozwiązanych sprawach z przeszłości, która z jednej strony przybliża nam sylwetkę bohatera, z drugiej zaś stanowi bardzo przyjemny łącznik między historiami.


- Jak trafiłeś do policji?
A więc utniemy sobie pogawędkę o życiu i rodzinie. Może być.
- Uświadomiłem sobie, że wcześniej czy później trafię na komisariat i że ode mnie zależy, po której stronie krat się znajdę. Uznałem, że lepiej mi będzie z odznaką niż z numerem więziennym.[s.87]


Skoro już jesteśmy przy postaci głównej, muszę Wam wyznać, że Witkac kupił mnie właściwie od pierwszych stron książki, mimo że, jak już wspomniałam, do tej pory niezbyt za nim przepadałam. Widać wyraźnie, że opowieść z Szamańskiego bluesa snuta jest zupełnie inaczej niż cykl o Dorze Wilk, a autorka naprawdę przyłożyła się do wykorzystania męskiej perspektywy. Witkac to stuprocentowy facet, samotny mruk w okolicach wieku średniego, który rzuca naprawdę celnymi, ironicznymi i przyjemnie złośliwymi uwagami. Dzięki narracji pierwszoosobowej znamy jego myśli i przekonania, a i on sam nie należy do krętaczy – gdy czegoś nie potrafi, przyznaje się przynajmniej przed samym sobą (a tym samym i przed czytelnikiem, co niejednokrotnie brzmi dość zabawnie). Jego komentarze są zawsze trafne i również dostarczają nam rozrywki, a przemycone wątki obyczajowe trzymają naprawdę dobry poziom. Trochę obawiałam się, jak po (bądź co bądź momentami dość babskim) cyklu o Dorze Wilk Aneta Jadowska poradzi sobie z męską historią, ale śmiało mogę powiedzieć, że zdała egzamin wspaniale – tę opowieść można polecić osobom obu płci.

Co ważne, osoba, która nie zna poprzedniego cyklu, śmiało może sięgnąć po Szamańskiego bluesa. Jasne, jest tutaj kilka nawiązań, ale są one kompletnie nienachalne i nie odwołują się do żadnych informacji, które posiadają ci, którzy wcześniejszą serię znają. Cieszy mnie, że został zachowany humor, za który tak uwielbiałam autorkę, oraz niepowtarzalny klimat wykreowanego przez nią świata. Tutaj również magia przyjemnie miesza się z rzeczywistością, a różne systemy przenikają się nawzajem tworząc ciekawą, a przy tym spójną całość.

Jak widać, mimo wielu obaw, najnowsza powieść Anety Jadowskiej bardzo mi się podobała. Choć opowieści snute były niespiesznie, absolutnie nie czułam się znudzona – taki zabieg pozwolił nam dokładnie przyjrzeć się wszystkim ich aspektom, a także „pobabrać się” nieco w emocjach z nimi związanych. Mimo że czytelnik od początku ma świadomość, że dana sprawa będzie miała swój happy end (tak są skonstruowane te opowiadania), nie umniejsza to napięcia, bo historie są ciekawe same w sobie i już samo ich odkrywanie zapewnia nam bardzo dużo satysfakcji. Cieszę się również, że autorka postawiła na maksymalne wykorzystanie potencjału charyzmatycznego, męskiego bohatera – nie spodziewałam się, że to powiem, ale naprawdę polubiłam Witkaca. Jestem ciekawa, czy Anecie Jadowskiej uda się podobnie odczarować Nikitę, bo to jej losów będzie dotyczył kolejny cykl, który rozpocznie się w tym roku…

środa, 30 września 2015

Aneta Jadowska – "Ropuszki"

Kto śledzi naszego bloga, ten wie, że heksalogię o Wiedźmie skończyłam stosunkowo niedawno i byłam nią (mówiąc krótko) zachwycona. Świadoma, że nie było to moje ostatnie spotkanie z wykreowanym przez Anetę Jadowską światem, czekałam z niecierpliwością na dwa nowe projekty, które w niedługim czasie miały wyjść spod pióra autorki. Dziś nadchodzi ta wspaniała chwila, kiedy mogę opowiedzieć Wam o pierwszym z nich, a mianowicie Ropuszkach. Jest to zbiór 14 opowiadań osadzonych w świecie Thornu i stanowiących uzupełnienie dla cyklu o Dorze Wilk.

Jeśli chodzi o tematykę tekstów, najlepiej o tym aspekcie opowiada sama autorka we wstępie do zbioru; ja mogę wspomnieć jedynie, że naprawdę wielu bohaterów doczekało się tu swoich pięciu minut. Nie zawsze narratorką jest Dora – czytelnik ma szansę zetknąć się z perspektywą chociażby Witkaca czy Mirona – i nie zawsze wydarzenia dotyczą jej w takim stopniu, jak te opowiadane w heksalogii. Jest to nowa sytuacja zarówno dla nas, jak i dla samej autorki, a efekt tego projektu jest naprawdę pozytywny. Cieszę się niesamowicie, że Aneta Jadowska zdecydowała się na tak duże zróżnicowanie wśród bohaterów antologii – ich spektrum zdecydowanie się poszerzyło, gdy do głosu doszły chociażby Katia czy doktor Alina, postaci dotąd drugo- czy wręcz trzecioplanowe, a, jak się okazuje, o niesamowicie interesujących losach. Owszem, czasem prezentowane sceny nie wpływają na nasz obraz bohatera absolutnie w żaden sposób (jak w przypadku Leona), są jednak i takie, które zmieniają nasze spojrzenie o 180 stopni (jak historia Bogny).

Fabularnie cała książka utrzymuje dość wysoki poziom. Opowiadania mają różną długość, od kilkunastu do niemal stu stron, a co za tym idzie także zróżnicowaną dynamikę. Nie zdarzyło się jednak, abym miała poczucie znużenia, wręcz przeciwnie – ilość stron jest idealnie dopasowana do tekstu, a autorka nie przeciąga go tam, gdzie nie trzeba. Swoje dokłada także humor, jakim posługuje się Jadowska; dla mnie po prostu idealny.

Nie można również nie wspomnieć o wielkiej zalecie Ropuszek, jaką są... ilustracje! Nareszcie, po wydaniu całej heksalogii, doczekaliśmy się realizacji standardowego planu Fabryki Słów przewidującego obecność w książkach kilku świetnych grafik obrazujących poszczególne sytuacje. Rysunki do antologii stworzyła Magdalena Babińska i moim zdaniem wykonała kawał dobrej roboty – może nie za każdym razem jej wizja postaci zgadza się z tą, która pojawiła się w moim umyśle, ale wszystkie grafiki mają w sobie coś, co całkowicie do mnie przemawia. Zdecydowanie jest to element, którego brakło mi w heksalogii.

Cały zbiór ma tak naprawdę tylko jedną poważną wadę – zdecydowanie zbyt szybko się kończy. Na zakończenie chciałabym wyrazić nadzieję, że projekt antologii opowiadań uzupełniających będzie przez Anetę Jadowską kontynuowany – tak jak wciąż mam wątpliwości co do powstającej serii o Witkacu, tak w Ropuszkach zatraciłam się zupełnie. Podczas lektury otrzymałam dokładnie to, czego chciałam i czego się spodziewałam; poczułam się zupełnie jak na spotkaniu z dawno nie widzianymi przyjaciółmi, w dodatku w świetnej atmosferze. Podobne ciekawostki, smaczki, opowiastki i historyjki mogłabym czytać bez końca, a jestem pewna, że sporo zostało jeszcze do opowiedzenia. Choć nie ukrywam, że z największym entuzjazmem przyjęłabym opowieść poświęconą wyłącznie Romanowi lub Baalowi, tak naprawdę jestem głodna wszystkiego, co związane ze światem Thornu.

Ach, jeszcze ważna sprawa dla tych osób, które póki co po heksalogię nie sięgnęły – osobiście nie polecam zaczynania swojej przygody z cyklem akurat od Ropuszek. Autorka co prawda stosuje wprowadzenia dla postaci, jednym lub dwoma zdaniami wyjaśnia, kto jest kim, jednak osobie nie obeznanej z serią może być ciężko się w tym połapać, no i zwyczajnie narobi sobie spoilerów. Niezłym pomysłem może być podczytywanie opowiadań z Ropuszek w tych momentach heksalogii, gdzie są one umiejscowione (Aneta Jadowska dokładnie opisuje oś czasu we wstępie do zbioru), jednak wymaga to sporo zachodu. Osobiście najbardziej polecałabym jednak czytanie wraz z kolejnością wydania, czyli rozpoczęcie od Złodzieja dusz (moją recenzję znajdziecie tutaj).

niedziela, 6 września 2015

Aneta Jadowska - "Wszystko zostaje w rodzinie", "Egzorcyzmy Dory Wilk", "Na wojnie nie ma niewinnych"


Każdy z nas ma jakieś literackie słabostki - gatunki, które pozwalają odreagować, czy serie, które uwielbiamy. Ja swojego faworyta w tej kwestii znalazłam stosunkowo niedawno. Choć na co dzień czytam różne książki, nie będę ukrywała, że najlepiej odpoczywa mi się przy tych mniej ambitnych - potrzebuję bohaterów, których pokocham całym sercem, nieskomplikowanej narracji i fabuły, która będzie potrafiła odciągnąć mój umysł od życia. Wiem, że to dość subiektywne kryteria, ale i wybór w tym względzie jest całkowicie "mój". A seria o Dorze Wilk w powyższe punkty wpasowuje się idealnie.

Choć myślałam, że ostatnie tomy pochłonę w tempie ekspresowym, wcale się tak nie stało - zupełnie nieświadomie dawkowałam sobie tę przyjemność, rozciągając w czasie przygodę z ulubionymi bohaterami. Nie miałam poczucia, że opowieści mnie nie wciągnęły, wręcz przeciwnie - z wielką radością odkrywałam kolejne historie, nawet jeśli łatwo mogłam się domyślić ich ostatecznego zakończenia.

Nie ma co się oszukiwać - im dalej zagłębiamy się w serię, tym wyraźniej widzimy rządzące nią schematy. Praktycznie każda książka zaczyna się (lub kończy) nagłym, burzącym spokój wydarzeniem, po którym Dora pakuje się w tarapaty. Aby z nich wybrnąć, uruchamia znajomości (tu pomogą jej wilki, tu wampiry, tu odwoła się do wsparcia piekielników...), po czym następuje mniej lub bardziej prosta droga do rozwiązania problemu. Oczywiście główna bohaterka i jej najbliżsi wychodzą ze sprawy bez szwanku (ups, wybaczcie spoiler, ale to chyba tak jak z Rywalkami - przecież już od pierwszej strony wiadomo, jaki będzie finał...), przeciwnicy dostają po tyłku i albo się nawracają, albo spotyka ich zasłużona, okrutna kara.

Brzmi koszmarnie, prawda? Jestem przekonana, że w przypadku wielu książek uznałabym to wszystko za wadę nie do przejścia i zarzuciłabym serię po drugim, no, może trzecim tomie. Ale nie w przypadku Dory Wilk. Wspominałam już o tym, że jest coś w klimacie, tematyce i bohaterach tego cyklu, co nie tyle każe mi przymykać oko na powyższe sprawy (przecież doskonale je widzę!), a raczej sprawia, że stają się one dla mnie zupełnie nieistotne. Dzięki lekkiej atmosferze, humorze bliskim mojemu i magicznej otoczce zapominam o całym świecie (a później przez telefon opowiadam Sylwkowi fabułę lub wysyłam mu fragmenty tekstu - biedny, biedny chłopak...).

Jeśli kogoś to interesuje - moim ulubionym tomem są Egzorcyzmy Dory Wilk - mimo tego, że w ostatnich częściach do głosu dochodzi sporo postaci, które szczerze uwielbiam (fenomenem jest tu objawienie Romana w ostatnim tomie), to atmosfera piekła, historia Baala i niekończące się słowne utarczki przemawiają do mnie najbardziej ze wszystkich opisywanych historii. Najmniej natomiast podobał mi się finał; raz, że historia nie za bardzo mnie wciągnęła, dwa - chyba spodziewałam się kilku innych rozwiązań. Do negatywnych odczuć na pewno swoje dorzucił też fakt, że sama na siłę rozwlekałam lekturę, przez co mogła mi się wydawać dużo bardziej nudna niż była w rzeczywistości.

Z jednej strony ciężko mi pogodzić się z faktem, że to już koniec, z drugiej jednak - wiem, że będę do tej serii wracała, bo wykreowany przez Anetę Jadowską świat mocno wrył się w moją głowę. Póki co z mieszanymi uczuciami czekam na Ropuszki i pierwszy tom serii o Szamanie. Nie przepadam za postacią Witkaca, ale dam mu szansę, bo gdzieś po cichu liczę, że ten klimat i humor, za które pokochałam cykl o Dorze, nie mogą tak po prostu zniknąć. W każdym razie chcę w to wierzyć.

piątek, 7 sierpnia 2015

Aneta Jadowska - "Bogowie muszą być szaleni", "Zwycięzca bierze wszystko"


Cykle książkowe można lubić lub nienawidzić; ja należę do osób, które uwielbiają uczucia związane z posiadaniem znanej, pewnej serii, idealnej na leniwe wieczory i skutecznie poprawiającej humor. Coś takiego nie trafia się często, ale zawsze sprawia jednakową radość. Po lekturze Złodzieja dusz czułam podskórnie, że opowieść o Dorze Wilk może do takiego miana aspirować, jednak (nie wiedzieć czemu) złożyło się tak, że kolejnych części nie sprawiłam sobie od razu. Dopiero kilka dni temu, dzięki Sylwkowi, na mojej półce pojawiły się wszystkie pozostałe tomy, a ja, pijana szczęściem, wpadłam w czytelniczy ciąg. Póki co mam za sobą dwie części i czekam niecierpliwie, aż mój bezwzględny diler wydzieli mi kolejne dawki; w międzyczasie postanowiłam opowiedzieć o tym, co już znam.

Druga odsłona cyklu to w gruncie rzeczy przedłużenie wprowadzenia w tematykę i postaci. Dora, której podwójne magiczne dziedzictwo wystarczająco komplikuje życie, okazuje się być postacią dużo bardziej złożoną; jej drzewo genealogiczne ma bardziej rozłożystą budowę, niż mogliśmy się spodziewać. Oprócz stojącego u jej boku diabła i anioła, bohaterka zyskuje koligacje z wampirami, a zapomniana natura sprawia, że zyskuje posłuch również wśród wilczej sfory. Z jednej strony takie powiązania są niecodzienne, niejednokrotnie zabawne i pozwalają w prosty sposób wytłumaczyć nadzwyczajne szczęście bohaterki. Niestety, nie zawsze wypada to naturalnie, a Dora okazuje się prawdziwą superbohaterką, która przekona do siebie absolutnie każdego; właściwie nie wiadomo dlaczego, "bo tak".

Trzeci tom jest z kolei wariacją na temat historii Joshui i Mirona. Podczas lektury narzekałam, że ich losy pozostają wielką tajemnicą, jednak doczekałam się - całość zostaje podana i okazuje się być naprawdę spójną i ciekawą opowieścią. Choć poziom zagmatwania przypomina chwilami operę mydlaną, wszystko okazuje się być dobrze umotywowane. Powiązania między niebem a piekłem wypadają autentycznie, a zamieszane w sprawę postaci są dobrze skonstruowane - mają swoje indywidualne cechy i interesujące historie. Zasada ta dotyczy także przedstawicieli innych systemów i ras; z pewnością nie można powiedzieć, że książka jest pod tym względem monotonna.

Jeśli chodzi o samą fabułę, oba tomy mają podobną budowę, na którą składa się jeden wątek główny i jeden poboczny, przy czym nie zawsze wypada to jednakowo dobrze - w przypadku tomu drugiego miałam wrażenie przesytu i uważam, że zaprezentowanymi wydarzeniami swobodnie można by obdzielić dwie książki, dodatkowo je rozbudowując. Trzeci tom jest pod tym względem skonstruowany lepiej - zdarzenia nie są już opisywane "po łebkach", ładniej się splatają i przynoszą czytelnikowi dużo więcej informacji. Obie historie są pół-kryminalne, pół-obyczajowe - Dora i spółka wpadają w kłopoty, rozwiązują zagadki i łamią wszelkie tabu; zawsze z uśmiechem na ustach i wielką dozą ironicznego humoru.

Nie można nie wspomnieć o wątku miłosnym - czegoś tak specyficznego, pokręconego i dziwnego nie miałam dotąd okazji czytać. Można by narzekać na ilość emocji, którą tu mamy, na sceny erotyczne, właściwie na wszystko -  jestem pewna, że nie każdemu ta książka by się spodobała. Ja jednak jestem całkowicie kupiona i przyjmuję całe to rozchwianie w pozytywny sposób. Opowieść mnie urzeka, wywołuje na ustach uśmiech i idealnie wpasowuje się w mój pokręcony gust - łapałam się na tym, że gdzieś w głębi umysłu kibicowałam Mironowi, a cały wątek niesamowicie mnie emocjonował.

Kilka miesięcy temu pisałam, że zachorowałam na Dorę Wilk - dziś to zdanie podtrzymuję i wiem, że jest to choroba nieuleczalna. Choć objawy ustąpiły na jakiś czas, po lekturze dwóch kolejnych tomów powróciły z całą mocą, a ja najchętniej pochłonęłabym z miejsca pozostałe odsłony serii. Historia wiedźmy jest niezwykle bliska mojemu sercu pod każdym względem, a głównie za sprawą niezwykłej bohaterki, której humor, upodobania i niesamowite szczęście podbijają moje serce z każdą kolejną stroną. Urzeka mnie również świat magiczny, w którym rozgrywa się akcja powieści - systemy wierzeń przenikają się tutaj i mieszają w idealnych proporcjach. Mogłabym tak opowiadać bez końca, bo jestem po prostu zachwycona - może nie jest to najambitniejsza seria, z jaką miałam do czynienia, jednak ja takich właśnie opowieści potrzebuję. Wiem, że będzie to cykl, do którego wiele razy wrócę.

poniedziałek, 6 października 2014

Aneta Jadowska - "Złodziej dusz"

Zdarza Wam się tak, że jakaś książka niemal dosłownie za Wami chodzi? Wiecie, pojawia się w różnych miejscach, przypadkiem trafiacie na nią w Internecie, a na domiar złego spotykacie autora i sama jego obecność bezczelnie Wam o niej przypomina? Tak właśnie było ze mną i ze Złodziejem dusz. Na książkę miałam ochotę właściwie od pierwszego kontaktu z Anetą Jadowską – uznałam, że ktoś, kto TAK opowiada, musi być również genialnym pisarzem. Potem były przypadkowe spotkania i policjantka zerkająca na mnie z okładek tomów w księgarniach. Nawet po zakupie wzbraniałam się przed lekturą jeszcze trochę – teraz myślę sobie: Po co zwlekałam tak długo?!!! Tak, jestem Kaś i właśnie zachorowałam na Dorę Wilk.

Toruńska policjantka wiedzie podwójne życie – na co dzień jest skuteczną i nieprzejednaną funkcjonariuszką, po godzinach, już oficjalnie jako wiedźma, baluje w klubach dla magicznych w alternatywnym grodzie Kopernika. Łączenie dwóch tożsamości idzie sprawnie, dopóki nie wpada w spore tarapaty, które z czasem stają się tarapatami jeszcze większymi – jako policjantka zostaje zawieszona w czynnościach przez osobiste animozje pewnego prokuratora; jako wiedźma dostaje zlecenie tropienia czarownika o potężnej mocy, który terroryzuje cały magiczny światek i z każdą ofiarą rośnie w siłę. Kierowana prywatnymi pobudkami oraz decyzją Starszyzny Dora zabiera swego najlepszego przyjaciela i rozpoczyna poszukiwania – nie spodziewa się nawet, jak wiele zmieni to śledztwo w jej, dotąd względnie poukładanym, życiu.

Fabuła książki oparta jest głównie o magiczną historię kryminalną i takiemu rozwiązaniu sprawy nie można niczego zarzucić. Dodatkiem jest masa wątków pobocznych, które są miłym urozmaiceniem. Kwestie romansowe również się pojawiają, jednak (przynajmniej w pierwszym tomie) są nienachalne. Zapewniam, że nie jest to typowe paranormal romance dla nastolatek – przede wszystkim opowiadana historia jest spójna i konsekwentna, a bohaterowie starsi i lepiej skonstruowani niż w większości przedstawicieli tego gatunku. Choć trudno było mi się przyzwyczaić do tego, jak poszczególne postaci traktują związki, emocje i seks, w ostatecznym rozrachunku traktuję to jako duży plus. Prawda jest taka, że (choć bardzo tego nie chciałam), umysł podczas lektury podsuwał mi wizje iście disneyowskich rozwiązań fabularnych, tymczasem na próżno szukać tutaj tego typu ckliwych i naiwnych happy endów. Za to za literacki majstersztyk uważam scenę przenikania się aury Dory i Mirona – sama miałam na plecach dreszcze, choć nie przepadam za tego typu opisami!

Kolejnym plusem książki są charyzmatyczni bohaterowie. Choć tych głównych jest troje, Aneta Jadowska nie poprzestała na dopracowaniu właśnie ich. Udało jej się za to opisać całą plejadę niezwykłych postaci ze świata paranormalnego – od wampirów, wilkołaków, poprzez wiedźmy i czarownice, na aniołach i diabłach kończąc. Choć nie ma tu właściwie gatunków nowatorskich, przyjemnie jest obserwować, gdy ktoś garściami czerpie z tradycji, podań i mitów. Warto też zaznaczyć, że cała ta grupa absolutnie nie zlewa się w ujednoliconą masę, wręcz przeciwnie – pojawia się wielu przedstawicieli swoich gatunków o indywidualnych cechach, własnej historii i problemach. W dodatku wszystkie te opowieści pięknie się przeplatają i uzupełniają.

Jakby tego było mało, dla swoich podopiecznych Jadowska stworzyła całkiem ciekawe uniwersum. Podoba mi się pomysł alternatywnych miast, ukrytych i dostępnych tylko dla magicznych, a także ukazanie panujących w tym świecie relacji i hierarchii. To, co mogłoby się wydać nierealne, jak choćby współwystępowanie postaci związanych z religią i mitologiami, jest uwarunkowane magicznymi traktatami tak, że nie ma się do czego przyczepić. Także wszelkie sprawy związane ze stosowaną magią są opisane dokładnie i wyczerpująco. Nie ma tu miejsca na niedomówienia, a przy tym zachowana zostaje płynność opowieści – na pewno nie uświadczymy tu efektu słownika, wszystkie informacje wplecione są niezwykle zgrabnie.

Uwielbiam tego typu lekką fantastykę, pozwalającą czytelnikowi na całkowite oderwanie od rzeczywistości i zatracenie się w niezwykłym świecie, porwanie przez wir przygód, fascynację losami bohaterów. Książka Anety Jadowskiej zapewnia to wszystko na naprawdę dobrym poziomie. Nie żałuję ani chwili spędzonej przy lekturze i zapowiadam – dołączyłam do grona fanek Dory Wilk. Nie wiem kiedy dokładnie (oby jak najszybciej), ale na pewno nabędę kolejne tomy cyklu i z chęcią będę o nich opowiadała – być może każdej przypadkowo napotkanej osobie. 
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (447 stron).