Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 grudnia 2019

6 przepięknych książek, które polecają się na prezenty (choć jeśli liczyć sztuki, wyjdzie ich znacznie więcej)



Ha! Jakbym po świątecznej gorączce w dziale marketingu miała mało prezentowników do opracowania, postanowiłam stworzyć jeszcze jeden, specjalnie dla Was – oczywiście książkowy! Nie chcę jednak skupiać się na konkretnych gatunkach czy seriach, a wyłącznie na aspekcie wizualnym. Moim zdaniem Święta to doskonały moment, aby sprezentować komuś bliskiemu (lub samemu sobie!) coś wyjątkowego, na co w ciągu roku zwykle szkoda nam pieniędzy. Coś, co będzie cieszyć nasze oczy i serca. A że na rynku mamy sporo przepięknie wydanych książek z rozmaitych gatunków, postanowiłam pokazać Wam kilka, które mnie osobiście najbardziej chwyciły za serce. 

Dla potrzebujących odrobiny magii




Muszę, po prostu muszę zacząć od Harry'ego Pottera, bo to on wiedzie prym wśród najpiękniejszych książek dostępnych na naszym rynku. Odkąd pojawiła się pierwsza edycja ilustrowana (a od tego wydarzenia minęły już 3 lata!), nie widziałam książki, która urzekłaby mnie bardziej. Głównie dlatego, że ona nie jest wzbogacona grafikami, tylko w gruncie rzeczy jest jedną wielką grafiką. Kojarzy mi się przez to z najlepszymi tytułami dla dzieci, choć prezentem będzie świetnym dla każdego fana serii, niezależnie od wieku.

A jeśli osoba, którą obdarowujecie, w miarę dobrze posługuje się angielskim (lub wręcz przeciwnie, dopiero się go uczy, bo Harry Potter świetnie się do tego nadaje), możecie wybrać dla niej jeszcze bardziej spersonalizowany prezent, czyli książki z serii w kolorach poszczególnych domów! To wydania rocznicowe (każdy tom pojawia się na rynku dokładnie 20 lat po premierze oryginału), dlatego w tej chwili dostępne są tylko 3, ale spójrzcie na to perspektywicznie – jeśli prezent się sprawdzi, macie z głowy pomysły na następne 4 lata! ;) I choć to angielskie wydania, może je dostać bez problemu w polskich sklepach, od ręki m.in. na Arosie czy w oficjalnym sklepie Allegro.

Dla tych, którzy się uczą (nie tylko w szkole)




Niezależnie, czy jesteśmy jeszcze dziećmi, studentami, czy też "zwykłymi" dorosłymi, stosunkowo często musimy się czegoś nauczyć. Pół biedy, jeśli mowa o zadaniach praktycznych – te jakoś łatwiej wchodzą do głowy, ale co z teorią? Języki, schematy postępowań, dane, a także wiedza szkolna przyswajana jest znacznie trudniej, głównie dlatego, że nikt nigdy nie nauczył nas, jak skutecznie się uczyć... Na szczęście Radek Kotarski, znany popularyzator nauki, wziął sprawy w swoje ręce, zebrał razem wiedzę o metodach, przetestował ją na sobie, a następnie przygotował dla nas niezwykle przystępną ściągę z wytrychów, jakie możemy zastosować w celu lepszego przyswajania wiedzy. 

Ogromnie żałuję, że tej książki nie było na rynku, gdy byłam na studiach lub nawet w liceum – sądzę, że moja nauka, zwłaszcza języków obcych, mogła być znacznie bardziej efektywna. Dlatego nie róbmy tego kolejnemu pokoleniu, niech chociaż ktoś uczy się skutecznie i z łatwością. A może nawet, o zgrozo, czerpiąc z tego przyjemność!

Co ważne, zarówno Włam się do mózgu, jak i nowe wydanie poprzedniej książki Radka Kotarskiego, Nic bardziej mylnego (to ta druga, otwarta książka na zdjęciu), można kupić wyłącznie na stronie wydawnictwa Altenberg. Znajdziecie tam również inne książki napisane przez internetowych twórców (np. Ewę Red Lipstick Monster, Rafała z kanału 7 metrów pod ziemią, Arlenę Witt czy Ulę Pedantulę). Sama mam kilka z nich i wiem, że wszystkie są naprawdę solidnie wydane, w dodatku każda z nich zawiera masę ciekawych informacji. 

Dla domorosłych historyków




A skoro już jesteśmy przy rozwoju i nauce: w czasach szkolnych miałam szczęście trafiać na dobrych historyków, którzy w swoim przedmiocie widzieli coś więcej niż tylko puste wkuwanie dat (którego szczerze nie cierpiałam i do którego wciąż nie mam ani serca, ani mózgu). To dzięki nim zrozumiałam, że choć nie jestem fanką chronologii, to uwielbiam, można by rzec, historię społeczną, mocno osadzoną w kontekstach i międzynarodowych powiązaniach. Dlaczego to wydarzenie, z pozoru błahe, miało tak znamienne skutki? I co do niego doprowadziło?

W taki sposób o historii opowiada Jakub Kuza, twórca facebookowego profilu Krótka historia jednego zdjęcia. Znajdziemy tam fotografie z całego świata, na których uwiecznione zostały mniej lub bardziej znaczące wydarzenia. Każde ze zdjęć opatrzone jest krótkim komentarzem kontekstowym, omawiającym, z jakich względów właśnie to zdjęcie warte jest uwagi. Czasem chodzi o konkretne osoby, czasem o uzupełnienie innej sytuacji, a innym razem o coś, co dopiero będzie miało się wydarzyć.

Książki Jakuba Kuzy (druga to świeżynka, wyszła około miesiąc temu), to świetne prezenty nawet dla tych, którzy na co dzień nie czytają zbyt wiele, ale na przykład interesują się historią, socjologią i naukami pokrewnymi. Te zbiory wyjątkowych ciekawostek, które na pewno zaskoczą niejednego czytelnika. 

Dla lubiących się bać




Przyszedł czas na peany pod adresem wydawnictwa, które specjalizuje się w podnoszeniu czytelnikom ciśnienia (bo wydaje mnóstwo horrorów), przy jednoczesnym łagodzeniu nerwów przepięknymi, niezwykle estetycznymi tomiszczami. Wydawnictwo Vesper, bo o nim mowa, zdecydowanie powinno zawitać pod choinkę każdego fana grozy! W ich ofercie znajdziecie zarówno literackie pierwowzory najbardziej znanych horrorów (jak np. Omen, Dracula czy Frankenstein), książkowe adaptacje tychże (Obcy), jak również autorskie powieści z rodzimego podwórka (Gałęziste). Co więcej, książki te często mają twarde oprawy, pełne są klimatycznych ilustracji, a w przypadku klasyków opatrzone stosownym posłowiem, opowiadającym o kontekstach.

U mnie stanowią ozdobę biblioteczki i jestem pewna, że wiele osób bardzo się z nich ucieszy. 

Dla żądnych krwi




Nigdy nie fascynowałam się Grą o Tron. Przez całe studia trzymałam się z daleka od serialu, który rozbudzał pasje wśród moich znajomych. Patrzyłam na współlokatorkę wyczekującą kolejnych odcinków jak narkoman na głodzie i nie potrafiłam zrozumieć tego fenomenu. Aż w końcu uznałam: dość tego, zbyt wiele mnie omija, może by tak spróbować jeszcze raz? I tak w kwietniu tego roku, tuż przed premierą ostatniego sezonu, nadrobiłam całość w tempie ekspresowym. A teraz przyszedł czas na książki!

Ilustrowana edycja Gry o Tron to nie lada gratka dla każdego fana serialu oraz prozy George'a R.R. Martina, ale uprzedzam - to prawdziwa cegła. 1000 stron doskonałej intrygi, ciekawych opisów oraz przepięknych rycin robi genialne wrażenie i wcale nie waży dużo (w każdym razie jak na swój gabaryt). Nie jest to może książka do torebki i podczytywania w drodze do pracy, ale umówmy się, standardowe wydania Martina też do poręcznych nie należą. Tak więc nie ma wymówek, by nie skusić się na te ślicznotki! W tym momencie mamy na rynku dwa pierwsze tomy serii (Starcie Królów to świeżynka, premierę miała w połowie listopada) oraz zbiór opowiadań Rycerz Siedmiu Królestw osadzone w świecie Westeros i pasujące do serii pod względem wielkości.

Dla pasjonatów mody




Last but not least dwie książki, które łączą w sobie duże stężenie ciekawej wiedzy, przepiękną oprawę graficzną oraz solidne wykonanie. Wspaniały prezent dla wszystkich, którzy interesują się modą, historią strojów, zależnością między ubraniami i innymi podobnymi tematami. 

Karolina Żebrowska na co dzień zajmuje się rekonstrukcją mody i prowadzi na youtubie kanał pełen filmów na temat strojów z lat minionych. I właściwie dokładnie o tym samym są jej książki. Pierwsza, Polskie piękno, to stuletni przekrój tego, jak zmieniała się moda na terenie naszego kraju, a także z jakich przyczyn stroje ewoluowały w takim a nie innym kierunku. Z kolei druga (nowość, która pojawiła się na rynku pod koniec listopada) stanowi subiektywny przegląd tych wydarzeń, które z perspektywy autorki wydają się być kluczowe dla historii światowej mody. W gruncie rzeczy jest to zbiór dobrze napisanych felietonów, które pełne są zaskakujących faktów. 

Obie książki zostały zilustrowane za pomocą ciekawych rycin i rysunków, a także zdjęć, na których sama autorka prezentuje stylizacje z różnych epok. 


niedziela, 30 grudnia 2018

Najlepsze książki 2018 roku






Zanim zabrałam się za pisanie tego posta, zajrzałam szybko do zeszłorocznego zestawienia i muszę przyznać, że jestem zaskoczona! W 2017 prym wiodła u mnie fikcja literacka  wszystkie 5 najlepszych książek pochodziło z beletrystyki. Dopiero teraz widzę, jak wiele się w moim czytaniu zmieniło; dziś znacznie częściej szukam w książkach informacji, inspiracji i wsparcia, a nie tylko czystej rozrywki. Stąd też dzisiaj aż 4 propozyje "rozwojowe"  mam nadzieję, że na coś się Wam przydadzą.

niedziela, 18 listopada 2018

Hans Rosling – „Factfulness”



Zawsze instynktownie wiedziałam, że obraz świata, który przekazują nam media, jest znacznie bardziej dramatyczny niż rzeczywistość. Kiedy już zdarza mi się siedzieć przed telewizorem (niezmiernie rzadko), mam wrażenie, że jestem nieustannie bombardowana informacjami o tragediach, katastrofach, wojnach, klęskach żywiołowych, destabilizacjach politycznych, wypadkach, niesprawiedliwościach i ludzkich tragediach. Pierwszy przykład z brzegu – katastrofy lotnicze. Tym, które się zdarzają, poświęca się tak wiele uwagi, że zapominamy o tym, jak bezpiecznym środkiem transportu są samoloty. W 2016 roku z 40 milionów lotów pasażerskich tylko 10 zakończyło się katastrofą ze skutkiem śmiertelnym. Niezła skala, prawda?

Czy istnieje sposób, aby skutecznie filtrować takie informacje, a tym samym dbać o to, by mieć nieco bardziej realny obraz rzeczywistości? Hans Rosling przekonuje, że tak.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Ransom Riggs – „Osobliwy dom pani Peregrine”


Czasem wydaje mi się, że pewne książki mnie prześladują. Choć nie są najnowsze, widzę je wszędzie: na blogach, w powodzi zdjęć na Instagramie czy na uginających się księgarnianych półkach. Napisałabym, że bezczelnie się na mnie gapią, ale nie chcę być uznana za wariatkę, zatrzymajmy się więc na tym, że są, a ich obecność z dnia na dzień staje się coraz bardziej nachalna.

Jak nietrudno się domyślić, tak właśnie wyglądała moja relacja z Osobliwym domem pani Peregrine (jeszcze zanim go kupiłam). Od dawna wiedziałam, że taka książka istnieje i o czym z grubsza jest. Miałam ją w czytelniczych planach, ale tych luźnych, które z reguły umierają śmiercią naturalną pod natłokiem Bardzo Ważnych Nowości. W każdym razie tak było do momentu, kiedy zaczęłam tę książkę spotykać absolutnie na każdym kroku. 

Musiałam zdecydować się na jej zakup. Potem po prostu przepadłam.

Fabuła skupia się wokół przygód Jacoba – szesnastolatka, którego zmarły niedawno dziadek przez lata karmił niestworzonymi opowieściami. Chłopak już dawno przestał w nie wierzyć, ale okoliczności śmierci staruszka każą mu zwątpić we wszystko, co do tej pory znał. By rozwiać wszelkie wątpliwości i poukładać własną psychikę, Jacob wyrusza na wyspę, na której wychowywał się jego dziadek – pragnie odnaleźć sierociniec, a także jego mieszkańców. Nie spodziewa się, że w rzeczywistości okażą się znacznie bardziej osobliwi, niż w opowieściach…

Osobliwy dom pani Peregrine to bez wątpienia przygodowa powieść dla młodzieży, ale tak naprawdę spodoba się również wielu dorosłym. Ja również się do nich zaliczam. Choć akcja mogłaby być bardziej wartka, nie nudziłam się podczas lektury, a prezentowany świat kupił mnie niemal całkowicie.

Tym, co zainteresowało mnie najbardziej, są wykorzystane w książce fotografie przedstawiające różne osobliwości: lewitujące dzieci, osoby nadnaturalnie silne itp. Jeśli wierzyć posłowiu, zdjęcia pochodzą ze zbiorów różnych kolekcjonerów, zatem same w sobie nie stanowią spójnego zestawu. Jest to o tyle ciekawe, że dla fabuły książki stanowią one kluczowy element: to na nich oparta jest charakterystyka większości postaci. Wygląda na to, że autor miał w głowie jedynie zarys opowieści, a szczegóły dopracowywał w trakcie, pracując z zebranym materiałem zdjęciowym i „ożywiając” kolejnych bohaterów. Jeśli w istocie tak było, jest to bardzo ciekawy sposób pracy.

Warto wspomnieć, że jak na książkę dla młodzieży, świat Osobliwego domu… jest dość mroczny – najpierw mamy historię rozczarowanego i nierozumianego nastolatka, potem dochodzi dojmujące poczucie zagrożenia, a całość podszyta jest dodatkowo bardzo smutną atmosferą domu sierot-uciekinierów z czasów wojny. Choć nie jest to łatwy do zniesienia klimat, cieszę się, że tworzy się powieści dla młodzieży, które opowiadają o czymś więcej, niż romansach i buncie przeciwko systemowi. W książce Riggsa relacje są trudne, pokomplikowane, a bohaterowie noszą różnorodne rysy. Zachwycam się kreacją zakochanej od lat Emmy, odrzuconym ojcem Jacoba czy jego dziadkiem, który teoretycznie spędził życie na uciekaniu, konfrontując się jednocześnie ze znacznie większą sprawą. Te historie nadają książce charakteru i czynią ją znacznie ciekawszą.

Jeśli prześladować mnie mają książki tak dobre, godzę się na wszystko. Już niebawem, jeśli budżet pozwoli, zabieram się za kolejne części i mam nadzieję, że spodobają mi się równie mocno, jak pierwsza.


niedziela, 19 marca 2017

Spotkanie po latach: Suzanne Collins – „Igrzyska Śmierci”


Pamiętam do dziś, jak wiele emocji towarzyszyło mojej lekturze książek Suzanne Collins. Miałam wtedy 20 lat, nie prowadziłam jeszcze książkowego bloga i dopiero wchodziłam w świat nowoczesnych powieści dla młodzieży. Nie czytałam wcale aż tak dużo, nie miałam określonego gustu, ale od wszelkich mniej lub bardziej wydumanych wizji przyszłości trzymałam się z daleka. Trylogię pochłonęłam w ekspresowym tempie, z wypiekami na twarzy, kilka razy mając ochotę zwyczajnie rzucić książką o ścianie. Wierz lub nie, ale praktycznie w ogóle mi się to nie zdarza. 

Już od dłuższego czasu, gdy przy różnych okazjach wypływał temat Igrzysk Śmierci, zastanawiałam się, jak odebrałabym tę książkę dziś. Od tamtej pory wszelkiego rodzaju dystopie miały swoje 5 minut, a ja poznałam ich całą masę, bo przez kilka lat uwielbiałam ten gatunek do szaleństwa. Wszystko, co było porównywane do książek Collins, brałam w ciemno, jednak żadna z kolejnych opowieści nie zapadła mi w pamięć tak mocno. Prawo pierwszej miłości? Być może. To właśnie mnie nurtowało, dlatego też podczas kolejnej nierównej walki z niechęcią do czytania postanowiłam zrobić sobie wolne i wrócić do dawnego obiektu westchnień, żeby zweryfikować, co tak naprawdę uważam na jego temat.

Rozpoczynając lekturę miałam dwa przeczucia: że treść będzie mi pachnieć schematem oraz że nic mnie nie rozemocjonuje, skoro znam już wszystkie fakty. W obu przypadkach bardzo mocno się pomyliłam. Mimo że zdążyłam poznać masę dystopijnych młodzieżówek, aż w końcu ich wtórność zaczęła wychodzić mi bokiem, tutaj zupełnie tego nie odczułam. Być może to zasługa tego, że ciężar historii Collins nie spoczywa na romansie, a gdy już wypływa temat uczuć, autorka woli fundować czytelnikom rollercoaster niż słodką sielankę. Wydarzenia prezentowane są szybko, nie ma tu miejsca na nudę, a obraz, który kreśli Collins, za każdym razem fascynuje, niezależnie czy mowa o barwnym świecie Kapitolu, czy też brutalnych wydarzeniach na arenie. Każdy z tych elementów stworzony jest należycie i ciekawie, opisany wystarczająco dokładnie, mimo że akcja gna do przodu jak szalona. Z jednej strony miałam poczucie, że wszystkiego dotykamy po łebkach, z drugiej zaś nie pozostałam z żadnym niedosytem.

Pomyliłam się również w kontekście emocji, które miała stłumić znajomość treści. Pominę fakt, że wcale tak dużo nie zapamiętałam – właściwie miałam w głowie ogólny zarys fabuły oparty na najważniejszych punktach, bez szczegółów. Nie wiedziałam, w jakiej kolejności i w jaki sposób zginą poszczególni trybuci, zdążyłam zapomnieć, jak wygląda Kapitol i jego mieszkańcy, umknęło mi wiele scen ważnych dla relacji Katniss i Peety. Wraz z upływem lat z głowy uciekły mi praktycznie wszystkie szczegóły, a to właśnie one stanowią o sile tej opowieści. Suzanne Collins utkała historię niezwykłą, a przy tym bardzo dopracowaną. Wszystkie emocje, których cień zapamiętałam z poprzedniego spotkania z Igrzyskami…, odżyły we mnie ze zdwojoną siłą. Okazało się, że znajomość zakończenia, nie odbiera satysfakcji z lektury i nijak nie pomaga radzić sobie z przeżyciami w trakcie, natomiast wiedza o finale trylogii nie umniejsza tego, co wkurza nas w zakończeniu pierwszej części. Naprawdę boję się sięgnąć po W pierścieniu ognia – to właśnie przy tej książce najczęściej się denerwowałam i przerywałam lekturę, by odetchnąć; obawiam się, że tym razem będzie jeszcze gorzej.

Choć wydawało mi się, że do książki wrócę jak do starego przyjaciela, od samego początku wiedziałam, że to nie jest świat, do którego się wraca. Panem wciąż wywołuje we mnie głównie poczucie zagrożenia, choć już dawno powinnam była z tego wyrosnąć. Wygląda na to, że Igrzyska Śmierci będą dla mnie tym samym, czym cykl o Harrym Potterze – świetną książką, która poprzez formę przekazu nie może być klasyfikowana jako literatura dla młodszego czytelnika. Suzanne Collins, podobnie jak J.K. Rowling, ma niezwykły dar poruszania serc i takiego tkania świata oraz relacji między postaciami, że czytelnik czuje się jakby sam był uczestnikiem opisywanych w książce zdarzeń. 

Czasem warto wrócić do książki, która urosła w naszych oczach do rangi mitu. Choć bałam się rozczarowania, spotkało mnie coś wspaniałego: przypomnienie, że czytanie może być emocjonującą przyjemnością.


poniedziałek, 21 marca 2016

Gard Sveen – „Ostatni pielgrzym”


Nie jest tajemnicą, że uwielbiam kryminały, a w szczególności te, które zawierają pewne nawiązanie do przeszłości. Choć nie pogardzę odniesieniami do żadnej z epok, moim ulubionym tematem jest zdecydowanie II wojna światowa. To trudny i brutalny okres historyczny, w którym wiele się działo, a narosłe wokół niego legendy, stereotypy i szeregi nierozwiązanych spraw do dziś stanowią inspirację dla twórców, w tym również pisarzy. To bardzo wdzięczne tło dla historii zawiłych, niełatwych i emocjonujących – właśnie na te elementy najbardziej liczę, gdy sięgam po podobne powieści.

Z zadowoleniem stwierdzam, że Ostatni pielgrzym zrealizował moje oczekiwania praktycznie na wszystkich płaszczyznach. Teoretycznie jest to kryminał jakich wiele: dwupłaszczyznowy, z odkrywaną równolegle opowieścią współczesną i dawną. Z jednej strony obserwujemy poczynania komisarza, który stara się rozwikłać sprawę odnalezionych szczątków ludzkich, z drugiej zaś sięgamy do czasów II wojny światowej i stopniowo gromadzimy dane o przyczynach bieżącej sytuacji. Obie płaszczyzny doskonale się przenikają i uzupełniają, a równowaga między nimi pozostaje niezachwiana. Nie ma tu niepotrzebnego wybiegania w przyszłość, ani sytuacji, gdy czytelnik jest pod względem wiedzy trzy kroki przed bohaterami i ze znudzeniem obserwuje, jak próbują ustalić to, co on już dawno wie. Zarówno opisywana sprawa, jak i sposób jej ujęcia są ciekawe, interesujące, doskonale trzymają w napięciu i popychają do dalszej lektury.

W kryminałach często bywa tak, że świetny technicznie autor nie jest w stanie stworzyć dopracowanej historii; wydaje mi się, że dla tego gatunku nieco ważniejsza jest opowieść niż to, w jaki sposób została ujęta. Na szczęście w przypadku Sveena nie ma mowy o zawodzie również w kwestii stylu. Autor z równą lekkością kreuje postaci, rozpisuje dialogi i opisuje sytuacje, za każdym razem tworząc obraz, który jest niezwykle przyjemny w odbiorze. Ostatni pielgrzym to kryminał, który nadaje się dla dużego grona odbiorców, bo nie skupia się na detalach – nie męczy i nie szokuje drastycznymi lub rozwlekłymi opisami, jak ma to miejsce chociażby u Lemaitre’a. Ta opowieść jest na tyle szeroko zakrojona, aby czytelnika wciągnąć, a przy tym jest tak dopracowana, że nie pozwala na przerwanie lektury. Mam nadzieję, że będę miała okazję poznać kolejne części cyklu, bo spotkanie z prozą autora było dla mnie naprawdę dużą przyjemnością.






Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Media Rodzina

środa, 27 stycznia 2016

J.K. Rowling – „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”


Jakiś czas temu zupełnym przypadkiem obejrzałam w telewizji spory fragment V części Harry’ego Pottera. Z radością przyglądałam się znanym postaciom i obserwowałam ich poczynania, zdziwiłam się jednak, jak mało pamiętam – nazwisk, zdarzeń, dialogów… Wstyd! Pomyślałam, że może warto byłoby przypomnieć sobie cykl i zmierzyć się wreszcie z konfrontacją tego, jak go zapamiętałam, z faktami. Jak oceniam tę opowieść po 8 latach przerwy? Czy nadal jest dla mnie tak magiczna, jak to było do tej pory?

Nie chciałabym przyglądać się bliżej fabule, bo mam pełną świadomość, że większość z nas po prostu ją zna, a przynajmniej kojarzy – z filmów, popkultury, od znajomych lub z samych książek. Harry Potter to rozgrywająca się w magicznym świecie opowieść o chłopcu, który zdołał oprzeć się magii potężnego czarnoksiężnika, mimo że był wówczas niemowlęciem. Tytułowy bohater wychowuje się jako sierota w domu ciotki i wuja, daleki od własnej sławy, nieświadomy zakorzenionych w nim możliwości i umiejętności. Jego trudne, samotne życie zmienia dopiero otrzymany w wieku 11  lat list, w którym znajduje się zaproszenie do nauki w Hogwarcie – Szkole Magii i Czarodziejstwa. Wraz z rozpoczęciem edukacji przed Harrym otwiera się mnóstwo perspektyw, a także wielka, pełna niebezpieczeństw przygoda, którą czytelnicy obserwować będą przez 7 tomów opowieści.

W ponownym zetknięciu z pierwszym tomem zdziwiły mnie dwie rzeczy. Od czasu, gdy zaczytywałam się w Harrym Potterze minęło wiele lat, a przez moje życie przewinęło się naprawdę sporo książek – tych dobrych, ale też niestety tych naprawdę kiepskich. Nie jestem wielkim krytykiem, czytam i lubię naprawdę różne teksty, ale siłą rzeczy mój gust uległ zmianie, przynajmniej w jakimś stopniu. Tym bardziej zaskoczyło mnie, że Harry Potter napisany jest w tak dobry sposób – narracja jest bogata i bardzo dopracowana, a czyta się niesamowicie przyjemnie. Spodziewałam się sposobu pisania z książek dla dzieci, w najlepszym wypadku z młodzieżówek, a tu proszę, otrzymałam znacznie więcej. Drugim zaskoczeniem jest wartkość akcji – większość wydarzeń rozgrywa się w zawrotnym tempie, a rozdziały są krótkie i dynamiczne. Nie jest to w żadnym stopniu wada, ale muszę przyznać, że wcześniej zupełnie tego nie zauważyłam.

Jak widzicie na zdjęciu, miałam przyjemność powrócić do tej opowieści w nowej, ilustrowanej otoczce. O tym wydaniu, choć jest stosunkowo młode, powiedziano już wiele, a i ja niczego nowego nie dodam – wystarczy spojrzeć, książka broni się sama. Jim Kay otrzymał trudne zadanie zobrazowania opowieści, która od lat ma swoją wizualizację w umysłach wielu ludzi na całym świecie i poradził sobie z tym wyzwaniem po prostu perfekcyjnie. Ilustracje są wypadkową obrazów, które znamy z małych, początkowych grafik w książkach oraz z wersji filmowych, a każda z nich jest idealnie dobrana do opisywanego fragmentu. Wszystkie są bogate i utrzymane w lekko baśniowej konwencji, choć raczej w starym stylu – wiele z nich jest naprawdę mrocznych, ale przy tym niesamowicie klimatycznych. Poza tym znajdziemy tutaj grafiki różnorodne  - bogate, szczegółowe sceny (jak na przykład ta na peronie 9 i ¾ ), klimatyczne krajobrazy (moim faworytem jest ten towarzyszący pierwszej lekcji quidditcha), a także piękne portrety, uwzględniające charakterystykę postaci.

Gdyby ktoś spytał mnie dziś, czy nadal uważam Harry’ego Pottera za książkę wybitną, bez wahania odpowiedziałabym, że tak. Wracając do cyklu odnalazłam w nim dokładnie te emocje, które towarzyszyły mi podczas pierwszej lektury. Odkrywanie na nowo tego tomu było dla mnie jak spotkanie z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, którzy powitali mnie w swoich progach z otwartymi ramionami. Może ja zmieniłam się bardzo, ale te książki w moich oczach nic a nic. No, może odrobinę za sprawą nowego wydania… Ale to zmiana wyłącznie na plus! Do niedawna zastanawiałam się po co komu taka wersja z ilustracjami, ale wystarczyło jedno pobieżne przejrzenie książki, by po prostu się w niej zakochać. Jestem przekonana, że taka wersja ucieszy zarówno młodych odbiorców, jak i nas, pokolenie Harry’ego Pottera.







Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Media Rodzina

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Małgorzata Warda – „5 sekund do Io”


Siedemnastoletnia Mika nie ma zbyt wiele – straciła matkę, później ojca, rozdzielono ją również z młodszą siostrą. Żyje w rodzinach zastępczych i pogotowiu opiekuńczym, a jej życie nie należy do łatwych. Jedyne, co można uznać za jej enklawę, to świat gier komputerowych – jest naprawdę świetnym graczem. Gdy nastolatka zostaje mimowolnym świadkiem makabrycznej w skutkach strzelaniny w swoim liceum, policja stara się ją chronić. Otrzymuje zadanie wkroczenia do świata nowej, super realistycznej gry, wokół której narastają kontrowersje na całym świecie. Bitwa o Io opowiada o kolonizacji jednego z księżyców Jowisza, jednak to nie w fabule tkwi jej sekret. Dzięki specjalnej konsoli przekazującej impulsy bezpośrednio do mózgu użytkownik w czasie gry odczuwa ból, dostrzega zapachy, a nawet może… przeżyć własną śmierć.

Od samego początku sporo sobie po tym teście obiecywałam; może to głupie, ale zaczęło się podczas lektury podziękowań, w których autorka zdradziła m.in., że konsultowała się z psychologiem w sprawie konstrukcji postaci. Sama fabuła również mnie ciekawiła i miałam nadzieję, że nie będzie to kolejny zmarnowany pomysł. Powiedzieć można krótko – nie jest. Autorka stworzyła tekst na naprawdę wysokim poziomie, w dodatku fascynujący i ciekawy. Ale po kolei.

Przy pierwszym kontakcie z książką po prostu się zachwyciłam. Nie wiem, co takiego jest w stylu Małgorzaty Wardy, ale mimo nowoczesnej tematyki opowieść czyta się jak stare młodzieżówki, te z „moich czasów”, czyli sprzed około dziesięciu lat. Może to mój wymysł, ale czytam naprawdę sporo książek dla tej grupy wiekowej i pierwszy raz spotykam się z tak cudownym, sentymentalnym wrażeniem. Akcja jest wartka, wciągająca i odpowiednio wyważona pod względem emocjonujących wydarzeń. Język pozwala na zagłębienie się w treść – jest narzędziem, środkiem wyrazu, nie przytłacza czytelnika w żaden sposób i nie staje się zbyt ważny sam w sobie.

Jeśli chodzi o odwzorowanie świata gier – tutaj musieliby wypowiedzieć się gracze, mam jednak wrażenie, że i ten aspekt wyszedł całkiem autentycznie. Dla mnie, osoby nie znającej tematu, wystarczające było to, co otrzymałam. Widać, że autorka zrobiła dobry research i poświęciła sporo czasu, aby odnaleźć się w temacie i poruszać się po nim płynnie. Istotniejsza z mojej perspektywy była rola, jaka została przypisana grze i cała otoczka z nią związana. Autorka wykorzystała temat do zadania kilku ważnych pytań o naturę ludzką – na Io ludzie nieustannie ze sobą walczą, zabijają „bo mogą”, a realną technologię połączoną z bezkarnością wykorzystują do zaspokajania tych potrzeb, których w prawdziwym świecie nie są w stanie urzeczywistnić. Dodatkowo pojawiają się niebezpieczeństwa związane z rozwojem technologii – symulację można wykorzystać do badań nad stresem i zachowaniem w sytuacji ekstremalnej, ale co z ludzkim mózgiem, który otrzymał impuls o własnej śmierci? Czy organizm jest w stanie to wytrzymać? Takie pytania, przemycane mimochodem obok wydarzeń, stanowią niesamowitą siłę tej książki i przydają jej dodatkowej wartości.

Na początku wspomniałam o oczekiwaniach wobec konstrukcji bohaterów – również tutaj absolutnie się nie zawiodłam. Postaci są realne, rzeczywiste i spójne, w dodatku niejednoznaczne, czyli dokładnie takie, jakie powinny być w powieściach dla młodzieży. I nie mówię tutaj tylko o Mice – Małgorzata Warda stworzyła także szereg postaci drugo-, a nawet trzecioplanowych, z których każda ma swoje pięć minut, własne motywacje i historię, która doprowadziła ją do danego zachowania. Zakochałam się w tej dokładności i skrupulatności, w tym odgórnym zamyśle przygotowanym przez autorkę.

Jak widzicie, mogłabym opowiadać o tej książce bez końca. Tak naprawdę jednak najlepiej jest po prostu po nią sięgnąć. Tekst wciąga jak dobra, realistyczna gra komputerowa i nie sposób się od niego oderwać – sama zarwałam noc i czytałam aż do upadłego, byle tylko dowiedzieć się, co dalej.





Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Media Rodzina