Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 maja 2016

Neal Shusterman – „Podzieleni”

Na świecie wciąż aktualna jest dyskusja między obrońcami życia a tymi, którzy bronią prawa do aborcji i eutanazji – rozważa się, w którym momencie zaczyna się człowiek i kto może decydować o losach innych ludzi. Mówi się o tym, że powinniśmy chronić prawa tych, którzy nie mogą sami się wypowiedzieć, jednak osobom dorosłym, w pełni władz umysłowych, również w jakimś sensie odbieramy prawo do samostanowienia. Tymczasem Neal Shusterman idzie w swojej wizji o krok dalej – tworzy opowieść, w której dyskusja przerodziła się w konflikt, a ten przyniósł przerażający kompromis: życie ludzkie polega niezawisłej ochronie od poczęcia do 13 roku życia, jednak w zamian za to jednostki między 13 a 18 rokiem życia mogą zostać poddane procesowi podzielenia. Nie, nie, nie jest to oczywiście śmierć… W każdym razie tak mówi propaganda. Dzieci niechciane, niedostosowane społecznie, źle rokujące na przyszłość – każdego z nich można w świetle prawa najzwyczajniej się pozbyć, w dodatku poprzez podzielenie mają one szansę odkupienia części swoich win.

W tym świecie dorasta i żyje wielu ludzi, jednak dla znacznej liczby jest to po prostu wyrok – to właśnie na nich skupia się autor. Akcja książki toczy się wokół losów trzech zupełnie różnych osób, a za ich pośrednictwem przemycone zostają całkowicie różne podejścia do tematu podzielenia. Connor wychowywał się w pełnej rodzinie, jednak jest typowym przykładem niedostosowanego, sprawiającego problemy nastolatka, z którym rodzice nie chcą już dłużej walczyć. Risa jest bardziej ułożona i utalentowana, dużo umie, jednak jej nieszczęściem jest fakt, że wychowywała się w domu dziecka; tam przeżyją tylko osoby o perfekcyjnych umiejętnościach. Z kolei Lev całe życie był przygotowywany do tego, że kiedyś zostanie podzielony – jest dziecięciorodnym, dziesiątym dzieckiem w rodzinie, które (w ramach nowej, ortodoksyjnej religii zyskującej rzesze wyznawców) zostanie złożone w ofierze. Bunt planowało tylko jedno z nich, jednak w wyniku zbiegu okoliczności ich losy się krzyżują, a każde będzie miało okazję nauczyć się czegoś nowego od pozostałych.

Powieść Shustermana jest w znacznej mierze oparta o motyw ucieczki – bohaterowie wpadają w kłopoty, wychodzą z nich, po czym sytuacja znów się zmienia i wymaga szybkiej reakcji. Podzieleni to książka dynamiczna, jednak nie jestem do końca pewna, czy trzymająca w napięciu; bardziej może wywołująca emocje w związku z szybką akcją i prezentowana tematyką. Na samym początku, gdy tempo było naprawdę zawrotne, lektura również szła mi bardzo płynnie, z czasem jednak napięcie spadło i sama fabuła wydała mi się dość nijaka. Do samego końca mamy oczywiście do czynienia z nowymi wątkami i pewnymi rozwiązaniami, zdarzają się nawet zaskoczenia, jednak nie odebrałam tego jako idealnie współgrającej całości; pod koniec nawet lekko się nudziłam. Na szczęście sama formuła powieści – narracja trzecioosobowa, jednak z przeplatającymi się rozdziałami ukazującymi perspektywę różnych postaci i grup – dodała tutaj nieco dynamizmu.

Tak naprawdę największą siłą tej książki jest sam pomysł autora. Shusterman zaprasza nas do świata, w którym wartość życia człowieka nienarodzonego przedkładana jest nad życie istoty w pełni świadomej, myślącej i funkcjonującej w społeczeństwie, a śmierć ubiera się w ładne szaty mydląc ludziom oczy. Muszę przyznać, że jestem tą wizją zafascynowana – choć brzmi to bardzo niezdrowo – i chciałabym się dowiedzieć, w jaki sposób tzw. obrońcy życia zdołali stracić z oczu najważniejsze wartości. Mam nadzieję, że autor pokusi się w kolejnych częściach o historię podzielenia jako idei, a także dokładne wyjaśnienie natury całego zjawiska, bo póki co sytuację w czasie rzeczywistym nakreśla bardzo dobrze i autentycznie. Dzięki podróżom bohaterów, a także dzięki temu, że wywodzą się z różnych środowisk, czytelnik ma okazje zobaczyć kilka spojrzeń na ten sam problem i zrozumieć nie tylko problem jako całość, ale i wszystkie związane z nim niuanse. Jednym z nich jest Bociania Inicjatywa, która pozwala matce noworodka podrzucić go na próg domu – jeśli zostanie przyłapana, musi go zatrzymać, jednak jeśli nie, mieszkańcy domu muszą się nim zaopiekować (przynajmniej do 13 roku życia, bo wtedy przecież mogą oddać dziecko do podzielenia…). Nie macie wrażenia, że to zakrawa o jakąś chorą grę?

Jedno jest pewne – książki takie jak Podzieleni zdecydowanie skłaniają czytelnika do refleksji, a to najważniejszy moim zdaniem aspekt powieści dystopijnych. Wizja świata, o jaką pokusił się Shusterman, jest przerażająca i liczę, że w kolejnych częściach dowiemy się czegoś więcej na temat jej szczegółów. Nie powiem, żebym czekała z niecierpliwością na dalsze losy postaci i nie zakładam, że będę śledziła je z zapartym tchem, ale ów niebezpieczny, dziwny świat zdecydowanie mnie przyciąga. Mam nadzieję, że kolejny tom już niebawem!






Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.

środa, 23 grudnia 2015

Hugh Howey – „Pył”

Gdy zachwycamy się jakimś cyklem, z każdym kolejnym tomem rosną nasze oczekiwania; to całkowicie naturalne, chcemy bowiem, aby opowieść, która już jest świetna, stawała się jeszcze lepsza. Faktem jednak jest, że z czasem coraz trudniej nas zaskoczyć, a indywidualny rys autora może stać się dla nas dość powszedni. Całkiem niedawno miałam okazję przekonać się na własnej skórze, jak wypada finał trylogii, która jest dla mnie absolutnym hitem ostatnich miesięcy. Czy otrzymała godne zakończenie?

Po retrospekcji, jaką zapewnił nam drugi tom cyklu, fabuła znów wraca na właściwy tor czasowy – Pył jest kontynuacją wydarzeń „współczesnych”, czyli z okresu, w którym rozpoczęła się cała trylogia. W tej części nie ma przeskoków czasowych, ale akcję obserwujemy z perspektywy trzech głównych miejsc akcji – Silosu 1, 17 oraz 18. Na wszystkich płaszczyznach bohaterowie są nam znani, a ich działania w sposób oczywisty dążą do odkrycia i ujawnienia prawdy o historii powstania silosów, celach ich twórców oraz aktualnej sytuacji na zewnątrz.

Akcja ostatniego tomu siłą rzeczy musi iść w kierunku jakiegoś rozwiązania i jest to bardzo widoczny aspekt powieści – niektóre zdarzenia są pomijane, inne opowiadane szybko i na pewno nie znajdziemy tu żadnej formy przegadania czy przesadnego pochylenia autora nad jakimkolwiek elementem fabuły. Generalnie jest to zaleta, choć czasami tempo może nas zdziwić – dotąd wszystko toczyło się spójnie, a zdarzenia były opisywane dość dokładnie, tu natomiast są miejsca, gdzie zdarzają się mocne przeskoki. Autor nie poświęca już tak dużo uwagi ani poszczególnym scenom, ani bohaterom – osobiście miałam wrażenie, że zostali oni całkowicie podporządkowani pewnemu wyższemu celowi, a tym samym na dalszy plan zeszły ich wszelkie indywidualne cechy. No, może nie do końca – Jules wciąż jest twardą babką, Lukas romantykiem, a Solo ma swoje impulsywne chęci oddalenia się od ludzkich skupisk, jednak te elementy pojawiają się naprawdę rzadko i zdają się zupełnie tracić na znaczeniu.

Pod względem technicznym cała trylogia utrzymana jest na naprawdę wysokim poziomie – autor odznacza się bardzo dobrym stylem i dużą świadomością własnego świata przedstawionego. W fabule powieści nie znajdziemy nieścisłości czy zapychaczy; nawet jeśli pod koniec tempo akcji przyspiesza, nie złapiemy autora na żadnym potknięciu. Widać wyraźnie, że cykl o Silosie nie powstał w pośpiechu, a Hugh Howey doszlifował swój pomysł. Jedynym elementem technicznym, który zasługuje na naganę, jest niestety nasza rodzima korekta – w książce zdarzają się skupiska błędów językowych, interpunkcyjnych i ortograficznych, co jest o tyle ciekawe, że w innych miejscach wszystkie te aspekty są absolutnie w porządku. Wygląda to, jakby niektóre strony po prostu nie trafiły do korektora.

Gdybym miała rozpatrywać Pył jako osobną książkę, zapewne nie otrzymałby on ode mnie tak wysokiej noty. Akcja gnała do przodu i można było odczuć ciśnienie na doprowadzenie wszystkiego do końca. Biorąc jednak pod uwagę, że jest to finał naprawdę dobrego cyklu i że jego zadaniem jest pospinanie i domknięcie wszystkich wątków, mogę przyjąć, że spełnia on postawione mu przeze mnie oczekiwania. Może jest tu nieco mniej tych elementów, które porwały mnie w dwóch poprzednich częściach, jednak te, które mnie zachwyciły, pozostały bez zarzutu. Autor to pisarz dojrzały, a jego książka skłania do refleksji; widać wyraźnie, że opowieść ma cel, sens i bardzo dobrze przemyślaną konstrukcję. W cyklu o silosie uwielbiam przede wszystkim płaszczyznę, którą można chyba określić jako filozoficzną – pochylenie nad naturą ludzką, analizę zachowań światowych przywódców i ukazanie pewnych tendencji, przed którymi niezwykle trudno będzie nam się uchronić.

Nie zrażajcie się tymi kilkoma słabszymi stronami, o których wspomniałam – tak naprawdę podczas lektury odczuwałam je w niewielkim stopniu, a pozytywne odczucia zdecydowanie przeważały. Cykl o silosie jest dla mnie najlepszą trylogią ostatnich 13 miesięcy (chciałam powiedzieć, że roku, ale przeczytanie trzech części zajęło mi minimalnie więcej czasu) i, obok Nowej Ziemi, zdecydowanie najdojrzalszą nową dystopią, z jaką miała okazję się zetknąć. Polecam tę opowieść i z całego serca zachęcam do przekonania się na własnej skórze, jak Wam się podoba.






Silos  |  Zmiana  |  Pył

sobota, 13 czerwca 2015

Patrick Ness - "Na ostrzu noża"


Jakiś czas temu było o tej książce głośno - a przynajmniej tak wydawało mi się do tej pory. Patrząc na to z perspektywy czasu mam wrażenie, że przeceniłam chyba podejście innych, mierząc ich niejako swoją miarą; to ja miałam na punkcie tej książki bzika i tak naprawdę zupełnie nie pamiętam, dlaczego. Wydaje mi się, że może to być sprawka autora - jego Siedem minut po północy zaczarowało mnie na wszystkich możliwych wymiarach i chyba dzięki temu w ogóle zwróciłam uwagę na trylogię Ruchomy Chaos. Niestety, dość mocno się rozczarowałam.

W historii ludzkości przyszedł taki moment, że wiele grup zdecydowało się na emigrację do tzw. Nowego Świata, gdzie udało im się osiedlić, założyć miasteczka, rozpocząć normalne życie. Niestety, nie dane im było zaznać sielanki. Tajemniczy wirus wybił wszystkie kobiety, a u mężczyzn spowodował nieodwracalne zmiany zwane Szumem; od tej pory ich myśli są słyszalne dla pozostałych. W takim otoczeniu wychowuje się Todd - nastolatek stojący u progu dorosłości. Niedługo przed symbolicznym przekroczeniem tej granicy chłopak odkrywa coś, co ściąga na niego zainteresowanie pozostałych osadników. Nie rozumiejąc niczego zmuszony jest uciekać - nie tylko by ratować życie, ale także odkryć prawdę dotyczącą przeszłości swojej osady. Po drodze spotyka dziewczynę - najprawdziwszą, zdrową, nietknięta przez szum. W dodatku będącą w jeszcze większym niebezpieczeństwie niż on sam...

Szum to szum. To huk i hałas i zwykle sprowadza się do jednej wielkiej kotłowaniny dźwięków, myśli i obrazów, i przez większość czasu nie sposób się w nim w ogóle doszukać sensu. (...) Szum to nieprzefiltrowany człowiek, a bez filtra człowiek to tylko ruchomy chaos.[s.50]

Dawno nie czytałam książki, która wywołałaby u mnie tak wiele sprzecznych odczuć. Z jednej strony pewne aspekty opowieści uważam za wspaniałe, a rozwiązania i pomysły za godne uwagi, z drugiej jednak mam poczucie wielkiego, wielkiego niedosytu. Na plus na pewno można zaliczyć samą ideę Szumu i pomysł na jego ukazanie - autor konsekwentnie realizuje swój zamysł i tworzy z niego oś konstrukcji świata, która ma swoje odzwierciedlenie zarówno w postawach kolejnych bohaterów, jak i ich historii. Widać wyraźnie, że zaraza odcisnęła swoje piętno na społecznościach, ale też reprezentujących je jednostkach - na przykładzie Todda widzimy, jak wielkiej kontroli wymaga takie ciągłe uzewnętrznienie, ale także do jakiego obłędu może doprowadzić stały kontakt z myślami innych osób. Widać wyraźnie, że jest to przemyślany pomysł, w dodatku bardzo dobrze wykorzystany.

Na ostrzu noża to powieść wykorzystująca klasyczny motyw drogi, dodatkowo wzbogacony o aspekty rozwojowe. Todd nie tylko podróżuje; dla niego cała ta wyprawa jest okazją do zmiany światopoglądu. Chłopak, któremu w jednej chwili wali się świat, zostaje zmuszony do konfrontacji z trudną do przyjęcia prawdą. Poznaje samego siebie, na własnej skórze doświadcza rozdźwięku pomiędzy tym, co naturalne, a tym, co wpojone. Musi podjąć decyzję, czy chce postępować tak, jak oczekują tego inni, czy też wybierze dla siebie własną drogę, stając w opozycji do tego, co już zna. Kolejne napotykane przez niego sytuacje są doświadczeniami, które nie tylko mogą coś w nim zmienić, ale też pokazać prawdę i ułatwić mu zrozumienie świata. W tym względzie również autorowi należy się duża pochwała, bo opowieść wypada całkiem autentycznie.

Czynnikiem znajdującym się gdzieś pomiędzy zaletami a wadami jest język. Tu również należy się pochwała dla autora za pracę i konsekwencję, ponieważ przez cały tekst (a należy powiedzieć, że narracja jest tu pierwszoosobowa) język Todda jest równomiernie specyficzny. Bohater wypowiada się tak, jak przystało na nastolatka, który nie miał czasu na odbycie należytej edukacji - nie do końca poprawnie. Sam zamysł jest w tym przypadku naturalny i dobry, mam też świadomość, że autor dobrze go uzasadnił i słusznie wykorzystał, jednak momentami obcowanie z taką wypowiedzią potrafi zmęczyć.

W kontekście strony technicznej warto wspomnieć, że powieść ma bardzo nierównomierną konstrukcję - zarówno tempo akcji, jak i emocjonalne napięcie, są różne w zależności od danej chwili. W kontakcie z opowieścią czytelnik doświadcza zarówno znużenia, jak i silnego zainteresowania, co z czasem staje się nieco denerwujące. Uczucie to potęguje fakt, że zdarzenia są dosyć powtarzalne - bohaterowie właściwie cały czas uciekają, ich śladami drepcze armia, a okresy względnej stabilizacji są przeplatane konfrontacją z jednym bądź drugim przeciwnikiem. Zarówno Todd, jak i Viola, nie są zwolennikami skrajnie siłowych rozwiązań, w rezultacie czego wlecze się za nimi grupa nierozwiązanych, za to coraz bardziej rozwścieczonych spraw.

Im dłużej zagłębiam się w analizę tej książki lub komuś o niej opowiadam, tym wyraźniej widzę wszelkie związane z nią negatywy. To nie do końca tak, że lektura mi się nie podobała, a czas przy niej uważam za zmarnowany. Po prostu zwyczajnie oczekiwałam czegoś więcej. Zabrakło mi głębszego sensu, który uczyniłby tę powieść wyjątkową, oraz wyraźnego, globalnego celu, do którego mogłaby zmierzać jej fabuła. W kontekście braku tych dwóch cech powieść jest zwyczajnie przydługa i momentami potrafi się nudzić. Sama nie wiem, czy sięgnę po kolejne tomy - z jednej strony jestem ciekawa, jaki jest dalszy pomysł, bo zakończenie jest całkowicie nieprawdopodobne, wręcz groteskowe, jednak trochę się boję dalszej realizacji treści.

środa, 1 kwietnia 2015

Hugh Howey – „Zmiana”

Pamiętacie jeszcze Silos? Pod koniec zeszłego roku wspominałam Wam o tej wspaniałej, dojrzałej dystopii o dużym potencjale treściowym i fabularnym. Dziś wracam do Was z opowieścią o drugim tomie – książce, której udało się zaspokoić wszystkie moje oczekiwania. A nawet jeszcze więcej!

Zmianę rozpoczynamy opowieścią snutą z dwóch perspektyw – odległych od siebie czasowo, ale sporo starszych niż akcja pierwszego tomu. W kontekście całej trylogii jest to zabieg dość ciekawy; chyba nigdy nie spotkałam się z tym, żeby środkowy tom był wyłącznie prequelem „jedynki”. Tutaj jednak sprawdza się to idealnie – czytelnik, pozostawiony z zamętem w głowie po lekturze, ma szansę poukładać sobie wszystko, obserwując całą genezę opowieści. O ile wcześniej treść książki skupiała się na życiu wewnątrz Silosu, panujących tam zasadach i możliwościach przystosowawczych, o tyle tutaj na pierwszy plan wysuwają się ludzie – ich pasje, dążenia, aspiracje oraz obraz samych siebie.

Dwie perspektywy mają jeszcze inną zaletę – dynamizują akcję, co jest dość ważne w przypadku książek o tej objętości. Tutaj mamy do czynienia z krótkimi rozdziałami, a przeskakiwanie pomiędzy nimi pozwala uniknąć monotonnego opisywania czynności zupełnie dla fabuły nieznaczących. Takich scen jest sporo, przekrój czasowy też jest dosyć duży, więc ciągłość jest zachowana tylko tam, gdzie to konieczne, co również prezentuje się bardzo, bardzo dobrze. Autor ewidentnie dopieścił swoją książkę i widać wyraźnie, że fabuła jest przemyślana zarówno w makro- jak i mikroskali; z jednej strony cała opowieść jest spójna, zgrana i pełna, z drugiej zaś wiele jest tutaj subtelnych smaczków, gier słów i drobnych, pozornie nieznaczących spraw, które później okazują się kluczowe.

Tak naprawdę najważniejsza jednak jest treść książki – znów dojrzała i interesująca. Czytelnik ma okazję poznać historię tworzenia Silosów, a co za tym idzie otrzymuje wgląd w motywy działań ich pomysłodawców i wykonawców. Bohaterowie w znacznej części są nowi i poznajemy ich od zera; widzimy jak się zmieniają, jak poddawani są manipulacjom albo reagują na trudne warunki otoczenia. Karty Zmiany są polem do wielu ludzkich dramatów, ale też do refleksji nad ludzkimi prawami. Co się dzieje, gdy jednostki przyznają sobie możliwość ratowania ludzkości, jednocześnie pozostawiając „wentyl bezpieczeństwa”, umożliwiający szybką eksterminację tejże? Gdzie kończy się pomoc, a zaczyna zniewolenie? Co tak naprawdę wolno zrobić w imię „mniejszego zła”? Hugh Howey serwuje nam niesamowite pole do rozważań i dzięki temu czyni swój cykl wspaniałym przedstawicielem  grona dystopii, który zgodnie z pierwotną jej rolą przekazuje głębszą treść.

Cykl o Silosie aspirował do grona najlepszych powieści dystopijnych, a drugi tom umocnił jego pozycję. To już nie tylko opowieść o ludziach uwięzionych w świecie, którego nie rozumieją – ujawniona została szersza perspektywa, a opowieść stała się bliższa współczesnemu czytelnikowi. Problemy stały się namacalne i przez to dużo bardziej przerażające, a w powieści odnaleźć możemy postawy, których przykłady nietrudno wskazać w naszym życiu publicznym. Nie wiem, jaki będzie finał opowieści, ale po ostatnim tomie obiecuję sobie dużo – oby był on tak wspaniałą ucztą, jak Zmiana. Nie mogę się doczekać!

piątek, 21 listopada 2014

Jack Ketchum - "Jedyne dziecko"

Do tej pory nazwisko Jacka Ketchuma znałem tylko ze słyszenia. Wiedziałem, że jest on uznawany za jednego z lepszych pisarzy grozy, szokującym brutalnym realizmem, którym nacechowane są jego powieści. Gdy w moje ręce wpadła książka “Jedyne dziecko” z jednej strony wręcz bałem się po nią sięgnąć, z drugiej zaś - coś nienazwanego uparcie mnie do niej ciągnęło. Koniec końców zwalczyłem wszelkie niepewności i zapoznałem się z tą historią. Czy jestem z tego zadowolony?

Lydia nie miała łatwego życia. Od zawsze towarzyszyli jej źli mężczyźni - począwszy agresywnego ojca, który wyraźnie nie był zadowolony z jej płci, a skończywszy na byłym mężu Jimie, starającym się zrobić z niej własność, prywatne trofeum, które ma tylko siedzieć w domu. Związek z Arthurem miał być dla niej szansą na nowy, lepszy byt - po praz pierwszy spotkała człowieka, który nie tylko nie robił jej krzywdy, ale i wydawał się chronić przed całym złym światem. Sielskie życie nie trwa jednak wiecznie, bowiem Arthur postanawia w końcu odkryć swoje prawdziwe, przerażające oblicze i próbuje pokazać, że nikt nigdy nie może czuć się bezpiecznie. Lydia musi stoczyć z nim walkę, jednak nie o siebie, a o los ich wspólnego dziecka, ośmioletniego Roberta…

Choć emocje po lekturze zdążyły już nieco opaść, wciąż ciężko mi wyrazić moje odczucia na jej temat. Trzeba przyznać, że Ketchumowi udało się stworzyć książkę przerażającą, chociaż najgorsze sceny nie są przedstawione czytelnikowi wprost, a jedynie zasygnalizowano to, że się one wydarzyły. To powieść szokująca, mimo że autor oparł swój tekst o prawdziwą historię, a podobnych sprawach usłyszeć można raz na jakiś czas w telewizji. W dodatku, choć mamy do czynienia z horrorem, jedyne potwory o jakich traktuje opowieść, to te w ludzkiej skórze, na które często patrzymy, ale z reguły ich nie widzimy. Dzięki tym wszystkim rzeczom powieść jest naprawdę straszna, jednak nie w klasycznym rozumieniu tego pojęcia.

Choć główna historia opowiada o walce, jaką Lydia prowadzi z Arthurem chcąc uratować przed nim dziecko, warto wspomnieć o tym, co poprzedza te wydarzenia. Początkowe rozdziały książki naprzemiennie opisują wydarzenia z różnych lat życia obojga bohaterów, których dopiero po jakimś czasie połączył los. Ukazane sceny łączą się w jedną całość, jednak każda z nich na swój sposób samodzielnie porusza pewne problemy, które występują w społeczeństwie. Widzimy więc wynikającą częściowo z nadużywania alkoholu agresję ojca wobec córki i sposób, w jaki później odbija się ona na jej związkach z chłopakami. Poznajemy myśli osoby, która nie radzi sobie z macierzyństwem. Obserwujemy też sytuację, w której to ofiara gwałtu, a nie jej oprawca, czuje się winna sytuacji i wstydzi się tego, co zaszło. Ketchum przedstawia nam wydarzenia z życia - owszem, drastyczne i z reguły skrajne, ale nie da się zaprzeczyć temu, że takie rzeczy mają miejsce. Realność tych scen czyni je jeszcze bardziej przerażającymi.

To, czym Ketchum zaimponował mi najbardziej, to kreacja bohaterów. Każda z postaci ma określone cechy charakteru, które determinują jej działania, a wpływ na nie mają też różnego rodzaju wydarzenia. Arthur to socjopata, który wie, kiedy należy zachowywać się według ściśle określonych norm, a kiedy może bezkarnie pokazać swoje prawdziwe oblicze. Brutalna osobowość skrywana pod maską przyjaznej duszy to koncepcja budząca grozę - po lekturze “Jedynego dziecka” nie sposób nie zastanawiać się ile osób z naszego otoczenia tak naprawdę gra przed światem, podczas gdy ich rzeczywiste ‘ja’ ma cechy potwora, nie zaś człowieka. Kreacja Lydii również została dopracowana i dopięta na ostatni guzik: trudne przejścia odbiły się na jej podejściu do świata, który rzadko był jej przychylny. Głównym momentem przełomowym w jej życiu jest odkrycie prawdy o mężu - wyraźnie ukazano matczyną miłość, którą bohaterka darzy syny, i dzięki której zrobi wszytko, by zapewnić mu bezpieczeństwo.

Spora część fabuły dotyczy sprawy sądowej związanej z głównym wątkiem. Jack Ketchum z wielką dokładnością i wnikliwością przedstawił działanie systemu jurysdykcji, a także bezsilność organów ścigania. Ten aspekt też jest na swój sposób straszny - wadliwość systemu, który nie chroni tych osób, które tej ochrony potrzebują, budzi co najmniej niepokój. Niektórzy narzekają na specyficzne zakończenie książki, moim zdaniem ono dodatkowo podkreśla przesłanie, jakie tekst niesie na temat wymiaru sprawiedliwości i jego wadliwej konstrukcji.

Książka Ketchuma wstrząsnęła mną dogłębnie, co do tego nie mam wątpliwości. Ciężko jest czytać o tego typu rzeczach, zwłaszcza, gdy ma się świadomość, że takie coś rzeczywiście ma miejsce i niejedna osoba przeszła przez podobne katusze psychiczne i fizyczne. “Jedyne dziecko” nie jest lekturą dla wszystkich - osobom wrażliwym i o wysokiej empatii może być ciężko czytać o tak drastycznych wydarzeniach, które niestety naładowane są sporą porcją realizmu. Lektura nie była dla mnie łatwa właśnie ze względu na przedstawioną treść, ale nie żałuję poświęconego na nią czasu: to genialny horror, choć nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. To historia, którą warto poznać.


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Papierowy Księżyc.

niedziela, 16 listopada 2014

Hugh Howey - "Silos"


Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z opisem Silosu, wiedziałam, że muszę po tę książkę sięgnąć – tajemnicza, postapokaliptyczna opowieść zdawała się idealnie wpasowywać w moje gusta. Przywykłam już do wielu mankamentów współczesnych dystopii i nauczyłam się przymykać na nie oko, ale powiem Wam jedno – w przypadku tej książki nie musiałam tego robić. Zapomnijcie o ckliwych, niedojrzałych bohaterach i romantycznych westchnieniach w łunie nuklearnych eksplozji. Przed Wami opowieść bardzo obiecująca i zadowalająca.

Silos jest nam znany jako obiekt służący do przechowywania nadmiaru surowców, na przykład zboża; co jednak, jeśli umieszczono by w nim ludzi? W dalekiej przyszłości powierzchnia Ziemi jest toksycznym pustkowiem, a nieliczni ocalali żyją właśnie w silosie, tworząc podziemną społeczność, opartą na sztywnych i jasno określonych regułach. Największym przewinieniem jest pragnienie wolności, a karą za nie – wyjście na zewnątrz na pewną śmierć.  Jednak czy każdy, kto opuści silos, musi umrzeć? Żyjąca na najniższych piętrach Juliette już niebawem będzie miała okazję się o tym przekonać – choć dostrzegła, że jej życie będzie miało ewoluować, nie spodziewała się, jak wielkie zmiany pociągnie za sobą dla całej społeczności.

Powieść ta jest klasyczną dystopią i w tym zakresie nie odkrywa przed nami niczego nowego. Mamy tu zamknięte, hermetyczne społeczeństwo, żyjące według jasno określonych zasad – każdy obywatel ma swoją funkcję, jest przyporządkowany do danej dziedziny zawodowej, co determinuje piętro, na którym żyje. Stosuje się politykę kontroli urodzeń, szansa na posiadanie potomka pojawia się tylko i wyłącznie w przypadku śmierci któregoś z mieszkańców. Nie ma tutaj co prawda jasnego podziału kastowego, przyznać też trzeba, że ludzie są sobie względnie równi. Tym niemniej całość zbudowana jest raczej standardowo.

Mimo pewnej przewidywalności bardzo podoba mi się sposób, w jaki autor podszedł do wykreowanego przez siebie świata. Niejednokrotnie zdarza mi się narzekać na potraktowane po macoszemu wizje, zbyt skomplikowane nawet dla samego twórcy, nie wspominając o biednym czytelniku, który dostaje tyle informacji, co kot napłakał. Tutaj jednak sprawy mają się inaczej. Autor zgrabnie poradził sobie z odwiecznym dylematem: jak przedstawić świat, by nie ingerować zbytnio w fabułę i nie przeładować jej informacjami. Sceny związane z wędrówkami bohaterów w górę i w dół okazały się świetnym nośnikiem wiedzy i okazją do często niespiesznej i przyjemnej opowieści. W ten sposób czytelnik ma okazję dobrze i w miarę dokładnie poznać rzeczywistość Silosu i rządzące nim prawa. Sprawę ułatwia fakt, że większość rzeczy jest tu zwarta i logiczna, jak to bywa w hermetycznych i zamkniętych społecznościach.

Spójność świata przedstawionego wiąże się z jeszcze jednym ważnym aspektem, pozwala bowiem czytelnikowi na samodzielne porządkowanie myśli. Podczas lektury Silosu mózg pracuje na pełnych obrotach, a odbiorca ma szansę na bieżąco wykorzystywać otrzymywane informacje. A jest co robić, bo opowieść pełna jest zróżnicowanych wątpliwości i niespodziewanych zwrotów akcji, a przy tym wszystkim całość wypada szalenie realistycznie. Z początku mamy do czynienia z zagadką, która w moim przypadku cudownie uruchomiła wyobraźnię – miałam w głowie całą masę możliwych scenariuszy i zrobiłam przerwę w lekturze, by móc kilka z nich rozważyć. Później, w okolicach połowy, gdy akcja nabiera tempa, wiele wątków rozgrywa się jednocześnie i ciężko jest przewidzieć, co może stać się dalej. Bardzo podoba mi się takie wodzenie czytelnika za nos, tym bardziej, że trwa ono do samego końca.

Przyjemnością jest składanie tej układanki samodzielnie, choć przyznać trzeba, że część tej radości została nam brutalnie odebrana. Tak naprawdę moim zdaniem powieść ma tylko jedną słabą stronę, a jest nią przeplatanie chronologii. Niestety zdarza się, że obserwujemy pewne kluczowe wydarzenie, a dopiero później, po magicznej wstawce x czasu wcześniej mamy szansę prześledzić historię, która doprowadziła akcję do tego właśnie punktu. Jest to zabieg stosunkowo powszechny, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się dobrze go odebrać; zazwyczaj czuję się tak jak teraz – jak gdyby ktoś odebrał mi całkiem przyzwoitą zabawkę, pozbawiając przyjemności.

Owo zniekształcenie nie pojawia się jednak na tyle często, by miało ważyć na ocenie całości książki. W ostatecznym rozrachunku Silos jest powieścią dobrą, jeśli nie bardzo dobrą, w odniesieniu do pozostałych, dostępnych na rynku dystopii. Jeśli poszukujecie książki, która nie rozgrywa się w infantylnym świecie dzieci i młodzieży, powieści wolnej (póki co) od ckliwych wątków romansowym, mogę Wam z czystym sumieniem polecić właśnie ten tekst. Pomysł nie jest może skomplikowany, a świat nie należy do najdziwniejszych i najbardziej niezwykłych, opowieść gwarantuje jednak dobrze spędzony czas, wartką akcję i dreszczyk emocji, pozostawiający bardzo pozytywne wrażenie. Choć na początku miałam pewne opory podczas lektury, po mniej więcej stu stronach wszystkie znikły, a ja dałam się ponieść historii i właściwie do samego końca nie odłożyłam książki na dłuższą chwilę. Tekst ma w sobie coś wciągającego i wprost nie mogę się doczekać drugiego tomu – ufam, że będzie co najmniej równie dobry.


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Papierowy Księżyc.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (650 stron).

wtorek, 9 września 2014

Mark Lawrence - "Książę cierni"

Są takie książki, wobec których nie ma się specjalnie wygórowanych oczekiwań. Ot, po prostu kolejna lektura mająca potencjalnie zapewnić nieco przyjemności. Tak też było w moim przypadku z Księciem cierni - po powieść sięgnąłem licząc zwyczajnie na dobre fantasy, nie zwracając uwagi na liczne pochwały umieszczone w blurbie. Nie miałem pojęcia, że będę aż tak zaskoczone.

Jorg Ancrath to syn króla, jednak jego życie dalece odbiega od tego, jakie prowadzi się będąc członkiem rodziny monarchy. Młody książę był świadkiem śmierci swojej matki oraz młodszego brata, a gdy okazało się, że jego ojciec nie zamierza ukarać winnego tej zbrodni, uciekł z zamku i przyłączył się do bandy rzezimieszków. Teraz, będąc ledwie nastolatkiem, przewodzi tej grupie bandytów, która niszczy i rabuje wszystko na swojej drodze. Gdziekolwiek się pojawią, tam na pewno ziemię splami krew.

Przyznaję, że sam początek lektury był dla mnie lekkim szokiem. Autor od razu wprowadza czytelnika w brutalny świat, ukazując mu zgliszcza wiejskiej osady, w której banda Jorga dokonała właśnie rzezi na niewinnych mieszkańcach. Plastyczność i szczegółowość opisów to zdecydowanie mocna strona powieści Marka Lawrence’a - pisarz nie bał się wpleść w swój tekst brutalnych obrazów, bez skrupułów pisząc o odcinanych fragmentach ciała czy wypływających na zewnątrz wnętrznościach. Co więcej, im dalej fabuła szła do przodu, tym bardziej miałem wrażenie, że takich opisów jest więcej.

Duży udział w takim przedstawieniu wydarzeń ma kreacja głównego bohatera. Jorg, chociaż nie ma nawet piętnastu lat, jest osobą zepsutą do szpiku kości. Gwałci, rabuje, morduje, pali wsie - nie ma chyba rzeczy, przed którą by się cofnął. Potrafi nawet zabić kogoś, bo taki ma akurat kaprys. Obserwowanie tego wszystkiego z jego perspektywy jest w pewien sposób przerażające, znamy też bowiem jego myśli. Jednak dzięki pojawiającym się co jakiś czas retrospekcjom poznajemy wydarzenia z przeszłości, które ukształtowały młodego księcia. Muszę przyznać, że dawno nie spotkałem się z postacią, do której żywiłem same złe uczucia, wręcz nią gardząc, a jednocześnie czułem wobec niej - sam nie wiem jak to określić - współczucie? Litość? Pewnego rodzaju żal?

Podczas samej lektury nie byłem nawet w stanie zwrócić uwagę, czy książka posiada jakieś błędy. Owszem, wyłapałem pojedyncze wpadki tłumacza, ale nic co wykraczałoby poza ogólnie przyjętą normę. Dopiero teraz jest w stanie zauważyć jeden poważny mankament: mniej więcej od połowy książki tempo akcji niesamowicie wzrosło, przez co wiele wydarzeń było opisane po łebkach, a część z nich ewidentnie służyło przyśpieszeniu fabuły. Trochę wprowadzone na siłę wydawały mi się sceny służące ukazaniu czytelnikowi rzeczywistej natury świata, w który dzieje się akcja. Aczkolwiek do samego pomysłu na uniwersum nic nie mam - jest wręcz ciekaw, jak wpłynie on na przygody bohaterów w kolejnych częściach cyklu.

Książę cierni był książką zupełnie inną niż się spodziewałem - i całe szczęście! Lektura tej powieści była dla mnie niesamowitą przygodą i już nie mogę się doczekać momentu, w którym sięgnę po kolejne tomy. Jasne, nie obyło się bez jakichś mniejszych lub większych błędów czy niedociągnięć, ale w żaden sposób nie wpłynęły one na przyjemność płynącą z lektury. Chyba po prostu potrzebowałem tego typu dark fantasy, w dodatku z dość interesująco wykreowanym antybohaterem w roli głównej (a tych przecież nie ma jakoś specjalnie dużo w literaturze). A, i zapomniał bym dodać: książka również cieszy oko, bo jest naprawdę ładnie wydana.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Papierowy Księżyc.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (422 strony).

sobota, 6 września 2014

Robert McCammon - "Magiczne lata"

Pewnego marcowego ranka Cory Mackenson przeżywa koszmar, który na długie lata pozostanie w jego głowie - gdy wraz z ojcem, dostawcą mleka, wyrusza w poranną trasę, jest świadkiem śmierci mężczyzny. Zmasakrowane ludzkie ciało zostało umieszczone w samochodzie, po czym skierowane wprost do jeziora, by wraz z autem spocząć na wieki na jego dnie. Na miejscu zbrodni chłopiec znajduje zielone piórko, widzi też tajemniczą postać; niestety są to jedyne ślady, które pozostawił po sobie morderca. Niewyjaśniona sprawa staje się odtąd przekleństwem prześladującym zarówno Cory’ego, jak i jego ojca.

Nie miejmy jednak złudzeń, to nie zbrodnia wysuwa się tu na pierwszy plan. Owszem, przez cały tekst, a co za tym idzie całe dzieciństwo Cory’ego, temat ten przewija się gdzieś w tle, wiele jest jednak wydarzeń, które nie mają z nim związku. Tak naprawdę podczas lektury obserwujemy codzienność chłopca oraz jego zmagania z tym, co niewyjaśnione i tajemnicze. Zephyr nie jest bowiem zwyczajnym miasteczkiem - mamy tu sporo sytuacji zakrawających na paranormalność.

Podstawowy problem w lekturze tej książki był taki, że po 200 stronach nadal nie wiedziałam, o czym ona jest. Wątek kryminalny nie wydał mi się niezwykle frapujący, właściwie nazwałabym go… nienachalnym - wciąż pozostawał gdzieś w tle. Nie odczułam także szczególnego nastroju grozy. Metafizyczne, paranormalne zdarzenia mnie nie przekonały, ale brnęłam dalej. Pomyślałam, że skoro książka jest tak wychwalana, musi być w niej coś niezwykłego… Po zakończeniu trudno mi przyjąć, że opowieść ta nosi miano thrillera, dreszczowca, horroru czy powieści sensacyjnej. W moim odczuciu nie ma tu niezwykłego klimatu, czy napięcia przyprawiającego człowieka o ciarki. Przez dwie trzecie książki nie dzieje się nic, co mogłoby emocjonować, bo zaczynamy od tąpnięcia, szoku, a później akcja przygasa i staje się właściwie zwyczajną opowieścią. Jedynie pod koniec wraca, gdy zagadka zostaje rozwiązana.

Gdybym miała jednoznacznie określić główny wątek książki, z pewnością wskazałabym na dorastanie. Cory, jak wiele dzieci, ma marzenia, ambicje i plany, uczy się też życia - funkcjonowania w społeczeństwie i lawirowania między prawami i obowiązkami. Jedynym, co różni go od rówieśników, jest akceptacja dla tego, co niezwykłe. Cory żyje niejako obok magii i zupełnie bezkrytycznie przyjmuje jej istnienie.

Tym, co z pewnością zasługuje na pochwałę, jest wspaniały warsztat autora. Opowieść ani przez chwile mi się nie dłużyła, napisana jest pięknym, acz przystępnym językiem, pełno w niej również elementów humorystycznych i autoironicznych. Bohaterowie są stworzeni naturalnie i spójnie, autor wprowadził do tekstu wiele ciekawych postaci. Interesujące jest również tło społeczne, ilustrujące problem rasizmu w USA. Wszystko to jednak nieco mnie rozczarowało - po peanach na okładce spodziewałam się powieści naprawdę niezwykłej, tymczasem żadna z moich nadziei nie została spełniona. Być może nie jest to po prostu książka dla mnie...


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Papierowy Księżyc.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (652 strony).

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Darynda Jones - "Pierwszy grób po prawej"

Ostatnio uznałam, że powinnam bardziej interesować się książkami, które nabywam. Czasem zdarza się tak, że skusi mnie opis okładkowy i na nic innego nie zwracam uwagi, a to, co potem trafia w moje ręce, jest co najmniej dziwne i wywołuje na mojej twarzy konsternację. Książkę Daryndy Jones wyszukałam w Internecie i, sugerując się opisem, zamówiłam. Muszę przyznać, że zdziwienie było spore, gdy dodatkowe opisy znajdujące się na tylnej okładce poinformowały mnie, iż mam do czynienia z książką z gatunku paranormal romance… Przyznam bez bicia: do fanek tego typu książek nie należę. Ale podjęłam próbę, która chyba mi się opłaciła.

Historia opowiada o losach Charley Davidson, córki policjanta, która na co dzień jest… kostuchą. Widzi zmarłych, rozmawia z nimi i pomaga przejść na drugą stronę. Jednakże, jak powszechnie wiadomo, nie każda dusza może po śmierci zaznać natychmiastowego spokoju – niektórzy, a jest ich wbrew pozorom całkiem sporo, wymagają rozwiązania pewnych zagadek związanych z własnym zgonem. Ci również trafiają prosto do Charley, która dodatkowo para się zajęciem prywatnego detektywa, co jest przykrywką dla podpowiadania policji podczas poszukiwania sprawców morderstw. W chwili gdy poznajemy bohaterkę, trafia do niej troje martwych prawników żądających pomocy. Kobieta ma jednak problem ze skupieniem  na sprawie, gdyż co noc dręczą ją sny, w których uprawia dziki i namiętny seks z pewną zjawą, która okaże się bliższa, niż można by przypuszczać…

Spodziewałam się, że kryminalno-erotyczne przygody bohaterki wciągną mnie od pierwszej strony, jednak tak się nie stało. Mimo gagów i uśmiechów musiałam długo wbijać się w ów specyficzny nastrój. Dopiero w połowie tekstu przywykłam do narracji, a główne wątki zdołały mnie zainteresować. Muszę jednak przyznać, że od tego momentu czytanie bardzo się zmieniło – pod koniec przerzucałam strony w tempie ekspresowym, chcąc się dowiedzieć, co będzie dalej. W dodatku, ku własnemu zaskoczeniu, poczułam lekkie ukłucie żalu, gdy książka się skończyła. Nie znaczy to jednak, że książka jest idealna i wspaniała.

Narratorką tekstu jest sama Charley i już w tym miejscu zaczynają się schody przy ocenie. Bohaterka nie jest łatwa do zaszufladkowania. Jej sposób mówienia jest stylizowany na zabawny trochę na siłę, jakby autorce zabrakło wyczucia w stosowaniu wtrąceń i komentarzy. Poza tym ocena sytuacji bohaterki nie do końca mi odpowiada, a takie cechy jak złośliwość czy dystans do świata są po prostu wyolbrzymione. Z drugiej strony uwielbiam sceny, gdy Charley rozmawia  ze zmarłymi – staje się ciepła i pomocna, profesjonalna. Widać na pierwszy rzut oka, że woli duchy niż ludzi, co może wynikać ze zbyt często zawodzonego zaufania. Nie zmienia to jednak faktu, że polubienie takiej bohaterki w realnym życiu wymagałoby wielu pokładów cierpliwości.

Warto jeszcze wspomnieć o wątku romansowym, którego tak się obawiałam – nie było aż tak źle. Być może dlatego, że tak naprawdę żadnego romansu nie było. Bohaterka owszem, uprawia we śnie seks z bliżej niekreślonym nieznajomym i owszem, poświęca naprawdę sporo czasu na szukanie go, ale o problemach sercowych, trudnych wyborach czy emocjonalnym rozchwianiu, jakie kojarzy mi się z paranormal romance, nie ma tu mowy. Autorce udało się uciec od schematu i odrzeć cały wątek z niepotrzebnych emocji, a historia tajemniczego ducha staje się świetną osią całej książki. Zarówno jej poprowadzenie, idealnie wplątane w przeszłość Charley, jak i zakończenie, w pełni spełniają moje oczekiwania. Tak, treść jest w tej książce wielką mocną stroną.

Pierwszy grób po prawej to opowieść utrzymana w lekkim i zabawnym klimacie, pełna gagów i potknięć głównej bohaterki. Podczas lektury miałam nieodparte wrażenie, że czytam tekst dla nastolatek, co dziwacznie kontrastowało z „dorosłym” językiem na skraju wulgarności i scenami erotycznymi, które bynajmniej do grzecznych nie należą. Trzeba jednak przyznać, że autorka ma leciutkie pióro i dobrze spełnia się w roli pisarki. Nie nazwałabym tej książki jednak ani dobrym kryminałem, ani wybitnym przedstawicielem paranormal romance. To po prostu kawałek przyjemnej wariacji na temat fantastyki. Pomysł jest dobry i w sumie podoba mi się jego rozwinięcie. 

czwartek, 7 sierpnia 2014

Jack Ketchum - "Dziewczyna z sąsiedztwa"

Zawsze zdecydowanie wolałam horrory oparte na ciemnych stronach ludzkiej psyche, od bezmyślnej rąbanki fundowanej durnym ludziom przez zombie, wampiry czy inne dzikie zwierzęta. Uważam, że aby naprawdę przestraszyć człowieka, trzeba poruszyć w nim takie struny, o których sam nie ma pojęcia – najlepiej nadają się do tego lęki pierwotne. Mistrzem tak poprowadzonego horroru jest dla mnie Stephen King, u którego krew wcale nie musi się lać, by było strasznie, złowieszczo, a przynajmniej słodko nieswojo. Muszę jednak przyznać, że również Jack Ketchum ma potencjał, który w dziedzinie takiego mistrzowskiego horroru może wynieść go na wyżyny.

Tytułową „dziewczyną z sąsiedztwa” jest Meg – nastolatka, która niedawno straciła w wypadku samochodowym oboje rodziców, teraz natomiast, wraz z kaleką siostrą, trafia do domu dalekiej ciotki, Ruth. Kobieta, choć w otoczeniu przyjaciół syna postrzegana jest jako matka idealna, szybko okazuje się być co najmniej niezrównoważona, w dodatku wyraźnie nie przepada za dziewczętami. Jednak awantury, jakie na każdym kroku urządza ciotka, to dopiero początek koszmaru, jaki już niebawem ma stać się udziałem Meg – dziewczyna spędzi wiele tygodni w piwnicy, gdzie banda dzieciaków pod czujnym okiem Ruth będzie zadawała jej najwymyślniejsze tortury. W klice przyjaciół znajdzie się tylko jeden, którego opór wkrótce zmieni bieg wydarzeń.

Zastanówmy się – jak postrzegamy swoich sąsiadów? Co możemy o nich powiedzieć? Z reguły są to banalne slogany dotyczące umiarkowanie pozytywnych cech – są mili, kulturalni, spokojni. Gdy raz na jakiś czas okazuje się, że ktoś (czyjś sąsiad, bądź co bądź) popełnia straszliwą zbrodnię, ludzie są zszokowani – przecież go znali, widywali każdego dnia. Tyle że tak naprawdę nikt z nas nie wie, co dzieje się w pobliskim domu czy mieszkaniu. Na co dzień wolimy o tym nie myśleć, a nawet jeśli do naszych uszu dochodzą podejrzane dźwięki lub plotki, nie słyszymy. Lepiej jest nie wiedzieć…

Na takim właśnie lęku bazuje Jack Ketchum, nie jest to jednak jedyny poruszany przez niego aspekt. Książka jest także – a może przede wszystkim – studium psychologicznym ofiary i oprawcy.

W tej piwnicy, z Ruth, zacząłem uczyć się, że złość, nienawiść i samotność są niczym pojedynczy przycisk, czekający na palec, który poprowadzi człowieka do destrukcji.[s.147]

Muszę przyznać, że ciężko mi zrozumieć i uargumentować zachowania bohaterów. Rozumiem Ruth, kobietę opuszczoną, oszalałą i rozgoryczoną, która po prostu nienawidzi innych przedstawicielek swojej płci. Skąd jednak tak wielkie pokłady agresji w jej nastoletnich synach? Chłopcy nie są zwykłymi, zastraszonymi dziećmi, które posłusznie podejmują działania, podsuwane im przez dorosłych, w obawie przed karą. To świadomi, okrutni oprawcy, doskonale rozumiejący konsekwencje swoich czynów i granice, jakie przekraczają. Być może mało widziałam, ale wciąż jest to dla mnie niewyobrażalne.

Jednego na pewno nie można odmówić Ketchumowi – bezkompromisowości. Autor odważnie snuje swoją opowieść i wywleka skrajną sytuację, dodatkowo ją wyolbrzymiając. Ta książka zdecydowanie może Was wyprać i wywrócić na drugą stronę przez swoją prostotę i dosadność opisu. Nie polecam jej wrażliwcom, a silniejszym podpowiadam – wyłączcie wyobraźnię. Można przez to przejść chyba tylko bez zbytniego skupienia na obrazach. Muszę jednak przyznać, że w swojej klasie tekst jest naprawdę na wysokim poziomie, a emocje, które wywołuje, są doprawdy niezapomniane. Choć od pierwszej strony wiemy, co wydarzy się na końcu, napięcie budowane jest po mistrzowsku.

Na koniec jeszcze jedno, choć rzadko o tym wspominam – przedmowa. Tę do Dziewczyny z sąsiedztwa napisał Stephen King i muszę powiedzieć, że czytało się ją z przyjemnością. Zdecydowanie nie są to standardowe, puste peany, a dokładny i rzetelny opis, z jednej strony przybliżający autora, z drugiej zaś – analizujący tekst. W tym przypadku, choć rzadko tak bywa, jest to dobry dodatek i ciekawe uzupełnienie opowieści. 


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Papierowy Księżyc.

środa, 2 kwietnia 2014

Patrick Ness - "Siedem minut po północy"

Choć często bywa tak, że do zakupu książki przekonuje mnie okładka, niewiele mam w swoich zbiorach tekstów, których szatę graficzną mogłabym uznać za autentycznie piękną. W przypadku „Siedmiu minut po północy” grafiki wewnątrz są równie ważne jak sama historia i na równi ze słowami tworzą nastrój, skądinąd perfekcyjny. To za jego sprawą zrezygnowałam z lektury tej książki w okolicach północy – zbyt wiele emocji przeżyłam i przetrawiłam tamtego wieczora, musiałam się przespać, by dopiero z rana stanąć w oko z potworami – zarówno prześladującymi głównego bohatera, jak i mnie samą.

Książka porusza niezwykle trudną i delikatną tematykę. Conor, główny bohater, jest trzynastolatkiem, którego los absolutnie nie oszczędzał – jego ojciec wyjechał do Ameryki, gdzie założył nową rodzinę, on sam natomiast mieszka ze śmiertelnie chorą matką. Kobieta walczy z rakiem, właściwie jest w stadium terminalnym, gdy ostatnie z możliwych metod leczenia nie skutkują. Chłopiec staje w obliczu kolejnej utraty i emocji, do których nie chce się przyznać przed samym sobą. Walczy ze społecznym wykluczeniem na polu szkoły. Jakby tego było mało, oprócz nękającego go koszmaru, w którym wypuszcza spadającą matkę z rąk, pewnej nocy pojawia się kolejny, dużo bardziej realny. Potwór, którym okazuje się stary, rosnący nieopodal domu Conora, cis, funduje mu podróż w głąb samego siebie i pozwala dostrzec i uwydatnić kwestie, które jak dotąd chłopak wolał ukrywać głęboko w podświadomości.

Tekst czyta się naprawdę szybko, lektura zajmuje około 45 minut. Mimo trudnej tematyki jest przystępnie napisany, zachowuje konwencję tajemniczości i odrealnienia. Autor wykorzystał elementy horroru i grozy, choć emocje, wywoływane w czytelniku, dalekie są do lęku. Tak naprawdę cała książka jest studium przypadku dziecka stojącego w obliczu przedłużającej się agonii rodzica. Bo nie chodzi tu paradoksalnie o poczucie straty – raczej o mękę i wpływ, jaki cała sytuacja ma na psychikę i funkcjonowanie Conora. Oto dowiadujemy się, że dziecko z trudem radzi sobie z samym sobą, a własne demony dopadają je nie mniej niż dorosłego.  Wstydzi się swoich odczuć, a bez pomocy z zewnątrz nie jest w stanie ich oswoić, zaakceptować i „przerobić”.

Jak już wspomniałam – za dużą część nastroju książki odpowiedzialne są ilustracje Jima Kaya. Niemal każda strona jest choć odrobinę zarysowana, osobiście miałam wrażenie, że przeglądam pamiętnik dziecka z naprawdę dużymi problemami. Mroczne kształty, wyolbrzymienia i wszechobecna czerń potęgują uczucie zagubienia i bezradności, pochłaniają niczym najgorszy koszmar. Obaj panowie wykonali dobrą robotę, doskonale oddając klimat psychiki Conora. Tekst jest niezwykle metaforyczny i baśniowy, przesycony symbolami, podobnie z resztą jak ilustracje. Wszystko razem pozostawia w czytelniku wrażenie, które pozostanie z pewnością na długo, a które niezwykle ciężko ująć w słowa. Po prostu trzeba tego doświadczyć na własnej skórze.

piątek, 20 września 2013

James Dashner - "Więzień Labiryntu"

Po fenomenie „Igrzysk śmierci” stałam się fanką nowego wydania postapokalipsy. Słyszałam już wielokrotnie, że cofam się w literackim rozwoju i niepotrzebnie zawracam sobie głowę książkami dla młodzieży. Warto jednak czasem sięgnąć po coś lżejszego, poza tym fenomen tego typu literatury jest tak silny, że po prostu musiałam przekonać się na własnej skórze, o co w tym wszystkim chodzi.

Wybór „Więźnia Labiryntu” nie opierał się na kwestiach merytorycznych. Po prostu ze wszystkich tego typu książek był najbardziej niedostępną. Dlatego też, kiedy przy pierwszej okazji jego obecność w sklepie zbiegła się z promocją, znalazł się on w mojej bibliotece, a ja od razu zaczęłam lekturę.

Swoją przygodę w Labiryncie rozpoczynamy wraz z Thomasem i to on jest naszym przewodnikiem po wykreowanym przez tajemniczych Stwórców świecie. Właściwie wszystko tu jest tajemnicze, ponadto pozostali, uwięzieni w Labiryncie chłopcy, wiedzą niewiele więcej od nowego kolegi, wszyscy bowiem mają perfekcyjnie oczyszczone umysły. Kojarzą fakty, powiedzenia, obrazy, jednak nie wiedzą niczego konkretnego. Nie mają nic prócz przeświadczenia, że nie znaleźli się tu przypadkowo.

Radzą sobie z resztą całkiem nieźle, żyją bowiem w zorganizowanej społeczności, wykorzystując do maksimum wszystko, co otrzymują z góry (czy raczej z dołu, bo dzieje się to za pośrednictwem szybu w ziemi). Mają swoją gwarę, zachowania i w rzeczywistości są sobie dużo bliżsi, niż im się wydaje. Funkcjonują według Zasad, ściśle określonych, rygorystycznie przestrzeganych i tym samym gwarantujących ład. Każdy zajmuje określone stanowisko – jedni zajmują się roślinami, inni czyszczą toalety, a tymczasem elitarna grupa Zwiadowców co rano zapuszcza się w korytarze Labiryntu, by kreślić mapy zmiennych ścian. Muszą tylko pamiętać, by wrócić przed zmrokiem, bo to, co czeka na nich w środku przynosi śmierć – do czasu.

Ład kończy się niemal dokładnie w momencie, gdy w Labiryncie pojawia się Thomas. To on pierwszy łamie zasady, nie ponosząc za to niemal żadnej kary, wręcz zbierając zasługi za dokonane czyny. Tuż po nim w Strefie pojawia się tajemnicza dziewczyna, której wiadomość ma na zawsze zmienić los chłopców. Tak, jeszcze bardziej.

Przytłaczającym zakończeniem książki jest odkrycie (sygnalizowane właściwie od początku), że wszystko, co zdarzyło się w Strefie zostało może nie tyle zaplanowane, co przewidziane. Wiele przypadków okazuje się przypadkami nie być, a sterowane wolą Stwórców maszyny nie są tak bezmyślne, jak mogłoby się wydawać. W Labiryncie nic nie umknie uwadze badaczy z organizacji DRESZCZ, przyglądają się biernie całemu okrucieństwu, które ma miejsce w górze. A jednak dziewczyna twierdzi, że DRESZCZ jest dobry.. O co tu chodzi?

Po przeczytaniu całości uczucia mam mieszane. Książka Jamesa Dashnera nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak trylogia Suzanne Collins, o czym najlepiej świadczy fakt, że nie pobiegłam od razu po jej ukończeniu po kolejny tom. Nie zżyłam się z bohaterami, nie tęsknię za nimi i nie mam wielkiego parcia, żeby jak najszybciej dowiedzieć się, co stało się z nimi dalej. Jedyne, co dręczy mnie do dziś, to pytanie – czy DRESZCZ naprawdę jest dobry? Co może ich usprawiedliwić? Mam nadzieję, że moje wątpliwości rozwieją się niebawem.