Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Cichowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Cichowski. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2017

Najlepsze książki 2017 roku



W 2017 roku przeczytałam 64 książki. Nie wiem, czy to dużo, czy mało  biorąc pod uwagę, jak niewiele czasu miałam ostatnio, uważam że to całkiem dobry wynik. O tych pozycjach, które mnie nie zachwyciły, staram się jak najszybciej zapominać, ale uznałam, że te lepsze zasługują na przypomnienie i kilka dodatkowych słów. Zapraszam zatem na opowieść o tych historiach, które zrobiły na mnie największe wrażenie w ciągu minionych dwunastu miesięcy.

poniedziałek, 27 marca 2017

Rafał Cichowski – „Pył Ziemi” [przedpremierowo]


Agresywna eksploatacja Ziemi przez człowieka musiała w końcu przynieść opłakane skutki – w XXIV wieku ludzkość jest zmuszona uciekać w kosmos, by na pokładzie statku dalej się rozwijać i podtrzymywać istnienie gatunku. Siedemset lat później nowe jednostki, podrasowane technologicznie tak, by być właściwie nieśmiertelnymi, wracają na planetę-matkę, by odnaleźć zapis wspomnień ludzkości. Ku ich zaskoczeniu okazuje się, że na Ziemi nie tylko pozostali ludzie – oni wciąż żyją i są całkiem zorganizowani…

Od samego początku podobało mi się to odwrócenie klasycznego w science fiction schematu, gdzie albo ludzie eksplorują nieznaną planetę i napotykają na obcych, albo ci drudzy w jakiś sposób trafiają do Układu Słonecznego i są zagrożeniem dla człowieka. Tutaj mamy zupełnie inną sytuację: to ludzie (bo mimo modyfikacji technicznych tak właśnie postrzegamy parę głównych bohaterów, skoro są bezpośrednimi potomkami uciekinierów) trafiają na Ziemię, by spotkać… innych ludzi, z którymi bynajmniej nie nawiązują naturalnej nici porozumienia. Z jednej strony jest to zatem opowieść o spotkaniu dwóch istot na różnym poziomie rozwoju, z drugiej zaś główną rolę odgrywają wydarzenia z przeszłości, które stopniowo będziemy odkrywali.

Poza odwracaniem schematów, Pył Ziemi jest również przyjemną zabawą konwencjami. To powieść bardzo dynamiczna, wręcz przygodowa, z wieloma zagadkami, zagrożeniami i zwrotami akcji. Momentami awanturnicza, innym razem przypominająca baśń (mam tu na myśli całą historię królowej Lys – niesamowicie kojarzyła mi się z Czerwoną Królową z Alicji w Krainie Czarów), za każdym razem zachwycająca. Autor dba o szczegóły, co widać najlepiej, gdy bohaterowie poruszają się po wiernej kopii wiktoriańskiego Londynu. Konwenanse, relacje międzyludzkie, sposób mówienia i zachowania postaci świetnie odzwierciedlają epokę. 

Wszystko to jednak aspekty techniczne, a jak wygląda sama treść? Przede wszystkim za pośrednictwem głównych bohaterów stopniowo odkrywamy prawdę o tym, jak wyglądały kulisy ucieczki ludzi z Ziemi: co było prawdziwą przyczyną, jaka atmosfera towarzyszyła akcji i dlaczego część ludzi pozostała na planecie, która miała wkrótce zginąć. Choć na samym początku historia może wydawać się czystą fantastyką, szybko okazuje się, że we wszystkich zdarzeniach główną rolę grają najpaskudniejsze ludzkie cechy. Autorowi bardzo dobrze udało się ująć wszelkie motywacje postaci, zarówno w kontekście globalnym, jak i jednostkowym, a całość prezentuje spójny i autentyczny scenariusz.

Nie mogę nie wspomnieć również o kreacji głównych bohaterów. Lilo i Rez to dwoje ludzi, których los od narodzin był naznaczony cierpieniem, a oni sami kształtowani byli dokładnie pod misję, którą mają wykonać. Są zdeterminowani, silni, a jednak nie brak im wątpliwości i potrafią zastanawiać się nad sensem wykonywanych zadań. Dzięki takim ich ukazaniu Pył Ziemi zyskał dodatkową warstwę treściową: stał się opowieścią o niezwykłej miłości. Bohaterowie znają się na wylot, są raczej jak rodzeństwo, bliźnięta, które wiedzą o sobie wszystko, znają swoje myśli i reakcje, a mimo to nowa sytuacja jest w stanie wynieść ich relację na zupełnie nowy poziom. Ten aspekt książki intryguje nie mniej niż pozostałe. 

Choć jest to powieść bardzo specyficzna, momentami wręcz dziwna przez pomieszanie konwencji i gatunków, jej lektura była wspaniałą przygodą. Autor miał dobry pomysł na chwytliwą historię, udało mu się wykreować bohaterów, którym aż chce się towarzyszyć, a przy tym wszystkim utrzymał świetny klimat. Zachęcam, polecam, chwalę. Oby więcej takich książek na naszym rodzimym podwórku.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
Premiera 29 marca!

piątek, 13 lutego 2015

Rafał Cichowski - "2049" [recenzja przedpremierowa]

Życie w wieżach w obrębie murów Ketry, miasta będącego szczytowym osiągnięciem ludzkości, to istna sielanka. Nie trzeba martwić się o pracę i zarobki, a każdemu z mieszkańców przysługuje luksusowe mieszkanie. Taki właśnie żywot prowadził Robert Welkin, jednak w wyniku ujawnionych okoliczności okazuje się, że mężczyzna nie ma prawa zamieszkiwać w metropolii. Skazany w drodze programu telewizyjnego (który, o ironio, sam wymyślił) zostaje wygnany i trafia do Ketry B - quasi-miasta otaczającego podstawową Ketrę, gdzie ludzie żyją w cieniu gigantycznych wież mając nadzieję, że kiedyś uda im się przekroczyć mur i zaznać luksusu. Robert musi się przystosować do nowej sytuacji; do życia, w którym żeby coś osiągnąć, trzeba o to walczyć z innymi.

Gdy siadałem do lektury 2049, nie spodziewałem się, że książka wywrze na mnie tak duże wrażenie. Z góry założyłem, że to będę miał do czynienia z kolejną wizją przyszłości, nie wyróżniającą się na tle innych, podobnych tekstów. Nie mogłem się bardziej mylić - książka Rafała Cichowskiego to jedna z najlepszych antyutopii, jakie wpadły mi w ręce. I to nie tylko pod kątem kreacji świata (choć ta oczywiście stoi na wysoki poziomie i jest wewnętrznie spójna), ale także pod względem fabuły czy niesionego przesłania. To nie jest banalna powieść, to głęboka refleksja nad tym, dokąd zmierza nasz świat, przyjmująca formę zarówno rozważań filozoficznych, jak i ostrej, bezkompromisowej satyry. To ostatnie obejmuje wszystko, co trzeba: oberwało się władzy, mediom (na czele z programami szukającymi talentów), blogerom, no i przede wszystkim społeczeństwu.

2049 potrafi zaskoczyć jak mało która książka. Choć tekst nie liczy sobie nawet trzystu stron, co rusz fabuła skręca w niespodziewaną stronę, a sam wydźwięk powieści okazuje się być inny, niż wcześniej się wydawało. Tak naprawdę za każdym razem, gdy w mojej głowie krystalizowała się ogólna opinia na temat dzieła Cichowskiego, ledwie po kilku stronach działo się coś, co wywracało moje spojrzenie na książkę na drugą stronę, w drobny mak rozbijając to, co zdążyłem sobie pomyśleć. Czytając tę powieść trzeba po prostu “spodziewać się niespodziewanego”, bo wielu zastosowanych przez autora rozwiązań nie da się przewidzieć.

Tym, co w moim odczuciu wysuwa się na pierwszy plan powieści, jest wszechobecna dychotomia. Dwoistość świata widać na każdym niemal kroku: Ketra A i Ketra B; postęp cywilizacyjny i swoisty regres społeczny; Robert, który z luksusu trafił do brutalnego świata i Almeida, która żyjąc w cieniu wielkich wież marzy o tym, by zamieszkać w jednej z nich. Dwudzielność dotknęła nawet fabuły, w której spokojne fragmenty przeplatają się z dynamicznymi akcjami, a także języka, którym napisana jest powieść. Pierwszy raz spotkałem się z tak perfekcyjnym stylem, który swobodnie łączył potoczne zwroty z elokwentnymi wyrażeniami. Rynsztokowy język i wulgaryzmy stoją tu ramię w ramię z mową wyższych sfer, nierzadko mieszając się z nią, co wychodzi niespodziewanie dobrze. Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że coś takiego jest możliwe, chyba bym mu nie uwierzył.

Jak się tak dobrze zastanowić, to ciężko mi nawet wskazać jakąś wadę w 2049. Konstrukcja świata jest spójna, a autor trzyma się jej, choć nie boi się stosować nietypowych zagrań i co rusz odkrywa przed czytelnikiem kolejne elementy większej układanki. Podobnie jest z fabułą - widać, że jest ona przemyślana, a jednocześnie daleko jej do standardowych historii przedstawiających potencjalną przyszłość. Styl i język to istny majstersztyk zbudowany z nietypowych elementów; dość powiedzieć, że dawno nie spotkałem się z tak oryginalnymii, a jednocześnie do bólu trafnymi metaforami. Jedyne, o co mógłbym się przyczepić, to momentami zbędne wulgaryzmy i nieco zbyt karykaturalna kreacja jednego bohatera (choć z perspektywy czasu widzę, że były to jak najbardziej celowe zagrania), a także niewielka dawka mistycyzmu, której wprowadzenie w moim odczuciu nie wniosło zbyt wiele do całej historii. A, i może jeszcze zakończenie - pierwszy raz mam ochotę spamować autora książki mailami, aby jak najszybciej wydał kontynuację swojego dzieła. Zaś w oczekiwaniu na kolejną powieść zapewne nieraz zajrzę jeszcze do 2049.


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.