Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Insignis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Insignis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2019

Adam Kay – „Świąteczny dyżur”

Nieco ponad rok temu internet żył książką Będzie bolało autorstwa byłego lekarza, a obecnie brytyjskiego komika, Adama Kaya. To słodko-gorzka opowieść spisana w formie dziennika, prowadząca nas przez codzienność pracownika służby zdrowia na różnych szczeblach kariery. Z niebywałą lekkością, zgrabnie żonglując słowem, autor opisuje nam absurdy, z którymi spotykał się na co dzień w swojej praktyce. Absurdy, za które odpowiedzialni byli po równo lekarze, pacjencji i system. 

Świąteczny dyżur to w pewnym sensie kontynuacja poprzedniej książki Kaya. Jak sam mówi, znalazły się tu te opowieści, które były "zbyt świąteczne" lub "zbyt obrzydliwe", by przejść selekcję redakcyjną podczas składania Będzie bolało. Na szczęście czytelnicy nic nie stracą i mogą wrócić do tej gawędy. Najlepiej w okresie świątecznym – książka zachęca do tego pod każdym względem, zarówno tematyką, jak i stylistyką. I obrzydliwie zabawnymi wierszykami na początku każdego rozdziału!


„Ektomia” oznacza chirurgiczne usunięcie. Tak więc usunięcie żołądka to gastrektomia, sterylizacja mężczyzny to wazektomia, a wizyta w prywatnej placówce medycznej to forsektomia.


Nie wiem dlaczego, ale tym razem książka Kaya wydała mi się bardziej przygnębiająca, niż poprzednio. Może dlatego, że jest jest tu stosunkowo dużo gorzkich rozmyślań o kolejnych świętach spędzanych na dyżurze (taki już los młodych, bezdzietnych lekarzy, a także tych, którzy nie układają grafiku), a może same wpisy z dziennika nie były aż tak zabawne, jak to miało miejsce poprzednim razem. Nie oznacza to jednak, że brakuje tu absurdu; wręcz przeciwnie – jego stężenie na centymetr kwadratowy jest znacznie powyżej przeciętnej. Znów mamy okazję stracić wiarę w ludzi i dowiedzieć się czegoś nowego o możliwościach naszego ciała (a także jego brakach). Dowiemy się, dlaczego masło orzechowe to nienajlepszy lubrykant, co złego może się stać, gdy krawat lekarza dyżurnego niespodziewanie zacznie grać świąteczną melodyjkę, a także jakie pytania mogą okazać się kluczowe w wywiadzie ginekologicznym. 

Największą wadą Świątecznego dyżuru jest jego długość (czy raczej "krótkość", jeśli chcemy być precyzyjni). Już pierwszą książkę autora kończyło się niechętnie (to znaczy ciężko było zaakceptować fakt, że to już koniec), a z drugą jest gorzej, bo mamy jeszcze mniej stron i jeszcze mniej opowieści. Jest coś takiego w sposobie opowiadania Kaya, że mogłoby się go słuchać (lub czytać) godzinami, a Świąteczny dyżur kończy się niepostrzeżenie dosłownie po chwili. Mam szczerą nadzieję, że Adam Kay chowa przed nami jeszcze jakieś dzienniki, które będzie stopniowo ujawniał, albo niebawem skusi się na zebranie w formie książki absurdów zawodu komika. Jestem pewna, że jest ich całkiem sporo!


środa, 19 czerwca 2019

James Wallman – „Rzeczozmęczenie”



Czy macie czasem poczucie, że Wasza przestrzeń jest zagracona przedmiotami, których w większości nie używacie? Czy zdarza się Wam szukać w kuchennej szufladzie jakiejś rzeczy i co rusz wyciągać takie, które nawet nie wiecie, do czego służą? A może Wasza szafa jest przeładowana, a mimo to ciągle "nie macie co na siebie włożyć"? James Wallman powiedziałby krótko: Diagnoza? Rzeczozmęczenie!. Dość popularna sprawa w dzisiejszych, nastawionych na konsumpcję, czasach.

Czytałam już wiele książek dotyczących minimalizmu. Ich autorzy zwykle prezentują radykalne podejście i oferują nam filozofię redukcyjną, często nie tłumacząc, dlaczego powinniśmy właśnie ku niej się skłonić. Obcując z minimalistami przez interenet często miałam wrażenie, że wiele rzeczy robią na pokaz i choć ich postawa jest przeciwna do tej prezentowanej przez materialistów, w gruncie rzeczy kierują nimi podobne pobudki. Pod tym względem Rzeczozmęczenie różni się od innych książek. Skupia się bowiem na tłumaczeniu, skąd pochodzi kultura konsumpcyjna, dlaczego doprowadziła nas do przesytu i, co najważniejsze, w jakim kierunku możemy pójść, jeśli czujemy się tym wszystkim przytłoczeni. 

To właśnie alternatywa dla materializmu jest najciekawszym elementem książki. Eksperientalizm, bo tak nurt ten nazywa James Wallman, ma zaspokajać te same potrzeby co przywiązanie do przedmiotów, jednak jednocześnie pozwala nam na skupienie na tym, co daje znacznie bardziej stabilne poczucie szczęścia – na przeżyciach. Choć pozornie mniej trwałe, dają znacznie więcej satysfakcji, w dodatku ich "kolekcjonowanie" podnosi nasz status społeczny na dłużej. Autor przytacza szereg przykładów, które wskazują, że dla wielu osób doświadczanie staje się najważniejszym celem życia; tak istotnym, że decydują się na przykład na życie w trudniejszych, ale bardziej stymulujących warunkach. 

Od razu widać, że autor doskonale porusza się w tematach ekonomii i socjologii. Z resztą nie ma w tym niczego dziwnego, zawodowo zajmuje się bowiem prognozowaniem trendów, a więc analizą zachowań konsumentów. O zakresie swojej wiedzy opowiada ciekawie i z pasją, posługując się wieloma, często zabawnymi przykładami. Niestety gdzieś pomiędzy jedną ideą a drugą znajduje się cała masa niepotrzebnego bełkotu. To brzmi brutalnie, wiem, ale pod koniec książki zdarzało mi się omijać całe strony, bo nie byłam w stanie dłużej czytać powtarzanych w kółko tych samych tez i przykładów. Wydaje mi się, że gdyby książka była o 1/3 krótsza, nie straciłaby na treści, a czytałoby się ją znacznie lepiej.

To właśnie przez te, nie do końca dla mnie jasne, powtarzalne końcowe rozdziały, nie jestem w stanie jednoznacznie określić gatunku, jaki reprezentuje Rzeczozmęczenie. Nie jest to książka popularno-naukowa, bo więcej mamy tutaj przykładów empirycznych niż badań. Nie jest to poradnik, choć znajdziemy tu jeden niezbyt obszerny rozdział ze wskazówkami młodego eksperientalisty. Mimo wszystko jest to jedna z bardziej rzeczowych książek na temat minimalizmu, jaką miałam okazję czytać, ale zaznaczam, że wiąże się to z dużym naciskiem na teorię, a nie każdy musi to lubić.


piątek, 5 października 2018

Adam Kay – „Będzie bolało”



W ostatnich miesiącach bardzo rzadko czytałam dla rozrywki. Starałam się raczej sięgać po pozycje rozwijające, inspirujące i stymulujące, z których jak najwięcej mogę wyciągnąć, niż poświęcać czas na zabawę przy pozostałych. W międzyczasie pojawiła się jednak książka, obok której nie mogłam przejść obojętnie – zewsząd polecana i zachwalana. Lekka, prosta i przyjemna; taka, do której chce się wracać. A przy tym bardzo, bardzo prawdziwa...

niedziela, 30 września 2018

Dlaczego poradniki nie działają? || Gary John Bishop – „Unf*ck yourself. Napraw się!”



Czytając opinie w internetach, mam wrażenie, że żadne inne książki nie dzielą czytelników tak, jak poradniki. Niby każdy gatunek ma swoich zwolenników i przeciwników, ale to właśnie teksty dotyczące rozwoju osobistego zbierają najbardziej skrajne oceny. Gdy wczytałam się w treść negatywnych opinii, zauważyłam jedną wyraźną tendencję – pretensję o to, że powtarzanie banałów tak naprawdę nic nie daje. 

Zatem jak to jest z tymi poradnikami i dlaczego nie działają?

piątek, 15 grudnia 2017

Regina Brett – „Kochaj”



Amor incipit ab ego – Miłość zaczyna się od siebie. Takie zdanie mam wygrawerowane na długopisie i właściwie myślę, że mogłabym sobie je wytatuować (gdyby nie to, że tatuaże z napisami totalnie mi się nie podobają). I choć bycie dla siebie dobrym urosło do rangi sloganu i zostało już wytarte na wszystkie możliwe sposoby, wciąż uważam, że powinno się o tym przypominać tak często, jak się da. Codziennie patrzę na siebie, na bliskich, na znajomych i widzę, że wszyscy o tym zapominamy. Pal licho, jeśli tylko na chwilę i nie zdążymy narobić sobie szkód. Niestety w zdecydowanej większości przypadków ten brak staje się po prostu smutnym stylem życia.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Regina Brett – „Twój dziennik”

Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach nazwisko Reginy Brett, aż pisnęłam z zachwytu – poprzednie książki autorki znam i uwielbiam, więc nic dziwnego, że i kolejna mnie zainteresowała. Szybko jednak przyszło rozczarowanie, gdy zobaczyłam, co tak naprawdę jest zapowiadane. Dość długo trzymałam się od tej książki z daleka, ale jak wypadła, gdy w końcu trafiła w moje ręce?

Tym razem wydawnictwo Insignis zrezygnowało z dotychczasowej formuły tekstów Reginy Brett – zamiast zestawienia 50 lekcji otrzymujemy… kalendarz. Jest to terminarz uniwersalny, nieprzypisany do konkretnego roku, pozwalający na używanie go według własnego uznania i kiedy tylko przyjdzie nam na to ochota. Każdy miesiąc poprzedzony jest jedną lekcją autorki. Ponadto książka aspiruje do miana dziennika kreatywnego, co mają odzwierciedlać zawarte w niej proste i powtarzalne zadania, a także krótkie motywatory.

Dlaczego nie sięgnęłam po Twój dziennik od razu, skoro tak bardzo uwielbiam teksty Reginy Brett? Przede wszystkim w momencie premiery miałam już swój własny kalendarz na Nowy Rok (wyjątkowo wcześnie) i nie potrzebowałam kolejnego w wydaniu i formie, która zupełnie do mnie nie pasuje. Po drugie, wydało mi się niesprawiedliwe, że za dotychczasową cenę mam otrzymać ¼ tego, co w poprzednich książkach autorki. Zdecydowałam się dopiero, gdy dziennik pojawił się na empikowej promocji za 19.90 – wydało mi się to uczciwą ceną i jestem bardzo zadowolona ze swojej decyzji ,bo teraz, po lekturze, nabrałam pewności, że gdybym nabyła go wcześniej, byłabym jeszcze bardziej rozczarowana.

Co tak naprawdę mi się nie podobało? Otóż uważam, że takie wydanie skierowane jest do wąskiego grona odbiorców lub nakłania nas w jakiś sposób do kupienia czegoś, co tak naprawdę wcale nie jest nam potrzebne, a tego naprawdę bardzo nie lubię. Ponadto nie mogę pozbyć się wrażenia, że taki projekt przybliża Reginę Brett do Beaty Pawlikowskiej, a peseudofilozoficzne mądrości tej drugiej wywołują we mnie wyłącznie negatywne skojarzenia. Niestety, zawarte tutaj, wyrwane z kontekstu krótkie myśli, powoli dryfują w tym właśnie kierunku. Poza tym Twój dziennik to inicjatywa specjalna, skierowana do polskich odbiorców, a lekcje, które są w nim zawarte, zostały napisane na tę właśnie okoliczność – dotyczą wrażeń autorki po wizycie w naszym kraju i spotkaniach z Polakami. W wielu punktach są to opowieści ciekawe, potrafiące chwycić za serce, jednak porównywanie ich z poprzednimi książkami autorki to po prostu przesada. Są znacznie krótsze, mniej treściwe i absolutnie nie przekazują żadnych uniwersalnych prawd.

Mimo całej sympatii dla Reginy Brett nie jestem w stanie przyklasnąć temu projektowi. Całość okazała się dokładnie taka, jak się spodziewałam – dość mocno niedopracowana. Jasne, jest to przyjemny gadżet dla kogoś, kto lubi autorkę i chce mieć jej myśli zawsze blisko siebie, jednak ja akurat do takich osób nie należę. Zdecydowanie wolę dobrze opracowaną i treściwą pulę mocnych felietonów o życiu, problemach i sposobach radzenia sobie z otaczającymi nas trudnościami, do których mogę zajrzeć w każdej chwili dzięki samodzielnie zaznaczanym cytatom. Nie odnalazłam tu tej magii, za którą pokochałam autorkę, ale wciąż czekam z niecierpliwością na jej kolejny zbiór – jestem pewna, że standardowe wydanie dostarczy mi dokładnie tego, czego szukam.

piątek, 1 stycznia 2016

​Moje ukochane poradniki


Witajcie w Nowym Roku! 1 stycznia dla wielu z nas jest momentem przełomowym – zaczyna się kolejny rok naszego życia i nierzadko wierzymy święcie, że jest w tej chwili jakaś magiczna moc wspierająca realizację postanowień. Na przełomie roku snujemy plany, robimy listy zmian, których chcielibyśmy dokonać, i celów, które pragniemy osiągnąć. Z różnym skutkiem rozpoczynamy ich realizację – czasem motywacji starcza nam na tydzień, czasem na miesiąc, innym razem udaje nam się wprowadzić w życie nową jakość, która będzie nam towarzyszyła na dłużej. Oby zdarzało się to jak najczęściej!

Z tematyką zmian i planów nieodłącznie wiąże się pewien quasi-literacki gatunek, z którym nigdy nie było mi po drodze – mowa o wszelkiego rodzaju poradnikach, czyli książkach, w których ludzie mający coś do powiedzenia (w założeniu posiadający jakieś doświadczenie) podpowiadają nam, jak osiągnąć sukces w danej dziedzinie. Przez wiele lat nie sięgałam po tego typu książki, a wręcz uparcie je hejtowałam, nie widziałam żadnej wartości w powtarzanych co i rusz frazesach, które przecież każdy doskonale zna. Dopiero studia uświadomiły mi, że tak naprawdę większość z nas popełnia w swojej codzienności błędy elementarne i to właśnie o podstawowych oczywistościach zapomina. Nie mówienie innym, o co nam chodzi, kompulsywne kupowanie niepotrzebnych rzeczy, brak radości z prostych przyjemności – to tylko podstawowe, a istotne sprawy, z którymi większość ludzi ma problemy. Jasne, nie wszyscy i nie w tym samym stopniu – dopiero gdy to zrozumiałam, nauczyłam się korzystać z poradników i dopasowywać zawartą w nich wiedzę do moich własnych potrzeb i oczekiwań.

Dziś, w noworocznej atmosferze zmian, chciałabym pokazać Wam te książki, które w jakiś sposób ułatwiły mi życie lub pozwoliły inaczej na nie spojrzeć. Nie zmieniły mnie ani mojej sytuacji – żadna książka nie ma takiej mocy – ale dały jakiś impuls i choć odrobinę wiedzy. Z resztą zobaczcie sami.


Tak naprawdę pierwszy raz przekonałam się do poradników dzięki Reginie Brett. Pewnego bardzo złego dnia kupiłam sobie butelkę wina, coś do jedzenia i książkę – chyba trochę na poprawę humoru, bo miałam zamiar napić się na smutno. Zasiadłam w domu, zaczęłam czytać, rozdział po rozdziale i absolutnie nie mogłam się oderwać. Miałam wrażenie, że autorka pisze o mnie! Bóg nigdy nie mruga zawiera wiele uniwersalnych myśli i przekonań, a przede wszystkim niczego nam nie narzuca – to po prostu zbiór historii osób, które dały radę coś zmienić lub pokonały jakąś przeciwność losu. Podczas lektury kompletnie nie czułam poradnikowego nacisku czy przemądrzania się autorki, a im tego było mniej, tym lepiej chłonęłam zawarte w książce myśli. Wiele z nich podkreślałam, zaznaczałam, przepisywałam - a wierzcie mi, że nie jestem typem człowieka gromadzącego cytaty​. Dziś dzięki tym zakładkom jestem w stanie szybko odnaleźć to, co tak bardzo mnie urzekło i funduję sobie małe dawki codziennych inspiracji.

Jeśli chcecie znać moje zdanie, to pierwsza część jest najlepsza. Jej kontynuacja, Jesteś cudem, nie ma już takiej lekkości i nie jest aż tak uniwersalna jak pierwowzór. Więcej tu nacisku na religię i rolę Boga - rozumiem, że to tematy ważne dla autorki, jednak nie każdy ma taki sam system wartości i wiem, że są osoby, którym w części drugiej zaczyna to przeszkadzać. Z kolei Bóg zawsze znajdzie ci pracę omawia poszukiwanie własnej życiowej drogi, a więc w jakiś sposób ogranicza się do jednego tematu. Takie zróżnicowanie poszczególnych tomów nie zmienia jednak faktu, że wszystkie książki Reginy Brett są niesamowicie lekkie, przyjemne i inspirujące.


Kiedy zaczynałam swoją, nazwijmy to szumnie, „przygodę” z modą, makijażem i wszystkimi tymi kobiecymi zabawami, Internet nie miał w tym kompletnie żadnego udziału. Blogi modowe dopiero raczkowały, mój komputer nie pozwalał na oglądanie filmów na Youtubie, a wszelkie porady uzyskiwało się od napotkanych żywych osób. Po cichu zazdroszczę dzisiejszym nastolatkom, że mają na tacy wszystkie te rzeczy, które ja musiałam wypróbowywać na swojej skórze, włosach i ciele metodą prób i błędów. ;) Z drugiej strony jednak cieszę się bardzo z możliwości, jakie teraz mamy i aktywnie z nich korzystam.

Książki pokazane na zdjęciu to efekty pracy trzech dziewczyn, z których rad korzystam już od bardzo, bardzo dawna. Asię Glogazę i jej bloga Styledigger obserwuję właściwie od początku jego działania; z wielką radością patrzyłam na przemianę, jaka w niej zaszła. Ze zwykłej szafiarki wyrosła na przedsiębiorcę i osobę, która nie tylko propaguje idee slow life i slow fashion, ale przede wszystkim robi to z głową i jako jedna z nielicznych jest w stanie mnie do takiego myślenia przekonać. Jej Modowa rewolucja jest dla mnie inspiracją do robienia porządku nie tylko w szafie, ale i we własnym życiu. Anna Kołomycew, czyli Anwen, to pierwsza polska Włosomaniaczka – dzięki jej blogowi dowiedziałam się, jak dbać o włosy i zrozumiałam, że nawet moje mogą wyglądać wspaniale. Jej poradnik jest dla mnie bazą wiedzy, wzbogaconą o własne notatki, bo ciągle szukam nowych informacji w tym zakresie. Z kolei wydana niedawno książka Ewy Grzelakowskiej-Kostoglu znanej na Youtubie jako Red Lipstick Monster to kompendium wiedzy w zakresie makijażu od samiutkich podstaw. Gdyby nie jej filmiki, prawdopodobnie nie potrafiłabym dzisiaj umalować oczu i nie jest to wcale zabawne! Poza tym Ewa jest tak niesamowitą osobą, że inspiruje mnie także w codziennym życiu.


Na koniec kilka słów w temacie zdrowego trybu życia i fizycznej aktywności. Nie jestem w tym zakresie żadnym autorytetem, bo podejść do ćwiczeń i diety miałam w życiu mnóstwo, a jedno bardziej nieudane od drugiego. Wiele razy wymyślałam obostrzenia, których nie byłam w stanie realizować i zmuszałam się do podejmowania działań, które nie sprawiały mi żadnej radości; męczyłam się, no bo jak można inaczej, jeśli każdego dnia trzeba robić rzeczy, na które zupełnie nie ma się ochoty? Tak naprawdę potrzeba mi było wsłuchania się w siebie i znalezienia czegoś, co idealnie wpasuje się w moje potrzeby. Taką właśnie aktywnością jest joga, a książka Eweliny Godlewskiej i Pauliny Holtz jest wspaniałym wprowadzeniem w jej świat. Obok bardzo sympatycznego i zachęcającego wstępu, który pomoże nam przygotować się do rozpoczęcia ćwiczeń, w książce znajdziemy naprawdę sporo asan ze szczegółowym opisem ich wykonania i dodatkowymi wskazówkami. To naprawdę dobra baza na początek.

~*~

Strasznie się rozpisałam i szczerze gratuluję tym, którzy dobrnęli do końca. Bo są tacy, prawda?
A jak jest u Was? Czytacie poradniki? Macie swoje ulubione?
Trzymam kciuki za wszystkie noworoczne postanowienia!

piątek, 20 września 2013

Oliver Bowden - "Assassin's Creed: Objawienia"


Powieści pisane na kanwie gier komputerowych to taka dziwna kategoria książek wywołująca mieszane uczucia. Z jednej strony wiadomo, że są to książki pisane na zlecenie, przez nie zawsze utalentowanych pisarzy, powstające wyłącznie w celu zmaksymalizowania zysków ze znanej marki. Z drugiej jednak strony wielu graczy, urzeczonych światem stworzonym przez twórców gry, z radością pozna inne przygody i historie umiejscowione w znanych im krainach.

Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku książek opartych na serii Assassin's Creed. Powieści wydawane pod tą marką w żaden sposób nie rozszerzają uniwersum znanego z ekranu komputera (lub z telewizora, jeśli ktoś preferuje rozgrywkę na konsoli), są natomiast jego przekładem z wersji wirtualnej na papierową. Fani serii mogą być zawiedzeni, ponieważ z książek nie dowiedzą się nic nowego, ale wielu z nich chętnie będzie ponownie śledzić przygody Asasynów. Takie rozwiązanie ma zaletę dla czytelników, którzy w gry komputerowe nie grali - poznają historię w całości, od początku, nie będą mieli poczucia, że brakuje im jakiejś wiedzy potrzebnej do pełnego zrozumienia fabuły.

"Assassin's Creed: Objawienia" to czwarta powieść z serii, oparta na grze o tym samym tytule (aczkolwiek tytuł gry nie został przetłumaczony na język polski). Autorem tej, jak i wszystkich pozostałych książek z cyklu, jest Oliver Bowden, dzięki czemu czytelnik ma gwarancję, że wszystkie części napisane są podobnym językiem i utrzymane na podobnym poziomie.

Głównym bohaterem "Objawień" jest znany z dwóch wcześniejszych tomów Ezio Auditore da Firenze. Tym razem mistrz Bractwa Asasynów wyrusza na bliski wschód, gdzie w ruinach twierdzy Masjaf ma nadzieję odnaleźć bibliotekę Altaira, swojego poprzednika sprzed trzech stuleci. Wyprawa się nieco komplikuje - na miejscu Ezio napotyka na swojej drodze Templariuszy, którzy również chcą zdobyć wiedzę zawartą w zaginionej bibliotece. Dodatkowo, by otworzyć do niej drzwi, trzeba odnaleźć 5 kluczy ukrytych w Konstantynopolu. Ezio udaje się zatem do stolicy Imperium Osmańskiego gdzie zostaje wciągnięty w problemy tamtejszych asasynów oraz w walkę o władzę nad imperium otomanów.

Ciężko jest jednoznacznie ocenić tę książkę. Fabuła powieści szybko porusza się do przodu i potrafi wciągnąć czytelnika na długie godziny. Niestety dość często występują w niej "niespodziewane komplikacje" bądź zbiegi okoliczności, których liczba zdecydowanie przekracza normę. O ile w wypadku gry było to niezauważalne i działało na jej korzyść, o tyle tutaj jest to zbyt widoczne, a niekiedy irytujące. Nie jest to jednak wina autora książki, gdyż to nie o on stworzył historię w niej zawartą. Warto jednak wspomnieć, że wszystkie powieści z cyklu pozbawione są pewnego nadrzędnego wątku, który występuje w grach, co moim zdaniem jest dobrym rozwiązaniem - dzięki temu powieści zachowują swój spójny charakter i są w stanie trafić do szerszego grona odbiorców.

Pod kątem warsztatu literackiego książka jest dobra, ale nie wybitna. Zdania konstruowane są w sposób prosty i lekki w przyswajaniu, aczkolwiek powieść nie straciłaby na tym, gdyby było w niej mniej akapitów, które w całości składają się ze zdań prostych. Pewnym problemem są też dialogi - podczas czytania bardzo często byłem przekonany, że zostały one po prostu słowo w słowo spisane z wersji komputerowej. I o ile wypowiadane przez bohaterów gier brzmiały one znakomicie, o tyle w wersji papierowej wydają się być sztuczne i sztywne. Problemem są też pojawiające się pojedyncze słowa bądź zdania w ojczystych językach postaci. W wielu momentach występuje ich za dużo, więc w celu zrozumienia fabuły czytelnik musi co chwilę skakać do znajdującego się na końcu książki słowniczka (który to, notabene, jest bardzo niekompletny).

Reasumując: "Assassin's Creed: Objawienia" to powieść dobra, ale nic ponadto. Historia w niej opowiedziana jest spójna i ciekawa, dodatkowo nie jest przeznaczona wyłącznie dla osób, które grały w grę komputerową o tym samym tytule. Mimo sporej objętości lektura książki się nie dłuży, a niedociągnięcia techniczne tylko nieznacznie obniżają komfort płynący z czytania. Oceniam tę pozycję na solidne sześć i polecam ją zarówno fanom wirtualnych przygód asasynów, jak i miłośnikom fikcji historycznej.