Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 października 2017

Vince Flynn – „Amerykański zabójca”



Przywiązanie do zasady "najpierw książka – potem film", potrafi być bardzo problematyczne, zwłaszcza jeśli o istnieniu tej pierwszej dowiadujemy się z trailera, który miga nam przed oczami gdzieś w kinie. Kolejny raz w tym roku miałam okazję zmierzyć się z taką sytuacją: musiałam szybko zorganizować sobie egzemplarz książki, żeby pochłonąć go jeszcze przed seansem. W przypadku American Assassin nie wyszło mi to na zdrowie... Do momentu pójścia do kina przeczytałam dokładnie połowę – zbyt mało, żeby czuć satysfakcję, a jednocześnie zbyt dużo, żeby w pełni cieszyć się umiarkowanej jakości ekranizacją. 

Ale dajmy temu spokój, ten tekst nie ma być przecież porównaniem książki z filmem. Skupmy się na słowie pisanym.

Mitch Rapp byłby idealnym kandydatem do służb specjalnych: wysportowany, silny, wszechstronnie uzdolniony, inteligentny, dokładny, a do tego fenomenalnie ukierunkowany na cel. Problem w tym, że sprawa, o którą ma walczyć, jest dla niego silnie personalna. Kilka lat temu narzeczona Mitcha zginęła jako jedna z ofiar katastrofy samolotu; katastrofy, co trzeba dodać i podkreślić, spowodowanej przez organizację terrorystyczną. Od tej pory jedynym celem bohatera jest dokonanie zemsty, co jest jego ogromną siłą, a jednocześnie największą słabością.

Cykl o Mitchu Rappie należy do najpopularniejszych serii powieści sensacyjnych i został bardzo dobrze przyjęty na świecie już wiele lat temu. Do tej pory ukazało się 11 części, 8 z nich zostało wydane w Polsce. Nie dziwię się twórcom filmu, że zdecydowali się sięgnąć po tę historię – wszelkie prawa naturalne kazałyby sądzić, że wartka akcja lepiej sprawdzi się na ekranie, wśród efektów specjalnych, pościgów i widowiskowych wybuchów. Tym razem jednak – i jestem tym totalnie zaskoczona – wersja książkowa odpowiada mi milion razy bardziej. 

Amerykański zabójca nie jest typową powieścią sensacyjną, albo może to Vince Flynn nie jest typowym autorem gatunku; przede wszystkim w książce znajdziemy całą masę szczegółowych i bardzo trafnych opisów. Autor pochyla się nad psychiką postaci i misternie ją konstruuje – w życiu bohaterów nic nie dzieje się bez przyczyny, a ich charaktery są mocne, dobrze zaprezentowane. Osoby kluczowe dla fabuły są ze sobą ściśle powiązane, a siatka zależności jest bardzo dokładnie utkana. To coś więcej niż prosta, jednowymiarowa strzelanka, do której przyzwyczaiło mnie amerykańskie kino akcji (i książki sensacyjne, choć tych nie czytałam zbyt wielu) – tutaj naprawdę jest nad czym się pochylić i czym zainteresować.

Zachwycam się zwłaszcza kreacją głównego bohatera – Mitch, jak wspomniałam, jest osobą wykraczającą poza normy, zwłaszcza jeśli chodzi o inteligencję (zarówno pod względem analizy, jak i reakcji). Jest niepokorny, nie podporządkowuje się, co czyni go bardzo interesującą postacią. Dzięki wnikliwemu opisowi mamy okazję prześledzić, co dzieje się w jego głowie i jakie czynniki wpływają na poszczególne decyzje – to, co dla jego przełożonych jest szaleństwem i czystą niesubordynacją, dla bohatera i czytelników ma wymiar bardzo sensownego planu. Dzięki temu sympatyzowanie z Mitchem nie sprawia nam trudności, nawet jeśli przekracza on wszelkie normy: zarówno te moralne, jak i biurokratyczne. 

Warto podkreślić, że na bogatym opisie absolutnie nie cierpi akcja – powieść, mimo że obszerna, jest dynamiczna i bardzo płynna w odbiorze. Tam, gdzie wydarzenia zwalniają, autor stosuje całą masę zabiegów, które nie pozwalają na nudę: wplata pojedyncze, ciekawe sceny lub wprowadza przeskoki czasowe. Sam temat również jest aktualny i interesujący: walka z terroryzmem wciąż rozpala umysły ludzi na całym świecie i pewnie będzie tak jeszcze przez wiele lat. 

Podsumowując krótko cały ten wywód muszę powiedzieć, że fajnie jest trafić na powieść-reprezentantkę danego gatunku, która jest napisana po prostu dobrze i ciekawie. Do tej pory byłam święcie przekonana, że sensacja jako taka znacznie lepiej sprawdzi się na wielkim ekranie, bo możliwości są inne i łatwiej jest zaakcentować pewne jej cechy charakterystyczne. Nie brałam pod uwagę, że siła historii może leżeć w czymś innym – naprawdę dobrze przygotowanych postaciach i samej fabule, która jest interesująca od początku do końca. Cieszę się, że miałam okazję poznać obie wersje tej historii, bo gdyby nie film, prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po książkę. A teraz będę wypatrywała kolejnych tomów!


środa, 10 lutego 2016

Kinga Dębska – „Moje córki krowy” (książka+film)


O opowieści Kingi Dębskiej dowiedziałam się przypadkiem – po prostu zobaczyłam zwiastun czekając na seans filmu zupełnie innego rodzaju. Zaintrygowała mnie prezentowana historia, a reszta przyszła sama – zakup książki, lektura, oczekiwanie na okazję do obejrzenia ekranizacji… Dziś, po zapoznaniu się z obiema wersjami, chciałabym Wam krótko o nich opowiedzieć.

Jak myślicie, w którym miejscu wyczerpują się limity tragedii, jakie mogą spaść na jedną rodzinę? W tym przypadku zawodzi wszelka statystyka – najpierw matka traci przytomność z powodu pęknięcia tętniaka, a gdy pozostaje w śpiączce, do szpitala trafia również ojciec, dla odmiany z nieoperacyjnym i bardzo złośliwym guzem mózgu. Gdzieś w tym wszystkim odnaleźć się muszą dwie córki – dawno dorosłe, choć niekoniecznie dojrzałe. Jedna z nich jest znaną aktorką serialową, którą życie obdarzyło córką, ale niekoniecznie mężczyzną u boku, druga natomiast ma rodzinę (męża, syna), jednak daleko jej do idealnego funkcjonowania. Siostry, które dotąd pozostawały sobie całkowicie obce, będą musiały przeformułować swoje życie, a trudna sytuacja i perspektywa utraty obojga rodziców sprawi, że odkryją na nowo obecność „tej drugiej”, którą dotąd jedynie łaskawie tolerowały.

To właśnie relacja między siostrami jest głównym tematem całej historii. Na samym początku obserwujemy dwie zupełnie odrębne osoby, które zdają się nie mieć absolutnie nic wspólnego (poza rodzicami, choć i tu pojawiają się żartobliwe wątpliwości), z czasem jednak ujawnia się coraz więcej faktów, a relacja między nimi się odsłania. Widzimy historię wzajemnych pretensji, zastałe problemy z młodości (okazuje się, że równie trudno jest być młodszym, jak i starszym dzieckiem), a także… coraz więcej podobieństw. Bo choć siostry mają różne charaktery, obie podobnie radzą sobie z napięciem, wykazują silną determinację i są skłonne chwytać się najmniejszych skrawków nadziei, nawet jeśli te stoją w sprzeczności z ich codzienną ideologią. Piękne są końcowe sceny, gdy obie, wykończone trudną sytuacją, lekko ustępują pola, okazują słabość i dzięki temu mogą wreszcie normalnie porozmawiać.

Zarówno książkę, jak i film, stworzyła jedna osoba – scenarzystka i reżyserka, Kinga Dębska. Jest to w obu przypadkach ta sama opowieść, jednak w moim odczuciu obrazy w pewien sposób się uzupełniają. Książka została stworzona na zasadzie podwójnej narracji – następujących po sobie rozdziałów, w których mamy do czynienia z pierwszoosobowymi wypowiedziami obu sióstr. Muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę, bo autorka naprawdę przemyślała tę formę i przyłożyła się do jej wykonania. Fabuła ma tutaj swój tor, w żadnym punkcie nie zachwiany zmianą narratora – teoretycznie każda z sióstr opowiada o swojej puli scen, a jednak w ich wypowiedziach udało się uchwycić stosunek także do tych, o których mówiła ta druga. Wystarczy drobna uwaga, pozornie niezauważalna złośliwość lub jedna emocja uchwycona tu czy tam. Czyta się to naprawdę doskonale.

Jeśli chodzi o kolejność poznawania obrazów, udało mi się wywiązać z zasady „najpierw książka, potem film”. Niestety, w tym przypadku mam wrażenie, że nie była to najlepsza decyzja. Moje córki krowy to specyficzna opowieść o konkretnym przekazie i, gdy znałam praktycznie całość fabuły, w kinie po prostu mi się dłużyło. Wydaje mi się, że gdybym najpierw poszła na film, zobaczyłabym postaci, poznała bieg wydarzeń i przede wszystkim wyrobiłabym sobie jakieś konkretne zdanie na temat bohaterek, a dopiero później mogłabym to zdanie skonfrontować ze znacznie bogatszym obrazem literackim. W drugą stronę było to niemożliwe, bo chociaż film zaoferował mi w pewnym sensie więcej (na przykład lepsze spojrzenie na ojca dzięki świetnej kreacji Mariana Dziędziela), to z drugiej strony był uboższy pod względem fabuły, bo przecież nie można pokazać wszystkiego. Mimo że gra aktorska utrzymana była na naprawdę wysokim poziomie, te interpretacje nie dały mi niczego nowego w zakresie rozumienia postaci. Z drugiej strony – pewne sceny na długo pozostaną w mojej głowie właśnie dzięki obrazowi filmowemu.

Moje córki krowy to poruszająca opowieść o kolejach ludzkiego życia – odchodzeniu, żegnaniu rodziców przez dzieci, ale też o relacjach panujących w rodzinie i miłości, którą trudno uchwycić w standardowe ramy. Ktoś kiedyś powiedział, że prawda słabo się sprzedaje – moim zdaniem to nie jest reguła, albo po prostu ja jestem bardzo specyficznym odbiorcą. Uwielbiam filmy i książki, które ukazują relacje w sposób prawdziwy, z uwzględnieniem trudności gdzieś na granicy szaleństwa i bardzo cenię sobie twórców, którzy się takich kreacji nie boją. Kinga Dębska postawiła na autentyczność rodzinnych zależności, życia z osobą cierpiącą na guza mózgu, a także realiów polskiej służby zdrowia. W obu jej obrazach w różnym stopniu uwydatnione są inne elementy tego świata, a jednak obie wersje są jak najbardziej warte poznania. Książka i film świetnie się uzupełniają, a ja oba szczerze polecam – i niech nikt mi nie mówi, że Polacy nie potrafią tworzyć.


wtorek, 12 stycznia 2016

Claire North – „Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta”

Harry August to ouroboranin – człowiek przeżywający swoje życie w nieskończoność. Rodzi się zawsze w tym samym czasie, miejscu i okolicznościach, po kilku latach zyskuje świadomość poprzednich wcieleń, a gdy dorasta na tyle, aby podróżować bez niczyich podejrzeń, może rozpocząć nowe życie, które spożytkuje wedle własnego uznania. Umiera jak każdy człowiek – można go zamordować, lub w końcu dopadnie go jakaś charakterystyczna choroba – a po śmierci wszystko zaczyna się od początku, czyli narodzin w tym samym miejscu i czasie. Do pewnego momentu cały cykl przebiegał niezaburzenie, jednak wraz z upływem lat do życia Harry’ego wkrada się wiele faktów. Ouroboran jest więcej. Organizują się w grupy. Mają wiedzę, która pozwala zmieniać przyszłość. Zmienianie przyszłości może zniszczyć świat. Rany, czy można temu jakoś zapobiec?

Claire North stworzyła powieść niezwykłą i mówię to z pełną odpowiedzialnością za powagę używanych słów. Pierwszych piętnaście żywotów… to książka w znacznej mierze filozoficzna, pochylająca się nad istotą wszechświata, naturą czasu, sensem ludzkiego życia. Znajdziemy tu wiele dyskursów na ważne, wysokie tematy, które od zarania dziejów poruszają najwięksi myśliciele, a które nie tracą na aktualności wraz z rozwojem nauki, bo dotyczą samego sedna świata, które jak dotąd nie zostało odkryte i opisane. Ta historia, choć całkowicie fikcyjna, jest pewną wariacją na temat idei podróży w czasie i światów równoległych – te elementy zostają tutaj wykorzystane, opisane i odgrywają ważny udział w opowieści. Autorka pochyla się nad znanymi paradoksami filozoficznymi i, poprzez rozwój fabuły, przekazuje pewne stanowisko w ich sprawie.

Brzmi nieco nudno, prawda? Muszę przyznać, że w pierwszych stronach zastanawiałam się, co ja czytam, i czemu brnę w ten filozoficzny dyskurs, jednak z każdą kolejną stroną z pomysłu autorki wyłania się bardzo ciekawa opowieść fabularna; długo zastanawiałam się, czy uda jej się przejąć książkę we władanie i faktycznie w końcu się to stało. Harry August powoli wprowadza nas w swój świat, a cała historia wymaga wielu danych, które otrzymujemy stopniowo, jednak opowieść nie jest nużąca – całość zawarta jest w krótkich rozdziałach i otoczona bardzo płynną, przyjemną narracją. Trzeba uwagi i czasu, aby przywyknąć do tekstu (zwłaszcza ja go potrzebowałam w całym tym swoim czytelniczym pośpiechu), jednak warto na chwilę się zatrzymać i odkryć jego sens.

Jestem pod wrażeniem spójności prezentowanego świata. Mimo mnogości postaci (także tych niekoniecznie niezbędnych dla fabuły), oraz dygresji i scen niezwiązanych z główną osią, autorce udało się świetnie wszystko posplatać. Wydarzenia fabularne ułożone są w historię ciekawą, a całość dodatkowo spaja doskonale opracowana teoria funkcjonowania świata. Claire North zadbała o najdrobniejsze szczegóły swojej historii i opowiedziała ją tak, że byłabym w stanie uwierzyć w jej prawdopodobieństwo, zwłaszcza że oparta jest o autentyczne wydarzenia XX wieku i dylematy moralne z nimi związane. Każdy z nas ma tutaj duże pole do refleksji własnych, a treść książki można by omawiać i opracowywać na naprawdę różne sposoby.

Bardzo się cieszę, że miałam okazję poznać tę opowieść. Musiałam dać książce nieco czasu i pozwolić sobie na zwolnienie standardowego tempa, jednak zdecydowanie było warto – świat opisany przez Claire North mnie zafascynował, a opowieść pochłonęła mnie bez reszty. Warstwa filozoficzna nie przejęła sterów, czego się bałam, a jedynie wspaniale splotła się z opowieścią, tworząc jedną, silną całość. Zarówno płaszczyzna refleksji, jak i fabuły, poprowadzone są na wysokim poziomie, a narracja sprawia, że lektura jest dużo bardziej lekka i przyjemna niż mogłoby się wydawać. Świetna książka, do której z pewnością jeszcze niejednokrotnie wrócę.

niedziela, 22 listopada 2015

Paullina Simons – „Tully”

O Paullinie Simons słyszałam wiele, a ktoś kiedyś powiedział mi, że Tully jest dobra na początek...


Natalie Anne Makker nigdy nie miała dobrego życia. Nad jej dziecięcą, nastoletnią, a wreszcie dorosłą egzystencją zawsze wisiało piętno matki – kobiety zgorzkniałej, rozchwianej, agresywnej i nieprzejednanej. Trudna sytuacja domowa, brak osoby, od której można by uczyć się emocji oraz tragiczne wydarzenia związane z przyjaciółką ukształtowały psychikę tej młodej kobiety w dość znaczący sposób. Bo czy można w takim świecie zachować równowagę, gdy nie dopuszcza się do siebie absolutnie żadnej pomocy?

Patrząc na półki, na których z reguły goszczą książki autorki, na ich okładki oraz opisy na nich zawarte, sądziłam, że Paullina Simons tworzy teksty z rodzaju tych bardziej ambitnych romansów czy obyczajówek, które czyta się z przyjemnością, ale wciąż nic mądrego ze sobą nie niosą. Z takim przekonaniem byłam kompletnie nieprzygotowana na to, co czekało mnie podczas lektury. Nie miałam pojęcia, w jakie sprawy zostanę wciągnięta i jak wiele emocji wywoła we mnie samo czytanie. Od pierwszej strony pozostawałam i wciąż pozostaję w sporym szoku.

Tym, co w Tully zwraca uwagę jako pierwsze, jest objętość – mamy tutaj niemal 700 stron tekstu, co stanowi całkiem niezły wynik jak na literaturę tego rodzaju. Ponadto lektura zdecydowanie nie jest lekka – zarówno treść, czyli szereg tragicznych zdarzeń, jak i styl nie ułatwiają odbiorcy sprawy. W moim przypadku czytanie trwało ponad dwa tygodnie i nie jest tak, że połowę tego czasu książka przeleżała na półce – sięgałam po nią codziennie, podczytywałam kilka, kilkanaście stron, po czym odkładałam ją na bok, bo nie byłam w stanie poradzić sobie z własnymi emocjami. W stylu Simons jest coś, co sprawia, że każdy trudny temat (a porusza ich naprawdę dużo) wywołuje u czytelnika szereg odczuć – nie wiem, jak to robi, ale jest to straszne i cudowne jednocześnie. Czytałam sporo niełatwych książek, ale niewiele poruszyło mnie tak mocno jak Tully

Jak już wspomniałam, książka jest długa, a jej akcja toczy się nierównomiernie, co faktycznie chwilami mnie denerwowało – z jednej strony pewne sceny, wydarzenia i relacje są rozwleczone do granic możliwości, z drugiej zaś są sprawy, po których narracja dosłownie przebiega, wciskając w nas informacje na szybko i bez żadnej otoczki. Styl również jest nierówny – czasem wyższy, czasem niższy. Tyle tylko, że stopniowo przestajemy to zauważać. Na samym początku przeszkadzał mi również fakt, że nie dostrzegałam niemal żadnej zależności między wydarzeniami z życia głównej bohaterki, a jej postawą; gdy była nastolatką, a ja, jako czytelniczka, ledwie ją znałam, wydawała mi się niesamowicie wprost niespójna. Na szczęście z czasem to minęło, a w miarę upływu kolejnych stron wszystko zaczęło się klarować i składać w spójną, choć niezwykle tragiczną całość.

Nie wiem, czy to zasługa prawdopodobieństwa życiowego opisywanych wydarzeń, czy jakiegoś niesamowitego daru, jaki posiada autorka, ale Tully jest lekturą naprawdę niezwykłą. Tę opowieść z pewnością zapamiętam na długo, bo naprawdę niewiele książek zrobiło na mnie tak piorunujące wrażenie. Wiem, że nie wszyscy reagują tak samo po spotkaniu z tym tekstem, ale na wszelki wypadek ostrzegam: ta książka może Was wybebeszyć, tak jak wybebeszyła mnie. Chcę więcej i na pewno sięgnę po inne powieści autorki.

poniedziałek, 11 maja 2015

Dorota Schrammek- "Stojąc pod tęczą"


Aneta, Jagoda, Patrycja i Magda - cztery kobiety, z których każda obarczona jest innym zestawem życiowych problemów. Jedna właśnie planuje zostawić męża dla kochanka, inna uczy się jak stawiać granice i być samodzielną w wieloletnim małżeństwie; dwie nie mają partnera - pierwsza posiadaniem psa rekompensuje sobie krzywdy, jakie ojciec zadał jej w dzieciństwie, a druga szuka... przeciwieństwa księcia z bajki, którego chciałby dla niej tatuś. Choć są tak różne, łączy je przyjaźń - nierozerwalna wspólnota, która zostanie wystawiona na wielką próbę, gdy jedna z kobiet ciężko zachoruje. Czy dla pozostałych będzie to okazja do przyjrzenia się własnemu życiu?

W dni, kiedy zaczyna pachnieć sesją, a pierwsze zaliczenia zbliżają się wielkimi krokami, nie ma nic lepszego niż nieduża i z definicji przyjemna powieść z gatunku lektur lekkich jak piórko. Z nadzieją na coś takiego sięgnęłam po powieść Doroty Schrammek i przyznam, że miło się zaskoczyłam - nie tylko otrzymałam to, na co miałam ochotę, ale właściwie było to coś więcej. Stojąc pod tęczą to nie jest kolejna cukrowa obyczajówka, z której nic nie wynika; to opowieść słodko-gorzka, prawdziwa i szczera. Już od sceny otwarcia wiemy dobrze, że happy endu nie będzie, przynajmniej w jednym z wątków, i z tą świadomością zagłębiamy się w losy bohaterów. Obserwujemy zmiany zachowania postaci i to, jak wpływa na nie sytuacja.


(...)przeciwności to szanse, które odwracają się do nas plecami.[s.90]


Konstrukcja powieści przypomina znane seriale - mamy do czynienia z czterema bohaterkami o skrajnie różnych poglądach - jedna jest zagorzałą singielką, inna wciąż szuka, jeszcze inna to typ wiecznie przygaszonej Matki Polki. To schemat znany i sprawdzony, nie ma w nim nic odkrywczego. Pewne sceny z książki również kojarzą się ze znanymi obrazami filmowymi... Mimo to nie wieje nudą, powieść czyta się szybko i naprawdę jest przyjemna. To taka typowa "babska" literatura - do zastanowienia, pośmiania i popłakania. Historie bohaterek nie są jakoś szczególnie pogłębione i znamy je zbyt słabo, aby mówić o jakimś szczególnym związku, ale są w stanie wciągnąć i zaangażować czytelnika. Jedyne, na co mogę narzekać, to dość niewielkie prawdopodobieństwo przyjętych rozwiązań. Cudownie byłoby, gdyby ludzie tak właśnie funkcjonowali - szybko odkrywali własne błędy, przyznawali się do nich i próbowali je naprawić - ale niestety świat rzadko działa w ten właśnie sposób. Z drugiej strony gdzieś w tle nieprawdopodobnych losów młodych kobiet rozgrywa się autentyczny i cichy dramat związany ze stratą i to właśnie ten wątek jest najmocniejszym atutem powieści,

Stojąc pod tęczą to opowieść na jeden, miły wieczór. Kojarzy mi się z zimowym czasem spędzanym przy kubku kawy, ale na odstresowanie przed egzaminem również się nadała. Gdybym miała okazję, z pewnością sięgnęłabym po kolejny tekst autorki, bo to, co otrzymałam w tej książce, nie zawiodło moich oczekiwań. Literatura obyczajowa też jest nam czasem potrzebna, a pani Dorocie jej pisanie idzie całkiem dobrze - głównie ze względu na zmysł obserwacji i umiejętność poruszania w czytelniku czułych strun.





Za egzemplarz powieści dziękuję serdecznie wydawnictwu Świat Książki.

piątek, 20 marca 2015

David Nicholls - "My"

Douglas Petersen wiedzie całkiem spokojne życie – ma żonę, dorastającego syna i właściwie pozytywnie ocenia rzeczywistość wokół siebie; przynajmniej póki jego żona nie oznajmia, że chce odejść. Twierdzi, że nie chodzi o innego mężczyznę, a o nią samą, w dodatku chce, aby moment rozstania odłożyć w czasie. Mimo oporów rodzina decyduje się wybrać w zaplanowaną na wakacje podróż – swego rodzaju tournée po Europie miało być dla młodego mężczyzny staromodnym wejściem w dorosłość, szybko jednak zyskuje drugie dno i staje się symbolem walki o odbudowanie tego, co w miarę upływu lat zostało utracone lub zwyczajnie się zatarło.

Opowieść rozgrywa się na dwóch płaszczyznach – z jednej strony obserwujemy wydarzenia w czasie rzeczywistym, czyli towarzyszymy bohaterom w podróży po Europie, z drugiej zaś retrospektywnie poznajemy przeszłość, początki związku Douglasa i Connie. Narratorem jest główny bohater powieści i z pewnością przydaje to wartości całej historii – Douglas jest prostoduszny i bardzo, bardzo specyficzny. Opowiada w sposób interesujący i zdecydowanie dzięki niemu chce się w ogóle poznawać te opowieść, zwłaszcza kiedy opada już początkowa fascynacja i książka zaczyna się dłużyć. Bo przyznać trzeba – napięcie i akcja są bardzo nierównomierne, tak że momentami zwyczajnie mamy ochotę przerwać lekturę. Warto jednak przy niej wytrwać i podjąć refleksję oferowaną nam przez autora.

My to interesujące studium wieloletniego związku, podróż przez różne punkty widzenia; opowieść o przyczynowości, o tym jak pewne zdarzenia i decyzje wpływają na nasze życie w ogólnej perspektywie. To także historia zaślepienia, zgubnego przekonania, że to, co powierzchownie wygląda dobrze, będzie takie również w środku. Na pewno należy zwrócić uwagę, że powieść jest poruszająca – specyficzna narracja, męska perspektywa i bezpośredniość narratora niejednokrotnie rozbrajają czytelnika. Autor wykazał się dużą dozą inteligencji emocjonalnej tak dokładnie kształtując portrety małżonków zarówno na płaszczyźnie wspólnej, jak i tych odrębnych, należących wyłącznie do nich samych. Bohaterowie Nichollsa są żywi, barwni i prawdziwi.

W gruncie rzeczy powieść przypadła mi do gustu – jej zamysł trafił do mnie w 100%, choć wykonanie nie było idealne. Od pierwszej strony urzekła mnie narracja i postać głównego bohatera; jego lekkość i ironia, dystans z jakim opisuje świat. Douglas zdobył moje serce na tyle skutecznie, że nawet później, gdy emocje opadły, a akcja zaczęła lekko się dłużyć, urok wciąż działał, podtrzymując moją uwagę. Poza tym uważam, że jest to historia skłaniająca do refleksji, pozwalająca czytelnikowi zobaczyć coś więcej w otaczającym go środowisku; godna polecenia.


Za egzemplarz powieści dziękuję serdecznie wydawnictwu Świat Książki.

środa, 4 marca 2015

John Banville – „Prawo do światła”

Książka jest historią Alexandra Cleave’a – starszego wiekiem aktora, który otrzymuje propozycję filmowej roli. Opowieść głównego bohatera łączy w sobie trzy główne wątki, które z różnym natężeniem przewijają się na kartach książki. Pierwszy z nich jest retrospekcją młodości bohatera i romansu ze starszą kobietą, który był jego inicjacją; kolejny łączy w sobie teraźniejszość z przeszłością i dotyczy tragicznie zmarłej córki Cleave’a. Ostatni wątek dzieje się w czasach obecnych i odnosi się do relacji bohatera z koleżanką z planu. Wszystkie trzy historie splatają się i przenikają, tworząc jedną, pełną opowieść o życiu, śmierci i roli wspomnień w ludzkim życiu.

Najwięcej uwagi należy poświęcić stylowi, w jakim napisana jest ta książka – już od pierwszej strony możemy poczuć jego wspaniałość w pełnej krasie. Narracja, choć pierwszoosobowa i niezwykle bogata, w niczym nie przypomina dawnej, ciężkiej prozy znanej chociażby z epoki wiktoriańskiej. Banville udowadnia, że pisać można czysto, pięknie i niezwykle barwnie, a przy tym kreśli słowa z nacechowane niespotykaną wręcz lekkością. Cudowny jest również język, jakim się posługuje – choć tematyka momentami mogłaby zakrawać na wulgarną, nie ma tu nic obscenicznego. Lektura tej książki przypomina przyjemny dyskurs, pogawędkę z dżentelmenem, który bezpośrednio acz taktownie opowiada nam o niełatwych bądź co bądź zdarzeniach. Co więcej – konwersacja owa jest niezwykle interesująca.

Poza perfekcyjnym stylem, który tworzy wspaniałą otoczkę, książka ma również ciekawą, wielowymiarową treść. Całość aż kipi od emocji – tych dawnych, zgoła przytłumionych przez czas, ale też świeżych, których żaden czas nie zabliźni. Bohater nosi w sobie wiele odczuć, które niezwykle nawarstwiają się w jego psychice. Na kartach powieści możemy obserwować i wnioskować, w jaki sposób wczesna inicjacja seksualna chłopca, w dodatku z dużo starszą kobietą, matką kolegi, może mieć wpływ na jego postrzeganie świata. Widzimy też, jak wiele zmienia się w życiu rodzica po śmierci dziecka – samobójczej czy też nie. To również (przede wszystkim) historia o tym, jak ważny dla naszego postrzegania świata jest czas – to on nadaje wspomnieniom koloryt i sprawia, że jedne ich aspekty są uwydatnione, podczas gdy inne zostają zapomniane. Bohater ma problem z odróżnieniem rzeczywistości od fikcji i sam dostrzega niespójności własnego toku rozumowania; im jest ich więcej, tym mocniej dąży do odkrycia prawdy, zrozumienia całości, stara się poskładać ten świat i przekonania w jedno.

Treść pchała mnie dalej do rozwiązania, choć nie czułam, że jest w tym tekście coś, co muszę odkryć; tak naprawdę to niezwykły wręcz liryzm opowieści przyciągał mnie i fascynował. Jak na książkę napisaną tak bogatym stylem tekst czytało się naprawdę świetnie, a całość była wspaniałą literacką przygodą. Już podczas lektury dowiedziałam się, że Prawo do światła jest w gruncie rzeczy drugą częścią opowieści. Mam nadzieję, że szybko będę miała okazję zapoznać się z pierwszą, bo perfekcja prozy Banville’a kusi mnie i przyciąga tak, że chciałabym wciąż więcej i więcej. 


Za egzemplarz powieści dziękuję serdecznie wydawnictwu Świat Książki.

piątek, 6 lutego 2015

Nora Roberts - "Gorący lód"

Do zeszłego tygodnia nazwisko Nory Roberts na okładce książki niemal automatycznie klasyfikowało ją w moim umyśle jako romansidło, czyli kategorię wielce niepożądaną w naszej biblioteczce. Mimo że nigdy dotąd nie miałam styczności z autorką, nieświadomie oceniałam jej powieści i z góry zakładałam, że będą miały określony styl, język, fabułę, bohaterów… Jednym słowem – że nie są to książki dla mnie. Przyszedł moment, kiedy miałam okazję zestawić swoje przekonania z rzeczywistością. Jak się to skończyło?

Gdy uciekający przed niezadowolonym zleceniodawcą Doug Lord wsiada na skrzyżowaniu do auta pewnej uroczej blondynki, nie spodziewa się, jak wiele może zmienić tak nieprzemyślana decyzja. Ona – opływająca w luksusy dziedziczka wielkiej fortuny; on – złodziej specjalizujący się w kradzieżach na zamówienie. Co może połączyć dwoje ludzi o tak różnych (a w pewnych okolicznościach nawet sprzecznych) interesach? Zaczyna się od pieniędzy – to za ich sprawą Whitney MacAllister postanawia nie odstępować Lorda na krok; domagając się zwrotu długu za zniszczony samochód młoda kobieta wplątuje się w intrygę dużo bardziej niebezpieczną, niż mogłaby przypuszczać nawet w najśmielszych snach. Wraz z włamywaczem rusza na Madagaskar w poszukiwaniu tajemniczego skarbu; nie będą to jednak wspaniałe wakacje na rajskiej wyspie – przynajmniej póki po piętach depczą im ludzie jednego z najbardziej wpływowych przestępców epoki.

Przyznam się Wam szczerze – otworzyłam książkę i… przepadłam. Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, był naprawdę dobry język – zaskoczył mnie fakt, że tekst czyta się po prostu świetnie, a zarówno narracja jak i dialogi wypadają bardzo naturalnie. Choć nie jest to wyszukany styl wielkiej literatury, odbiór jest wspaniały, opisy przyjemne, a humor i lekkość rozmów bohaterów urzekają czytelnika w równym stopniu przez cały tekst. Ponadto od pierwszej strony wpadamy prosto w wir dynamicznych wydarzeń, a ich tempo, choć czasem na chwilę zwalnia, ogólnie jest bardzo wysokie. Nie odczułam jakiegoś wielkiego parcia na rozwiązane zagadki, ale dałam się ponieść opisywanym wydarzeniom; momentami miałam problem, aby choć na chwilę odłożyć ów tekst.

Oczywiście nie ma co spodziewać się niezwykłych zwrotów akcji – historia od pierwszej do ostatniej strony mknie w dobrze nam znanym kierunku i nie zatuszuje tego faktu cała cudowna otoczka. Wątek miłosny jest prosty i przewidywalny, jeśli jednak odrzucić fakt, że całość w założeniu ma być romansem, otrzymujemy całkiem przyjemną powieść przygodową z wątkiem sensacyjnym. Przy całej przewidywalności tekstu trzeba również przyznać, że bohaterowie nie są wcale niespójni czy infantylni, jak można by się spodziewać.

Do książki podeszłam na luzie i być może dzięki temu się nie zawiodłam. Przez całą lekturę czułam się trochę jak podczas oglądania dobrej komedii romantycznej – uśmiałam się za wszystkie czasy (pewnie również z rzeczy, które dla większości społeczeństwa zabawne nie są) i choć wiedziałam dobrze, jak ta cała sprawa zostanie rozwiązana, fabuła wciągnęła mnie na tyle, żebym nadal chciała czytać i poznawać dalszy ciąg historii. Uwielbiam być w ten sposób zaskakiwana! Książkę zamknęłam pozostawiona w wyśmienitym humorze i – o zgrozo, nie sądziłam, że to powiem – z pewnością jeszcze kiedyś wrócę do powieści autorki. W końcu każdy czasem potrzebuje lekkiej i przyjemnej odskoczni.


Za możliwość poszerzenia horyzontów dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

niedziela, 16 marca 2014

Alfonso Signorini - "Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości"


Zastanawiam się, czy można mnie nazwać fanką Marilyn Monroe. Owszem, fascynuje mnie jej życie, ukształtowane przez wiele ciężkich doświadczeń i tak ciekawe w późniejszych latach. Mam jednak świadomość, że niekoniecznie można uznać ją za dobry wzór do naśladowania. Z jednej strony udało jej się wyjść z trudności i zrobić karierę, z drugiej – to właśnie owe problemy doprowadziły ją do upadku. Jedni sądzą, że to co złe w jej życiu było spowodowane przeszłością i brakiem dostatecznej pomocy, inni – że nic nie usprawiedliwi jej postępowania z mężczyznami i samą sobą. Prawda zapewne jak zwykle leży po środku – dla mnie Marilyn jest po prostu piękną kobietą i aktorką, której występy na długo zapadają w pamięć.

Alfonso Signorini z pewnością należy do grupy usprawiedliwiających. Jego niezbyt pokaźna książka ma w założeniu ukazać cały życiorys Marilyn Monroe. Jak nietrudno się domyślić, nie dla wszystkich istotnych spraw znalazło się miejsce, ale jednej poświęcono go aż nadto – jak wskazuje sam tytuł, jest książka o miłości. Akcja zaczyna się jeszcze przed narodzinami Normy Jane, Signorini postawił na dokładne umotywowanie wszelkich zachowań przyszłej gwiazdy. Mamy okazję zapoznać się z jej codziennością – najpierw w domu rodzinnym, potem wśród opiekunów i w rodzinie zastępczej. Obserwujemy, jak rodzą się i upadają jej kolejne wielkie uczucia, a także jak rozwija się jej kariera.

Jak już wspomniałam, konstrukcja zdarzeń i fabuła przedstawiają Marilyn Monroe jako kobietę skrzywdzoną przez życie. Jako dziecko zawsze chciała dobrze, a mimo to zmuszona była ciągle radzić sobie z utratą, natomiast jako dorosła po prostu na każdym kroku szukała szansy na miłość. O ile w niektórych tekstach autorzy starają się pokazać siłę i inteligencję gwiazdy, obalając stereotypy (na przykład w książce „Mój tydzień z Marilyn”, gdzie wykreowana jest jako kobieta beztroska i pełna życia), o tyle tutaj wracamy do wizerunku Marilyn, która nie rozumie swojego postępowania, a cele ma proste i niewymagające – być sławną, odnaleźć poczucie bezpieczeństwa w męskich ramionach. Trochę mi to nie odpowiada, ale tak naprawdę w przypadku Marilyn Monroe każdy ma prawo do własnego zdania – nigdy nie będzie nam już dane dowiedzieć się, jak było naprawdę.

Mimo że tematem książki ma być miłość w życiu gwiazdy, na drugi plan zostały zepchnięte emocje. Odzywa się we mnie stereotypowe myślenie i mam ochotę powiedzieć, że być może Signoriniemu pisanie o uczuciach przychodzi z trudem, bo… jest mężczyzną. Ale nie generalizujmy. Po prostu czasem ciężko czyta się opisy dotyczące uczuć, gdzie cała otoczka jest całkiem w porządku, ale jednak wieje chłodem. Przykład – odczucia Normy Jane po pierwszym kontakcie z konkubentem matki są tak płytkie i niedookreślone, że aż kłują w oczy. Mam wrażenie, że autor przyjął zasadę „jak mus to mus”, po czym sięgnął do pierwszego lepszego tekstu o ofiarach gwałtu i szybko „zrobił swoje”, umieszczając emocje w tekście tak, że kompletnie nie pasują do reszty. Poza tym w większości przypadków Normie Jane dopowiadane są uczucia nietrafione i nieautentyczne, przez co książka zdecydowanie traci na wartości.

Kolejnym aspektem negatywnym jest wątpliwe pochodzenie wielu faktów z życia Normy Jane. Książka nie posiada ani jednego przypisu czy choćby noty autorskiej, zawierającej źródła zawartych w niej informacji. Znaleźć można za to przypis tłumacza, korygującego niepoprawne daty, użyte inaczej dla ubarwienia historii. Choć autorowi nie można odmówić daru opowiadania, mam trudności z zaklasyfikowaniem tekstu jako biografii. Mamy tu otoczkę wątpliwej wiarygodności, opartą na kilku faktach – może bardziej trafne byłoby określenie książki jako historical fiction?

Wszystkie te wady można jednak (jeśli jest się w stanie) odsunąć na dalszy plan, ponieważ książkę czyta się po prostu dobrze. Sięgnęłam po nią w środku nocy dla zabicia nudy i wciągnęłam się bez reszty. Narracja jest bardzo zachęcająca i trzeba naprawdę się wysilić, żeby dostrzec nieścisłości. Myślę, że mimo wszystko warto sięgnąć po ten tekst, choć nie ukrywam – pewien niesmak pozostaje. W końcu czym innym jest biografia, a czym innym opowieść inspirowana realnymi postaciami.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (marcowy motyw - kobieta).

poniedziałek, 3 marca 2014

"Zachcianki"

Dość długo ta opinia czekała w zaciszu mojego komputera, zanim w końcu przyszedł czas na jej publikację. Zawsze było coś ważniejszego - konkurs, wyzwania. Teraz w końcu mogę to (niezbyt pozytywne) zdanie wyrazić i zapewne zniechęcić Was nieco - choć zupełnie nie było to zamierzone.


Wciąż ciężko mi przyznać, że męczyłam się z tą książką ponad rok. Odkładałam, później wracałam i znów odkładałam, a wszystko to za sprawą pewnego opowiadania. Dziś triumfuję, bo nareszcie udało mi się dobrnąć do końca! Wniosek z lektury: nie nadaję się do czytania takich zbiorów i dużo lepiej czuję się, gdy mam dość czasu, by wciągnąć się w losy bohaterów. Tak czy inaczej moje zmysły nie zostały specjalnie pobudzone, nie zarumieniłam się ani razu, a jedyną bardziej zaawansowaną emocją podczas lektury był chichot od czasu do czasu. I tylko nieliczne teksty tak naprawdę zdołały wciągnąć mnie w swój świat…

Zacznę od tego, co przyciągnęło mnie do tej książki, a jednocześnie tak koszmarnie rozwlekło w czasie jej czytanie. Po zetknięciu się z Jackiem Dukajem na żywo nie jestem nastawiona do niego zbyt pozytywnie, jednakże uznawany jest za pisarza wybitnego, takim zaś z reguły nie po drodze z erotykami. A tu proszę, napisał, w dodatku dał się opublikować przez Świat Książki w zbiorze obok zwykłych śmiertelników. Pomyślałam, że to w sumie ciekawe, ale na tym fascynacja się skończyła. Czytanie „Portretu nietoty” do droga przez mękę. Zdania są niezwykle długie, a mnogość słów powszechnie nie używanych zwala czytelnika z nóg. Lubię zabawy językiem, stylem, ale to, co serwuje nam Dukaj, to ostra przesada – ubarwienia, udziwnienia… Zazdroszczę ludziom, którzy są w stanie czytać ów tekst płynnie, w dodatku rozumiejąc, o co w nim chodzi. Mnie się nie udało, dopiero za trzecim podejściem dałam sobie spokój i odrzuciłam wszystkie słowa, których nie rozumiem i których znaczenia nie chce mi się sprawdzać w słowniku. Tak czy inaczej pomysł z nowym zmysłem, otuchem, związanym z rozumieniem sztuki i uniesieniami, jest dobry, a rozbuchana barwność języka w sumie nieźle oddaje odczucia związane z samą sytuacją intymną.

Dla odmiany pozytywne wrażenie zrobił na mnie całkiem zwyczajny tekst Krystyny Kofty. Czytało się go naprawdę przyjemnie, mimo że z pewnością ciężko zaklasyfikować go jako erotyk. To po prostu historia aseksualnej bizneswoman po przejściach, prowadzącej luksusowy kompleks usługowy, przeznaczony do zaspokajania seksualnych potrzeb najbardziej wymagającej klienteli. Kreatywność autorki zachwyca, mimo żeniektóre jej pomysły wydają się kontrowersyjne – szefostwo domu znalazło sposób jak obejść ustawy dotyczące pornografii dziecięcej czy pedofilii, a wszystkiemu przyklaskują psychologowie, uznając ośrodek za świetne miejsce do legalnego rozładowania popędów, które musiały by znaleźć ujście na przestępczej drodze. Opis przybytku okraszony jest historią bizneswoman, co niezwykle wzbogaca tekst. Żałuję, że nie mogę poznać bliżej ani jej, ani tego miejsca – byłby to niezły materiał na ciekawą książkę na skraju futurystyki.

Nieco mniejszym przebojem, ale równie skutecznie do mojego serca wdarł się tekst Łukasza Dębskiego o doktorze Motylu. Bohater mierzy się tu z nader trudnym zadaniem – ma napisać referat dotyczący erotyzmu w kinie polskim. Wszyscy wiemy, że przez lata było z tym niewesoło, rozwiązania przyjęte przez doktora muszą zatem być doprawdy niesztampowe. Poza tym uwagę przyciąga zabawny tytuł, będący dobrą zapowiedzią tego, co znajduje się wewnątrz. Wydarzenia z pogranicza snu i jawy oraz lekki język dają dużo satysfakcji z lektury, podobnie jak liczne gry słów. To zupełnie inne, przyjemne i zabawne podejście do tematu erotyki.

Pozostałe teksty nie wywołały we mnie szczególnych odczuć. Sylwia Chutnik opowiada o specyficznie przeżywanej żałobie dwóch przyjaciółek, Wojciech Kuczok – o intymnej relacji z piersią matki, przeniesionej na dorosłe życie.  Zygmunt Miłoszewski wybiegł w przyszłość, w której digitalizacja pozwala stworzyć sztucznie obraz każdej sytuacji z dowolnymi osobami. Magdalena Tulli
rozminęła się chyba z tematem, bo w opowieści zmysły może i się pojawiają, ale na pewno nie ma w niej niczego ciekawego, ani tym bardziej erotycznego – ot, spotkanie dwóch przyjaciółek i odkopywanie dawnych uraz. Szczepan Twardoch pochwalił się jeżykiem i stylem, ale nie treścią, opowiadając o wzajemnej fascynacji dwóch niezwykle pięknych kobiet. W miarę spodobał mi się tekst Manueli Gretkowskiej, gdyż dotyczył Freuda i Marilyn Monroe, dwóch niezwykle bliskich mi postaci. Wciąż jednak nie jest to coś niezwykłego i wciągającego. Dobrze czytało się też opowieść Grażyny Plebanek o autorkach strony fuckclub.com, których życie zmienia się nie do poznania, gdy wkraczają w świat seksualnej wolności.

W 2/3 lektury zaczęłam zastanawiać się, czy naprawdę nie można pokazać seksu w sposób prosty i bezpretensjonalny. Mam wrażenie, że wciąż nie umiemy o nim mówić i balansujemy na granicy wstydu i obsceniczności. W tym zbiorze żaden z tekstów nie dotyczy normalnej relacji, wszystkie ukazują seks od strony jakiegoś zaburzenia czy patologii (w sensie odchylenia od normy). Czy naprawdę wszystko trzeba marginalizować? Wychodzi na to, że temat wciąż jest trudny i naprawdę ciężko zabrać się za niego z dobrej strony. Najwyraźniej sporo czasu minie, zanim będzie mi dane sięgnąć po dobry erotyk. Paradoksalnie najbliżej ideału znalazł się Jacek Dukaj – wykazał się wrażliwością sensoryczną, ukazując seks jako przeżycie zmysłowe, choć opowieść ubrał w słowa tak dziwaczne, że całkowicie odebrał jej wdzięk.

Powiem Wam tylko, byście nie dali się zwieźć okładkowemu opisowi – nic tu nie pulsuje od kontrastów i prowokacji, bardzo niewiele jest też erotycznej gry. Gdy już jest – nie intryguje. Zbyt wiele tekstów jest toporne i niedopasowane, by „Zachcianki” nazywać porządną antologią, można mieć wrażenie, że o seksie po polsku po prostu nie da się pisać dobrze. Brak tu subtelności, słownictwa i akcji, a ja osobiście czuję niedosyt, ponieważ żadne z opowiadań nie mówi o zwykłej relacji dwóch przeciętnych osób.

~*~

Zostawiam Was na kilka dni tylko z Sylwkiem - będę miała na wszystko oko, ale odpowiedzi na komentarze nie spodziewajcie się do piątku. Wrócę na pewno z masą recenzji do publikacji! ;)

niedziela, 16 lutego 2014

Maciej Maciejewski - "W piekle lepiej być nikim"

Powinnam chyba w końcu ograniczyć swój książkowy zakupoholizm. Często wracam do domu z kilkoma nowymi tytułami, o których nie mam zielonego pojęcia, nie zadając sobie wcześniej trudu poczytania o nich choćby w Internecie. Po prostu łapię je i przynoszę. Fakt, czytam dużo i staram się, żeby książki nie leżały zbyt długo na półce bez uwagi, rzadko też jestem tak naprawdę zawiedziona tym, co trafiło w moje ręce. Niestety, tak było w tym przypadku, gdy promocyjny zakup okazał się totalnym niewypałem.

W centrum Warszawy znalezione zostają ciała dwóch osób, kobiety i mężczyzny. To nie była żadna partanina, tylko profesjonalna robota mordercy – klasycznie skręcone karki, kobieta pozbawiona twarzy. „Żmudna dłubanina”, powie później patolog. Brak motywu seksualnego czy rabunkowego. Brak poszlak, śladów, podejrzeń. Nadkomisarz Agata Zawadzka, której przyjdzie zmierzyć się ze sprawą, będzie miała niezwykle ciężki orzech do zgryzienia, tym bardziej, że oprócz kłopotów z trupami i szefem, który chce ją wysłać na wcześniejszą emeryturę, ma też na karku córkę-buntowniczkę i własne, niedopieszczone, czterdziestokilkuletnie ciało. O, zgrozo…

Konstrukcja książki jest doprawdy dziwaczna. W pierwszych rozdziałach poznajemy mordercę, czarno na białym, ze wszystkimi dziwactwami i całą specyfiką charakteru. Ta część wciągnęła mnie najbardziej i bardzo nie spodobało mi się, że tak brutalnie zostałam z niej wyrwana. Później bowiem reflektory uwagi przenoszą się na działania śledczych i tam pozostają właściwie do końca. Poznajemy panią nadkomisarz i z butami wchodzimy w jej życie prywatne, które często całkowicie odciąga uwagę od śledztwa. Momentami można zapomnieć, że czyta się kryminał, tyle że nie jest to absolutnie aspekt pozytywny. Prowadzi mniej więcej do tego, że pojawia się poczucie czytania nie-wiadomo-czego. Dodatkowo w wydarzenia z teraźniejszości dość nieudolnie wplatane są fragmenty retrospekcji, książka posiada bowiem także wątek historyczny. Jednakże o ile połapanie się w części współczesnej nie jest trudne, o tyle dopasowanie do siebie poszczególnych fragmentów dawnej historii sprawia z początku sporo kłopotów.

Jeśli chodzi o konstrukcję bohaterów, autor niespecjalnie się popisał. Czas spędzamy w towarzystwie kobiety po czterdziestce, która tak naprawdę nie wie, czego chce. W pracy jest zdeterminowana i silna, ale jej życie prywatne to pasmo niepowodzeń. W dodatku doświadcza zmiany tak nagłej, że aż nienaturalnej – z dnia na dzień zrzuca spodnie i zakłada sukienkę, a zmęczoną twarz zdobi makijażem. Po latach zaniedbania, tak po prostu. Paraduje nago przed córką, wdaje się w romans z młodym prokuratorem  i pozwala się całować starszej od siebie lesbijce, z którą później utrzymuje telefoniczny kontakt. No naprawdę… Jeśli tego typu wstawki miały podkreślić niesamowitą przemianę, jaką przeszła, są po prostu nieudolne.

Do zalet książki można by zaliczyć język, gdyby nie fakt, że często przeplatany jest on kolokwializmami i wulgaryzmami zupełnie nie dopasowanymi do sytuacji. Trochę to razi, zwłaszcza że sama narracja jest naprawdę niezła. Mnie osobiście spodobały się wstawki z przeszłości i historie wojenne – brutalne, jednoznaczne, choć nieziemsko zagmatwane. Tę książkę czyta się naprawdę ciężko, dopiero pod koniec nabiera trochę tempa. Aczkolwiek nie ma co się rozpędzać – człowiek wiedziony chęcią poznania zakończenia, może się na nim srogo zawieść. Do samego końca miałam nadzieję, że rozwiązanie zagadki pozwoli książce odpokutować za średnią treść, ale nic takiego się nie wydarzyło. Wszystko urywa się nagle i zupełnie bezsensownie.

Kończąc, powiem krótko – w tej książce wszystko jest nie na miejscu. Konstrukcja wydarzeń miała chyba być oryginalna, wyszła jednak zagmatwana i dziwaczna. Ciężko jest połapać się, kto jest kim i do czego dążą wątki, w dodatku okazuje się, ze tak naprawdę dążą do niczego, czyli nic nie wnoszącego zakończenia. Dla mnie tekst ten jest troszkę jak marna podróba serii o Malin Fors – jeśli lubicie kryminały i ciekawe postaci kobiece, lepiej sięgnijcie po twórczość Kallentofta. Bo książki Maciejewskiego absolutnie nikomu nie polecam. 

sobota, 8 lutego 2014

Mathias Malzieu - "Mechanizm serca"

Ta niepozorna, malutka książeczka, leżąc gdzieś na księgarskiej półce, może przyciągać wzrok. Ma przepiękną okładkę i baśniowy opis z tyłu – jest profesjonalnie wydana, to fakt. Często jednak takie zewnętrzne dopracowanie nie idzie w parze z równie dobrą treścią. Tu jest inaczej – „Mechanizm serca” to wspaniała opowieść, przy której miło spędza się czas.

Można powiedzieć że najzimniejszy dzień w dziejach świata, to nienajlepszy moment na narodziny. Jednakże to wtedy – w nocy, gdy wielu ludzi straciło to, co cenne, lub nawet własne życie – na świat przyszedł Jack. Grozi mu śmierć – jego maleńkie serce zamarza, lecz dzięki wprawnej pomocy akuszerki zwanej wiedźmą, ma szansę dalej żyć. Wszczepia mu ona zegar, mający podtrzymywać pracę uszkodzonego organu. Zegar, który stanie się dla Jacka tak błogosławieństwem, jak i przekleństwem.

Po pierwsze nie dotykaj wskazówek. Po drugie, opanuj złość. Po trzecie nigdy, przenigdy nie zakochaj się. Wtedy bowiem duża wskazówka na zawsze przebije Ci skórę. Twoje kości rozsypią się, a mechanizm serca znowu pęknie.*

Jak można powstrzymać się od miłości, gdy jest ona naturalną koleją losu w zderzeniu z realnym światem? Jack spotyka na swej drodze małą śpiewaczkę i – jak każdy z nas prędzej czy później – wpada w sidła uczuć. Targają nim silne emocje, od fascynacji, przez tęsknotę, aż po zazdrość, a każda z nich jest dodatkowo podsycana lękiem o delikatny mechanizm serca – o własne życie. Maszyneria w żaden sposób nie wypacza uczuć Jacka, jedyne, co różni go od zwykłych ludzi to fakt, że może po prostu wyrwać swoje serce, gdy dociera do granicy możliwości, znaczonej emocjami nie do wytrzymania.

Jednakże baśń Mathiasa Malzieu to opowieść nie tylko o miłości romantycznej. To także historia matki, która – choć przybrana – jest alegorią wszystkich matek świata. Oto Madeleine – akuszerka ze wzgórza robi wszystko, by uchronić własne „dziecko” przed nieszczęściami związanymi z dorosłym życiem. Stara się zatrzymać chłopca przy sobie, jednakże jej działania, choć wynikające z najszczerszych dobrych intencji, po prostu muszą spełznąć na niczym. Wraz z poznawaniem świata i dorastaniem każdy z nas na własnej skórze musi się przekonać o istnieniu obu stron medalu życia – tej radosnej i tej związanej z cierpieniem.

Jak już wspomniałam na początku – opowieść jest równie piękna, jak zdobiący okładkę rysunek. Na kartach tej niepozornej książeczki znajdziemy  baśń przepełnioną alegoriami, pokazującą drogę do rozwoju, a także emocje, rządzące ludzkim zachowaniem. Przyrównanie serca do mechanizmu zegarka i tym samym odsłonięcie go przed czytelnikiem pozwala lepiej zrozumieć to, co sami przeżywamy na co dzień, piętno jakie odciskają w nas emocje takie jak gniew, zazdrość, zakochanie… Po przeczytaniu tej książki czekam z niecierpliwością na ferie, kiedy na pewno znajdę chwilę, by obejrzeć film powstały na jej podstawie.


*Cytat z początku książki