Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lutego 2018

Richard Morgan – „Modyfikowany węgiel”

2 lutego miała miejsce premiera serialu Modyfikowany węgiel, który pod angielską nazwą Altered Carbon możecie znaleźć i obejrzeć na Netfliksie. Czekałam na tę ekranizację ze ściśniętym sercem, bo zwiastuny bardzo mi się podobały – zarówno pod względem klimatu, jak i treści. Postanowiłam jednak najpierw sięgnąć po książkę, czując, że jeśli nie zrobię tego przed obejrzeniem serialu, to po nim już nie znajdę w sobie motywacji. Nie jestem pewna, czy to był dobry pomysł, bo w rezultacie oglądanie zaczęłam z miesięcznym opóźnieniem...

sobota, 26 września 2015

Siergiej Łukjanienko – "Nocny Patrol"

Tytułem wstępu powiem tylko, że po cykl Łukjanienki chciałam sięgnąć już dawno – kusiły mnie opinie, sława serii i przyciągające wzrok wznowienia. Zakup był zupełnym przypadkiem, a pierwsze kroki w świecie alternatywnej Moskwy – męką. Teraz jednak, gdy mam za sobą pierwszy tom, już nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejne. Wchodzenie w Zmrok zdecydowanie mi się spodobało.

Świat od zarania dziejów opiera się na dualizmie, współistnieniu sprzecznych sił – dobra i zła, jasności i mroku, światła i ciemności. By nie trawić Ziemi wieczną wojną, otwartym konfliktem, konieczny był rozejm, który miał przynieść ulgę zwykłym śmiertelnikom i pozwolić światu żyć według własnego rytmu, we względnej równowadze. Na ulicach Moskwy postanowień Traktatu strzegą przedstawiciele obu stron – Dzienny Patrol trzymający w ryzach dobro i Nocny, którego zadaniem jest panowanie nad ciemnością. Przedstawicielem drugiego jest Anton – od niedawna strażnik, a już niebawem jeden z głównych uczestników starć sił obu stron. Czy będzie gotów jednoznacznie podporządkować się wyznawanym ideałom? A może granica między dobrem a złem okaże się cieńsza, niż ktokolwiek przypuszczał?

W skład książki wchodzą trzy minipowieści, z których każda ma około 100 stron i stanowi osobną historię, choć całość składa się w przyczynowo-skutkowy ciąg. Patrząc na mikroczcionkę i niewielkie marginesy jestem przekonana, że gdyby prawa do wydania powieści miała Fabryka Słów, z jednej powstałyby trzy książki o podobnej objętości, jaką w tej chwili ma całość. Na szczęście wydanie MAG-a ma naprawdę wiele zalet – jest poręczne, spójne, a nasz wzrok nie ma szansy zmęczyć się małymi literkami, bo czytanie idzie naprawdę szybko i sprawnie. Nie oznacza to bynajmniej, że lektura jest lekka (na początku trzeba włożyć naprawdę sporo uwagi i energii w zrozumienie świata), jednak z czasem doceniamy i akcję, i fabułę, i pomysł, jaki zrodził się w umyśle autora.

W tym miejscu pojawia się kolejna wielka zaleta takiego wydania – otóż gdybym miała przed sobą jedynie pierwszą z historii, po jej zakończeniu prawdopodobnie nie sięgnęłabym po kolejne. W pierwszym kontakcie lektura jest mocno wymagająca, zwłaszcza że jeszcze nie do końca znamy i rozumiemy prawidłowości rządzące światem przedstawionym. Dopiero z czasem nabywamy biegłości, a i wówczas nie robi się przyjemniej; powiem jasno – jeśli męczą was niekończące się rozterki i dywagacje, możecie od razu odłożyć tę książkę na bok. Łukjanienko wiele czasu poświęcił refleksjom bohaterów i ich indywidualnemu spojrzeniu na świat, pokazał mechanizmy przenikania się różnych przekonań i pięknie ujął to wszystko w całość. Wydarzenia fabularne dzieją się tu obok, jakby mimochodem i nie zawsze otrzymują tyle miejsca, ile byśmy chcieli. Tym niemniej nie brak tu akcji, niebezpieczeństw, zagadek i magicznej otoczki, która skusi wielbicieli urban fantasy. Efektu dopełnia lekki styl i humor, który, choć subtelny, potrafi rozwiać wiele czarnych momentów.


- Wobec tego Heser czyta w każdym z nas jak w otwartej księdze.
- Oczywiście.
- Czyli muszę oduczyć się myśleć.
- Najpierw się trzeba nauczyć.[s.383]


Jeśli chodzi o samą treść książki, niesamowicie podoba mi się pomysł na ukazanie niejasnej natury dobra i zła, światła i ciemności. Bohaterowie przeżywają moralne rozterki, a ich rozumowanie dodaje wartości całemu tekstowi – czytelnik ma okazję samemu rozpocząć rozważania. Gdzie przebiega granica między dobrem a złem? Jak daleko można się posunąć w walce z ciemną stroną? Gdzie eliminacja zła daje wyłącznie pozytywne skutki, jak to wszystko wygląda w szerokiej perspektywie? Choć nikt z nas nie należy ani do Dziennego, ani Nocnego Patrolu, każdego dnia dokonujemy swoich małych wyborów, które każą nam balansować na granicy jednego i drugiego. To za sprawą tych rozterek powieść Łukjanienki, choć należąca do gatunku fantasy, potrafi być miejscami niesamowicie autentyczna i bliska człowiekowi.

Tak jak wspomniałam na początku, przekonanie się do tej historii zajęło mi sporo czasu – tak naprawdę dopiero przy ostatniej opowieści, Wyłącznie dla swoich, rozumiałam, o co tak naprawdę chodzi, poskładałam sobie wszystko w głowie i całym sercem pokochałam tę historię. Już dawno nie czytałam fantastyki, w której tak bardzo urzekłaby mnie warstwa przemyśleń i moralności. Po prostu nie mogę się doczekać, co wydarzy się dalej!


czwartek, 12 marca 2015

Catherynne M. Valente - "Palimpsest"

Z twórczością Catherynne M. Valente miałem już do czynienia już jakiś czas temu, przy okazji lektury Opowieści sieroty. Przygoda z nimi nie była lekka: przeczytanie obu tomów wymagało ode mnie nie tylko niemałych nakładów czasu, ale też sporego wysiłku intelektualnego. Było jednak warto - baśniowość świata wykreowanego przez autorkę urzekła mnie, a bogactwo przesłań i nawiązań do ludowych podań była wręcz oszałamiająca. Wiedziałem, że prędzej czy później sięgnę po następne dzieło Valente i tak też się właśnie stało; Palimsest to powieść, która choć pod wieloma względami jest podobna do Opowieści sieroty, a jednak w ogólnym rozrachunku jest książka całkowicie inną.

Palimpsest - miasto, które jest tak nierealne, że aż prawdziwe. Zawieszone pomiędzy jawą a snem, nie mające swojego miejsca na ziemi, a jednak trwale z nią związane. Kto raz do niego trafił, nie będzie potrafił już bez niego żyć; zostać w nim jednak na zawsze nie jest łatwo. Ci, którzy mieli okazję znaleźć się w tym mieście, noszą na ciele znamię wyglądające jak dziwna mapa; by ponownie odwiedzić Palimsest, muszą w prawdziwym świecie znaleźć osobą, której skóra również została naznaczona w podobny sposób. Cztery, wydawałoby się przypadkowe, osoby po raz pierwszy pojawiają się w tym mieście i od tego czasu ich losy zostały splecione w jedność. Każde z nich szuka w Palimseście czegoś innego, jednak najpierw muszą odnaleźć się wzajemnie, co nie jest prostym zadaniem.

Choć fabuła książki jest jej istotnym elementem, tym, co zdecydowanie dominuje w powieści, jest jej język. Każde zdanie, ba, każde słowo ukazuje kunszt literacki autorki. Czytając Palimpsest ma się wrażenie, że to tekst w każdym calu poetycki - bogactwo językowe wręcz wypływa z kart książki, a baśniowe metafory i nietypowe, a jednak do granic możliwości trafne porównania pojawiają się na każdym kroku (choć niektóre z nich mi nieco nie pasowały do całokształtu powieści i dość mocno przypominały elementy znane z Opowieści sieroty - tak jakby autorce zabrakło nowych pomysłów..). Opisy są wielowymiarowe, odnoszące się nie tylko do samych wydarzeń, ale też do wszelkich wrażeń zmysłowych, plastycznie kreując je w umyśle czytelnika. Nie jest to oczywiście coś, co ułatwia przyswojenie lektury - trzeba się mocno skupić, by dojrzeć piękno wszystkich użytych środków stylistycznych i jednocześnie nie stracić rozeznania w fabule, warto jednak wysilić swój umysł.

Catherynne M. Valente stworzyła czwórkę protagonistów, z których żaden nie jest ważniejszy od pozostałych. Losy każdego opisane są w sposób zupełny, a fragmenty naprzemiennie opisują wydarzenia dotyczące poszczególnych postaci, zarówno te mające miejsce w Palimpseście, jak i w naszym świecie. Widać to nawet w podziale na rozdziały i części, które symetrycznie odnoszą się zarówno do bohaterów, jak i do obu rzeczywistości. Narracja w trzeciej osobie daje szeroki ogląd na całą sytuację, warto jednak zaznaczyć, że we fragmentach opisujących tytułowe miasto przybiera ona czasem cechy opisów pierwszoosobowych - aczkolwiek tożsamość narratora pozostaje tajemnicą niemal do samego końca.

Pomimo tych wszystkich pozytywów nie mogę jednak powiedzieć, że lektura mnie usatysfakcjonowała. Poświęciłem jej niemało czasu, skupiając się na odbiorze płynącego z niej przekazu, niestety nie mogę stwierdzić, że zrozumiałem przesłanie. Tak naprawdę mam jedynie różne teorie, idee, żadna z nich nie jest jednak w pełni klarowna. Być może autorka w metaforyczny sposób chciała pokazać, że im bardziej od czegoś w życiu uciekamy, tym z większym prawdopodobieństwem na to trafimy. A może ogólną refleksją jest tutaj koncepcja, że czasem wystarczy przestać o coś walczyć, by to uzyskać? Patrząc pod kątem tytułu można też odnieść wrażenie, że czasem trzeba wymazać dotychczasowe życie i napisać w jego miejsce nowe. Biorąc zaś pod uwagę inne znaczenie słowa ‘palimpsest’ - może chodzi o to wszystko jednocześnie? Mógłbym wskazać dziesiątki możliwych interpretacji tekstu, żadna jednak nie wydaje mi się tą właściwą, a nie sądzę, żeby ponowna lektura książki rzuciła na to wszytko lepsze światło. Nie powiem, czuję przez to pewnego rodzaju niespełnienie..

środa, 29 października 2014

Ben Aaronovitch - "Księżyc nad Soho"

Jakiś czas temu w moje czytelnicze ręce wpadła książka Rzeki Londynu, która z miejsca mnie urzekła. Kwestią czasu było więc to, że sięgnę po kolejny tom przygód posterunkowego Petera Granta. Choć już jakiś czas Księżyc nad Soho czekał na mojej półce, dopiero nie dawno udało mi się po niego sięgnąć. Czy Benowi Aaronovitchowi udało się utrzymać poziom, jaki zaprezentował w pierwszej części swojej serii?

Soho - część londyńskiego West Endu, miejsce które jest sercem muzycznej sceny. Niezliczone kluby, restauracje i dyskoteki otwarte do późnych godzin napędzają nocne życie, które tętni tu niemal przez całą dobę. Gdy w Soho zaczynają umierać muzycy jazzowi, wszystko wskazuje na to, że w każdym wypadku śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, jednak posterunkowy Peter Grant wyczuwa w zwłokach ślad magii i to w dość specyficzny sposób - słysząc melodię Body and Soul. Czy jazzowi bliżej do magii niż muzyki? Czy w Soho grasują specyficzne “wampiry”, które wysysają energię z ludzi obdarzonych nadzwyczajnym talentem?

Pierwsza i najważniejsza chyba rzecz, o której muszę napisać, to odpowiedź na pytanie, jakie zadałem na samym początku. Otóż tak: Ben Aaronovitch utrzymał narzucony przez siebie poziom. W gruncie rzeczy Księżyc nad Soho napisany jest tak samo, jak pierwszy tom przygód Petera Granta - wciąż mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, w której wyraźnie wyróżnia się dość ironiczne podejście głównego bohatera do świata. Nie brak tu uwag co do specyfiki różnych środowisk w Londynie, jak i różnorodnych zjawisk społecznych. Momentami miałem jedynie wrażenie, że postać Petera została w pewien sposób spłycona, a jego motywacje i pragnienia sprowadzono do dość.. prostackich; wydaje mi się jednak, że po prostu w tej części czytelnik ma okazję poznać bohatera dużo bliżej, niż było to możliwe w Rzekach Londynu.

Podobnie jak w pierwszym tomie, w tej części również mamy wielowątkową fabułę. Poza głównym śledztwem dotyczącym tajemniczych zgonów jazzmanów Peter zajmuje się jeszcze jedną sprawą - trwają poszukiwania istoty, która roboczo zostaje określona jako vagina dentata. Stwór o wyglądzie kobiety uwodzi mężczyzn szukających jednorazowej przygody, by potem w dość brutalny sposób pozbawić ich wiadomego organu i zostawić wykrwawiających się na śmierć. Wybór ofiar wydaje się jednak nie być do końca przypadkowy.. Choć sprawa została już zasygnalizowana w Rzekach Londynu, to wówczas czytelnik został obdarowany względnie sensownym wyjaśnieniem, teraz jednak autor odkrywa przed nim prawdę. Oprócz tego obserwujemy życie prywatne Petera - jego romans, relacje z członkami rodziny, a także przyjaźń z Lesley, która poważnie ucierpiała podczas wydarzeń ukazanych w pierwszym tomie.

O ile pierwsza przygoda posterunkowego Granta była spójna i zwartą historią, tutaj jest nieco inaczej. Ben Aaronovitch stara się w wielu momentach przywołać wydarzenia z pierwszego tomu, gdyż są one często istotne dla fabuły, mam jednak wrażenie, że bez znajomości Rzek Londynu wiele rzeczy byłoby dla mnie niezrozumiałych. Dodatkowo, chociaż główna oś fabuły została wyjaśniona, to jednak pojawił się dość istotny wątek, którego kontynuacji należy spodziewać się w kolejnych książkach. Liczba mnoga została tu celowo użyta - mam wrażenie, że w Księżycu nad Soho autor odkrył fragment czegoś, co moim zdaniem może być główną osią całej serii o Peterze Grancie..

Tym, co chyba najbardziej urzeka mnie w książkach Aaronovitcha, jest kreacja świata. Magią rządzą pewne prawidła i wielu aspektach bliżej jej do nauki niż do tajemniczej mocy, której nie da się zrozumieć. Jest ona jednak zjawiskiem niezbadanym i tak naprawdę dopiero Peter próbuje zrozumieć prawidła rządzące mocą, którą potrafi władać. Jak do tej pory wszystko, co zostało przedstawione w książkach, jest solidnie uargumentowane, a we mnie pozostało wrażenie, że autor wszystko sobie dokładnie przemyślał i nic w tym świecie nie działa na zasadzie “bo tak”. Jedyne, co mi zbytnio nie przypadło do gustu, to stale rozrastające się grono osób, które są świadome istnienia magii, a mimo to podchodzą dość obojętnie do takiego zjawiska.

Rzadko spotykam się z seriami, które potrafią mnie tak wciągnąć w swój świat. Rzadko też spotykam się z mieszanką kryminału z fantasy, która nie tylko jest dobrze napisana, ale ma w sobie coś urzekającego. Księżyc nad Soho to znakomite źródło zaskoczeń, wzruszeń oraz parsknięć śmiechem; to książka, którą czyta się jednym tchem, nawet mimo niesprzyjających warunków - ja byłem tak żądny poznania dalszych losów bohaterów, że nie przeszkadzało mi zmęczenie oraz panujący o trzeciej w nocy w pociągu półmrok.

środa, 17 września 2014

Ben Aaronovitch - "Rzeki Londynu"

Przyjrzyjmy się uważnie okładce Rzek Londynu - i co widzimy? Eleganckie, utrzymane w odcieniach szarości zdjęcie przedstawiające mężczyznę w meloniku i prochowcu, na nim zaś naniesiony stylowo tytuł książki i nazwisko autora. Po czymś takim nie spodziewałem się niczego innego jak kryminału w nurcie noir, ewentualnie (z uwagi na strój postaci) czegoś nieco młodszego - osadzonego mniej więcej w latach 60-70 XX wieku. Po przeczytaniu blurba wiedziałem również, że mam się spodziewać elementu fantasy w postaci magii, zaś będący głównym bohaterem policjant jawił mi się jako osoba o dość ironiczny podejściu do życia, co jest częstym elementem powieści detektywistycznej. Cóż, nie wszystkie moje przewidywania okazały się trafne - ale o tym za chwilę.

Posterunkowy Peter Grant kończy właśnie swój okres próbny w londyńskiej policji i jest o krok od otrzymania przydziału do którejś z komórek Scotland Yardu. Niestety prognozy jego zawodowej kariery nie są zbyt optymistyczne - jako nie wyróżniający się niczym szczególnym funkcjonariusz jest na dobrej drodze, żeby wylądować w zespole kontroli postępów dochodzeń. Ktoś w końcu musi uzupełniać raporty i inne papierki, podczas gdy policjanci z prawdziwego zdarzenia ścigają przestępców i chronią praworządnych mieszkańców Anglii. Los Petera odmienia się, gdy pilnując miejsca przestępstwa przesłuchuje świadka zdarzenia, który jest.. duchem. Dzięki temu młodym funkcjonariuszem zainteresował się będący czarodziejem nadinspektor Nightingale, który wziął Granta pod swoją opiekę. Wkrótce jednak okazuje się, że praca policjanta “od spraw magicznych” nie jest lekkim przydziałem…

Źle przewidziałem - Rzeki Londynu w żadnym wypadku nie są powieścią noir. To jak najbardziej współczesna książka, zarówno pod względem klimatu, jak i umiejscowienia w czasie. Wszystkie wydarzenia dzieją się w czasach obecnych, niosąc ze sobą bagaż wszelkich nowinek technologicznych czy problemów społecznych. Ben Aaronovitch poświęcił wiele miejsca na ukazanie pracy współczesnego brytyjskiego policjanta wraz z wszystkimi narzędziami, które ułatwiają jego zadania. Dzięki temu książka wydaje się autentyczna, ukazująca nie tylko ciekawe aspekty działania policji, ale też te nudniejsze, jak wielogodzinne przeglądanie nagrań z miejskiego monitoringu.

Jak wspominałem na początku recenzji, spodziewałem się ironicznego humoru - i dostałem go w dużej ilości. Peter Grant jest postacią inteligentną, która celnie i nierzadko cynicznie opisuje świat i wszelkie dziejące się w nim zdarzenia. A jako że jest on także świadom swoich wad i ograniczeń, w książce nie brakuje żartów autoironicznych. To duży plus powieści - ponieważ jest ona pisana z pierwszej perspektywy, takie wstawki przybliżając bohatera czytelnikowi i pomagają się z nim w jakiś sposób identyfikować. W książce nie brak również humoru nieco niższych lotów, momentami wręcz prostackiego (ale cóż zrobić, skoro jedną z głównych myśli pojawiających się w głowie Petera jest chęć zaciągnięcia koleżanki po fachu do łóżka), jest on jednak na szczęście idealnie dawkowany i współgra z pozostałymi dowcipami. Dzięki temu podczas lektury niemal non stop parskałem śmiechem, a wiele fragmentów tak mnie rozbawiło, że od razu chciałem je czytać na głos znajdującym się w pobliżu osobom.

Nie mogę nie powiedzieć kilku słów o fabule, bowiem to także znakomity element książki Aaronovitcha. Tak naprawdę śledzimy trzy wątki, które stale się ze sobą przeplatają: główny wątek kryminalny dotyczący serii zagadkowych napaści; pierwsze zadanie związane z magiczną częścią Londynu, które Peter Grant ma do wykonania w ramach swojej pracy; oraz ostatni element, czyli szkolenie głównego bohatera na czarodzieja, jego prywatne życie i zmiany, jakie w nim zaszły od czasu przesłuchania ducha. Wszystko to jest jednak tak zgrabnie skonstruowane, że czytelnik nie czuje się zagubiony - wątki stare się ze sobą łączą i wzajemnie na siebie wpływają, dzięki czemu fabuła jest zwarta i przejrzysta. A przy tym niesłychanie wciągająca i ciekawa.

Atutem książki jest także niewątpliwie miejsce, w którym jest ona osadzona. Nie ma chyba lepszego miasta od Londynu, w którym mogłyby dziać się przedstawione wydarzenia. Stolica Wielkiej Brytanii to miejsce z jednej strony znajome i ze wszech miar współczesne, z drugiej zaś strony to miasto ze swoją - niekiedy mroczna - historią, pełne własnych legend, zwyczajów. To miejsce, które kojarzy się z mgłą, która skrywa pewne rzeczy przed oczami postronnych; z pewnym mistycyzmem i siłami, których nie jesteśmy w stanie pojąć. Londyn jest magiczny i ta właśnie cecha robi z niego idealny materiał na bazę książki. Spora część fabuły Rzek Londynu toczy się właśnie wokół tytułowego miasta, bazując na zdarzeniach z przeszłości czy co bardziej istotnych budynkach i ulicach.

Nie ukrywam tego, lecz mówię wprost: Rzeki Londynu mnie urzekły. Zostałem pochłonięty przez lekki humor, jakim Aaronovitch włada niczym sprawny szermierz szablą. Zachwycił mnie klimat panujący na uliczkach Londynu, a postać głównego bohatera polubiłem niemal od samego początku (i to pomimo wielu cech, których z reguły u ludzi nie akceptuję!). Ta książka to nie tylko powieść o magii - to również książka magiczna, która daje sporo przyjemności i radości, a przy tym potrafiąca niekiedy wzruszyć. Na pewno z wielką chęcią powrócę do wykreowanego przez autora świata - czy to sięgając po kolejne tomy cyklu, czy też raz jeszcze po pierwszą z przygód Petera Granta.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Jeff Noon - "TV Ciał0"

Na promocję Wydawnictwa MAG czekaliśmy, odkąd pojawiły się pierwsze zapowiedzi styczniowych premier. Kilka książek zdecydowanie mnie zainteresowało, tym bardziej, że Uczta Wyobraźni jest marką z renomą, gwarantującą otrzymanie dobrej literatury, w dodatku pięknie wydanej. Jedna z książek które wybrałam zabrała mnie w krótką (bo jedynie 190-stronicową), acz mocną i niezwykłą podróż do futurystycznego świata, który tak naprawdę już niebawem może stać się udziałem każdego z nas.

W książce Jeffa Noona nie podróżujemy daleko – przynajmniej w sensie geograficznym. Odwiedzamy Anglię przyszłości, świat w którym digitalizacja jest zjawiskiem powszechnym, wręcz nieodłącznym elementem życia codziennego. Mamy tu do czynienia z rozbudowaną do granic możliwości sytuacją, której zalążki widzimy już dziś – ludzie nie rozstają się ze sprzętem służącym zarówno komunikacji, jak i stałemu pozostawaniu w strumieniu informacji. Wypadnięcie z obiegu choć na chwilę oznacza niemalże kres istnienia, wszystko należy zatem utrwalać i udostępniać, odzierając własne życie z resztek prywatności. Tu nie ma miejsca na codzienność i prawdę. Wszystko rozgrywa się w wirtualnej rzeczywistości, którą władze tylko udoskonalają, wprowadzając nowe sposoby nadawania, od których właściwie nie sposób się uwolnić.

W takim właśnie świecie żyje Nola Blue, wschodząca gwiazda muzyki pop. Po udanym występie w jednym z popularnych talent show i przejściu przez ośrodek, który miał za zadanie odrzeć ją ze wspomnień i dawnego wizerunku, stała się artystką. Jednak – o, ironio! – artystką, której nie wolno stworzyć nic własnego. Gdy jej kariera przeżywa regres, dopadają ją dziwne dolegliwości. Okazuje się, że za sprawą nowego sposobu przekazu niektóre osoby – w tym Nola Blue – stają się pewnego rodzaju odbiornikami. Każdy element skóry piosenkarki staje się ekranem, tworzącym przedziwną mieszankę obrazów najróżniejszej maści, dostępnych w eterze. Z czasem dziewczyna uczy się panować nad przekazem, a spotkania z ludźmi i obserwowanie ich reakcji pozwalają jej odkryć prawdę o społecznej sytuacji.

Społeczeństwo w świecie Jeffa Noona nie prezentuje się najlepiej. Mimo że ludzie mają właściwie władzę nad eterem i tym, co się w nim znajduje, nie panują nad sytuacją. Wybierają wirtualną rzeczywistość i pozwalają rządzić prostym instynktom, zamiast kreować coś pożytecznego. Przykładem może być drugi z głównych wątków książki, okrutny reality show Kopuła Rozkoszy, w którym co roku jeden z ochotników zamykany jest samotnie w spartańskich warunkach specjalnie skonstruowanego miejsca, mającego za zadanie przetwarzać wszelkie impulsy nerwowe z jego mózgu na obrazy. Wszelkie impulsy, co oznacza, że każda myśl, każde wspomnienie i każdy sen uczestnika są natychmiast przetwarzane i bez cenzury pokazywane milionom widzów w czasie rzeczywistym. Fakt, iż żaden z uczestników nie wytrzymał pod kopułą dłużej niż 5 tygodni, a większość z nich przypłaciła swój udział w show ciężkimi problemami psychicznymi, tylko nakręca sprawę. Żądni sensacji i silnych wrażeń widzowie gotowi są niemalże bez przerwy śledzić swój ulubiony program. Jak hieny rzucają się na serwowane im obrazy, oczekując tylko jednego – dotarcia uczestnika do granicy własnych możliwości.

Jak to zwykle z „Ucztą Wyobraźni” bywa, tekst sam w sobie jest na najwyższym poziomie. Bogactwo treści, wyobraźnia autora i niezwykły język to zdecydowanie dodatkowe atuty książki. Czasem można zagubić się w potoku myśli, ale absolutnie nie jest to wada, wszystko to potęguje jedynie wrażenie chaosu, którym jest opisywany świat. Całość może być przestrogą dla dzisiejszych ludzi – wszak wielu spośród nas nie wyobraża sobie już śniadania bez informacji, posiłku bez Instagrama, a weekendu bez taniej rozrywki igrających na emocjach talent show. Jak długo będziemy pozwalali sobie na takie zachowania, nasze życie będzie pożywką dla wirtualnej rzeczywistości i stopniowo będzie się do niej przenosiło. 

niedziela, 3 marca 2013

Catherynne M. Valente - "Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy"

Pół roku musiało minąć od zakupu książki do jej ukończenia. Sześć miesięcy, przez które „Opowieści Sieroty. W ogrodzie nocy” leżały na półce, ponieważ stale spychałem je na koniec listy zatytułowanej „do przeczytania”. Teraz, po dotarciu do ostatniej strony, żałuję, że tylko z własnej winy nie zapoznałem się z tą powieścią wcześniej.

Fabuła powieści skonstruowana jest w dość nietypowy sposób: główny wątek, kontynuowany później w drugim tomie,  opowiada o tajemniczej dziewczynie z tatuażami na powiekach i wokół oczu, która zamieszkuje w ogrodzie pałacu należącego do sułtana. Nikt nie wie skąd się tam wzięła, a wśród ludzi krążyły opowieści, iż jest ona demonem - dlatego też wszyscy jej unikali, jednocześnie nie wyganiając jej z ogrodu. Dziewczynka zaprzyjaźnia się jednak z młodym synem sułtana i opowiada mu niesamowite historie, które zapisane zostały pod postacią tatuaży na jej obliczu.

Historii tych jest cztery, w każdym tomie teoretycznie po dwie. Teoretycznie, bo w każdej z nich bohaterowie przedstawiają swoje własne opowieści z nowymi postaciami, które to także mają coś do przedstawienia. Powstaje zatem swoista, złożona z wielu historii ‘matrioszka’, w której to z każdą stroną docieramy do kolejnych słownych ‘lalek’, przedstawianych przez różnych narratorów.

Pierwsza z opowieści nosi tytuł „Księga stepu” i opisuje historię młodego księcia, który ucieka z pałacu swojego ojca. Podczas wędrówki przez las, kierowany głodem, zakrada się do samotnego gospodarstwa i uśmierca jedną ze znajdujących się na podwórzu gęsi. Zostaje jednak przyłapany i zaatakowany przez mieszkająca tam kobietę, wiedźmę. Książę, w ramach odkupienia zgadza się jej służyć, co okazuje się być początkiem jego wielkiej przygody, w której spotyka baśniowe stwory oraz poznaje historię swojej rodziny.

Druga z historii, „Księga morza”, opowiada o sierocie, dziewczynce o białych włosach. Po śmierci rodziców została sama w obcym, nadmorskim mieście, gdzie w celu przetrwania imała się każdej pracy, byle tylko przetrwać. Pewnego dnia, pracująca z nią tkaczka sieci opowiada jej o konflikcie między Al-a-Nur, siedzibą Dwunastu Wież, z których każda reprezentuje inną religię, a kalifem, który chciał zdobyć legendarne miasto. Niepozorna kobieta wspomina czasy, kiedy opuściła rodzinny dom i zamieszkała w jednej ze wspomnianych Wież.
O ile pierwsza opowieść stanowi spójną, zamkniętą całość, w drugiej historii jest nieco inaczej. Liczne poboczne wątki z „Księgi stepu” tutaj znajdują swoje zakończenie, a uważny czytelnik może znaleźć wiele drobnym powiązań między obiema połowami książki.

Poza samą treścią warto też zwrócić uwagę na sposób jej przedstawienia. Liczne, bardzo obrazowe metafory i kwiecisty język znajdują zastosowanie w tej książce, nadając jej baśniowy charakter. Nie jest to jednak język prosty, i choć z każdym zdaniem człowiek się do niego przyzwyczaja, to jednak na samym początku konstrukcja książki może zniechęcić. Ja sam, gdy po dość spontanicznym zakupie usiadłem z książką na kanapie, już po pierwszej stronie się poddałem – książki, z którymi zazwyczaj się spotykałem nie przyzwyczaiły mnie do czegoś takiego. Dopiero za drugim razem udało mi się przebrnąć przez pierwsze strony, po czym nie mogłem oderwać się do samego końca.

Podsumowując: „Opowieści Sieroty. W ogrodzie nocy” to znakomita przygoda. Ciekawy świat, niesamowite historie i multum barwnych postaci, a to wszystko ubrane w przepiękną formę. Nie jest to jednak książka dla wszystkich: język może niektóre osoby odstraszyć, zaś wspominana wcześniej ‘matrioszka” jest strukturą nietypową, która nie każdemu przypadnie do gustu. 

Moim zdaniem pierwszy tom „Opowieści sieroty” to literatura znakomita i mam zamiar jak najprędzej sięgnąć po drugą część. Z czystym sumieniem daję tej książce subiektywne 9/10. Czemu nie maksymalna ocena? Po pierwsze, konstrukcja jednej opowieści wewnątrz drugiej, która jest elementem trzeciej, ma pewną wadę: czasem zastosowana jest ona pięcio- czy sześciokrotnie, przez co fabuła znacznie odbiega od głównego wątku, a czytelnik może zapomnieć czego dotyczy główna historia. Po drugie, sposób prowadzenia narracji jest jednolity przez całą powieść, co, choć nie wydaje się z pozoru wadą, w tym wypadku takową jest – pierwszoosobowych narratorów jest co najmniej kilkunastu, ciężko jednak wskazać wyraźną różnicę między prezentowanym przez nich sposobem opowiadania. Nie są to jednak rzeczy, które znacząco obniżałyby ocenę książki.