Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Granie w Parze: „Terraformacja Marsa”



Jest rok 2315. Nasza planeta jest przeludniona, a jej naturalne zasoby niebawem ulegną wyczerpaniu. Rząd Ziemi staje przed ważnym wyborem: skazać ludzkość na cofnięcie w rozwoju technologicznym albo rozpocząć ekspansję na niebezpiecznego i nieprzyjaznego Marsa. Największe i najbogatsze korporacje stają do wyścigu – te, które będą miały najbardziej znaczący wpływ na przystosowanie Czerwonej Planety do życia, zostaną hojnie wynagrodzone. Rozpoczyna się era kolonizacji kosmosu. 

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Granie w Parze: „Drako”



Drako to pierwsza wyłącznie dwuosobowa planszówka, w którą zagraliśmy – animowaliśmy jakiś event w Galerii Manhattan w Gdańsku, a to była jedna z gier pokazowych, które trzeba było znać. Spodobała nam się, spełniała nasze potrzeby i tym samym jako jedna z pierwszych trafiła do naszej wspólnej biblioteczki gier. Pokochaliśmy ją za temat, mechanikę i... wyzwanie. Jest to bowiem gra o nierównym rozkładzie ról, z których jedna wydaje się znacznie łatwiejsza od drugiej.

wtorek, 31 października 2017

Narkobaronowie i Kinder Niespodzianki, czyli ulubieńcy października​








Październik był dla mnie bardzo męczącym miesiącem, zwłaszcza pod koniec, kiedy tydzień z życiorysu wyjęła mi praca na Targach Książki w Krakowie. Nadal jednak udaje mi się szarpać z czasem i znajdować chwilę lub dwie na przyjemności – w tym przypadku seriale, testowanie kosmetyków i... czekoladę! Zapraszam Was serdecznie na ulubieńców tego miesiąca, czyli najskuteczniejsze (dla mnie!) umilacze jesieni.


Podaj dalej!

Od bardzo dawna zastanawiałam się, na czym polega fenomen tej gry – czytając opis nie czułam zbytnio tej zabawy, nie wydawała mi się atrakcyjna. Jakie to szczęście, że podczas ostatniej imprezy firmowej miałam okazję w nią zagrać!

Podaj dalej! to w gruncie rzeczy kalambury, ale dużo fajniejsze dla takich osób jak ja – tych, które nienawidzą wychodzić na środek i machać rękami. Do tego dochodzi połączenie z głuchym telefonem, bo wylosowane hasło rysujemy, po czym podajemy dalej do zinterpretowania kolejnemu graczowi. On próbuje zgadnąć, co narysowaliśmy i zapisuje hasło, a następna osoba – znów rysuje. W większości przypadków gdy notes do nas wraca, ostatnie hasło totalnie różni się od poprzedniego. 

Co ważne - nie trzeba umieć rysować. Prawdę mówiąc im gorzej nam idzie, tym jest zabawniej.


Narcos 3


Wiem, że premiera trzeciego sezonu była 1 września – miałam nawet plan, żeby z tej okazji wziąć wolne w pracy, ale jakoś nie wypaliło. Ogólnie ostatnio ciężko jest mi wygospodarować czas na seriale i oglądanie zawsze odbywa się kosztem czegoś innego. Ale czasem warto. 

Jeśli chodzi o samo Narcos, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Scenarzyści wykonali naprawdę dobrą robotę i moim zdaniem wykorzystali potencjał opisywanej historii. Postaci, które do tej pory były drugoplanowe, pięknie się rozwinęły i zyskały indywidualny charakter; każdy z bossów kartelu z Cali to inna osobowość, podejście do interesów i reakcje na trudną sytuację. Sam serial trzyma w napięciu, świetnie balansuje między faktem a fikcją (uwielbiam to, w jaki sposób wplatane są tutaj elementy rysu historycznego), no i pełen jest naprawdę dobrych scen, wśród których prym wiedzie finał pierwszego odcinka.

Gorąco polecam, to jeden z moich ulubionych seriali.


Super Hero Girls w Kinder Niespodziankach



Niczym zebra z reklamy Wedla będę namawiała, by co jakiś czas odzyskiwać swoją dziecięcą radość (a najlepiej nigdy jej nie tracić). Mam na to kilka sprawdzonych sposobów, a jednym z nich jest... Kinder Niespodzianka. Zwłaszcza, jeśli zabawki są tak przyjemne, jak ostatnia kolekcja powstała w kooperacji z DC. 

W tym miesiącu dostałam pierwszą pełnoetatową pensję. Co kupiłam najpierw? Sześć czteropaków jajek z niespodzianką, moi drodzy. Tak się bawią bogaci.


Polskie kosmetyki naturalne



Jakoś tak wyszło, że październik był dla mnie miesiącem testowania kosmetyków, na które od dawna miałam ochotę.

Krem do rąk z Yope zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie – świetnie nawilża i szybko się wchłania, dzięki czemu mogę go trzymać w pracy (komputer), a jego zapach sprawia, że mam ochotę używać go cały czas (mam wersję zielona herbata i mięta, jakby coś). Możecie się śmiać, ale to ostatnie jest bardzo dużą zaletą, bo do tej pory ciągle o nim zapominałam! Wciąż uważam, że 30 zł za krem do rąk to lekka przesada, ale niczego nie żałuję.

Pozytywnie zaskoczyła mnie również firma Resibo. Skusiłam się na krem pod oczy oraz osławione "czyniące cuda" serum. O ile do pierwszego kosmetyku raczej nie wrócę (jak dla mnie ma zbyt lekką formułę), o tyle drugi naprawdę sobie chwalę. Mam bardzo odwodnioną skórę (kiedyś myślałam, że tłustą, ale to temat na zupełnie inną opowieść...) i powiem szczerze, że jak do tej pory nie trafiłam na kosmetyk, który by tak obłędnie nawilżał. Jeśli używam go wieczorem, na drugi dzień skóra jest miękka i delikatna, a samo serum mimo olejowej formuły nie zatyka porów.

Trzecią marką, której testowanie zaczęłam w październiku, jest Ministerstwo Dobrego Mydła – firma, którą, jak do tej pory, znałam jedynie ze świetnie prowadzonego fanpejdża. Już dawno upatrzyłam ich słynny sztyft śliwkowy jako prezent gwiazdkowy dla mojej Mamy, a że do oferty trafił w zestawie z dwoma innymi produktami... Cóż, postanowiłam rozpieścić też siebie. Zarówno peeling, jak i olej są rewelacyjnie i działają cuda na skórze: złuszczają, odżywiają, nawilżają. I jak pachną! 


Ktoś dobrnął do końca? Rany, jesteście wielcy! Niech fajne rzeczy będą z Wami!
Co odkryliście w tym miesiącu? Powiedzcie koniecznie, pamiętajcie, że zbieram Wasze polecanki!


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Dlaczego nas tak mało, czyli dwie wielkie inspiracje (fanatyzmy) maja


Zgodnie z oczekiwaniami wiosna niemal od razu zmieniła się w lato. Mamy sezon na lodowo-bananowo-kakaowe smoothie, sukienki, sandały i długie spacery. Kiedy jest tak ślicznie, a słońce od rana świeci w okno, nie jestem w stanie długo spać, więc zrywam się bladym świtem, a wieczorem trafiam do łóżka znacznie później niż jeszcze kilka tygodni temu. Mam więcej czasu. Dlaczego zatem nie przekłada się to na częstotliwość nowych postów? Planów było mnóstwo, głowę mam pełną pomysłów na nowe wpisy, stosik czytelniczy rośnie i prawie zakrywa okno, a ja tymczasem...

Długo zastanawiałam się, co pochłania moje cenne minuty i nagle doznałam olśnienia – powody są tylko dwa, ale jakże absorbujące! Zapraszam na opowieść o majowych pożeraczach czasu.


Terraformujemy Marsa!



Rok 2315. Ziemia jest przeludniona i wyeksploatowana ponad miarę, a ludzkość staje przed dylematem: wyrzec się wszelkiego rozwoju, którego do tej pory dokonała, lub zacząć ekspansję na inne planety Układu Słonecznego. Wspierane przez Rząd Ziemi korporacje stają do wyścigu, w którym nadrzędnym zadaniem jest jak najszybsze i jak najskuteczniejsze przystosowanie Marsa do normalnego życia. W tym celu zaangażowane zostaną wszelkie środki i zasoby. Cel jest wspólny, a jednak każda korporacja dąży do jak największych zysków. 

W Terraformacji Marsa każdy z nas reprezentuje jedną z korporacji. To planszówka z ogromnym udziałem kart, w której będziemy rozwijali swoje możliwości produkcyjne i finansowe tak, aby jak najefektywniej przekształcić Marsa w miejsce zdolne do życia poprzez podnoszenie temperatury, zwiększanie ilości tlenu w atmosferze oraz pojawianie się kolejnych oceanów. Będziemy budować miasta i sadzić lasy. Będziemy doprowadzać do zrównoważonego rozwoju ludzkości. 

Choć swoją przygodę z tą grą zaczęliśmy już w kwietniu, to maj był miesiącem, kiedy poświęciliśmy się jej całkowicie, m.in. rozgrywając pierwszą pełną partię. Ta gra wciągnęła nas dzięki swojemu klimatowi, bardzo przemyślanej konstrukcji i mnogości rozwiązań. Podoba się nawet mnie, choć przegrywam zdecydowaną większość partii! Jedna rozgrywka w trybie dla zaawansowanych trwa 2,5 godziny, a my w wolny dzień potrafimy zagrać trzy pod rząd. Chyba nikogo nie dziwi, że miałam w tym miesiącu mało czasu na czytanie?


Zdobywam nowego skilla!



Pewnie część z Was wie, że praktycznie nie żyję bez artystycznego hobby: rysuję, maluję, wyklejam, tworzę, pakuję prezenty, uczę się kaligrafii i Bóg wie co jeszcze. Uwielbiam wszelkie prace, których efekt widać od razu i w których mogę się doskonalić oceniając na bieżąco postępy. Na przełomie roku postanowiłam spróbować swoich sił z manicure hybrydowym – przede wszystkim dlatego, że należę do tych nieszczęśników, u których zwykły lakier trzyma się na paznokciach dokładnie jeden dzień. Hybryda faktycznie jest trwalsza (zmieniam paznokcie co około 2 tygodnie ze względu na odrost i znudzenie kolorem), ale ma jeszcze jedną, ogromną zaletę – pozwala mi wyżyć się artystycznie. Od tego czasu wciąż ćwiczę nowe, coraz trudniejsze wzory i zachwycam się możliwościami. Potrafię siedzieć do 1:00 i wstać o 5:00 żeby pomalować jeszcze kilka wzorników, spróbować jeszcze czegoś. Już dawno nie pasjonowałam się czymś tak mocno i tak długo.


A jak u Ciebie minął przepiękny maj? Aktywnie, poza domem? A może rekordowo książkowo? 



poniedziałek, 2 listopada 2015

Granie w parze #6 - Kotobirynt

Jeden długi weekend za nami, drugi przed nami, a tymczasem my prezentujemy Wam kolejną dwuosobową gierkę - tym razem coś, co możecie łatwo ze sobą zabrać, jeśli tylko będziecie mieli trochę miejsca na rozłożenie pola gry. Zapraszamy na Kotobirynt - grę, w której będziemy szukać właścicieli dla bezdomnych kociaków. Bo kto nie przygarnąłby małej, puchatej kuleczki?


Zawartość pudełka: 
26 kart kanałów
15 kart kotów
2 karty opiekunów
instrukcja


Kotobirynt to gra, w którą bawić się możemy sami, w parze lub w większym gronie - maksimum w cztery osoby. Zasady za każdym razem są takie same, choć oczywiście rozgrywka wygląda różnie w zależności od ilości graczy. Naszym celem jest uratowanie najbardziej potrzebujących kociaków, które żyją a ulicy, a raczej pod nią - w labiryncie kanałów. Naszym polem gry jest plansza 4x4, na której zawsze znajdują się 2 karty opiekunów i 2 karty kotów. Zadaniem gracza jest takie poprzestawianie kart kanałów, aby stworzyły nieprzerwaną ścieżkę między dowolnym kotem i którymś z opiekunów. W tym celu możemy wykonywać dwa rodzaje akcji: obracać karty kanałów w dowolnym kierunku oraz wymieniać karty poprzez wyjęcie jednej skrajnej, przesunięcie rządka i umieszczenie nowej karty na jego drugim końcu. W jednej turze możemy wykonać dwa dowolne ruchy, a tury graczy następują po sobie naprzemiennie. Po zebraniu kociaka z planszy jego opiekun przesuwa się o jedno pole w prawo, a na planszę trafia nowa karta zwierzaka, również na kolejnym polu. Gra kończy się, gdy ostatni kociak znajdzie dom, a grę wygrywa osoba, która zdobędzie jak najwięcej punktów widocznych na kartach zwierzaków.

Przykładowe karty kotów.

Chociaż zasad jest niewiele, a gra wydaje się prosta, rozgrywka wcale nie należy do banalnych. Przede wszystkim Kotobirynt to przykład całkiem niezłej gry logicznej, która wymaga sporo myślenia, zwłaszcza jeśli oboje gracze są podobnie analityczni. Planowanie ruchów na przyszłość jest trudne, bo nigdy nie wiemy na pewno, co zrobi drugi gracz, ani jaki będzie stan planszy, gdy doczekamy się kolejnej tury. Ponadto możliwe jest wzięcie kilku kotów równocześnie, więc kombinowania jest naprawdę sporo. Nierzadko ruchy gracza skupiają się nie na dążeniu do wzięcia kota, ale na przeszkadzaniu przeciwnikowi, by ten nie mógł zrobić w swojej turze nic przynoszącego korzyści.

Nie można nie wspomnieć również o grafikach - to właśnie one były jednym z elementów, które przyciągnęły nas go gry. Oboje uwielbiamy koty, a te maluchy na obrazkach z przymrużeniem oka przedstawiających życie kota na ulicy od razu skradły nasze serca. Dzięki rysunkom które są ukłonem w stronę młodszych graczy (w Kotobirynt mogą grać dzieci od 6 lat, w razie potrzeby można zmniejszyć dla nich planszę do rozmiaru 3x3), gra ma odpowiedni klimat, a obcowanie z nią jest naprawdę przyjemne.

poniedziałek, 7 września 2015

Granie w parze #4 - Patchwork, czyli: "Nie mówi mi, jak mam szyć!"


Pamiętacie jeszcze patchworkowe kołdry i narzuty, kolorystyczne szaleństwa zszywane z resztek materiałów i rażące po oczach kolorami? To, co kiedyś było oszczędnościową koniecznością, a dziś urosło do rangi sztuki, zainspirowało Uwe Rosenberga do stworzenia uroczej i klimatycznej dwuosobowej gierki logicznej, w której zadaniem dla nas jest zszycie możliwie jak najbardziej spójnej kołdry z różnorodnych dostępnych kawałków. Gotowi na rękodzielnicze zabawy? Zatem... do pracy!



Zawartość pudełka:
1 dwustronna plansza czasu
2 plansze kołder
1 neutralny żeton
2 żetony czasu
33 różne kawałki materiału
5 kawałków specjalnych
1 żeton specjalny 
60 żetonów guzików
instrukcja

Zasady gry są właściwie bardzo proste - dysponując pewną ilością guzików (każdy z graczy zaczyna z pięcioma) kupujemy kolejne kawałki narzuty. Każdy z nich ma na sobie dwie wartości - cenę, czyli ilość waluty jaką musimy za niego zapłacić, oraz liczbę pól, o jaką przesuwamy naszego pionka po jego zakupie. Dodatkowo na niektórych naszyte są guziki - o tym, dlaczego są istotne, powiemy za chwilę. Gracz, który aktualnie wykonuje swój ruch ma do wyboru dwie akcje:
- może wziąć jeden z trzech najbliższych kafelków (płaci wtedy odpowiednią ilość waluty, przesuwa się na planszy i od razu umieszcza kawałek na swojej narzucie);
- może również przeskoczyć odpowiednią ilość pól tak, aby być przed przeciwnikiem - wówczas dobiera po jednym guziku za każde minięte pole.

Plansza kołdry gracza - układanie od środka jest szalone, zwłaszcza pod koniec rozgrywki.

Oczywiście cała patchworkowa zabawa rozgrywa się nie przy kupowaniu czy przesuwaniu się po planszy czasu... Istotą całej gry jest nasza indywidualna kołdra - plansza o wymiarach 9x9, na której staramy się ułożyć zakupione kawałki we w miarę spójną całość. Element "wszywamy" do niej od razu po zakupie i od tej pory jest on nieruchomy, musimy zatem dobrze planować swoje przyszłe kroki. Kombinowanie przypomina nieco grę w Tetrisa i bywa czasem naprawdę sporą zagwozdką.

Podczas dobierania kafelków i przesuwania się na planszy należy brać pod uwagę dwa rodzaje znajdujących się na niej pól specjalnych, po minięciu których możemy otrzymać pewne dodatkowe bonusy. Pierwszym ich rodzajem są pojedyncze kafelki - na planszy jest ich 5, a pola z nimi są jednorazowe, co oznacza, że bonus otrzymuje tylko pierwszy gracz, który minie dane pole. Kafelki 1x1 przydają się do ujednolicenia tworzonego patchworku i są darmowym "zapychaczem", który zmniejsza nam ilość wolnych pól. Drugim rodzajem bonusu są pola z guzikiem - tych jest aż 9 i korzysta z nich każdy mijający je gracz. Ich działanie jest proste - gdy je mijamy, zliczamy ze swojego patchworku wszystkie naszyte na kawałkach guziki i dobieramy taką ich ilość, jaką udało nam się zgromadzić.

Plansza czasu i pole gry - zarezerwujcie sobie sporo miejsca, bo kafelki trzeba ułożyć w koło i najwygodniej zrobić to dookoła planszy.

Gra kończy się, gdy obaj gracze dotrą do końca planszy, jednak nie od razu widzimy wynik - zwycięzcą nie jest ten, kto pierwszy zakończył trasę, a ten, kto uzyska największą ilość punktów. Każde niezapełnione pole patchworku kosztuje nas dwa punkty ujemne, natomiast każdy zachowany guzik to jeden punkt dodatni. Mówi się, że ciężko zakończyć tę grę z bilansem dodatnim, choć my osobiście uważamy, że to nieprawda - nam udawało się to praktycznie za każdym razem.

~*~

Patchwork zawładnął nami już od pierwszej rozgrywki - przez dobry tydzień nie mogliśmy się od niego oderwać. graliśmy w niego w każdej wolnej chwili. Urzekła nas prostota zasad dających niesamowite możliwości. Ta gra to ciągłe kombinowanie, główkowanie połączone z pilnowaniem przeciwnika. Wziąć tańszy klocek, czy droższy, który kiedyś zwróci nam wydane guziki? Ale jeśli weźmiemy droższy, nie będzie nas na nic stać i zmuszeni będziemy potem po prostu wyprzedzić przeciwnika na planszy… Wybory, wybory i jeszcze raz wybory. Każdy nasz ruch zmienia zarówno możliwości nasze, jak i drugiego gracza, nic tu nie zależy od przypadku.

Gra jest niesamowicie regrywalna. Każda partia jest całkowicie inna, wymagająca od gracza dostosowania swoich posunięć od ułożenia kawałków materiału oraz poczynań oponenta. Dodatkowym atutem jest też czas rozgrywki - jedna partia to około 20-30 minut, zaręczamy jednak, że na jednej rundzie się nie skończy; gra nie wywołuje znużenia, wręcz przeciwnie, po pojedynku od razu mamy ochotę na rewanż.

Patchwork jest strzałem w dziesiątkę, jeśli poszukujecie gry dwuosobowej. Proste zasady nie odstraszą nikogo, natomiast krótki czas rozgrywki sprawia, że nie musimy na grę rezerwować całego wieczoru - znakomicie sprawdzi się ona jako przerywnik między innymi czynnościami. Jednocześnie jest to gra, która pozwala nam wyraźnie wpłynąć na przebieg partii i zaznać przyjemnego wysiłku intelektualnego. Zdecydowanie polecamy!

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Granie w parze #3 - Śpiące królewny


Dzisiaj, z racji tego, że rozpoczyna się fala upałów i nasze mózgi nie są do końca pracujące, opowiemy Wam o tytule lekkim, łatwym i przyjemnym. Śpiące Królewny zostały stworzone z myślą o najmłodszych (wymyśliła tę grę sześciolatka), jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by posłużyły one do dopieszczania wewnętrznego dziecka - my robimy to notorycznie i dobrze na tym wychodzimy. Jeśli więc macie ochotę zabawić się w książąt i obudzić kilka królewien... zapraszamy do lektury!


Zawartość pudełka:
12 kart królewien
8 kart książąt
5 kart błaznów
4 karty rycerzy
4 karty mikstur usypiających
3 karty różdżek
3 karty smoków
po 4 karty z cyframi od 1 do 10
instrukcja


Mówiąc najprościej: gra polega na budzeniu królewien spośród dwunastu, które zapadły w sen. Celem gracza w grze dwuosobowej jest zebranie pięciu dam lub uzbieranie 50 punktów zwycięstwa (ich wartości znajdują się na kartach poszczególnych królewien). Wszystkie damy rozkłada się zakryte na stole, natomiast każdy z graczy otrzymuje po pięć z pozostałych kart (reszta tworzy stos do dociągania). Tury są wykonywane naprzemiennie, a w swoim ruchu gracz może wybrać jeden z czterech rodzajów akcji:

- zagrać księcia i obudzić wybraną przez siebie królewnę kładąc ją odkrytą przed sobą
- odrzucić jedną kartę, dwie identyczne lub stworzyć z kart z cyframi matematyczną sumę 
- zagrać eliksir i uśpić królewnę innego gracza
- zagrać rycerza i odebrać królewnę innemu graczowi

W przypadku dwóch ostatnich akcji atakowanemu graczowi przysługuje reakcja - różdżką może on zniwelować działanie eliksiru, natomiast smok chroni królewnę przed rycerzem.

Przykład składania kart w sumy. Dzięki takiemu działaniu możemy wymienić trzy, cztery lub nawet wszystkie pięć kart naraz.

Do zasad należy jeszcze dołożyć dwa fakty dotyczące posiadanych królewien. Po pierwsze, nie można posiadać jednocześnie Królewny Psów i Królewny Kotów (nie przepadają za sobą). Po drugie - istnieje jedna bardzo pożądana dama, a jest nią Królewna Róż; ma niską wartość punktową, ale jej odkrycie pozwala obudzić jeszcze jedną damę.

Karty o specjalnych właściwościach.
~*~

Jak widzicie, nie jest to szczególnie skomplikowana gra - w praktyce wypada jeszcze prościej, partie rozgrywają się szybko i dynamicznie, przez co często ma się ochotę na kolejne rozdanie. W naszym wypadku wyglądało to tak, że przez pierwsze dwa dni od zakupy rozegraliśmy lekko licząc pięćdziesiąt partii.

Tym, co w grze odpowiada nam chyba najbardziej, jest jej lekkość. Zdarza się, że lubimy spędzić czas nad czymś niespecjalnie wymagającym intelektualnie, przy czym spokojnie możemy ze sobą porozmawiać - w tej roli Śpiące Królewny sprawdzają się idealnie. Oczywiście można się przyczepić, że gra jest mocno losowa i sporo zależy w niej od dociągania kart, my jednak poradziliśmy sobie z tym w bardzo prosty sposób - pojedyncza partia trwa dosłownie kilka minut, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by rozegrać ich kilka, czy nawet kilkanaście pod rząd. W ten sposób łut szczęścia ma szansę pomóc każdemu z nas w mniej więcej w tym samym stopniu.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Granie w parze #1 - Splendor

Splendor to nieskomplikowana i przyjemna gra ekonomiczna, która przenosi nas do epoki Renesansu. Gracze wcielają się w bogatych handlarzy, którzy dzięki własnym inwestycjom i udoskonalaniu procesu produkcyjnego pomnażają swoje dobra w postaci szlachetnych kamieni.


Zawartość pudełka:
40 kart poziomu 1
30 kart poziomu 2
20 kart poziomu 3
7 żetonów czerwonych rubinów
7 żetonów zielonych szmaragdów
7 żetonów niebieskich szafirów
7 żetonów białych diamentów
7 żetonów czarnych onyksów
5 żółtych żetonów złota - jokerów
10 kafelków z magnatami
instrukcja


Gracze wykonują swoje tury naprzemiennie. W każdej kolejce można wykonać jedną z czterech akcji:
- dobrać trzy klejnoty, każdy w innym kolorze
- dobrać dwa klejnoty tego samego koloru
- kupić kartę spośród odkrytych na stole
- zarezerwować kartę

Jednorazowo na stole odkrytych jest 12 kart, po 4 z każdego poziomu. Im wyższy poziom, tym wyższa cena karty, ale i jej wartość punktowa. Każda z kart ma określony kolor, a podczas zakupu gracz bierze ją do siebie i zachowuje - od kolejnej tury obniża ona koszt zakupu kart o jeden w kolorze klejnotu, który reprezentuje.

Przykład: mimo niewielkiej ilości żetonów gracz gracz ma do dyspozycji 4 sztuki onyksów i po trzy pozostałych kamieni.

Dodatkową opcją na zdobycie punktów prestiżu są magnaci. W każdej grze odkryte są kafelki tego rodzaju, z których każdy ma określony koszt, wyznaczony liczbą kart w odpowiednim kolorze. W turze, w której gracz zgromadzi wymaganą ilość kart, dany magnat przechodzi do jego puli, zasilając ją o dodatkowe 3 punkty prestiżu.

Gra kończy się w momencie, gdy jeden z graczy zdobędzie 15 punktów prestiżu.

~*~ 

Jak Wam się podoba? Splendor, choć wygląda niepozornie, wymaga sporo uwagi i zaangażowania graczy. Mimo że mechanika gry jest banalnie prosta, możliwości, jakie daje, są ogromne. Dużą zaletą gry jest też jej regrywalność - nie ma fizycznej szansy na to, żeby rozegrać dwie takie same lub choćby zbliżone do siebie partie. Gdy pierwszy raz trafiliśmy na tę grę potrafiliśmy bawić się 6 razy ciągiem i ani razu nie byliśmy znudzeni! Każde z nas wołało "więcej!", nawet kilka porażek pod rząd nie zniechęcało nas do dalszych gier - chęć rewanżu była zbyt wielka.

Gra obciążona jest pewną dozą losowości, trudno jednak żeby było inaczej, skoro głównym jej elementem są karty. Nie można jednak powiedzieć, żeby fatum mogło zdecydować kto wygra - gracz ma zawsze kilka możliwych posunięć, które nie zostawią go na lodzie, a karty, choć różnorodne, są zbalansowane według poszczególnych poziomów.

Rozgrywka dwuosobowa jest szybka, dynamiczna i nieco łatwiejsza niż ta w większym gronie - można przewidzieć kilka ruchów naprzód, a ryzyko, że ktoś pokrzyżuje nam szyki jest znacznie mniejsze. Sytuacja na stole między naszymi turami zmienia się tylko w niewielkim stopniu, a dodatkowo jesteśmy w stanie pilnować poczynań przeciwnika. Docelowo gra przeznaczona jest dla 2-4 osób. My śmiało możemy stwierdzić, że jako zabawa dla pary Splendor sprawdza się idealnie.