Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moon Drive. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moon Drive. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 czerwca 2016

„Ktoś mnie pokocha” [recenzja przedpremierowa]

Przed zeszłorocznymi Świętami Bożego Narodzenia miałam przyjemność czytania zbioru opowiadań zebranych przez Stephanie Perkins – autorka wykazała się na tyle dobrym gustem i tak trafnie dobrała teksty, że kończąc Podaruj mi miłość niemal namacalnie czułam klimat świąt. Byłam zachwycona! Trudno się dziwić, że gdy tylko kilka tygodni temu dojrzałam w zapowiedziach kolejną antologię o podobnej okładce (choć zgoła innym klimacie) od razu wiedziałam, że muszę ją jak najszybciej przeczytać. Ktoś mnie pokocha to także 12 opowiadań, których główny tematem jest odnalezienie drugiej połówki, jednak tym razem będzie znacznie bardziej gorąco, bo motywem przewodnim mają być… wakacje. W sam raz, gdy za oknem skwar i duchota, a zmęczony umysł potrzebuje rozrywki.


Gracie ściągnęła z półki płytę i przeczytała: Jackie Gleason „Music, Martinis and Memories”.
- A jeśli mam ochotę tylko na muzykę, bez martini i wspomnień? – spytała.
- Posłuchamy jednej trzeciej płyty. [s.26]


Podchodząc to tego typu opowieści warto mieć na uwadze jedną podstawową sprawę, a jej zaakceptowanie pozwoli nam w pełni cieszyć się z lektury; mam na myśli fakt, że wszystkie opowiadania w zbiorze skierowane są do nastolatków. Ich świat jest specyficzny, nieco odmienny od świata dorosłych, wartości poukładane są inaczej, a i historie, które ma czytać młodzież, rządzą się swoimi prawami. Dla mnie czytanie opowieści dla nastolatków jest rozrywką, odskocznią, a gdy znajdę wśród nich historię z tych bardziej „ambitnych”, odbieram to wyłącznie jako miłe zaskoczenie. Patrząc w ten sposób jestem naprawdę zadowolona z lektury tej antologii, bo większość opowiadań wpisuje się w poziom, którego bym oczekiwała. Każda z historii jest inna i choć niektóre mogłyby być bardziej dopracowane, generalnie wszystkie pozostają przyjemne i łatwe w odbiorze.


Może ostatnio po prostu czytam za dużo Karola Dickensa, ale wiecie co? Dzisiejszy dzień nie wydaje mi się wystarczająco ponury na rozstanie. [s.195]


Bardzo, ale to bardzo dużym plusem opowiadań wybranych przez Perkins jest to, że wiele z nich wykracza poza ramy zwykłej historii miłosnej. Oczywiście temat nie zostaje zatracony – w każdym opowiadaniu zakochanie jest główną osią fabuły, jednak w wielu przypadkach jej nie dominuje. Autorzy garściami czerpią z popkultury, wielu z nich opiera tło historii o muzykę lub filmy, co i rusz rzucając tytułami, które czytelnik może wyłapać, sprawdzić i zapamiętać. Zdarza się również niesamowita zabawa konwencją – w tym zakresie wyróżnić należy dwa teksty. Libra Bray i jej Ostatni bój w Horrelaksie to nie tylko kopalnia wiedzy na temat klasycznych filmów grozy; opowiadanie samo w sobie również jest opowieścią z pogranicza horroru. Podobnie ma się sprawa z Cassandrą Clare i jej Całkiem nowymi atrakcjami, czyli historią Mrocznego Cyrku, w którym główną rozrywką jest… strach. Bo przecież miłość może nas spotkać w każdych okolicznościach, prawda?

Kolejnym elementem współczesnych opowiadań dla młodzieży, który bardzo mi się podoba, jest szerokie spektrum poruszanych tematów. Miłość w Ktoś mnie pokocha nie jest definiowana jednoznacznie i sztywno jako opowieść o chłopcu i dziewczynce, którzy się spotykają i nagle trafia w nich piorun zwany zakochaniem. Spośród prezentowanych opowiadań w dwóch główna oś fabularna jest oparta o związek homoseksualny, a w co najmniej jednym kolejnym taka relacja pojawia się na drugim planie. Bohaterowie mają różny kolor skóry i wywodzą się z różnych kultur, co niby powinno być w dzisiejszych czasach normą, a jednak rzadko jest uwypuklone. Ponadto wiele z prezentowanych historii oparte jest w pierwszej chwili nie o miłość, a przyjaźń, głębszą relację, która dopiero zaczyna się zmieniać. Bohaterowie rozmawiają o swoich problemach, przeżywają je, oczekują wsparcia i je otrzymują; wszystko to nadaje historiom lepszy, nieco wyższy poziom.

Gdybym miała wskazać swoje ulubione opowiadanie w zbiorze, zdecydowanie wyróżniłabym to stworzone przez Veronicę Roth – już od pierwszej strony wiedziałam, że będzie to historia inna niż wszystkie. Bezwładność podejmuje temat śmierci, pożegnań, niedomówień i przyjaźni, która miałaby wszelkie szanse, żeby przerodzić się w miłość. Już sam pomysł autorki na poprowadzenie fabuły jest bardzo ciekawy, a do tego historia jest po prostu świetnie skrojona – jako jedna z nielicznych wydaje się być przemyślana od pierwszego do ostatniego słowa i nie pozostawia w czytelniku uczucia niedosytu. Drugim niesamowitym opowiadaniem jest zamykająca zbiór Mapa maleńkich wspaniałości, historia nastolatków, którzy w kółko przeżywają ten sam dzień. Optymistyczny wydźwięk tej historii (mimo że sama w sobie porusza trudne tematy) sprawia, że to idealne zwieńczenie całej antologii.

Ktoś mnie pokocha warto byłoby przeczytać choćby dla tych dwóch tekstów, ale dobrych opowieści jest tu zdecydowanie więcej. Tak jak wspomniałam, historie są naprawdę różne i sądzę, że w zbiorze takim jak ten każdy znajdzie coś dla siebie – ja jestem bardzo zadowolona z lektury. Może nie udało mi się do końca poczuć klimatu wakacji i zakochania (chyba perspektywa rychłej dorosłości zabiła we mnie tę zdolność), ale i lato jest dużo bardziej rozmytym tematem niż święta, trudniej więc było zachować spójność treści. Mimo wszystko cieszę się z tej przygody i liczę na kolejne antologie (może teraz jesienna nostalgia? mój wewnętrzny Schopenhauer byłby zdecydowanie dopieszczony!).






Za możliwość poznania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.
Premiera 15 czerwca!

sobota, 7 listopada 2015

Lauren Oliver – „Delirium. Trylogia”

Zastanawiałam się, jak ugryźć recenzję tej książki. Cały tom to niemal 1000 stron tekstu do oceny i omówienia – z jednej strony ciężko to ująć całościowo, z drugiej zaś łatwiej, bo nie trzeba się rozdrabniać na poszczególne elementy i w pewnym sensie powtarzać wypowiedzi. Zdecydowałam, że recenzja będzie jedna z kilku powodów – po pierwsze jest to wydanie zbiorcze, po drugie czytałam je jednym ciągiem podczas podróży i bezpośrednio po niej, a po trzecie (i być może najważniejsze) zauważyłam, że niewiele jest rozdźwięku pomiędzy kolejnymi częściami, a Lauren Oliver zachowuje spójny styl i stały poziom realizacji pomysłu.

Delirium to opowieść o świecie, w którym miłość (a wraz z nią wszystkie towarzyszące jej namiętności) uznano za chorobę. Amor deliria nervosa to jednostka podstępna i niebezpieczna, która niszczy nie tylko relacje człowieka z innymi, ale też szarga mu nerwy na tyle, że może doprowadzić do obłędu lub śmierci. Aby zapobiec jej skutkom, obywatele amerykańscy poddawani są specjalnemu zabiegowi, który sprawia, że nie są w stanie się zakochać; problem polega na tym, że niesie on za sobą duże ryzyko i dlatego można go wykonywać jedynie na tych, którzy ukończyli 18 lat. Jedną z osób oczekujących na zmianę jest Lena, główna bohaterka powieści – dziewczyna kończy magiczny wiek za kilka miesięcy. Dotąd była przykładną, wycofaną obywatelką, która wręcz marzy o zabiegu. Jednak wystarczy kilka nieprzewidywanych zdarzeń, aby coś się zmieniło…

Na samym początku lektury nie zwracałam szczególnej uwagi na postaci, miałam bowiem to cudowne uczucie przebywania w nowym, nieznanym dotąd świecie. O Delirium słyszałam już dużo i bardzo chciałam wreszcie poznać ten pomysł, bo idea uznania za chorobę miłości naprawdę mnie zafascynowała. Po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że idea Oliver była podobna jak w Dawcy – za zło i niebezpieczeństwo uznano nie tyle samą miłość, co wszystkie silne namiętności; w tym świecie nie można głośno się śmiać, słuchać muzyki, śpiewać czy okazywać innym zaangażowania. Sama konstrukcja sprowadza się do klasycznej i kompletnej dystopii – mamy tu szeroko zakrojony pomysł na funkcjonowanie państwa z uwzględnieniem systemu inwigilacji i terroru, któremu poddawani są obywatele. Państwo dokonuje selekcji, trzyma ludzi w szachu i organizuje im życie poprzez chociażby przydział partnerów.

Trzeba jednak pamiętać, że pierwsze wrażenie szybko mija, do świata się przyzwyczajamy i w końcu zostajemy sam na sam z fabułą i bohaterami. Jak prezentuje się opowieść pod tym względem? Muszę przyznać, że zaskakująco dobrze. Akcja wszystkich trzech tomów jest skupiona na innych aspektach (wprowadzenie-przygotowanie-walka), jednak w każdym z nich jest wartka i na swój sposób atrakcyjna dla czytelnika. Język jest przyjemny, jak to w młodzieżówkach, ale naprawdę dobrze ujęty – brak tu zgrzytów czy jakiegoś totalnego uproszczenia. Główną bohaterkę naprawdę można polubić, a podczas lektury z przyjemnością patrzy się na zmiany w jej zachowaniu, przemyślenia i stosunek do świata. Dzięki zmiennej narracji mamy okazję poznać też inne postaci, a ich opowieści są równie ciekawe. Poszczególni bohaterowie różnią się od siebie historią, pochodzeniem społecznym, poglądami, a ponadto potrafią się naprawdę ciekawie zmienić w toku opowieści.

Skoro głównym tematem książki jest miłość, można się było spodziewać, że to ona będzie tutaj na pierwszym planie. Warto jednak wspomnieć, że nie tylko w tym przypadku jej obecność jest w pełni uzasadniona – deliria czy nie, młodzi ludzie się zakochują, więc w opowieściach o nich namiętności pojawiać się muszą – ale też spokój, z jakim autorka podeszła do tego aspektu, dał naprawdę wspaniały efekt. Wątki miłosne są dość prawdziwe i daleko im do niekończących się rozważań dziecka, a ich odbiór naprawdę nie jest rażący. Może momentami pewne zdarzenia biegną nienaturalnie szybko, ale da się to zrzucić na karb społecznych zahamowani, jakie są udziałem bohaterów – to w jakiś sposób zrozumiałe, że gdy już dorwą się do nieznanego i zakazanego uczucia, chcą się w nim zatracić bez pamięci.

Gdybym miała ocenić, czy warto sięgnąć po zbiorcze wydanie trylogii, powiedziałabym, że tak. Na pewno jest to bardziej opłacalne finansowo, a raczej nie będziecie tak bardzo zawiedzeni, aby żałować wydanych pieniędzy. Jedyne, przed czym mogę Was ostrzec, to własny sposób myślenia – ja nie lubię mieć kilku pozaczynanych książek, więc zmusiłam się, żeby całość przeczytać na raz z małymi przerwami, i przez to pod koniec nie czerpałam już tak dużej przyjemności z lektury. Radziłabym jednak podawkować sobie doznania i rozłożyć czytanie na dłuższy czas. Wracając do książki – świat, który tak mnie kusił, okazał się naprawdę dobrze skonstruowany, a pomysł spełnił moje oczekiwania. Trylogia może wbija się w dystopijną sztampę (podczas lektury widać wyraźnie pewne schematy), jednak na tle innych powieści z gatunku wypada naprawdę nieźle. Bardzo chciałam po ten cykl sięgnąć i nie żałuję żadnej chwili z nim spędzonej.






Za możliwość poznania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.

piątek, 6 listopada 2015

„Podaruj mi miłość”

W zeszłym roku Boże Narodzenie przemknęło przez moje życie niemal niezauważone, bez oczekiwania, bez przygotowań, bez klimatu. Jeśli można powiedzieć, że od tego czasu tkwiłam w świątecznym zawieszeniu, to zostałam z niego szybko i bezboleśnie wyrwana. Jestem pewna, że tegoroczne Święta będą wyjątkowe, bo JA JUŻ JE CZUJĘ. A to za sprawą pewnej uroczej, zabawnej, przyjemnej i przepięknie wydanej książeczki (ma twardą oprawę, a gwiazdki na okładce błyszczą), która dotarła do mnie kilka dni temu.

Podaruj mi miłość to zbiór 12 opowiadań czołowych współczesnych autorów książek dla młodzieży; obok nazwisk tak znanych jak chociażby David Levithan czy Gayle Forman znajdziemy tutaj również szereg autorów, o których polski czytelnik nie miał okazji słyszeć. Opowiadania są różne – jedne do bólu realistyczne, inne z pogranicza magii i rzeczywistości, a jeszcze inne całkowicie fantastyczne. Łączą je dwie rzeczy: święta oraz miłość. Wiadomo powszechnie, że to mieszanka, z której może powstać właściwie nieskończona liczba pomysłów, a ta antologia jest tego najlepszym dowodem – każdy tekst jest inny, a autorzy w indywidualny sposób ujmują temat tworząc własne wariacje.

Jak to bywa w tego typu zestawieniach, poziom tekstów jest bardzo zróżnicowany – jedne wciągają bardziej, inne mniej. Zdziwiło mnie jednak to, że tak naprawdę nie było ani jednej opowieści, która nie spodobałaby mi się zupełnie; nawet te „gorsze” miały w sobie coś, co mnie rozbawiło, rozczuliło lub zainteresowało. Kolejnym zaskoczeniem był fakt, że – pomimo że nie znałam twórczości większości autorów ze zbioru – najbardziej podobały mi się teksty tych najbardziej popularnych. Jak widać nie bez powodu stali się sławni… Jeśli chodzi o moje ulubione opowiadanie, zaskoczenia nie będzie – najlepiej wspominam tekst otwierający zbiór, którego autorką jest Rainbow Rowell. Tu podobało mi się wszystko: i pomysł, i humor, i konwencja. No i bohaterowie, których naprawdę dało się polubić. Lekkością stylu i podejściem do postaci zachwyciła mnie także Gayle Forman - po jej opowiadaniu o jakże znamiennym tytule Coś ty narobiła, Sophie Roth? jestem zdeterminowana żeby w końcu poznać dostępne w Polsce książki autorki.

Zazwyczaj nie przepadam za opowiadaniami, a już szczególnie nie lubię tych zgromadzonych w antologiach, które nie łącza ze sobą poszczególnych tekstów – konieczność rozstawania się z bohaterami zanim jeszcze dobrze się ich poznało i przeskakiwanie z historii na historię jest z reguły ponad moje siły. W przypadku tego zbioru muszę jednak przyznać, że niesamowicie się zdziwiłam, bo ani razu nie odczułam żalu, złości czy nostalgii, gdy któraś z opowieści się kończyła. Historie zebrane w Podaruj mi miłość są na tyle zamknięte i kompletne, mają tak magiczną treść i tak dobrane zakończenia, że nie tylko nie było mi żal, że nie poznałam ich kontynuacji – ja nawet nie miałam ochoty jej odkrywać; uważam, że w jakiś sposób zaburzyło by to ich odbiór.

Jeśli lubicie opowieści w stylu Love Actually (choć osobiście uważam, że polska wersja filmu jest o niebo lepsza niż oryginał, ale to wyłącznie moje subiektywne zdanie) powinniście być zadowoleni – w tym zbiorze znajdziecie miłość i święta wymieszane w podobnych proporcjach, tyle że z zachowaniem konwencji książek dla młodzieży. Bohaterowie to nastolatkowie i adolescenci, więc ich problemy i zachowania są odpowiednie dla tej grupy wiekowej, ale nie przeszkadza to książce być słodką i uroczą pod każdym możliwym względem. Ja absolutnie się zakochałam i bardzo żałuję, że tekstów było tylko 12 – skończyły się tak szybko, a przez nie nie mogę się doczekać Świąt…





Za możliwość poznania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rainbow Rowell - "Fangirl"

Kto obserwuje bloga, ten wie, że książka Eleonora i Park zdobyła moje serce. Po jej skończeniu niemal automatycznie zaklasyfikowałam autorkę jako kogoś, kto pisuje rzeczy dla mnie idealne. Mimo to, gdy na polskim rynku pojawiła się Fangirl, w głowie miałam sporo obaw - czytałam już recenzje tych, którzy poznali książkę w oryginale i zmierzyłam się z opiniami nie do końca pozytywnymi. Trochę się bałam, że coś może pójść nie tak, że był to fenomen jednej książki i że kolejna zwyczajnie może mi się nie spodobać. Chcecie spoilerów? Nic takiego się nie stało!

Cath i Wren są bliźniaczkami jednojajowymi, wychowuje je samotny ojciec i właśnie zaczynają naukę w college'u. Choć powinny być nie do odróżnienia, z każdą chwilą mają coraz mniej wspólnego - kiedy Wren uskutecznia politykę szaleńczego korzystania z życia, Cath najchętniej zamknęłaby się w pokoju, byle tylko nie konfrontować się z nieznanym. Całym jej światem są fanfiction, a właściwie jedno, które tworzy już od lat - jej gejowska interpretacja znanej powieści o czarodziejach zyskała uznanie w internetowym światku i ma naprawdę wielu fanów. Niestety, życie nie pozwala dziewczynie całkowicie zamknąć się w sobie - w szkole trzeba mierzyć się z innymi ludźmi (wredną współlokatorką i jej domniemanym chłopakiem na przykład), nauczycielami (nawet tymi, którzy uważają fanfiction za plagiat) i własnym, galopującym sercem (które przecież nie jest martwe i aktywnie odczuwa emocje).


Oto rzeczy, do których mnie nakłaniasz: jeden - spożywanie alkoholu, choć jestem nieletnia; dwa - niekontrolowane przyjmowanie leków na receptę; trzy - seks przedmałżeński.(s.303)


Cath jest naprawdę przyjemną w odbiorze bohaterką. Łatwo mi było wczuć się w jej emocje, lęki i obawy, zrozumieć upór i permanentną nieśmiałość. Ani razu mnie nie zdenerwowała, ani nie było mi jej tak naprawdę żal; raczej z radością obserwowałam jej poczynania, bo opowieść skonstruowana była tak, że podskórnie czułam pozytywne rozwiązania. Trochę więcej emocji przysporzyła mi Wren, choć i jej system radzenia sobie ze stresem jestem w stanie zrozumieć - tak naprawdę postawy bliźniaczek są dwoma końcami kontinuum standardowych zachowań nastolatków podczas wejścia w dorosłość, a wielu z nas mniej lub bardziej przypominało w swym działaniu którąś z nich; takie działanie autorki z pewnością dodaje książce uniwersalizmu i sprawia, że wielu młodych ludzi może w jakimś stopniu zidentyfikować się z którąś z postaci.


- Jaki jest twój plan? - zapytała.
Uśmiechnął się szeroko.
- Mój plan jest taki, żeby robić wszystko, żebyś chciała się ze mną zobaczyć także jutro. A twój?
- Zamierzam spróbować nie zrobić z siebie kretynki.
- No to mamy ustalone.(s. 308)


Kolejny raz jestem pewna, że pojawią się osoby, które ocenią książkę autorki jako słodką; ja z kolei kolejny raz będę orędownikiem tezy, że fabuła jest tu jednak wyważona. Owszem, zdarzają się momenty, w których radość dosłownie wykwita nam na twarz, a przebieg akcji obserwujemy ze śmiechem na ustach; warto jednak zauważyć, że nie tylko z nich składa się opowieść. Rainbow Rowell kolejny raz bierze na tapetę temat trudny, tym razem jest to życie w rozbitej rodzinie. Matka bliźniaczek zostawiła je, gdy były jeszcze dziećmi i od tego czasu nie próbowała się z nimi kontaktować; pojawia się dopiero w życiu córek dorosłych, jak gdyby nigdy nic. Z kolei ojciec źle znosi samotność, rodzicielstwo i stres w pracy - trudno się dziwić głównej bohaterce, że czuje się za to wszystko odpowiedzialna. Negatywne strony życia nie dominują oczywiście opowieści, jednak są w niej żywo obecne i zdarza się, że zostawiają rysę na pięknym, sielankowym obrazie.

Po tych wszystkich zachwytach muszę wspomnieć o jedynej rzeczy, która moim zdaniem nie zagrała - wstyd się przyznać, ale chodzi mi o fragmenty opowiadań Cath. Chyba nie jestem prawdziwą Fangirl, bo fanfiction pisywałam rzadko, czytywałam jeszcze rzadziej, a w tym wydaniu jakoś do mnie nie przemówiły. Nie znając oryginalnej historii, którą wykorzystuje bohaterka, nie jestem w stanie w pełni ocenić wartości jej pisania i nawet jeśli jest to jakaś forma wyrazu jej osobowości, mnie zupełnie nie przypadła do gustu. Tych fragmentów jest sporo, pojawiają się często, a dla mnie w znacznej mierze były jedynie spowalniaczem akcji; o ile miały swoje uzasadnienie w pewnych scenach, o tyle umieszczanie ich między rozdziałami zwyczajnie mnie nużyło.

Mimo to książka bardzo mi się spodobała, a Rainbow Rowell po raz kolejny całkowicie mnie zachwyciła - jej styl, sposób kreacji rzeczywistości i podejście do świata odpowiadają mi całkowicie. Czytałam z uśmiechem na ustach i jestem pełna nadziei, że również pozostałe książki autorki doczekają się wydania w naszym kraju. Jeśli nie - chyba zdecyduję się na sięgnięcie po nie w oryginale, bo spodziewam się naprawdę niesamowitej przygody. Coś czuję, że do Fangirl wrócę jeszcze nie raz...





Za możliwość poznania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.

poniedziałek, 23 marca 2015

Rainbow Rowell - "Eleonora i Park"


Nie wiem, z czego to wynika, ale powieści dla nastolatków kocham całym sercem. Może jeszcze nie do końca wydoroślałam? A może zwyczajnie jest w nich mniej fałszu, kombinowania i bezsensownych masek? W każdym razie z niesamowitą radością sięgnęłam po kolejną i, mimo że w ostatnich dniach cierpiałam na czytelniczą niemoc, dosłownie przepadłam nie mogąc oderwać się od lektury.

Park nie chce w swoim życiu żadnych zmian – pozostaje gdzieś z boku, dostosowuje się i zadowala go fakt, że nie spadł jeszcze do najniższej społecznej ligi. Gdy pewnego dnia w szkolnym autobusie pojawia się nowa dziewczyna, sam nie wie, dlaczego pozwala jej usiąść obok siebie, mimo świadomości, że taka osoba ześle na niego wyłącznie kłopoty. Eleonora, bo tak ma na imię, ma rude włosy, zbiór ubrań, z których żadne nie pasuje do drugiego, i zdaje się nic nie robić sobie z faktu, że już od pierwszej minuty stała się pośmiewiskiem całej zgrai nastolatków. Dwoje piętnastolatków zawiera milczący pakt o nieagresji, który stopniowo zaczyna przeradzać się w relację – dla obojga jest to coś całkiem nowego, zwłaszcza że stopniowo na jaw wychodzą pewne tajemnice...

Na pewno można powiedzieć o tej książce, że jest słodka i przyjemna, choć mnie osobiście ciężko było dać się ponieść tej atmosferze, gdy miałam gdzieś z tyłu głowy sytuację rodzinną Eleonory. Może zbyt często sięgam po literaturę faktu dotyczącą problemów domowych, jednak nie mogłam uwolnić się od myśli, co można by zrobić, aby tej dziewczynie pomóc. Zdarzały się jednak momenty, kiedy (tak jak bohaterka) zapominałam o całym świecie – nie mogło być inaczej za sprawą niezwykłego autentyzmu wszystkich odczuć i emocji. Sądziłam, że za sprawą tej powieści przypomnę sobie nastoletnie lata, jednak nie musiałam szperać w głowie aż tak daleko – zakochanie jest zakochaniem i pewne jego aspekty pozostają niezmienne. Cudownie było widzieć na papierze te emocje, które zna się z własnego doświadczenia i myślę, że to właśnie jest największą siłą powieści Rainbow Rowell. Można oczywiście powiedzieć, że to książka jedynie o nastoletniej miłości, jednak historią kieruje cała gama przeżyć, które sprawiają, że takie spłycenie byłoby niesprawiedliwe. Autorka dobrze konstruuje swoich bohaterów. To książka o kontrastach, dopasowaniu, buncie, relacjach społecznych, codziennych trudnościach, ale też o nas, dorosłych, widzianych oczami nastolatków. Eleonora i Park to nie tylko słodycz – dodatek goryczy jest całkiem spory i mocno wyczuwalny.

Nie mam zbyt wiele do powiedzenia na temat technicznej strony tekstu, bo i niewiele można jej zarzucić – czyta się odpowiednio lekko, dialogi wypadają naturalnie i naprawdę można dać się tej historii wciągnąć. W pewnym sensie jednak zdziwiła mnie narracja – właściwie jest trzecioosobowa, ale odrębna dla obojga bohaterów, zupełnie jakby o każdym z nich opowiadała inna osoba, z tym że wszechwiedząca, znająca myśli i odczucia postaci. To zabieg dość niecodzienny, zwłaszcza że zazwyczaj w powieściach dla młodzieży mamy do czynienia z pierwszoosobowym stylem wypowiedzi.

Na koniec powiem krótko: do przypomnienia sobie pierwszej miłości zdecydowanie polecałabym tę właśnie powieść – jej wydźwięk jest dużo bardziej pozytywny niż Romea i Julii…


Za wspaniałą przygodę z parą niezwykłych nastolatków dziękuję wydawnictwu Otwarte.

wtorek, 24 lutego 2015

Victoria Aveyard - "Czerwona królowa"


Bogata przedpremierowa akcja reklamowa, masa recenzji wychwalających treść i wykonanie, Instagram pełen ujęć tej samej, minimalistycznej okładki, różniącej się jedynie językiem, w jakim zapisany jest tytuł… Trzeba przyznać, że o sławę Czerwonej królowej zadbano jeszcze zanim szersze grono mogło ją poznać. Ciężko mi się do tego przyznać, ale kolejny raz także ja dałam się nabrać na otoczkę. Z jakim skutkiem? Cóż, prawdopodobnie będę pierwszą, która rzuci kamieniem.

Świat przyszłości podzielony jest mało sprawiedliwie – odkąd wyłoniła się rasa nadludzi o srebrnej krwi i nadaturalnych umiejętnościach, ci zwykli, Czerwoni, zepchnięci zostali do poziomu sług zajmujących się wyłącznie ciężką pracą. Podczas gdy Srebrni żyją pełnią życia i prowadzą politykę, niższa kasta jest wykonawcą ich najdrobniejszych zachcianek, w zamian otrzymując jedynie ochłapy z pańskiego stołu – drobną żywność czy limitowany prąd. W dodatku każdego dorosłego Czerwonego, który nie ma pracy, czeka pobór do wojska; przed tym właśnie losem umknąć chce Mare Barrow, główna bohaterka powieści. Za sprawą wielu zbiegów okoliczności dziewczyna trafia na królewski dwór, gdzie odkrywa, że wcale nie jest kimś zwyczajnym. Jest początkiem wielkich zmian.

Faktem, od którego moim zdaniem należy zacząć, jest to, że w Czerwonej królowej nie ma nic niezwykłego, oryginalnego czy odkrywczego. Tak naprawdę opowieść jest zbitką wszystkiego, co już znamy. Przez pewien czas miałam wrażenie, że czytam Rywalki, tyle że od tyłu; innym razem odkrywałam schematy znane z młodzieżowych dystopii. Do mniej-więcej 1/3 siliłam się na odnalezienie w książce czegokolwiek niesamowitego, jednak później zarzuciłam płonne nadzieje; pogodziłam się z faktem, że najbardziej zaskakującym aspektem akcji jest brak wyraźnie zarysowanego wątku miłosnego. To duża zaleta – czytelnik nie jest zmuszony obserwować dylematów sercowych młodej bohaterki i niekończących się rozważań nad tym, który z dostępnych partnerów jest lepszy (a wierzcie mi, potencjał na to był!).

Mimo wtórności autorce nie można jednak całkowicie odmówić wyobraźni – plejada umiejętności, jakimi obdarzeni są Srebrni, może przyprawić o zawrót głowy. Czytelnik prowadzony jest od tych najbardziej oczywistych (jak panowanie nad wodą czy roślinnością) do bardziej skomplikowanych i kiedy już wydaje nam się, że poznaliśmy wszystkie, znienacka pojawia się ktoś, kto potrafi coś nowego, akurat pasującego do sytuacji. Momentami naprawdę można się w tym wszystkim zagubić, zwłaszcza że jest to wnikliwość nieproporcjonalna do potraktowania innych ważnych aspektów powieści. Victoria Aveyard nie wyjaśniła nam na przykład, jak to się stało, że nagle w żyłach części ludzi zaczęła płynąć srebrna krew – wielka szkoda, choć na to będzie jeszcze czas w kolejnych tomach.

Mam nadzieję, że czasu i miejsca nie zabraknie również na pogłębienie treści książki, bo póki co ów aspekt nie ma się najlepiej. Warstwa społeczna niby ma znaczący udział w fabule, a jednak motywacje niemal w ogóle nie są poruszone. To jedna wielka rewolta, nieprzemyślana i nieposkładana. Interesy dworu są zawiłe i sprowadzają się do knowań i niejasnych indywidualnych interesów, a te społeczne są proste jak budowa cepa. Do wyjaśnienia pozostaje naprawdę wiele spraw i w tym względzie autorka ma spore pole do popisu.

Trzeba także przyznać, że książka jest całkiem dobra pod względem językowym – styl jest na niezłym poziomie, całość czyta się płynnie i przyjemnie. Finalnemu wydaniu, które trafiło do księgarń, przydałaby się jednak jeszcze jedna korekta. O ile błędy interpunkcyjne nie każdemu rzucą się w oczy, o tyle z fleksją może być zgoła inaczej – chyba większość z nas zna odmianę takich wyrazów jak „głaskać” czy „patrzeć”, więc błędy w tym zakresie raczej nie powinny się pojawiać.

Zastanawiam się, od czego może zależeć odbiór tej książki. Od ilości przeczytanych dystopii? Od wrodzonego maruderstwa? Domyślam się, że z czasem pojawi się sporo różnorodnych opinii. Ja oceniam książkę jako przeciętną, ale nie tylko ze względu na wtórność – opowieść tak naprawdę zupełnie mnie nie wciągnęła, choć wiele podobnych czytałam z zapartym tchem; tutaj co chwila odkładałam książkę, aby zająć się czymś innym. Poza tym zabrakło mi jakiegoś drugiego dna, celu, za który tak bardzo kocham powieści z gatunku young adult. Sama nie wiem, czy będę chciała sięgnąć po kolejny tom; póki co jestem raczej zawiedziona.