poniedziałek, 14 października 2019

Film: „Joker” (2019)


W tekście odnoszę się do kilku konkretnych scen i zakończenia filmu, więc spoiluję. Żeby nie było, że nie ostrzegałam!

Nie znam się na filmach. Oglądam ich niewiele, a jeśli już, to raczej te ze średniej półki. Kino jest dla mnie przede wszystkim rozrywką, która ma wyzwolić pewne emocje i zapewnić odpoczynek; rzadko sięgam po bardziej wymagające dzieła. A jednak czasem (z różnych przyczyn) trafię na film, który wgniata w fotel, miażdży psychikę i robi wrażenie tak mocne, że po prostu muszę o nim napisać. Taki właśnie jest Joker, czyli próba opowiedzenia historii najważniejszego złoczyńcy w uniwersum DC.

Zacznę w sposób oczywisty  od gry aktorskiej Joaquina Phoenixa. To, co pokazał na ekranie było FENOMENALNE i naprawdę zbulwersuję się, jeśli nie otrzyma za tę rolę Oscara. Joker to dwugodzinny film oparty niemal całkowicie o jedną postać, pełen przedłużonych, dokładnie zrealizowanych scen. Ciężar odpowiedzialności za ich powodzenie spoczywał niemal wyłącznie na barkach aktora i, co najważniejsze, udało mu się zrealizować zadanie perfekcyjnie. Wszystko, począwszy od sposobu mówienia, poprzez gesty i mimikę, tiki nerwowe, aż do neurologicznych napadów śmiechu, zostało odegrane do bólu autentycznie. Joker Phoenixa to człowiek, którego się boimy, który nas odstrasza i obrzydza, a jego reakcje niejednokrotnie wymykają się rozumowaniu osoby zdrowej.

Z chorobą głównego bohatera ściśle związany jest sposób opowiadania historii, a konkretnie zacieranie się granicy pomiędzy tym co rzeczywiste, a tym, co urojone. Jest pewna scena, w której zaczynamy wątpić w realność tego, co widzimy, a uczucie to nie opuszcza nas aż do napisów końcowych. Moim zdaniem autorzy bardzo umiejętnie zasiali w naszych głowach ziarno niepewności. Bezwzględnie wykorzystali fakt, że Joker ma być "jednostrzałówką" i pozwolili nam snuć rozmaite domysły i interpretacje tego, co zobaczyliśmy na ekranie.

Jeśli chodzi o świat przedstawiony i aspekty społeczne, uważam, że jak na film rozgrywający się w ubiegłym stuleciu, Joker jest zaskakująco aktualny. Prawdę mówiąc momentami miałam wrażenie, że główny bohater patrząc wprost w ekran naśmiewa się również z nas, którzy dopiero zaczynamy tę ironię dostrzegać. Jest tu wiele znaczących scen. W jednej z nich bogaci oficjele, bawią się na specjalnym pokazie filmowym w budynku, który z zewnątrz oblegany jest przez protestujących. W innej dowiadujemy się, że z powodu cięć budżetowych, najbiedniejsi pacjenci psychiatryczni zostaną pozbawieni opieki oraz dostępu do leków. W jeszcze innej sam Joker mówi o tym, jak niewiele znaczy wśród klasy średniej i wyższej śmierć gorzej sytuowanego człowieka. Kwestie społeczne są tu zaakcentowane na tyle mocno, że refleksja na ich temat wwierca się z umysł odbiorcy i skutecznie burzy spokój.

Na koniec chciałabym tylko wspomnieć, że może i Joker jest postacią bez jedynie słusznego komiksowego originu (jego historię opowiadano wiele razy na różne sposoby i żadna nie została uznana za jedynie słuszną), ale ja tę filmową opowieść absolutnie kupuję. Cieszę się bardzo, że twórcy zdecydowali się na pokazanie drogi Jokera od pozostawionego samemu sobie, chorego wyrzutka, poprzez człowieka zranionego i niebezpiecznego, aż do mordercy, który nagle uwierzył w swoje siły i był w stanie zaplanować zbrodnię, a następnie ten plan zrealizować. Nawet jeśli to wszystko wydarzyło się wyłącznie w jego głowie.

Poza tym nie mogę odmówić sobie przyjemności patrzenia na Gotham z ostatnich scen  płonące i pogrążone w chaosie. Dokładnie tak, jak to nie raz bywało w mrocznych komiksach DC.


sobota, 12 października 2019

Iza Komendołowicz – „Rozwód po polsku” [przedpremierowo]

W ostatnich latach liczba rozwodów znacznie się zwiększyła – nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Zakończenie małżeństwa nie jest już postrzegane jako naganne; właściwie nie jest nawet dziwne. Jestem pewna, że każdy z nas ma w swoim otoczeniu (jeśli nie najbliższym, to nieco dalszym) dzieci wychowywane przez jednego rodzica lub patchworkowe rodziny, poskładane z osób po tak zwanych "przejściach". Jak słusznie zauważa Iza Komendołowicz (...) bardziej jesteśmy zaskoczeni, kiedy słyszymy, że jakieś małżeństwo szczęśliwie trwa od lat, niż kiedy się rozpada. Z czego to wynika? Czy to niepokojąca tendencja? I jakie mogą być jej długofalowe skutki dla społeczeństwa?

Rozwód po polsku to próba odnalezienia odpowiedzi na te pytania. Na przestrzeni 32 rozdziałów i nieco ponad 300 stron odnajdujemy opowieść o tym, jak świat rodzimych rozwodów wygląda od kulis. Poznajemy przykłady poszczególnych spraw przedstawione zarówno z perspektywy samych rozwodników, jak i członków palestry, którzy w nich (sprawach, nie rozwodnikach) uczestniczyli. Jedni i drudzy podają przykłady straszne, wstrząsające i bulwersujące, a czasem nawet zakrawające o absurd. Z pewnością jest wśród nich wiele takich, które wywołają u czytelnika emocje i myśl "dokąd zmierza ten świat?". 

Niewiele jestem w stanie poradzić na to, że nie do końca przypadła mi do gustu konstrukcja tej książki. Oczywiście z racji wykorzystania różnych form przekazu (mamy tu do czynienia zarówno z wywiadami, jak i krótkimi cytatami oraz fragmentami litego tekstu), Rozwód po polsku ma różne momenty, raz lepsze, raz gorsze. Niestety przez większość czasu miałam wrażenie, że czytam roczniki statystyczne lub inny suchy, naukowy zbiór danych. Nawet w tych miejscach, gdzie do głosu dochodzą bohaterowie opowieści, konkretne, "żywe" osoby, zadawanie machinalnie pytania sprawiają, że historie zlewają się w jedno. W większości przypadków nie mamy szans zrozumieć bohaterów reportażu, ani nawet zastanowić się nad ich sytuacją. Najczęściej stykamy się po prostu ze zbiorem wyrwanych z kontekstu ciekawostek.

Ostatecznie nie jestem pewna, czy Rozwód po polsku to książka dla każdego. Mnie osobiście bardzo skusił temat i chyba liczyłam na rozbudowany, ciekawy reportaż. Niestety ze względu na formę, przeskoki między tematami i dość mało pogłębioną analizę poszczególnych przypadków, nie do końca się w tej książce odnalazłam. Oczywiście możemy ją czytać i śmiać się z absurdów, albo po prostu oburzać się na polski system sądownictwa lub zmieniające się czasy i upadek kulturowy. Ale czy na pewno o to chodzi? Mam nadzieję, że każdy kto sięgnie po tę pozycję ani na moment nie zapomni, że to tylko jedna strona medalu, ta naprawdę negatywna, często skrajna. A przecież rzeczywistość jest znacznie bardziej wyszarzona.







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.
Premiera 16 października!

czwartek, 10 października 2019

James Clear – „Atomowe nawyki”



Myślę sobie czasem, że książki dzielą się na trzy grupy (jak klasycznie!). Pierwszą z nich stanowią te, które absolutnie nas nie interesują. Mijamy je obojętnie, przeklikując zapowiedzi w księgarniach internetowych, a gdy już się pojawią stacjonarnie, rzadko w ogóle bierzemy je do ręki. Druga grupa jest bliższa naszym zainteresowaniom, a nad ich zakupem często chwilę się zastanawiamy: czy to ten moment, czy mam wystarczająco dużo pieniędzy? Czasem je kupujemy, czasem nie, a gdy już znajdą się w naszym domu, zdarza im się zasilać odkładane na później stosy. Ale na pewno do nich wrócimy!

Atomowe nawyki Jamesa Cleara w moim życiu wpadły do grupy nr 3 – Książek, Które Absolutnie Muszę Mieć i Które Natychmiast Przeczytam. Pierwszy raz zetknęłam się z tą pozycją kilka miesięcy temu, na którymś z anglojęzycznych blogów lub kanałów, gdzie została polecona jako jeden z klasyków tematu. Przez wiele tygodni biłam się z myślami, czy zamawiać wersję angielską, a temat wracał jak bumerang, ilekroć sięgałam po jakiekolwiek książki rozwojowe. I kiedy dosłownie dwa kliknięcia dzieliły mnie od złożenia zamówienia, dowiedziałam się, że wydawnictwo Galaktyka (bo któżby inny!) planuje wydanie polskiej wersji. Aż podskoczyłam!

Jak można się domyślić, tak długie zainteresowanie książką sprawiło, że miałam wobec niej całkiem sporo oczekiwań. Czy zostały spełnione? Cóż, przyznaję, że lekturę skończyłam z pewnym niedosytem.

Zacznijmy może od samej teorii atomowych nawyków. W rozumienia autora są to drobne usprawnienia, które możemy wprowadzać w codziennym życiu, aby otrzymać naprawdę duże rezultaty. Możemy wplatać je płynnie w już istniejące systemy, co dodatkowo ułatwi ich przyjęcie. A gdy staną się już realnymi nawykami (tzn. nie będziemy się zastanawiali przy wykonywaniu danej czynności), będą stanowiły trampolinę i wsparcie dla kolejnych zmian. James Clear wskazuje, że nasza koncentracja na rezultacie często przysłania nam sam proces, który wcale nie musi (a w kształtowaniu nawyków wręcz nie powinien) być tak obciążający, jak nam się wydaje! Tym samym autor zachęca, aby w pracy nad sobą skupiać się nie na wielkim, odległym celu, który być może kiedyś zrealizujemy, a na bieżących sposobach poprawienia naszej sytuacji.

Wielu ludzi nie docenia wartości małych zmian, a szkoda, bo potrafią one przynieść naprawdę spektakularne rezultaty. Autor zwraca uwagę na bardzo ważny aspekt: poprawianie swojej sytuacji małymi krokami jest lepsze, niż nie poprawianie jej w ogóle (a na pewno jest lepsze niż jej stopniowe pogarszanie przez panoszące się wszędzie złe nawyki!). Poza tym przy wprowadzaniu atomowych nawyków znacznie łatwiej o ciągłość rozwoju, niż w przypadku wielkich i trudnych zmian – po prostu nie wymagają one od nas aż tak wiele siły i samozaparcia. Jasne, nie od razu zobaczymy wielką zmianę, ale w którymś momencie dołożymy tę przełomową cegiełkę, która zaważy na naszej przyszłości.

Bardzo spodobała mi się również metoda dotycząca zastanawiania się, jaką osobą chcemy się stać i jak ta osoba zachowałaby się w danej sytuacji. To pozwala nam nie tylko lepiej skoncentrować się na tu i teraz, ale również zidentyfikować się ze zmianą. Jak myślicie, kto ma większe szanse powodzenia w rzucaniu palenia – osoba, która na poczęstowanie papierosem odpowiada: "Dziękuję, (już) nie palę", czy ta, której naturalnie przyjdzie do głowy zdanie: "Dziękuję, jestem w trakcie rzucania palenia"? Niby nie jest to jakaś spektakularna różnica i w gruncie rzeczy obie osoby odpowiedziały zgodnie z prawdą. A jednak ta pierwsza zdaje być nieco dalej w procesie podejmowania decyzji. 

No dobrze, wychodzi więc na to, że zgadzam się z autorem książki i podobają mi się jego teorie. Dlaczego więc nie jestem w pełni zadowolona z lektury? Przede wszystkim Atomowe nawyki trudno jest mi nazwać książką lekką. James Clear zdecydowanie nie pisze tak porywająco, jak chociażby Charles Duhigg, nie ma też takiej łatwości wplatania przykładów w swoje wypowiedzi. Ponadto, jakkolwiek to brzmi, mam wrażenie, że w tej książce jest zbyt wiele teorii. Nie mięsistej treści, dającej nam niezbędną wiedzę, a nudnych, rozwleczonych i czasami chyba niekoniecznie potrzebnych fragmentów, które lekko zniechęcają. W rezultacie nie czerpałam zbyt dużo przyjemności z lektury. Poza tym, bądźmy szczerzy, Atomowe nawyki nie są zbyt odkrywcze – praktycznie każdą z opisywanych tutaj metod znałam już wcześniej. Jeśli jesteście nowi w tym temacie, książka może Wam się przydać. Jeśli nie, raczej Was nie zaskoczy. 

Przeczytałam, odhaczyłam, zanotowałam kilka rzeczy i właściwie mam poczucie dobrze wykonanego zadania, ale książka Jamesa Cleara z pewnością nie zostanie ze mną na dłużej. Nie wyobrażam sobie, żebym miała do niej wracać. Zamiast tego wolę poszukać odpowiednich treści na youtubie albo w innych książkach.


wtorek, 8 października 2019

Anna Kańtoch – „Pokuta”

Rok 1986 w niewielkiej, opustoszałej już po sezonie, miejscowości nad polskim morzem. Gdy na plaży zostaje odnalezione ciało pewnej na pozór idealnej nastolatki, wydarzenia toczą się szybko – milicja w błyskawicznym śledztwie znajduje sprawcę, który przyznaje się do winy i trafia do aresztu, gdzie będzie oczekiwał na proces. Idealnie, prawda? Wszystko zaczyna się jednak mieszać, gdy na komendzie pojawia się starszy mężczyzna w zniszczonych ubraniach, który przyznaje się do zabicia nie jednej, a sześciu kobiet na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. W tym oczywiście tej, którą niedawno znaleziono.

Kim jest tajemniczy człowiek, który podaje się za mordercę? Co tak naprawdę działo się w ostatnich latach? I dlaczego nikt się nie zorientował, że z metodyczną dokładnością (co 7 lat) z miasteczka znikały młode dziewczyny?

Historię w Pokucie obserwujemy z dwóch perspektyw. Z jednej strony mamy oficera milicji, który stara się rozwiązać sprawę zaginionych dziewcząt mimo pojawiających się zewsząd przeciwności i wyraźnej niechęci przełożonych. Krzysztof Igielski to klasyczny śledczy z rysą na życiorysie, który nie do końca potrafi sobie poradzić z codziennością, a zwłaszcza z utratą narzeczonej, która odeszła od niego jakiś czas temu. Drugą ważną bohaterką jest Pola - młoda dziewczyna z wieloma problemami, funkcjonująca na towarzyskim marginesie i żyjąca pod dyktando matki. Próba rozwiązania zagadki dawnej koleżanki jest dla niej w pewnym sensie odskocznią od codziennych trudności. 

Oba "śledztwa" toczą się równolegle, dostarczając nam nowych informacji, by następnie zgrabnie połączyć się w spójną i ciekawą całość.

Kryminał Anny Kańtoch był pierwszym, jaki przeczytałam po naprawdę długiej przerwie. I muszę przyznać, że autorce udało się na nowo rozpalić we mnie miłość do tego gatunku. Zdążyłam już zapomnieć, jak przyjemne jest analizowanie faktów i próby samodzielnego rozwiązania danej sprawy; jak wiele satysfakcji mamy, gdy trafnie ocenimy jakiegoś bohatera, ale też kiedy zostaniemy umiejętnie oszukani. Po lekturze Pokuty mogę stwierdzić, że Anna Kańtoch bez wątpienia ma do kryminałów talent. Udało jej się stworzyć wielowątkową powieść, która ani przez moment nie nudzi, a wręcz przeciwnie - w napięciu trzyma do ostatniej strony (dosłownie, bo nawet w zakończeniu wyjaśniony zostaje jeden z wątków, który zdawał się nie pasować do układanki). Co ważne, prezentowana historia jest spójna, a motywy bohaterów przekonujące i autentyczne.

Jakby tego było mało, Pokuta to przykład książki wyjątkowo dobrej pod względem literackim. Autorka zgrabnie operuje słowem zarówno w dialogach, jak i dłuższych opisach – ani jedne, ani drugie nie nudzą czytelnika. Mimo dość sporej objętości książki, nie czujemy znużenia. Wręcz przeciwnie, lektura jest prawdziwą przyjemnością. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak sięgnąć po resztę kryminałów Anny Kańtoch, która do tej pory kojarzyła mi się wyłącznie z fantastyką (zapewne przez swoją obecność na licznych konwentach)...


środa, 19 czerwca 2019

James Wallman – „Rzeczozmęczenie”



Czy macie czasem poczucie, że Wasza przestrzeń jest zagracona przedmiotami, których w większości nie używacie? Czy zdarza się Wam szukać w kuchennej szufladzie jakiejś rzeczy i co rusz wyciągać takie, które nawet nie wiecie, do czego służą? A może Wasza szafa jest przeładowana, a mimo to ciągle "nie macie co na siebie włożyć"? James Wallman powiedziałby krótko: Diagnoza? Rzeczozmęczenie!. Dość popularna sprawa w dzisiejszych, nastawionych na konsumpcję, czasach.

Czytałam już wiele książek dotyczących minimalizmu. Ich autorzy zwykle prezentują radykalne podejście i oferują nam filozofię redukcyjną, często nie tłumacząc, dlaczego powinniśmy właśnie ku niej się skłonić. Obcując z minimalistami przez interenet często miałam wrażenie, że wiele rzeczy robią na pokaz i choć ich postawa jest przeciwna do tej prezentowanej przez materialistów, w gruncie rzeczy kierują nimi podobne pobudki. Pod tym względem Rzeczozmęczenie różni się od innych książek. Skupia się bowiem na tłumaczeniu, skąd pochodzi kultura konsumpcyjna, dlaczego doprowadziła nas do przesytu i, co najważniejsze, w jakim kierunku możemy pójść, jeśli czujemy się tym wszystkim przytłoczeni. 

To właśnie alternatywa dla materializmu jest najciekawszym elementem książki. Eksperientalizm, bo tak nurt ten nazywa James Wallman, ma zaspokajać te same potrzeby co przywiązanie do przedmiotów, jednak jednocześnie pozwala nam na skupienie na tym, co daje znacznie bardziej stabilne poczucie szczęścia – na przeżyciach. Choć pozornie mniej trwałe, dają znacznie więcej satysfakcji, w dodatku ich "kolekcjonowanie" podnosi nasz status społeczny na dłużej. Autor przytacza szereg przykładów, które wskazują, że dla wielu osób doświadczanie staje się najważniejszym celem życia; tak istotnym, że decydują się na przykład na życie w trudniejszych, ale bardziej stymulujących warunkach. 

Od razu widać, że autor doskonale porusza się w tematach ekonomii i socjologii. Z resztą nie ma w tym niczego dziwnego, zawodowo zajmuje się bowiem prognozowaniem trendów, a więc analizą zachowań konsumentów. O zakresie swojej wiedzy opowiada ciekawie i z pasją, posługując się wieloma, często zabawnymi przykładami. Niestety gdzieś pomiędzy jedną ideą a drugą znajduje się cała masa niepotrzebnego bełkotu. To brzmi brutalnie, wiem, ale pod koniec książki zdarzało mi się omijać całe strony, bo nie byłam w stanie dłużej czytać powtarzanych w kółko tych samych tez i przykładów. Wydaje mi się, że gdyby książka była o 1/3 krótsza, nie straciłaby na treści, a czytałoby się ją znacznie lepiej.

To właśnie przez te, nie do końca dla mnie jasne, powtarzalne końcowe rozdziały, nie jestem w stanie jednoznacznie określić gatunku, jaki reprezentuje Rzeczozmęczenie. Nie jest to książka popularno-naukowa, bo więcej mamy tutaj przykładów empirycznych niż badań. Nie jest to poradnik, choć znajdziemy tu jeden niezbyt obszerny rozdział ze wskazówkami młodego eksperientalisty. Mimo wszystko jest to jedna z bardziej rzeczowych książek na temat minimalizmu, jaką miałam okazję czytać, ale zaznaczam, że wiąże się to z dużym naciskiem na teorię, a nie każdy musi to lubić.


niedziela, 16 czerwca 2019

Dima Garbowski – „Polak z Ukrainy”

W Polsce mieszka już ponad milion Ukraińców, a szacunki ekspertów wskazują, że liczba ta w najbliższych latach będzie bardzo szybko rosła. Choć nie jesteśmy potęgą ekonomiczną, dla naszych wschodnich sąsiadów nasz kraj stanowi stabilną, bezpieczną przystań, która pozwala na zdobycie pracy i osiedlenie się. Nasze języki i kultury są podobne, łatwiej więc emigrantowi zaaklimatyzować się w nowym środowisku, a w razie, gdyby coś poszło nie tak, powrót nie jest tak daleki i trudny jak z krajów Zachodu. Polska nie jest może rajem, ale solidną alternatywą – to wystarcza. 

Wśród setek tysięcy podróżnych z Ukrainy, znalazł się również autor naszej książki. Dima wraz z żoną i córką zostawił swoją codzienność i postanowił przenieść się do stabilniejszego kraju, do Polski. Nie jest uchodźcą politycznym, nie przyjechał do nas za pracą. W ojczyźnie wiodło mu się całkiem przyzwoicie: miał dobrze prosperującą firmę, mieszkanie i przyjaciół. A jednak zaryzykował w imię jeszcze lepszych perspektyw. Dziś ma stabilną pracę, mieszkanie i kanał na Youtubie, gdzie opowiada o szoku kulturowym, stereotypach, a także różnicach i podobieństwach między naszymi krajami.

Książka, która powstała jako kontynuacja i owoc kanału, stanowi zapis codzienności Dimy i jego rodziny od podjęcia decyzji o emigracji, poprzez przygotowania, aż do ustabilizowania swojego życia w naszym kraju. To historia o blaskach i cieniach losu emigranta, a także absurdach, jakie napotyka na swojej drodze. Dowiemy się z niej, z jakimi kosztami (faktycznymi i ukrytymi) wiąże się legalne osiedlenie w naszym kraju, jakie są potencjalne trudności, na które trzeba się przygotować (i ile jest takich, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć), a także jak przebiega proces aklimatyzacji od strony społecznej. Dla kogoś, kto nigdy nie opuszczał swojego kraju to wiedza tyleż ciekawa, co abstrakcyjna. Za to zdobywana z wielką przyjemnością!

Przyznaję się bez bicia, że nie zwróciłam na tę książkę uwagi, mimo że migała mi w zapowiedziach kilkukrotnie. Do lektury skłonił mnie dopiero podesłany przez Wydawnictwo fragment, który zawierał swego rodzaju checklistę z podobieństwami między polskimi a ukraińskimi domami. Wśród nich między innymi jedzenie wszystkiego z chlebem (bo bez chleba się nie najemy!), trzymanie w domu reklamówki pełnej... innych reklamówek, a także zostawianie starych ubrań do noszenia "po domu". Nie wiem jak Wy, ale w moim domu rodzinnym działa w 100%. I choć w naszym pokoleniu te "tradycje" zanikają (zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie), jakoś tak ukłuł mnie sentyment, poczułam więź z autorem i bohaterem opowieści i postanowiłam sprawdzić, co ma do powiedzenia.   

Polak z Ukrainy to krótka, lekka i przyjemna lektura, która nie raz wywoła uśmiech na Waszych twarzach. Z jednej strony oswaja przybyszy zza wschodniej granicy, z drugiej zaś pozwala inaczej spojrzeć na nasz kraj. Patrząc oczami Dimy i jego rodziny możemy zobaczyć zupełnie inną Polskę –piękniejszą, spokojniejszą, znacznie bardziej przyjazną, niż dostrzegamy na co dzień. I to jest moim zdaniem prawdziwa wartość płynąca z lektury. Owszem, jest tu wiele absurdów i słodko-gorzkich fragmentów, ale to nie one dominują. Obraz Polski, który z nami zostaje jest zdecydowanie pozytywny.







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

środa, 5 czerwca 2019

Książka czy serial? || Caroline Kepnes – „Ty”

Thrillery przyciągają mnie jak magnes, choć raczej w wersji książkowej niż filmowej. Zdecydowanie wolę literackie sposoby budowania napięcia i kreację bohaterów zależną od innych czynników niż gra aktorska. I gdyby nie jedna z moich koleżanek, która namiętnie ogląda seriale, prawdopodobnie w ogóle nie sięgnęłabym po netfliksowy przebój, a ten z kolei nie miałby szansy przekonać mnie do sięgnięcia po książkę Caroline Kepnes. Jestem więc bardzo szczęśliwa i wdzięczna, bo ominęło by mnie coś naprawdę dobrego.

Główna oś zdarzeń jest taka sama dla książki i serialu: oto tajemniczy księgarz Joe Goldberg spotyka na swojej drodze uroczą studentkę Guinevere Beck. Niemal od razu zaczyna mieć na jej punkcie obsesję: śledzi ją, gromadzi informacje na jej temat i robi wszystko, by znaleźć się jak najbliżej niej. Jest spokojny, metodyczny i gotów na wiele, byleby dostać się do jej świata. A niczego nieświadoma Beck, choć sama ma wiele tajemnic, staje się ofiarą manipulacji ze strony psychopaty.

Obie wersje opowieści o Joem i Beck łączy nietypowa perspektywa; wszystko rozgrywa się jakby w głowie głównego bohatera. Oprócz standardowej narracji pierwszoosobowej mamy też pełen wgląd w myśli i odczucia Joego. WSZYSTKIE myśli i odczucia, co jest totalnie chore i robi na odbiorcy mocne wrażenie. To prawdziwy strumień świadomości, często galopujący w dziwne rewiry, a przede wszystkim odbiegający od myśli przeciętnego Kowalskiego. I choć przez ten zabieg książka traci na dynamizmie, moim zdaniem zyskuje wzamian zupełnie nowy, interesujący wymiar. Mamy okazję zajrzeć w umysł psychopaty i na bieżąco obserwować jego reakcję zarówno wtedy, kiedy wszystko idzie tak, jak zaplanował, jak i wtedy, gdy do jego myśli wdziera się panika. 

Jest to jedna z tych książek, które obok trzymającej w napięciu fabuły, niosą też silną przestrogę przed współczesnym światem. Właściwie cała historia oparta jest o ilość danych na swój temat, które udostępniamy w internecie. Gdy Beck traci telefon, Joe zyskuje dzięki niemu dostęp do najintymniejszych sekretów z jej życia: dzięki mailom, które dziewczyna wymienia z przyjaciółkami, jest w stanie zbliżyć się do niej i odpowiednio dopasować swoją postawę do jej reakcji. Książka porusza również temat kreowania swojego wizerunku w internecie i nie tylko – szeroko pojęta manipulacja to właściwie główny wątek Ty.

Na sam koniec muszę wspomnieć o genialnym tłumaczeniu, którego autorem jest Jacek Żuławnik. Świetna robota, Panie Jacku! To chyba pierwsza książka, w której wulgarny język zupełnie mnie nie raził, a wręcz przeciwnie, był bardzo naturalny. W tekście znalazło się wiele potoczyzmów i polskich idiomów, które pasują do ogólnego języka bohaterów. 

Nie będę ukrywała, że zarówno książka, jak i film są dość specyficzne – nietypowa perspektywa, mocne, brutalne sceny i nierówne tempo akcji to cechy charakterystyczne obu odsłon opowieści. Sądzę, że w naturalny sposób serial znajdzie większe grono odbiorców (jest łatwiejszy w odbiorze), ale moim zdaniem książka jest równie fenomenalna. Dla osób, które uwielbiają babrać się w psychice szaleńców i którym nie straszne obrzydliwe ciągi zdarzeń i myśli, to będzie coś wspaniałego. Nie wiem, od której wersji lepiej jest zacząć. Ja najpierw sięgnęłam po serial i jestem zadowolona. 






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Jeszcze zmienisz zdanie! || Edyta Broda – „Szczerze o życiu bez dzieci”



Kiedy dziecko? Odwieczne pytanie, które pojawia się magicznie w naszym życiu, gdy osiągamy pewien wiek czy status związku, nobilitujące nas w oczach otoczenia do grona przyszłych rodziców. I choć nie ma na nie dobrej, dyplomatycznej odpowiedzi, istnieje jedna, która skutecznie podniesie temperaturę i tempo rozmowy: wystarczy powiedzieć, że dziękujemy pięknie, ale dzieci mieć nie planujemy.

I choć możemy uważać, że to postawa dziwna, nienaturalna i zła, fakty są następujące: coraz więcej par decyduje się w sposób świadomy na nie posiadanie dzieci. Powody są różne: uważają, że nie będą dobrymi rodzicami, nie stać ich na to, nie chcą rezygnować z dotychczasowego życia, chorują przewlekle, co ich osłabia lub mają groźne choroby genetyczne, problemy z płodnością, uważają, że planeta i tak jest przeludniona... Tak naprawdę nie ma znaczenia, dlaczego to robią. Nie powinni być o to nagabywani, nie powinni musieć się tłumaczyć z własnych, autonomicznych decyzji.


Gdy pada pytanie o dzieci, czasem wystarczy rzucić: „W tej chwili nie planujemy. Jeżeli coś się zmieni, damy znać.” i zatkać sobie usta sernikiem albo kutią. Nie ma sensu obwieszczać, że „nigdy, przenigdy”, bo to brzmi jak sygnał do rozpoczęcia wojny. Natychmiast znajdą się obrońcy życia niepoczętego, a nawet niepomyślanego i przepuszczą kontratak, a wtedy klops! [s. 267]


Edyta Broda, autorka omawianej dzisiaj książki (o której zaraz powiem kilka słów, nie mogłam się jednak powstrzymać od ideologicznego wstępu), jest blogerką. Prowadzi witrynę Bezdzietnik, gdzie tworzy przestrzeń właśnie dla osób, które świadomie zdecydowały się na nie posiadanie dzieci. Znajdziemy tam teksty z wielu różnych obszarów: o prawie czy podróżach, ale też o zwykłych, życiowych tematach. Szczerze o życiu bez dzieci stanowi swego rodzaju przedłużenie bloga, jego naturalną konsekwencję, ale też (dla tych, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z działalnością Edyty) zajawkę tego, jaki różnorodne treści można znaleźć na Bezdzietniku.

Książka podzielona jest na trzy zasadnicze części. W pierwszej znajdziemy wprowadzenie i ogólne omówienie tematu bezdzietności. Autorka odnosi się w niej do historii powszechnej i stara się odpowiedzieć na pytanie, kiedy tak naprawdę ukształtował się obecny model społeczny. Wiele miejsca jest tu poświęcone sytuacji kobiet, ich prawu do samostanowienia. Druga część zawiera wywiady z bezdzietnymi. Nie zawsze "z powołania"; mamy tutaj zarówno osoby, które od zawsze wiedziały, że nie chcą mieć dzieci, jak i kobiety, u których ta decyzja rodziła się w bólach i wynikała z różnych okoliczności. To bardzo ważne i cieszę się, że autorka zdecydowała się pokazać różne podejścia, bo będzie to cenne zwłaszcza dla osób nastawionych do tematu negatywnie. Z kolei trzecią część stanowi zbiór felietonów, które w lekkim stylu poruszają wiele różnych aspektów bezdzietności.

Na początku nie byłam pewna, czy jest do dla mnie jakiś wielki must read – wkładałam książkę do koszyków w internetowych księgarniach, potem usuwałam. Jednak kiedy nadarzyła się okazja, by wziąć ją w ręce i przeczytać kilka stron, od razu wiedziałam, że to jest to. Kupiłam, pochłonęłam w 1,5 dnia i jest mi smutno, bo w moich odczuciu Szczerze o życiu bez dzieci jest po prostu za krótkie. Tematów jest mnóstwo, aspektów bezdzietności jeszcze więcej, a Edyta pisze tak lekko i z takim wyczuciem (poważnie, gdy trzeba, z ironią gdy komuś musi dostać się po głowie i całkiem luźno, gdy temat na to pozwala), że mogłabym czytać, czytać i czytać.


(...)„Skoro nie masz dzieci, to skąd możesz wiedzieć, że ich nie chcesz? Nie masz pojęcia, jak wygląda życie rodziców”. Szach-mat, bezdzietni! Z tej logicznej pułapki już się nie wyplączecie. No, nie możecie tego wiedzieć. By przekonać się o tym, jak bardzo nie chcecie dzieci, musicie je sobie sprawić. [s. 250]


Niezależnie czy dzieci macie, czy też nie; czy planujecie je mieć, czy też przeciwnie – Waszym głównym celem jest trzymanie się od nich z daleka, uważam, że ta książka będzie dla Was cenna. Im więcej będziemy mówić o osobach, które (podkreślam – z różnych względów) nie posiadają potomstwa i nigdy nie będą go miały, tym większa jest szansa, że przestaniemy wchodzić im do łóżek, macic i domów, które przecież powinny być spokojną ostoją. Bo tak naprawdę to nie nasz biznes, jakie decyzje podejmują ludzie z naszego otoczenia, a pytanie Kiedy dziecko? powtórzone x razy potrafi przynieść naprawdę wiele złego.


sobota, 1 czerwca 2019

Amy Morin – „13 rzeczy, których nie robią silne psychicznie kobiety”

Jak zapewne część z Was pamięta, 13 rzeczy, których nie robią silni psychicznie ludzie znalazło się wśród najlepszych moim zdaniem książek minionego roku. To jeden z tych poradników, które łączą bardzo dużo treści z przyjemnym stylem i uniwersalnym charakterem. Z pewnością jeszcze nie raz do niego wrócę, kiedy poszczególne rady zwietrzeją mi z głowy. 

Nic więc dziwnego, że kiedy tylko dowiedziałam się o zbliżającej się premierze najnowszej książki Amy Morin, od razu wpisałam ją na listę tytułów do jak najszybszego przeczytania. A fakt, że pozycja jest skierowana bezpośrednio do kobiet, jeszcze bardziej podsycił moje zainteresowanie.

Książki Amy Morin zawsze są skonstruowane tak samo. Podobnie jak w przypadku poprzednich publikacji autorki, tutaj również znajdziemy 13 rozdziałów poświęconych poszczególnym zagadnieniom związanym z naszym codziennym życiem. Zgodnie z myślą przewodnią tytuł każdego z nich zawiera negację, jednak nie nadaje to książce charakteru antyporadnika. Wręcz przeciwnie, poszczególne rozdziały stanowią skarbnicę pozytywnej wiedzy, popartej wieloma świetnie opracowanymi przykładami pacjentów (a w przypadku tej książki pacjentek), odwiedzających gabinet autorki na przestrzeni lat. Mimo że omawianie problemu na konkretnych przykładach jest charakterystyczne dla amerykańskiej myśli poradnikowej, publikacji Amy Morin daleko od hurraoptymistycznych wątków i banalnych rad. Wiele razy autorka sprowadza swoich czytelników na ziemię i przestrzega ich przed nierealistycznym planowaniem.

Ciekawą właściwością poradników tej autorki jest ich uniwersalność, a konkretnie sposób, w jaki czytelnik ma szansę ją odkryć. Każdy rozdział rozpoczyna się od przykładu z życia jednej z pacjentek. I kiedy czytamy tę konkretną historię, najczęściej mamy wrażenie, że jest ona całkowicie odmienna od naszej sytuacji, że co jak co, ale z tym obszarem to już na pewno nie mamy problemów. Po wstępie przychodzi jednak czas na serię pytań diagnostycznych z cyklu: "Czy myślisz czasem, że...", "Czy robisz...", "Czy w sytuacji X reagujesz...". I nagle nasze myślenie zmienia się o 180 stopni.

Nie zrozumcie mnie źle, to nie działa tak, że owa seria pytań jest w stanie wmówić nam problem, po czym się dołujemy, chowamy pod kocem i uznajemy, że przegraliśmy życie. Chodzi raczej o to, że dane zagadnienie może mieć różne natężenie, przyczyny i przejawiać się może w rozmaitych obszarach, a omawiane problemy są na tyle popularne, że każdy rozdział jest w stanie dać nam coś pozytywnego dla naszego życia. Dlatego właśnie poradniki Amy Morin są tymi, które czytam od deski do deski – nigdy nie wiem, które zdanie jakoś mnie poruszy i da impuls do rzeczywistych zmian. 

Trzecia książka amerykańskiej autorki poświęcona jest kobietom, co uważam za fenomenalny zabieg. Choćbyśmy nie wiem, jak się starali udowodnić, że jest inaczej, istnieje cała masa problemów natury psychologicznej, które znacznie częściej dotykają kobiety niż mężczyzn (i odwrotnie). Możemy oczywiście dyskutować, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy (odwieczny dylemat: geny czy wychowanie?), jednak fakty pozostają faktami. Dzięki skupieniu się na kobiecej perspektywie autorce udało się wyodrębnić i nazwać wiele problemów, które, jako kobiety, znamy z własnego doświadczenia lub najbliższego otoczenia: niedocenianie siebie, brak wiary we własne możliwości, uporczywe milczenie zamiast podjęcia działania, wałkowanie w kółko tych samych problemów... Poruszając te tematy, jestem tego pewna, autorka daje głos i siłę wielu kobietom, które same ograniczają własny potencjał w rozwoju.

Rzadko zachęcam kogokolwiek nieprzekonanego do sięgnięcia po poradniki, ale tym razem zrobię wyjątek. Amy Morin opowiada tak prosto, tak ciekawie i tak uniwersalnie zarazem, że po prostu muszę polecić tej książkę absolutnie każdej kobiecie. Większością z nas kierują podobne wzorce i schematy; warto, żebyśmy je rozumiały, żeby jeszcze lepiej wspierać się nawzajem. Bo nawet jeśli same jesteśmy dość poukładane, stanowimy też wsparcie dla innych kobiet w naszym otoczeniu.


wtorek, 28 maja 2019

Powrót autora po 13 latach || Thomas Harris – „Cari Mora”

Przestępcy od lat próbują wytropić skarb ukryty pod posiadłością należącą niegdyś do Pablo Escobara w Miami Beach. W wyścigu po 25 milionów dolarów w złocie prowadzi targany chorymi namiętnościami Hans-Peter Schneider – człowiek, który zarabia na życie, realizując przerażające fantazje bogaczy. Na drodze staje mu Cari Mora, piękna strażniczka rezydencji, która znalazła w Stanach schronienie przed przemocą panującą w jej kraju. Schneider wkrótce pozna zaskakujące umiejętności Cari i przekona się, jak silna jest jej wola walki. (opis wydawcy)

Od kilku tygodni wszyscy fani Hannibala Lectera przebierali nerwowo nogami w oczekiwaniu na najnowszą książkę Thomasa Harrisa. 13 lat milczenia to mnóstwo czasu – dość, by do czerwoności rozpalić wyobraźnię fanów. I choć sama nigdy nie stawiałam legendarnego już autora na piedestale (owszem, szanuję go za stworzenie tak spójnego i charyzmatycznego antagonisty, jednak nie uważam, żeby pisał zachwycająco), premiera Cari Mory mocno mnie zainteresowała. Byłam ciekawa, co też przygotował dla nas autor i głodna kolejnej zachwycającej postaci. Niestety, srogo się rozczarowałam.

W moim odczuciu Thomas Harris zdecydował się na umieszczenie w tej książce zbyt wielu pomysłów jednocześnie, a dodatkowo połączył je zbyt szybko i nieprzemyślanie. Mamy zatem wątek rezydencji Pablo Escobara, który stanowi oś łączącą bohaterów, a jednocześnie nawiązuje do popularnej w ostatnich latach tematyki. Mamy Hansa-Petera Schneidera, który według wszelkich opisów miał stanowić głównego antagonistę. Pierwsze fragmenty z jego osobą były brutalne i obrzydliwe niczym z rasowego horroru ekstremalnego, niestety efekt szybko się ulotnił, a bohater stracił swój charakter. Kolejną postacią jest Cari Mora, której historia jest bardzo interesująca, ale nie ma praktycznie żadnego znaczenia dla fabuły. Gdzieś w połowie książki pojawia się jeszcze komisarz policji o klasycznym rysie – ktoś targnął się na jego życie i poważnie uszkodził mu żonę, co również nijak ma się do historii z domem Escobara, Hansem-Peterem Schneiderem czy nawet Cari Morą.

Lektura najnowszej książki Thomasa Harrisa była frustrująca. Czyta się ją płynnie, bo jest całkiem nieźle napisana i krótka (nie dajcie się zwieść, czcionka i marginesy są tak duże, że zamiast 350 stron mamy około 200), jednak z każdym kolejnym rozdziałem zastanawiałam się, o co tak naprawdę tutaj chodzi. I, niestety, nie otrzymałam satysfakcjonujących rozwiązań. Każdy z bohaterów jest z innej parafii i choć ma potencjalnie ciekawą historię, zostaje ona zepchnięta na margines, co przekłada się również na nijaki rys psychologiczny postaci. Otrzymujemy przypadkowe sceny z przeszłości, które nie zostają rozwinięte i omówione, nie mają też żadnej kontynuacji w teraźniejszości. 

I choć nie miałam wobec tej książki ogromnych oczekiwań, i tak jestem rozczarowana, bo Cari Mora nie tylko nie jest wybitna – w moim odczuciu jest po prostu słaba. Brakuje tu mocnego pomysłu, który scaliłby postaci i ich wątki, a także lepiej przemyślanych bohaterów. Jeśli chodzi o thrillery i kryminały, które miałam okazję poznać w ostatnich miesiącach, ten był zdecydowanie najgorszy, a gdyby porównać go z poprzednimi książkami autora... Cóż, po prostu lepiej tego nie robić. Książka do przeczytania i zapomnienia, choć to pierwsze nie jest obowiązkowe, a to drugie przyjdzie samo tydzień czy dwa po lekturze.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Agora.

niedziela, 26 maja 2019

Sonia Shah – „Epidemia”



Na przestrzeni wieków ludzkość wielokrotnie borykała się z różnego rodzaju patogenami. Rozprzestrzeniające się po świecie epidemie dziesiątkowały populację i siały spustoszenie praktycznie na całym globie. Dziś jednak zdaje się, że człowiekowi udało się ustabilizować sytuację dzięki szczepionkom i ogólnoświatowym systemom ochrony zdrowia. Ale czy na pewno?

Sonia Shah, amerykańska dziennikarka śledcza, zainteresowała się tematem epidemii, gdy sama zachorowała na lekoodporną odmianę gronkowca złocistego. W swojej książce postanowiła opisać mechanizmy rządzące epidemiami i przenieść je na współczesny grunt.

Epidemia to prawdziwe kompendium wiedzy na temat rozprzestrzeniania się patogenów. Sonia Shah wykorzystuje swoje lekkie pióro i umiejętność angażującego opowiadania, by przestawić nam najważniejsze fakty. Kolejne rozdziały prowadzą nas logicznym torem przez czynniki, wpływające na powstawanie nowych chorób (czy raczej przenoszenie ich na człowieka) oraz późniejsze ich rozprzestrzenianie i leczenie. Autorka płynnie łączy historyczne dane z różnych okresów (od starożytności, poprzez epidemie średniowieczne, aż do XIX-wiecznych wybuchów cholery) i doskonale je integruje – lektura jest płynna i naprawdę wciągająca, zupełnie nie czujemy ciężaru, który zwykle towarzyszy literaturze faktu.

Co ważne, autorka porusza naprawdę wiele aspektów związanych z epidemiologią. Znajdziemy tu mnóstwo zagadnień medycznych i biologicznych (siłą rzeczy, jeśli chcemy mówić o patogenach), jak również społecznych i politycznych. Sonia Shah zwraca uwagę na zachowania ludzi, które sprzyjają rozprzestrzenianiu się choroby, a także na postawę państw i organizacji międzynarodowych wobec szczepionek czy poszukiwania skutecznych leków. W dobie globalizacji to właśnie po stronie społeczeństwa leży wielka odpowiedzialność, a jednostkowe wybory mogą mieć znaczenie dla wielu tysięcy ludzi na świecie.

Już dawno nie miałam w rękach książki, która tak realnie poszerzyłaby moją wiedzę w jakiejś dziedzinie. I nie chodzi tu tylko o zrozumienie pewnych mechanizmów, choć i te są omówione bardzo dokładnie. Byłam zszokowana, jak "efekt motyla" ma swoje odzwierciedlenie również w epidemiologii – zmiany ekosystemu w jednym państwie mogą wpływać na zachorowalność w zupełnie innej części świata. Jednak Epidemia to również książka pełna ciekawostek (jakkolwiek zbyt lekko brzmi to słowo w kontekście śmierci wielu tysięcy ludzi). Dowiedziałam się na przykład, jak dokładnie działa przecinkowiec cholery, dlaczego ostatnio mamy do czynienia ze zwiększoną liczbą zachorowań na boreliozę, co sprawia, że ludzie bardziej boją się stosunkowo niegroźnej eboli, niż realnie zagrażających chorób oraz jak to się dzieje, że człowiek może zachorować na ptasią odmianę grypy (to było bardzo ciekawe, zupełnie się nie spodziewałam, jak wygląda taki łańcuch zachorowań i że niezbędne są w nim również świnie).

Na koniec chciałabym podkreślić, że Epidemia nie jest książką dla każdego. Jeśli jesteś wrażliwcem, masz tendencję do panikowania, wiadomości dotyczące katastrof wywołują u Ciebie silne emocje, a losy świata niepokoją Cię na tyle, że wieczorami nie możesz zasnąć, lepiej daruj sobie lekturę. Sonia Shah podaje wiele faktów, które mogą przerażać i zapewne taki jest cel ich zaprezentowania. Jeśli jednak stanowisz jednostkę odporną, a Twoja psychika nie ma skłonności do wyolbrzymiania, z całego serca mogę polecić Ci tę lekturę. Wciąga jak dobry kryminał, a przy tym znacząco poszerza horyzonty.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

czwartek, 23 maja 2019

Czy motywacja to przeżytek? || Jeff Haden – „Mit motywacji”



Czytanie o planowaniu, zarządzaniu czy nawykach to jedno, ale wdrażanie zmian do własnego życia – zupełnie co innego. No bo skąd brać siłę do nowych zachowań? Do tej pory byłam pewna, że sukces jest sprawą tej słynnej motywacji, siły napędowej naszego życia. To ona każe nam wstawać co rano z łóżka do pracy, a niektórych zwleka nawet wcześniej niż jest to konieczne! A potem magicznie zakłada im na nogi buty do biegania i wysyła na kilkukilometrową przebieżkę o 6:00 rano.

Czujecie, jak to bzdurnie brzmi?

Jeff Haden postanowił wziąć się za temat motywacji i raz na zawsze obalić dotyczące jej mity, którymi posługujemy się na co dzień - najczęściej do tworzenia wymówek. W końcu znacznie łatwiej jest nam zachować twarz, jeśli zrzucimy nasze niepowodzenia na karb braku motywacji i nieumiejętność jej wzbudzania. Tymczasem amerykański autor przekonuje nas, że motywacja tak naprawdę nie jest tym, co pozwala nam zacząć, a jedynie stanowi czynnik podtrzymujący nasze dążenia do celu. Mówiąc prościej: motywacja pojawia się w trakcie wykonywania danej czynności i wynika bezpośrednio z odnoszonych sukcesów. 

Kiedy tak spojrzymy na sprawę, logiczna staje się metoda rozbijania dużych celów na mniejsze, a tych z kolei na konkretne zadania. Kiedy powiążemy motywację bezpośrednio z sukcesami zrozumiemy, że potrzebujemy ich na swojej drodze jak najwięcej, aby stale otrzymywać pozytywne wzmocnienie. Realizowanie małych celów napędza nasz system nagrody i powoduje, że chcemy osiągać kolejne rzeczy. A w ten sposób zbliżamy się do naszych największych założeń. Z kolei jeśli stawiamy przed sobą wielkie cele i nie dzielimy ich na mniejsze, dysproporcja między stanem obecnym a wymarzonym jest zbyt duża i szybko nas zniechęca.

Bardzo podobał mi się opisany w książce system budowania nawyku. Przy jego śledzeniu korzystamy z tego, co bujoholiczki znają pod nazwą habit tracker. Wybieramy sobie zadanie, które chcemy realizować codziennie (np. aktywność fizyczna, nie wydawanie pieniędzy, zdrowe odżywiania), a które wiąże się bezpośrednio z naszym celem nadrzędnym (przebiegnięcie maratonu, spłata długów, schudnięcie x kilogramów). Za każdym razem, kiedy nam się to uda, skreślamy jeden dzień w naszym kalendarzu.

Niby nic odkrywczego, jednak autor wskazuje, jaki sposób myślenia powinien przyświecać nam przy takim śledzeniu nawyku. Otóż nie powinniśmy skupiać się (jak większość ludzi) na naszym celu nadrzędnym, na tym jak będzie nam wspaniale, dobrze i cudownie gdy już będziemy zupełnie innymi ludźmi. Celem śledzenia nawyku jest przeniesienie naszej uwagi na sam łańcuch czynności i zadbanie, by był jak najdłuższy. W takim rozumieniu codziennie realizujemy jakiś cel i codziennie możemy ogłosić sukces! A małe nawyki z czasem przyniosą większe rezultaty.

Pierwsza część książki, która opisuje m.in. powyższe zjawisko, bardzo mi się podobała. Oczywiście jest to typowo amerykański poradnik, więc autor trochę "coachinguje" nas z wykorzystaniem własnych przykładów, mało śmiesznych żartów i rad, jednak można do tego przywyknąć, zwłaszcza że prezentowana treść jest wartościowa. Książka pozwala łatwo usystematyzować wiedzę na temat określania celów i planowania ich realizacji. Niestety druga część książki nie jest już tak dobra i zupełnie mnie do siebie nie przekonała. 

Z jednej strony trochę słabo, że książka przydała mi się jedynie w 50%, z drugiej – w pierwszej części znalazłam tyle wartościowej treści, że absolutnie nie żałuję czasu spędzonego nad Mitem motywacji. Nie jest to jednak jakiś must read, który polecę każdemu bez wyjątku. Zdecydujcie sami, czy do czegoś Wam się przyda.


wtorek, 21 maja 2019

Tomasz Kwaśniewski – „W co wierzą Polacy?”



Religie, zabobony, rytuały, tarocistki, jasnowidze, szeptuchy, czarne koty, plucie przez lewe ramię, klątwy, egzorcyzmy i oczyszczanie energii. Jedni z nas wrzucają to wszystko do jednego wora i stanowczo się odwracają, inni wybierają elementy, które mieszczą się w ich światopoglądzie, a jeszcze inni patrzą łaskawym okiem na wszelkie przejawy rytualnej duchowości. Mówi się, że żyjemy w katolickim kraju. A w co tak naprawdę wierzymy?

Nagradzany reporter Tomasz Kwaśniewski postanowił przyjrzeć się polskiemu rynkowi usług ezoterycznych: od wróżących z kart, poprzez jasnowidzów, aż do spirytystów i bioenergoterapeutów. Odwiedził wielu z nich w ich własnych gabinetach i domach, wypróbował różnorodne rytuały, przeprowadził też wiele rozmów z ludźmi ze swojego otoczenia na temat tego, w co wierzą i jak przekłada się to na ich życie. Wynik tego śledztwa niejednego zaskoczy, okazuje się bowiem, że Polacy bardzo chętnie korzystają z podobnych usług, choć na każdym kroku deklarują się jako sceptycy. 

Ogromną zaletą tej książki jest styl Tomasza Kwaśniewskiego. Chyba nikt nie pisze jak on: ze swadą, humorem i lekkością, która zachwyca na każdej kolejnej stronie. Choć to reportaż, a w wielu miejscach wręcz pamiętnikowy zapis wydarzeń z kolejnych dni, wszystko pochłaniałam z nieskrywaną przyjemnością. I mimo że podchodziłam do tej książki z wielkim dystansem – to znaczy niby chciałam ją przeczytać, bo temat mnie interesował, ale jakoś nie mogłam się zebrać – to ostatecznie pochłonęłam ją niemal na raz. Od pierwszego rozdziału wiedziałam, że o czymkolwiek nie opowiadałby autor, ja pójdę za jego słowami.

Bardzo podoba mi się to, że mimo żartobliwego (czy też raczej ironicznego) charakteru wielu fragmentów, książka pozwala nam na samodzielne wyciąganie wniosków. Tomasz Kwaśniewski nie prowadzi nas za rączki mówiąc: patrzcie, to manipulanci, a to ciemny naród. Nie. On pokazuje, opisuje pewne zjawiska, które następnie sami możemy zinterpretować. Dostarcza nam faktów, nad którymi zastanawiamy się sami. Tak moim zdaniem wygląda rzetelne dziennikarstwo. Autor wykonał tytaniczną pracę, odwiedzając dziesiątki wróżek oraz wróżów i poznając ich pracę, włożył też z pewnością sporo wysiłku w eksperyment, który został opisany na końcu książki. 

I sama nie wiem, czy po lekturze ubolewam nad stanem polskiego społeczeństwa (jak niektórzy), czy jednak dryfuję w stronę "wszystko mi jedno", jak w przypadku wielu spraw. Nie jestem pewna, czy między wiarą w czarne koty a ruchem antyszczepionkowym można postawić znak równości (bo przecież olaboga, ciemny naród i jak można wierzyć w takie bzdury). Jestem w stanie zrozumieć, że komuś może być łatwiej iść do wróżki niż do psychologa (bo w wielu miejscach ten drugi wciąż jest synonimem stygmatyzacji), a jeśli wróżka ta powie człowiekowi, że siedzi w jakimś złym schemacie? Doskonale rozumiem też potrzebę odrobiny magii w naszym życiu, podobnie jak wiem, w czym pomaga głęboka wiara (w jakiegokolwiek boga). I tak sobie myślę, że moglibyśmy tych wszystkich zjawisk aż tak nie demonizować.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 19 maja 2019

Zarządzanie sobą w czasie || Ola Budzyńska – „Jak zostać panią swojego czasu”

Pani Swojego Czasu. Marka własna, pod szyldem której Ola Budzyńska wraz ze swoim Gangiem pracuje dzielnie, by jak najwięcej Polek nauczyło się określać swoje cele i je realizować. Dla mnie osobiście przykład nie tylko świetnie prosperującego biznesu, ale również źródło przydatnej wiedzy, którą mogę wykorzystywać w codziennym życiu. Znałam już bloga, webinary, znałam kursy, tylko jakoś z książkami zawsze było mi nie po drodze. Ale ostatnio, przy okazji premiery Kursoksiążki o asertywności (o której postaram się opowiedzieć, jak już wejdę w proces i go zakończę) skusiłam się na pakiet, który zawierał również pierwszą książkę Oli; tę o zarządzaniu czasem (lub, jak kto woli, sobą w czasie). Pochłonęłam i powiadam Wam: moje życie już nie będzie takie samo.

Czytałam w swojej karierze całkiem sporo książek o produktywności, zarządzaniu czasem i organizacji pracy, ale ta jest pierwszą napisaną tak przystępnym językiem. Ola pisze tak, jak mówi: prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, bez zbędnych ozdobników i na pewno nie po to, żeby komukolwiek się przypodobać. Jest wiele miejsc, w których słyszymy coś nieprzyjemnego (jak chociażby wtedy, gdy mowa o tym, że zmienić się musimy my, a nie nasze otoczenie i warunki), jednak zawsze wiemy jedno: wszystko zostało powiedziane po coś, w dobrej wierze.

Główny nacisk w książce jest położony na określanie celów. Pewnie wiele osób zapyta: po co cele, skoro chcę tylko mieć więcej czasu? Niestety bez określenia, do czego dążymy i co jest dla nas priorytetem, nie jesteśmy w stanie skutecznie działać. Zarządzanie czasem nie polega bowiem na magicznym wygenerowaniu kolejnych godzin, które rozciągną naszą dobę. To sztuka dokonywania wyborów w zgodzie ze sobą – swoimi wartościami i postanowieniami. Poświęcenie czasu na jedną rzecz zawsze jest decyzją, by z jakiejś innej (a często z wielu innych) zrezygnować. Owszem, z czasem będziemy pracować nad automatyzacją danych czynności (dbając, by stały się dla nas nawykami i odciążyły naszą uwagę), jednak podstawą jest przyjrzenie się sobie i temu, jak wygląda nasze życie (a jak chciałybyśmy, żeby wyglądało). 

Ola rozprawia się więc z mitami dotyczącymi planowania i nawyków, zachęca do poświęcenia czasu na podstawy i zadbania o siebie, a dopiero później tłumaczy nam, w jaki sposób określać większe i mniejsze zadania oraz tworzyć harmonogramy. Wszystko to przeplatane jest przykładami z jej życia (zarówno prywatnego, jak i zawodowego), dzięki czemu jesteśmy jeszcze bliżej tematu, staje się on zupełnie "nieksiążkowy". 

Ja sama przeczytałam Jak zostać panią swojego czasu dwa razy. Najpierw dosłownie ją pochłonęłam (jak to zwykle mam z książkami, które mnie wciągają i fascynują), a potem usiadłam na spokojnie, żeby wypisać narzędzia i krok po kroku przyjrzeć się swoim celom. 

Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć o jednym szczególe, który pewnie dla ogółu niezbyt znaczący, u mnie wywołał mikrozachwyt. Cała książka jest bardzo spójna graficznie, zgodnie z brandem PSC. Jednym z wyróżniających się elementów są cytaty zajmujące całą stronę. I te cytaty, proszę Państwa, są w zupełnie innych miejscach książki, niż fragment, z którego pochodzą. Niby nic, ale mam już serdecznie dość książek, w których najważniejsza myśl jest wyróżniona na stronie obok lub nawet na tej samej, bo mam wtedy poczucie, że niepotrzebnie odrywałam wzrok od tekstu, żeby przeczytać drugi raz to samo. Tutaj to, co najważniejsze, bardzo przyjemnie nam się utrwala, jakby Budzyńska szeptała nam zza ramienia: Ale pamiętasz, co powiedziałam przed chwilą?!.

Kończąc ten wywód powiem, że zdecydowanie była to najprzystępniejsza książka do nauki zarządzania czasem, jaką miałam okazję czytać. Napisana prosto, sprowadzająca nas przy ziemi i ucząca konkretnych, praktycznych zachowań, które mają szansę stać się naszymi dobrymi nawykami. Oczywiście jeśli chcemy się czegoś nauczyć.


piątek, 17 maja 2019

Rok bez zakupów? || Cait Flanders – „Królowa oszczędzania”

Muszę się Wam przyznać, że podchodziłam do tej pozycji z ogromnym sceptycyzmem – no bo jak to, kupować książkę o tym, jak nie kupować rzeczy? Czy to aby nie tworzy sprzeczności już na starcie, jeszcze zanim przeczytamy pierwszą stronę? Namówiły mnie dopiero pozytywne recenzje na Instagramie (co, jak się szybko zorientowałam, jeszcze dobitniej świadczy o moich problemach z zakupami) i postanowiłam spróbować. Tym razem nie żałuję ani jednej wydanej złotówki.

Królowa oszczędzania to opowieść o roku bez kupowania (oprócz artykułów codziennej potrzeby). Jej autorka, Cait Flanders, jest kanadyjską blogerką, która prowadzi witrynę dotyczącą finansów. Jej internetowa kariera zaczęła się od pisania o wychodzeniu z długów, jednak, jak szybko się dowiadujemy, autorka miała znacznie więcej problemów. Alkoholizm, zadłużenie konsumpcyjne, kompulsywne kupowanie, przytłaczający bałagan... Trzeba przyznać, że przez dobrych kilka lat poświęciła naprawdę sporo czasu na wyprowadzanie swojego życia na prostą. Królowa oszczędzania jest zwieńczeniem tego procesu – po części próbą cofnięcia się wstecz i opisania całej historii, a po części uzupełnieniem bloga (który również należy do tych bardziej osobistych).

Na samym początku muszę powiedzieć, że bardzo spodobał mi się styl Cait Flanders – książka jest naprawdę angażująca i wciągająca, lektura zajęła mi dwa dni. To takie trochę pogaduszki z koleżanką w lekkim stylu; sposób pisania, który sprawia, że czytelnik cały czas jest zainteresowany tematem. Na treść książki składają się różne wątki: analiza przeszłości miesza się tu z relacją z kolejnych miesięcy zakupowego detoksu. Autorka opisuje jak pozbywała się zbędnych rzeczy, z jakimi wyzwaniami się mierzyła, a także jak caly projekt wpłynął na jej życie. Bardzo spodobało mi się jej podejście do tematu, mianowicie potraktowanie roku bez zakupów jako eksperymentu. Sądzę, że zdjęło to z jej barków spory ciężar, a wyniki zdecydowanie ją zaskoczyły. 

Przede wszystkim jednak jest to książka niesamowicie motywująca. I tak, mam świadomość, że motywacja do działania jest często krótkotrwała, ale sama bardzo lubię takie proste, pozytywne bodźcie. Nie opieram na nich oczywiście swojego działania (klucz do zwyciętswa to samodyscyplina), ale uważam je za szalenie przydatne. Wracając jednak do meritum: autorka w przyjemny sposób daje nam odczuć, że skoro jej się udało ograniczyć kupowanie rzeczy, to nie ma powodów, dla których nie miałoby udać się nam. Nie dlatego, że to modne, albo dlatego, że powinniśmy. Dlatego, że choćby którki detoks zakupowy pokazuje, jak wielu przedmiotów po prostu nie potrzebujemy.

I to właśnie ta prosta idea tak bardzo mnie przekonała. Jeśli i Was ciekawi podobna tematyka, albo po prostu chcecie poczytać o perypetiach kobiety, która postanowiła zrobić w swoim życiu ciekawy eksperyment, myślę, że ta książka może Wam się spodobać.


środa, 15 maja 2019

Natalia Knopek – „Miej umiar”



Nie jestem zbyt dobra w obszarach minimalizmu i slow life. Zdarza mi się oglądać na Youtubie filmiki na ten temat, ale z książkami nigdy nie było mi po drodze. Po przeczytaniu Minimalizmu po polsku i Sztuki prostoty złapałam traumę na miesiące (a nawet lata) i dopiero z Miej umiar wróciłam do tematu. Pierwsze podejście było nieudane A jednak wróciłam do tej książki po półrocznej przerwie i dzisiaj ją polecam. Dlaczego?

Zacznijmy od tego, kim jest autorka książki. Natalia Knopek to autorka bloga Simplife.pl i nauczycielka jogi. Na co dzień pisze, jak sam tytuł witryny wskazuje, o prostocie życia codziennego. O rytuałach, dbaniu o siebie, organizacji czasu, zdrowiu, podróżach i innych podobnych tematach. Moim zdaniem ma dar trafnego ujmowania idei w słowa – jej bloga czytam od lat, zawsze z ogromną przyjemnością. Mimo to moje pierwsze podejście do książki było nieudane; nie dałam rady się w nią wciągnąć ani czytając na jeden raz, ani dzieląc ją na tygodnie, zgodnie z założeniami autorki.

W tym miejscu warto wspomnieć, że Miej umiar jest czymś w rodzaju kursu, programu, który w idealnym świecie poprowadziłby nas przez rok przyglądania się poszczególnym obszarom naszego życia. Rozdziałów jest dokładnie 52, a każdy z nich stanowi pół-felieton, pół-lekcję na inny temat: od budżetu, pracy i posiadanych przedmiotów, poprzez zdrowie, dbanie o siebie i relacje z innymi, aż do naszego własnego, osobistego rozwoju. Poszczególne rozdziały nawiązują do siebie nawzajem i faktycznie tworzą wspólną ścieżkę; tematy są coraz głębsze i wymagające większego skupienia.

Oczywiście czytając książki tego typu, nie skorzystamy ze wszystkich kroków w nich zawartych. A raczej nie wszystkie zrealizujemy w 100%, bo skorzystać z wiedzy możemy na wiele różnych sposobów. Natalia nie daje nam z resztą gotowych rozwiązań i nie mówi, co mamy robić – raczej rzuca temat do przemyślenia; taki, któremu warto się przyjrzeć i samemu ocenić, czy w tym obszarze coś wymaga zmiany. Sądzę, że to właśnie z tego powodu odłożyłam tę książkę za pierwszym razem – przyzwyczajona do innego typu poradników oczekiwałam narzędzi, a nie inspiracji. Dopiero kiedy zaczęłam głębiej wnikać w poruszane tematy i przekładać je na swoje życie, coś zaczęło lepiej stykać i działać. Czytałam. Analizowałam. Robiłam notatki. I dopiero kiedy czułam, że wyczerpałam temat, przechodziłam do kolejnego kroku.

Dziś myślę sobie, że Miej umiar trafi na specjalną półkę w mojej biblioteczce. Mam takie książki, po które sięgam, gdy spada mi motywacja i widzę, że życie wymaga środków zaradczych, bo gdzieś popełniam błąd. Znajduję wtedy chwilę, by wrócić do znanych tematów, przeczytać którąś z pozycji jeszcze raz i poszukać źródła problemu. A potem wrócić na właściwe tory.


poniedziałek, 13 maja 2019

Robert Małecki – „Skaza”, „Wada” [przedpremierowo]



Wstyd się przyznać, ale jak do tej pory obecność Roberta Małeckiego na polskim rynku wydawniczym umykała mojej uwadze. Może na zbyt długo wycofałam się z czytania literatury, a może automatycznie autor podpiął mi się pod jeden kontakt z Jakubem Małeckim? W każdym razie żyłam sobie w błogiej nieświadomości do czasu pewnego maila z wydawnictwa Czwarta Strona, który wspominał o serii kryminalnej. Serii, o której również do tej pory nie słyszałam. Jako że kryminały i thrillery bardzo lubię (co nietrudno zauważyć, czytając naszego bloga), szybko postanowiłam nadrobić zaległości. I tak właśnie majówkę spędziłam w towarzystwie komisarza Bernarda Grossa.

Skaza i Wada to typowe współczesne kryminały, a w tej typowości nie ma absolutnie nic złego. Wręcz przeciwnie – jest ona gwarancją sukcesu, a czytelnikowi daje pewność, że historia wzbudzi w nim emocje. Mamy zatem komisarza policji, głównego bohatera, który bezskutecznie szuka spokoju po niewyjaśnionej sprawie z przeszłości. Mamy wiszącego nad nim demona w postaci żony, która po tragicznej napaści od wielu lat pozostaje w śpiączce, a jej obecność nie pozwala Grossowi zrobić kroku naprzód. Mamy też sprawy, które toczą się swoim własnym, dość powolnym rytmem, a mimo to maksymalnie angażują czytelnika. I wreszcie mamy zaskakujące, dobre zakończenia.

Uwielbiam zagadki, które konstruuje Robert Małecki. Zarówno w przypadku Skazy, jak i Wady punktem wyjścia dla fabuły jest współczesna śmierć: świeżo znalezione zwłoki lub tajemnicze miejsce zbrodni. Jednak wraz z kolejnymi stronami zaczynamy odkrywać fakty z coraz dalszej przeszłości. Czytelnik, podobnie jak komisarze, nie jest w stanie ich zintegrować, połączyć w całość, dzięki czemu odkrywanie tajemnicy jest tak satysfakcjonujące. I wciągające, bo nie chcemy odrywać się od lektury, kusi nas przeczytanie jeszcze jednej strony, jeszcze jednego rozdziału. A gdy książka dobiega końca, naszym oczom ukazuje się kompletna, wielowątkowa, dobrze umotywowana historia na którą patrzymy z uznaniem dla autora.

Satysfakcjonujące są również wątki poboczne związane z życiem komendy policji. Oczywiście najlepiej poznajemy komisarza Grossa i jego życie prywatne (autorzy kryminałów muszą naprawdę nie lubić swoich bohaterów, że zsyłają im na głowę takie nieprzyjemności), ale w książce przejawia się również kilka postaci drugoplanowych. Może nie domagają się one uwagi tak usilnie, jak na przykład w książkach Monsa Kallentofta, ale ich indywidualny rys jest wyraźny i wpływa na to, w jaki sposób prowadzą swoją część śledztwa.

Cóż, wszystko wskazuje na to, że mamy nowego kandydata to grona moich ulubionych autorów kryminałów! Poprzednia seria Roberta Małeckiego jest już u mnie, mam nadzieję, że będzie równie świetna, jak te dwa gagatki. I tak sobie myślę, że powinniśmy częściej czytać polskich autorów, bo chyba trochę ich nie doceniamy.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera „Wady” 15 maja!

sobota, 11 maja 2019

Co nam radzą poradniki? || Michał Rusinek – „Niedorajda”



Myślałby człowiek, że to ledwie chwila minęła od czasu, kiedy poprzednio zaśmiewałam się w głos przy książce Michała Rusinka. Myślałby tak i myślał, a tu proszę – sprawdziłam i nie chwila, a prawie półtora roku! Jakby nie patrzeć sporo czasu, a niektóre żarty z Pypciów na języku wciąż pamiętam i wciąż wywołują uśmiech na mojej twarzy. Jeśli jeszcze tamtej książki nie znacie, polecam Wam ją serdecznie, a jeśli chcecie większej zachęty, tutaj znajdziecie moją opinię.

Tym razem Michał Rusinek bierze na tapet nie sytuacje codzienne, a poradniki; konkretnie porady wszelkiego typu, które można znaleźć zarówno w książkach, jak i w internecie. Znajdziemy tutaj rozdziały poświęcone męskości, seksualności, sprzedaży, stylowi (a dokładniej byciu paryżanką) i wielu, wielu innym tematom, które najwyraźniej na co dzień spędzają sen z powiek przedstawicieli społeczeństwa. Autor przytacza przeróżne cytaty (nierzadko stojące ze sobą w sprzeczności) i każdy z nich okrasza ironicznym, często złośliwym, ale zawsze zabawnym komentarzem. W ten sposób wytyka wszelkie nieścisłości, wskazuje na bezsensowność niektórych porad, a jednocześnie uświadamia nam, jak podatni jesteśmy na zawarte w poradnikach manipulacje.

Sama forma książki jest bardzo przyjemna i sprawia, że sięgamy po nią z chęcią. Rozdziały są dość krótkie, a dodatkowo składają się z niewielkich akapitów, które zwykle się ze sobą nie łączą, dzięki czemu możemy przerwać w dowolnej chwili, czytać choćby akapit na raz. Osobiście nie stosowałam jednak tej metody, bo książki starczyło mi na dwie podróże pociagiem, można więc powiedzieć, że czytałam ją ciągiem. I zaprawdę powiadam Wam: absolutnie mi się nie nudziła. Uwielbiam styl autora i to, w jaki sposób ujmuje rzeczywistość. Jedyne ostrzeżenie, jakie dla Was mam to: będziecie się śmiać. A śmianie się w głos w miejscach publicznych, wciąż jest, niestety, uznawane za dziwaczne.

Jeśli poradniki na co dzień Was bawią i trzymacie się od nich z daleka, książka Michała Rusinka z pewnością Wam się spodoba – będzie okazja do wyśmiania wielu niezbyt mądrych porad, jak również językowych wpadek. Jednak mój przykład pokazuje, że również fani poradników – oczywiście z odpowiednim dystansem – znajdą tutaj coś dla siebie. Ironiczny styl autora i celność uwag sprawiają, że nie mamy wyjścia, po prostu musimy śmiać się (często w głos). A to cenię sobie w książkach ponad wszelką miarę.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Agora.

wtorek, 7 maja 2019

Pia Mellody – „Toksyczne związki”

Za każdym razem, kiedy czytam świetną książkę psychologiczną, zastanawiam się, jak o niej opowiedzieć. Odczucia związane z lekturą są bowiem nie tylko intymne (choć z uzewnętrznianiem się w internetach nie mam specjalnego problemu), ale też bardzo subiektywne. Nie każdego przekona ten sam styl pisania, nie do każdego trafią te same słowa i nie każdy doceni konkretne podejście. Tym niemniej opowieść Pii Mellody uważam za ważną na tyle, by wspomnieć o niej na blogu; może komuś z Was wpadnie w oko i pomoże.

Toksyczne związki oparte są o autorski koncept Pii Mellody – teorię współuzależnienia. Podczas swojej praktyki psychologicznej autorka zaobserwowała, że istnieje bardzo wielu pacjentów głęboko przekonanych, że "coś z nimi jest nie tak". Zachowują się oni nieadaptacyjnie, reagują przesadnie i zdają się interpretować rzeczywistość zupełnie inaczej niż pozostali ludzie. Mają zachwiane poczucie własnej wartości, problemy z wytyczaniem granic, rozróżnianiem i zaspokanianiem potrzeb i pragnień, a także umiarkowanym wyrażaniem emocji. Wiele z tych zachowań koresponduje z objawami współuzależnienia, nawet jeśli pacjenci ci nie mieli w swoim życiu kontaktu z alkoholikami czy narkomanami. 

Zgodnie z podtytułem, książka opisuje "anatomię i terapię współuzależnienia", przy czym główny nacisk położony jest na pierwszy aspekt – dokładnie omówienie definicji i genezę powstawania zaburzenia. Autorka wskazuje na wiele konkretnych wydarzeń z dzieciństwa, które mają wpływ na rozwój u dziecka cech osoby współuzależnionej. Podczas lektury szybko pojmujemy, że sprawa nie dotyczy tylko skrajnych, odosobnionych przypadków. Autorka prezentuje nam również przykłady z własnego życia - ona również była osobą współuzależnioną.

Choć stworzona przez specjalistkę, książka napisana jest przystępnym językiem. Autorka jasno wyraża swoje myśli i omawia temat na tyle dogłębnie, że nie mamy większego problemu ze zrozumieniem jej intencji. Wiedza, którą pozyskujemy jest na bieżąco klasyfikowana, a sama teoria spójnie opisuje rzeczywistość. Niestety brakuje mi tutaj obszerniejszego omówienia sposobów działania, gdy dostrzegamy u siebie symptomy współuzależnienia. Choć we wstępie odnajdziemy myśl autorki dotyczącą wsparcia czytelników w samopomocy, w rzeczywistości nie znajdziemy tu zbyt wielu praktycznych wskazówek. Na szczęście nie jest to jedyna książka Pii Mellody – mam nadzieję, że kolejne okażą się bardziej praktyczne.

Na koniec mam jeszcze jedną myśl. Niestety nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić, jak będzie czytało się tę książkę całkowitemu psychologicznemu laikowi. Podejrzewam, że może to być dość trudna i żmudna lektura, więc lepiej sprawdźcie ją sobie przed zakupem.