Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czwarta Strona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czwarta Strona. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lutego 2020

Hanna Greń – „Wioska kłamców”

Hanna Greń już od dawna pojawiała się na horyzoncie moich czytelniczych aspiracji (ależ ze mnie poetka!), jednak do tej pory brakowało mi dostatecznej motywacji (i jeszcze rym!), by zabrać się za którąś z jej powieści. Czekałam na dogodną okazję, najlepiej początek jakiejś nowej serii, która nie przerażałaby mnie perspektywą kilku tomów do nadrobienia. I proszę, wraz z początkiem roku taka szansa nadeszła, a ja z radością z niej skorzystałam. Udałam się w podróż do Wioski Kłamców, gdzie każdy zdaje się skrywać jakąś mroczną tajemnicę...

Mamy tutaj do czynienia z dość klasyczną historią: oto córka policjanta (która również miała swój epizod z tym zawodem), postanawia ruszyć w drogę i wyjaśnić okoliczności śmierci ojca. Co prawda pozornie sprawa jest już rozwiązana, a osoby podejrzane o popełnienie zbrodni zostały skazane, jednak Dionizie (cóż za cudne imię!) to nie wystarcza – jej zdaniem winni wciąż są na wolności. W poszukiwaniu prawdy kobieta udaje się do niewielkiej wioski, w której będzie próbowała odkryć nowe fakty. 

Cudowne jest to, że główka bohaterka, podobnie jak czytelnicy, nie spodziewa się zupełnie, jak zagmatwana i trudna będzie sprawa, którą będziemy wspólnie odkrywać. Strzygom to niepozorna miejscowość, jednak wszyscy jej mieszkańcy zdają się być uwikłani w jakąś niejasną i przerażającą historię. W pewnym momencie mamy wrażenie, że absolutnie każdy coś ukrywa, przez co wszyscy stają się podejrzanymi, a śledztwo zatacza coraz szersze kręgi. Dodatkowo obecność wątków fantastycznych, związanych z lokalnymi wierzeniami, dodaje całej książce ciekawego charakteru. 

Cały czas zastanawiam się, jak najtrafniej zaklasyfikować Wioskę kłamców. Niezaprzeczalnie jest to kryminał, bo w końcu mamy i trupa, i śledztwo, mające wyjaśnić okoliczności jego śmierci. Są tu również elementy thrillera. A jednak w odniesieniu do współczesnej "normy" obu tych gatunków, muszę wspomnieć, że książka Hanny Greń wypada wyjątkowo spokojnie i łagodnie. Próżno tu szukać galopującej na łeb na szyję akcji czy też miejsc zbrodni opisanych tak plastycznie, że zbiera nam się na wymioty. To raczej spokojna, klimatyczna książka dla tych osób, które nad adrenalinę przedkładają ciekawe tło społecznie i spokojniejsze tempo wydarzeń. Nie jest to absolutnie wada – mnie całkiem spodobało się takie podejście do gatunku. Ale jeśli jesteście jedną z osób, które piszą do Maxa Czornyja, że jego książki mogłyby być bardziej krwawe (w którymś z wywiadów wspominał, że są tacy czytelnicy), to tutaj możecie czuć się lekko zagubieni. 

Czy zatem uważam za udane moje pierwsze spotkanie z prozą Hanny Greń? Właściwie tak. Spodobał mi się jej styl i to, w jaki sposób snuje swoją historię, jestem zachwycona zagadką, jaką wykreowała i tym, jak sprawnie mieszała tropy, by jak najdłużej utrzymać nas z dala od rozwiązania. Nie wiem jednak, czy sięgnę po kolejne książki z serii. Główna bohaterka irytowała mnie niesamowicie (z tego, co widziałam w innych recenzjach, nie jestem w tym odczuciu sama), a poza tym wolę chyba jednak bardziej krwawe i brutalne opowieści. Znam jednak mnóstwo osób, którym z czystym sumieniem poleciłabym prozę Hanny Greń i zachęciła je do przeczytania poprzednich książek autorki. A może Ty jesteś jedną z nich?






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

sobota, 11 stycznia 2020

Robert Małecki – „Zadra” [przedpremierowo]

Nie jestem w stanie ująć w zdania (a słownictwo mam bogate!) tego, w jakim napięciu czekałam na kolejną książkę Roberta Małeckiego. Skaza i Wada, które umilały mi zeszłoroczną majówkę, były fenomenalnie i tylko podsycały apetyt na więcej. Razem z resztą fanów serii czekałam więc najpierw na informację o kontynuacji, a potem na własny egzemplarz Zadry. Wierzcie mi, że chwilami przypominałam istotę z memów, która przykleja nos do szyby i wypratruje kuriera! A gdy książka wreszcie trafiła w moje ręce, pochłonęłam ją w jeden dzień. Jak się domyślacie, była to kolejna świetna przygoda!

Tym razem punktem wyjścia dla całej opowieści są fragmenty ciała znalezione przypadkiem w podchełmżyńskim lesie. Komisarz Bernard Gross i jego ekipa zostają wezwani do porzuconej czaszki i kości, które najprawdopodobniej należały do mężczyzny. Szybko okazuje się, że to, co na pierwszy rzut okaz wyglądało na pozostałość okolicznych masowych mogił, ma zupełnie inne pochodzenie i będzie stanowiło początek wyczerpującego śledztwa pełnego niewiadomych.

Podobnie jak w przypadku poprzednich powieści z serii, tutaj również odnalezione zwłoki okazują się mieć związek ze sprawą, która już dawno trafiła do policyjnego archiwum. Tym razem chodzi o zaginięcie dwojga młodych ludzi – pary świeżo upieczonych magistrów – które miało miejsce przed piętnastoma laty. Policjanci decydują się jeszcze raz sprawdzić wszystkie tropy, które udało się zgromadzić ich kolegom na przestrzeni lat. Tylko czy rzeczywiście znajdą to, czego szukają? A może po raz kolejny sprawa okaże się bardziej zawiła, niż podejrzewano na początku?

Gdybym miała określić jednym słowem, jaką książką jest Zadra powiedziałabym, że spokojną. Ani ta, ani poprzednie powieści z serii o Bernardzie Grossie nie chwytają czytelnika za gardło, nie wrzucają go w wir akcji i nie paraliżują strachem, balansując na granicy thrillera. To historie nieco wolniejsze, pozwalające na prowadzenie własnych domysłów i wyciąganie wniosków. Autor snuje swoją opowieść rytmem zgodnym z metodycznie prowadzonym śledztwem, stopniowo dorzucając kolejne fakty, które krok po kroku składają się w całość tyleż spójną, co zaskakującą. To jedna z tych książek, w których jako czytelnicy nie dostajemy wystarczających danych, by zbyt szybko przewidzieć rozwiązanie zagadki. Dlatego śledzimy poczynania śledczych z wypiekami na twarzy i chcemy jak najszybciej poznać kolejne fakty. Mnie ten sposób prowadzenia fabuły bardzo odpowiada i sprawia, że nie jestem w stanie odłożyć książki nawet na chwilę. 

Ważną cechą tej książki jest również bijąca z każdej strony melancholia. Przez cały czas trwania akcji w Chełmży i okolicach pada deszcz, co autor podkreśla i bardzo plastycznie odmalowuje, gdy policjanci chyłkiem przemykają po ulicach. Komisariat zdaje się być cały czas pogrążony w żałobie. Bohaterowie udają, że są w stanie poradzić sobie ze swoim życiem, podczas gdy tak naprawdę co i rusz dają się porwać demonom przeszłości, które wołają o uwagę. Zagęszczenie tragedii na centymetr kwadratowy jest ponadprzeciętne, co skutkuje ciężkim, choć (moim zdaniem) nie przytłaczającym klimatem. 

Po trzecim tomie mogę też z całą pewnością przyznać, że książki prezentują się doskonale nie tylko jako pojedyncze powieści, ale również jako cykl. Z każdą kolejną lepiej poznajemy bohaterów, a relacje między nimi pogłębiają się i zmieniają. Pewne elementy z poprzednich książek znajdują w Skazie swoją ważną kontynuację i jestem pewna, że w kolejnych częściach (bo takie powstaną, prawda?) niejednokrotnie do nas powrócą. Choćby z tego względu zachęcałabym do czytania serii po kolei – zaczynając od Zadry nie tylko narobimy sobie spoilerów, ale również stracimy naprawdę ciekawe zagadki, które miał do rozwiązania komisarz Gross. Tym niemniej jeśli będziemy zdeterminowani, połapiemy się, o co chodzi, bo autor zadbał o umieszczenie w tomie trzecim zręcznych przypomnień o tym, kto jest kim. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 15 stycznia!

niedziela, 5 stycznia 2020

Spotkanie po latach: Remigiusz Mróz – „Chór zapomnianych głosów”

Postęp technologiczny dokonał kolejnego skoku, a mieszkańcy Ziemi stojący w obliczu nieznanych dotąd zagrożeń wysłali w przestrzeń kosmiczną szereg misji badawczych. Pogrążone w kriostazie załogi podróżują na zautomatyzowanych statkach, by w przyszłości wybudzić się i poznawać tereny odległe od Ziemi o setki lat świetlnych. Jednak nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem... Na jednym z okrętów z głębokiego snu budzi się Håkon Lindberg, a pierwszym obrazem, jaki widzą jego oczy, jest kończąca się rzeź członków załogi. Oprócz niego żywa jest tylko jedna osoba – nawigator Dija Udin Alhassan – i to u jego boku przyjdzie mu walczyć o rozwiązanie kosmicznej zagadki. Czyżby w kosmosie istniało inteligentne życie? I co takiego wydarzyło się na pokładzie promu?

Chór zapomnianych głosów był jedną z pierwszych książek Remigiusza Mroza, jaka trafiła w moje ręce. Stare wydanie, niepozorna książeczka, która ukazała się nakładem Genius Creations, trafiła do mnie po tym, jak zachwyciłam się pierwszymi częściami Parabellum. To były czasy, gdy Remigiusz Mróz nie był jeszcze znany, a blogosfera walczyła o to, by trzeci tom historycznego cyklu mógł się w ogóle ukazać (tak, wiem, że dziś jest to kompletnie niewyobrażalne, bo rynek pochłania i przyjmie Mroza w każdej ilości). W każdym razie byłam bardzo ciekawa, jak odbiorę tę książkę po dłuższym czasie – bogatsza o setki literackich doświadczeń, zaprawiona w bojach ze stylem autora. Bardzo się cieszę, że miałam ku temu okazję dzięki nowemu wydaniu, które jest jednocześnie zwiastunem rychłej kontynuacji tej opowieści.

Mimo upływu lat, nadal pozostaję laikiem w kwestii science fiction. Rzadko sięgam zarówno po filmy, jak i książki z tego gatunku i (poza kilkoma wyjątkami) nie jestem ich wielką fanką. Podkreślam to dlatego, że spotkałam się ze stwierdzeniem, że Chór zapomnianych głosów jest wtórny i że wykorzystuje wiele znanych motywów, w dodatku nie najlepiej je splatając. Nie wiem, czy to prawda, być może tak, jednak na swoim przykładzie stwierdzam, że jeśli nie macie zbyt dużej styczności z sci-fi, prawdopodobnie tego nie zauważycie. No dobra, zwrócicie pewnie uwagę na klaustrofobiczną atmosferę charakterystyczną dla ograniczonej przestrzeni statku dryfującego w kosmosie i pewnie wyda Wam się znajoma scena, otwarcia, gdy z kriostazy budzą się członkowie załogi. Ale z każdą kolejną stroną, gdy wpadamy w wir akcji, takie rozważania odchodzą gdzieś w siną dal. 

Dla mnie najważniejszym elementem "Chóru zapomnianych głosów" jest zagadka i niezmiennie uważam, że dla niej warto po tę książkę sięgnąć. Przez te wszystkie lata, które minęły od lektury, zdążyłam zapomnieć, o co tak naprawdę chodziło i z radością przyznaję, że fabuła po raz drugi była dla mnie zakoczeniem. Duża w tym zasługa Remigiusza Mroza, który bardzo zręcznie manipuluje wydarzeniami i wodzi czytelników za nos poprzez rozmaite zwroty akcji i umiejętnie dozowane fakty. To wyjątkowo dobrze skonstruowana książka, która funduje czytelnikom niejedno zaskoczenie. 

Pozostaję również fanką słownych przepychanek Lindberga i Alhassana. Ten duet sprawia, że pierwsze rozdziały nie dłużą się aż tak bardzo, a kolejne są lżejsze i zabawniejsze. Nie są to może żarty najwyższych lotów, ale nic nie poradzę, że na mojej twarzy wywołują uśmiech – tak było przy pierwszym czytaniu i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

I choć Chór zapomnianych głosów po raz drugi mi się spodobał, nie jestem pewna, czy będę chciała sięgnąć po kontynuację, która ma się ukazać w najbliższym czasie. Nigdy nie czułam potrzeby odkrywania dalszej części tej opowieści, wręcz przeciwnie – zakończenie mnie usatysfakcjonowało (ale pamiętajcie, że jestem dziwakiem, który lubi finały otwarte lub takie, w których wszyscy giną; wciąż mam za złe twórcom Gry o Tron, że nie pozwolili Nocnemu Królowi zmieść Westeros na pył). Poza tym nie bardzo wierzę w powroty po latach i udane kontynuacje. Ale kto wie, może jeszcze będę miała okazję się zdziwić.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

niedziela, 29 grudnia 2019

Najlepsze książki 2019 roku



Przyznam, że miałam poważną zagwozdkę z tym, jakie książki wybrać do tego zestawienia. W poprzednich latach zwykle pomysły same pchały mi się do głowy, a w tym... no cóż, niekoniecznie. Najlepsza pozycja, jaką przeczytałam w 2019 roku to niezły staroć – polską premierę miała w latach 70-tych ubiegłego wieku, a ja do podsumowań staram się wybierać pozycje wydane w ciągu minionych 12 miesięcy. Niestety na tle Ojca chrzestnego wszystkie inne książki wypadają blado. Chciałam, żebyście mieli to na uwadze.

Ostatecznie spięłam się jednak, siadłam do listy przeczytanych książek i gruntownie ją przejrzałam, żeby wybrać perełki, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie są może perfekcyjne, ale bardzo dobre; no i każdą z ręką na sercu jestem w stanie Wam polecić. Poniżej znajdziecie listę z krótkimi opisami, a tytuły oraz zdjęcia są linkami prowadzącymi do recenzji – ot, gdybyście chcieli dowiedzieć się o którejś czegoś więcej.





Miałam w tym roku w rękach kilka przyzwoitych kryminałów, ale najbardziej w pamięć zapadła mi właśnie Wada. To przyzwoicie skonstruowana powieść z ciekawą zagadką, w sam raz dla tych, którzy lubią powolne odkrywanie historii i wątki, w których elementów układanki musimy szukać w przeszłości. Zarówno książka, jak i bohaterowie skonstruowani są dość klasycznie, ale to zaleta, a nie (nomen omen) wada - dzięki temu książka jest "pewna", ale absolutnie nie wtórna czy przewidywalna.

Już w styczniu premiera trzeciego tomu (bo Wada jest środkowa w tej bardzo dobrej serii). Już nie mogę się doczekać!




To zdecydowanie nie jest pozycja dla każdego – ci, którzy mają tendencję do nadmiernego zamartwiania się i panikowania, mogą śmiało przejść do następnej książki w zestawieniu. Ale jeśli jesteście fanami opowieści o chorobach i ich rozprzestrzenianiu, zwłaszcza jeśli chodzi o współczesne mechanizmy, lekturę polecam Wam z całego serca.

Książka Soni Shah to opowieść pełna ciekawostek, ale też rzetelnej wiedzy z zakresu epidemiologii. Dowiadujemy się, w jaki sposób życie społeczne i polityka wpływają na rozprzestrzenianie się chorób, jak to się dzieje, że uśpione wirusy wracają i w jaki sposób zagrażają nam dzisiaj. Epidemia potrafi przerazić, ale też wciąga jak najlepszy kryminał. Moim zdaniem warto zaryzykować.



Obecność książki Amy Morin w tym zestawieniu nie powinna nikogo dziwić  w zeszłym roku również chwaliłam jeden z napisanych przez nią poradników. Jak widać autorka nie wyczerpała jeszcze tematu, bo kolejna książka trzyma poziom poprzednich i zawiera wartościowe treści.

Tym razem tematem przewodnim są kobiety i to, jak radzą sobie we współczesnym świecie. Podobnie jak w przypadku poprzednich publikacji autorki, tutaj również znajdziemy 13 rozdziałów poświęconych poszczególnym zagadnieniom związanym z naszym codziennym życiem. Zgodnie z myślą przewodnią tytuł każdego z nich zawiera negację, jednak nie nadaje to książce charakteru antyporadnika. Wręcz przeciwnie, poszczególne rozdziały stanowią skarbnicę pozytywnej wiedzy, popartej wieloma świetnie opracowanymi przykładami pacjentów (a w przypadku tej książki pacjentek), odwiedzających gabinet autorki na przestrzeni lat.



O, ta książeczka, to jest prawdziwy hit! Niepozorna, malutka, z minimalistyczną okładką – bardzo łatwo ją przeoczyć, gdy przeglądamy półki w księgarni. A jednak warto się nią zainteresować, bo skłania czytelnika do refleksji i pozwala na głębsze przemyślenia.

W kilku tematycznych rozdziałach zawierają się dialogi między dwojgiem psychologów, którzy dzielą się doświadczeniami i spostrzeżeniami na temat kobiecości. Dwie odmienne perspektywy, zarówno zawodowe, jak i płciowe, sprawiają, że opowieść jest pełniejsza i ciekawsza, a my jako czytelnicy mamy okazję ustosunkować się do zdań obojga autorów. Na przestrzeni niecałych 200 stron znajdziemy 10 rozdziałów poświęconych rozmaitym aspektom kobiecości: od córeczek tatusia, poprzez wykorzystywanie stereotypów, seks, macierzyństwo aż do wchodzenia w rozmaite relacje.



Na koniec zostawiłam thrillerową perełkę, co do której starałam się nie mieć oczekiwań (sami wiecie, jak to jest z książkami, które pojawiają się wszędzie – nie zawsze są tak dobre, jak mówią). I dzięki temu byłam bardzo pozytywnie zaskoczona! To książka niebanalna, wykorzystująca ciekawy, a jednocześnie mało eksploatowany w literaturze motyw, jakim jest relacja terapeuty i pacjenta, która z założenia powinna opierać się na dużej dawce zaufania.

W przypadku Anonimowej dziewczyny mamy dwie mocne bohaterki, subtelnie budowaną między nimi więź, a także zwroty akcji tak niespodziewane, że wywołują bardzo dużo emocji. Coś wspaniałego, ja dosłownie tę książkę pochłonęłam! I bardzo zazdroszczę wszystkim, którzy odkrywanie tej opowieści mają jeszcze przed sobą.


Ode mnie tyle, a teraz Wy dajcie znać, jakie książki z 2019 roku najbardziej Was zachwyciły! Chyba wszyscy szukamy inspiracji czytelniczych na 2020. ;)


piątek, 6 grudnia 2019

Spotkanie po latach: Remigiusz Mróz – „Kasacja”

Gdy Kordian Oryński staje przed warszawskim wieżowcem Skylight, gdzie ma rozpocząć aplikację w kancelarii Żelazny & McVay, nie spodziewa się nawet ułamka tego, co go czeka. Jeszcze tego samego dnia pozna swoją niezrównoważoną patronkę, porozmawia z człowiekiem oskarżonym o zamordowanie dwóch osób, a także żwawym krokiem wejdzie w świat intryg i zależności, których macki sięgają dalej, niż ktokolwiek się spodziewa. Ten dzień na zawsze zmieni życie młodego aplikanta... a także wielu czytelników, którzy zapoznają się z tą prawniczą historią. 

Przygotowując się do tego posta zajrzałam w archiwum bloga, żeby sprawdzić, kiedy po raz pierwszy miałam styczność z cyklem o Chyłce i Zordonie – wyszło mi, że w grudniu 2015. Cztery lata dzielą mnie od poprzedniej lektury Kasacji co jest dla mnie po prostu niewyobrażalne... No bo kiedy to zleciało? I ile od tego czasu zdążyło się w moim życiu, także czytelniczym, zmienić? Dziś Chyłka przeżywa drugą młodość za sprawą serialu realizowanego przez TVN. I choć produkcja niezbyt mnie interesuje (to jedna z tych historii, których chyba nie chciałam zobaczyć zekranizowanych), to nowe wydanie zarówno Kasacji, jak i Zaginięcia stanowiło świetny pretekst by wrócić do dawnych bohaterów i sprawdzić, czy nadal dogadujemy się tak doskonale, jak za pierwszym razem.

Trzeba Wam wiedzieć, że w cyklu o prawniczym duecie dotarłam do 8 tomu, którego lektura zmęczyła mnie na tyle, że dałam sobie spokój z dalszym poznawaniem serii. Miałam dłuższą przerwę od książek Mroza w ogóle i przyznam szczerze, że trochę się bałam powrotu. Na szczęście Kasacja wciągnęła mnie od pierwszej strony i szybko przypomniała, za co tak naprawdę pokochałam Chyłkę i Zordona. Relacja między prawnikami, ich specyficzny język i charakterystyczne żarciki - wszystko to sprawiało, że uśmiechałam się niemal przez cały czas (poza tymi brutalnymi fragmentami, podczas których nie sposób się uśmiechać). Wiedza o tym, jak losy bohaterów potoczą się w kolejnych tomach zupełnie nie wpłynęła na moją ocenę sytuacji. 

Tym samym mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Kasacja zdała próbę czasu – jej lektura cieszy tak samo, jeśli nie bardziej, nawet gdy znamy już mniej więcej sprawę i jej zakończenie. Z resztą z tą pamięcią bywa różnie – zawsze gdy wracam do jakiejś książki, którą, jak mi się zdaje, "doskonale pamiętam", okazuje się, że wiele znaczących szczegółów mi umknęło. Tym razem też tak było, nawet gdy już zaczęłam  czytać, nie wróciły żadne wyraźniejsze wspomnienia dotyczące fabuły. Sprawa Langera wciągnęła mnie na tyle, że czytałam tę książkę do upadłego – już leżąc w łóżku powtarzałam sobie słynne "jeszcze tylko jeden rozdział", co zdarza mi się niezwykle rzadko. 

Kasacja stanowi bardzo udany wstęp do cyklu, który nieprzypadkowo pokochały miliony Polaków. To ciekawy, lekki w odbiorze kryminał z wątkami prawniczymi, dodatkowo uzupełniony o historię obyczajową pełną świetnego humoru (językowego i sytuacyjnego). Bohaterowie są wyraziści i zjednują sobie naszą sympatię, a zagadka kryminalna jest wciągająca od początku do samego końca. Niczego więcej nie wymagam, by uznać książkę za udaną i z pewnością będę chciała wrócić również do kolejnych odsłon serii.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

poniedziałek, 13 maja 2019

Robert Małecki – „Skaza”, „Wada” [przedpremierowo]



Wstyd się przyznać, ale jak do tej pory obecność Roberta Małeckiego na polskim rynku wydawniczym umykała mojej uwadze. Może na zbyt długo wycofałam się z czytania literatury, a może automatycznie autor podpiął mi się pod jeden kontakt z Jakubem Małeckim? W każdym razie żyłam sobie w błogiej nieświadomości do czasu pewnego maila z wydawnictwa Czwarta Strona, który wspominał o serii kryminalnej. Serii, o której również do tej pory nie słyszałam. Jako że kryminały i thrillery bardzo lubię (co nietrudno zauważyć, czytając naszego bloga), szybko postanowiłam nadrobić zaległości. I tak właśnie majówkę spędziłam w towarzystwie komisarza Bernarda Grossa.

Skaza i Wada to typowe współczesne kryminały, a w tej typowości nie ma absolutnie nic złego. Wręcz przeciwnie – jest ona gwarancją sukcesu, a czytelnikowi daje pewność, że historia wzbudzi w nim emocje. Mamy zatem komisarza policji, głównego bohatera, który bezskutecznie szuka spokoju po niewyjaśnionej sprawie z przeszłości. Mamy wiszącego nad nim demona w postaci żony, która po tragicznej napaści od wielu lat pozostaje w śpiączce, a jej obecność nie pozwala Grossowi zrobić kroku naprzód. Mamy też sprawy, które toczą się swoim własnym, dość powolnym rytmem, a mimo to maksymalnie angażują czytelnika. I wreszcie mamy zaskakujące, dobre zakończenia.

Uwielbiam zagadki, które konstruuje Robert Małecki. Zarówno w przypadku Skazy, jak i Wady punktem wyjścia dla fabuły jest współczesna śmierć: świeżo znalezione zwłoki lub tajemnicze miejsce zbrodni. Jednak wraz z kolejnymi stronami zaczynamy odkrywać fakty z coraz dalszej przeszłości. Czytelnik, podobnie jak komisarze, nie jest w stanie ich zintegrować, połączyć w całość, dzięki czemu odkrywanie tajemnicy jest tak satysfakcjonujące. I wciągające, bo nie chcemy odrywać się od lektury, kusi nas przeczytanie jeszcze jednej strony, jeszcze jednego rozdziału. A gdy książka dobiega końca, naszym oczom ukazuje się kompletna, wielowątkowa, dobrze umotywowana historia na którą patrzymy z uznaniem dla autora.

Satysfakcjonujące są również wątki poboczne związane z życiem komendy policji. Oczywiście najlepiej poznajemy komisarza Grossa i jego życie prywatne (autorzy kryminałów muszą naprawdę nie lubić swoich bohaterów, że zsyłają im na głowę takie nieprzyjemności), ale w książce przejawia się również kilka postaci drugoplanowych. Może nie domagają się one uwagi tak usilnie, jak na przykład w książkach Monsa Kallentofta, ale ich indywidualny rys jest wyraźny i wpływa na to, w jaki sposób prowadzą swoją część śledztwa.

Cóż, wszystko wskazuje na to, że mamy nowego kandydata to grona moich ulubionych autorów kryminałów! Poprzednia seria Roberta Małeckiego jest już u mnie, mam nadzieję, że będzie równie świetna, jak te dwa gagatki. I tak sobie myślę, że powinniśmy częściej czytać polskich autorów, bo chyba trochę ich nie doceniamy.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera „Wady” 15 maja!

piątek, 15 czerwca 2018

Małgorzata Rogala – „Kopia doskonała”



Postanowiłam wreszcie zrobić porządek ze swoimi czytelniczymi marzeniami i poznać książki tych autorów, których do tej pory spychałam na później w zakupowym priorytecie. Na pierwszy ogień poszła Małgorzata Rogala – pomyślałam sobie, że jej nowa seria kryminalna to świetna okazja, żeby sprawdzić styl autorki i przekonać się, czy polubimy się na dłużej. Niestety, wychodzi na to, że po raz kolejny nienajlepiej dobrałam książkę do swojego gustu, bo zupełnie niechcący trafiłam na powieść-przedstawicielkę gatunku, który nie do końca mnie przekonuje. 

sobota, 28 kwietnia 2018

Co czytać w maju? Subiektywny przegląd zapowiedzi



Długo broniłam się przed szykowaniem na bloga postów z zapowiedziami  głównie dlatego, że nie miałam na nie zbyt dobrego pomysłu, a nie chciałam powielać schematów i tworzyć niekończących się list. Z drugiej strony zawsze zależało mi, aby nasz blog zawierał przydatne informacje, a zapowiedzi zdecydowanie do nich należą. Długo zastanawiałam się nad tym, jaka forma byłaby odpowiednia i ostatecznie doszłam do wniosku, że najlepiej będzie postawić na prostotę: po prostu wspomnę Wam o tych książkach, które sama planuję zakupić. Średnio jest ich około 5, więc tak przygotowane posty nie będą zbyt długie i, mam nadzieję, przyjemnie będzie się je czytało.

sobota, 11 listopada 2017

Remigiusz Mróz – „Oskarżenie”



Chociaż ostatnio moja mania książek Remigiusza Mroza nieco osłabła (zdecydowałam się sprzedać Czarną Madonnę, tym samym akceptując, że nie będę miała na półce wszystkich książek autora, waham się też, czy Wotum nieufności podobało mi się na tyle, żeby sięgać po drugi tom), to jest jedna seria, która wciąż przyprawia mnie o szybsze bicie serca – cykl o Chyłce i Zordonie. Ilekroć pojawia się zapowiedź nowego tomu, zaczynam snuć scenariusze na temat tego, co autor zaserwuje nam tym razem. Zawsze z niecierpliwością wypatruję premiery i staram się zdobyć książkę jak najszybciej. Tym razem trochę czekałam, ale w końcu się udało!

Mimo bezwarunkowej miłości do cyklu muszę przyznać, że Oskarżenie nie jest najlepszą jego częścią i nie umywa się do najbardziej zachwycających powieści autora. Najbardziej raziła mnie powtarzalna konstrukcja rozdziałów. Jakby to powiedzieć bez niepotrzebnych spoilerów... Bardzo często dana część kończy się sceną, w której jeden z bohaterów otrzymuje tajemnicze wytyczne, a ich treść pozostaje niedostępna dla czytelnika. Oczywiście kilkanaście/kilkadziesiąt stron później sprawa się rozjaśnia, często zwyczajnie, bez żadnych fajerwerków. Sama tajemnica nie buduje napięcia, a jej wyjaśnienie nie zaskakuje. W dodatku z racji tego, że taki zabieg użyty jest w powieści kilkakrotnie, nabiera charakteru wewnętrznego schematu i staje się lekko irytujący.

Podczas lektury miałam spore nadzieje co do kryminalnego elementu książki, zwłaszcza że długo nie mogłam się domyślić rozwiązania sprawy. Niestety ostatecznie również z tego aspektu nie jestem zbyt zadowolona. Bardzo nie lubię tekstów, w których autor przez kilkaset stron nie tyle wodzi nas za nos, co po prostu daje zbyt mało danych, byśmy mogli dojść do rozwiązania zagadki, a następnie podaje nam wszystkie informacje na raz w bardzo długim monologu lub dialogu głównych bohaterów. Scena, która ma miejsce pod koniec Oskarżenia, gdzie cała historia jest nam dokładnie wyłuszczana, jest stanowczo zbyt długa i zbyt nudna; poza tym do tego momentu moja motywacja do odkrycia prawdy zdążyła spaść niemal do zera. 

Ze smutkiem muszę przyznać, że również finał powieści nie zrobił na mnie aż tak dużego wrażenia, jak w przypadku poprzednich części cyklu. Wiele trudnych wątków zostało już dawno rozwiązanych, dużo wątpliwości się rozwiało, a samo zakończenie wydaje mi się mniej mocne niż chociażby w Inwigilacji. Mimo że od początku sympatyzuję raczej z Kordianem niż z Chyłką, mam poczucie, że poradzi sobie w sytuacji, w jakiej się znalazł i jakoś mniej się o niego obawiam. Oczywiście jestem ciekawa, co wydarzy się dalej, ale nie jest to ten przerażający stan, kiedy zamykamy książkę i zaczynamy patrzeć się w ścianę w poszukiwaniu kolejnego tomu TERAZ, ZARAZ, JUŻ. 

Jeśli chodzi o zalety, Remigiusz Mróz wciąż pozostaje w formie w kwestii humoru – wiele żartów jest połączonych z bardzo poważnymi i bardzo trudnymi tematami, co mnie osobiście naprawdę odpowiada. Lubię ten typ rozpraszania napięcia, gdzie rzucona niby mimochodem uwaga wywołuje uśmiech, mimo że jeszcze przed chwilą emocjonowaliśmy się jakąś niebezpieczną dla bohaterów sceną. Niezmiennie jestem też zadowolona ze stylu autora, który jest dla mnie przyjemny i lekki w odbiorze. Podoba mi się również wewnętrzna spójność cyklu – mimo że, jak twierdzi autor, opowieść ewoluuje na bieżąco i nie była planowana aż na tyle części, poszczególne tomy nawiązują do siebie nawzajem. Co więcej, podczas lektury Oskarżenia zdałam sobie sprawę, że czas wrócić do Kasacji, bo zupełnie nie pamiętam zdarzeń z pierwszej części, które nagle okazują się istotne. Sami widzicie, że jestem przez autora uwiązana...






Kasacja || Zaginięcie || Rewizja || Immunitet || Inwigilacja || Oskarżenie

wtorek, 18 lipca 2017

Remigiusz Mróz – „Czarna Madonna” [przedpremierowo]


Bilety lotnicze wysyłane do blogerów, fragmenty układanki stopniowo odsłaniające okładkę, atmosfera ogólnej tajemnicy. Trzeba przyznać, że Czwarta Strona i Remigiusz Mróz stanowią duet idealny, jeśli chodzi o promocję powieści, bo zawsze wychodzi im to perfekcyjnie. Mnie nie trzeba było długo namawiać – ze swoją sympatią do autora absolutnie się nie kryję, podobnie jak z tym, że postawiłam sobie za cel przeczytanie wszystkich jego książek. Tym bardziej ucieszyłam się wczoraj, kiedy (jeszcze przedpremierowo!) znalazłam na łóżku paczkę z wydawnictwa. Wiedziałam, że lektura będzie ekspresowa, a wrażenia po niej zebrane w nie do końca standardowy tekst.

Pierwszy horror w dorobku Remigiusza Mroza dotyczy zaginięcia samolotu irlandzkich linii lotniczych. Na pokładzie Boeinga 747, prócz ponad 500 osób, znajdowała się narzeczona głównego bohatera, Filipa. Mężczyzna, który dzięki zbiegowi okoliczności uniknął znalezienia się w samolocie, odchodzi od zmysłów obserwując kolejne doniesienia dotyczące zaginionej maszyny. Nie wie jeszcze, że to, co stanie się niebawem, nie tylko zachwieje w posadach jego światopoglądem i wiarą, ale także wskaże mu istnienie spraw przekraczających ludzkie pojmowanie. Jak wielotonowa maszyna może zniknąć w przestrzeni powietrznej? Kto jest odpowiedzialny za tę tragedie? I co ma z tym wszystkim wspólnego obraz Czarnej Madonny?

Na samym początku miałam wrażenie, że ta książka to jakiś wyjątkowo kiepski żart – wszystko, o czym czytałam, było dla mnie niespójne i nieprawdopodobne, nie widziałam w opowieści celu. Zastanawiałam się, gdzie jest ten rozsławiony horror i co tak właściwie czytam. Denerwował mnie główny bohater, jego zachowanie, denerwowało mnie wprowadzenie i cała początkowa sytuacja. Nie mogłam się skupić. Nie mogłam też patrzeć na bardzo bezpośrednie nawiązania do religii, które wydawały się nie mieć żadnego uzasadnienia.

Tak było aż do ostatniego zdania V rozdziału. Zdania, od którego zmieniło się wszystko. W tym momencie akcja nabrała tempa, zmieniła się. To, co na początku było doskwierającym niedomówieniem, stopniowo zaczęło się klarować i tworzyć spójną, interesującą fabułę. Pojawiła się zagadka, której elementy ujawniane były stopniowo, w odpowiednich odstępach czasu, stale podtrzymując moją uwagę. Zrozumiałam konstrukcję opowieści i doceniłam nawiązania do rzeczywistości. Odkryłam wkład pracy autora i to, jak dobrze przygotował się do pisania tej powieści. Zobaczyłam w tym wszystkim wyraźny i bardzo ciekawy pomysł. Do końca czytałam szybko i z przyjemnością.

Jest tylko jeden, zasadniczy problem: nie dałam rady wczuć się w klimat tej historii.

Generalnie jestem fanką horrorów i czytałam ich już bardzo, bardzo dużo. Najbardziej lubię te mroczne i ściśle związane z rzeczywistością, odkrywające zakamarki ludzkiej psychiki. Podobnie jak Remigiusz Mróz, traktuję Stephena Kinga jako mistrza tego gatunku – uważam, że nikt inny nie potrafi tak sprawnie dotrzeć do mrocznej strony człowieka i tak bezwzględnie jej obnażyć. Nikt tak nie przeraża realizmem i nie porusza we mnie czułych strun. Nikt nie sprawia, że z niepokojem rozglądam się wokół, a przez kilka tygodni po lekturze mam w głowie sceny z książki i przemyślenia na ich temat.

Remigiusz Mróz również tego nie robi.

Żeby była jasność: wydaje mi się, że jestem odbiorcą specyficznym (pewnie tylko mi się wydaje) i mam bardzo sprecyzowane oczekiwania wobec gatunku, jakim jest horror. Nie dysponuję zbyt rozbudowaną wyobraźnią, więc ciężko mnie przerazić za pomocą sugestywnych obrazów – czytając nie wyobrażam sobie w głowie scen, które są mi opisywane. Dlatego jedyną formą horroru literackiego, jaki robi na mnie wrażenie, jest ten głęboko psychologiczny. To właśnie głębi postaci, ich motywacji i zachowań zabrakło mi w Czarnej Madonnie. Choć jest to horror religijny, więc literacko w gruncie rzeczy oryginalny pod względem tematu i treści, operuje wieloma kliszami, które łatwo możemy odnaleźć w filmach. Egzorcyzmy to temat popularny i często wykorzystywany, a wszystkie sceny, które są w tej książce potencjalnie przerażającymi, opierają się właśnie na opętaniu. Twarz wykrzywiona w przedziwnym wyrazie, miotanie człowiekiem jak marionetką, wykrzykiwane bluźnierstwa, czarna maź sącząca się z otworów ciała… W pewnym sensie książka z narracją pierwszoosobową daje nam nowe spojrzenie na wszystkie te klisze, jednak w wersji literackiej oddziaływanie tych scen na naszą psychikę jest bardzo mocno osłabione.

Nie można odmówić Mrozowi zaangażowania w tematy bieżące i tego, z czego słynie: dobrego reaserchu. Czarna Madonna naszpikowana jest ciekawostkami okołoreligijnymi dotyczącymi kulisów pracy egzorcystów oraz samej historii chrześcijaństwa; autor wykorzystuje różnorodne teksty biblijne, spójnie wplatając je w fabułę. Niestety, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Wotum nieufności, widać wyraźnie, że jest to grunt, który dla samego Mroza nie jest tak pewny jak meandry prawa, w związku z czym cała wiedza podana jest nieco bardziej topornie, często w formie monologów głównego bohatera i wyrzucania z siebie kolejnych faktów. 

Jestem nieco zawiedziona, ale głównie dlatego, że nie otrzymałam tego, co najbardziej mnie interesowało – porządnej psychologii postaci. Czarna Madonna to zupełnie inny typ horroru, opierający się na odmiennych mechanizmach i schematach. Doceniam jednak konstrukcję fabularną i pomysł na to, jak połączyć katastrofę lotniczą z motywem religijnym, który w dodatku ma bardzo mocne osadzenie w samej Biblii, a nie wyłącznie w wyobraźni autora. No i muszę oddać Mrozowi sprawiedliwość, bo jeden element zrobił na mnie wrażenie: bardzo sugestywny opis katastrofy lotniczej sprawił, że mój lęk przed tym środkiem transportu podniósł się jeszcze bardziej, choć byłam pewna, że to niemożliwe. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 19 lipca!

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Remigiusz Mróz – „Inwigilacja”


Do kolejnej części cyklu o Chyłce i Zordonie podchodziłam bardzo sceptycznie: o ile pod względem kryminalnym kolejne powieści bardzo mi odpowiadają, o tyle obyczajowa część fabuły w jakimś stopniu mnie zawiodła. Zakończenie Immunitetu, choć niewątpliwie zaskakujące, zupełnie mi się nie podobało i wprowadzało do fabuły element, którego bardzo bym nie chciała. Miałam wiele obaw, jak Remigiusz Mróz poradzi sobie z własnym pomysłem, jednak nie tak silnych, żebym zrezygnowała z lektury kolejnej części. Kiepskie wrażenie z biegiem czasu się zatarło, a ja zaczęłam tęsknić za bohaterami, których tak bardzo polubiłam. Zwłaszcza że życie obojga zbliża się nieubłaganie do momentów zwrotnych…

Jedno jest pewne: autor wciąż trzyma rękę na pulsie, wykorzystując w swoich książkach aktualne problemy polityczne, prawne i społeczne. Tym razem pod pretekstem sprawy domniemanego terrorysty w fabułę zostają wplecione służby specjalne oraz tzw. ustawa inwigilacyjna, która pozwala państwu prowadzić nadzór nad obywatelami w znacznie większym stopniu, niż to miało miejsce do tej pory. Podoba mi się to, ze Remigiusz Mróz w swojej powieści pokazuje dwie strony medalu, nawet jeśli przez większość książki zmusza nas, byśmy myśleli inaczej. Argumenty wydają się jednoznaczne, a ocena łatwa, jednak sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana (i niebezpieczna), niż mogłoby się wydawać. Tym razem bohaterowie właściwie nie są w stanie samodzielnie ocenić sytuacji, w której się znaleźli, a tym samym oszacować niebezpieczeństw. 

W powieści przewijają się tematy rozpalające opinię publiczną: terroryzm oraz traktowanie muzułmanów. Inwigilacja pełna jest argumentów z obu stron barykady, a emocje, które pojawiają się przy okazji tej dyskusji, są równie prawdziwe w naszym zwykłym życiu, jak i tutaj. Dzięki temu po raz kolejny jest to książka autentyczna i bliska czytelnikowi, a fikcja miesza się z rzeczywistością naprawdę bardzo mocno. Czasem mamy wrażenie, że Chyłka i Oryński mogliby istnieć naprawdę, a my, zamiast o nich czytać, słuchalibyśmy o ich poczynaniach w największych stacjach informacyjnych. Jak to w książkach bywa, pewnie w opowieści znajdują się elementy, które obniżają autentyczność i nie pozwoliłyby na takie przeniesienie, ale chodzi o ogólne wrażenie: Mróz pisze o tym, co aktualne i prawdziwe, a im więcej takich elementów, tym przyjemniejsza i ciekawsza jest lektura.

Ci, którzy czekają na ciężkie zakończenie z gatunku tych, do których Mróz zdążył nas przyzwyczaić, z pewnością nie będą zawiedzeni. Tym razem, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich części cyklu, autor zrezygnował z prezentowania nowych faktów z życia Chyłki na rzecz naprawdę mocnego akcentu fabularnego. Finał Inwigilacji jest niespodziewany, przerażający i… cudowny; emocji, które we mnie wywołał, nie zapomnę przez kilka następnych tygodni. Choć jeszcze niedawno miałam w głowie myśli, że cykl robi się zbyt długi, znów wpadłam w schemat, w którym ostatnie słowa powieści przyćmiewają wszystko inne. Znów mogę tylko czekać i snuć domysły, jak autor zdecyduje się rozwiązać całą sprawę. Oby odpowiedź przyszła niebawem!






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Agnieszka Olejnik – „A potem przyszła wiosna”



Znana twarz, zawrotna kariera, życie na świeczniku – dla wielu osób brzmi to jak spełnienie marzeń. Pola Gajda, rozpoznawalna aktorka, uwielbia swoją codzienność. W każdym razie uwielbiała do momentu, gdy jej partner wyniósł się bez słowa po tym, jak na pierwsze strony portali trafiła wiadomość o jego romansie. Utrata chybotliwego fundamentu w postaci związku szybko doprowadza Polę do załamania. Życie aktorki ratuje – o, ironio! – jej największy wróg.

Agnieszka Olejnik sięgnęła po znany we współczesnych powieściach obyczajowych motyw kontrastu między zawrotnym tempem życia w mieście, a spokojem wsi. Bohaterka chcąc nie chcąc trafia do miejsca, gdzie ma okazję zastanowić się nad swoim życiem i przyjrzeć mu się w pewnym sensie z dystansu. Jakie wartości do tej pory wyznawała? Czemu podporządkowała swoje życie? Niech nie zwiedzie Cię prostota tych pytań, bo droga Poli do zdrowej zmiany będzie długa i wyboista, naznaczona bardzo dużym cierpieniem. Bohaterka przestaje mówić, zamyka się w sobie i wpada w ciężką depresję, z której wychodzi bardzo małymi krokami. Co ciekawe, kontakt z taką postacią nie jest dla czytelnika męczący, choć często tak właśnie bywa – mimo że w książce pojawia się bardzo wiele negatywnych emocji, nie przeszły one bezpośrednio na mnie, czułam raczej zainteresowanie historią niż zniecierpliwienie.

Wspomniana dawka goryczy jest jednak tym, co odróżnia powieść od innych obyczajówek. Autorka nie boi się sięgać po tematy trudne i bardzo aktualne: zaczynamy od płytkich relacji i życia na pokaz, brniemy przez próby samobójcze i depresje, a kończymy gdzieś w mrocznych zakamarkach traum z dzieciństwa. Mimo że podczas lektury wyczuwamy podskórnie pozytywne zakończenie (zwłaszcza jeśli mamy za sobą dużo książek z gatunku), to jednak emocje nam towarzyszące są naprawdę różnorodne.  

Bohaterowie Agnieszki Olejnik na pierwszy rzut oka mogą wydawać się prości i schematyczni, a jednak każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Stopniowo odkrywamy ich tajemnice, historie, osobowości. Autorka skrupulatnie kreśli portrety najważniejszych osób i dba, aby relacje między nimi były odpowiednio wyważone. Warto pamiętać, że A potem przyszła wiosna nie jest wyłącznie historią Poli Gajdy – w książce mamy dwoje narratorów, a zatem dwójkę pełnowartościowych bohaterów. Jej wybawiciel również zdążył zatracić się w wielkomiejskim życiu, choć jest w nieco lepszej sytuacji: ma odskocznię, która pozwala mu nabrać dystansu. Mimo tej pozornej przewagi, bohaterowie rozwijają się i zmieniają równolegle, dążąc do satysfakcjonującego zakończenia.

Znów tylko i wyłącznie zachwyty. Ale co mogę zrobić, skoro tak bardzo cieszę się, że są na rynku wartościowe i dobre powieści obyczajowe? Zostały mi do nadrobienia już tylko dwie starsze powieści Agnieszki Olejnik – spodziewam się po nich wszystkiego, co najlepsze. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

czwartek, 23 marca 2017

„Rewers” – antologia opowiadań kryminalnych


Jeśli już nieco mnie znasz, możesz zastanowić się wraz ze mną – czy kiedykolwiek nauczę się, że opowiadania nie są „moim” gatunkiem literackim? Kolejny raz zupełnie o tym zapomniałam i z ogromnymi nadziejami sięgnęłam po zbiór, który miał mnie zachwycić. Co mnie podkusiło? Jestem niemal pewna, że to zasługa nazwiska Mroza na okładce. I opisu. I pomysłu. Jedenastu autorów kryminałów osadzających akcję w jedenastu różnych miastach. Brzmi wspaniale, prawda? Niestety całość prezentuje się bardzo przeciętnie, czyli tak, jak większość antologii, z którymi do tej pory miałam styczność.

Można to poczytać jako wadę lub zaletę, ale najmocniejszy punkt programy znajduje się na samym początku. Babcia Wiśniewska Wojciecha Chmielarza to świetna opowieść nawet dla takich „antyopowiadaniowców” jak ja – nie ma w niej ani jednego zbędnego słowa, a krótka forma idealnie współgra z domkniętą, spójną historią o lekko anegdotycznym zabarwieniu. Humor łączy się tu z nutą nowoczesności w stylu, a całość dopełnia przyjemnie gorzkie zakończenie. Dla tej historii o przedsiębiorczej babci-dilerce, ulubienicy półświatka, warto wziąć do ręki cały zbiór, serio.

Nieco tylko słabsze (ale wciąż bardzo dobre!) jest opowiadanie Joanny Opiat-Bojarskiej, która zaprezentowała nietypową zabawę konwencją: dla krótkiej formy przyjęła równie krótkie ramy czasowe, podgrzewając atmosferę odpowiednim dawkowaniem kolejnych elementów zagadki. Przeplatające się zeznania dwóch podejrzanych kobiet o podobnym domniemanym motywie przyjemnie mącą czytelnikowi w głowie i sprawiają, że rozwiązanie pozostaje tajemnicą do samego końca. Do tego dochodzi lekki styl autorki, który skutecznie zachęcił mnie do sięgnięcia w końcu po którąś z jej powieści.

Trzecim świetnym tekstem w zbiorze jest moim zdaniem opowiadanie Małgorzaty Sobieszczańskiej o szeroko pojętych stosunkach między sąsiadami. Autorka skusiła się na pokazanie społeczności multi-kulti, w której pod płaszczykiem codziennych uprzejmości kryją się całe sterty uprzedzeń i narastających frustracji. Niewyjaśnione zatargi, niewypowiedziane inwektywy i masa stereotypów wypływają na światło dzienne, gdy czarę goryczy przelewa popełnione na terenie posesji morderstwo. Oprócz ciekawej zagadki autorka zafundowała nam dużą dawkę humoru, a także odpowiednio zaskakujące zakończenie.

Nad rozczarowaniami pastwić się nie będę, ale o niektórych wspomnieć muszę. Siłą rzeczy najbardziej zawiodłam się na Mrozie, bo jego książki znam najlepiej i to po nim spodziewałam się najwięcej. Niestety, Przez ciemne okulary wydało mi się opowiadaniem pozbawionym jakiegoś ważnego elementu, o suspensie zupełnie bez charakteru. Negatywnie zaskoczyła mnie również Marta Guzowska – jej styl, język i sposób budowania napięcia zniechęcił mnie tak skutecznie, że szybko pozbyłam się kupionej niedawno Ofiary Polikseny. Nie zachwyciły mnie również kryminały retro Marcina Wrońskiego i Ryszarda Ćwirleja – choć ten gatunek z założenia często do lekkich nie należy, testy obu panów były dla mnie ponadprzeciętnie przytłaczające pod względem klimatu.

Kilka tekstów mnie zachwyciło, kilka rozczarowało – bilans jak zwykle wyszedł na zero. Podejrzewam, że część osób lepiej odnajdzie się w niektórych historiach, dla mnie jednak większość z nich była po prostu przeciętna. Wychodzi na to, że muszę się pogodzić z własnymi ograniczeniami i zaakceptować, że nie jestem wielką fanką opowiadań. Chętnie poznam za to twórczość Joanny Opiat-Bojarskiej – to tak żeby lektura Rewersu nie okazała się całkowicie bezowocna.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

sobota, 4 lutego 2017

Remigiusz Mróz – „Świt, który nie nadejdzie”

Były pięściarz, Ernest Wilmański, przybywa do Warszawy by uciec przed dotychczasowym życiem i zacząć nowe, lepsze, z czystą kartą. Niestety spokojny żywot nie jest mu pisany… Już pierwszego dnia nasz bohater wdaje się w bójkę, która niefortunnie ściągnie na niego uwagę szefa lokalnej organizacji przestępczej. Choć spodziewa się najsurowszej kary, okazuje się być bardziej przydatny żywy niż martwy – musi jedynie podjąć wierną współpracę. Cóż, to tyle w kwestii uciekania od przeszłości…

Świt, który nie nadejdzie to powieść przypadków. Przypadkiem Wilmański pierwszego dnia spuszcza komuś łomot, przypadkiem organizacja, do której trafi, będzie chciała zająć się akurat tą działką, na której się zna, przypadkiem wejdzie w paradę dawnym przełożonym i przypadkiem przeżyje niejeden bardzo ciężki kryzys. Jeśli nie lubicie tego typu rozwiązań, proponuję zmienić kanał, bo tutaj mamy ich mnóstwo. Od razu mówię też, że mnie one nie przeszkadzają – uważam, że są gatunki, w których sprawdzają się doskonale, a wszelkiego typu powieści kryminalno-sensacyjne należą właśnie do tego grona. Lubię tych wszystkich literackich i filmowych superbohaterów (nie koniecznie pozytywnych), którym tak wiele się udaje i którzy tak dobrze odnajdują się we wszystkich trudnych sytuacjach. Akcja napędzana jest kosztem prawdopodobieństwa życiowego i po prostu należy się z tym pogodzić.

Zanim sięgnęłam po tę książkę, przeczytałam sporo recenzji. Choć były skrajnie różne, na ich podstawie wiedziałam jedno: ta opowieść ma bardzo dobry klimat. Dzięki udanemu mariażowi plastycznych opisów półświatka przedwojennej warszawy oraz języka z epoki, autorowi udało się uzyskać bardzo dobry efekt. Jeszcze nie tak dawno pisałam, jak trudno jest umiejętnie wystylizować język powieści; Mrozowi udało się to perfekcyjnie. Mamy tutaj specyficzne konstrukcje zdań, cały szereg archaizmów oraz elementy gwary warszawskiej. No i wulgaryzmy – choć z reguły mi przeszkadzają, tym razem wypadły wyjątkowo autentycznie, dzięki czemu są właściwie niezauważalne. Praktycznie od pierwszej strony czuje się, że to książka o brudnych sprawkach, a nie żadna lekka historyjka.

Podoba mi się również sytuacja społeczna, która stanowi dla książki ważne, mocne tło. Opisywanie wydarzenia zbiegają się w czasie z uformowaniem pierwszych oddziałów policji kobiecej, co zostało skrzętnie wykorzystane przez autora. Przede wszystkim dzięki temu wydarzeniu udało się wprowadzić do fabuły bohaterkę, która w pewnym sensie stanowi przeciwieństwo Wilmańskiego i zapewnia bardzo przyjemny kontrast. Po drugie, dzięki innej postaci kobiecej świetnie zostały ukazane zależności między światem przestępczym a policją i łatwość, z jaką ten pierwszy może wnikać w szeregi stróżów prawa i nimi manipulować. Po trzecie, ciekawie zostały nakreślone oczekiwania wobec policjantek, które stawiała tzw. „góra” – mężczyźni bynajmniej nie mieli zamiaru wpuszczać ich w swoje szeregi na tych samych warunkach…

Nie jest to z pewnością najlepsza książka na świecie – nie jest nawet najlepszą w dorobku Remigiusza Mroza. Mimo wszystko nie żałuję, że mogłam ją przeczytać, bo podczas lektury naprawdę dobrze się bawiłam. Nie w sensie humoru, ale zwyczajnie, tak jak przy każdej książce, po którą sięgam dla rozrywki. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

niedziela, 22 stycznia 2017

Marcin Hybel – „Ballada o przestępcach”

Konia z rzędem temu, kto powie, co mną kierowało, gdy wybierałam tę książkę na lekturę „do przeczytania”. Awanturniczy charakter powieści? Perspektywa średniowiecznego klimatu? Autor, po którym spodziewałam się wszystkiego co najlepsze? Cokolwiek by to nie było, do Ballady o przestępcach nastawiałam się bardzo pozytywnie: liczyłam na świetną przygodę z humorem i dobrze nakreślonym tłem, wszak z tego właśnie do tej pory kojarzyłam Marcina Hybla (za sprawą jego wcześniejszych, komediowych książek oraz świetnej prelekcji, w której miałam okazję uczestniczyć na jednym z konwentów). Tak oto wzięłam powieść do ręki i zaczęłam czytać. Wierzcie albo nie, ale to był początek mojej drogi przez mękę.

Ballada... to historia dwóch braci, których rodzice zostali zamordowani przez bandycką szajkę. Ci sami mężczyźni zabrali chłopców, by wcielić ich do przestępczych cechów: wychować i nauczyć fachu, by mogli zarabiać na ulicach Londynu. Będziemy mieli okazję prześledzić ich losy, zobaczyć jak zmienią się na przestrzeni lat i czy uda im się dostosować do brutalnego świata ulicy.

Podejścia do tej opowieści miałam dwa: jedno jeszcze w zeszłym roku, zakończone spektakularnym fiaskiem, drugie kilka dni temu, znacznie bardzie udane (bo sfinalizowane), ale bynajmniej nie satysfakcjonujące. Podstawowym problemem, z jakim borykałam się podczas lektury, jest nuda. Opisywane wydarzenia w żadnym momencie mnie nie wciągnęły i chociaż patrząc z perspektywy czasu widzę w fabule potencjał na ciekawą opowieść, w praktyce jej odkrywanie było żmudne i nieprzyjemne. Historia raz dzieje się wolno, innym razem szybciej, ale z przerwami na duże przeskoki czasowe, co zabija resztki jakiejkolwiek płynności. Długie opisy rozbijają pojedyncze sceny z udziałem bohaterów, a te ostatnie często wypadają nienaturalnie.

Niestety drugi zarzut dotyczyć będzie języka, jakim posługuje się autor. Kompletnie nie rozumiem idei takich zabiegów, na jakie zdecydował się Marcin Hybel; moim zdaniem powinniśmy albo odpuścić sobie wszelkie zmiany w słownictwie, albo stylizować całość języka – delikatnie, ale jednak. Tymczasem autor postawił na generalnie współczesną narrację, w której raz na jakiś czas pojawia się jakieś dawne określenie – na tyle rzadko, że jest kompletnie rażące i nie wprowadza jakiegokolwiek klimatu czy stylistyki. Jeśli dodamy do tego słabo i nienaturalnie użyte wulgaryzmy… cóż, otrzymujemy mieszankę, która jeszcze bardziej wpływa na czytelnicze męczarnie.

Co mogłabym zaliczyć na plus? Momenty wydłużonej narracji, chociaż rozciągają akcję, są naprawdę przyjemne w odbiorze. Widać, ze autorowi lepiej idzie snucie opowieści o teoretycznych aspektach, niż przekładanie ich na praktykę fabularną. Z przyjemnością czytałam o świecie, który stworzył Marcin Hybel: o przestępczych gildiach, panujących w nich zasadach, hierarchii, systemie szkolenia… Autorowi udało się dobrze i plastycznie nakreślić świat przedstawiony, jednak teoretyczny aspekt powieści to nie wszystko. Bardzo żałuję, ale w ostatecznym rozrachunku nie jestem w stanie ocenić tej książki pozytywnie i jej polecić. Tym niemniej warto spróbować i wyrobić sobie na jej temat własne zdanie, bo z tego co widziałam, opinie na jej temat są całkiem pozytywne.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

wtorek, 8 listopada 2016

Agnieszka Olejnik – "Szczęście na wagę"

Choć z reguły siadam do pisania opinii zaraz po zakończeniu lektury (a czasem nawet jeszcze w trakcie kreślę poszczególne akapity, aby żadna myśl mi nie uciekła), tym razem musiałam dać sobie trochę czasu na ochłonięcie i zebranie się do kupy. Na szczęście już jestem, już się zebrałam. I chcę więcej – takich właśnie dojrzałych powieści o kobietach i dla kobiet.

Czterdzieści lat na karku, całkowite poświęcenie dla rodziny, a w zamian brak wdzięczności od wiecznie nieobecnego męża i zbuntowanej nastoletniej córki – tak z pewnością prezentuje się codzienność niejednej kobiety, w tym Ewy, głównej bohaterki powieści. Wydawać by się mogło: jest źle, ale stabilnie, więc w gruncie rzeczy nie ma na co narzekać, czasem jednak potrzeba czegoś więcej. Ewa dojrzewa powoli do wprowadzenia w swój świat pewnych zmian i chciałaby robić to stopniowo, los ma jednak dla niej zupełnie inne plany: w jednej chwili wali się jej małżeństwo, w dodatku dokładnie w momencie pewnej dramatycznej decyzji córki, czyli wtedy, gdy dziewczyna wymaga największej i najbardziej stabilnej rodzicielskiej opieki. Czy Ewie uda się pogodzić to, co odkrywa w sobie, z potrzebami, jakie mają inni członkowie jej rodziny? Czy odnajdzie w tym wszystkim swoją własną, szczęśliwą drogę?

Dylemat, przed jakim staje główna bohaterka powieści, jest moim zdaniem zawsze aktualny. Nawet jeśli odjąć od tematu dość specyficzną i skrajną sytuację córki, Ewa funkcjonuje w trudny i niestety bardzo powszechny sposób. Swoją codzienność dzieli pomiędzy męża i dziecko, od wielu lat ukrywając własne potrzeby, które dopiero teraz stopniowo dochodzą do głosu. Wreszcie kobieta zaczyna dostrzegać samą siebie i pozwala sobie na to, aby budować coś własnego. Ma swoje drobne tajemnice i zajęcia, które sprawiają jej przyjemność, a o których nie wie nikt z domowników. Stopniowo kształtuje swoją tożsamość i odrębność.

Nie jest to jednak typowa książka o dojrzewaniu, czy też raczej zmianach zachodzących u kobiety w średnim wieku. W wielu podobnych opowieściach mamy do czynienia ze schematem: pojawia się zdarzenie, które wyzwala w kobiecie coś, o czym dotąd nie miała pojęcia i zapoczątkowuje jej wewnętrzny rozwój, który przebiega bardzo spektakularnie. Ewa ma jednak pecha: oprócz tego, że coś zmienia się w niej samej, również otoczenie musi zostać przeorganizowane, co nie pozwala na postawę "teraz liczę się tylko i wyłącznie ja". Związek, którego bohaterka nie miała w planach "ruszać" nagle okazuje się być zupełnie inny, niż sądziła, a sytuacja jej córki sprawia, że kobieta jest jej potrzebna znacznie bardziej niż dotychczas. Dzięki tym elementom opowieść o Ewie nabiera nowego wymiaru, jakim jest poszukiwanie przez kobietę takiego miejsca w życiu, w którym będzie mogła realizować swoje potrzeby, będąc jednocześnie wsparciem dla tych, którzy są jej najbliżsi. Takie mniej rewolucyjne podejście do problemu wydaje mi się znacznie bardziej autentyczne.

Temat podjęty przez Agnieszkę Olejnik jest powszechny, jednak opowieść absolutnie nie jest typowa czy też nudna. Książkę czyta się bardzo szybko, strony właściwie przewracają się same i nie czujemy znużenia, mimo że tematyka z pozoru nie należy do porywających. Ważną rolę odgrywa w tym wszystkim sposób, w jaki autorka kreuje swoje postaci, a także jak ujmuje ich przeżycia: z jednej strony z dużą wrażliwością, z drugiej zaś – bardzo autentycznie. Wciąż nie jestem w stanie stwierdzić, na czym to dokładnie polega, ale niektórzy pisarze opowiadają o emocjach tak, że czytelnik automatycznie kojarzy je ze swoimi doświadczeniami i współodczuwa. Dokładnie coś takiego ma miejsce w przypadku Szczęścia na wagę, co jest moim zdaniem ważnym elementem dobrej powieści obyczajowej. 

Kolejny raz powiem, że za sprawą książki Agnieszki Olejnik spotkało mnie zaskoczenie, jednak nie chodzi o poziom, czy też o samą treść. Jestem po prostu pod wrażeniem, jak wszechstronną pisarką okazuje się być autorka: po hipnotyzującej Nieobecnej, która balansowała na granicy prawdopodobieństwa, ale za to niesamowicie przyciągała czytelnika, tym razem otrzymaliśmy powieść bardzo mocno osadzoną w rzeczywistości. Realną do bólu, chciało by się rzec, zwłaszcza że poziom opisu emocji i relacji jest w Szczęściu na wagę naprawdę niesamowity – ja najzwyczajniej w świecie się przy niej rozpłakałam. Tak jak wspomniałam na początku, moim zdaniem książka realizuje w całości założenia dobrej literatury kobiecej i życzyłabym sobie, aby więcej takich tekstów pisano i wydawano. Wam oczywiście serdecznie polecam.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

poniedziałek, 24 października 2016

Remigiusz Mróz – "Immunitet"

Niezależnie od tego, jakiego rodzaju książkę Remiugiusza Mroza czytam, odczucia po jej zakończeniu mam podobne: jestem zachwycona treścią i zszokowana cliffhangerem. Można się przyzwyczaić. Schody zaczynają się dopiero, gdy coś mnie z tej normy wybija, gdy coś nie do końca pasuje do schematu. Tak właśnie było w przypadku Immunitetu, który... no cóż, wywołał we mnie niemałego książkowego kaca i szereg bardzo sprzecznych odczuć.

Podał jej datę, a Chyłka zanotowała ją na skrawku papieru, który znalazła w szufladzie. Nie mogła powiedzieć, by miejsce pracy miała dobrze zorganizowane. Stanowiło raczej antytezę tego, co proponowała japońska koncepcja 5S, leżąca u podwalin korporacyjnej egzystencji.

Sortowanie, systematyka, sprzątanie, standaryzacja, samodyscyplina. To miało zapewniać najwyższą efektywność pracy, przynajmniej według guru zarządzania, Takashiego Osady. Według Chyłki lepiej sprawdzała się koncepcja 1B. Jeden burdel.[s.76]

Właściwie wszystko z tą książką jest w porządku: prowadzona sprawa jest wciągająca i angażuje czytelnika, a mnogość zwrotów akcji może przyprawić o zawrót głowy. Wewnątrz znajdziemy sporą dawkę ironicznego humoru, który stanowi znak rozpoznawczy cyklu, a słownych przepychanek mamy tu na pęczki: nie tylko na linii Chyłka-Zordon, ale także z udziałem Kormaka, który z każdą chwilą bardziej mnie do siebie przekonuje. Nienaganny pozostaje styl Remigiusza Mroza, a także merytoryczna wartość książki, którą widzimy w każdym niuansie i w każdym wytłumaczeniu meandrów prawa. Dlaczego zatem po zakończeniu lektury nie czułam się tak, jak to miało miejsce w przypadku innych książek autora? Otóż złożył się na to cały zestaw subiektywnych odczuć, które osobno z pewnością nie dałyby aż tak silnego efektu.

Pierwszą istotną kwestią jest specyfika sprawy będącej główną treścią książki. Każdy kolejny fakt dotyczący sędziego Sendala sprawiał, że coraz bardziej go nie znosiłam, w tym jednak nie ma absolutnie niczego złego – został on zaprojektowany jako postać skłaniająca do refleksji nad definicją niewinności (co jest mega dużym plusem, bo niejednoznaczność całej sprawy naprawdę wywołuje w nas poważne przemyślenia) i z pewnością nie miał budzić naszej sympatii. Większym problemem jest sposób, w jaki wspomniane fakty wychodziły na światło dzienne. Mówiąc krótko, cała książka opiera się na schemacie: oskarżony twierdzi, że jest niewinny -> bum! pojawiają się nowe, obciążające fakty -> oskarżony twierdzi, że jest niewinny i że teraz prawnicy wiedzą już wszystko -> bum! na jaw wychodzą kolejne, jeszcze bardziej obciążające fakty. Gdyby miało to miejsce raz czy dwa, w porządku, jednak w którymś momencie cała ta kołomyja po prostu mnie zmęczyła. Podobnie jak bohaterowie, nie miałam już siły na kolejne kłamstwa i w pewnym momencie przestało mnie ciekawić, co wydarzyło się tak naprawdę - chciałam po prostu, żeby sprawa została jak najszybciej zamknięta.

W kontekście mojego odbioru głównego wątku jest jeszcze jeden, dość poważny problem: nastawienie. Jakiś czas temu na którymś z blogów przeczytałam, że w Rewizji i Immunitecie widać znaczącą zmianę perspektywy i poszerzenie skali treści, z czym z resztą się zgodziłam na postawie tego, co zauważyłam podczas lektury trzeciego tomu cyklu. Miałam nadzieję, że owo "poszerzenie" tyczy się zasięgu poszczególnych spraw, że kolejne z nich będą sięgały dalej, a powiązania ze światem przestępczym będą angażowały inne grupy społeczne. W pewnym sensie tak się stało, jednak nie do końca w sposób, którego się spodziewałam – owszem, oskarżenie o zabójstwo sędziego Trybunału Konstytucyjnego jest sprawą bez precedensu, jednak miałam wrażenie, że nie jest to najistotniejsza płaszczyzna całej sprawy. Nie wiem, czy ktokolwiek zrozumie, co mam na myśli; uważam, że potencjał tkwiący w tym temacie nie został w pełni wykorzystany, środowiska zaangażowane w sprawę okazały się mniej znaczące, a w dodatku w którymś momencie sfera kryminalna została zdominowana przez... coś zupełnie innego. 

W tym momencie docieramy do ostatniego punktu, a więc obyczajowych aspektów cyklu. Kończąc poprzednią część autor rzucił czytelnikom pewną informację, z ciężarem której musiał poradzić sobie w Immunitecie – niestety moim zdaniem ten aspekt również nie został w pełni wykorzystany. Do tej pory praktycznie nie poznawaliśmy kulisów życia Chyłki; jasne, z daleka widać, że jest to bohaterka z głębokimi problemami, jednak nie były one dla czytelnika dostępne. Zakończenie Rewizji znacznie zbliżyło nas do prawdy, a rozwinięcie tego wątku w Immunitecie właściwie zamknęło temat. Moim zdaniem stało się to za szybko, za łatwo i zbyt prosto jak na dotychczasową postawę Joanny. Efektu dopełnia to, co dzieje się na końcu książki – zwrot akcji, na który zdecydował się autor, zaskoczył wiele osób. Mnie – niekoniecznie pozytywnie.

Żeby była jasność: to nie jest tak, że książka mi się nie podobała, albo że zamierzam porzucić cykl ze względu na zakończenie tego tomu. Absolutnie nie! W Immunitecie było wiele świetnych elementów: wspomniana już refleksja nad niewinnością, problematyka zasadności instytucji immunitetu czy nawet kreacja mierzącej się z chorobą alkoholową Chyłki, która wmawia sobie, że ma kontrolę, której tak naprawdę jej brakuje. Mimo tego, że kierunek rozwoju akcji nie przypadł mi do gustu, jestem pewna, że Remigiusz Mróz ma w zanadrzu nie tylko dobre wyjaśnienie swoich decyzji, ale i świetnie zaprogramowane rozwinięcie głównego wątku. Po prostu tym razem trochę mniej mi się to wszystko podobało.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.



Kasacja  |  Zaginięcie  |  Rewizja  |  Immunitet