Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mons Kallentoft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mons Kallentoft. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2018

Kryminały i thrillery na jesienne wieczory



Pewnie jestem tendencyjna, ale tak, jak lato kojarzy mi się jednoznacznie z czytaniem lekkich obyczajówek, tak jesień i zima pchają mnie w objęcia opowieści nieco bardziej mrocznych. Perspektywa długich wieczorów z herbatą i kocem nie byłaby dla mnie kompletna, gdyby nie dobry kryminał w ręce. Jeśli macie tak samo (albo po prostu szukacie czegoś w tym klimacie), przygotowałam dla Was kilka rekomendacji. 

sobota, 22 lipca 2017

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Leon”


Co do pierwszej części cyklu Herkules – miałam bardzo dużo wątpliwości. Kolaboracje między pisarzami mają to do siebie, że często zamiast wyciągać z prozy obu twórców to, co najlepsze, raczej uwydatniają braki. Ostatecznie powieści wychodzą sztywne i pozbawione charakteru, albo, co gorsza, kompletnie niespójne, z wyraźnym rozdźwiękiem między autorami. 

Na szczęście ani w przypadku Na imię mi Zack, ani tym bardziej w kontynuacji, Leonie, nic takiego nie miało miejsca.

W niedostępnej, mało uczęszczanej dzielnicy, na szczycie komina przemysłowego znalezione zostaje ciało chłopca. Gdy policja stara się ustalić kim był i w jaki sposób zginął, do sieci trafia nagranie z ostatnich minut jego życia – dziecko zostało brutalnie zamordowane przez mężczyznę w lwiej skórze. Komisarze muszą szybko znaleźć sprawcę, bo wszystko wskazuje na to, że w piwnicznej klatce przetrzymywany jest kolejny chłopiec…

Już jedna z pierwszych scen książki pokazuje nam dokładnie, z czym będziemy mieli do czynienia i stanowi reprezentację tak Leona, jak i całego cyklu. Zack Herry, wschodząca gwiazda policji, gra w rosyjską ruletkę, aby pozyskać informacje na temat zaginionego dziecka. Ale jak gra! Autorzy bardzo dokładnie odzwierciedlają to, co dzieje się w umyśle komisarza przy każdej kolejnej dokładanej kuli, jak buzuje w nim adrenalina i rośnie napięcie. Duet Kallentoft&Lutteman nie boi się skrajnych tematów, a ich sposób opisu potrafi przyprawić o ciarki. Nie będzie ozdobników i uproszczeń, o nie. Tutaj babramy się w psychice bardzo dziwnych bohaterów.

Sam komisarz Herry nie jest typowym przedstawicielem policji nawet jeśli wziąć pod uwagę patologiczną normę wśród skandynawskich śledczych. W jego przypadku problemy są głębsze, a ich odzwierciedlenie w życiu Zacka znacznie bardziej spektakularne. Młody mężczyzna nosi w sobie traumę, z którą nie jest w stanie poradzić sobie sam, w efekcie czego co i rusz funduje sobie nowe, silne doznania dzięki środkom psychoaktywnym: kokainie, amfetaminie, alkoholowi. Komisarz zdaje się być uzależniony także od adrenaliny: im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym więcej emocji w nim wyzwala. Cały myk autorów nie polega jednak na stworzeniu odpowiednio kontrowersyjnego śledczego, a na należytym opisaniu jego zachowań. Jak już wspomniałam, Kallentoft i Lutteman uwielbiają babrać się w tym, co dzieje się w głowie Zacka na co dzień, a także w kontakcie z narkotykami. Rozkładają na czynniki pierwsze stan napięcia w umyśle bohatera i cały błogostan, który nadchodzi po nim. 

Chyba nie powinnam się przyznawać, że Zack Herry tak bardzo mnie intryguje.

W obliczu tak wyrazistej kreacji głównego bohatera, sama zagadka zdaje się schodzić na nieco dalszy plan. Nie oznacza to jednak, że nie jest interesująca! Wręcz przeciwnie – moim zdaniem jest skonstruowana dobrze, spójnie i posiada wszelkie cechy, by utrzymać zainteresowanie czytelnika. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nieadekwatny opis okładkowy. Naprawdę rozumiem, że wyścig z czasem sprzedaje się lepiej niż żmudne śledztwo, ale nie dajcie się nabrać. Zanim dojdzie do sytuacji opisanej w blurbie, czeka nas wiele innych, równie kluczowych fabuły wydarzeń, a cała książka nie opiera się bynajmniej na gorączkowym poszukiwaniu chłopca zamkniętego w piwnicy, choć i ten element oczywiście w końcu się pojawia. Dużo czasu i uwagi jest tu poświęcone poszczególnym śledczym, sposobom ich pracy, a pierwsza połowa książki nie jest napakowana akcją, choć mimo to wcale się nie dłuży.

Jeśli z jakichś powodów nie spodobały Wam się solowe powieści Monsa Kallentofta, możecie śmiało spróbować cyklu o Zacku Herrym. Wpływ Markusa Luttemana jest bardzo wyraźny: nie ma charakterystycznych dla serii o Malin Fors długich, quasi-filozoficznych myśli, nie ma ofiar przemawiających zza grobu. Jest za to świetna kreacja głównego bohatera i opis, który potrafi zachwycić. Nie boję się powiedzieć, że cykl o Zacku Herrym jest lepszy od tego o Malin Fors, mimo że oba lubię i chętnie po nie sięgam. Gdybym miała polecać, zachęcałabym jednak, żeby w pierwszej kolejności sięgnąć po Herkulesa.






Na imię mi Zack || Leon || Bambi

sobota, 14 maja 2016

Mons Kallentoft – „Ziemna burza”

Gdy sięgam po książki Monsa Kallentofta, wiem dwie rzeczy: że będzie to tekst dokładnie na tym poziomie, jakiego oczekuję, oraz że zbrodnia będzie miała bezpośredni związek z tytułem. Nie inaczej jest tym razem: opowieść otwiera scena jak z horroru, w której bezpośrednim narratorem jest osoba pogrzebana żywcem. Zdana na łaskę oprawcy, który dostarcza jej tlen i wodę, ofiara może tylko czekać na ratunek ze strony policji; tymczasem na powierzchni toczy się chora gra, w której stawką jest ludzkie życie. Przestępca bawi się z komisarzami w kotka i myszkę, a oni mogą tylko czekać na kolejny ruch z jego strony…

Ziemna burza to trzecia część cyklu o żywiołach, ósma odsłona serii o komisarz Malin Fors i siódma książka Monsa Kallentofta, którą miałam przyjemność czytać. Zdecydowanie jest to mój ulubiony autor kryminałów, więc moja opinia może być w pewnym sensie nieobiektywna, jednak kolejny raz zakończyłam lekturę naprawdę niesamowicie usatysfakcjonowana. Już od pierwszej, mocnej sceny wiedziałam, że coś się zmieni i faktycznie: tym razem charakterystyczne dla autora wstawki z wypowiedzi martwych ofiar zostały zastąpione krótkimi scenami z udziałem ofiary żyjącej i przeżywającej piekło w podziemnym grobie. Taka narracja jest jeszcze bardziej przerażająca i robi na czytelniku duże wrażenie. Jest to o tyle ważne, że do tej pory kryminały autora były dość nierówne – śledztwo toczyło się długo i żmudnie, aby pod sam koniec nabrać dosłownie zawrotnego tempa. W Ziemnej burzy również mamy do czynienia z niebezpiecznie szybkim finałem, jednak mocne elementy we wcześniejszych częściach książki bardzo dobrze to równoważą.

Za każdym razem jestem pod wrażeniem sposobu, w jaki Kallentoft ujmuje w swoich książkach ważne problemy społeczne. Nie inaczej jest tym razem: wykorzystując mordercę eliminującego osoby o skrajnych poglądach, autorowi udało się delikatnie przemycić jakże aktualny w Skandynawii (a właściwie w całej Europie) problem muzułmańskich uchodźców. Nie jest to może tak otwarte i jasne przedstawienie sprawy, jak to miało miejsce w przypadku innych motywów w poprzednich książkach, ale i tak wypada bardzo pozytywnie. Autor udowadnia, że kryminały nie potrzebują wybujałego, nierealnego tła, aby zaistnieć; współczesny świat oferuje nam całą masę problemów, które można skutecznie wykorzystywać w tego typu książkach, są to bowiem sprawy powszechne, znane i wywołujące bardzo dużo skrajnych emocji.

Jedynym aspektem, który nie do końca mi się spodobał, był brak opowieści o życiu prywatnym komisarzy; Ziemna burza jest wyraźnie cieńsza niż poprzednie książki z serii i mam wrażenie, że została uszczuplona właśnie w tym wymiarze. Do tej pory praktycznie za każdym razem otrzymywaliśmy choćby szczątkowe informacje na temat tego, co słychać u poszczególnych bohaterów, co wydawało mi się całkowicie naturalne (przez tyle książek można się naprawdę zżyć z prezentowanymi postaciami). Tym razem niektóre osoby zostały całkowicie pominięte, a co do innych autor pokusił się jedynie o krótkie, zdawkowe sformułowania. Jedyną naprawdę omawianą osobą jest główna bohaterka, Malin Fors, jednak i jej życie zostało opowiedziane bez specjalnej wnikliwości; mimo że przeżywa naprawdę trudne chwile, zabrakło miejsca na roztrząsanie jej problemów. Widzimy, że bohaterka walczy, szarpie się sama ze sobą, a jednak wszystko to jest nieco nijakie, przez co nie czujemy tych samych emocji i tak naprawdę nie widzimy wszystkiego.

W kontekście czwartej części cyklu o żywiołach pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że będzie ona co najmniej równie dobra, jak poprzednie. Przed nami ogień, a to daje duże pole do popisu, jeśli chodzi o wymyślne zbrodnie i całą oś fabularną – jestem pewna, że autor pokusi się o coś niesamowitego. Czekam z niecierpliwością i już zacieram łapki, a w międzyczasie mam zamiar przeczytać dwie książki z cyklu o Malin Fors, które do tej pory pomijałam; mam pewne luki w wiedzy o bohaterce, które zdecydowanie muszę jak najszybciej nadrobić.





Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.

środa, 2 grudnia 2015

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Na imię mi Zack”

W małym mieszkaniu znalezione zostają ciała czterech kobiet azjatyckiego pochodzenia – wszystkie zostały brutalnie zamordowane. Jaki mógł być motyw zbrodni? Nienawiść rasowa, chęć upodlenia kobiet, a może zwykła żądza mordu? Tę zagadkę rozwiązać muszą komisarze ze sztokholmskiego wydziału kryminalnego, na czele z Zackiem Herrym, wschodzącą gwiazdą policji. Czy uda im się połączyć w całość wyjątkowo trudne informacje? Czas ucieka, a zagrożenie wzrasta z każdą chwilą…

Prozę Monsa Kallentofta sukcesywnie poznaję już od jakiegoś czasu i jestem bardzo zadowolona – to teksty, które bardzo dobrze wpasowują się w mój gust. W związku z tym logiczne jest, że nie mogłam przepuścić okazji do zapoznania się z najnowszym projektem autora, jaki jest cykl Herkules stworzony we współpracy z pisarzem Markusem Luttemanem. Miałam co do tej książki wiele obaw – bałam się, że rozdźwięk pomiędzy autorami będzie zbyt widoczny lub że, mówiąc wprost, zepsute zostanie to, co tak bardzo lubię u Kallentofta. Na szczęście nic takiego się nie stało – poziom tekstu jest zaskakująco wysoki, moim zdaniem dużo wyższy niż w przypadku cyklu o Malin Fors. Każdy z autorów dał od siebie to, co najlepsze, a efekt jest naprawdę spójny i interesujący.

Jeśli chodzi o fabułę, jest ona bardzo bogata i różnorodna. Wątek kryminalny skonstruowany jest dobrze, ciekawie i ma wszelki potencjał by zaciekawić czytelnika. Choć do jego zbudowania wykorzystano kilka zbiegów okoliczności i sztampowych klisz, nie wypada to jakoś tragicznie; wręcz przeciwnie – w ogólnym rozrachunku prawdopodobieństwo opowieści zostało zachowane. Zagadce kryminalnej towarzyszy ciekawe społeczne tło związane z ważnym i aktualnym problemem konfliktu nacjonalizmu i migracji. Kolejnym elementem jest szereg postaci pierwszo- i drugoplanowych, które przewijają się na kartach powieści. Znów mamy do czynienia z powtarzalną grupą śledczych, z których każdy jest geniuszem na skalę komendy, jednak po raz pierwszy spotkałam się z tym, że bohater sam widzi i wypunktowuje taki stan rzeczy. Duży plus za tę autoironię!

Skoro już jesteśmy przy postaciach, warto poświęcić kilka słów głównemu bohaterowi. Zack właściwie odzwierciedla klasyczne ujęcie współczesnego śledczego – ma trudną historię, nie potrafi poskładać swojego życia prywatnego i jest osobą uzależnioną. Można by powiedzieć, że to powielenie schematu, jednak jest w tej postaci coś, co nie pozwala nam tak myśleć; coś, co intryguje. Przeszłość Zacka, a także jego bieżące postępowanie umotywowane są dobrze, a on sam ukazany jest jako bohater spójny, choć nie do końca ukształtowany, raczej wciąż poszukujący odpowiedzi na wiele pytań. Taka kreacja daje nadzieję na rozwój postaci w przyszłości.

Na imię mi Zack mogę polecić właściwie każdemu fanowi kryminałów, zwłaszcza tych skandynawskich – powieść łączy w sobie wszystko co najlepsze w tym właśnie gatunku. Akcja jest wciągająca, jednak dynamizm nie przesłania sensu opowieści; mamy tu do czynienia z dobrze skonstruowanym tłem, wyrazistymi bohaterami i zbrodnią podszytą poważnym społecznym problemem. Wszystko to razem składa się na książkę intrygującą i najzwyczajniej w świecie dobrą. Nie mogę doczekać się kontynuacji!





Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.

sobota, 21 lutego 2015

Mons Kallentoft - "Duchy wiatru"

Spółka Merapi zajmuje się prowadzeniem domów opieki. Jak się okazuje, można na tym nieźle zarobić, zarówno podczas działalności, jak i przy sprzedaży ośrodków; do tej ostatniej potrzeba jednak względnie dobrych rekomendacji. Z tym właśnie problemem boryka się przedsiębiorstwo – od pewnego czasu jeden z pensjonariuszy stale narzeka na poziom opieki i gotów jest poruszyć całą opinię publiczną, byle tylko nagłośnić sprawę. Szefowi Merapi zdaje się, że gorzej być nie może, jednak właśnie wtedy rzeczony pensjonariusz zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju na terenie jednego z ośrodków spółki. Wygląda to na samobójstwo, jednak sztab komisarzy podczas wykonywania rutynowych prac zaczyna mieć wątpliwości…

Tym razem na kartach powieści w szerokim opisie zbiegają się losy komisarz Malin Fors i jej córki, Tove. Matka zdaje się oddawać pałeczkę młodszej bohaterce i ustępuje nieco pola, ponieważ obie występują tutaj jako pełnoprawne bohaterki. Dorosła już Tove dochodzi do głosu i na naszych oczach ukazuje swój całkiem nieźle ukształtowany charakter – podejmuje świadome decyzje, choć wciąż jeszcze zdaje się uciekać – od trudności, od matki, od nieuchronnych genetycznych skłonności. W powieści duży nacisk położony jest na psychologiczne motywy postaci, ich charakter i temperament, co szczerze uwielbiam. W dodatku analiza ta dotyczy nie tylko potencjalnych sprawców; Malin patrząc na nich, rozmyśla o samej sobie i jak w lustrze obserwuje własne zachowania w oczach ludzi chciwych i zapatrzonych w siebie.

Sam wątek kryminalny jest poprowadzony ciekawie i dynamicznie; nie ma może szalonych zwrotów akcji, ale całość jest odpowiednio wyważona. Poza tym znów do samego końca nie spodziewałam się, kto może być sprawcą – moje myśli pobiegły w zupełnie innym kierunku, a ten prawdziwy zupełnie sobie odpuściłam. Bardzo mi się to spodobało, bo bądź co bądź lubię być zaskakiwana, a autorom kryminałów coraz częściej się to nie udaje. Książka porusza również ważny wątek społeczny, jakim jest system opieki nad osobami starszymi. Bezlitosne spółki, szukające oszczędności gdzie tylko można, personel pracujący ponad siły, ludzie leżący po kilka godzin we własnych odchodach, bezsilność jednostki w walce z systemem… Z książki wyłania się obraz trudny i mało optymistyczny jednak nie jednowymiarowy; pośród całej tej niechęci są ludzie, którzy są pełni entuzjazmu i chęci do pracy, do zmian.

Ciekawie jest tutaj rozwiązana kwestia budowania napięcia – opowieść teoretycznie ma jedną, główną drogę, ale oprócz standardowej, opowieściowej narracji mamy też fragmenty, w których w pierwszej osobie wypowiadają się ofiara i sprawca. Pierwszy zabieg jest znakiem rozpoznawczym autora i nie zdradza nam zbyt wiele, gdyż zmarły zdaje się nabywać informacje o swojej śmierci dopiero w toku śledztwa. Jednak druga część, zawierająca przemyślenia i plany zbrodniarza, sprawia, że w pewnym sensie czytelnik wie więcej niż komisarze, stoi krok przed nimi. W ten sposób rozumiemy więcej zagrożeń i możemy dużo bardziej się emocjonować.

Na koniec chciałabym wspomnieć o dwóch malutkich minusach. Kallentoft stworzył dwa powieściowe cykle – jeden oparty na porach roku, drugi na żywiołach.  Z reguły (nie powiem „zawsze”, bo nie wszystkie tomy już czytałam) było tak, że tytuł był w jakiś sposób odzwierciedlony w treści książki – czy to poprzez aurę, pogodę, czy też przewijał się w kontekście ofiary. Tutaj nie mamy podobnej sytuacji, bo wiatr zostaje wspomniany ledwie kilka razy, w dodatku bez większego przekonania. Niby nic, ale trochę brakuje mi tego charakterystycznego klimatu, który dotąd towarzyszył mi podczas lektury książek autora. Drugim mankamentem jest fakt, że wciąż nie wiemy po co w poprzednim tomie pojawił się wątek Elin Sand. Kim jest ta dziewczyna? Jaką tajemnicę skrywa? Już drugą książkę drobimy wokół niej i tylko lekko zahaczamy o jej świat – szczerze mówiąc nie wiem, czy nie trwa to odrobinę za długo. Wewnątrz jednego tomu mamy wystarczająco dużo niedomówień, a rozwleczony na kilka tomów wątek nie jest w stanie wzbudzać ani niepokoju, ani wielkiego zainteresowania.

Bardzo, bardzo podobają mi się postępy, jakie robi autor – z każdym tomem opowieść napisana jest z większym wyczuciem i coraz wyższą jakością. Kallentofta z książki na książkę czyta się coraz lepiej, choć zapewne są elementy, które denerwować będą i tak. Wypowiedzi osób zmarłych nie znikają i obawiam się, że nie znikną – to już znak rozpoznawczy autora i cieszy mnie, że z niego nie rezygnuje, a jedynie szlifuje swój pomysł doprowadzając go do perfekcji. Trochę brak mi charakterystycznego klimatu, ale wierzę, że w kolejnej książce, której motywem przewodnim będzie ziemia, wrócimy do znanego poziomu. W międzyczasie mam przed sobą jeszcze tom 4 i 5 – mam nadzieję, że umilą mi oczekiwanie.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie DW Rebis.

sobota, 3 stycznia 2015

Mons Kallentoft - "Śmierć letnią porą"

W parkowej altanie znaleziona zostaje dziewczyna - żyje, ale niczego nie pamięta, a jej poranione ciało dokładnie wyszorowano przy użyciu chemicznego środka. Obrażenia wskazują, że została wykorzystana seksualnie, brak jednak śladów biologicznych sprawcy; jedynym, co pozostało w ciele ofiary, są kawałeczki niebieskiej farby. Komisarzy czeka wyjątkowo trudne śledztwo - we znaki dają się nie tylko wakacyjne niedobory kadrowe i brak konkretnych wiadomości. Śledczym przyjdzie zmierzyć się z uprzedzeniami i pułapkami własnych umysłów, a także obezwładniającym skwarem, utrudniającym racjonalne myślenie. Czas ucieka, tym bardziej, że znikają kolejne młode dziewczyny...

Długo czekałam na dobry moment, by sięgnąć po kolejną książkę z cyklu o Malin Fors. Pierwsza i ostatnia bardzo mi się spodobały, dlatego nadzieje co do tomu drugiego miałam spore. Niestety, ze smutkiem przyznaję, że na początku lektura nie była powalająca - zagadka, choć na swój sposób ciekawa, nie zainteresowała mnie jakoś szczególnie, nie miałam też ochoty na dopowiadanie sobie psychologicznych aspektów działania sprawcy. Kiepsko wypadła autentyczność działań komisarzy - miałam wrażenie, że błądzą po omacku, a kierunek śledztwa wyznaczają jedynie przypadki i nieuzasadnione domysły. Sprawiało mi też trudność przystosowanie się do języka - wyjątkowo ciężko przyswajałam krótkie akapity złożone niejednokrotnie z pojedynczych zdań.

Kallentoft nigdy nie zostawia nas z jedną możliwością - podejrzanych jest więcej, a każdego z nich cechuje coś, co mogłoby świadczyć o sprawstwie. Co więcej - jeden aspekt potrafi mieć u różnych osób inne podłoże i rozwinięcie. Niestety, tym razem zabrakło mi psychologicznej wnikliwości, zarówno w kreowaniu głównych postaci, jak i poszczególnych podejrzanych. Nawet ostateczne wyjaśnienie, właściwie odpowiednio wnikliwe, nie rekompensuje płytkości wcześniejszych kilkuset stron tekstu. Są jednak inne pozytywne aspekty - tym, co udaje się Kallentoftowi perfekcyjnie, jest klimat. Seria związana z porami roku była strzałem w dziesiątkę w tym sensie, że plastyczne opisy pozwalają wykorzystać jej potencjał w 100%. Gdy czytaliśmy o zimie, komisarzom co i rusz odmarzały palce, a bohaterowie byli chłodni, nieprzystępni, trudni. Tym razem natomiast jest duszno, ciężko i bardzo gorąco. Akcja toczy się bardziej leniwie, zdania są krótsze, a myśli pourywane.

Mimo wszystko odczuwam w książkach autora silne schematy. Choć opowieści różnią się od siebie przez główne zagadki, tak naprawdę pewna oś pozostaje stała. Malin Fors na co dzień zmaga się z samotnością, którą leczy w łóżku miejscowego dziennikarza; ma pokusę sięgnięcia po alkohol, której czasem ulega. Pojawiają się wątki związane z jej córką, Tove, jednak czasem mam wrażenie, że to kolejne puste wstawki. Charakterystyczne dla Kallentofta i przez to nieco powtarzalne są również długie wypowiedzi zmarłych, wtrącane pomiędzy właściwą akcję. Ten akurat aspekt uważam za zaletę, choć w pierwszych tomach cyklu widać wyraźnie, że wymaga on dopracowania. Na całe szczęście wiem, że szlify zostały wykonane i w tomie szóstym sprawa ma się zdecydowanie lepiej - chyba głównie to trzyma mnie przy całej serii. Z niecierpliwością czekam na siódmą jej odsłonę, a w międzyczasie mam nadzieję nadrobić braki w znajomości części poprzednich.

piątek, 28 lutego 2014

Mons Kallentoft - "Ofiara w środku zimy"


Zwykle czytam serie po kolei, jak Pan Bóg przykazał. Nie miałam zamiaru robić wyjątku od reguły, ale jakiś czas temu udało mi się wygrać egzemplarz „Wodnych Aniołów” Monsa Kallentofta, a jest to szósta z jego książek i – przyznaję – nie uśmiechało mi się kupowanie pozostałych pięciu w ciemno. Zaryzykowałam i zachwyciłam się skandynawską prostotą i chłodem świata kreowanego przez autora. Od niedawna dostaję jeden zaległy tom miesięcznie, żeby móc na bieżąco zapoznawać się z poprzednimi częściami – nawet nie wiecie, jak wielka to dla mnie przyjemność!

Mimo że powtarzałam sobie jak mantrę „to tylko prequel, to tylko prequel…”, niełatwo było mi odnaleźć się w tej nowej sytuacji. Sprawę utrudnia fakt, iż pierwszy tom oddalony jest od szóstego o znacznie więcej lat (w świecie przedstawionym), niż sądziłam na początku. Malin Fors, główna bohaterka, jest o wiele młodsza i jeszcze nie tak doświadczona przez los – chyba właśnie ten fakt był dla mnie powodem wewnętrznego dysonansu. Poza tym więzi między policjantami z Linköpingu nie są jeszcze tak silne, a sytuacja, którą znam z „Wodnych Aniołów”, dopiero się kształtuje.

Przechodząc do samej akcji – trwa zima stulecia, uniemożliwiająca ludziom codzienne funkcjonowanie. Podczas jednego z niezliczonych mroźnych poranków pewien pechowiec odnajduje ludzkie zwłoki, pozbawione ubrania i zawieszone na drzewie. Ciało jest w koszmarnym stanie – nie dość, że ofiara ważyła niemało, to twarz ma zmasakrowaną, a brzuch rozpłatany. Śledztwo, które z początku niemiłosiernie się wlecze, nabiera tempa, gdy ustalona zostaje tożsamość ofiary. Odtąd śledczym przyjdzie zmierzyć się z różnymi wątkami, między innymi podejrzeniem rytualnego zabójstwa, a także sprawą gwałtu sprzed lat.

Choć wraz z biegiem czasu poznajemy wszystkich członków ekipy dochodzeniowej, to rzeczywistą główną bohaterką tej książki jest Malin Fors – pani komisarz, której wyśnione małżeństwo się rozpadło, i która szuka zapomnienia w ramionach (czy raczej pościeli) miejscowego dziennikarza. Matka, zupełnie nie radzącą sobie z problemami dorastającej córki. Policjantka o silnej pozycji. Lubię tę postać, tak nieidealną, choć jednocześnie tak silną; tracącą kontrolę, a przy tym obdarzoną niezwykłymi umiejętnościami. Fragmenty jej rozmów z podejrzanymi to majstersztyk autora – bohaterka jest niezwykle wnikliwa i dostrzega rzeczy, które wcale nie są oczywiste.

Na tym jednak kończą się zalety „Ofiary w środku zimy”. Styl autora jest jeszcze nieudolny, a wartka akcja nie wynagradza fragmentów, w których czytelnik może się zwyczajnie zgubić. Oryginalny pomysł z wstawkami z wypowiedzi ofiar nie jest podany zbyt przystępnie – dodatek wydaje się sztuczny i niepotrzebny, choć wcale taki nie jest. Mając jednak porównanie między ostatnią (jak do tej pory) a pierwszą z przygód Malin Fors, mogę powiedzieć, że Mons Kallentoft wykonał w ostatnim czasie kawał dobrej roboty. Ten autor nie jest „odporny na krytykę”, zdecydowanie popracował nad stylem, akcją i wstawkami z wypowiedzi zmarłych ofiar – znakiem rozpoznawczym jego kryminałów. W „Wodnych Aniołach” wszystko jest jakby mniej toporne i naprawdę zbliża się do ideału. Tak czy inaczej już w pierwszej części akcja jest wartka i interesująca, a postać Malin Fors dobrze wykreowana. To wspaniałe, że w końcu będę mogła spędzić więcej czasu z tą bohaterką, a miejsce, w którym zaczyna się akcja, wskazuje, że czytelnicy będą naocznymi świadkami wszystkich zdarzeń, które ukształtowały policjantkę, a które w „Wodnych Aniołach” są jedynie wspomniane. Cieszę się też, że będę mogła obserwować rozwój stylu autora – jestem dużo spokojniejsza, gdy wiem, że będzie on miał miejsce. 

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (lutowy motyw - zima), oraz w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (448 stron)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Mons Kallentoft - "Wodne Anioły"

Nie chciałam zabierać się w tej chwili za tę książkę, przyznaję się bez bicia. Niby na początku plan był taki, że książka od razu po trafieniu w moje ręce wyląduje na wierzchu stosiku „do przeczytania”, ale czekanie na dodruk i dość zdawkowe podejście do wysyłki sprawiło, że zupełnie straciłam do niej serce.  Sylwek jednak namówił mnie do sięgnięcia po nią i chyba powinnam odwdzięczyć mu się pyszną kolacją. Powiem krótko: po książkę Monsa Kallentofta naprawdę warto sięgnąć.

W „Wodnych Aniołach” Malin Fors wraz z zespołem dochodzeniowym rozwiązuje zagadkę śmierci małżeństwa Andergrenów oraz – co istotniejsze – poszukuje ich zaginionej córeczki, Elli. Dziewczynka zniknęła w dniu morderstwa i to jej los jest główną zagadką i motorem działań dla całej grupy śledczych. Całkowicie zaangażowani w poszukiwania, odkrywają coraz to nowe fakty. Zagłębiając się w sekrety wielu rodzin, muszą zachować niebywałą wręcz delikatność, zajmują się bowiem nie zwykłymi osobami, a tymi, których dzieci są adoptowane. Dodatkowo – adoptowane z Wietnamu, za pośrednictwem firmy o wątpliwej sławie. Sprawę zaognia fakt, że córka jednej ze śledczych – Karin Johannison – jest jednym z takich właśnie dzieci…

Równolegle z tokiem śledztwa rozgrywają się także wydarzenia z życia Malin Fors. Wraz z Peterem starają się o dziecko, co paradoksalnie wciąż ich od siebie oddala. Oboje wiedzą, że porywają się z motyką na słońce, a jednak próbują, odsuwając od siebie myśl o tym, co niemożliwe. Jakby tego było mało Malin uświadamia sobie ciągłe oddalanie się swojej dorosłej córki. Wie, że odbudowanie tej relacji jest niemal niemożliwe, a mimo to wciąż chwyta się najmniejszych strzępków nadziei. W obliczu tak ciężkiej sytuacji życiowej powraca nałóg i Malin Fors po raz kolejny staje u progu przepaści, jaką jest alkoholizm.

Jeśli chodzi o techniczną stronę książki, to jej budowa jest bardzo dobrze dopasowana do treści. Narracja jest trzecioosobowa, prowadzona z perspektywy różnych bohaterów, co pozwala na szeroki ogląd sytuacji i uobiektywnienie niektórych problemów. Mamy szansę poznać każdą z postaci, jej stosunek do śledztwa, a także do zagadnień związanych z rodziną. Bo nie tylko życie prywatne Malin Fors znane jest czytelnikom. Uzupełnieniem są także chociażby losy Svena, powracającego do sprawności po wygranej walce z nowotworem, czy Zekego, który wciąż rozważa wybór między pozostaniem przy żonie i ciągłą męką, a porzuceniem jej i życiu u boku Karin. To duży atut książki, pozwalający lepiej zrozumieć motywy bohaterów i jeszcze bardziej się z nimi zżyć. Dzięki temu czytelnik jest autentycznie zaangażowany w sprawę i zaciekawiony – zarówno przeszłością postaci, tym co je ukształtowało, jak i ich dalszymi losami. Ciekawym zabiegiem są też wstawki z wypowiedzi osób zmarłych – przemawiają one zza grobu i, choć nie mają już żadnego wpływu na sytuację, wyrażają swoje zdanie, proszą o coś lub wręcz usprawiedliwiają i tłumaczą swoje czyny.

Na ogromną pochwałę zasługuje mistrzowski styl Monsa Kallentofta. Książka poprowadzona jest płynnie i daje wiele satysfakcji z czytania. Wydarzenia toczą się w dobrym tempie – nie ma się poczucia zbytniej rozwlekłości, ani przeciwnie – zbyt dużego tempa. Po prostu wszystko dzieje się normalnie. Miałam pewnie obawy co do ostatniego rozdziału – tyle rzeczy miało się w nim wydarzyć przy tak małej ilości stron – ale i tutaj się nie zawiodłam. Zakończenie poprowadzone jest sprawnie i satysfakcjonująco. Dodatkowym atutem książki są dobrze obrazujące sytuację dialogi, uzupełnione o myśli rozmówców.

Kończąc powoli peany na cześć „Wodnych Aniołów”, rzucam wszystko i biegnę dołączyć do grona fanów Monsa Kallentofta. Wiem już, że kolejne wypłaty pochłonie reszta serii, zżyłam się bowiem nie tylko z jego stylem, ale i z samą Malin Fors – silną kobietą ze słabościami. Kusi mnie zarówno odkrywanie, co stanie się z jej życiem w kolejnych tomach, jak i poznanie wydarzeń, który ukształtowały tę postać i doprowadziły jej losy do obecnego punktu. Z tego powodu na pewno już niebawem sięgnę po cykl o porach roku, oczekując równocześnie kolejnych części serii o żywiołach.