Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 marca 2022

Klara Hveberg – „Oprzyj swoją samotność o moją”

Czy miłość można zamknąć w matematycznym wzorze? Czy każdy związek dwojga ludzi jest wyjątkowy? A może losy zakochanych powtarzają się zawsze jak refren w muzyce? Czy miłość jest darem, czy chorobą, z której trzeba się wyleczyć? (z opisu wydawcy)

Książka zbudowana jest w oparciu o klasyczną historię miłosną. Oto młoda studentka wdaje się w romans ze starszym od siebie, żonatym wykładowcą. Znamy tę opowieść aż za dobrze i podczas czytania mamy pewność, jak się skończy; dostrzegamy drobne sygnały, gesty, przesłanki, których Rakel nie umie lub nie chce zauważać. Jest w takim czytaniu coś fatalistycznego, bo choć widzimy to samo, co główna bohaterka, nasza perspektywa nie jest zachwiana emocjami i przekonaniem, że tym razem wszystko będzie zupełnie inaczej. Możemy tylko patrzeć, jak Rakel zmierza ku nieuniknionemu i towarzyszyć jej w tej trudnej drodze.

Jednak mimo tej bardzo klasycznej osi fabularnej, powieść Klary Hveberg ma w sobie coś wyjątkowego: jest pełna wewnętrznych nawiązań. Ważnym elementem jest tutaj biografia Sofii Kowalewskiej, XIX-wiecznej matematyczki i pisarki, której umysł zachwycał wielkich tamtej epoki. Losy tej postaci przeplatają się z losami Rakel i nakładają się na nie w miarę upływu kolejnych stron. Gdy bohaterka zdaje się tracić własne życie, biografia Sofii wysuwa się na pierwszy plan. 

Bardzo dawno nie miałam w rękach książki, która byłaby tak przepięknie napisana (i przetłumaczona, oczywiście). Choć autorka posłużyła się narracją trzecioosobową, na świat patrzymy z perspektywy Rakel, a więc również z jej nieprzeciętną wrażliwością. Bohaterka opisuje rzeczywistość przez pryzmat matematyki i muzyki, stosując mnóstwo porównań do rytmu, taktów, żonglując naukową terminologią tak zręcznie, że brzmi to jak poezja. I choć kierunek, w jakim powieść podążyła w drugiej części nie za bardzo mi się podobał, byłam w stanie nad tym przejść właśnie dzięki wspaniałemu stylowi autorki.

„Oprzyj swoją samotność o moją” było dla mnie przede wszystkim literacką ucztą, a zaraz po tym ciekawą, skłaniającą do refleksji lekturą. Bo powieść ta, podobnie jak wydawca w opisie, a ja za nim we wstępie do tego tekstu, zadaje mnóstwo pytań dotyczących relacji. Czy relacje, które tworzymy, są wyjątkowe, tak jak wyjątkowi jesteśmy my? Czy możemy liczyć na łut szczęścia, gdy budujemy je na lichych fundamentach, a świat nie dałby nam szans powodzenia? A może wszystko jest kwestią perspektywy i wystarczy odsunąć się odpowiednio daleko – mentalnie, emocjonalnie, umysłowo – by zobaczyć całość obrazka i schematy rządzące światem? 

Chyba chciałabym kiedyś przeczytać tę książkę jeszcze raz, żeby spojrzeć na nią świeżym okiem. I wrócić do wszystkich przepięknych cytatów, które sobie zaznaczyłam. 



czwartek, 25 listopada 2021

Maciej Marcisz – „Książka o przyjaźni”

W kwietniu 2020 roku przeczytałam Taśmy rodzinne Macieja Marcisza. A właściwie pochłonęłam je niemal na raz, bo świat głównego bohatera wciągnął mnie od pierwszej strony. Czułam, że jest to opowieść pokoleniowa, ale nie pod względem klimatu, a treści. Po prostu o ludziach takich jak ja: około trzydziestoletnich, wychowywanych w Polsce, rozczarowanych. W dodatku było to napisane tak fenomenalnym językiem! Ostatecznie Taśmy… znalazły się w moim zestawieniu najlepszych książek ubiegłego roku. 

Debiut Macieja Marcisza postawił poprzeczkę naprawdę wysoko, a fakt, że jego kolejna książka miała dotyczyć przyjaźni (nie jest to mój ulubiony temat), wywołał we mnie lekką nieufność. Teraz się tego wstydzę, bo były to obawy całkowicie bezpodstawne. Książka o przyjaźni w niczym nie ustępuje bowiem swojej poprzedniczce. To historia trojga bohaterów, którzy poznali się w liceum i od tej pory idą przez życie w pewnym sensie wspólnie. Poznajemy ich już jako dorosłych, w momencie kryzysu relacji, a narracja równocześnie nakreśla nam historię ich przyjaźni oraz bieżące wydarzenia.

Podobnie jak w przypadku Taśm rodzinnych, tutaj również najważniejsza zdaje się być nie historia, a bohaterowie, ich przemyślenia, doświadczenia i spojrzenie na świat. Maciej Makselon nazwał niedawno Macieja Marcisza „polską Sally Rooney” i ja się z tą opinią zgadzam. Tutaj również, podobnie jak na przykład w Normalnych ludziach ogromną rolę odgrywa pewna rzeczywistość komunikacyjna między postaciami, to jak bardzo różni się obraz sytuacji z perspektywy poszczególnych jej uczestników oraz niekoniecznie konstruktywne sposoby rozwiązywania problemów. I podobnie jak w przypadku książek Rooney, jestem pewna, że powieści Macieja Marcisza będą zbierały skrajne opinie. Moim zdaniem są świetne, ale mam świadomość, że wynika to w dużej mierze z faktu, że w jakimś sensie doświadczyłam tych braków, które mają ich postaci i nie mam zamiaru udawać, że owe braki nie istnieją.

Cóż jeszcze mogę Wam powiedzieć… Pochłonęłam Książkę o przyjaźni w jeden wieczór. Zaznaczałam cytaty jak szalona. Wysyłałam znajomym zdjęcia fragmentów, bo znów czułam całym sercem, że jest to książka o nas: o naszych doświadczeniach i naszym spojrzeniu na świat. Jest to coś bardzo nieuchwytnego: z jednej strony nie utożsamiam się z bohaterami, ich historiami i przeżyciami (a przynajmniej nie zawsze), a i tak czuję z nimi więź, a niektóre z ich myśli są niebezpiecznie bliskie moim. 

I tak sobie myślę, że znów cienka jest granica między świetną powieścią, a czczą gadaniną. Na szczęście Maciej Marcisz znajduje się po tej pierwszej stronie. 



wtorek, 14 kwietnia 2020

Niewiele jest rzeczy, których naprawdę mamy powód się obawiać || Chiara Parenti – „Sztuka sięgania gwiazd” [przedpremierowo]

Sole żyje w świecie pełnym schematów. Mieszka z rodzicami i w dużej mierze od nich uzależnia decyzje. Czyta w kółko tę samą książkę. Pracuje w niewielkim supermarkecie, u człowieka, którego zna od dziecka, spotykając na swojej drodze wciąż te same osoby. Jada zawsze w tym samym lokalu i dostaje specjalne, bardzo okrojone danie. Zdaje się, że ma wszystko pod ścisłą kontrolą, nieprawdaż? 

Niestety życie pisze własne scenariusze. Gdy przyjaciółka Sole, spontaniczna i energiczna dziewczyna, ginie w tragicznych okolicznościach, gruby mur otaczający bohaterkę zaczyna powoli pękać. Podążając za ostatnim prezentem, reakcjami otoczenia i coraz głośniejszym głosem wewnętrznym, Sole postanawia podjąć wyzwanie i zacząć robić rzeczy, których do tej pory panicznie się bała. Jedną po drugiej. Dzień po dniu. 

Sztuka sięgania gwiazd to jedna z tych opowieści, które dosłownie mnie pochłonęły. Przeczytałam ją niemal na raz, właściwie od razu po tym, jak wpadła w moje ręce, a na dodatek na pewno zostanie ze mną na dłużej. Historia Sole, która stworzyła listę 100 lęków i każdego dnia stara się przełamywać jeden z nich, jest z jednej strony abstrakcyjna, z drugiej zaś całkowicie możliwa do zrealizowania. Uważam, że takie historie wyjątkowo chwytają za serce, bo właściwie wiemy, że nigdy nie przydarzą się nam, a z drugiej strony podskórnie czujemy, że MOGŁYBY nam się przytrafić! I nagle chcemy być trochę jak główna bohaterka, która wciąż się boi (jak my!), ale nie pozwala swoim lękom dłużej nad sobą dominować.

W tym właśnie zawiera się subiektywne poczucie, że książka jest "inspirująca", które stoi za fenomenem Sztuki sięgania gwiazd. 

Sama historia Sole zawiera kilka dość oklepanych schematów: bohaterkę, która wszystkiego się boi, szereg konfrontacji, których musi dokonać, by doszło do wielkiej przemiany, a to wszystko okraszone stratą i tym, jak możemy się z nią pogodzić. Podczas lektury widziałam klisze, ale, prawdę mówiąc, miałam je totalnie gdzieś. I moim zdaniem w tym miejscu przebiega granica między pozytywną, a negatywną oceną tej powieści. 

Uważam, że książka Chiary Parenti ma wszelkie szanse, by stać się światowym bestsellerem (o ile jeszcze nim nie jest). Podejmuje nośne tematy, z którymi każdy z nas kiedyś będzie musiał się zmierzyć. Pokazuje życie, które wiele z nas chciałoby wieść (mam tu na myśli to, w którym nie dajemy się własnym lękom, nie to, w którym skaczemy ze spadochronem. ;)). Daje nadzieję, że choć wszyscy bardzo się boimy, większość z naszych lęków dotyczy bardzo niegroźnych spraw. I wskazuje, jak wiele możemy sobie odebrać, gdy pozwolimy, by rządził nami strach. 

Dla mnie historia Sole była jak powiew ciepłego, wiosennego wiatru – niosła nadzieję i dużo energii. Polecam ją wszystkim, którzy, jak ja, motywacji szukają na zewnątrz i muszą wciąż się stymulować odpowiednimi treściami, by działać. Polecam też tym, którzy lubią historie o wyzwaniach i bohaterki, które biorą sprawy w swoje ręce i stają życiu naprzeciw. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 15  kwietnia!

środa, 8 kwietnia 2020

O co tyle hałasu? || Sally Rooney – „Normalni ludzie”



Ona i on: dwoje nastolatków, reprezentujących przeciwległe bieguny szkolnego życia. Sportowiec i outsiderka, gwiazdor i dziwaczka, dziewczyna z bogatej rodziny i chłopak, który nigdy nie znał swojego ojca. Dzieli ich wszystko, a  jednak w wyniku mieszaniny rozmaitych zdarzeń i emocji, ich drogi łączą się po raz pierwszy, by krzyżować się nieustannie na przestrzeni kolejnych lat. 

O Normalnych ludziach napisano już wiele. A dziś ja postanowiłam dołożyć swoje trzy grosze. 

Przede wszystkim książka Sally Rooney nie jest typową młodzieżówką, której fabuła poprowadzi nas przez szkolne korytarze i boiska sportowe, która z wyczuciem opowie zarówno o zabawie na imprezie, jak i sprzeczkach z rodzicami czy rodzeństwem. Normalni ludzie to teatr dwojga aktorów i opowieść wyłącznie o nich. Gdy inne tematy się pojawiają, stanowią tło lub służą do zobrazowania konkretnych emocji; nie angażują czytelnika i nie odwracają uwagi od sedna sprawy. Niezależnie w jakiej scenerii się znajdujemy, reflektory pozostają nieruchome: jasnym światłem wskazują, że chodzi o Connella i Marianne. 

I choć tak zaprezentowana książka może wydawać się nudna, absolutnie tak nie jest, a przynajmniej ja tego nie odczułam. Normalnych ludzi przeczytałam na raz – zaczęłam rano, skończyłam po południu i nie zrobiłam właściwie żadnej dłuższej przerwy. Kiedy weszłam w świat bohaterów, nie chciałam go opuszczać nawet na chwilę; być może jakoś podświadomie bojąc się, że zburzę atmosferę intymności, jaka stała się moim udziałem. Nie wiem, czy znacie takie uczucie, gdy ktoś, kto nie jest Wam jakoś bardzo bliski, nagle zaczyna opowiadać o czymś ważnym i macie wrażenie, że łączy Was cienka nić, której nie chcecie przedwcześnie zerwać. Zdarzyło mi się doświadczać tego w prawdziwym życiu i coś podobnego czułam podczas czytania książki Sally Rooney.

Kolejnym ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autorkę są przeskoki czasowe. Generalnie opowieść toczy się linearnie, kolejne rozdziały przedstawiają następujące po sobie wydarzenia, ale czasem zdarza się, że bohaterowie we wspomnieniach wracają do pewnych scen, które wcześniej nie zostały do końca nakreślone. Mamy wtedy długie, retrospektywne akapity, które nakreślają nam sytuację między postaciami i pozwalają lepiej zrozumieć moment, w którym się znaleźli. I tak jak zwykle nie lubię podobnych zabiegów, tym razem pasowały one do narracji, idealnie wpasowywały się w jej rytm.

Normalni ludzie są powieścią nietypową również ze względu na zapis dialogów, a konkretnie brak ich wyodrębnienia. Jeśli czytacie angielskie książki, możecie być przyzwyczajeni do pomijania myślników na początku wypowiedzi bohaterów, jednak tutaj nie ma nic – ani kresek, ani cudzysłowów, ani ostrych nawiasów. Cytaty zapisywane są jeden pod drugim, mamy też narratora, więc wiemy doskonale, która z postaci jest aktualnie przy głosie. A przez pominięcie dodatkowych znaków, opowieść toczy się nad wyraz płynnie i rytmicznie, jak strumień świadomości. Osobiście miałam wrażenie, że to wszystko dzieje się po prostu w czyjejś głowie, zdanie po zdaniu, scena po scenie. 

I tak naprawdę mogłabym zakończyć swój tekst na wychwalaniu technicznej strony tej powieści. A jednak jest jeszcze jeden, najważniejszy moim zdaniem aspekt – emocjonalny. Pewne sceny Normalnych ludzi zrobiły na mnie ogromne wrażenie - jedne ze względu na wyjątkową bliskość do moich przeżyć, inne dlatego, że są po prostu mocne. I choć na samym początku, czytając dialogi bohaterów myślałam sobie: "Rany, jak oni świetnie się komunikują!", szybko wyszłam z tego błędu i zrozumiałam, jak wiele w ich relacji pozostaje niewypowiedziane. Im dalej podążamy za Marianne i Connellem, tym bardziej widzimy, jak się miotają, jak często godzą się na coś, czego nie chcą, pozwalają, by ktoś inny kierował ich losem, gdy oni sami są sparaliżowani strachem czy oczekiwaniami. Wchodzimy coraz głębiej w ich życie i zaglądamy w coraz ciemniejsze miejsca. To boli, a przynajmniej mnie bolało w niemal namacalny sposób. 

I właśnie dlatego uważam Normalnych ludzi za fenomenalną powieść.


środa, 15 stycznia 2020

Ewelina Matuszkiewicz – „Biały latawiec”, „Noc komety”



Jeszcze w 2019 roku odezwało się do mnie wydawnictwo Skarabeusz z propozycją przeczytania Nocy komety, najnowszej powieści, która za ich sprawą pojawiła się na rynku. Akurat szukałam lekkich historii obyczajowych, które umilą mi okres świąteczny (jak już wiemy, nic z tego nie wyszło), więc postanowiłam spróbować prozy nieznanej mi dotąd autorki. Choć wiedziałam, że książki Eweliny Matuszkiewicz spokojnie można czytać w dowolnej kolejności, zamówiłam sobie również Biały latawiec, czyli pierwszą powieść autorki. I do takiego zestawu usiadłam wraz z początkiem stycznia.

Muszę przyznać, że nie wiedziałam do końca, czego się spodziewać. Powieści obyczajowych – to oczywiste, ale jakich dokładnie? Takich bardziej romantycznych, czy jednak bliższych sadze, która obejmuje wiele pokoleń i skomplikowane zawiłości między bohaterami? Muszę się Wam przyznać, że nie miałam konkretnego nastawienia i jestem bardzo mile zaskoczona tym, co finalnie otrzymałam, bo powieści Eweliny Matuszkiewicz to coś nietypowego, a rozwiązania, na które zdecydowała się debiutująca autorka są naprawdę ciekawe.

Cała opowieść rozpoczyna się od powrotu Mai, która do tej pory pracowała w stolicy, do domu dziadka w Kozienicach. Kobieta postanowiła zacząć wszystko od nowa, porzuca więc wielkie miasto na rzecz prowincji, jak to we współczesnych powieściach bywa. Jednak wydarzenia, które rozgrywają się na kolejnych kartach Białego latawca i które są w pewnym sensie kontynuowane w Nocy komety, są zdecydowanie bardziej niebanalne (o ile można w ogóle tak napisać). Książki Eweliny Matuszkiewicz są bowiem przebogate pod względem bohaterów, których losy splatają się i przenikają w niezwykłych okolicznościach, a związki te sięgają wielu lat wstecz.

Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób autorka odmalowała społeczność niewielkiej miejscowości. Opisywane przez Ewelinę Matuszkiewicz Kozienice mogą z powodzeniem symbolizować jakiekolwiek miasteczko na mapie Polski, a fabuła z pewnością się do niego dopasuje. Bardziej niż o miejsce chodzi tu bowiem o specyficzne relacje łączące mieszkańców, o ich codzienne spotkania, a także lokalną historię, która łączy bohaterów nierzadko od wielu pokoleń. Taki zabieg czyni z miejsca akcji niejako jednego z bohaterów, co nadaje książce bardzo przyjemnego charakteru. Jednocześnie miasteczko odmalowane jest na tyle plastycznie, że dla mieszkańców z pewnością będą to powieści wyjątkowe i bardzo bliskie. 

Chciałabym zwrócić uwagę również na styl autorki. Jest on bardzo prosty (zwłaszcza, że niedawno czytałam Nieświętego Mikołaja Magdaleny Kordel i mierzyłam się ze wspaniałymi, bogatymi zdaniami), jednak nie jest to wada, bo kolejne zdania płynnie się przenikają. Jest w sposobie opowiadania Eweliny Matuszkiewicz coś, co sprawia, że czujemy się zwyczajnie, swojsko, zupełnie jakbyśmy podglądali sąsiadów przez firankę lub słuchali plotek opowiadanych przez dobrą koleżankę. W powieściach obyczajowych bardzo lubię taki styl narracji i uważam, że zbliża on czytelnika do opisywanych wydarzeń. 







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Skarabeusz.

piątek, 3 stycznia 2020

Magdalena Kordel – „Nieświęty Mikołaj”

Jaśmina od dziecka miała niezwykły dar: gdy tylko nauczyła się robić na drutach, spod jej ręki zaczęły wychodzić przedmioty o niemal magicznym charakterze. Czapki, szaliki, rękawiczki – wszystko to zdawało się nie tylko żyć, ale też wchodzić w interakcje z osobą, która je nosi. Wielka szkoda, że los poskąpił naszej bohaterce wrażliwości w innych dziedzinach życia, bo być może zdołałaby uniknąć tragedii, która wywróci jej życie do góry nogami. A tak została z niczym, porzucona przez partnera, który zdążył wpakować ją w długi tak wielkie, że prawdopodobnie pochłoną cały jej majątek. Na szczęście, mimo straconych złudzeń, Jaśmina może liczyć na wsparcie przyjaciółek i rodziny, a także pewnego małego chłopca, z którym przypadkiem zetknął ją los.

Nieświęty Mikołaj to moje pierwsze spotkanie z prozą Magdaleny Kordel i muszę przyznać, że chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do jej stylu. Autorka pisze w bardzo bogaty sposób, a jej bohaterowie są rozgadani i skorzy do dygresji. Zdania są długie, rozbudowane i wymagają od nad chwili skupienia. Czy to wada? Absolutnie nie! W przeciwieństwie do wielu pisarzy, którzy silą się na rozbudowane akapity, nie umiejąc dobrze ich skonstruować, Magdalena Kordel robi to naprawdę zręcznie. Jestem jej stylem zachwycona!

Dodatkowo w parze z dobrym piórem idzie również umiejętność kreowania bohaterów i fabuły w sposób, który angażuje czytelnika. Zarówno wątek Jaśminy, jak i małego Julka, chwytają za serce i pochłaniają bez reszty. Chcemy odkryć, co się wydarzyło (w przypadku chłopca) i jak zakończy się trudna sprawa (w przypadku obojga). Losy bohaterów nas obchodzą i wywołują w sercu to szczególne poruszenie, którego tak bardzo szukamy w powieściach obyczajowych. I choć w tej książce Święta jako takie nie są najważniejszym elementem układanki, cały czas czujemy tę wyjątkową atmosferę: ciepło, bliskość, zrozumienie, wsparcie, na które mogą liczyć bohaterowie... 

A'propos wsparcia – jestem przeszczęśliwa, że na rynku mamy coraz więcej powieści obyczajowych, w których zamiast klasycznego romansu, stanowiącego lek na całe zło, mamy opowieść o sile jednostki i tej płynącej z otoczenia. O tym, jak ważne jest budowanie relacji z ludźmi, którzy będą przy nas również w złych chwilach i o tym, że wszystkie błędy można naprawić. To właśnie (do spółki ze stylem autorki) stanowi o wartości tej historii i o tym, że z pewnością jeszcze do niej wrócę. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

sobota, 2 listopada 2019

Cecelia Ahern – „PS Kocham Cię na zawsze”

Dosłownie kilka dni temu opowiadałam o PS Kocham Cię – choć wszyscy zdają się znać tę historię od lat (widziałam posty, w których dziewczyny przyznają się, ile razy czytały książkę i widziały jej ekranizację), ja dopiero niedawno przełamałam swoją niechęć i wreszcie po nią sięgnęłam. Opowieść spodobała mi się bardzo i chwyciła mnie za serce do tego stopnia, że niemal od razu zabrałam się za lekturę kolejnej książki.

PS Kocham Cię na zawsze stanowi kontynuację losów Holly, choć nie bezpośrednią – w ciągu kilku lat przerwy nasza bohaterka zdołała względnie ułożyć sobie życie. Pracuje w sklepie siostry i planuje zamieszkać ze swoim aktualnym partnerem, Gabrielem. Pogodziła się z wydarzeniami z przeszłości, co przypieczętowuje nagraniem podcastu o listach, które zostawił dla niej Gerry i o tym, jak pomogły jej przetrwać żałobę. Jednak ten ład w jej życiu jest wyłącznie pozorny, co wychodzi na jaw, gdy zgłasza się do niej grupa śmiertelnie chorych osób zainspirowanych jej historią. Każdy z nich chce na swój sposób skorzystać z tego pomysłu, żeby przygotować dla swoich najbliższych podobny prezent. I każdy chce, by to właśnie Holly mu w tym pomogła. 

Długo zastanawiałam się, co mogę powiedzieć o kontynuacji przygód Holly i ostatecznie stwierdzam, że moim zdaniem diametralnie różni się ona od PS Kocham Cię. Pierwsza książka była niezwykle ciepła, a jednym z najważniejszych elementów w niej zawartych było wsparcie, siła grupy, przyjaźń. W części drugiej mamy tego znacznie mniej, a kolejne wydarzenia przynoszą nam więcej smutku i... sama nie wiem, goryczy? Holly musi się mierzyć nie tylko z powracającymi wspomnieniami, ale również problemami w relacji. Jej przyjaciółki również są na innym etapie życia i mają mnóstwo bardzo poważnych problemów. Do tego każdy z umierających bohaterów wnosi do opowieści mnóstwo przygnębienia. 

Tym niemniej, choć książka wydaje mi się bardziej smutna niż poprzednia, niesie za sobą mnóstwo czystej życiowej mądrości. Znów wracamy do tematu nieuchronności śmierci, w dodatku z bardzo ciekawej perspektywy. Zwykle gdy mówimy o umierających pacjentach, skupiamy się na reakcjach i przeżyciach ich otoczenia oraz na tym, co mogą zrobić, by ulżyć pozostającym przy życiu najbliższym. Tymczasem Ahern oddaje głos chorym, którzy w swoich ostatnich chwilach kierują się rozmaitymi, ważnymi dla nich pobudkami. 

Ponadto bardzo spodobało mi się to, w jaki sposób została rozpisana główna bohaterka. Otóż okazuje się, że mimo wielu ważnych doświadczeń związanych z listami od Gerry'ego, Holly nie zmieniła się aż tak bardzo, jak tego potrzebowała. Nadal żyła umoszczona w pewnej strefie komfortu, która nie wymagała od niej nietypowych działań. Dopiero pojawienie się członków klubu pomoże jej przepracować śmierć Gerry'ego – choć paradoksalnie wszyscy obawiają się, że wsparcie umierających tylko pogorszy jej stan. 

Choć w moim mniemaniu PS Kocham Cię na zawsze jest bardziej przygnębiające niż pierwsza część, to wciąż bardzo udana i poruszająca kontynuacja. Historia Holly skręca w ciekawym kierunku, a Cecelia Ahern po raz kolejny udowadnia swoją niezwykłą wrażliwość w kreowaniu postaci. Stworzenie tylu bohaterów o tak różnych motywacjach, wymaga nie lada zmysłu obserwacji i znajomości ludzkiej psychiki. A ostatecznie po lekturze, choć możemy czuć się zmęczeni, jesteśmy też w jakimś sensie podniesieni na duchu.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

czwartek, 31 października 2019

Cecelia Ahern – „PS Kocham Cię”

PS Kocham Cię to historia-klasyk. Prawdopodobnie większość osób ją zna – czy to z wydanej 15 lat temu książki Cecelii Ahern, czy też z filmowej adaptacji z Hilary Swank i Gerardem Butlerem w rolach głównych. Ja jestem wyjątkiem (zawsze pod prąd, yay!), bo jak do tej pory nie miałam styczności z żadną wersji tej opowieści. Jest to o tyle dziwne, że prozę Ahern uwielbiam i czytałam wszystkie jej książki – oprócz tej najbardziej znanej...

Ale dość o mnie i moich dziwnych książkowych przygodach. Dla tych, którzy również jak dotąd nie znali tej opowieści powiem w skrócie, że książka opowiada historię Holly – młodej kobiety, której mąż zachorował na raka mózgu i ostatecznie zmarł. Bohaterka, co całkowicie zrozumiałe, załamuje się; jej życie po prostu rozsypuje się na kawałki. Z otępienia wyrywa ją dopiero tajemnicza koperta, czekająca w jej rodzinnym domu. Koperta zawierająca listy, które zostawił dla niej mąż. Przez kolejne 10 miesięcy Holly otwiera po jednym liście i wykonuje zawarte w nich zadania, przechodząc jednocześnie przez kolejne etapy oczyszczającej żałoby. Jej życie zmienia się na zawsze. 

Jest mi ogromnie przykro, że tak późno poznałam historię Holly, bo jestem pewna, że przez ostatnie lata wielokrotnie bym do niej wracała. To jedna z tych książek, które perfekcyjnie podnoszą na duchu i napawają optymizmem. Jest ciepła jak koc i doskonale nadaje się na jesienno-zimowe wieczory... a właściwie na pozostałe pory roku też! Mimo że główny wątek książki związany jest ze śmiercią, nie czyha na nas depresja; wręcz przeciwnie, dawno nie poznałam historii tak przepełnionej nadzieją. To opowieść o relacjach (przyjacielskich oraz rodzinnych), o odkrywaniu zupełnie nowej twarzy najbliższych, a także o nieuchronnych zmianach, pokonywaniu słabości i poszukiwaniu sensu w życiu. 

Oczywiście PS Kocham Cię to również historia miłosna o wielkim i bardzo silnym uczuciu. To, co łączyło Holly i Gerry'ego, było wyjątkowe, a opowieść Cecelii Ahern chwyta czytelnika za serce. Jeśli lubicie love story, to powinno Wam się spodobać, mimo że już od początku wiemy, że nie skończy się stwierdzeniem "Żyli długo i szczęśliwie".

Nie mam pojęcia, skąd Cecelia Ahern czerpie swoje pomysły, ale jedno jest pewne: to wielka radość, że została pisarką i wykorzystuje swój niezwykły talent do tworzenia mądrych i przejmujących historii. Każdy kto wrzuca powieści obyczajowe do jednego worka z erotykami, romansami i komediami romantycznymi (nie mam nic do tych gatunków, sama po niektóre sięgam!), powinien sięgnąć po jej książki i przekonać się na własnej skórze, że można z tych wszystkich elementów stworzyć naprawdę niezwykłą historię na poziomie, taką jak Sto imion, Kiedy Cię poznałam, czy właśnie PS Kocham Cię. 







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

wtorek, 29 października 2019

Kerry Fisher – „Posłuszna żona”

Dwie kobiety, dwie historie, jedna rodzina, która spycha je na margines. Lara i Maggie różnią się wszystkim: jedna jest wykształcona, sztywna i wiecznie spięta, stłamszona tyranią aroganckiego partnera, druga zaś, to kobieta prosta, ciepła, o wielkim sercu i pogodzie ducha. Ich mężowie są braćmi a one stanowią obcy element w zżytej, włoskiej rodzinie. Rodzinie, która, jak się okazuje, kryje niejedną brudną tajemnicę... 

Ciężko było mi ująć w słowa fabułę Posłusznej żony w taki sposób, by uwzględnić obie bohaterki, a jednocześnie nie zdradzić zbyt wiele i nie popsuć Wam zabawy z odkrywania sekretów rodziny Farinellich. Choć tak naprawdę w moim odczuciu opis okładkowy robi nam niepotrzebne nadzieje. Obiecana zagadka zostaje rozwiązana dość szybko, kolejne się nie pojawiają, a wątki obyczajowe nie są w stanie zafascynować na tyle, by mówić o czymś więcej niż lekkim znużeniu podczas lektury.

Być może czytam zbyt wiele thrillerów, ale jestem przyzwyczajona do konstrukcji fabularnej, w której napięcie rośnie powoli, ale kiedy już dojdzie do odpowiedniego poziomu, akcja zaczyna gnać jak szalona. Dlatego też jestem w stanie wynagrodzić autorom przydługie wstępy i niezbyt angażujące początki, jeśli tylko finisz książki wynagradza mi oczekiwanie. Tymczasem w Posłusznej żonie wszystko dzieje się niejako na odwrót. Na początku czytelnik nie czuje się pewnie w sytuacji rodzinnej, a do ciągłych napięć między bohaterami dochodzą dość skomplikowane relacje, w których musimy się połapać. Otrzymujemy zapowiedź tajemnicy, którą przyjdzie nam odkryć, a nadzieja z tym związana podtrzymuje nasze zaangażowanie. Tyle że rozdziały mijają, akcja dzieje się swoim rytmem, informacje wskakują na odpowiednie tory, a niedopowiedzenia powoli się rozwiewają. I nadal nie dzieje się absolutnie nic. Tempo jest podobne przez większość książki, z tym że brak zagadek w drugiej połowie sprawia, że odbieramy ją jako wolniejszą i nudniejszą od pierwszej.

Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest całkowicie beznadziejna lektura. Autorka porusza w niej wiele ważnych problemów związanych ze związkami i rodziną: brak akceptacji, tajemnice, terror psychiczny i fizyczny, patchworkowe relacje, nierówności społeczne... Bohaterowie są dobre wykreowani, to osoby z krwi i kości, które mają charakterystyczne cechy, reakcje i zachowania. Jestem zakochana w naprzemiennej narracji, ukazującej dwie tak różne perspektywy głównych bohaterek. 

A jednak nie sięgnęłabym po kolejne powieści autorki.

Być może rzecz leży w moim guście. Opis okładkowy sugeruje, że Posłuszna żona spodoba się fankom powieści Jojo Moyes i Diane Chamberlain. I chyba coś w tym jest, bo powieści obu pań również mi nie pasują. Nie mam nic do połączenia umiejętnie budowanego napięcia z wątkami obyczajowymi, ale monotonne prowadzenie akcji w połączeniu ze sztucznie lukrowanym zakończeniem to dla mnie problem nie do przeskoczenia. Książki Kerry Fisher pozostawiam zatem innym – może właśnie Tobie się spodobają?







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

niedziela, 27 października 2019

Agnieszka Olejnik – „Dworek w Miłosnej”, „Szczypta nadziei”



Zadbany dworek w stylu angielskim pozornie nie pasuje do wielkopolskiej wsi. A jednak stoi tam od dawna: zbudowany z wielkiej miłości, nienaruszony mimo wojny, doglądany przez ostatnią dziedziczkę, wiekową panią Bognę, oraz Antoniego – jej jedynego przyjaciela. Lecz, jak wiadomo, życie nie trwa wiecznie, a pani Bogna, jak do tej pory nie szukająca rodzinnego towarzystwa, musi zaplanować przyziemne sprawy. Malowniczy dworek postanawia zostawić w spadku dwóm krewnym: kuzynkom Adzie i Monice.

Dworek w Miłosnej to opowieść o wielu postaciach, których losy krzyżują się na terenie malowniczej posiadłości. Nie chcąc zdradzać zbyt wiele na temat fabuły powiem jedynie, że zawirowań obyczajowych nie zabraknie, a ścieżki bohaterów wielokrotnie skręcą w dziwnych kierunkach, przeplatając się nawzajem. Z resztą czego innego można by się spodziewać, skoro w Miłosnej znajdziemy szereg barwnych postaci: Monikę i Igora, których małżeństwo wisi na włosku, ich dzieci, Adę, samotną matkę dorastającego syna, a także wspomnianego już pana Antoniego, który jest przedstawicielem starszego, zupełnie innego pokolenia. W Miłosnej mieszają się różne energie i przekonania, młodość przeplata się ze starością, a dojrzałość niejednokrotnie przegrywa z dziecięcą wręcz naiwnością.

Jestem zachwycona tym, w jaki sposób historie bohaterów opisywanych w tym cyklu chwytają nas za serce. Przyznam otwarcie, że podczas lektury dość szybko rozdzieliłam sympatie i antypatie, a pewnym bohaterom kibicowałam znacznie bardziej niż innym. Zwłaszcza druga część wywołała u mnie wiele emocji (niekoniecznie pozytywnych), aż usiadłam i zaczęłam zastanawiać się nad tym, z jaką łatwością oceniamy ludzkie wybory. Czy to w fikcyjnych opowieściach, czy w prawdziwym życiu, wolimy wszystko upraszczać i widzieć świat czarno-biało, by jak najlepiej pasował do naszej wizji. A przecież o tak wielu czynnikach nie mamy zielonego pojęcia...

Czytając te książki uświadomiłam sobie jeszcze jedną rzecz, za którą kocham prozę akurat tej autorki. Jako nastolatka często sięgałam po powieści obyczajowe i choć były dla mnie ciekawe, rzadko pojawiały się w nich wątki, do których mogłam się jakoś odnieść, czy bohaterowie, z którymi dałabym radę się zidentyfikować. Tymczasem w powieściach Agnieszki Olejnik niejednokrotnie znajduje się przestrzeń na to, by opowiedzieć historie również młodszego pokolenia. To nie są obyczajówki wyłącznie o dorosłych i ich problemach; w większości książek autorki równie ważni są nastolatkowie oraz młodsze dzieci. Myślę sobie, że to cenne wątki, które nadają opowieści autentyczności i zupełnie nowego wymiaru w porównaniu do innych przedstawicieli gatunku.

Nie będę ukrywała, że Agnieszka Olejnik to jedna z moich ulubionych autorek powieści obyczajowych. Uwielbiam jej wrażliwość, sposób przekazu i to, w jaki sposób konstruuje swoich bohaterów. Dworek w Miłosnej oraz Szczypta nadziei wywołały we mnie sporo emocji; czasem nawet odkładałam książkę, bo, mówiąc wprost, bohaterowie tak bardzo mnie wkurzali. Nie dlatego, że coś było z nimi nie tak, przeciwnie – są wykreowani tak dobrze, że łatwo jest wczuć się w ich sytuację i zastanowić się, co zrobilibyśmy na ich miejscu (haha!). To jest właśnie (moim zdaniem) największa wartość powieści obyczajowych: pozwalają nam na przeżywanie pewnych emocji, nawet jeśli nasze życie nam ich nie dostarcza.


piątek, 2 listopada 2018

Elizabeth Gilbert – „Jedz, módl się, kochaj”



Kiedy Elizabeth Gilbert zdecydowała się na opisanie własnej przygody z wewnętrzną przemianą, prawdopodobnie nie spodziewała się, jaką popularność osiągnie jej książka i jak wiele kontrowersji wzbudzi wśród czytelników. Z jednej strony mamy sporą grupę osób, które uważają Jedz, módl się, kochaj za czczą gadaninę i pustą, pseudofilozoficzną opowieść. Są jednak i tacy, którzy dostrzegli w tej powieści coś więcej; coś, co zainspirowało ich do działania i pchnęło do ważnych, życiowych zmian. 

Do której grupy dołączyłam ja?

środa, 31 października 2018

Ewa Markowska – „Planeta Singli”



Cześć, mam na imię Kasia i oglądam polskie komedie romantyczne.

Właściwie nie wiem, czemu ta deklaracja zwykle wywołuje u odbiorcy dziwną reakcję. Wiele osób dziwi się, jak mi się to udaje, zupełnie jakby tego typu filmy wymyślono jako karę za grzechy. Tymczasem w moim życiu to jedna z najbardziej relaksujących rzeczy: usiąść na sali pełnej innych kobiet (choć oczywiście pozdrawiam panów, którzy pojawiają się na takich seansach i czerpią z nich przyjemność!) i przeżywać te same emocje: od śmiechu, po łzy. A jeśli dodatkowo mogę później wrócić do opowiadanej historii i poznać ją w wersji książkowej – jestem podwójnie szczęśliwa i podwójnie zainteresowana.

piątek, 8 czerwca 2018

5 serii obyczajowych idealnych na upały i wakacyjny relaks



Wystarczył tydzień upałów i jedna wizyta na plaży, żeby w moim czytelniczym mózgu coś się przestawiło: weszłam w tryb wakacyjny, w którym pozostanę najprawdopodobniej aż do jesieni. Kryminały, w których zaczytywałam się zimą, nagle przestały mi się podobać, za to zaczęłam tęsknie spoglądać na regał, który mieści moje ukochane serie obyczajowe. Jako że wakacje zwykle są czasem zmniejszonej aktywności wydawniczej, plan mam prosty: odkopię się z zaległości blogowych i wrócę do tych wszystkich wspaniałości...

poniedziałek, 7 maja 2018

Jak wyglądałby świat bez wody? || Maja Lunde – „Błękit” [przedpremierowo]




Historia pszczół to według mnie jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza!) książka 2016 roku. Przerażająca, mocna, otwierająca oczy na poważny problem, z którym wciąż trudno nam się mierzyć: wymieranie pszczół. W dodatku napisana po mistrzowsku, bo Maja Lunde ma wielki talent i wielką wrażliwość, które z powodzeniem wykorzystuje zgrabnie łącząc wątki obyczajowe i społeczne.  Możecie sobie wyobrazić, jak wielka była moja radość, kiedy dowiedziałam się, że ta wspaniała powieść jest jedynie początkiem cyklu, na który będą składać się cztery książki, a każda z nich podejmie jeden z tematów związanych ze zmianami klimatycznymi. Premiera drugiej już niebawem, więc nadstawcie uszy - oto nadchodzi Błękit.

sobota, 21 kwietnia 2018

Sofi Oksanen – „Norma”



Norma to niezwykła, młoda kobieta – jej włosy rosną w niebywałym tempie, a ponadto reagują na otoczenie wyczuwając emocje, intencje, a nawet... choroby. Świadoma zagrożeń matka dziewczyny przez całe życie starała się ją chronić, jednak dotarła do kresu swoich możliwości. Po tym, jak popełniła samobójstwo, osierocona Norma musi sama stawić czoła brutalnej rzeczywistości i intrygom, które przez lata były udziałem jej rodziców. 

niedziela, 14 stycznia 2018

Agnieszka Olejnik – „Cuda i cudeńka”



Bardzo dawno nie miałam w rękach pełnoprawnej powieści obyczajowej z gatunku tych lekkich i przyjemnych, które otulają jak dobry, miękki koc – od dłuższego czasu balansuję gdzieś w okolicach kryminałów i thrillerów, czyli powieści z trudnymi tematami, które wywołują wiele emocji. Potrzebowałam odmiany, potrzebowałam czegoś, przy czym będę mogła się wyluzować. I choć o tym, że pod choinką znalazłam właśnie powieść Agnieszki Olejnik, zdecydował przypadek, jestem bardzo zadowolona. Bo wszystko wskazuje na to, że właśnie takiej książki potrzebowałam.

czwartek, 6 lipca 2017

Cecelia Ahern – „Lirogon”




Czytałam wszystkie wydane w Polsce powieści Cecelii Ahern. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, niektóre zapadły w moją pamięć na stałe, o innych zdążyłam już zapomnieć. Najistotniejszy jednak pozostaje fakt, że dzięki całości swojego dorobku autorka należy do grona moich ulubionych. Jest w jej powieściach coś, co nie pozwala mi się od nich oderwać, a wszelkie zawarte w nich emocje przeżywam bardzo silnie i odbieram osobiście.

Po Lirogonie spodziewałam się bardzo wiele. Choć miałam książkę już przed premierą, złożyło się tak, że dopiero w ostatnich dniach udało mi się ją przeczytać. Przez te dwa miesiące zapoznałam się z wieloma recenzjami, a w większości z nich znajdowałam takie określenia jak "niezwykła", "zachwycająca" i "wyjątkowa". Czy dałam się złapać na zdanie innych? Być może, ale najwyraźniej mamy bardzo zbieżny gust, bo i ja skończyłam lekturę z poczuciem ogromnego zadowolenia.

Gdzieś w małej, leśnej chacie w południowo-zachodniej Irlandii mieszka dziewczyna, o której istnieniu wie tylko jedna osoba. Przed światem skryta jest nie tylko ona sama, ale również jej niezwykły dar: naśladownictwo. Niczym australijski ptak, lirogon, potrafi odtwarzać najrozmaitsze dźwięki. Gdy o jej obecności dowiaduje się para filmowców, Salomon i Bo, cały świat dziewczyny zmienia się w okamgnieniu: ludzie są nią oczarowani i chcą oglądać, poznawać jej możliwości. Czy, izolowana do tej pory, poradzi sobie w świetle reflektorów? 

Muszę przyznać, że na samym początku łatwo nie było: fabuła niezbyt mnie wciągnęła, a do tego jedna z bohaterek, Bo, budziła we mnie koszmarne pokłady złości. Nie cierpię takich ludzi jak ona, serio. Przecież ta kobieta przekracza wszelkie granice! Na szczęście w miarę klarowania się fabuły lektura szła mi coraz łatwiej. Nie, Bo nie zniknęła ani nie stała się mniej irytująca jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki; po prostu emocje, które wywoływała, zostały zastąpione przez całe szeregi innych. Dla osób mocno empatycznych z pewnością nie będzie to łatwa lektura: Laura jako bohaterka jest osobą bardzo wrażliwą, ale też niezwykle ekspresyjną: jej stany emocjonalne są bardzo silne i dobrze nakreślone. Cecelia Ahern słynie z wiarygodnego odzwierciedlania uczuć i mam wrażenie, że w Lirogonie wspięła się na wyżyny swoich możliwości.

A'propos uczuć – w jednej z recenzji spotkałam się z rozważaniem, czy Lirogon nie jest przypadkiem tanim, niedopracowanym love story. Moim zdaniem nie. Większość powieści Cecelii Ahern to w jakimś stopniu romanse, ale w wielu z nich ta płaszczyzna stanowi raczej tło niż główną oś fabuły. Moje ulubione Kiedy cię poznałam i Sto imion to książki o konkretnej fabule, w których rodzące się między bohaterami uczucie stanowi kwestię drugorzędną, nienachalny dodatek, który pięknie uzupełnia całość. To właśnie ma miejsce w Lirogonie. Zgodzę się, że nie mamy tu pełnego nakreślenia relacji i tego, jak jest budowana, jednak moim zdaniem na tym polega urok tej książki. Romans jest subtelny i delikatny jak sama Laura, idealnie do niej pasuje.

Jeśli chodzi o główną oś fabularną, bardzo podoba mi się to, w jaki sposób zostały w tej powieści pokazane programy typu talent show, w których nie liczą się uczestnicy, a kariery i pieniądze producentów i sponsorów. Osoba niezwiązana z show-biznesem zostaje rzucona na głęboką wodę i jest bardzo podatna na wszelkie zagrożenia: czuje ogromną presję, ufa nieodpowiednim ludziom i bardzo łatwo ją oszukać. Wmawia się jej, że wykorzystuje największą szansę swojego życia i że od jednego wydarzenia zależy całe jej życie, dzięki czemu stopniowo uzależnia się od swoich "dobroczyńców" podpisując umowy i zmuszając się do robienia rzeczy, na które nie ma ochoty. Moim zdaniem to trafne ujęcie rzeczywistości, a jego najlepszym potwierdzeniem jest to, jak wielu zwycięzców tego typu programów nie robi ostatecznie żadnej większej kariery.

Ogromną zaletą powieści są również wstawki z autentycznej pracy na temat lirogonów autorstwa Ambrose'a Pratta. Fragmenty, które wybrała autorka, idealnie współgrają z tekstem; widać wyraźnie, że Ahern inspirowała się tymi ptakami nie tylko przy wymyślaniu nietypowej zdolności swojej bohaterki, ale także kreując jej charakter oraz przyszłe losy. To świetne uzupełnienie powieści, które kieruje interpretacje czytelnika na odpowiednie tory.

Polecam, zachęcam, podaję dalej, aby jak najwięcej osób dowiedziało się o tej niezwykłej powieści. Jest dokładnie taka, jak mówią: niesamowita.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Agnieszka Olejnik – „A potem przyszła wiosna”



Znana twarz, zawrotna kariera, życie na świeczniku – dla wielu osób brzmi to jak spełnienie marzeń. Pola Gajda, rozpoznawalna aktorka, uwielbia swoją codzienność. W każdym razie uwielbiała do momentu, gdy jej partner wyniósł się bez słowa po tym, jak na pierwsze strony portali trafiła wiadomość o jego romansie. Utrata chybotliwego fundamentu w postaci związku szybko doprowadza Polę do załamania. Życie aktorki ratuje – o, ironio! – jej największy wróg.

Agnieszka Olejnik sięgnęła po znany we współczesnych powieściach obyczajowych motyw kontrastu między zawrotnym tempem życia w mieście, a spokojem wsi. Bohaterka chcąc nie chcąc trafia do miejsca, gdzie ma okazję zastanowić się nad swoim życiem i przyjrzeć mu się w pewnym sensie z dystansu. Jakie wartości do tej pory wyznawała? Czemu podporządkowała swoje życie? Niech nie zwiedzie Cię prostota tych pytań, bo droga Poli do zdrowej zmiany będzie długa i wyboista, naznaczona bardzo dużym cierpieniem. Bohaterka przestaje mówić, zamyka się w sobie i wpada w ciężką depresję, z której wychodzi bardzo małymi krokami. Co ciekawe, kontakt z taką postacią nie jest dla czytelnika męczący, choć często tak właśnie bywa – mimo że w książce pojawia się bardzo wiele negatywnych emocji, nie przeszły one bezpośrednio na mnie, czułam raczej zainteresowanie historią niż zniecierpliwienie.

Wspomniana dawka goryczy jest jednak tym, co odróżnia powieść od innych obyczajówek. Autorka nie boi się sięgać po tematy trudne i bardzo aktualne: zaczynamy od płytkich relacji i życia na pokaz, brniemy przez próby samobójcze i depresje, a kończymy gdzieś w mrocznych zakamarkach traum z dzieciństwa. Mimo że podczas lektury wyczuwamy podskórnie pozytywne zakończenie (zwłaszcza jeśli mamy za sobą dużo książek z gatunku), to jednak emocje nam towarzyszące są naprawdę różnorodne.  

Bohaterowie Agnieszki Olejnik na pierwszy rzut oka mogą wydawać się prości i schematyczni, a jednak każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Stopniowo odkrywamy ich tajemnice, historie, osobowości. Autorka skrupulatnie kreśli portrety najważniejszych osób i dba, aby relacje między nimi były odpowiednio wyważone. Warto pamiętać, że A potem przyszła wiosna nie jest wyłącznie historią Poli Gajdy – w książce mamy dwoje narratorów, a zatem dwójkę pełnowartościowych bohaterów. Jej wybawiciel również zdążył zatracić się w wielkomiejskim życiu, choć jest w nieco lepszej sytuacji: ma odskocznię, która pozwala mu nabrać dystansu. Mimo tej pozornej przewagi, bohaterowie rozwijają się i zmieniają równolegle, dążąc do satysfakcjonującego zakończenia.

Znów tylko i wyłącznie zachwyty. Ale co mogę zrobić, skoro tak bardzo cieszę się, że są na rynku wartościowe i dobre powieści obyczajowe? Zostały mi do nadrobienia już tylko dwie starsze powieści Agnieszki Olejnik – spodziewam się po nich wszystkiego, co najlepsze. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Cecelia Ahern – „Podarunek”

Lou Shuffern już dawno przestał panować nad własnym życiem: lawiruje między obowiązkami, zawodową rywalizacją i domem, w którym jest raczej gościem niż stałym bywalcem – w każdym razie jeśli chodzi o to, gdzie przebywa myślami. Jego największym marzeniem jest móc znajdować się w dwóch miejscach jednocześnie. Niewykonalne? Ależ skąd! Życie Lou zmieni się całkowicie, gdy w odruchu dobrej woli zatrudni w swojej firmie przypadkowo napotkanego bezdomnego, Gabe’a. Ten niepozorny człowiek pomoże mu dostać to, czego Lou tak naprawdę chce.

Hej, czy jest tu jeszcze ktoś, kto nie wie, że uwielbiam książki Cecelii Ahern? Trąbię o tym za każdym razem, w każdej kolejnej recenzji, niezależnie od tego, czy ta akurat powieść spodobała mi się bardziej, czy mniej. Choć do tej pory żadna historia jej autorstwa nie dorównała tej (moim zdaniem) najlepszej, czyli Stu imionom, czekałam dzielnie. Wiedziałam, że w miarę poznawania wznowień i nowości odszukam kolejną perełkę, którą będę mogła się zachwycać i sięgać po nią kilka lub nawet kilkanaście razy. Czekałam, czekałam i wreszcie jest – Podarunek, który gdzieś tam kiedyś mignął mi w starym wydaniu, a teraz wreszcie trafił i na moją półkę, listę czytelniczą, a ostatecznie także do mojego serca.

Od razu uprzedzam: nie obiecuję cudów. Jeśli ktoś czyta dużo obyczajówek z realizmem magicznym albo ogląda kino familijne, dostrzeże tutaj pewnie schemat na schemacie. Ja też je widzę i uważam, że wszystko można obrócić zarówno na korzyć, jak i na niekorzyść książki, a wiele zależy od ogólnego wrażenia. To znaczy: jeśli książka do nas trafi, wybaczymy jej te schematy, a jeśli nie – będą dla nas tym bardziej uciążliwe. Tutaj mamy do czynienia z formułą quasi-legendy, gdzie główna historia jest opowiadania konkretnej osobie w konkretnym, wychowawczym celu. Wyraźny jest świąteczny klimat, który z jednej strony bardzo dobrze się prezentuje, z drugiej ma w jakimś stopniu usprawiedliwiać element magiczny. No i wreszcie główny bohater i jego życie – brak czasu dla rodziny, zabieganie i ogólne chamstwo to również dość powszechna klisza, którą sama widziałam nie raz.


- O, przepraszam. Jestem Gabe. – Wyciągnął rękę. – Gabriel, ale każdy kto mnie zna, nazywa mnie Gabe.
Lou wyciągnął rękę i uścisnęli sobie dłonie – ciepła skóra rękawiczki i zimna skóra bezdomnego.
- Jestem Lou, ale każdy, kto mnie zna, nazywa mnie palantem.[s.38]


Co w takim razie jest w tej książce AŻ TAK wyjątkowego? Po pierwsze każdą historię można opowiedzieć lepiej lub gorzej, a Cecelia Ahern zrobiła to wspaniale. Opowieść idealnie wpasowuje się w jej styl i reprezentatywnie odzwierciedla dotychczasowy dorobek: autorka zawsze wie, którą strunę w czytelniku poruszyć, by wywołać w nim emocje. Po drugie bardzo podoba mi się sposób, w jaki zostały wprowadzone elementy magiczne – tak jak wspomniałam, ładnie wpasowują się w ogólny klimat, ale książka nimi nie epatuje; to nie jest w całej opowieści najważniejsze. I wreszcie największa, moim zdaniem, zaleta: mimo humoru i ogólnie familijnego wydźwięku, książka nie jest słodka. Patrząc z perspektywy całości, znając już zakończenie, mogę nawet powiedzieć, że jest tu sporo goryczy.

Mnie Podarunek przekonał w stu procentach, bo miks stylu autorki z pomysłem, realizmem magicznym i klimatem miał odpowiednie proporcje i wypadł idealnie. Już po lekturze doszłam do wniosku, że to byłby dobry materiał na film – wiecie, taki, który leci w drugi dzień Świąt albo w niedzielę przed południem na Polsacie. Lekki, niezobowiązujący, czasem zabawny, czasem gorzki, ale z fajnym morałem bez zbędnego nadęcia. Uwielbiam takie historie, jeśli tylko są dobrze opowiedziane. Ta jest, spełnia więc wszystkie warunki, aby Wam ją polecić.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

wtorek, 8 listopada 2016

Agnieszka Olejnik – "Szczęście na wagę"

Choć z reguły siadam do pisania opinii zaraz po zakończeniu lektury (a czasem nawet jeszcze w trakcie kreślę poszczególne akapity, aby żadna myśl mi nie uciekła), tym razem musiałam dać sobie trochę czasu na ochłonięcie i zebranie się do kupy. Na szczęście już jestem, już się zebrałam. I chcę więcej – takich właśnie dojrzałych powieści o kobietach i dla kobiet.

Czterdzieści lat na karku, całkowite poświęcenie dla rodziny, a w zamian brak wdzięczności od wiecznie nieobecnego męża i zbuntowanej nastoletniej córki – tak z pewnością prezentuje się codzienność niejednej kobiety, w tym Ewy, głównej bohaterki powieści. Wydawać by się mogło: jest źle, ale stabilnie, więc w gruncie rzeczy nie ma na co narzekać, czasem jednak potrzeba czegoś więcej. Ewa dojrzewa powoli do wprowadzenia w swój świat pewnych zmian i chciałaby robić to stopniowo, los ma jednak dla niej zupełnie inne plany: w jednej chwili wali się jej małżeństwo, w dodatku dokładnie w momencie pewnej dramatycznej decyzji córki, czyli wtedy, gdy dziewczyna wymaga największej i najbardziej stabilnej rodzicielskiej opieki. Czy Ewie uda się pogodzić to, co odkrywa w sobie, z potrzebami, jakie mają inni członkowie jej rodziny? Czy odnajdzie w tym wszystkim swoją własną, szczęśliwą drogę?

Dylemat, przed jakim staje główna bohaterka powieści, jest moim zdaniem zawsze aktualny. Nawet jeśli odjąć od tematu dość specyficzną i skrajną sytuację córki, Ewa funkcjonuje w trudny i niestety bardzo powszechny sposób. Swoją codzienność dzieli pomiędzy męża i dziecko, od wielu lat ukrywając własne potrzeby, które dopiero teraz stopniowo dochodzą do głosu. Wreszcie kobieta zaczyna dostrzegać samą siebie i pozwala sobie na to, aby budować coś własnego. Ma swoje drobne tajemnice i zajęcia, które sprawiają jej przyjemność, a o których nie wie nikt z domowników. Stopniowo kształtuje swoją tożsamość i odrębność.

Nie jest to jednak typowa książka o dojrzewaniu, czy też raczej zmianach zachodzących u kobiety w średnim wieku. W wielu podobnych opowieściach mamy do czynienia ze schematem: pojawia się zdarzenie, które wyzwala w kobiecie coś, o czym dotąd nie miała pojęcia i zapoczątkowuje jej wewnętrzny rozwój, który przebiega bardzo spektakularnie. Ewa ma jednak pecha: oprócz tego, że coś zmienia się w niej samej, również otoczenie musi zostać przeorganizowane, co nie pozwala na postawę "teraz liczę się tylko i wyłącznie ja". Związek, którego bohaterka nie miała w planach "ruszać" nagle okazuje się być zupełnie inny, niż sądziła, a sytuacja jej córki sprawia, że kobieta jest jej potrzebna znacznie bardziej niż dotychczas. Dzięki tym elementom opowieść o Ewie nabiera nowego wymiaru, jakim jest poszukiwanie przez kobietę takiego miejsca w życiu, w którym będzie mogła realizować swoje potrzeby, będąc jednocześnie wsparciem dla tych, którzy są jej najbliżsi. Takie mniej rewolucyjne podejście do problemu wydaje mi się znacznie bardziej autentyczne.

Temat podjęty przez Agnieszkę Olejnik jest powszechny, jednak opowieść absolutnie nie jest typowa czy też nudna. Książkę czyta się bardzo szybko, strony właściwie przewracają się same i nie czujemy znużenia, mimo że tematyka z pozoru nie należy do porywających. Ważną rolę odgrywa w tym wszystkim sposób, w jaki autorka kreuje swoje postaci, a także jak ujmuje ich przeżycia: z jednej strony z dużą wrażliwością, z drugiej zaś – bardzo autentycznie. Wciąż nie jestem w stanie stwierdzić, na czym to dokładnie polega, ale niektórzy pisarze opowiadają o emocjach tak, że czytelnik automatycznie kojarzy je ze swoimi doświadczeniami i współodczuwa. Dokładnie coś takiego ma miejsce w przypadku Szczęścia na wagę, co jest moim zdaniem ważnym elementem dobrej powieści obyczajowej. 

Kolejny raz powiem, że za sprawą książki Agnieszki Olejnik spotkało mnie zaskoczenie, jednak nie chodzi o poziom, czy też o samą treść. Jestem po prostu pod wrażeniem, jak wszechstronną pisarką okazuje się być autorka: po hipnotyzującej Nieobecnej, która balansowała na granicy prawdopodobieństwa, ale za to niesamowicie przyciągała czytelnika, tym razem otrzymaliśmy powieść bardzo mocno osadzoną w rzeczywistości. Realną do bólu, chciało by się rzec, zwłaszcza że poziom opisu emocji i relacji jest w Szczęściu na wagę naprawdę niesamowity – ja najzwyczajniej w świecie się przy niej rozpłakałam. Tak jak wspomniałam na początku, moim zdaniem książka realizuje w całości założenia dobrej literatury kobiecej i życzyłabym sobie, aby więcej takich tekstów pisano i wydawano. Wam oczywiście serdecznie polecam.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.