środa, 19 czerwca 2019

James Wallman – „Rzeczozmęczenie”



Czy macie czasem poczucie, że Wasza przestrzeń jest zagracona przedmiotami, których w większości nie używacie? Czy zdarza się Wam szukać w kuchennej szufladzie jakiejś rzeczy i co rusz wyciągać takie, które nawet nie wiecie, do czego służą? A może Wasza szafa jest przeładowana, a mimo to ciągle "nie macie co na siebie włożyć"? James Wallman powiedziałby krótko: Diagnoza? Rzeczozmęczenie!. Dość popularna sprawa w dzisiejszych, nastawionych na konsumpcję, czasach.

Czytałam już wiele książek dotyczących minimalizmu. Ich autorzy zwykle prezentują radykalne podejście i oferują nam filozofię redukcyjną, często nie tłumacząc, dlaczego powinniśmy właśnie ku niej się skłonić. Obcując z minimalistami przez interenet często miałam wrażenie, że wiele rzeczy robią na pokaz i choć ich postawa jest przeciwna do tej prezentowanej przez materialistów, w gruncie rzeczy kierują nimi podobne pobudki. Pod tym względem Rzeczozmęczenie różni się od innych książek. Skupia się bowiem na tłumaczeniu, skąd pochodzi kultura konsumpcyjna, dlaczego doprowadziła nas do przesytu i, co najważniejsze, w jakim kierunku możemy pójść, jeśli czujemy się tym wszystkim przytłoczeni. 

To właśnie alternatywa dla materializmu jest najciekawszym elementem książki. Eksperientalizm, bo tak nurt ten nazywa James Wallman, ma zaspokajać te same potrzeby co przywiązanie do przedmiotów, jednak jednocześnie pozwala nam na skupienie na tym, co daje znacznie bardziej stabilne poczucie szczęścia – na przeżyciach. Choć pozornie mniej trwałe, dają znacznie więcej satysfakcji, w dodatku ich "kolekcjonowanie" podnosi nasz status społeczny na dłużej. Autor przytacza szereg przykładów, które wskazują, że dla wielu osób doświadczanie staje się najważniejszym celem życia; tak istotnym, że decydują się na przykład na życie w trudniejszych, ale bardziej stymulujących warunkach. 

Od razu widać, że autor doskonale porusza się w tematach ekonomii i socjologii. Z resztą nie ma w tym niczego dziwnego, zawodowo zajmuje się bowiem prognozowaniem trendów, a więc analizą zachowań konsumentów. O zakresie swojej wiedzy opowiada ciekawie i z pasją, posługując się wieloma, często zabawnymi przykładami. Niestety gdzieś pomiędzy jedną ideą a drugą znajduje się cała masa niepotrzebnego bełkotu. To brzmi brutalnie, wiem, ale pod koniec książki zdarzało mi się omijać całe strony, bo nie byłam w stanie dłużej czytać powtarzanych w kółko tych samych tez i przykładów. Wydaje mi się, że gdyby książka była o 1/3 krótsza, nie straciłaby na treści, a czytałoby się ją znacznie lepiej.

To właśnie przez te, nie do końca dla mnie jasne, powtarzalne końcowe rozdziały, nie jestem w stanie jednoznacznie określić gatunku, jaki reprezentuje Rzeczozmęczenie. Nie jest to książka popularno-naukowa, bo więcej mamy tutaj przykładów empirycznych niż badań. Nie jest to poradnik, choć znajdziemy tu jeden niezbyt obszerny rozdział ze wskazówkami młodego eksperientalisty. Mimo wszystko jest to jedna z bardziej rzeczowych książek na temat minimalizmu, jaką miałam okazję czytać, ale zaznaczam, że wiąże się to z dużym naciskiem na teorię, a nie każdy musi to lubić.


niedziela, 16 czerwca 2019

Dima Garbowski – „Polak z Ukrainy”

W Polsce mieszka już ponad milion Ukraińców, a szacunki ekspertów wskazują, że liczba ta w najbliższych latach będzie bardzo szybko rosła. Choć nie jesteśmy potęgą ekonomiczną, dla naszych wschodnich sąsiadów nasz kraj stanowi stabilną, bezpieczną przystań, która pozwala na zdobycie pracy i osiedlenie się. Nasze języki i kultury są podobne, łatwiej więc emigrantowi zaaklimatyzować się w nowym środowisku, a w razie, gdyby coś poszło nie tak, powrót nie jest tak daleki i trudny jak z krajów Zachodu. Polska nie jest może rajem, ale solidną alternatywą – to wystarcza. 

Wśród setek tysięcy podróżnych z Ukrainy, znalazł się również autor naszej książki. Dima wraz z żoną i córką zostawił swoją codzienność i postanowił przenieść się do stabilniejszego kraju, do Polski. Nie jest uchodźcą politycznym, nie przyjechał do nas za pracą. W ojczyźnie wiodło mu się całkiem przyzwoicie: miał dobrze prosperującą firmę, mieszkanie i przyjaciół. A jednak zaryzykował w imię jeszcze lepszych perspektyw. Dziś ma stabilną pracę, mieszkanie i kanał na Youtubie, gdzie opowiada o szoku kulturowym, stereotypach, a także różnicach i podobieństwach między naszymi krajami.

Książka, która powstała jako kontynuacja i owoc kanału, stanowi zapis codzienności Dimy i jego rodziny od podjęcia decyzji o emigracji, poprzez przygotowania, aż do ustabilizowania swojego życia w naszym kraju. To historia o blaskach i cieniach losu emigranta, a także absurdach, jakie napotyka na swojej drodze. Dowiemy się z niej, z jakimi kosztami (faktycznymi i ukrytymi) wiąże się legalne osiedlenie w naszym kraju, jakie są potencjalne trudności, na które trzeba się przygotować (i ile jest takich, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć), a także jak przebiega proces aklimatyzacji od strony społecznej. Dla kogoś, kto nigdy nie opuszczał swojego kraju to wiedza tyleż ciekawa, co abstrakcyjna. Za to zdobywana z wielką przyjemnością!

Przyznaję się bez bicia, że nie zwróciłam na tę książkę uwagi, mimo że migała mi w zapowiedziach kilkukrotnie. Do lektury skłonił mnie dopiero podesłany przez Wydawnictwo fragment, który zawierał swego rodzaju checklistę z podobieństwami między polskimi a ukraińskimi domami. Wśród nich między innymi jedzenie wszystkiego z chlebem (bo bez chleba się nie najemy!), trzymanie w domu reklamówki pełnej... innych reklamówek, a także zostawianie starych ubrań do noszenia "po domu". Nie wiem jak Wy, ale w moim domu rodzinnym działa w 100%. I choć w naszym pokoleniu te "tradycje" zanikają (zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie), jakoś tak ukłuł mnie sentyment, poczułam więź z autorem i bohaterem opowieści i postanowiłam sprawdzić, co ma do powiedzenia.   

Polak z Ukrainy to krótka, lekka i przyjemna lektura, która nie raz wywoła uśmiech na Waszych twarzach. Z jednej strony oswaja przybyszy zza wschodniej granicy, z drugiej zaś pozwala inaczej spojrzeć na nasz kraj. Patrząc oczami Dimy i jego rodziny możemy zobaczyć zupełnie inną Polskę –piękniejszą, spokojniejszą, znacznie bardziej przyjazną, niż dostrzegamy na co dzień. I to jest moim zdaniem prawdziwa wartość płynąca z lektury. Owszem, jest tu wiele absurdów i słodko-gorzkich fragmentów, ale to nie one dominują. Obraz Polski, który z nami zostaje jest zdecydowanie pozytywny.







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

środa, 5 czerwca 2019

Książka czy serial? || Caroline Kepnes – „Ty”

Thrillery przyciągają mnie jak magnes, choć raczej w wersji książkowej niż filmowej. Zdecydowanie wolę literackie sposoby budowania napięcia i kreację bohaterów zależną od innych czynników niż gra aktorska. I gdyby nie jedna z moich koleżanek, która namiętnie ogląda seriale, prawdopodobnie w ogóle nie sięgnęłabym po netfliksowy przebój, a ten z kolei nie miałby szansy przekonać mnie do sięgnięcia po książkę Caroline Kepnes. Jestem więc bardzo szczęśliwa i wdzięczna, bo ominęło by mnie coś naprawdę dobrego.

Główna oś zdarzeń jest taka sama dla książki i serialu: oto tajemniczy księgarz Joe Goldberg spotyka na swojej drodze uroczą studentkę Guinevere Beck. Niemal od razu zaczyna mieć na jej punkcie obsesję: śledzi ją, gromadzi informacje na jej temat i robi wszystko, by znaleźć się jak najbliżej niej. Jest spokojny, metodyczny i gotów na wiele, byleby dostać się do jej świata. A niczego nieświadoma Beck, choć sama ma wiele tajemnic, staje się ofiarą manipulacji ze strony psychopaty.

Obie wersje opowieści o Joem i Beck łączy nietypowa perspektywa; wszystko rozgrywa się jakby w głowie głównego bohatera. Oprócz standardowej narracji pierwszoosobowej mamy też pełen wgląd w myśli i odczucia Joego. WSZYSTKIE myśli i odczucia, co jest totalnie chore i robi na odbiorcy mocne wrażenie. To prawdziwy strumień świadomości, często galopujący w dziwne rewiry, a przede wszystkim odbiegający od myśli przeciętnego Kowalskiego. I choć przez ten zabieg książka traci na dynamizmie, moim zdaniem zyskuje wzamian zupełnie nowy, interesujący wymiar. Mamy okazję zajrzeć w umysł psychopaty i na bieżąco obserwować jego reakcję zarówno wtedy, kiedy wszystko idzie tak, jak zaplanował, jak i wtedy, gdy do jego myśli wdziera się panika. 

Jest to jedna z tych książek, które obok trzymającej w napięciu fabuły, niosą też silną przestrogę przed współczesnym światem. Właściwie cała historia oparta jest o ilość danych na swój temat, które udostępniamy w internecie. Gdy Beck traci telefon, Joe zyskuje dzięki niemu dostęp do najintymniejszych sekretów z jej życia: dzięki mailom, które dziewczyna wymienia z przyjaciółkami, jest w stanie zbliżyć się do niej i odpowiednio dopasować swoją postawę do jej reakcji. Książka porusza również temat kreowania swojego wizerunku w internecie i nie tylko – szeroko pojęta manipulacja to właściwie główny wątek Ty.

Na sam koniec muszę wspomnieć o genialnym tłumaczeniu, którego autorem jest Jacek Żuławnik. Świetna robota, Panie Jacku! To chyba pierwsza książka, w której wulgarny język zupełnie mnie nie raził, a wręcz przeciwnie, był bardzo naturalny. W tekście znalazło się wiele potoczyzmów i polskich idiomów, które pasują do ogólnego języka bohaterów. 

Nie będę ukrywała, że zarówno książka, jak i film są dość specyficzne – nietypowa perspektywa, mocne, brutalne sceny i nierówne tempo akcji to cechy charakterystyczne obu odsłon opowieści. Sądzę, że w naturalny sposób serial znajdzie większe grono odbiorców (jest łatwiejszy w odbiorze), ale moim zdaniem książka jest równie fenomenalna. Dla osób, które uwielbiają babrać się w psychice szaleńców i którym nie straszne obrzydliwe ciągi zdarzeń i myśli, to będzie coś wspaniałego. Nie wiem, od której wersji lepiej jest zacząć. Ja najpierw sięgnęłam po serial i jestem zadowolona. 






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Jeszcze zmienisz zdanie! || Edyta Broda – „Szczerze o życiu bez dzieci”



Kiedy dziecko? Odwieczne pytanie, które pojawia się magicznie w naszym życiu, gdy osiągamy pewien wiek czy status związku, nobilitujące nas w oczach otoczenia do grona przyszłych rodziców. I choć nie ma na nie dobrej, dyplomatycznej odpowiedzi, istnieje jedna, która skutecznie podniesie temperaturę i tempo rozmowy: wystarczy powiedzieć, że dziękujemy pięknie, ale dzieci mieć nie planujemy.

I choć możemy uważać, że to postawa dziwna, nienaturalna i zła, fakty są następujące: coraz więcej par decyduje się w sposób świadomy na nie posiadanie dzieci. Powody są różne: uważają, że nie będą dobrymi rodzicami, nie stać ich na to, nie chcą rezygnować z dotychczasowego życia, chorują przewlekle, co ich osłabia lub mają groźne choroby genetyczne, problemy z płodnością, uważają, że planeta i tak jest przeludniona... Tak naprawdę nie ma znaczenia, dlaczego to robią. Nie powinni być o to nagabywani, nie powinni musieć się tłumaczyć z własnych, autonomicznych decyzji.


Gdy pada pytanie o dzieci, czasem wystarczy rzucić: „W tej chwili nie planujemy. Jeżeli coś się zmieni, damy znać.” i zatkać sobie usta sernikiem albo kutią. Nie ma sensu obwieszczać, że „nigdy, przenigdy”, bo to brzmi jak sygnał do rozpoczęcia wojny. Natychmiast znajdą się obrońcy życia niepoczętego, a nawet niepomyślanego i przepuszczą kontratak, a wtedy klops! [s. 267]


Edyta Broda, autorka omawianej dzisiaj książki (o której zaraz powiem kilka słów, nie mogłam się jednak powstrzymać od ideologicznego wstępu), jest blogerką. Prowadzi witrynę Bezdzietnik, gdzie tworzy przestrzeń właśnie dla osób, które świadomie zdecydowały się na nie posiadanie dzieci. Znajdziemy tam teksty z wielu różnych obszarów: o prawie czy podróżach, ale też o zwykłych, życiowych tematach. Szczerze o życiu bez dzieci stanowi swego rodzaju przedłużenie bloga, jego naturalną konsekwencję, ale też (dla tych, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z działalnością Edyty) zajawkę tego, jaki różnorodne treści można znaleźć na Bezdzietniku.

Książka podzielona jest na trzy zasadnicze części. W pierwszej znajdziemy wprowadzenie i ogólne omówienie tematu bezdzietności. Autorka odnosi się w niej do historii powszechnej i stara się odpowiedzieć na pytanie, kiedy tak naprawdę ukształtował się obecny model społeczny. Wiele miejsca jest tu poświęcone sytuacji kobiet, ich prawu do samostanowienia. Druga część zawiera wywiady z bezdzietnymi. Nie zawsze "z powołania"; mamy tutaj zarówno osoby, które od zawsze wiedziały, że nie chcą mieć dzieci, jak i kobiety, u których ta decyzja rodziła się w bólach i wynikała z różnych okoliczności. To bardzo ważne i cieszę się, że autorka zdecydowała się pokazać różne podejścia, bo będzie to cenne zwłaszcza dla osób nastawionych do tematu negatywnie. Z kolei trzecią część stanowi zbiór felietonów, które w lekkim stylu poruszają wiele różnych aspektów bezdzietności.

Na początku nie byłam pewna, czy jest do dla mnie jakiś wielki must read – wkładałam książkę do koszyków w internetowych księgarniach, potem usuwałam. Jednak kiedy nadarzyła się okazja, by wziąć ją w ręce i przeczytać kilka stron, od razu wiedziałam, że to jest to. Kupiłam, pochłonęłam w 1,5 dnia i jest mi smutno, bo w moich odczuciu Szczerze o życiu bez dzieci jest po prostu za krótkie. Tematów jest mnóstwo, aspektów bezdzietności jeszcze więcej, a Edyta pisze tak lekko i z takim wyczuciem (poważnie, gdy trzeba, z ironią gdy komuś musi dostać się po głowie i całkiem luźno, gdy temat na to pozwala), że mogłabym czytać, czytać i czytać.


(...)„Skoro nie masz dzieci, to skąd możesz wiedzieć, że ich nie chcesz? Nie masz pojęcia, jak wygląda życie rodziców”. Szach-mat, bezdzietni! Z tej logicznej pułapki już się nie wyplączecie. No, nie możecie tego wiedzieć. By przekonać się o tym, jak bardzo nie chcecie dzieci, musicie je sobie sprawić. [s. 250]


Niezależnie czy dzieci macie, czy też nie; czy planujecie je mieć, czy też przeciwnie – Waszym głównym celem jest trzymanie się od nich z daleka, uważam, że ta książka będzie dla Was cenna. Im więcej będziemy mówić o osobach, które (podkreślam – z różnych względów) nie posiadają potomstwa i nigdy nie będą go miały, tym większa jest szansa, że przestaniemy wchodzić im do łóżek, macic i domów, które przecież powinny być spokojną ostoją. Bo tak naprawdę to nie nasz biznes, jakie decyzje podejmują ludzie z naszego otoczenia, a pytanie Kiedy dziecko? powtórzone x razy potrafi przynieść naprawdę wiele złego.