Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Remigiusz Mróz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Remigiusz Mróz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2020

Spotkanie po latach: Remigiusz Mróz – „Chór zapomnianych głosów”

Postęp technologiczny dokonał kolejnego skoku, a mieszkańcy Ziemi stojący w obliczu nieznanych dotąd zagrożeń wysłali w przestrzeń kosmiczną szereg misji badawczych. Pogrążone w kriostazie załogi podróżują na zautomatyzowanych statkach, by w przyszłości wybudzić się i poznawać tereny odległe od Ziemi o setki lat świetlnych. Jednak nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem... Na jednym z okrętów z głębokiego snu budzi się Håkon Lindberg, a pierwszym obrazem, jaki widzą jego oczy, jest kończąca się rzeź członków załogi. Oprócz niego żywa jest tylko jedna osoba – nawigator Dija Udin Alhassan – i to u jego boku przyjdzie mu walczyć o rozwiązanie kosmicznej zagadki. Czyżby w kosmosie istniało inteligentne życie? I co takiego wydarzyło się na pokładzie promu?

Chór zapomnianych głosów był jedną z pierwszych książek Remigiusza Mroza, jaka trafiła w moje ręce. Stare wydanie, niepozorna książeczka, która ukazała się nakładem Genius Creations, trafiła do mnie po tym, jak zachwyciłam się pierwszymi częściami Parabellum. To były czasy, gdy Remigiusz Mróz nie był jeszcze znany, a blogosfera walczyła o to, by trzeci tom historycznego cyklu mógł się w ogóle ukazać (tak, wiem, że dziś jest to kompletnie niewyobrażalne, bo rynek pochłania i przyjmie Mroza w każdej ilości). W każdym razie byłam bardzo ciekawa, jak odbiorę tę książkę po dłuższym czasie – bogatsza o setki literackich doświadczeń, zaprawiona w bojach ze stylem autora. Bardzo się cieszę, że miałam ku temu okazję dzięki nowemu wydaniu, które jest jednocześnie zwiastunem rychłej kontynuacji tej opowieści.

Mimo upływu lat, nadal pozostaję laikiem w kwestii science fiction. Rzadko sięgam zarówno po filmy, jak i książki z tego gatunku i (poza kilkoma wyjątkami) nie jestem ich wielką fanką. Podkreślam to dlatego, że spotkałam się ze stwierdzeniem, że Chór zapomnianych głosów jest wtórny i że wykorzystuje wiele znanych motywów, w dodatku nie najlepiej je splatając. Nie wiem, czy to prawda, być może tak, jednak na swoim przykładzie stwierdzam, że jeśli nie macie zbyt dużej styczności z sci-fi, prawdopodobnie tego nie zauważycie. No dobra, zwrócicie pewnie uwagę na klaustrofobiczną atmosferę charakterystyczną dla ograniczonej przestrzeni statku dryfującego w kosmosie i pewnie wyda Wam się znajoma scena, otwarcia, gdy z kriostazy budzą się członkowie załogi. Ale z każdą kolejną stroną, gdy wpadamy w wir akcji, takie rozważania odchodzą gdzieś w siną dal. 

Dla mnie najważniejszym elementem "Chóru zapomnianych głosów" jest zagadka i niezmiennie uważam, że dla niej warto po tę książkę sięgnąć. Przez te wszystkie lata, które minęły od lektury, zdążyłam zapomnieć, o co tak naprawdę chodziło i z radością przyznaję, że fabuła po raz drugi była dla mnie zakoczeniem. Duża w tym zasługa Remigiusza Mroza, który bardzo zręcznie manipuluje wydarzeniami i wodzi czytelników za nos poprzez rozmaite zwroty akcji i umiejętnie dozowane fakty. To wyjątkowo dobrze skonstruowana książka, która funduje czytelnikom niejedno zaskoczenie. 

Pozostaję również fanką słownych przepychanek Lindberga i Alhassana. Ten duet sprawia, że pierwsze rozdziały nie dłużą się aż tak bardzo, a kolejne są lżejsze i zabawniejsze. Nie są to może żarty najwyższych lotów, ale nic nie poradzę, że na mojej twarzy wywołują uśmiech – tak było przy pierwszym czytaniu i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

I choć Chór zapomnianych głosów po raz drugi mi się spodobał, nie jestem pewna, czy będę chciała sięgnąć po kontynuację, która ma się ukazać w najbliższym czasie. Nigdy nie czułam potrzeby odkrywania dalszej części tej opowieści, wręcz przeciwnie – zakończenie mnie usatysfakcjonowało (ale pamiętajcie, że jestem dziwakiem, który lubi finały otwarte lub takie, w których wszyscy giną; wciąż mam za złe twórcom Gry o Tron, że nie pozwolili Nocnemu Królowi zmieść Westeros na pył). Poza tym nie bardzo wierzę w powroty po latach i udane kontynuacje. Ale kto wie, może jeszcze będę miała okazję się zdziwić.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

piątek, 6 grudnia 2019

Spotkanie po latach: Remigiusz Mróz – „Kasacja”

Gdy Kordian Oryński staje przed warszawskim wieżowcem Skylight, gdzie ma rozpocząć aplikację w kancelarii Żelazny & McVay, nie spodziewa się nawet ułamka tego, co go czeka. Jeszcze tego samego dnia pozna swoją niezrównoważoną patronkę, porozmawia z człowiekiem oskarżonym o zamordowanie dwóch osób, a także żwawym krokiem wejdzie w świat intryg i zależności, których macki sięgają dalej, niż ktokolwiek się spodziewa. Ten dzień na zawsze zmieni życie młodego aplikanta... a także wielu czytelników, którzy zapoznają się z tą prawniczą historią. 

Przygotowując się do tego posta zajrzałam w archiwum bloga, żeby sprawdzić, kiedy po raz pierwszy miałam styczność z cyklem o Chyłce i Zordonie – wyszło mi, że w grudniu 2015. Cztery lata dzielą mnie od poprzedniej lektury Kasacji co jest dla mnie po prostu niewyobrażalne... No bo kiedy to zleciało? I ile od tego czasu zdążyło się w moim życiu, także czytelniczym, zmienić? Dziś Chyłka przeżywa drugą młodość za sprawą serialu realizowanego przez TVN. I choć produkcja niezbyt mnie interesuje (to jedna z tych historii, których chyba nie chciałam zobaczyć zekranizowanych), to nowe wydanie zarówno Kasacji, jak i Zaginięcia stanowiło świetny pretekst by wrócić do dawnych bohaterów i sprawdzić, czy nadal dogadujemy się tak doskonale, jak za pierwszym razem.

Trzeba Wam wiedzieć, że w cyklu o prawniczym duecie dotarłam do 8 tomu, którego lektura zmęczyła mnie na tyle, że dałam sobie spokój z dalszym poznawaniem serii. Miałam dłuższą przerwę od książek Mroza w ogóle i przyznam szczerze, że trochę się bałam powrotu. Na szczęście Kasacja wciągnęła mnie od pierwszej strony i szybko przypomniała, za co tak naprawdę pokochałam Chyłkę i Zordona. Relacja między prawnikami, ich specyficzny język i charakterystyczne żarciki - wszystko to sprawiało, że uśmiechałam się niemal przez cały czas (poza tymi brutalnymi fragmentami, podczas których nie sposób się uśmiechać). Wiedza o tym, jak losy bohaterów potoczą się w kolejnych tomach zupełnie nie wpłynęła na moją ocenę sytuacji. 

Tym samym mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Kasacja zdała próbę czasu – jej lektura cieszy tak samo, jeśli nie bardziej, nawet gdy znamy już mniej więcej sprawę i jej zakończenie. Z resztą z tą pamięcią bywa różnie – zawsze gdy wracam do jakiejś książki, którą, jak mi się zdaje, "doskonale pamiętam", okazuje się, że wiele znaczących szczegółów mi umknęło. Tym razem też tak było, nawet gdy już zaczęłam  czytać, nie wróciły żadne wyraźniejsze wspomnienia dotyczące fabuły. Sprawa Langera wciągnęła mnie na tyle, że czytałam tę książkę do upadłego – już leżąc w łóżku powtarzałam sobie słynne "jeszcze tylko jeden rozdział", co zdarza mi się niezwykle rzadko. 

Kasacja stanowi bardzo udany wstęp do cyklu, który nieprzypadkowo pokochały miliony Polaków. To ciekawy, lekki w odbiorze kryminał z wątkami prawniczymi, dodatkowo uzupełniony o historię obyczajową pełną świetnego humoru (językowego i sytuacyjnego). Bohaterowie są wyraziści i zjednują sobie naszą sympatię, a zagadka kryminalna jest wciągająca od początku do samego końca. Niczego więcej nie wymagam, by uznać książkę za udaną i z pewnością będę chciała wrócić również do kolejnych odsłon serii.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

piątek, 12 stycznia 2018

Remigiusz Mróz – „Większość bezwzględna”



Długo zastanawiałam się, czy w ogóle chcę sięgnąć po drugi tom serii W kręgach władzy. Tak naprawdę poprzednia część była moim zdaniem... poprawna. Przyzwoita, ale bez większego entuzjazmu, w dodatku okraszona porównaniami do House of Cards, z którym, poza politycznym tematem, nie ma zupełnie nic wspólnego. Z drugiej strony sama konstrukcja opowieści i pomysł, jaki miał na nią autor, pozytywnie mnie zaskoczyła. Można więc powiedzieć, że ostatecznie po Większość bezwzględną sięgnęłam wiedziona ciekawością, co też Remigiusz Mróz zafunduje nam tym razem.

sobota, 11 listopada 2017

Remigiusz Mróz – „Oskarżenie”



Chociaż ostatnio moja mania książek Remigiusza Mroza nieco osłabła (zdecydowałam się sprzedać Czarną Madonnę, tym samym akceptując, że nie będę miała na półce wszystkich książek autora, waham się też, czy Wotum nieufności podobało mi się na tyle, żeby sięgać po drugi tom), to jest jedna seria, która wciąż przyprawia mnie o szybsze bicie serca – cykl o Chyłce i Zordonie. Ilekroć pojawia się zapowiedź nowego tomu, zaczynam snuć scenariusze na temat tego, co autor zaserwuje nam tym razem. Zawsze z niecierpliwością wypatruję premiery i staram się zdobyć książkę jak najszybciej. Tym razem trochę czekałam, ale w końcu się udało!

Mimo bezwarunkowej miłości do cyklu muszę przyznać, że Oskarżenie nie jest najlepszą jego częścią i nie umywa się do najbardziej zachwycających powieści autora. Najbardziej raziła mnie powtarzalna konstrukcja rozdziałów. Jakby to powiedzieć bez niepotrzebnych spoilerów... Bardzo często dana część kończy się sceną, w której jeden z bohaterów otrzymuje tajemnicze wytyczne, a ich treść pozostaje niedostępna dla czytelnika. Oczywiście kilkanaście/kilkadziesiąt stron później sprawa się rozjaśnia, często zwyczajnie, bez żadnych fajerwerków. Sama tajemnica nie buduje napięcia, a jej wyjaśnienie nie zaskakuje. W dodatku z racji tego, że taki zabieg użyty jest w powieści kilkakrotnie, nabiera charakteru wewnętrznego schematu i staje się lekko irytujący.

Podczas lektury miałam spore nadzieje co do kryminalnego elementu książki, zwłaszcza że długo nie mogłam się domyślić rozwiązania sprawy. Niestety ostatecznie również z tego aspektu nie jestem zbyt zadowolona. Bardzo nie lubię tekstów, w których autor przez kilkaset stron nie tyle wodzi nas za nos, co po prostu daje zbyt mało danych, byśmy mogli dojść do rozwiązania zagadki, a następnie podaje nam wszystkie informacje na raz w bardzo długim monologu lub dialogu głównych bohaterów. Scena, która ma miejsce pod koniec Oskarżenia, gdzie cała historia jest nam dokładnie wyłuszczana, jest stanowczo zbyt długa i zbyt nudna; poza tym do tego momentu moja motywacja do odkrycia prawdy zdążyła spaść niemal do zera. 

Ze smutkiem muszę przyznać, że również finał powieści nie zrobił na mnie aż tak dużego wrażenia, jak w przypadku poprzednich części cyklu. Wiele trudnych wątków zostało już dawno rozwiązanych, dużo wątpliwości się rozwiało, a samo zakończenie wydaje mi się mniej mocne niż chociażby w Inwigilacji. Mimo że od początku sympatyzuję raczej z Kordianem niż z Chyłką, mam poczucie, że poradzi sobie w sytuacji, w jakiej się znalazł i jakoś mniej się o niego obawiam. Oczywiście jestem ciekawa, co wydarzy się dalej, ale nie jest to ten przerażający stan, kiedy zamykamy książkę i zaczynamy patrzeć się w ścianę w poszukiwaniu kolejnego tomu TERAZ, ZARAZ, JUŻ. 

Jeśli chodzi o zalety, Remigiusz Mróz wciąż pozostaje w formie w kwestii humoru – wiele żartów jest połączonych z bardzo poważnymi i bardzo trudnymi tematami, co mnie osobiście naprawdę odpowiada. Lubię ten typ rozpraszania napięcia, gdzie rzucona niby mimochodem uwaga wywołuje uśmiech, mimo że jeszcze przed chwilą emocjonowaliśmy się jakąś niebezpieczną dla bohaterów sceną. Niezmiennie jestem też zadowolona ze stylu autora, który jest dla mnie przyjemny i lekki w odbiorze. Podoba mi się również wewnętrzna spójność cyklu – mimo że, jak twierdzi autor, opowieść ewoluuje na bieżąco i nie była planowana aż na tyle części, poszczególne tomy nawiązują do siebie nawzajem. Co więcej, podczas lektury Oskarżenia zdałam sobie sprawę, że czas wrócić do Kasacji, bo zupełnie nie pamiętam zdarzeń z pierwszej części, które nagle okazują się istotne. Sami widzicie, że jestem przez autora uwiązana...






Kasacja || Zaginięcie || Rewizja || Immunitet || Inwigilacja || Oskarżenie

wtorek, 18 lipca 2017

Remigiusz Mróz – „Czarna Madonna” [przedpremierowo]


Bilety lotnicze wysyłane do blogerów, fragmenty układanki stopniowo odsłaniające okładkę, atmosfera ogólnej tajemnicy. Trzeba przyznać, że Czwarta Strona i Remigiusz Mróz stanowią duet idealny, jeśli chodzi o promocję powieści, bo zawsze wychodzi im to perfekcyjnie. Mnie nie trzeba było długo namawiać – ze swoją sympatią do autora absolutnie się nie kryję, podobnie jak z tym, że postawiłam sobie za cel przeczytanie wszystkich jego książek. Tym bardziej ucieszyłam się wczoraj, kiedy (jeszcze przedpremierowo!) znalazłam na łóżku paczkę z wydawnictwa. Wiedziałam, że lektura będzie ekspresowa, a wrażenia po niej zebrane w nie do końca standardowy tekst.

Pierwszy horror w dorobku Remigiusza Mroza dotyczy zaginięcia samolotu irlandzkich linii lotniczych. Na pokładzie Boeinga 747, prócz ponad 500 osób, znajdowała się narzeczona głównego bohatera, Filipa. Mężczyzna, który dzięki zbiegowi okoliczności uniknął znalezienia się w samolocie, odchodzi od zmysłów obserwując kolejne doniesienia dotyczące zaginionej maszyny. Nie wie jeszcze, że to, co stanie się niebawem, nie tylko zachwieje w posadach jego światopoglądem i wiarą, ale także wskaże mu istnienie spraw przekraczających ludzkie pojmowanie. Jak wielotonowa maszyna może zniknąć w przestrzeni powietrznej? Kto jest odpowiedzialny za tę tragedie? I co ma z tym wszystkim wspólnego obraz Czarnej Madonny?

Na samym początku miałam wrażenie, że ta książka to jakiś wyjątkowo kiepski żart – wszystko, o czym czytałam, było dla mnie niespójne i nieprawdopodobne, nie widziałam w opowieści celu. Zastanawiałam się, gdzie jest ten rozsławiony horror i co tak właściwie czytam. Denerwował mnie główny bohater, jego zachowanie, denerwowało mnie wprowadzenie i cała początkowa sytuacja. Nie mogłam się skupić. Nie mogłam też patrzeć na bardzo bezpośrednie nawiązania do religii, które wydawały się nie mieć żadnego uzasadnienia.

Tak było aż do ostatniego zdania V rozdziału. Zdania, od którego zmieniło się wszystko. W tym momencie akcja nabrała tempa, zmieniła się. To, co na początku było doskwierającym niedomówieniem, stopniowo zaczęło się klarować i tworzyć spójną, interesującą fabułę. Pojawiła się zagadka, której elementy ujawniane były stopniowo, w odpowiednich odstępach czasu, stale podtrzymując moją uwagę. Zrozumiałam konstrukcję opowieści i doceniłam nawiązania do rzeczywistości. Odkryłam wkład pracy autora i to, jak dobrze przygotował się do pisania tej powieści. Zobaczyłam w tym wszystkim wyraźny i bardzo ciekawy pomysł. Do końca czytałam szybko i z przyjemnością.

Jest tylko jeden, zasadniczy problem: nie dałam rady wczuć się w klimat tej historii.

Generalnie jestem fanką horrorów i czytałam ich już bardzo, bardzo dużo. Najbardziej lubię te mroczne i ściśle związane z rzeczywistością, odkrywające zakamarki ludzkiej psychiki. Podobnie jak Remigiusz Mróz, traktuję Stephena Kinga jako mistrza tego gatunku – uważam, że nikt inny nie potrafi tak sprawnie dotrzeć do mrocznej strony człowieka i tak bezwzględnie jej obnażyć. Nikt tak nie przeraża realizmem i nie porusza we mnie czułych strun. Nikt nie sprawia, że z niepokojem rozglądam się wokół, a przez kilka tygodni po lekturze mam w głowie sceny z książki i przemyślenia na ich temat.

Remigiusz Mróz również tego nie robi.

Żeby była jasność: wydaje mi się, że jestem odbiorcą specyficznym (pewnie tylko mi się wydaje) i mam bardzo sprecyzowane oczekiwania wobec gatunku, jakim jest horror. Nie dysponuję zbyt rozbudowaną wyobraźnią, więc ciężko mnie przerazić za pomocą sugestywnych obrazów – czytając nie wyobrażam sobie w głowie scen, które są mi opisywane. Dlatego jedyną formą horroru literackiego, jaki robi na mnie wrażenie, jest ten głęboko psychologiczny. To właśnie głębi postaci, ich motywacji i zachowań zabrakło mi w Czarnej Madonnie. Choć jest to horror religijny, więc literacko w gruncie rzeczy oryginalny pod względem tematu i treści, operuje wieloma kliszami, które łatwo możemy odnaleźć w filmach. Egzorcyzmy to temat popularny i często wykorzystywany, a wszystkie sceny, które są w tej książce potencjalnie przerażającymi, opierają się właśnie na opętaniu. Twarz wykrzywiona w przedziwnym wyrazie, miotanie człowiekiem jak marionetką, wykrzykiwane bluźnierstwa, czarna maź sącząca się z otworów ciała… W pewnym sensie książka z narracją pierwszoosobową daje nam nowe spojrzenie na wszystkie te klisze, jednak w wersji literackiej oddziaływanie tych scen na naszą psychikę jest bardzo mocno osłabione.

Nie można odmówić Mrozowi zaangażowania w tematy bieżące i tego, z czego słynie: dobrego reaserchu. Czarna Madonna naszpikowana jest ciekawostkami okołoreligijnymi dotyczącymi kulisów pracy egzorcystów oraz samej historii chrześcijaństwa; autor wykorzystuje różnorodne teksty biblijne, spójnie wplatając je w fabułę. Niestety, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Wotum nieufności, widać wyraźnie, że jest to grunt, który dla samego Mroza nie jest tak pewny jak meandry prawa, w związku z czym cała wiedza podana jest nieco bardziej topornie, często w formie monologów głównego bohatera i wyrzucania z siebie kolejnych faktów. 

Jestem nieco zawiedziona, ale głównie dlatego, że nie otrzymałam tego, co najbardziej mnie interesowało – porządnej psychologii postaci. Czarna Madonna to zupełnie inny typ horroru, opierający się na odmiennych mechanizmach i schematach. Doceniam jednak konstrukcję fabularną i pomysł na to, jak połączyć katastrofę lotniczą z motywem religijnym, który w dodatku ma bardzo mocne osadzenie w samej Biblii, a nie wyłącznie w wyobraźni autora. No i muszę oddać Mrozowi sprawiedliwość, bo jeden element zrobił na mnie wrażenie: bardzo sugestywny opis katastrofy lotniczej sprawił, że mój lęk przed tym środkiem transportu podniósł się jeszcze bardziej, choć byłam pewna, że to niemożliwe. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 19 lipca!

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Remigiusz Mróz – „Przewieszenie”


Po niemal półtorarocznej przerwie wróciłam do serii o komisarzu Forście. Dlaczego? Nie ukrywam, że głównym powodem była premiera czwartej części cyklu, a konkretnie chęć usprawiedliwienia się przed samą sobą po zakupie Deniwelacji. Bo przecież czytam, prawda?

Na wstępie muszę zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze Ekspozycja podobała mi się raczej średnio, mimo że na co dzień lubię klimaty Dana Browna i niezniszczalnych superbohaterów rodem z powieści/filmów sensacyjnych. Po prostu tym razem proporcje zostały źle dobrane (przynajmniej moim zdaniem) i całość nie spełniła moich (może nieco wygórowanych) oczekiwań. Po drugie: rozpoczynając Przewieszenie miałam z głowy zaskoczenie Mrozowskim zakończeniem, bo dzięki gronu życzliwych, spoilerowych blogerów znałam treść osławionego cliffhangera. Sami rozumiecie, że byłam nastawiona niespecjalnie pozytywnie. Ale przynajmniej nie ma, że ktoś mi zamydli oczy zaskakującym finiszem tak, że zapomnę o wszystkich słabościach, które wyłapałam.

Podczas lektury nie obyło się bez zaskoczeń, Przewieszenie jest bowiem powieścią zupełnie inną niż Ekspozycja. Choć właściwie temat jest ten sam (Bestia z Giewontu znów morduje, Forst tropi, bla bla), momentami miałam wątpliwości, czy na pewno czytam drugi tom tej samej serii. Zagrożenie, z którym mierzy się główny bohater, przybiera zupełnie inny charakter, akcja rozkłada się na mniejszy czas i teren, a tym samym klimat powieści jest znacznie bardziej ciężki i przytłaczający. Nie mamy już dojmującego poczucia, że Forst sobie poradzi, bo do "zwykłych" niebezpieczeństw dochodzą prokuratorskie oskarżenia, a tych nie można się pozbyć metodami siłowymi. Komisarzowi coraz trudniej się bronić, a przez to, choć wciąż tropi, sam również staje się zwierzyną, co sprawia że zaczynamy postrzegać go zupełnie inaczej.

Tak jak wspomniałam, Przewieszenie rozgrywa się w węższych ramach czasowych, więc siłą rzeczy nie ma tu miejsca na rozbudowaną zagadkę kryminalną czy antropologiczną. Wiemy, kto jest sprawcą przestępstw, nie ma więc czego rozwiązywać i szukać. Druga część cyklu skupia się zatem na czymś innym: kształtującej się relacji mordercy ze ścigającym go komisarzem: pojawiają się elementy obsesji i specyficzne próby nawiązania kontaktu. Mam wrażenie, że w tym względzie Mróz przygotowuje sobie treść pod Trawers, gdzie spodziewam się rozwinięcia tematu, a może również konfrontacji postaci (tylko błagam, nie piszcie mi w komentarzach, czy miałam rację; wiem, że wszyscy mają już za sobą trzecią część, a fani Mroza żyją Deniwelacją). 

Warto wspomnieć również o tym, że w Przewieszeniu do grona oponentów Forsta dołącza Dominika Wadryś-Hansen, prokurator. Póki co uważam, że nie jest to najbardziej trafna kreacja, bo na tle tak symbolicznych postaci jak skupiający najgorsze skojarzenia na temat swojego fachu Gerc, czy przełożony Forsta, inspektor Osica, kobieta wypada po prostu blado i zupełnie bez wyrazu. Tym niemniej czekam cierpliwie, bo być może w kolejnej części dowiemy się o niej czegoś więcej, a tym samym obraz jej osoby stanie się pełniejszy i bardziej interesujący.

Drugi tom serii o Forście wywołał we mnie mieszane uczucia, bo choć był ciężki i dynamiczny, tak jak lubię, to jednak znów czegoś mi tu brakowało. Mimo to po skończeniu lektury machinalnie sięgnęłam po Trawers i zaczęłam czytać, więc chyba jest w tych postaciach i historii coś, co mnie przyciąga... Póki co zapowiada się, że część trzecia znów różni się od poprzednich, więc nie ukrywam: jestem bardzo zainteresowana. Odezwę się za kilka dni, kiedy kolejną część przygód Forsta będę miała już za sobą.


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Remigiusz Mróz – „Inwigilacja”


Do kolejnej części cyklu o Chyłce i Zordonie podchodziłam bardzo sceptycznie: o ile pod względem kryminalnym kolejne powieści bardzo mi odpowiadają, o tyle obyczajowa część fabuły w jakimś stopniu mnie zawiodła. Zakończenie Immunitetu, choć niewątpliwie zaskakujące, zupełnie mi się nie podobało i wprowadzało do fabuły element, którego bardzo bym nie chciała. Miałam wiele obaw, jak Remigiusz Mróz poradzi sobie z własnym pomysłem, jednak nie tak silnych, żebym zrezygnowała z lektury kolejnej części. Kiepskie wrażenie z biegiem czasu się zatarło, a ja zaczęłam tęsknić za bohaterami, których tak bardzo polubiłam. Zwłaszcza że życie obojga zbliża się nieubłaganie do momentów zwrotnych…

Jedno jest pewne: autor wciąż trzyma rękę na pulsie, wykorzystując w swoich książkach aktualne problemy polityczne, prawne i społeczne. Tym razem pod pretekstem sprawy domniemanego terrorysty w fabułę zostają wplecione służby specjalne oraz tzw. ustawa inwigilacyjna, która pozwala państwu prowadzić nadzór nad obywatelami w znacznie większym stopniu, niż to miało miejsce do tej pory. Podoba mi się to, ze Remigiusz Mróz w swojej powieści pokazuje dwie strony medalu, nawet jeśli przez większość książki zmusza nas, byśmy myśleli inaczej. Argumenty wydają się jednoznaczne, a ocena łatwa, jednak sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana (i niebezpieczna), niż mogłoby się wydawać. Tym razem bohaterowie właściwie nie są w stanie samodzielnie ocenić sytuacji, w której się znaleźli, a tym samym oszacować niebezpieczeństw. 

W powieści przewijają się tematy rozpalające opinię publiczną: terroryzm oraz traktowanie muzułmanów. Inwigilacja pełna jest argumentów z obu stron barykady, a emocje, które pojawiają się przy okazji tej dyskusji, są równie prawdziwe w naszym zwykłym życiu, jak i tutaj. Dzięki temu po raz kolejny jest to książka autentyczna i bliska czytelnikowi, a fikcja miesza się z rzeczywistością naprawdę bardzo mocno. Czasem mamy wrażenie, że Chyłka i Oryński mogliby istnieć naprawdę, a my, zamiast o nich czytać, słuchalibyśmy o ich poczynaniach w największych stacjach informacyjnych. Jak to w książkach bywa, pewnie w opowieści znajdują się elementy, które obniżają autentyczność i nie pozwoliłyby na takie przeniesienie, ale chodzi o ogólne wrażenie: Mróz pisze o tym, co aktualne i prawdziwe, a im więcej takich elementów, tym przyjemniejsza i ciekawsza jest lektura.

Ci, którzy czekają na ciężkie zakończenie z gatunku tych, do których Mróz zdążył nas przyzwyczaić, z pewnością nie będą zawiedzeni. Tym razem, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich części cyklu, autor zrezygnował z prezentowania nowych faktów z życia Chyłki na rzecz naprawdę mocnego akcentu fabularnego. Finał Inwigilacji jest niespodziewany, przerażający i… cudowny; emocji, które we mnie wywołał, nie zapomnę przez kilka następnych tygodni. Choć jeszcze niedawno miałam w głowie myśli, że cykl robi się zbyt długi, znów wpadłam w schemat, w którym ostatnie słowa powieści przyćmiewają wszystko inne. Znów mogę tylko czekać i snuć domysły, jak autor zdecyduje się rozwiązać całą sprawę. Oby odpowiedź przyszła niebawem!






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

czwartek, 23 marca 2017

„Rewers” – antologia opowiadań kryminalnych


Jeśli już nieco mnie znasz, możesz zastanowić się wraz ze mną – czy kiedykolwiek nauczę się, że opowiadania nie są „moim” gatunkiem literackim? Kolejny raz zupełnie o tym zapomniałam i z ogromnymi nadziejami sięgnęłam po zbiór, który miał mnie zachwycić. Co mnie podkusiło? Jestem niemal pewna, że to zasługa nazwiska Mroza na okładce. I opisu. I pomysłu. Jedenastu autorów kryminałów osadzających akcję w jedenastu różnych miastach. Brzmi wspaniale, prawda? Niestety całość prezentuje się bardzo przeciętnie, czyli tak, jak większość antologii, z którymi do tej pory miałam styczność.

Można to poczytać jako wadę lub zaletę, ale najmocniejszy punkt programy znajduje się na samym początku. Babcia Wiśniewska Wojciecha Chmielarza to świetna opowieść nawet dla takich „antyopowiadaniowców” jak ja – nie ma w niej ani jednego zbędnego słowa, a krótka forma idealnie współgra z domkniętą, spójną historią o lekko anegdotycznym zabarwieniu. Humor łączy się tu z nutą nowoczesności w stylu, a całość dopełnia przyjemnie gorzkie zakończenie. Dla tej historii o przedsiębiorczej babci-dilerce, ulubienicy półświatka, warto wziąć do ręki cały zbiór, serio.

Nieco tylko słabsze (ale wciąż bardzo dobre!) jest opowiadanie Joanny Opiat-Bojarskiej, która zaprezentowała nietypową zabawę konwencją: dla krótkiej formy przyjęła równie krótkie ramy czasowe, podgrzewając atmosferę odpowiednim dawkowaniem kolejnych elementów zagadki. Przeplatające się zeznania dwóch podejrzanych kobiet o podobnym domniemanym motywie przyjemnie mącą czytelnikowi w głowie i sprawiają, że rozwiązanie pozostaje tajemnicą do samego końca. Do tego dochodzi lekki styl autorki, który skutecznie zachęcił mnie do sięgnięcia w końcu po którąś z jej powieści.

Trzecim świetnym tekstem w zbiorze jest moim zdaniem opowiadanie Małgorzaty Sobieszczańskiej o szeroko pojętych stosunkach między sąsiadami. Autorka skusiła się na pokazanie społeczności multi-kulti, w której pod płaszczykiem codziennych uprzejmości kryją się całe sterty uprzedzeń i narastających frustracji. Niewyjaśnione zatargi, niewypowiedziane inwektywy i masa stereotypów wypływają na światło dzienne, gdy czarę goryczy przelewa popełnione na terenie posesji morderstwo. Oprócz ciekawej zagadki autorka zafundowała nam dużą dawkę humoru, a także odpowiednio zaskakujące zakończenie.

Nad rozczarowaniami pastwić się nie będę, ale o niektórych wspomnieć muszę. Siłą rzeczy najbardziej zawiodłam się na Mrozie, bo jego książki znam najlepiej i to po nim spodziewałam się najwięcej. Niestety, Przez ciemne okulary wydało mi się opowiadaniem pozbawionym jakiegoś ważnego elementu, o suspensie zupełnie bez charakteru. Negatywnie zaskoczyła mnie również Marta Guzowska – jej styl, język i sposób budowania napięcia zniechęcił mnie tak skutecznie, że szybko pozbyłam się kupionej niedawno Ofiary Polikseny. Nie zachwyciły mnie również kryminały retro Marcina Wrońskiego i Ryszarda Ćwirleja – choć ten gatunek z założenia często do lekkich nie należy, testy obu panów były dla mnie ponadprzeciętnie przytłaczające pod względem klimatu.

Kilka tekstów mnie zachwyciło, kilka rozczarowało – bilans jak zwykle wyszedł na zero. Podejrzewam, że część osób lepiej odnajdzie się w niektórych historiach, dla mnie jednak większość z nich była po prostu przeciętna. Wychodzi na to, że muszę się pogodzić z własnymi ograniczeniami i zaakceptować, że nie jestem wielką fanką opowiadań. Chętnie poznam za to twórczość Joanny Opiat-Bojarskiej – to tak żeby lektura Rewersu nie okazała się całkowicie bezowocna.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

sobota, 4 lutego 2017

Remigiusz Mróz – „Świt, który nie nadejdzie”

Były pięściarz, Ernest Wilmański, przybywa do Warszawy by uciec przed dotychczasowym życiem i zacząć nowe, lepsze, z czystą kartą. Niestety spokojny żywot nie jest mu pisany… Już pierwszego dnia nasz bohater wdaje się w bójkę, która niefortunnie ściągnie na niego uwagę szefa lokalnej organizacji przestępczej. Choć spodziewa się najsurowszej kary, okazuje się być bardziej przydatny żywy niż martwy – musi jedynie podjąć wierną współpracę. Cóż, to tyle w kwestii uciekania od przeszłości…

Świt, który nie nadejdzie to powieść przypadków. Przypadkiem Wilmański pierwszego dnia spuszcza komuś łomot, przypadkiem organizacja, do której trafi, będzie chciała zająć się akurat tą działką, na której się zna, przypadkiem wejdzie w paradę dawnym przełożonym i przypadkiem przeżyje niejeden bardzo ciężki kryzys. Jeśli nie lubicie tego typu rozwiązań, proponuję zmienić kanał, bo tutaj mamy ich mnóstwo. Od razu mówię też, że mnie one nie przeszkadzają – uważam, że są gatunki, w których sprawdzają się doskonale, a wszelkiego typu powieści kryminalno-sensacyjne należą właśnie do tego grona. Lubię tych wszystkich literackich i filmowych superbohaterów (nie koniecznie pozytywnych), którym tak wiele się udaje i którzy tak dobrze odnajdują się we wszystkich trudnych sytuacjach. Akcja napędzana jest kosztem prawdopodobieństwa życiowego i po prostu należy się z tym pogodzić.

Zanim sięgnęłam po tę książkę, przeczytałam sporo recenzji. Choć były skrajnie różne, na ich podstawie wiedziałam jedno: ta opowieść ma bardzo dobry klimat. Dzięki udanemu mariażowi plastycznych opisów półświatka przedwojennej warszawy oraz języka z epoki, autorowi udało się uzyskać bardzo dobry efekt. Jeszcze nie tak dawno pisałam, jak trudno jest umiejętnie wystylizować język powieści; Mrozowi udało się to perfekcyjnie. Mamy tutaj specyficzne konstrukcje zdań, cały szereg archaizmów oraz elementy gwary warszawskiej. No i wulgaryzmy – choć z reguły mi przeszkadzają, tym razem wypadły wyjątkowo autentycznie, dzięki czemu są właściwie niezauważalne. Praktycznie od pierwszej strony czuje się, że to książka o brudnych sprawkach, a nie żadna lekka historyjka.

Podoba mi się również sytuacja społeczna, która stanowi dla książki ważne, mocne tło. Opisywanie wydarzenia zbiegają się w czasie z uformowaniem pierwszych oddziałów policji kobiecej, co zostało skrzętnie wykorzystane przez autora. Przede wszystkim dzięki temu wydarzeniu udało się wprowadzić do fabuły bohaterkę, która w pewnym sensie stanowi przeciwieństwo Wilmańskiego i zapewnia bardzo przyjemny kontrast. Po drugie, dzięki innej postaci kobiecej świetnie zostały ukazane zależności między światem przestępczym a policją i łatwość, z jaką ten pierwszy może wnikać w szeregi stróżów prawa i nimi manipulować. Po trzecie, ciekawie zostały nakreślone oczekiwania wobec policjantek, które stawiała tzw. „góra” – mężczyźni bynajmniej nie mieli zamiaru wpuszczać ich w swoje szeregi na tych samych warunkach…

Nie jest to z pewnością najlepsza książka na świecie – nie jest nawet najlepszą w dorobku Remigiusza Mroza. Mimo wszystko nie żałuję, że mogłam ją przeczytać, bo podczas lektury naprawdę dobrze się bawiłam. Nie w sensie humoru, ale zwyczajnie, tak jak przy każdej książce, po którą sięgam dla rozrywki. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

wtorek, 24 stycznia 2017

Remigiusz Mróz – „Wotum nieufności”

Marszałek Sejmu, Daria Seyda, budzi się rano w podwarszawskim motelu, nie wiedząc jak się tam znalazła i co tak naprawdę wydarzyło się poprzedniego wieczora. Brzmi jak spory problem, prawda? Oczywiście, zwłaszcza w obliczu wszystkich trudności, którymi już niebawem los obciąży panią Marszałek. Seyda znajdzie się bliżej polityki najwyższego szczebla, niż kiedykolwiek mogłaby się przypuszczać: po niespodziewanym odejściu prezydenta zajmie jego miejsce i będzie musiała rozpocząć wcześniejszą kampanię wyborczą, na którą nikt nie jest przygotowany. No, może poza Patryk Hauerem, młodym politykiem, którego jednoosobowy sztab potrafi błyskawicznie dostosować się do sytuacji i przygotować plan drogi na szczyt.

Gdy wybieramy w Polsce parlamentarzystów, nikt tak naprawdę nie myśli o tym, że w przypadku, gdy coś się stanie z Prezydentem, to Marszałek Sejmu przejmie władzę w kraju. Nawet jeśli taka sytuacja miała już miejsce za życia nas wszystkich, właściwie całkiem niedawno, większość z nas nie łączy w głowie tych urzędów. Cieszę się, że Mróz postanowił skorzystać z tego właśnie elementu prawa. Bałam się trochę, co tak naprawdę ciekawego można powiedzieć o naszym rodzimym, politycznym podwórku, jednak kiedy obserwowałam pierwsze sceny, targi odbywające się między postaciami właściwie już od samego początku i stopniowo wchodziłam w machinę zależności, którą stworzył autor, wiedziałam już, że fabuła będzie mi się podobała. Jasne, w książce znajdziecie wiele elementów naginających rzeczywistość, na czele z tym, że taki nawał nieszczęść w ciągu kilku miesięcy zdestabilizowałby politykę znacznie bardziej, niż miało to miejsce w Wotum nieufności, jednak political fiction rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest właśnie stworzenie korzystnego układu w kraju i za granicą, nawet jeśli nie odwzoruje on idealnie rzeczywistości. 

Nie wiem, czy ktoś nabiera się na chwyty marketingowe i porównania stosowane w opisach okładkowych, ale muszę to napisać: Wotum nieufności naprawdę ciężko nazwać polskim House of cards. Owszem, jest to książka dotycząca polityki i brudnych spraw na różnych szczeblach władzy, ale brakuje jej jednego zasadniczego elementu, który wyróżnia książki Michaela Dobbsa i znany na całym świecie serial: próżno tu szukać odpowiednio charyzmatycznego bohatera. Uwaga czytelnika rozbita jest na dwie postaci i mam wrażenie, że również interesujące cechy zostały podzielone po równo między bohaterów. Ani Seyda, ani Hauer nie zaciekawili mnie jakoś szczególnie i choć mieli swoje cele, odbierałam ich raczej jako trybiki w pewnej większej machinie – zwłaszcza jeśli chodzi o totalnie zmanipulowaną panią Marszałek. Brakowało mi charyzmatycznego, bezwzględnego, nastawionego na jasny cen Underwooda/Urquharta, a w szczególności cennych uwag dotyczących polityki. Niestety, ale takie jest właśnie moje pierwsze skojarzenie z tytułem serialu i powieści, a wszystkie inne elementy wspólne nie wykraczają poza cechy gatunku, jakim jest political fiction.

Chociaż nie, jest jedna cecha, która łączy Wotum nieufności z książkową wersją House of cards – rozwlekłość niektórych scen związanych stricte z działaniami politycznymi. W sferze prawniczej Remigiusz Mróz porusza się niezwykle sprawnie i ma wielki dar do przemycania wszelkiej wiedzy jakby mimochodem, w taki sposób, ze zupełny laik (jak ja) nie czuje się przytłoczony meandrami prawa. Tutaj natomiast aż tak płynnie nie jest, przez co są w książce miejsca, przez które mnie osobiście brnęło się dość trudno. Nie była to oczywiście męczarnia – kiedy ktoś tak sprawnie operuje słowem, jak Mróz, o żadnych mękach nie może być mowy – ale znaczący spadek tempa czytania i płynącej z niego satysfakcji. Są sceny, które można ominąć podczas lektury bez szkody dla ogarnięcia fabuły. Są też takie, które są ważne, ale same w sobie mocno rozwleczone.

Ogólna konstrukcja powieści przypominała mi nieco tę w Behawioryście – tam również na samym początku dostaliśmy pewną informację o bohaterze, która stanowiła zagadkę przez całą książkę i była przypominana na każdym kroku, mimo że nie widzieliśmy bezpośredniego powiązania między nią a główną akcją. U Edlinga to była „sprawa z dziewczyną”, u Seydy – tajemniczy epizod zaniku pamięci. W obu przypadkach rozwiązanie zagadki trochę mnie rozczarowało i nie było… no cóż, aż tak ważne, jak mi się wydawało. Z drugiej strony w Wotum nieufności, klasycznie już dla Mroza, na plus można zaliczyć zakończenie – autor powinien dostać odznakę polskiego Mistrza Cliffhangerów, bo to, jak wywraca życie swoich bohaterów pod koniec kolejnych powieści, to naprawdę poziom mistrzowski. Powinnam się już do tego przyzwyczaić, ale wciąż jestem zaskakiwana. 1:0 dla autora!

Gdybym miał krótko powiedzieć o Wotum nieufności, chyba postawiłabym na stwierdzenie: całkiem przyzwoite. Duży plus dla autora za pomył na political fiction w naszych polskich realiach, bo miałam duże wątpliwości, czy to w ogóle może być ciekawe. House of cards to to nie jest, z książką wspólny jest polityczny temat i rozwlekłość niektórych scen, a do tego typu porównań brakuje dominującego, ciekawego bohatera, który kradłby naszą czytelniczą uwagę. Dodatkowo są momenty, gdy przez książkę zwyczajnie się brnie, nawet pomimo ogólnie płynnej fabuły. Mimo to skłamałabym, gdybym powiedziała, że Wotum… mi się nie podobało. Jestem chyba podatna na te dramatyczne zakończenia, bo mam w głowie milion scenariuszy, jak to wszystko mogłoby się potoczyć. Cóż, jak widać najpewniej sięgnę po kolejną część. 


sobota, 10 grudnia 2016

Remigiusz Mróz – „Behawiorysta”

W jednym z opolskich przedszkoli uzbrojony mężczyzna przetrzymuje pracownice i dzieci. Policja jest bezradna, bowiem zamachowiec nie ma żadnych żądań, a oddział antyterrorystyczny przebywa poza miastem. Co gorsza, porywacz transmituje materiał z przedszkola na swojej stronie – nazywając zdarzenie preludium do Koncertu Krwi szybko zyskuje w mediach miano Kompozytora. Od tej pory obywatele staną się świadkami niebywałego okrucieństwa; ba, sami będą mogli wziąć w nim pośredni udział... Aby schwytać przestępcę, uruchomione zostaną wszelkie siły – policja zgłosi się m.in. do okrytego złą sławą byłego prokuratora Gerarda Edlinga, specjalisty od ludzkich zachowań.

Formułując opis fabularny powieści miałam niemały problem, jak to zgrabnie ująć, a gdzieś z tyłu głowy kołatało mi się: „brzmi sztampowo!”. Jak mogłoby być inaczej? Porwanie, przedszkole, morderca pragnący rozgłosu, wydalony ze służby stróż prawa (w tym przypadku nie policjant, a prokurator)… Wszystko to gdzieś już kiedyś mieliśmy, wymieszane w tych czy innych proporcjach. Tak, jest to powieść pod wieloma względami schematyczna, a podczas lektury czuje się wyraźnie, że należy do obszaru literatury popularnej. Czy jest w tym coś złego? Nie. Czy mi to w jakimkolwiek stopniu przeszkadzało? Również nie. Najważniejsze jest bowiem to, że jest to bardzo dobra literatura popularna. Powieść jest nie tylko wciągająca, ale też trzyma w napięciu, realizuje więc założenia thrillera i w moim odczuciu spełnia pokładane w niej oczekiwania.

Autor zbudował całą historię na tzw. dylemacie wagonika, który sprowadza się do szeregu moralnych rozważań nad wartością życia. Czy można zabić jedną osobę, aby uratować kilka innych? Czy lepiej oszczędzić kogoś nieuleczalnie chorego, czy bandytę, który przecież może się zmienić? Co jest lepsze – śmierć, czy oszpecenie na resztę życia? Zapraszając widzów do udziału w swoim czynie Kompozytor nie tylko zdejmuje z siebie część odpowiedzialności, ale także urządza pewnego rodzaju eksperyment społeczny, który obnaża ciemną stronę naszej psychiki. Już sama ilość wejść na stronę Koncertu Krwi jest przerażająca, a fakt, że znaczna część tych osób oddała swój głos, pokazuje, jak łatwo nam upchnąć odpowiedzialność gdzieś z tyłu głowy, gdy nasze decyzje mają jedynie wirtualny (przynajmniej dla nas) wydźwięk, a my sami pozostajemy anonimowi. Jakkolwiek mogłoby się wydawać, że Mróz sięgnął tu po fantastykę, obawiam się, że może to być mylne wrażenie – smutny to będzie wniosek, ale zachowanie tłumu w realnym świecie prawdopodobnie wyglądałoby właśnie tak, jak w Behawioryście, przynajmniej w jakimś stopniu.

Kiedy opowiadałam Sylwkowi swoje wrażenia po lekturze tej powieści i szukałam odpowiednich słów na opisanie jej wydźwięku, podsunął mi jedno, bardzo trafne określenie: gorzka. Dokładnie taka jest książka Remigiusza Mroza, takie właśnie wrażenie robi zakończenie. Mam poczucie, że pomysł na tę opowieść wynika z jakichś smutnych wniosków, bo do tej pory w książkach autora nie było tyle mroku, a zwroty akcji zwykle miały jakąś dobrą stronę. Tutaj atmosfera jest ciężka i przytłaczająca, zwłaszcza gdy przychodzi nam mierzyć się z zakończeniem – zaskakującym, ale wciąż nie jestem pewna, czy w sposób pozytywny. Do tego dochodzą refleksje, które uruchamiają się w czytelniku, gdy zaczyna wchodzić głębiej w temat dylematu wagonika (a świetną okazją i przyczynkiem do dalszego poznawania może być posłowie). Wieczór pełen rozmyślań mamy właściwie gotowy.

Na koniec chciałabym poruszyć jeszcze jeden temat, mianowicie kwestię konstrukcji postaci. W przypadku Kompozytora otrzymujemy niemal pełną historię, która w pewnym stopniu pozwala prześledzić, jakie czynniki wpłynęły na kształtowanie się psychopatycznej osobowości. W moim odczuciu temat nie został wyczerpany, ale przywykłam już do tego, że w thrillerach i kryminałach pewne rzeczy dotyczące sprawcy zostają pominięte, główne światło zostaje rzucone na obecne czyny, a przeszłość służy tylko jako narzędzie do pokazania głównych punktów zwrotnych. Niestety znacznie większe rozczarowanie przyniosła mi postać Behawiorysty. Od samego początku książki czytamy o tym, że został zwolniony przez „sprawę z dziewczyną” i właśnie tak jest to nazywane przez całą opowieść. Charakterystyczna fraza pojawia się na tyle często, że przyciągała mój wzrok jak magnes i podbijała ciekawość; miałam wrażenie, że jest napisana drukowanymi literami. Strasznie chciałam wiedzieć, co tak naprawdę nawyczyniał Edling i bardzo mocno wyczekiwałam rozwiązania. I wiecie co? Totalnie mnie rozczarowało. Podobnie z resztą jak znajdujący się na końcu wybieg fabularny łączący postać Behawiorysty z Kompozytorem, który… no cóż, mnie się nie podobał.

Behawiorystę pochłonęłam w dwa dni, od razu, kiedy tylko trafił w moje ręce. Mimo że ostatnio bardzo mało czytam, tej książce udało się utrzymać moją uwagę na tyle, że nie miałam ochoty w ogóle jej odkładać. Oprócz szybkiej, wyważonej akcji z wieloma zwrotami, powieść ma dwie ogromne zalety związane z treścią: refleksję nad dylematem wagonika oraz nad tym, czy osoba, która fascynuje się psychopatami, sama nosi w sobie nieujawniony mrok. Autor umieścił w swojej książce wiele elementów, które każą nam się zastanowić nie tylko nad tym, co zrobilibyśmy na miejscu postaci, ale także w jaki sposób doświadczenia wczesnego dzieciństwa nas ukształtowały. Pochylił się nad zachowaniami społecznymi i moim zdaniem wyciągnął wiele celnych wniosków. Czytelnikom zaś dał okazję do zastanowienia, co niesamowicie sobie cenię. Z tych właśnie przyczyn Behawiorystę mogę serdecznie Wam polecić.


poniedziałek, 24 października 2016

Remigiusz Mróz – "Immunitet"

Niezależnie od tego, jakiego rodzaju książkę Remiugiusza Mroza czytam, odczucia po jej zakończeniu mam podobne: jestem zachwycona treścią i zszokowana cliffhangerem. Można się przyzwyczaić. Schody zaczynają się dopiero, gdy coś mnie z tej normy wybija, gdy coś nie do końca pasuje do schematu. Tak właśnie było w przypadku Immunitetu, który... no cóż, wywołał we mnie niemałego książkowego kaca i szereg bardzo sprzecznych odczuć.

Podał jej datę, a Chyłka zanotowała ją na skrawku papieru, który znalazła w szufladzie. Nie mogła powiedzieć, by miejsce pracy miała dobrze zorganizowane. Stanowiło raczej antytezę tego, co proponowała japońska koncepcja 5S, leżąca u podwalin korporacyjnej egzystencji.

Sortowanie, systematyka, sprzątanie, standaryzacja, samodyscyplina. To miało zapewniać najwyższą efektywność pracy, przynajmniej według guru zarządzania, Takashiego Osady. Według Chyłki lepiej sprawdzała się koncepcja 1B. Jeden burdel.[s.76]

Właściwie wszystko z tą książką jest w porządku: prowadzona sprawa jest wciągająca i angażuje czytelnika, a mnogość zwrotów akcji może przyprawić o zawrót głowy. Wewnątrz znajdziemy sporą dawkę ironicznego humoru, który stanowi znak rozpoznawczy cyklu, a słownych przepychanek mamy tu na pęczki: nie tylko na linii Chyłka-Zordon, ale także z udziałem Kormaka, który z każdą chwilą bardziej mnie do siebie przekonuje. Nienaganny pozostaje styl Remigiusza Mroza, a także merytoryczna wartość książki, którą widzimy w każdym niuansie i w każdym wytłumaczeniu meandrów prawa. Dlaczego zatem po zakończeniu lektury nie czułam się tak, jak to miało miejsce w przypadku innych książek autora? Otóż złożył się na to cały zestaw subiektywnych odczuć, które osobno z pewnością nie dałyby aż tak silnego efektu.

Pierwszą istotną kwestią jest specyfika sprawy będącej główną treścią książki. Każdy kolejny fakt dotyczący sędziego Sendala sprawiał, że coraz bardziej go nie znosiłam, w tym jednak nie ma absolutnie niczego złego – został on zaprojektowany jako postać skłaniająca do refleksji nad definicją niewinności (co jest mega dużym plusem, bo niejednoznaczność całej sprawy naprawdę wywołuje w nas poważne przemyślenia) i z pewnością nie miał budzić naszej sympatii. Większym problemem jest sposób, w jaki wspomniane fakty wychodziły na światło dzienne. Mówiąc krótko, cała książka opiera się na schemacie: oskarżony twierdzi, że jest niewinny -> bum! pojawiają się nowe, obciążające fakty -> oskarżony twierdzi, że jest niewinny i że teraz prawnicy wiedzą już wszystko -> bum! na jaw wychodzą kolejne, jeszcze bardziej obciążające fakty. Gdyby miało to miejsce raz czy dwa, w porządku, jednak w którymś momencie cała ta kołomyja po prostu mnie zmęczyła. Podobnie jak bohaterowie, nie miałam już siły na kolejne kłamstwa i w pewnym momencie przestało mnie ciekawić, co wydarzyło się tak naprawdę - chciałam po prostu, żeby sprawa została jak najszybciej zamknięta.

W kontekście mojego odbioru głównego wątku jest jeszcze jeden, dość poważny problem: nastawienie. Jakiś czas temu na którymś z blogów przeczytałam, że w Rewizji i Immunitecie widać znaczącą zmianę perspektywy i poszerzenie skali treści, z czym z resztą się zgodziłam na postawie tego, co zauważyłam podczas lektury trzeciego tomu cyklu. Miałam nadzieję, że owo "poszerzenie" tyczy się zasięgu poszczególnych spraw, że kolejne z nich będą sięgały dalej, a powiązania ze światem przestępczym będą angażowały inne grupy społeczne. W pewnym sensie tak się stało, jednak nie do końca w sposób, którego się spodziewałam – owszem, oskarżenie o zabójstwo sędziego Trybunału Konstytucyjnego jest sprawą bez precedensu, jednak miałam wrażenie, że nie jest to najistotniejsza płaszczyzna całej sprawy. Nie wiem, czy ktokolwiek zrozumie, co mam na myśli; uważam, że potencjał tkwiący w tym temacie nie został w pełni wykorzystany, środowiska zaangażowane w sprawę okazały się mniej znaczące, a w dodatku w którymś momencie sfera kryminalna została zdominowana przez... coś zupełnie innego. 

W tym momencie docieramy do ostatniego punktu, a więc obyczajowych aspektów cyklu. Kończąc poprzednią część autor rzucił czytelnikom pewną informację, z ciężarem której musiał poradzić sobie w Immunitecie – niestety moim zdaniem ten aspekt również nie został w pełni wykorzystany. Do tej pory praktycznie nie poznawaliśmy kulisów życia Chyłki; jasne, z daleka widać, że jest to bohaterka z głębokimi problemami, jednak nie były one dla czytelnika dostępne. Zakończenie Rewizji znacznie zbliżyło nas do prawdy, a rozwinięcie tego wątku w Immunitecie właściwie zamknęło temat. Moim zdaniem stało się to za szybko, za łatwo i zbyt prosto jak na dotychczasową postawę Joanny. Efektu dopełnia to, co dzieje się na końcu książki – zwrot akcji, na który zdecydował się autor, zaskoczył wiele osób. Mnie – niekoniecznie pozytywnie.

Żeby była jasność: to nie jest tak, że książka mi się nie podobała, albo że zamierzam porzucić cykl ze względu na zakończenie tego tomu. Absolutnie nie! W Immunitecie było wiele świetnych elementów: wspomniana już refleksja nad niewinnością, problematyka zasadności instytucji immunitetu czy nawet kreacja mierzącej się z chorobą alkoholową Chyłki, która wmawia sobie, że ma kontrolę, której tak naprawdę jej brakuje. Mimo tego, że kierunek rozwoju akcji nie przypadł mi do gustu, jestem pewna, że Remigiusz Mróz ma w zanadrzu nie tylko dobre wyjaśnienie swoich decyzji, ale i świetnie zaprogramowane rozwinięcie głównego wątku. Po prostu tym razem trochę mniej mi się to wszystko podobało.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.



Kasacja  |  Zaginięcie  |  Rewizja  |  Immunitet

wtorek, 18 października 2016

Remigiusz Mróz – "Rewizja"

Z książkami Remigiusza Mroza nie umiem być na bieżąco – pojawiają się na rynku w tempie ekspresowym i trudnym do ogarnięcia, zwłaszcza jeśli (tak jak ja) czyta się ostatnimi czasy nie tak znowu dużo, a i zapowiedzi nie sprawdza się na bieżąco. Dopiero co zanotowałam w kalendarzu datę premiery Behawiorysty, a już została zapowiedziana kolejna powieść, Świt, który nie nadejdzie. O tym, że w dniu premiery Immunitetu miałam jeszcze do przeczytania Rewizję, w ogóle nie wspomnę – zupełnie zapomniałam, że coś mi tam jeszcze pomiędzy zostało. Dziś zapraszam Was zatem na nadrabianie zaległości i opowieść o tym, jak przypada mi do gustu kontynuacja cyklu o Chyłce i Zordonie – pewnie wszyscy jesteście już o tom dalej, ale cóż, zaakceptowałam fakt, że ostatnio jestem... hm... lekko opóźniona literacko.

Ciężko jest mówić o tej powieści nie spoilerując za bardzo poprzednich części – możecie sobie wyobrazić, jak bardzo musiałam się nagimnastykować, żeby opowiedzieć swoje wrażenia Sylwkowi, a jednocześnie nie zdradzić mu, w jaki sposób kończyło się Zaginięcie. Z tych samych względów (licząc, że są osoby, które jeszcze cyklu nie czytały) oszczędzę sobie i Wam opisu fabuły, w każdym razie tej związanej z głównymi bohaterami, i skupię się na własnych wrażeniach. Muszę przyznać, że trochę bałam się pomysłu, na jaki zdecydował się autor i nie do końca "widziałam" koncepcję, która ma stanowić oś tej książki, ale w ostatecznym rozrachunku odbieram to wszystko pozytywnie. Bardzo podobały mi się zmiany, jakie zaszły w Kordianie i ogólna ewolucja tej postaci w – tak mi się wydaje – bardzo autentycznym kierunku. Cieszę się, że Zordon nie został bohaterem sztywnym i że z każdą kolejną stroną nabiera charakteru; choć na początku nie był moją ulubioną postacią, w Rewizji zdecydowanie zdobył moje zainteresowanie.

Chyłka, jako bohaterka starsza, zmienia się nieco inaczej – może nawet nie tyle zmienia, co po prostu pokazuje inną stronę. Tym razem mamy okazję oglądać jej miękkie podbrzusze i choć jest to doświadczenie nieco dziwne, zaliczam je zdecydowanie na plus. Bohaterowie tacy jak Joanna często mają jakąś słabość, a ich siła i niezłomność są świetnie wypracowaną maską, która ma przykrywać właśnie trudne elementy – dokładnie tak jest w tym przypadku. Choć konkretne źródła problemów Chyłki dopiero są sygnalizowane (znamy obszar, ale jeszcze bez żadnych szczegółów), dają nadzieję na naprawdę ciekawą, trudną historię, która nada tej postaci wielowymiarowości. Muszę przyznać, że po informacjach, które docierają do czytelnika w tym tomie, liczę na naprawdę świetny ciąg przyczynowo-skutkowy. No i jestem zwyczajnie ciekawa, jak to wszystko potoczy się dalej.

Jeśli chodzi o treść, podczas czytania Rewizja bardzo przypominała mi Kasację – również szybko wciągnęłam się w całą opowieść i mocno zainteresowałam się fabułą. Znów jest to pewnie specyfika prowadzonej sprawy (to logiczne, że pewne historie podobają nam się bardziej niż inne), nie zmienia to jednak faktu, że lektura była przyjemnością. Fabuła, którą Remigiusz Mróz stworzył na potrzeby części trzeciej, jest ściśle związana z kulturą romską i bardzo się cieszę, że autor zadał sobie tak wiele trudu, by wszystko należycie opisać – można było pójść na łatwiznę i operować stereotypami lub ogólnikami, a jednak autorowi chciało się wprowadzić do opowieści wiele elementów, które dla przeciętnego zjadacza chleba są zupełnie nieznane. Historia jest mocno osadzona w sferze społecznej (nie mogło być inaczej), a sama intryga okazuje się być znacznie bardziej złożona, niż można by przypuszczać. Nie brakuje zwrotów akcji i zaskoczeń, co również jest ogromnym plusem opowieści.

Nie wiem, co pisać w zakończeniu opinii, gdy kolejny raz kończę lekturę zadowolona. Po prostu sięgnijcie, warto.






Kasacja  |  Zaginięcie  |  Rewizja  |  Immunitet

wtorek, 16 lutego 2016

Remigiusz Mróz – „Parabellum. Głębia osobliwości”

Po długim oczekiwaniu i wydawniczych zawirowaniach w ręce czytelników trafił wreszcie finał cyklu Parabellum. Ja również należałam do grona czekających z niecierpliwością na Głębię osobliwości – seria jak dotąd prezentowała się wspaniale, a zakończenie drugiego tomu było bardzo emocjonujące i również ono podbiło moje zainteresowane.

Tym, co moim zdaniem stanowi największą wartość finału, jest fakt, że autorowi udało się uniknąć „syndromu ostatniego tomu”. Choć już w poprzedniej części opisywane wydarzenia zdawały się dobiegać do zakończenia, okazało się, że Remigiusz Mróz miał jeszcze w zanadrzu kilka fabularnych niespodzianek, a akcja Głębi osobliwości nie sprowadza się bynajmniej wyłącznie do prezentowania łatwych rozwiązań i pospiesznego splatania wątków. Właściwie w ogóle nie ma tu pośpiechu, a na czytelnika do samego końca czekają świetne zwroty akcji, które niejednokrotnie serwują nam spore zaskoczenie i wiele emocji. Fabuła nie gna na łeb na szyję, a fakt, że jest to najgrubszy tom cyklu, sprawia, że znalazło się miejsce zarówno na dynamiczne prowadzenie wątków, jak i odpowiednie ich zakończenie.

Świat, który wykreował (a raczej którym posłużył się) Remigiusz Mróz nie jest miejscem przyjemnym. Autor odzwierciedlił okrucieństwa wojny, jednak nie pozwolił, by stały się one usprawiedliwieniem dla ludzkich zachowań. Podczas opisu funkcjonowania obozów, a także przy kreacji konkretnych oprawców wyraźnie podkreślone zostały własne skłonności postaci do sadyzmu, które w sprzyjających warunkach miały okazję się ujawnić i rozwinąć. W całej trylogii wiele jest postaci pozytywnych, wiele negatywnych, a kilka pozostaje niepewnych, co dodatkowo podbija autentyczność kreacji bohaterów. Nie ma dwóch takich samych osób tak w życiu realnym, jak i w książce Remigiusza Mroza, a niektóre postaci potrafią nas zaskoczyć nagłą zmianą postawy w związku z jakąś sytuacją.

Przy poprzednich częściach cyklu miałam poczucie niesprawiedliwości – pewne wątki toczyły się dużo bardziej niebezpiecznie niż inne. Po zakończeniu Głębi osobliwości muszę przyznać, że autorowi udało się obdzielić głównych bohaterów nieszczęściami mniej-więcej w równym stopniu. Tak jak nie można bez końca uciekać przed okrucieństwem wojny, która ogarnęła cały kontynent, tak też nie można żyć w jej sercu bez choćby pozoru ładu wokół siebie; w tym względzie równowaga została zachowana. Dodatkowo dzięki temu, że postaci jest sporo, autor mógł pokazać nam naprawdę różne oblicza wojny – wojsko, obozy, przesłuchania, domy ludności cywilnej… Obserwujemy działania zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie i (mam wrażenie) nic nie zostaje tutaj pominięte.

Zawsze lubiłam czytać o II wojnie światowej, a gdy dowiedziałam się o serii, która ujmuje temat fabularnie, postanowiłam spróbować i absolutnie tego nie żałuję. Parabellum to świetna opowieść, która dostarcza sporo emocji. Nie jest to obraz łatwy – znajdziemy tu wiele bezpośredniego okrucieństwa, śmierci i bólu, a jednak jest to historia wciągająca i niejednoznaczna, która trzyma w napięciu od początku do końca. Jeśli lubicie tę tematykę i podobne książki – zdecydowanie mogę Wam ją polecić.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.


Prędkość ucieczki  |  Horyzont zdarzeń  |  Głębia osobliwości

wtorek, 5 stycznia 2016

Remigiusz Mróz – „Ekspozycja”


To miała być recenzja bez zachwytów, peanów i tęsknoty za kolejnym tomem. Bez entuzjastycznych zawołań i bez rozpływania się. Notatki, które zostawiałam sobie na początku lektury, kazały spodziewać się nawet kilku złośliwości. I wiecie co? Kompletnie, całkowicie i totalnie mi nie wyszło.

Mogłoby się wydawać, że Giewont jako miejsce-symbol jest otoczony należytą uwagą i że, z racji dość odsłoniętej lokalizacji, nic niezwykłego nie może się na nim wydarzyć. Tym większe jest zdumienie opinii publicznej, gdy pewnego poranka na samym jego szczycie znalezione zostaje ciało mężczyzny, na domiar złego zawieszone na tamtejszym krzyżu. Już sam sposób dokonania i wyeksponowania zbrodni zwraca uwagę, a sprawa z każdą chwilą staje się bardziej podejrzana. W gardle ofiary zostaje odnaleziony numizmat, który ciężko na pierwszy rzut oka zidentyfikować, a jeden ze współprowadzących sprawę komisarzy nie tylko zostaje odsunięty od czynności, ale jest wręcz ścigany przez dotychczasowych przełożonych. Tropy i drogi ucieczki prowadzą za wschodnią granicę, jednak cała sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Bohaterem kolejnego cyklu Remigiusza Mroza jest komisarz Wiktor Forst – policjant, który już kilkakrotnie podpadał przełożonym, aż wreszcie ci postanowili odsunąć go od prowadzenia działań śledczych. Ma opinię człowieka dziwnego i porywczego, domniemane problemy z alkoholem, a przy tym wszystkim zachowuje zdolność myślenia i racjonalnego oglądu sytuacji. Kreacja komisarza niczym nie odbiega od standardów wyznaczonych przez współczesnych twórców kryminałów – bohater świetnie wpisuje się we wszelkie aktualne schematy: nie ma rodziny, a jego przeszłość jest tajemnicza; od problemów ucieka w nałogi, ma również specyficzny stosunek do kobiet. W rozwiązywaniu zagadki towarzyszy mu dziennikarka Olga Szrebska i także ona (zarówno jako partnerka śledcza, jak i samodzielna postać) mieści się w tym, co jest nam już znane. Relacja bohaterów może dostarczać czytelnikowi rozrywki, bo oboje są dowcipni, a ich dialogi podszyte są wieczną słowną przepychanką, nawet gdy atmosfera zupełnie temu nie sprzyja.

W pewien schemat wpisuje się również sama konstrukcja książki, choć muszę przyznać, że kilka elementów mocno mnie zaskoczyło. Przede wszystkim na samym początku wszystko wskazywało na to, że będzie to klasyczny do bólu kryminał o dość prostej fabule, na szczęście ostateczne rozwiązania okazały się o niebo lepsze. Zdziwiłam się, że książka tak wiele ma wspólnego z tym wspaniałym typem opowieści, jakie pisze Dan Brown – obok zagadki trupa mamy tu także wątki związane z historią, kulturoznawstwem czy religią. Autor zdecydował się na wykorzystanie w książce wielu historycznych faktów i dostosował powstałą wokół nich teorię spiskową do własnych potrzeb; efekt jest naprawdę bardzo dobry. Choć mniej-więcej do połowy książki lekko się nudziłam, gdy tylko na jaw wyszły wszelkie kulturowe nawiązania, od razu się rozbudziłam i zapragnęłam więcej. Ten wątek bardzo, ale to bardzo mi się spodobał.

Nie do końca przekonała mnie za to dość nierównomierna i momentami powtarzalna konstrukcja akcji. Podczas lektury zdarzały się momenty, kiedy się nudziłam lub uważałam, że dana scena nie jest do końca potrzebna; innym razem sceny były tak dynamiczne, że aż zapierało dech. Wiele elementów fabuły sprowadzało się do tarapatów, w które wpadali bohaterowie, które z reguły kończyły się bijatyką i szaloną, acz zawsze superbohatersko skuteczną interwencją Forsta. Właściwie nie mam nic przeciwko temu – świat potrzebuje mocnych herosów, którzy śmiało stawią czoła każdemu niebezpieczeństwu i ja również lubię czytać powieści, w których takowi występują. W tekście pojawiają się również pewne znane schematy i klisze (ach, te wszędobylskie szyby wentylacyjne!), jednak wywołują one raczej sentyment niż znużenie.

Tak jak wspomniałam na początku, wydźwięk tej recenzji zapowiadał się mało emocjonująco, jednak zdarzyło się coś, co całkowicie wybiło mnie z tego rytmu i nastawienia, a mianowicie zakończenie. Mocnym, niespodziewanym akcentem Remigiusz Mróz obrócił w proch wszystko, co było budowane mniej-więcej od połowy książki i sprawił, że wszelkie emocje uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Tymi kilkoma zdaniami wyszedł całkowicie poza schemat i pozostawił mnie (i pewnie wiele innych osób) w stanie całkowitego zawieszenia. To było wredne… i cudowne jednocześnie. Po czymś takim mogę jedynie gapić się w ścianę i błagać o więcej, choć na początku wcale się na to nie zapowiadało.


poniedziałek, 28 grudnia 2015

Remigiusz Mróz – „Zaginięcie”

Jak zapewne zdążyliście zauważyć, kilka dni temu dołączyłam do grona zachwyconych odbiorców Kasacji. Przeczytałam tę książkę bardzo szybko i z wielką radością, a zarówno fabuła, jak i postaci, naprawdę mocno mnie zainteresowały. Nie miałam w planach w najbliższych dniach sięgać po drugi tom (w tym miesiącu zrobiłam już dość książkowych zakupów), ale po zachętach ze strony niektórych blogerów (tak, Tanayah, o Tobie mówię) po prostu skręcało mnie z potrzeby poznania dalszych losów Chyłki i Zordona. Z opresji wybawił mnie Sylwek, który po prostu dał mi Zaginięcie, za co bardzo serdecznie mu dziękuję.

Jeśli chodzi o fabułę, wydaje się ona względnie prosta – tym razem prawniczy duet zajmuje się sprawą zaginięcia dziecka. Do Chyłki w środku nocy dzwoni dawna koleżanka, której córka zniknęła w nocy z własnej sypialni. Domniemany porywacz nie pozostawił śladów ani w domu, ani w obejściu, a posesja zabezpieczona była alarmem; nie pojawiło się także żądanie okupu. Wszystkie te czynniki skierowały uwagę policji na rodziców, którzy stali się podejrzanymi i będą musieli dowodzić swojej niewinności w sądzie.

W odniesieniu do pierwszej części fabuła podobała mi się nieco mniej – owszem, była spójna i pogmatwana, zawierała również wiele niespodziewanych, bardzo ważnych zwrotów akcji, jednak momentami miałam wrażenie, że to wszystko jest aż nazbyt pokomplikowane. Pojawiające się znienacka wątki, dowody, które zmieniają bieg sprawy, kłamstwa i niedomówienia… Wszystkie te elementy pozwoliły do końca utrzymać napięcie, choć chwilami było ich dla mnie zbyt wiele. Muszę jednak przyznać, że zakończenie wynagrodziło te zgrzyty i pozostawiło mnie dokładnie w takim szoku, jakiego oczekiwałam po lekturze recenzji innych czytelników.

Nieodmiennie najmocniejszą stroną cyklu jest konstrukcja postaci Chyłki i Oryńskiego – zarówno jako osobnych bohaterów, jak i w idealnie zestawionym duecie. To dwie zupełnie różne osoby o odmiennych charakterach, temperamentach i sposobach myślenia, które, zestawione razem, wspaniale się uzupełniają. Zachwyca mnie ich sposób pracy, słowne przepychanki i ciągłe ustalanie granic terytorium. To po prostu para bohaterów, których szczerze uwielbiam i jestem niesamowicie ciekawa, jak potoczą się ich dalsze losy.

Nikogo nie zdziwi pewnie fakt, że to kolejna książka autora, która po prostu mi się podobała. Może nie było takich fajerwerków jak przy Kasacji, ale myślę, że wynika to po prostu ze specyfiki prowadzonej sprawy – w Zaginięciu konstrukcja i dynamika fabuły była nieco inna niż w części pierwszej i zwyczajnie mniej przypadła mi do gustu. Na szczęście niezmienny pozostał wspaniały styl autora, zawarty w książce humor, a także postaci, które są nakreślone i dopasowane po prostu idealnie. Wszystko to składa się na świetną powieść, która dobrze rokuje dalszemu rozwojowi cyklu. Czekam z niecierpliwością na kolejne części!





Kasacja  |  Zaginięcie  |  Rewizja

piątek, 18 grudnia 2015

Remigiusz Mróz – „Kasacja”


Kasacja była wszędzie. Od czasu premiery Internet nieustannie grzmi i huczy od pochwał na temat tej książki i właściwie do dziś spotykam się z kolejnymi pochlebnymi opiniami na jej temat; nie znam chyba nikogo, komu by się nie spodobała. Taka oszałamiająca kariera dla wielu czytelników z pewnością jest zachętą, jednak jest również szerokie grono, które wraz z każdym pozytywem nabiera obaw. Ze mną było podobnie. Czym właściwie jest thriller prawniczy? Czy to w ogóle można napisać ciekawie? A co będzie, jak mi się nie spodoba? Czuję niesamowitą ulgę, że wszystkie te wątpliwości mam już za sobą i również ja mogę obwieścić wszem i wobec: Kasacja jest cudowna!

Gdy żywy, sprawny i wolny człowiek zostaje znaleziony w mieszkaniu z dwoma 10-dniowymi trupami, nie potrzeba więcej dowodów – w oczach ludzi automatycznie przeradza się on w winnego, zwłaszcza jeśli wszędzie wokół są jego odciski palców. Tworzenie linii obrony jest tym trudniejsze, że ów mężczyzna nie mówi niemal nic, a ponadto jest synem znanego biznesmena, co nadaje sprawie rozgłos. Przegrana batalia? Nie dla ambitnej Joanny Chyłki, senior associate w korporacji Żelazny & McVay. Bezwzględna prawniczka zaangażuje wszelkie siły (nie tylko własne, również towarzyszącego jej nowego aplikanta, Kordiana Oryńskiego), aby osiągnąć sukces. Pytanie, czy jest to możliwe, gdy sprawa ma tyle płaszczyzn i zagadek?

Czytelnik otwierający książkę ma w pierwszej kolejności kontakt z dwoma aspektami: językiem i humorem. Docierają one do nas niemal jednocześnie, bo wzajemnie się przeplatają, co w dużej mierze odpowiada za klimat powieści. O tym, że Mróz pisze świetnie pod względem technicznym, nie trzeba chyba nikogo przekonywać, bo ten element przewija się w recenzjach wszystkich jego książek. Sama miałam okazję się przekonać, że niezależnie od gatunku, którego reprezentantem jest tekst, autor ma po prostu świetne pióro, flow, które każdej opowieści nadaje charakteru i wyrazu. W przypadku Kasacji do tego aspektu dochodzi kolejny, związany z bardzo wyrazistym humorem – głównie słownym, choć także sytuacyjnym. Wszystkie te charakterystyczne dla korporacji określenia, język Chyłki, komentarze narratora… To właśnie buduje niesamowitą przyjemność z czytania.

Jednak książka to nie tylko techniczna otoczka, bo gdy tylko ona będzie grała, nazwiemy tekst grafomanią lub przerostem formy nad treścią. Równie ważna jest fabuła, akcja i bohaterowie, a każdy z tych elementów musi idealnie pasować do pozostałych. W Kasacji wszystko jest dobrane i wyważone idealnie – wielu pisarzy mogłoby uczyć się od Mroza, jak łączyć wątki kryminalne i obyczajowe, a także jak używać do opisu dokładnie tylu słów, ile jest potrzebne, aby nie stracić jednocześnie nic z barwności tekstu. W książkach autora, a co za tym idzie także w Kasacji, żadna strona nie jest przegadana, a każdy pojawiający się wątek i bohater jest idealnie dopasowanym elementem bogatej układanki. Nie ma szans, byśmy się nudzili.

Nie wiem, jak czytałam Wasze opisy fabuły książki, ale chyba pomijałam je w głowie, bo zupełnie zaskoczył mnie charakter relacji Chyłki i Kordiana. Na szczęście stworzona w mojej głowie wersja nie umywa się do tej książkowej – zdecydowanie lepiej wypada to wszystko w bezpośrednim kontakcie. W znajomości tej dwójki tyle jest ironii, złośliwości i cudownego, zaczepnego humoru, że mogłabym rozpływać się w zachwytach, bo każda konfrontacja bohaterów wywoływała na mojej twarzy uśmiech. Zarówno razem, jak i osobno, oboje są bardzo ciekawi, wyraziści i dobrze skonstruowani. Takich bohaterów po prostu chce się poznawać.

Chociaż zawsze chwalę książki Remigiusza Mroza (tak jak wszyscy; rany, co za nuda…), tym razem powiem, że natknęłam się na najlepszą. Jeśli ktoś kiedyś powie mi, że powieści Polaków, których akcja dzieje się w naszym kraju, nie mogą być dobre i napisane z rozmachem, bez namysłu odeślę go do Kasacji. Ta opowieść łączy w sobie wyrazistych bohaterów i ciekawą zagadkę kryminalną, a w tle ukazuje kulisy zarówno świata prawniczego, jak i korporacyjnego. Każdy element jest ciekawy i dobrze dobrany. Sama nie wiem, co mogłabym jeszcze powiedzieć – musicie przekonać się sami…