Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia alternatywna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia alternatywna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 października 2016

Ian Tregillis – "Mechaniczny"

Jak to się stało, że Mechaniczny po przyjeździe do nas trafił od razu w moje ręce, nie wiem do dziś – właściwie jest to jedna z tych książek, do których bliżej Sylwkowi niż mnie i miałam zamiar wcisnąć mu ją w łapki, gdy tylko wróciłby do regularnego czytania i recenzowania. Coś musiało mi się poprzestawiać w główce, bo pewnego poranka po prostu wzięłam tę książkę do pracy, zabierając ją ze stosu recenzenckich lektur piętrzącego się na parapecie naszej sypialni. Zrobiłam to, mimo że miałam do wyboru m.in. Immunitet Mroza, I wrzucą was w ogień Patykiewicza oraz najnowszą książkę Danki Braun. Zrobiłam to, mimo że wiedziałam, że książka może mi się nie spodobać. Dałam się ponieść intuicji i kolejny raz tego nie żałuję.

Historia, jakiej nie znamy: po tym, jak dzięki mocy alchemików udało się tchnąć iskrę życia w metalowe maszyny, Niderlandy stały się supermocarstwem, które podporządkowało sobie najdalsze zakątki Ziemi. Klakierzy, bo tak nazwano sztuczne inteligencje, nie są wyłącznie maszynami bojowymi, pełnią bowiem kluczową rolę w społeczeństwie, pozostając na wszelkie usługi ludzi. Choć w pełni świadomi, nie mają możliwości wyboru: ich funkcjonowanie jest ograniczone przez pęta poleceń, które zmuszają ich do posłuszeństwa królowej, państwu oraz swoim właścicielom. Jednym z takich sług jest Jax – ten, który swoim buntem zapoczątkuje rewolucję...

Książka Iana Tregillisa jest oparta na dwóch dość oklepanych w popkulturze schematach: pierwszym z nich jest problematyka statusu sztucznej inteligencji (czy samoświadomość sprawia, że maszyna to już człowiek?), a drugim tak popularny ostatnio motyw ciemiężonej jednostki sprzeciwiającej się ugruntowanej władzy. Takie połączenie może wywoływać obawy co do oryginalności prezentowanej historii; całkiem zresztą słusznie, bo stworzenie czegoś nowego poprzez zestawianie znanych elementów wielu pisarzom nie wyszło najlepiej. Tym razem jednak nie ma się czego bać – nie wiem, jak to się stało, ale w książce Tregillisa w ogóle nie czułam wtórności, niezależnie jak bardzo starałam się ją znaleźć. Z pewnością jest to w jakimś stopniu efekt wielowymiarowości: mimo że główny wątek dotyczy sprawy Jaxa, równolegle poznajemy kilka postaci, które są uwikłane w intrygi o międzynarodowym zasięgu, co nadaje książce lekko awanturniczego charakteru. 

Moim zdaniem jednym ze sposobów, po których można rozpoznać dobrego pisarza, jest to, jak wprowadza czytelników w wykreowany przez siebie świat. Mniej wprawni twórcy potrzebują osobnych akapitów na opis wyglądu postaci czy streszczenie historii nowego gatunku, ci bardziej zaprawieni w bojach czynią to jakby mimochodem, gdzieś pomiędzy rozwijającą się akcją. Do takich właśnie autorów należy Ian Tregillis, który powoli i bardzo subtelnie odkrywa przed nami kolejne karty – jest to jeden z czynników, dzięki którym tak przyjemnie czyta się pierwszą część Wojen Alchemicznych. Mimo że mamy tu do czynienia z historią alternatywną, a więc sporo zjawisk wymaga wyjaśnienia, autorowi udało się bardzo dobrze to wszystko poskładać: elementy nadprzyrodzone nie dominują opowieści i jest ich dokładnie tyle, ile potrzeba do fabularnych zmian. podobnie z resztą ma się sprawa z dostarczanymi czytelnikowi informacjami, które dawkowane są w sposób odpowiedni do sytuacji.

Nie da się ukryć, że w Mechanicznym bardzo ważną rolę odgrywa cała sfera filozoficzna związana z dyskusją nad naturą sztucznej inteligencji. Miałam jednak wrażenie, że czytelnik w tej sytuacji nie jest uczestnikiem dyskusji – sposób, w jaki prezentowane są przeżycia wewnętrzne Jaxa i innych Klakierów oraz nacisk na ich emocje, odczucia i przemyślenia sprawiają, że właściwie od pierwszej strony stajemy po ich stronie i jesteśmy w jakimś stopniu ukierunkowani w swoim spojrzeniu na wykreowany przez autora świat. Tym niemniej w książce znajdziemy wiele scen, w których rozgrywają się zażarte dyskusje między bohaterami, a ich poziom oraz sposób przedstawienia mnie osobiście zachwyciły. Jestem przekonana, że znajdzie się wiele osób, które znudzi ta cała, jak zapewne powiedzą, "filozoficzna papka", jednak ja wyczekiwałam, kiedy znów będę mogła lepiej się jej przyjrzeć.

Mówiąc krótko: jeśli nie przerażają Was refleksje na tematy filozoficzno-egzystencjalne, możecie śmiało po tę książkę sięgać. Może akcja nie gna do przodu jak szalona (jednak zawsze pozostaje ten problem, że wprowadzenie elementu refleksji jakoś tam spowalnia fabułę), ale knucia i intrygi skutecznie nam ten wątpliwy mankament wynagradzają. Ian Tregillis spisał się świetnie i stworzył naprawdę dobrą opowieść, którą będę polecała w oczekiwaniu na kolejną część. A, i podobno to świetna książka dla fanów steampunku, ale że nie znam się na nim kompletnie, to i się na ten temat nie wypowiem.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

piątek, 23 września 2016

Krzysztof Piskorski – "Czterdzieści i cztery" [recenzja przedpremierowa]

Gdy na rynku pojawia się nowa powieść, różne elementy mogą nas do niej przekonać. Czasem jest to okładka, która przyciąga wzrok, czasem zawarty z tyłu opis, rekomendacja na znanym blogu lub po prostu autor, którego lubimy z tych czy innych względów. Zdarza się jednak tak, że pewne książki kuszą nas nawiązaniem do czegoś, co znamy i co jest w kręgu naszych zainteresowań. W moim przypadku jest to zdecydowanie najrzadziej występująca, ale jednocześnie najsilniejsza motywacja. Zazwyczaj mam sporo obaw co do jakości tworzonych przez autorów nawiązań, ale są przypadki, gdy po prostu wiem, że będzie to zrobione dobrze – tak właśnie jest w przypadku Krzysztofa Piskorskiego i jego Czterdzieści i cztery, którego fabuła i tło garściami czerpią z polskiego (i nie tylko) romantyzmu.

Jest rok 1844, jednak świat, który obserwujemy, różni się od tego, który znamy z lekcji historii. Tajemniczy ether, ni to substancja, ni to nadnaturalna siła, pojawił się na świecie i niemal od razu został wykorzystany do produkcji broni, która zmieniła bieg dziejów. Ponadto jego obecność przyczyniła się do otwarcia bram do równoległych światów. Gdzieś wśród wypaczonej rzeczywistości swoje zadanie otrzymuje poetka Eliza Żmijewska – kobieta musi dostać się w bliskie otoczenie spiskowca i wykonać na nim wyrok podpisany przez samego Juliusza Słowackiego. Realizacji celu nie ułatwia fakt, że skazanym jest jej były towarzysz broni, a po dotarciu do miejsca przeznaczenia dziewczyna odkrywa wiele aspektów sprawy, przez które nic nie wydaje się takie jak na początku...

Po polconowej prelekcji autora na temat światotworzenia spodziewałam się, że całe tło książki będzie przemyślane i dopracowane, jednak to, z czym zetknęłam się podczas lektury Czterdzieści i cztery przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pozornie autor nie zrobił niczego niesamowitego wprowadzając do swojej powieści dwa znane powszechnie elementy: koncepcję światów równoległych oraz historię alternatywną. To połączenie okazało się jednak strzałem w dziesiątkę, a sposób, w jaki stworzona została z tego wspólna całość, jest po prostu zachwycający. Dzięki temu, że tajemnicza energia etheru pojawiła się dopiero w którymś momencie historii świata, możliwe było wprowadzenie do fabuły autentycznych postaci takich jak Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz, Kazimierz Lux, Emilia Plater czy George Byron, a także bazowanie na faktycznych wydarzeniach i miejscach. Z drugiej strony element fantastyczny sprawia, że wszystko, co autentyczne, nabiera nowego wymiaru. W książce znajdziemy chociażby charakterystyczny dla tamtych czasów motyw tajnego stowarzyszenia – bardzo autentyczny, a jednocześnie silnie związany z tematem etheru. Znalazło się miejsce również dla ważnej w XIX wieku kultury – każdy rozdział otwiera fragment wiersza lub tekstu źródłowego, z których część jest autentyczna, a część przerobiona tak, aby pasowała do zmienionej rzeczywistości.

Idea równoległych wersji Ziemi od razu skojarzyła mi się z tym, co odnaleźć można w cyklu Terry'ego Pratchetta i Stephena Baxtera o Długiej Ziemi - tam również mamy możliwość przenoszenia się pomiędzy alternatywnymi światami, gdzie ze względu na różne czynniki historia potoczyła się inaczej. Ów duet zafundował nam jednak typowe science-fiction, w dodatku niezbyt rozbudowane jak na swoją skalę i w rezultacie coraz bardziej wtórne. Z kolei powieść Krzysztofa Piskorskiego silnie bazuje na historii alternatywnej i jest mocno osadzona w określonej już rzeczywistości. Autor nie tworzy czegoś całkowicie oderwanego od tego, co znane, a raczej snuje pewnego rodzaju rozważania z gatunku "co by było, gdyby...". Nie oznacza to bynajmniej, że brakuje tu typowej fantastyki – wręcz przeciwnie, wraz z pojawieniem się etheru zarówno do naszego świata wdzierają się nieznane dotąd istoty, jak i człowiek rozpoczyna eksplorację innych wersji Ziemi, na których odnajduje gatunku, jakie nie zostały dotąd odnalezione i opisane. Bardzo podoba mi się celowość, z jaką wprowadzane są kolejne tego typu elementy: żaden z nich nie pojawia się bez przyczyny, co sprawia, że książka pozostaje fantastyką o silnej fabule, a nie staje się encyklopedią czy leksykonem nowych ras i światów. Co ważne, wprowadzone gatunki mają swoją specyfikę i historię, co również uważam za bardzo duży plus.

Kolejną mocną stroną powieści są bohaterowie. W pewnym sensie wiąże się to ze światem przedstawionym, ponieważ również w tym aspekcie widać dużą dbałość autora o nie pozostawianie swoich postaci samych sobie – większość przewijających się osób ma choć zalążek ciekawej historii, a ich pojawienie się ma faktyczny wkład w fabułę. Próżno tu szukać postaci przypadkowych, choć na pewno znajdzie się kilka, o których można by powiedzieć więcej, o czym sam autor wspomina w posłowiu. Na uwagę zdecydowanie zasługuje główna bohaterka, Eliza Żmijewska, która w prawdziwym świecie z pewnością miałaby bardzo ciężko żyjąc u schyłku XIX wieku, jednak w świecie wykreowanym przez autora radzi sobie świetnie. Jest inteligentna, oczytana, bystra, zna języki, włada szablą, zna się na broni i świetnie adaptuje się do nowych sytuacji. Ma też talent do wpadania w kłopoty, co zawsze jest cenne u bohaterów powieści przygodowych czy awanturniczych i stanowi dodatkowe ubarwienie warstwy fabularnej.

Właśnie, fabuła! Zawsze gdy czytam o tak bogatym świecie, mam w sobie wiele obaw co do jej jakości – często zdarza się, że przy nadmiernej ilości opisów cierpi akcja. Tych z Was, którzy myślą podobnie, muszę uspokoić – równowaga pomiędzy opisami a fabułą zostaje zachowana, a edukacja czytelnika odbywa się na bieżąco, gdzieś pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. Z resztą nie ma tej edukacji tak dużo, jak mogłoby się wydawać, bo dzięki spójności elementów bardzo szybko zaczynamy traktować ether i wszystkie związane z nim udziwnienia jako coś całkowicie normalnego. Z pewnością pomaga nam w tym wartka akcja pełna intryg i niejasności, w której co i rusz pojawiają się nowe niebezpieczeństwa i zagadki do rozwiązania. Główna bohaterka rozpoczyna swoją drogę z jasnym zadaniem do wykonania, jednak wraz z kolejnymi rozdziałami zaczyna dostrzegać więcej elementów, które na zawsze zmieniają jej spojrzenie na świat. Będzie musiała sama ocenić, komu powinna ufać i po której ze stron stanąć.

Cóż mogę jeszcze dodać – naprawdę lubię czytać książki pisarzy, którym się chce: powiedzieć kilka słów o nowej rasie, zamiast tylko umieścić ją w tle, nadać indywidualny rys bohaterowi, który przewija się gdzieś w tle, czy po prostu zadbać, aby wszystkie elementy historii były spójne i wzajemnie sobie nie przeszkadzały. Czterdzieści i cztery to wspaniały przykład tego, co w literaturze lubię, a więc zabawy konwencjami i historią, która przecież wydaje się tematem na zawsze zamkniętym. Uważam, że jest to książka nie tylko kompletna, ale i bardzo dopieszczona, pełna bowiem smaczków z zakresu historii, kultury i ogólnej wiedzy o świecie, które możemy wyłapać sami lub poznać podczas lektury bardzo bogatego posłowia.





Dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu za możliwość wcześniejszego poznania tej wspaniałej historii oraz autorowi, Krzysztofowi Piskorskiemu, za trąbienie o niej na Polconie przy każdej możliwej okazji, dzięki czemu uwierzyłam, że to opowieść, która mnie zachwyci.

Premiera 29 września!

niedziela, 10 maja 2015

Tomasz Fijałkowski - "Antipolis"


W alternatywnym świecie Polska jest mocarstwem, które jako jedno z niewielu państw zachowało swoją potęgę po Wielkiej Wojnie. Antipolis, stolicę Korony, zamieszkuje ponad milion mieszkańców, czyniąc z niego jedną z najważniejszych metropolii na mapie Europy. Niestety, miastu zagraża niebezpieczeństwo, bowiem wszystkie znaki na niebie wskazują, że zbliża się Zenit, czyli przeniknięcie Innej Rzeczywistości w granicę znanego świata. Dotychczas każde takie wydarzenie skutkowało licznymi ofiarami, choć umiejscowione było w mało zaludnionych terenach, teraz jednak epicentrum Zenitu ma być Antipolis. Czy Strukturze, tajnej organizacji zajmującej się nadnaturalnymi rzeczami, uda się uratować Koronę? Czy można w ogóle podjąć walkę z Istotami, które w zamierzchłych czasach uważane były za Bogów?

Na pierwszy rzut oka książka Tomasza Fijałkowskiego nie wydaje się wnosić nic nowego do fantastyki. Alternatywne rzeczywistości, w których Polska dominuje nad innymi państwami, pojawiają się stosunkowo często, zarówno w książkach, jak i opowiadaniach. Podobnie jest z przenikaniem się różnych światów, a także z istotami czy ludźmi obdarzonymi nadnaturalnymi zdolnościami - to tematy wałkowane w fantastyce od wielu lat. Mimo to Antipolis jest powieścią wyraźnie odcinającą się na tle innych reprezentantów gatunku. Fijałkowski, choć wymieszał elementy powszechnie wykorzystywane, stworzył coś zupełnie nowego, zaskakującego zarówno fabułą, jak i kreacją świata oraz konstrukcją całej opowieści.

Tym, co może się wydać nieco dziwne, jest brak głównego bohatera. Większość dzisiejszych dzieł przyzwyczaiła nas, że historia nie może obejść się bez dominującego protagonisty, ewentualnie niewielkiej ich grupki, tymczasem Fijałkowski w bezpardonowy sposób pokazuje nam, że nie jest to konieczny element książki. Autor prezentuje nam plejadę postaci, które co rusz pojawiają się i znikają. Gdy tylko jakaś postać przykuwa na dłużej naszą uwagę, niemal od razu narracja skupia się na kimś innym. Można powiedzieć, że wszystkie ważniejsze osoby otrzymały tyle samo “czasu antenowego”. Nawet jedyny bohater, którego losy widzimy w pierwszej osobie, nie jest tu istotniejszy od reszty.

Choć historia w rzeczywistości, w której umiejscowione jest Antipolis, toczyła się w znaczący sposób odmiennie od tej wersji, którą znamy, wyłapać można tu sporo nawiązań do naszego świata. Pewne aspekty bądź znane osoby wydają się być identyczne z realnymi, inne zaś - w przewrotny sposób zmienione. Jedną z takich rzeczy jest przykładowo chrześcijaństwo, przedstawione jako niewielka, młoda sekta, której założyciel kilka stuleci wcześniej został rozstrzelany. Dopasowanie znanej nam religii do takiej historii wyszło moim zdaniem naprawdę ciekawie.

Mimo braku bohaterów, których jednoznacznie można by uznać za główne postaci, jest jedna rzecz wysuwająca się na pierwszy plan: fabuła. Misternie skonstruowana, dopracowana, przemyślana - to trzon całej opowieści, wokół którego wszystko się gromadzi. Każda scena, choćby wydawała się zupełnie niezwiązana z pozostałymi, prędzej czy później okazuje się niezwykle istotna dla całej opowiadanej historii, a nawet najmniej zauważalne wydarzenia i rzeczy mogą być koniec końców kluczowe.

Niestety, muszę przyczepić się do konstrukcji książki. Początkowe sceny są uporządkowane, opisują wydarzenia chronologicznie, dziejące się jedno po drugim, ewentualnie mające miejsce w tym samym czasie. Im dalej jednak posuwa się akcja, tym częściej zaobserwować można zawirowania w tej kwestii - fabuła zaczyna skakać po osi czasu w przód i w tył, wprowadzając lekki zamęt, co w połączeniu z naprawdę licznym gronem postaci może spowodować, że czytelnik pogubi się w tym wszystkim. Tak naprawdę przy pierwszym takim zagraniu byłem przekonany, że w książkę wkradł się błąd rzeczowy - dopiero później zorientowałem się, że scena osadzona jest nieco później w czasie, niż reszta.

Na pochwałę zasługuje warsztat pisarski autora. Tomasz Fijałkowski, choć jest debiutantem, wykazał się znakomitą zdolnością do posługiwania się słowem. Bogate konstrukcje zdań, ciekawe, nieszablonowe zwroty, szeroki zasób określeń, tysiące drobnych szczególików nieinwazyjnie wplecionych w narrację - można by długo wymieniać. Co więcej, pisarz nie bał się stosować rozwiązań nietypowych. Dzięki temu w tekst książki idealnie wkomponowano takie rzeczy, jak fragment pamiętnika, protokół, czy też opis wspomnień tak żywych, że przeszłość mieszała się w nich z teraźniejszością. Znakomite było też płynne przejście ze zdawanej przez jedną postać relacji to narracyjnego opisu zdarzeń. Jedyny mój zarzut wobec tego wszystkiego to ilość - nie miałbym nic przeciwko częstszemu stosowaniu takich rozwiązań, niestety większość z nich użyta została tylko raz…

Osobiście dwie rzeczy mi się nie podobały, niewiele jednak mogę o nich powiedzieć - dotyczą one końcowych części fabuły. Pierwsza to fakt, że jedna dość istotna sytuacja została rozwiązana w drodze.. zbiegu okoliczności. Niestety, choć było to coś, co autor misternie sobie zaplanował, mnie takie rozwiązanie rozczarowało. Druga sprawa to niedokończone sprawy - w finiszu książki zabrakło mi rozwiązania naprawdę sporej ilości wątków, a historie wielu postaci zasługiwały na szersze wyjaśnienia…

Antipolis to książka całkowicie inna od tego, co dominuje na rynku wydawniczym; jednocześnie jest to powieść zawierająca liczne elementy gwarantujące, że spodoba się ona wielu fanom fantastyki. Debiut Fijałkowskiego, choć w założeniach pełen ryzykownych rozwiązań, okazał się genialnym zagraniem. To powiew świeżości w gatunku, który nierzadko posądzany jest o powtarzalność. Ba, to solidny powiew świeżości w literaturze w ogóle - Antipolis pokazuje, że odejście od pewnych utartych schematów może wypaść znakomicie.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

czwartek, 9 października 2014

Piotr Wałkówski - "Powietrzny Korsarz" [recenzja przedpremierowa]

Zastanawialiście się kiedyś, czy świat stworzony przez autora należy tylko do niego? Czy tylko on jest uprawniony do osadzenia w nim historii, a wszelkie próby robienia tego przez osoby trzecie nie wykraczają poza tzw. fanfiki? Cóż, ja sam co do zasady wychodziłem z takiego założenia, a mimo to zdecydowałem się sięgnąć po debiut literacki Piotra Wałkówskiego, Powietrznego Korsarza - książkę, której akcja dzieje się w świecie wykreowanym przez Naomi Novik.

Europa tuż po okresie wojen napoleońskich. Kapitan William Laurence wraz ze swoim smokiem, Temerairem, odnajdują osobliwe jajo, które z całą pewnością zostało złożone przez znaną im smoczycę. Gdy pęka skorupa, ku ich zaskoczeniu na świat wyłania się istota, której świat jeszcze nie widział: choć w gruncie rzeczy przypomina ona człowieka, wyposażona jest jednak w gadzie skrzydła i ogon. Półsmok Nestor dołącza do brytyjskich awiatorów dorastając w szkockiej enklawie Loch Laggen. Niestety, osobliwy młodzieniec nie cieszy się sympatią wśród wszystkich mieszkańców bazy, w wyniku czego wraz z Temerairem muszą ją opuścić, zostawiając za sobą kapitana Laurence’a. Splot różnych okoliczności powoduje, że Nestor przyjmuje rolę kapitana smoka i jako jeden z powietrznych korsarzy trafia na tereny dawnej Rzeczypospolitej, by wspomóc powstańców w walce z caratem.

Powiem wprost, bez żadnego owijania w bawełnę: książka posiada sporo zalet, jednocześnie jednak nie jest pozbawiona wad. Tym, co zalicza się do obu tych kategorii, jest język: tekst napisany jest w sposób nierówny. Niejednokrotnie trafiają się fragmenty, przy lekturze których zachwycałem się kunsztem literackim autora, podziwiając plastyczność wyrażeń i ich przemyślaną konstrukcję. Niestety, sporo było również momentów słabszych pod względem poziomu, przy których komfort czytania wyraźnie spadał, bowiem zbudowane były one ze zdań zbyt prostych, pozbawionych polotu charakterystycznego dla innych fragmentów. Te nierówności powodowały, że momentami dość ciężko było mi wgryźć się w książkę i złapać jej tempo. Natomiast gdy już mi się to udało, nie mogłem pozwolić sobie na robienie dłuższych przerw w lekturze - każdą z nich okupić musiałem ponownym przyzwyczajaniem się do takiej narracji.

Podobnie jest w przypadku samego tempa, z jakim fabuła toczy się do przodu. Wielokrotnie trafiają się sceny, w których dynamizm robi wrażenie na czytelniku, pozostawiając go z otwartymi ustami. Do takich momentów zdecydowanie należą opisy walk powietrznych, w których biorą udział smoki - fragmenty te są tak żywiołowe, że wiele z nich wyraźnie zapisało się w mojej pamięci, Nieraz miałem wręcz wrażenie, że autor przedstawia te sceny tak dokładnie, że chyba musiał je widzieć na własne oczy. Niestety, kontrastem dla znakomitych bitem powietrznych są fragmenty pozbawione dynamizmu. To z reguły sceny statyczne, oparte na dialogach, które choć co do zasady były dobrze napisane, to raz, że były zdecydowanie zbyt długie, a dwa, że niejednokrotnie odnosiłem wrażenie déjà vu. Sceny sporów między głównymi bohaterami, albo między Nestorem, a resztą załogi pojawiały się tak często, że miałem ich momentami dość. Zwłaszcza, że z reguły były one podobne do siebie jak dwie krople wody, więc ich zakończenia mogłem się bez problemu domyślić. Gdyby ograniczyć te sceny, książka spokojnie mogłaby mieć o jedną trzecią mniejszą objętość, a tylko by dzięki temu zyskała.

Nie miałem niestety nigdy styczności z książkami Naomi Novik, nie jestem więc w stanie stwierdzić jak wiele elementów Piotr Wałkówski zapożyczył od autorki, a ile jest wytworem jego własnej inwencji. Muszę jednak przyznać, że kreacja świata jest spójna - elementy, co do których mam pewność lub co najmniej silnie uzasadnione przypuszczenie, że pisarz sam wplótł je w świat znany z przygód Temeraire’a, pasują do całej układanki i w żaden sposób nie kują w oczy. Spora pochwała należy się autorowi za ideę postaci, jaką jest półsmok - chociaż jest to ewidentnie znaczna ingerencja w cudzy świat, jej skutki są konsekwentne i spójne. Miłym akcentem jest również fakt, że zdecydowana część fabuły dzieje się na terenach Polski objętych zaborami, sporo jest więc także odniesień do historycznych postaci czy wydarzeń (oczywiście odpowiednio dostosowanych do świata, w którym istnieją smoki).

To, co mnie najbardziej do siebie nie przekonało, to kreacja głównego bohatera. Nestor przejawia swoim zachowaniem wyjątkowo sprzeczne cechy - przykładowo w jednej chwili martwi się o swoich towarzyszy broni i stara się zapewnić im bezpieczeństwo, by moment później ryzykować życiem zarówno swoim, jak i reszty drużyny, podejmując szalenie niebezpieczne czynności. Zmiany, jakie zachodzą w nim podczas powieści, są niemal niezauważalne - półsmok do samego niemal końca popełnia te same błędy i wdaje się w te same spory, co zważywszy na to, czego doświadcza w swojej przygodzie, może być dla czytelnika poważnie irytujące.

Szczerze powiedziawszy nie wiem komu polecić tę książkę. Na pewno może być ona ciekawostką dla fanów prozy Naomi Novik - chociaż Powietrzny Korsarz ingeruje w świat amerykańskiej autorki na wiele sposobów, to nie powinno to być coś, co miłośnicy Temeraire’a uznają za afront czy profanację oryginału. Na ciekawą lekturę mogą także liczyć entuzjaści alternatywnych historii w klimatach fantasy, a także miłośnicy smoków - nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że sporo tych stworzeń przewija się na kartach powieści. Debiutu Piotra Wałkówskiego zdecydowanie nie można uznać za nieudany - autor pokazał się od wielu dobrych stron, a wierzę, że jest w stanie znacznie rozwinąć swoje pisarskie umiejętności. Pewnie prędzej czy później się o tym przekonamy, bowiem Powietrzny Korsarz zdecydowanie potrzebuje kontynuacji - fabuła urywa się niestety w połowie, ukazując czytelnikowi jedynie rozwiązanie pewnego fragmentu przygody głównych bohaterów, pozostawiając niedokończony główny wątek, a także sporo scen pobocznych, które jak nic potrzebują swojego wyjaśnienia.


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (503 strony).