Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2016

C.J. Roberts – „Smak ciemności” [recenzja przedpremierowa]

Gdy kończyłam lekturę Zapachu ciemności, nie mogłam uwierzyć w zakończenie, na które zdecydowała się autorka – w odniesieniu do całej opowieści było ono dość… sztampowe. Tym większe było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że seria The Dark Duet jest opowieścią składającą się z trzech książek, a nie, jak się dotąd spodziewałam, z dwóch. Nie miałam pojęcia, co jeszcze można by tu dopowiedzieć i, jeśli mam być szczera, byłam raczej negatywnie nastawiona do ostatniej odsłony opowieści. Dopóki nie dostałam jej w swoje ręce, siedziałam jak na szpilkach, a i podczas lektury nie byłam całkiem spokojna. I choć nie wszystkie moje obawy znalazły potwierdzenie w rzeczywistości, daleka jestem od peanów na część Smaku ciemności.

Niewielkich rozmiarów finał mrocznego cyklu napisany jest z perspektywy Caleba. W założeniu ma on wyjaśnić tajemnice związane z jego osobą, a także uszczegółowić optymistyczne zakończenie, którym uraczyła nas autorka w części drugiej. Opowieść zaczyna się w momencie spotkania bohaterów po rocznym rozdzieleniu i dotyczy w znacznej mierze codzienności, z jaką musieli się mierzyć, gdy zdecydowali się na wspólne życie. Widzimy zatem, jak od nowa budują swoją relację, stawiają pierwsze kroki w zwykłym świecie, mierzą się z demonami przeszłości, oraz – o, zgrozo – uprawiają seks.

Naprawdę jest mi bardzo ciężko w jakikolwiek sposób oceniać ten tekst. W przypadku poprzednich tomów odbiór był jasny – konstrukcja, klimat i treść zachwycały mnie tak bardzo, że byłam w stanie przymykać oko na każde niedociągnięcie, a i tych ostatnich nie było znowu tak dużo. Tym razem przyszło mi się mierzyć z opowieścią nie tyle nierówną, co pełną sprzecznych cech; w równym stopniu dobrą, jak i złą. Tak jak wspominałam na początku, jeszcze przed lekturą miałam masę lęków dotyczących fabuły i niestety muszę powiedzieć, że większość z nich wyraźnie się potwierdziła – po dramatycznych, ciężkich, trudnych wydarzeniach autorka serwuje nam skrajnie optymistyczną wizję, która jest nierealna, nieautentyczna i kompletnie kłóci się z dotychczasową (bardzo dobrą skądinąd) kreacją postaci. Dwoje bohaterów tak zniszczonych psychicznie jak Caleb i Livvie zaczyna wszystko od nowa z mocnym postanowieniem poprawy i od tej pory żyją razem, długo i (prawie zawsze) szczęśliwie. Owszem, znajdziemy tu sceny, w których Caleb traci nad sobą panowanie, a relacja postaci nie zawsze jest cukierkowa, jednak ogólny zarys i kierunek, w jakim to wszystko zmierza, stawia pod znakiem zapytania jakąkolwiek autentyczność.

Nie jest jednak tak, że autorka nagle, z książki na książkę zmieniła się w E.L. James i zaserwowała nam kompletną tragedię na wszystkich możliwych polach; wręcz przeciwnie – w wielu miejscach widać wyraźnie charakterystyczny literacki rys, który znamy z poprzednich części cyklu. Autorka dobrze poradziła sobie z inną perspektywą wydarzeń, a sposób wypowiedzi Caleba sprawił, że książka wywołała we mnie sporo emocji (niekoniecznie pozytywnych, ale na tyle silnych, żebym potrafiła je docenić). Na plus należy zaliczyć również to, że nie przekreśliła wszystkich doświadczeń, jakie zaserwowała własnym bohaterom. O ile w poprzedniej części dokonana została wiwisekcja duszy Livvie, o tyle w tej czytelnik ma okazję przyjrzeć się bliżej przeszłości i teraźniejszości Caleba, który wcale nie jest wolny od wewnętrznych demonów. Widzimy wyraźnie, jak zmaga się ze swoimi doświadczeniami i próbuje panować nad odczuciami; mamy szansę obserwować jego trudności z emocjami i przerażające sposoby na ich rozładowywanie. Przed czytelnikiem zostaje odkryta wewnętrzne starcie bohatera między dwiema tożsamościami – tą uśpioną, która mogła się rozwinąć z potencjału dziecka przed porwaniem, oraz tą, która ukształtowała się w wyniku wielu ciężkich doświadczeń w okresie adolescencji.

Na pewno Smak ciemności odbiega poziomem od poprzednich części cyklu, jednak i tak jest znacznie lepszy, niż się spodziewałam. Brak tu może charakterystycznego, duszącego klimatu, jednak zachowany został dobry poziom konstrukcji postaci. Jeśli nie przeszkadza Wam mocno kulejące prawdopodobieństwo życiowe lub po prostu macie potrzebę zrównoważenia tej ciężkiej opowieści pozytywnym zakończeniem, powinniście być zadowoleni. W przeciwnym wypadku możecie czuć lekki niedosyt, który jednak warto przejść w obliczu wspaniałych doświadczeń, jakie daje The Dark Duet jako całość. Mimo słabego finału wciąż polecam tę serię jako najlepszy i (tak czy inaczej, co mówię z pełną świadomością) najmniej naiwny erotyk, jaki miałam okazję czytać. To opowieść trudna, wielowymiarowa i bardzo obciążająca psychicznie, ale, jak podkreślałam wielokrotnie, warta każdej poświęconej na nią chwili.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 3 lutego!


Dotyk ciemności  |  Zapach ciemności  |  Smak ciemności

~*~

Dobra, pewnie wszyscy już to widzieli, ale i tak nie mogę się powstrzymać, żeby nie pochwalić się także i tu - na okładce "Smaku ciemności" znajdziecie moją osobistą rekomendację, pochodzącą z recenzji części drugiej. Jestem zachwycona! <3


wtorek, 3 listopada 2015

C.J. Roberts – „Zapach ciemności” [recenzja przedpremierowa]


Po tragicznych wydarzeniach z pierwszego tomu na czytelników czeka niemały szok – scena otwierająca książkę nie rozgrywa się bezpośrednio po pierwszej części, w dodatku ma miejsce w szpitalu, gdzie Livvie dochodzi do siebie pod czujnym okiem agentów FBI. Od tej pory całą opowieść poznajemy z kilku perspektyw osobistych i czasowych: oczami bohaterki patrzymy na teraźniejszość, mamy też kontakt z jej wspomnieniami, które uzupełniane są o narrację Caleba. Stajemy w obliczu zagadki, która stopniowo jest przed nami odkrywana.

Sama nie wiem, co było w tej książce największą męką – niepewność tego, co tak naprawdę się wydarzyło i jakie to będzie miało skutki, okrucieństwo kolejnych, odkrywanych przed nami scen czy konieczność obcowania z każdym, nawet najdrastyczniejszym odczuciem Livvie. Każdy z tych aspektów był trudny do przyjęcia, ale była to bardzo słodka tortura. Jeśli to możliwe, Zapach ciemności wywołuje jeszcze więcej emocji niż część pierwsza, co jest zdecydowaną zaletą książki – jeśli pierwsza Was poruszyła, druga ma szanse wywrócić Was na lewą stronę. Tym razem nie ma wprowadzenia, budowania napięcia, czekania. Czytelnik od samego początku ma kontakt zarówno ze scenami erotycznymi, jak i okrucieństwem będącym udziałem bohaterów. W pierwszym momencie jest to dla nas szokiem, zwłaszcza jeśli nie czytamy na co dzień podobnej literatury, z czasem jednak do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Na początku miałam wątpliwości co do samego pomysłu na fabułę, ale na szczęście wszystko okazało się idealnie przemyślane. To, co zastajemy w pierwszych scenach książki, jest dla nas szokiem i błyskawicznie napędza nasze zainteresowanie. Chcemy jak najprędzej dowiedzieć się, co się tak naprawdę wydarzyło, tymczasem autorka wodzi nas za nos – dostarcza nam informacji bardzo dokładnych, raczy nas szczegółowymi opisami, ale tak naprawdę bardzo wolno przybliża nas do rozwiązania. Przeskoki czasowe również się sprawdziły, bo dodatkowo budują napięcie, które i tak jest na niesamowitym poziomie. Jedyne, co mogę zarzucić fabule, to zupełnie niepotrzebny wątek życia prywatnego komisarzy FBI – do samego końca łudziłam się, że będzie miał on jakieś znaczenie, tymczasem srogo się zawiodłam. Na szczęście to jedyny poważny zgrzyt.

Jednak tak naprawdę największą siłą powieści nie jest umiejętne poprowadzenie fabuły czy realistyczne ujęcie erotycznych scen – te zalety, choć ważne, nie wysuwają się na pierwszy plan. Tym, co odpowiada za wywoływane emocje, jest wiwisekcja duszy Livvie, zestawienie jej przeżyć z normalnym światem i zwyczajnym życiem. Jako czytelnicy już w pierwszym tomie odczuwaliśmy dyskomfort z powodu tego, co było udziałem bohaterów, jednak dopiero w zestawieniu z codziennymi sytuacjami widzimy zakres zniszczeń, jakie powstały w umyśle bohaterki. Livvie szokuje i przeraża, wzbudza współczucie i gniew, a więc nie jest postacią obojętną, a niesamowicie wręcz wyrazistą. Kolorów nabiera również Caleb – wraz z rozwojem fabuły poznajemy jego trudną historię i zaczynamy rozumieć, w jaki sposób wykształcił taki styl zachowania.

Ocenę powieści ujęłabym tak: jeśli książki typu 50 twarzy Greya są powieściami erotycznymi, to The Dark Duet jest serią o ciemnej stronie człowieka. To brudna, splątana i nasycona emocjami opowieść, która porusza bardzo obciążające tematy, a w wielu miejscach epatuje czystym ludzkim okrucieństwem. Podczas lektury w jednej chwili przeskakujemy z narracji luźniejszej do bardzo trudnych scen i bierzemy udział w całkowitej huśtawce nastrojów, emocji, zdarzeń. Niejednokrotnie będziemy zaskoczeni i zszokowani, ale ja osobiście wszystkie te odczucia wspominam bardzo pozytywnie. Dobre wrażenie robi pomysł, sposób jego ujęcia, poważne podejście do tematu i zagłębienie się w niego. Styl autorki również jest lepszy niż w większości tego typu historii. Z kontaktu z tą książką można czerpać dużo przyjemności, jednak jest to w jakimś sensie przyjemność perwersyjna. Jak już wspomniałam – historia wywraca czytelnika na drugą stronę, a on prosi o więcej i żałuje, że to już koniec…





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 4 listopada!


Dotyk ciemności  |  Zapach ciemności  |  Epilogue

czwartek, 22 października 2015

Robert Cichowlas, Łukasz Radecki - "Miasteczko"

Niemoc twórcza dopaść może każdego pisarza, nawet tego najbardziej płodnego literacko. Przed takim właśnie problemem stanął Marcin Lanowicz, autor bestsellerowych książek dla kobiet - termin oddania tekstu do redakcji nieubłaganie się zbliża, jednak stworzenie nawet najprostszej sceny wydaje się być syzyfową pracą. Wszelkie pomysły na odzyskanie weny zawodzą jeden po drugim, pojawia się jednak światełko w tunelu: ulotka zachęcająca do wynajęcia domku w Morwanach, małym miasteczku na Mazurach. Odpoczynek z dala od cywilizacji wydaje się być tym, czego Marcin potrzebuje, postanawia więc zrobić sobie z żoną mały urlop. Okazuje się jednak, że Morwany nie są zwyczajną miejscowością, a w dodatku komuś wyraźnie zależało, żeby Lanowiczowie tam trafili…

Powiem, szczerze, że początek Miasteczka nie zachwycił mnie jakoś specjalnie. Domek na uboczu, miasteczko skrywające jakieś tajemnice, niewytłumaczalne zdarzenia i mieszkańcy okolicy, którzy ewidentnie boją się powiedzieć przyjezdnym prawdę - to motywy wyjątkowo oklepane w horrorach, nastawiałem się więc na dość przeciętną lekturę. Na szczęście wraz z rozwojem fabuły wiele elementów okazuje się mieć drugie, nietuzinkowe oblicze, dalece wykraczające poza utarte schematy, a odkrywane przed czytelnikiem kolejne tajemnice Morwan zaskakują zarówno samym pomysłem, jak i poziomem realizacji.

Brak zachwytu przy pierwszych stronach wynikał jeszcze z jednej rzeczy: sposobu narracji. Wiele fragmentów powieści jest zdecydowanie zbyt rozciągniętych, nużących, przez co dynamika tekstu wyraźnie kuleje. W dodatku wstęp do historii bogaty jest w opisy, które tak naprawdę dla późniejszej fabuły mają znaczenie znikome, czy wręcz zerowe; podobnie też wyglądają pierwsze dialogi, niektóre niejako pozbawione wewnętrznej ciągłości. Całe szczęście gros tych problemów zaczęło znikać w miarę posuwania się akcji do przodu, jednak fragmenty likwidujące dynamizm pojawiały się przez niemal cały czas; dopiero końcówka tekstu nabrała większego tempa, w krótkim czasie zaskakując mnie licznymi zwrotami akcji.

Groza i erotyka - te dwa słowa w opisie okładkowym najbardziej rzucały się w oczy. Pierwsze z nich jest jak najbardziej trafne; co prawda osobiście nie czułem się jakoś bardzo przerażony (może już za często chwytam po ten gatunek?), jestem jednak przekonany, że na wielu osobach tekst zrobi niemałe wrażenie. Z kolei co do erotyki… Cóż, zacznijmy od tego, że stanowi ona raczej pewne tło, czy też raczej swoiste uzupełnienie głównej fabuły. Jasne, w jakiś sposób jest to ważny element całego tekstu, nie ma go jednak zbyt wiele. Pewne wątpliwości budzi poziom wykonania tego aspektu w scenach mocno na nim opartych. Tam, gdzie sytuacja miała być normalna, opis jest sztuczny i raczej mało ciekawy natomiast w “nienormalnych” (brak mi lepszego określenia) fragmentach w oczy kuje wręcz medyczne słownictwo użyte w narracji, zaś sam ich przebieg jest z pewnością szokujący i wywołujący niesmak u części odbiorców.

Miasteczko z pewnością jest interesującą pozycją na rynku wydawniczym. To dobry horror z ciekawym i oryginalnym pomysłem na fabułę, który z pewnością wielu osobom przypadnie do gustu, choć raczej osób obytych z gatunkiem nie przerazi. Warto jednak mieć na uwadze fakt, że nie jest to książka dla wszystkich: specyficzne sceny, choć występujące w stosunkowo małej ilości, wywołają obrzydzenie u wrażliwszych czytelników. Jeśli jednak nie macie delikatnego żołądka - na pewno warto zainteresować się tą książką. Może nie jest to dzieło wybitne, ale mimo wszystkich swoich wad stojące na dość przyzwoitym poziomie.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwom Videograf SA.

wtorek, 15 września 2015

Jacek Inglot - "Sodomion"

Przyznam szczerze, że do tej pory Jacka Inglota kojarzyłem jedynie ze słyszenia - wiedziałem, że jest pisarz o tym nazwisku, nigdy jednak nie ciągnęło mnie do poznania jego twórczości. Nawet jeśli kiedyś zetknąłem się z jakimś jego opowiadaniem (w antologii albo czasopiśmie), to żadne nie zapadło mi w pamięci. Cóż, całkiem niedawno postanowiłem jednak bliżej przyjrzeć się dziełom tego autora, a to za sprawą wydanego zbioru opowiadań. Już sama jego nazwa, Sodomion, w połączeniu z lubieżną, lekko obrzydliwą okładką zaintrygowały mnie na tyle, żebym chciał sięgnąć po książkę. Moje zainteresowanie podsycił dodatkowo opis zawartości sugerujący liczne wizje przyszłości, w której to postępowi technologicznemu towarzyszy całkowity upadek moralny, tak więc czym prędzej sięgnąłem po dzieło.

Po lekturze niektórych opowiadań można dojść do wniosku, że przyszłe losy ludzkości malują się w dość nieprzyjemnych kolorach. Wizje są dość skrajne, ale bardzo obrazowe: społeczeństwa kolektywnych grup, w których każdy spółkuje z każdym; świat, w którym odmiana wirusa HIV wybiła niemal wszystkie kobiety; miasta degeneratów, w których masochiści walczą o władzę z sadystami.. To tylko niektóre motywy, jakie pojawiają się w książce. Są drastyczne, skrajne, i choć osobiście nie sądzę, żeby ludzkość miała iść w aż tak złym kierunku, to jednak widać w nich pewne nawiązania, odniesienia do tego, co widać już teraz… To jednak tylko część zbioru, nie jego całość. Dużo tekstów ma zupełnie inny wydźwięk: smutny, melancholijny, skłaniający do przemyśleń. W antologii znaleźć można historie o niespełnionej miłości, o utracie własnej osobowości albo takie, które poruszają tematykę śmierci i swoistego dążenia do niej. Różnorodność jest spora, wszystko to jednak ma refleksyjny charakter, co mi osobiście przypadło do gustu.

Bardzo ciekawym zabiegiem jest zastosowanie w kilku z opowiadań motywów znanych z klasycznych tekstów czy opowieści. Nie są one zawoalowane, ukryte w taki sposób, że czytelnik musi się wszystkiego domyślać, a i tak nie może być pewien, że jego tok rozumowania jest właściwy; wręcz przeciwnie: odwołania są bezpośrednie, nierzadko wskazane już w samym tytule opowiadania. W żadnym wypadku nie jest to wada, nie chodzi tu bowiem o odnajdywanie ukrytych aluzji, lecz zobaczenie, w jak nietypowy, ciekawy sposób można podejść do danego motywu. Przykładowo, Śniąc o Dulcynei to interesujący koncept błędnego rycerza zaadaptowany do futurystycznych podróży międzygwiezdnych, Mała Nikita to historia noir, która bazuje na greckim micie o stworzeniu ludzi, zaś Sodomion, jak można się domyślić po nazwie, nawiązuje do biblijnego motywu z Księgi Rodzaju, choć robi to w dość przewrotny sposób..

Nieco problemów sprawił mi język, jakim posługuje się Jacek Inglot. W wielu tekstach trafiały się długie fragmenty narracji, które w miarę czytania coraz bardziej mnie nużyły, przez co momentami traciłem zainteresowanie tekstem. Problemem były też niektóre zdania - ich konstrukcja była niekiedy dziwna i ciężka w odbiorze; kilka takich zdań pod rząd wybijało z rytmu. Największe problemy sprawiło mi jednak słownictwo - autor w kilku tekstach zdecydował się na konwencję mocno futurystyczną i do niej też dopasował język i wiele nazw. Specyficzne określenia i powszechne anglicyzmy utrudniały przedarcie się przez kilka tekstów; zdecydowanie najgorszy był pod tym względem utwór otwierający zbiór, Grono. Krótka story o miłości, co w sumie sygnalizuje sama jego nazwa… Na szczęście problem ten dotyczył tylko kilku opowiadań z początku antologii, więc po przebrnięciu przez nie lektura była o wiele przyjemniejsza.

Sodomion to zdecydowanie ciekawa pozycja na rynku książki. Interesujące opowiadania, nietypowe zarówno pod względem ujęcia poszczególnych kwestii, jak ogólnej formy, stanowią nie lada gratkę dla czytelników poszukujących nietypowych doznań. Warto jednak pamiętać, że nie jest to antologia dla każdego - sposób przedstawienia sfery seksualnej jest w kilku tekstach bardzo specyficzny i z pewnością u wielu osób wywoła zgorszenie. Jeśli jednak komuś to nie przeszkadza - śmiało może siąść do lektury tego zbioru.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.

sobota, 11 lipca 2015

C.J. Roberts - "Dotyk ciemności"

Powinniście wiedzieć, że na co dzień nie czytam erotyków. Nie wiem, dlaczego ta deklaracja wydaje mi się ważna, ale sądzę, że w pewien sposób wpływa to na mój odbiór i rozumienie tego typu literatury. Mój stosunek do prezentowanego tytułu zmieniał się w czasie, a za każdym razem były to reakcje skrajne - od żywego zainteresowania, aż po skrajną niechęć. Kiedy usłyszałam, że mam do czynienia z czymś innym, nowym i ciekawym, bardzo chciałam tę książkę poznać i narobiłam sobie wielkich nadziei. Gdy do mnie przyszła i zobaczyłam promujący ją cytat - w jednej sekundzie pożałowałam własnej decyzji. Biłam się z myślami, ale w końcu zdecydowałam się rozpocząć lekturę. Z jakim skutkiem ją zakończyłam? Zobaczcie sami.

Livvie ma 18 lat i wcale nie wiedzie jej się w życiu najlepiej - jest nauczona, by nie okazywać pewności siebie, a swój prawdziwy charakter od lat ukrywa pod workowatymi, szarymi ubraniami. Z jednej strony chciałaby opuścić dom, który nie kojarzy jej się z niczym dobrym, z drugiej zaś - zostaje w nim i godzi się na wszystko, co ją spotyka. Paradoksalnie to właśnie ją wybiera na ofiarę profesjonalny treser niewolników, Caleb. Mimo że z pozoru jest to mężczyzna twardy i nieustępliwy, i on ma swoje słabości. Relacja, która miała być prostym powieleniem schematu, zmienia się w coś nieoczekiwanego dla obojga bohaterów.

W książce C.J. Roberts otrzymujemy bardzo dobry obraz dwóch postaci o indywidualnych i dobrze rozpisanych historiach. Zarówno Livvie, jak i Caleb, w początkach swojego życia byli niezwykle doświadczeni przez los - nie otrzymali miłości i nie nauczyli się kochać. Choć ich historie są różne, a doświadczenia rozbieżne, można w nich znaleźć pewne podobieństwo, które wykształciło konkretne schematy przystosowawcze. Teoretycznie w tej relacji stroną dominującą jest Caleb, jednak i on podlega zewnętrznym naciskom; podobnie jak Livvie przyzwyczajony jest do skrajnego przystosowania. Gdy zagłębimy się w tekst, otrzymujemy dość wyczerpujące informacje na temat motywacji postaci i możemy prześledzić ich historię tak, by odkryć, co wpłynęło na bohaterów w przeszłości.

Co do samej płaszczyzny erotycznej, ze zdumieniem muszę przyznać, że wypadła naprawdę dobrze. Przede wszystkim podoba mi się konstrukcja książki i budowanie w niej napięcia - zarówno emocjonalnego, jak i seksualnego. Przyjęty język i terminologia są przyjemne dla oka i nie rażą swoją sztucznością, co jest nie lada wyczynem nie tylko ze strony autorki, ale i tłumaczy. Wiele erotyków brzmi śmiesznie/dziwacznie/żenująco również przez to, że polska mowa nie daje w tym zakresie wiele możliwości wyboru - określenia mamy albo wulgarne, albo śmieszne, albo medyczne. Na szczęście, jak widać na przykładzie Dotyku ciemności, można znaleźć w tym wszystkim złoty środek i przygotować wszystko tak, że książkę czyta się z naprawdę wielką przyjemnością.

Muszę zgodzić się z tym, że Dotyk ciemności wprowadza do literatury nową i bardzo dobrą jakość. Mniej jest tutaj rozważań niedojrzałej emocjonalnie dziewczynki, a więcej rzeczywistej i dobrze opracowanej treści. Bohaterowie są skonstruowani spójnie, historia przemyślana, a napięcie budowane tak, że chce się czytać dalej. Nie czuje się też powtarzalności, a opis przeżyć wewnętrznych postaci jest ciekawy i autentyczny. Poza tym książka ma jakąś treść poza erotycznymi schadzkami bohaterów, a to bardzo duży plus. Nie mogę uwierzyć, że to piszę, ale naprawdę mi się podobało. Czekam na więcej i przyznaję - taką literaturę erotyczną mogłabym czytać częściej!





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

wtorek, 31 marca 2015

Kathryn Taylor – „Barwy miłości” [recenzja przedpremierowa]


Nie czytam erotyków. To wyznanie, zalatujące desperacją w obliczu książki, o której właśnie będę mówić, jest tu kluczowe o tyle, że jak dotąd w swoim postanowieniu trwałam – od czasu sławetnej lektury 50 twarzy Greya (której dokonałam w wersji oryginalnej, co by tłumaczyć się, że przynajmniej podszkoliłam seksuologiczny angielski branżowy) zawzięłam się w sobie, zaszufladkowałam owe książki jako nie dające żadnej przyjemności i po prostu dałam sobie z nimi spokój. Trudno mi powiedzieć, co tak naprawdę skłoniło mnie do sięgnięcia po Barwy miłości (albo nie chcę się przyznać sama przed sobą), w każdym razie… przetrwałam. A o własnych doświadczeniach opowiem Wam za chwilę.

Jak tu nie mówić, że naszym życiem żądzą przypadki? Do młodziutkiej amerykanki Grace uśmiechnął się los – udało jej się zakwalifikować na prestiżowe praktyki w Londynie. Gdy dociera do miasta, zna w nim tylko jedną osobę – szefa firmy, w której ma pracować. No, może nie dosłownie, bo Jonathana Huntingtona nie spotkała nigdy osobiście, zna jednak jego wizerunek dostępny w Internecie. Gdy właśnie ten mężczyzna staje na jej drodze na lotnisku, dziewczyna nie może uwierzyć w swoje szczęście – jak to możliwe, że sam dyrektor wyprawił się właśnie po nią, zwykłą praktykantkę? Szybko jednak okazuje się, jak wielka była to pomyłka i jak poważne będzie miała konsekwencje; Grace została zauważona i przekroczyła próg świata, w którym obowiązują trudne do przyjęcia zasady…

Mam wielki, wręcz ogromny problem z oceną tej książki. Historia sama w sobie od pierwszej do (prawie) ostatniej strony jest prosta i przewidywalna – zdarzało się, że kilka kartek wcześniej wiedziałam, w jaki sposób potoczy się akcja. Konwencja gatunku jest tutaj bardzo wyraźna. Podobnie ma się sprawa z główną bohaterką, która jest dziewczęciem do bólu naiwnym i momentami niezbyt rozgarniętym. Chwilami łapałam się za głowę obserwując jej postępowanie, innym razem moje myśli odpływały w kierunku rozważań, co by było, gdyby w łóżku Huntingtona znalazła się jakaś bardziej wyrazista postać. Tak – nie polubiłam Grace, nie współczułam jej i gdybym mogła, zdecydowanie podmieniłabym ją na jakąś myślącą osobę. Z drugiej jednak strony znów kłania nam się konwencja, która każe do tekstu wprowadzić młodą, niedoświadczoną dzierlatkę – z tym zamysłem trudno dyskutować. Dla odmiany podobało mi się to, że postać Jonathana nie jest pozostawiona sama sobie i pojawiają się zalążki historii, która ukształtowała jego obecną postawę; za to naprawdę duży plus.

Mimo wszystko uważam, że powieści powinno się oceniać w kontekście gatunku, którym są i tego, czego od nich wymagamy. Barwy miłości nie aspirują do miana literatury wysokiej i stworzone zostały po to, żeby w ten czy inny sposób czytelnika bawić, a ta akurat funkcja wypada u nich dość dobrze. Opowieść angażuje czytelnika, wzbudza emocje i absolutnie się nie dłuży – spędziłam nad nią niewiele czasu i całkiem nieźle się bawiłam. Zdarzało mi się wpadać w niekontrolowany chichot, nie poczułam się specjalnie pobudzona, jednak nie mogę też powiedzieć, że funkcje rozrywkowe zostały spełnione całkiem przyzwoicie.

Konkluzja płynąca z mojego tekstu jest taka – na pewno lepiej sięgnąć po Barwy… niż po sławetne 50 twarzy Greya, przynajmniej w moim odczuciu. Lektura jest równie nieskomplikowana, bohaterka zakochana do obłędu, a historia momentami mocno przewidywalna, ale autorka nadrabia to znacznie lepszym stylem i ogólnie nienachalnym klimatem. Przez większą część lektury miałam wrażenie, że czytam całkiem zwyczajny romans i gdyby nie wydarzenia z samego końca, trwałabym w tym przekonaniu, przymykając oko na pojedyncze sceny erotyczne. O dziwo przeżyłam i w większości odczucia mam pozytywne – może nie będę chciała do tej lektury wracać, ale kolejna część..? 


Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.
Premiera 8 kwietnia!

poniedziałek, 3 marca 2014

"Zachcianki"

Dość długo ta opinia czekała w zaciszu mojego komputera, zanim w końcu przyszedł czas na jej publikację. Zawsze było coś ważniejszego - konkurs, wyzwania. Teraz w końcu mogę to (niezbyt pozytywne) zdanie wyrazić i zapewne zniechęcić Was nieco - choć zupełnie nie było to zamierzone.


Wciąż ciężko mi przyznać, że męczyłam się z tą książką ponad rok. Odkładałam, później wracałam i znów odkładałam, a wszystko to za sprawą pewnego opowiadania. Dziś triumfuję, bo nareszcie udało mi się dobrnąć do końca! Wniosek z lektury: nie nadaję się do czytania takich zbiorów i dużo lepiej czuję się, gdy mam dość czasu, by wciągnąć się w losy bohaterów. Tak czy inaczej moje zmysły nie zostały specjalnie pobudzone, nie zarumieniłam się ani razu, a jedyną bardziej zaawansowaną emocją podczas lektury był chichot od czasu do czasu. I tylko nieliczne teksty tak naprawdę zdołały wciągnąć mnie w swój świat…

Zacznę od tego, co przyciągnęło mnie do tej książki, a jednocześnie tak koszmarnie rozwlekło w czasie jej czytanie. Po zetknięciu się z Jackiem Dukajem na żywo nie jestem nastawiona do niego zbyt pozytywnie, jednakże uznawany jest za pisarza wybitnego, takim zaś z reguły nie po drodze z erotykami. A tu proszę, napisał, w dodatku dał się opublikować przez Świat Książki w zbiorze obok zwykłych śmiertelników. Pomyślałam, że to w sumie ciekawe, ale na tym fascynacja się skończyła. Czytanie „Portretu nietoty” do droga przez mękę. Zdania są niezwykle długie, a mnogość słów powszechnie nie używanych zwala czytelnika z nóg. Lubię zabawy językiem, stylem, ale to, co serwuje nam Dukaj, to ostra przesada – ubarwienia, udziwnienia… Zazdroszczę ludziom, którzy są w stanie czytać ów tekst płynnie, w dodatku rozumiejąc, o co w nim chodzi. Mnie się nie udało, dopiero za trzecim podejściem dałam sobie spokój i odrzuciłam wszystkie słowa, których nie rozumiem i których znaczenia nie chce mi się sprawdzać w słowniku. Tak czy inaczej pomysł z nowym zmysłem, otuchem, związanym z rozumieniem sztuki i uniesieniami, jest dobry, a rozbuchana barwność języka w sumie nieźle oddaje odczucia związane z samą sytuacją intymną.

Dla odmiany pozytywne wrażenie zrobił na mnie całkiem zwyczajny tekst Krystyny Kofty. Czytało się go naprawdę przyjemnie, mimo że z pewnością ciężko zaklasyfikować go jako erotyk. To po prostu historia aseksualnej bizneswoman po przejściach, prowadzącej luksusowy kompleks usługowy, przeznaczony do zaspokajania seksualnych potrzeb najbardziej wymagającej klienteli. Kreatywność autorki zachwyca, mimo żeniektóre jej pomysły wydają się kontrowersyjne – szefostwo domu znalazło sposób jak obejść ustawy dotyczące pornografii dziecięcej czy pedofilii, a wszystkiemu przyklaskują psychologowie, uznając ośrodek za świetne miejsce do legalnego rozładowania popędów, które musiały by znaleźć ujście na przestępczej drodze. Opis przybytku okraszony jest historią bizneswoman, co niezwykle wzbogaca tekst. Żałuję, że nie mogę poznać bliżej ani jej, ani tego miejsca – byłby to niezły materiał na ciekawą książkę na skraju futurystyki.

Nieco mniejszym przebojem, ale równie skutecznie do mojego serca wdarł się tekst Łukasza Dębskiego o doktorze Motylu. Bohater mierzy się tu z nader trudnym zadaniem – ma napisać referat dotyczący erotyzmu w kinie polskim. Wszyscy wiemy, że przez lata było z tym niewesoło, rozwiązania przyjęte przez doktora muszą zatem być doprawdy niesztampowe. Poza tym uwagę przyciąga zabawny tytuł, będący dobrą zapowiedzią tego, co znajduje się wewnątrz. Wydarzenia z pogranicza snu i jawy oraz lekki język dają dużo satysfakcji z lektury, podobnie jak liczne gry słów. To zupełnie inne, przyjemne i zabawne podejście do tematu erotyki.

Pozostałe teksty nie wywołały we mnie szczególnych odczuć. Sylwia Chutnik opowiada o specyficznie przeżywanej żałobie dwóch przyjaciółek, Wojciech Kuczok – o intymnej relacji z piersią matki, przeniesionej na dorosłe życie.  Zygmunt Miłoszewski wybiegł w przyszłość, w której digitalizacja pozwala stworzyć sztucznie obraz każdej sytuacji z dowolnymi osobami. Magdalena Tulli
rozminęła się chyba z tematem, bo w opowieści zmysły może i się pojawiają, ale na pewno nie ma w niej niczego ciekawego, ani tym bardziej erotycznego – ot, spotkanie dwóch przyjaciółek i odkopywanie dawnych uraz. Szczepan Twardoch pochwalił się jeżykiem i stylem, ale nie treścią, opowiadając o wzajemnej fascynacji dwóch niezwykle pięknych kobiet. W miarę spodobał mi się tekst Manueli Gretkowskiej, gdyż dotyczył Freuda i Marilyn Monroe, dwóch niezwykle bliskich mi postaci. Wciąż jednak nie jest to coś niezwykłego i wciągającego. Dobrze czytało się też opowieść Grażyny Plebanek o autorkach strony fuckclub.com, których życie zmienia się nie do poznania, gdy wkraczają w świat seksualnej wolności.

W 2/3 lektury zaczęłam zastanawiać się, czy naprawdę nie można pokazać seksu w sposób prosty i bezpretensjonalny. Mam wrażenie, że wciąż nie umiemy o nim mówić i balansujemy na granicy wstydu i obsceniczności. W tym zbiorze żaden z tekstów nie dotyczy normalnej relacji, wszystkie ukazują seks od strony jakiegoś zaburzenia czy patologii (w sensie odchylenia od normy). Czy naprawdę wszystko trzeba marginalizować? Wychodzi na to, że temat wciąż jest trudny i naprawdę ciężko zabrać się za niego z dobrej strony. Najwyraźniej sporo czasu minie, zanim będzie mi dane sięgnąć po dobry erotyk. Paradoksalnie najbliżej ideału znalazł się Jacek Dukaj – wykazał się wrażliwością sensoryczną, ukazując seks jako przeżycie zmysłowe, choć opowieść ubrał w słowa tak dziwaczne, że całkowicie odebrał jej wdzięk.

Powiem Wam tylko, byście nie dali się zwieźć okładkowemu opisowi – nic tu nie pulsuje od kontrastów i prowokacji, bardzo niewiele jest też erotycznej gry. Gdy już jest – nie intryguje. Zbyt wiele tekstów jest toporne i niedopasowane, by „Zachcianki” nazywać porządną antologią, można mieć wrażenie, że o seksie po polsku po prostu nie da się pisać dobrze. Brak tu subtelności, słownictwa i akcji, a ja osobiście czuję niedosyt, ponieważ żadne z opowiadań nie mówi o zwykłej relacji dwóch przeciętnych osób.

~*~

Zostawiam Was na kilka dni tylko z Sylwkiem - będę miała na wszystko oko, ale odpowiedzi na komentarze nie spodziewajcie się do piątku. Wrócę na pewno z masą recenzji do publikacji! ;)