środa, 2 grudnia 2015

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Na imię mi Zack”

W małym mieszkaniu znalezione zostają ciała czterech kobiet azjatyckiego pochodzenia – wszystkie zostały brutalnie zamordowane. Jaki mógł być motyw zbrodni? Nienawiść rasowa, chęć upodlenia kobiet, a może zwykła żądza mordu? Tę zagadkę rozwiązać muszą komisarze ze sztokholmskiego wydziału kryminalnego, na czele z Zackiem Herrym, wschodzącą gwiazdą policji. Czy uda im się połączyć w całość wyjątkowo trudne informacje? Czas ucieka, a zagrożenie wzrasta z każdą chwilą…

Prozę Monsa Kallentofta sukcesywnie poznaję już od jakiegoś czasu i jestem bardzo zadowolona – to teksty, które bardzo dobrze wpasowują się w mój gust. W związku z tym logiczne jest, że nie mogłam przepuścić okazji do zapoznania się z najnowszym projektem autora, jaki jest cykl Herkules stworzony we współpracy z pisarzem Markusem Luttemanem. Miałam co do tej książki wiele obaw – bałam się, że rozdźwięk pomiędzy autorami będzie zbyt widoczny lub że, mówiąc wprost, zepsute zostanie to, co tak bardzo lubię u Kallentofta. Na szczęście nic takiego się nie stało – poziom tekstu jest zaskakująco wysoki, moim zdaniem dużo wyższy niż w przypadku cyklu o Malin Fors. Każdy z autorów dał od siebie to, co najlepsze, a efekt jest naprawdę spójny i interesujący.

Jeśli chodzi o fabułę, jest ona bardzo bogata i różnorodna. Wątek kryminalny skonstruowany jest dobrze, ciekawie i ma wszelki potencjał by zaciekawić czytelnika. Choć do jego zbudowania wykorzystano kilka zbiegów okoliczności i sztampowych klisz, nie wypada to jakoś tragicznie; wręcz przeciwnie – w ogólnym rozrachunku prawdopodobieństwo opowieści zostało zachowane. Zagadce kryminalnej towarzyszy ciekawe społeczne tło związane z ważnym i aktualnym problemem konfliktu nacjonalizmu i migracji. Kolejnym elementem jest szereg postaci pierwszo- i drugoplanowych, które przewijają się na kartach powieści. Znów mamy do czynienia z powtarzalną grupą śledczych, z których każdy jest geniuszem na skalę komendy, jednak po raz pierwszy spotkałam się z tym, że bohater sam widzi i wypunktowuje taki stan rzeczy. Duży plus za tę autoironię!

Skoro już jesteśmy przy postaciach, warto poświęcić kilka słów głównemu bohaterowi. Zack właściwie odzwierciedla klasyczne ujęcie współczesnego śledczego – ma trudną historię, nie potrafi poskładać swojego życia prywatnego i jest osobą uzależnioną. Można by powiedzieć, że to powielenie schematu, jednak jest w tej postaci coś, co nie pozwala nam tak myśleć; coś, co intryguje. Przeszłość Zacka, a także jego bieżące postępowanie umotywowane są dobrze, a on sam ukazany jest jako bohater spójny, choć nie do końca ukształtowany, raczej wciąż poszukujący odpowiedzi na wiele pytań. Taka kreacja daje nadzieję na rozwój postaci w przyszłości.

Na imię mi Zack mogę polecić właściwie każdemu fanowi kryminałów, zwłaszcza tych skandynawskich – powieść łączy w sobie wszystko co najlepsze w tym właśnie gatunku. Akcja jest wciągająca, jednak dynamizm nie przesłania sensu opowieści; mamy tu do czynienia z dobrze skonstruowanym tłem, wyrazistymi bohaterami i zbrodnią podszytą poważnym społecznym problemem. Wszystko to razem składa się na książkę intrygującą i najzwyczajniej w świecie dobrą. Nie mogę doczekać się kontynuacji!





Za możliwość poznania tej historii dziękuję serdecznie DW Rebis.