Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaburzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaburzenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2016

Karolina Otwinowska, Agnieszka Mazur – „Dieta (nie)życia”


Anoreksja – choroba popularna zwłaszcza dziś, gdy świat motywuje nas do stawiania sobie coraz wyższych wymagań, a młodym ludziom brakuje zaangażowanych bliskich, którzy zawsze będą poświęcali im należytą uwagę. Mimo że tak często spotykamy się z informacjami na temat tego zaburzenia, co tak naprawdę o nim wiemy? Czy każda dziewczyna licząca kalorie jest anorektyczką? Czy każdy chudzielec ma problemy z odżywianiem? Kto może zachorować, kogo to dotyka? I – nade wszystko – co dzieje się w umyśle osoby, która powoli dąży do samozagłady?

Cenię sobie książki, które, tak jak ta, są połączeniem rzetelnej wiedzy naukowej, a także praktycznego doświadczenia osoby, która sama przeszła przez daną chorobę. Dwie perspektywy dają dużo szerszy obraz, który dodatkowo jest świetnie umiejscowiony w rzeczywistości, a nie od niej oderwany; poza tym tak skonstruowana opowieść ma wartość zarówno dla samych chorych i ich otoczenia, jak i dla personelu, który zajmuje się tym konkretnym zaburzeniem. W przypadku Diety (nie)życia kluczową rolę stanowią wspomnienia autorki, a ich uzupełnieniem jest obszerny wstęp autorstwa dr Beaty Szurowskiej, który dotyczy przyczyn choroby, mechanizmów jej działania, epidemiologii, rokowań i prawdopodobnych scenariuszy leczenia. To jasny, zwarty zbiór informacji, który stanowi przyzwoitą bazę wiedzy o zaburzeniu prezentowanym nam w dalszej części książki.

Tak dokładnie przygotowani rzetelnym wstępem rozpoczynamy swoją przygodę z opowieścią autorki. Karolina choruje na anoreksję, a prezentowany nam tekst jest niczym innym jak bardzo dokładnym pamiętnikiem, zapisem jej przeżyć związanych z chorobą i procesem leczenia. Znajdziemy tu migawki ze szpitala, wspomnienia z początków choroby, czy przeszkody, z jakimi musiała sobie radzić. Przez cały czas obserwujemy jej wewnętrzną perspektywę, pełną emocji i zmienionego chorobą spojrzenia na świat. Z pewnością nie jest łatwo brnąć w kolejne zdania książki, bo mimo płynnych, spójnych i logicznych myśli punkt widzenia autorki jest dla nas chwilami chaotyczny i nieznośny. Ciężko jest zrozumieć czytelnikowi ten pęd do samozagłady, a także związane z chorobą mechanizmy psychiczne – ich działanie zwyczajnie nas przeraża.

Co ważne, Dieta (nie)życia nie jest cukierkową, amerykańską powieścią pisaną na zamówienie (a wierzcie mi, wiele książek o chorobach, które proponuje się pacjentom, tak właśnie wygląda). Autorka nie oszukuje czytelnika i nie wmawia mu, że wszystko potoczy się idealnie – zdarza się, że ludzie umierają w związku z anoreksją, a ci, którzy żyją, borykają się z naprawdę ciężkimi sytuacjami. Karolina Otwinowska nie boi się pisać o utracie, o żałobie po swojej wizji siebie, o fizycznym bólu i cierpieniu psychicznym, które sprawia, że tracimy nad sobą kontrolę. Pokazuje obie strony medalu, a mimo to udaje jej się zachować odpowiednio optymistyczny kontekst, który pozostawia po sobie pozytywne poczucie nadziei. To właśnie sprawia, że książka jest tak wartościowa.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Nasza Księgarnia.

środa, 17 czerwca 2015

Grażyna Mączkowska - "Powiedz, że mnie kochasz, mamo"

Gabriela jest dorosłą, dojrzałą kobietą - za sobą ma już wychowanie dzieci, cieszy się życiem i mazurskim domem, o którym przez wiele lat marzyła. Jednak jej życie nie jest do końca sielankowe; gdzieś w duszy kobiety pozostała zadra, efekt wieloletnich cierpień, jakich doświadczyła w domu rodzinnym. Jako dziewczynka wychowywała się w domu z ojcem-alkoholikiem oraz agresywną i rozchwianą emocjonalnie matką. Nigdy nie doświadczyła ciepła, bliskości, zainteresowania, czego do dziś jej brak.

Trzeba przyznać, że patrząc na opisy treści można przyznać tej książce całkiem spory potencjał - sama uwielbiam teksty o trudnej tematyce, rozkładające na czynniki pierwsze traumę i przeżycia z nią związane, wywracające emocje czytelnika do góry nogami, ale też pozwalające zrozumieć pewne mechanizmy rządzące tym nieszczęściem. Niestety, powieść Gabrieli Mączkowkiej nie spełnia tych kryteriów. Z jednej strony jest to powieść bardzo wyidealizowana, z drugiej zaś - mocno powierzchowna. Zamiast zaproponować nam dokładny obraz rodziny patologicznej wraz ze wszystkimi przyczynami i skutkami jej funkcjonowania, autorka zdecydowała się na dość płytkie przedstawienie historii, w której większość motywów nie jest czytelnikowi znana. Rodzice Gabrieli ukazani są jako tyrani, z kolei sama bohaterka i jej rodzeństwo - jako przykładne, bezproblemowe dorosłe osoby. Brak tutaj ciągłości, przyczynowości, a optymistyczne zakończenie rozrośnięte jest w cukierkową idyllę. Autentyczność wypada bardzo źle.

Na plus nie zaliczyłabym również konstrukcji fabularnej - książka szybko zaczyna się dłużyć. Autorka raczej przeskakuje między wydarzeniami, niż tworzy z nich interesujący ciąg, a napięcie jest tutaj niemal zerowe. Wypowiedzi bohaterki są powtarzalne i dotyczą ciągle tych samych tematów - jest to nie tylko nużące, ale też mocno obciążające z racji tematyki. Gabriela powraca w kółko do tych samych wspomnień, tez, oskarżeń i widać wyraźnie, że problem pozostał w jej głowie zupełnie nieprzerobiony.

Trzeba jednak przyznać tej książce jeden, duży pozytyw - chodzi o zwrócenie uwagi na kwestię wyrażania emocji w stosunku do dzieci. Wielu rodzicom wydaje się, że ich pociechy nie rozumieją zbyt wiele; nie zdają sobie oni sprawy, jak ważne są dla małego człowieka pozytywne wzmocnienia. Poczucie akceptacji pozwala budować u dziecka wiarę we własne siły, a uczucia, które otrzymuje, uczą je samodzielnego wyrażania emocji. To niezwykle ważne dla rozwoju, aby dziecko nie tylko czuło, ale i widziało więź z rodzicem i jego miłość. Niewiele jest tekstów, które poruszają ów temat w tak bezpośredni sposób i za to duży plus.

Sama nie wiem, czy mogłabym polecać tę książkę. Ja dość mocno się wynudziłam, czytało mi się ciężko i wielokrotnie musiałam odkładać tekst. To dziwna opowieść, bo z jednej strony czytelnik ma poczucie, że zalewa go fala negatywnych emocji, z drugiej zaś - cukierkowe życie bohaterki staje w opozycji do tego odczucia i wypada bardzo nieautentycznie. Jeśli ktoś nie ma większych wymagań co do takich spójności, to tekst ma szansę mu się spodobać - napisany jest dość prosto i z pewnością wywołuje emocje.





Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

środa, 27 maja 2015

Anton Marklund - "Przyjaciele zwierząt"

Johannes ma siedemnaście lat i znacząco różni się od swoich rówieśników; choruje na autyzm, co mocno zmienia jego podejście do otaczającego świata. Chłopak inaczej rozumie rzeczywistość, na swój sposób przyswaja informacje, a mimo to łaknie akceptacji nie mniej niż przeciętny nastolatek; z tego powodu niejednokrotnie jest wykorzystywany.

Po zapoznaniu się z opisem i kilkoma opiniami spodziewałam się książki, w której pierwsze skrzypce odgrywać będzie choroba. Muszę przyznać, że mocno się zdziwiłam, bo choć autyzm w oczywisty sposób odciska swoje piętno na bohaterze i zdarzeniach, które są jego udziałem, to nie on wysuwa się na pierwszy plan. Tak naprawdę książka Marklunda jest historią o sprawstwie i fatalizmie, jakie są udziałem człowieka; o przypadkach, nic nie znaczących zdarzeniach, które w odpowiednim kontekście są w stanie urosnąć do rangi kamieni milowych; o tym, że trzeba uważać na słowa, bo nigdy nie wiemy, co stanie się z nimi dalej.

Opowiadaną historię poznajemy z trzech perspektyw - Johannesa oraz obojga jego rodziców. Każda z tych osób jest inna i opowiada te same wydarzenia na swój własny sposób - główny bohater mimo prawie dorosłego wieku ma umysł dziecka, jego matka dystansuje się do życia w rozpaczliwej próbie jego zrozumienia, natomiast ojciec ucieka w świat reguł i zewnętrznego spokoju. Zabieg powtarzania tych samych scen z różnych punktów widzenia jest ciekawy i dobrze nakreśla problem. Choć czytelnik otrzymuje tylko wybór migawek z życia bohatera, w dodatku ułożonych niechronologicznie, nie ma poczucia jakiegokolwiek braku. Wszystko, co ważne, zostało powiedziane.

Przyjaciele zwierząt nie są książką łatwą - to mroczna i przytłaczająca historia, której poznanie odciska piętno w naszej świadomości. Powolny, oszczędny skandynawski styl dodatkowo potęguje trudne odczucia i absolutnie nie pomaga w odbiorze, a jednak pasuje tutaj idealnie. W historii Johannesa próżno szukać szczęśliwych zbiegów okoliczności czy szerokich wyjaśnień - to w gruncie rzeczy prosta opowieść, która prowadzi do jasnego zakończenia. Oszczędna forma podkreśla najważniejsze aspekty historii, a całość pozostawia odbiorcę pełnego emocji i refleksji. Poza tym autor pięknie posługuje się językiem i metaforą.

Sama nie wiem, co mogłabym dodać. To książka trudna, jednak warto ją znać.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

piątek, 27 lutego 2015

Igor Ostachowicz - "Zielona wyspa" [recenzja przedpremierowa]

Magda jest w dość trudnym momencie życia – jej drugie małżeństwo przeżywa kryzys po tym, jak mąż dopuścił się zdrady. Kobieta rozważa rozwód, co nie przeszkadza jej jednak zafundować sobie za pieniądze partnera wakacji życia; chcąc uciec od codziennych problemów kobieta decyduje się spędzić kilka tygodni na bezludnej wyspie. Zaopatrzona przez pracowników biura podróży w prowiant i wszelkie wygody zostaje sama w sercu dziczy. Nagle okazuje się, że na wyspie jest ktoś jeszcze. Kim jest tajemniczy mężczyzna wyglądający na Polaka? Jakie ma zamiary?

Opis książki Igora Ostachowicza, jakkolwiek by go nie ująć, zawsze ma duży potencjał by zabrzmieć jak scenariusz przeciętnej jakości Harlequina. Tyle tylko, że ten, kto da się owym opisem zwieść, może być bardzo mocno zaskoczony. Opowieść rzeczywiście w znacznej mierze jest oparta o powstawanie i zmienność relacji między bohaterami, jednak absolutnie nie ma tu klimatu romansu. Kluczem jest postać Magdy, która świat obserwuje i opisuje jak jeden wielki sen, omam będący wynikiem zażywania wielu różnych środków – na kaca, na sen, na nerwy. Bohaterka bez ustanku analizuje swoje życie, przygląda mu się tak na trzeźwo, jak i na kacu, czy w pijackim szale. Ponadto podejmuje działania, których żaden zdrowo myślący człowiek by nie wykonał. Wszystko razem składa się na opowieść nieprawdopodobną, będącą obrazem całkowitego psychicznego zniszczenia pozornie zwyczajnego człowieka.

Właściwie rozwój sytuacji w tekście można podzielić na trzy etapy, a każdy z nich jest ciekawy i na swój sposób atrakcyjny dla czytelnika. Na początku zostajemy przygwożdżeni swego rodzaju poczuciem lęku i zagrożenia – atmosfera rodem z horrorów ukazana jest naprawdę świetnie i robi pozytywne wrażenie. Dalej, kiedy akcja nieco zwalnia, a całość nabiera kolorytu, chcemy dowiedzieć się jak najwięcej o zaistniałej sytuacji; niejasności dodatkowo rozbudzają naszą ciekawość. Później wpadamy w ów klimat, dostrzegamy szaleństwo i chcemy wiedzieć już tylko jedno – czy całość ma jakikolwiek sens? W tym przypadku niestety zawodzi zakończenie, które (przynajmniej dla mnie) nie przyniosło zbyt wielu odpowiedzi. Owszem, odnajdujemy podstawy problemów Magdy, jednak nie widzimy dla niej usprawiedliwienia, a tok wydarzeń, zwłaszcza pod koniec, zdaje się być kompletnie nieprawdopodobny.

Tym, co z pewnością trzyma czytelnika przy tekście, jest także język i styl wypowiedzi bohaterów. Cała historia okuta jest w szaloną, acz świetnie skonstruowaną otoczkę o słodko-gorzkim charakterze. Z przyjemnością zanurzałam się w pokłady ironii i czarnego humoru, jakie zaserwował nam autor i patrzyłam na świat oczami tak specyficznej postaci, jaką jest Magda. W tym wymiarze całość nabrała ciekawego charakteru, a rozważania na temat ludzkiego życia, macierzyństwa czy karierowiczostwa – zupełnie innego wydźwięku. Opowieść czytało się szybko i z dużą przyjemnością; niektóre momenty bawiły, inne – skłaniały do refleksji. Moim zdaniem to bardzo dobre połączenie.

Mam z oceną tej książki naprawdę duży problem. Właściwie ani przez moment nie wahałam się podczas lektury, a całość naprawdę mnie wciągnęła, żeby nie powiedzieć: pochłonęła. Z drugiej jednak strony mam wielkie poczucie niedosytu, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę, że nie udało mi się do końca zrozumieć ani postawy bohaterki, ani pomysłów samego autora. Szaleństwo, jakie jest udziałem Magdy, było dla mnie bezcelowe; mimo że tekst podaje jego źródła, nie jest to dostateczne wytłumaczenie dla tak niezwykłych skrajności. Z uwagi na język i styl mogę zachęcić do lektury tych, którzy lubią niecodzienne połączenia, brawurową akcję i słodko-gorzkie dyskusje o egzystencjalnym zabarwieniu. Mnie w gruncie rzeczy całkiem się podobało.


Za przedpremierowy egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B., będącemu częścią GW Foksal.
Premiera 4 marca!

środa, 18 lutego 2015

Katarzyna Michalik-Jaworska - "Blizny"


Wielu z nas (jeśli nie każdy) miało w swoim życiu momenty, których przejście może przypominać śmierć i następujące po niej ponowne narodzenie. Coś wpędza nas w rozpacz, burzy porządek świata i zmienia tak codzienność, jak i nas samych. Sama przeżyłam kilka takich chwil i wiem, jak trwałe blizny pozostają gdzieś w naszej psychice . Mirka, bohaterka najnowszej książki Katarzyny Michalik-Jaworskiej, umierała w ten sposób wiele razy; czytelnikom opowiada o sześciu z nich. Jej życie nie było łatwe, a wieloletnie pasmo upokorzeń i trudności odcisnęło swe piętno na jej dorosłości. Choć ze wszystkich sił stara się nie powielać błędów, jakich sama była ofiarą, nie udaje jej się – upada i przez lata bezustannie zmaga się z samą sobą oraz demonami przeszłości.

Blizny to bardzo dobra, choć niełatwa powieść. Autorka nie bawi się w ozdobniki i nazywa rzeczy po imieniu – tu alkoholizm jest alkoholizmem, a przemoc przemocą. Gdy bohaterce jest źle – wyje z bezsilności; gdy ma siłę – urządza awantury. To historia wyrazista, z jasnym przekazem i prostą formułą wypowiedzi; sprawia to zarówno jednolitość, jak i kreacja postaci. Autorka wybrała takie zdarzenia z życia bohaterki, aby jasny i niepodważalny był ciąg przyczynowo-skutkowy między tym, czego świadkiem i uczestnikiem Mirka była w dzieciństwie, a jej postawą jako osoby dorosłej. Z jednej strony jest to zabieg dobry, z drugiej jednak – podczas lektury miałam poczucie delikatnego braku ciągłości. Opowieść pokazana jest dość wyrywkowo i choć autorka dopilnowała, aby brakujące wydarzenia zostały zasygnalizowane, nie jest to historia pełna

Książka na pewno doskonale ilustruje zasadność terapii dla DDA – Dorosłych Dzieci Alkoholików. Co istotne, opowieść jasno wskazuje, że choroba alkoholowa jest co najmniej w równym stopniu uwarunkowana środowiskowo, co genetycznie, wszak bohaterka nie jest spokrewniona z alkoholikiem, z którym przyszło jej się wychowywać. Siła oddziaływania naszego otoczenia jest niezwykła, a mechanizm choroby alkoholowej – niezwykle przebiegły. Tak łatwo jest usprawiedliwić topienie smutków w alkoholu, a jeszcze łatwiej utracić kontrolę nad sytuacją. Z kolei późniejsze stanięcie oko w oko z problemem, nazwanie go po imieniu i wykonanie pierwszych kroków naprzód jest szalenie trudne, zwłaszcza że alkoholizmu nie można wyleczyć tu i teraz, bez rozgrzebywania bolesnej przeszłości. Zarówno Mirce, jak i innym chorym potrzeba wiele siły i odwagi.

Katarzynie Michalik-Jaworskiej udało się napisać ciekawą i dobrą pod względem teoretycznym powieść, w dodatku wspaniale podaną dzięki perfekcyjnemu warsztatowi autorki. Poza drobnymi fragmentami dialogów powieść czyta się dobrze i wypada ona niezwykle naturalnie. Historia Mirki jest interesującym świadectwem i nikogo nie okłamuje – pomija cukierkowatość i zbędne ubogacenia; pokazuje problem takim, jaki jest.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura.

wtorek, 13 stycznia 2015

Julie Gregory - "Mama kazała mi chorować"

Rodzice w większości kultur są kojarzeni z opieką sprawowaną nad dzieckiem. Służą radą i wsparciem, pomagają młodemu człowiekowi w przystosowaniu się do otaczającego świata. Co jednak w sytuacji, gdy sami przeszli zbyt wiele, by móc sprawnie funkcjonować, nie mówiąc już o uczeniu tego innych? W niektórych przypadkach rodzic sam jest zbyt słaby, by przejąć odpowiedzialność za swojego potomka, nawet jeśli wydaje mu się, że jest zupełnie inaczej.

Jednym z zaburzeń związanych z taką właśnie sytuacją jest zespół Münchhausena. Polega on na symulowaniu objawów i dążeniu do coraz poważniejszych zabiegów (także chirurgicznych) mających odkryć źródło rzekomej choroby. Pacjent sztucznie wywołuje objawy, wyolbrzymia je, w skrajnych przypadkach zdolny jest również do samookaleczeń. Odmianą choroby jest zastępczy zespół Münchhausena, w którym rodzic (najczęściej matka) zaspokaja swoje potrzeby, wykorzystując do tego pełnomocnika czyli dziecko. Rozpoczyna się od wzmożonej wrażliwości na wszelkie infekcje, a z czasem wiąże się z postępującymi urojeniami i stałym naciskiem.

Przykładem ofiary takiej choroby jest Julie Gregory, która przez wiele lat pełniła rolę pełnomocnika dla matki cierpiącej na zastępczy zespół Münchhausena. Kobieta praktycznie całe swoje dzieciństwo spędziła w gabinetach lekarskich, podczas gdy jej rodzicielka instruowała ją, jak powinna funkcjonować. Nigdy nie mówiono jej, że ma kłamać – po prostu na co dzień była traktowana jak ciężko chora, w co sama uwierzyła. Do końca 16 roku życia przeszła pełną diagnostykę w zakresie chorób serca, przyjmowała leki między innymi na zespół wypadania płatka zastawki, badano ją pod kątem zaburzeń czynności układu pokarmowego, wielokrotnie była hospitalizowana. Dziewczynka starała się spełniać oczekiwania i wchodzić w rolę, którą jej narzucono. Jej bunt zaczął się dopiero, kiedy została poddana bolesnemu cewnikowaniu i zaczęła odczuwać rzeczywiste skutki działań matki. Dodatkowo z wiekiem obserwowała coraz więcej problemów domowych – zobojętnienie, agresję… Sama również była ofiarą fizycznej przemocy. Gdy zdecydowała się opuścić dom, zderzyła się z systemem, który nie był w stanie jej pomóc.

Już jako dorosła osoba, świadoma tego, co przeżyła, Julie zdecydowała się na napisanie książki będącej relacją z jej własnego życia. Opowieść obejmuje okres od wczesnego dzieciństwa aż do późnej dorosłości autorki, dodatkowo uwzględniając także informacje z życia matki dziewczynki. Narracja jest pierwszoosobowa, bezpośrednia, prosta. W tekst wplecione są dialogi, a język jest na tyle przystępny, że mimo trudnej tematyki lektura idzie szybko, a kolejne strony właściwie przewracają się same.

Julie w swojej opowieści nie skupiła się wyłącznie na sobie – uwzględniła również to, co istotne dla samej genezy choroby matki, czyli jej indywidualne doświadczenia. Dzięki temu książka jest opowieścią o dwóch życiach, dwóch praktycznie zniszczonych historiach, które łączy związek przyczynowo-skutkowy. Tekst jest autentyczny, choć wstrząsający – niestety trzeba przyjąć do wiadomości, że podobne historie naprawdę się zdarzają, w dodatku wcale nie rzadko.

Książkę polecam tym, których ciekawią podobne historie – pozostali mogą nie być zadowoleni, bo opisy nie należą do najprzyjemniejszych, a i zrozumienie pobudek tak silnie zaburzonych postaci do łatwych nie należy. Dla mnie jednak opowieść była naprawdę interesująca i wciąż próbuję poskładać sobie w głowie ogrom bezsensownego cierpienia, jakie stało się udziałem Julie za pośrednictwem jej matki.

sobota, 22 listopada 2014

Cathy Glass - "Zapomniane dziecko"

Krzywdzenie dziecka kojarzy nam się z prostymi formami przemocy – biciem czy molestowaniem seksualnym. W rzeczywistości jednak tych przejawów jest znacznie więcej. Można dziecko zaniedbać – i to nie tylko tak, że będzie brudne, a jego zęby ogarnie próchnica; zaniedbanie to także odizolowanie od świata zewnętrznego, zahamowanie rozwoju, pozbawienie kontaktów z rówieśnikami. Do tego dojść może manipulacja i emocjonalne uzależnienie od siebie. Najgorzej jednak, gdy wszystkie te elementy występują razem – dziecku krzywdzonemu i tak bardzo trudno pomóc, a kompilacja różnych rodzajów przemocy tylko pogarsza sprawę.

Z takim właśnie przypadkiem mamy do czynienia w książce Cathy Glass – kobiety, która od lat opisuje własne doświadczenia, wynikające z roli rodzica zastępczego. Tym razem opowieść dotyczy Aimee – ośmiolatki wychowującej się w melinie narkomanów, wykazującej cechy skrajnego zaniedbania. Dziewczynka jest brudna, ma wszy, a do szkoły (jeśli w ogóle się w niej pojawia) chodzi w podartych ubraniach. Uwagę zwraca jej agresywne zachowanie. Opieki nad Aimee podejmuje się Cathy, doświadczona matka zastępcza, i to z jej perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia i etapy zmian, jakie zachodzą w psychice i nastawieniu dziewczynki. Razem z nią odkrywamy również mroczne wspomnienia, z którymi dziecko musi się borykać, a także wkraczamy do walki z agresywnym, niepohamowanym rodzicem.

Matka Aimee znana jest policji i opiece społecznej – wcześniej odebrano jej kilkoro dzieci i wszyscy zastanawiają się, czemu po Aimee system pomocy upomniał się tak późno. To ciekawy aspekt książki, pokazujący od wewnątrz brytyjski opiekę społeczną; nie w sposób wyidealizowany, a taki, jakim jest, ze wszelkimi lukami prawnymi. Widzimy tutaj niesprawiedliwość zarówno ze strony rodzica zastępczego, jak i biologicznego – walka o dziecko pokazana jest krok po kroku. Przy tym wszystkim historia absolutnie nie jest jednowymiarowa, a w treść wplecione są wątki pokazujące również drugą stronę medalu.

Podczas lektury miałam wrażenie, że książka mogłaby być poradnikiem dla przyszłych rodziców zastępczych (i nie tylko), tak dokładnie autorka opisuje wszelkie mechanizmy swojego działania. Ciężko jest mi obiektywnie ocenić, czy przesadziła – w moim odczuciu tak, ale może to być wynik faktu, że na co dzień obcuję z psychologiczną terminologią i nie potrzebuję wyjaśnień krok po kroku. Sporo jest tutaj także wstawek tłumaczących, dlaczego bohaterka powiedziała coś w taki, a nie inny sposób i jaki może mieć to wpływ na dalszy rozwój wypadków. Z jednej strony to charakterystyczne, z drugiej – być może dla kogoś przydatne. Sądzę, że może to pomóc w zrozumieniu dzieci i ich reakcji w ogóle.

W tekście takim jak ten najistotniejszą sprawą jest moim zdaniem kreacja psychologiczna bohaterów i przyznaję, że w tym przypadku nie mam się do czego przyczepić. Intuicyjnie czuję, że zachowanie dziewczynki jest spójne, a przedstawione fakty pokrywają się z tym, co słyszałam na temat reakcji dzieci będących ofiarami krzywdy. Tym niemniej mam wrażenie, że pewne sprawy zostały tu rozwiązane zbyt łatwo. Prawdopodobnie jest to „zboczenie” z czytania dużych ilości beletrystyki epatującej negatywnymi rozwiązaniami i trudnymi zbiegami okoliczności, jednak ciężko mi uwierzyć, że w tak krótkim może się dokonać tak wiele znaczących zmian.

Niestety, książka nie jest pozbawiona wad związanych z naszym, polskim wydaniem. W tekście zdarzają się powtórzenia i naprawdę dziwne konstrukcje gramatyczne. Rzucają się w oczy dość mocno, ale na szczęście nie są na tyle częste, żeby z ich powodu odrzucać tekst. Pomijając te techniczne drobiazgi książka jest naprawdę dobra w odbiorze – dominują dialogi, co nadaje tekstowi dynamizmu i pozwala szybko przejść przez tak trudną tematykę. Nie ma też tutaj niepotrzebnego owijania w bawełnę – to, co się stało, powiedziane jest wprost i bezpośrednio.

W ogólnym rozrachunku jestem zadowolona, że książka Cathy Glass do mnie trafiła – dzięki niej miałam okazję uzupełnić o kwestie praktyczne tę wiedzę, którą niedawno nabyłam. Uważam, że jest to autentyczne i dobre świadectwo skutków, jakie niesie za sobą zaniedbanie i przemoc wobec dziecka. Tak jak wspomniałam, może to być również tekst ciekawy dla rodziców w ogóle – pokazuje on, jak dzieci reagują na nasze słowa, jak je rozumieją i ile potrafią z nich wyciągnąć. Chętnie sięgnę po inne książki autorki; jestem niezwykle ciekawa, czy pomiędzy poszczególnymi historiami są znaczące różnice.


Za egzemplarz książki dziękuję Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.

poniedziałek, 13 października 2014

Grzegorz Kozera - "Biały Kafka"

Co decyduje o podatności na uzależnienie? Genetyczne uwarunkowania? Cechy osobowości? A może po prostu nieodpowiednie towarzystwo, pech? Praktyka pokazuje – jak zawsze w podobnych przypadkach – kompilację powyższych czynników. Pozostaje jednak pytanie – co jeśli piją wszyscy, jak to różnicować? W którym momencie możemy mówić o uzależnieniu, gdzie przebiega granica między zdrowym a alkoholikiem, między alkoholikiem a menelem? To tematyka niezwykle trudna i niewielu mówi o niej wprost. Jednym z tych, którzy przyjęli temat na swój literacki warsztat jest Grzegorz Kozera.

Biały Kafka to tekst fabularny, stylizowany na opowieść człowieka o własnym alkoholowym upadku. Główny bohater już od czasu studiów zaprawiał się w pijackim boju, a jego droga, oprócz wódki, naznaczona była wieloma mniej lub bardziej istotnymi romansami. Choć miał wszystko pod kontrolą, w tajemniczy sposób stracił z oczu moment, w którym z szanowanego dziennikarza stał się zwykłym moczymordą. Od zrozumienia tej sytuacji dzieliło go wiele przykrych zdarzeń: kilkudniowe ciągi, chłeptanie rozlanej wódki z chodnika, drżenie rąk uniemożliwiające pracę, śmierć towarzysza niedoli, aż wreszcie dotkliwe pobicie – tak, droga do otrzeźwienia (nie wytrzeźwienia!) zdecydowanie nie należała do łatwych…

Tak więc kobiety i alkohol, a gdybym chciał być trywialny i wulgarny, co zdarza mi się w końcu nierzadko, powiedziałbym bez skrupułów – dupy i gorzała. Kobiety i alkohol, dupy i gorzała, oto one, „te dwie miłości i dwie śmierci moje”.[s.10]

Choć w opisie okładkowym na pierwszy plan wysuwają się relacje z kobietami, w książce nie jest to odczuwalne tak niezwykle. Wyraźniejsza jest moim zdaniem droga bohatera do uzależnienia, pokazywana urywkami, wieloetapowa i zawoalowana w pozornie błahe wydarzenia z życia. Również jeden z końcowych rozdziałów podkreśla ten walor powieści, zadaje pytania o genezę picia. Tekst pokazuje podstępność nałogu, ale też jego schematyczność i powtarzalność – wraz z upływem czasu dni stają się podobne sobie, a każdy rozdział, jak każdy dzień, kończy się negatywnym doświadczeniem. Wątek miłości, która odmienia wszystko, rzeczywiście się pojawia, choć właściwie niepotrzebnie, przynajmniej z mojej perspektywy.

Nieuchronnymi zdają się być przyrównania Kozery do Pilcha i odwrotnie, tym bardziej, że Pod Mocnym Aniołem zyskało niedawno dosadne popkulturowe osadzenie, wyszło do ludzi i w ogóle może się kojarzyć. Z jednej strony ciężko mi takimi nawiązaniami szafować, bo swoich wrażeń po lekturze pana P. nie wypowiedziałam dotąd, choć minęło już kilka miesięcy; z drugiej jednak czuję się zobowiązana, by choć kilka słów dorzucić. Skojarzenia nasuwają się same z racji tematyki i dosadności opisu, ale i różnic jest sporo – nade wszystko rozwiązania przyjęte przez Kozerę pozwalają czytelnikowi mieć nadzieję, podczas gdy Pilch zdaje się wszelkie chęci brutalnie odbierać. Książki różni też język. Kto miał problem z przebiciem się przez poetycko-pijackie wynurzenia, zdające się być jednym wielkim białym wierszem, tu powinien być zadowolony – jest dużo prościej bez uszczerbku na literackiej wartości.

Ciężko jest polecać podobne, specyficzne teksty, bo nigdy nie wiem, czy gust większości ma akurat tutaj punkt styczny z moim. Jest to na pewno książka dla tych, którzy cenią sobie świadectwa podane w ciekawej formie, bez przesadnych ozdobników. Myślę, że sprawdzi się również u znających nałóg – z jakiejkolwiek strony. Jak i sam autor, nie wiem, czy powieść ta może mieć jakąś wartość terapeutyczną i być drogą do wyleczenia, ale byłabym rada, gdyby było to możliwe. Myślę, że zwłaszcza ostatnie rozdziały mogą nieść za sobą pewnego rodzaju refleksję – i oby tej właśnie refleksji było w naszym narodzie nieco więcej.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura.

sobota, 16 sierpnia 2014

Maria Nurowska - "Hiszpańskie oczy"

Marię Nurowską kojarzyłam jak dotąd jedynie z nazwiska, wiedziałam też, że należy do grona pisarek nie tyle poczytnych, co rozpoznawalnych. Jej książka znalazła się na mojej półce przypadkowo i równie bez planu po nią sięgnęłam – po prostu coś mnie tknęło przy szukaniu kolejnej lektury i zaczęłam przetrząsać pokój, by znaleźć tę właśnie pozycję. Co wynikło z takiego splotu wypadków? Właściwie jedno wielkie zagmatwanie…

Książka opowiada o losach kobiety, która w czasie wojny została wywieziona na Wschód i była przetrzymywana w jednym z radzieckich łagrów. Dziś Anna jest matką, borykającą się nie tylko z trudną przeszłością, ale i problemami dnia codziennego. Jej córka, Ewa, cierpi na anoreksję/bulimię/zaburzenia odżywiania – jak zwał tak zwał, wszystko zależy od aktualnej diagnozy, a sens jest taki, że dziewczyna łyka masę proszków z każdym dniem przybliżających ją do śmierci. W obliczu takiego zagrożenia dla siebie, córki i wnuka, Anna podejmuje decyzję o rozpoczęciu kolejnej terapii. Nie spodziewa się, że tym razem to ona znajdzie się w centrum zainteresowań lekarza i sama będzie musiała stanąć do konfrontacji ze swoją przeszłością.

Muszę przyznać, że wgryzienie się w tekst nie należy do zadań najłatwiejszych i nie jest to bynajmniej sprawka wyłącznie trudnej i emocjonującej treści. Dużą rolę w utrudnianiu odbioru odgrywa narracja, która – choć zawsze pierwszoosobowa i skonstruowana w czasie teraźniejszym – dotyczy trzech różnych płaszczyzn czasowych. Anna równocześnie opowiada nam o swojej aktualnej sytuacji, a także wydarzeniach z przeszłości: sprzed narodzin córki i tych, które wiążą się już z nią. Choć opowieści łączą się i tworzą ciągi przyczynowo-skutkowe, a nawet pozwalają wyciągać wnioski, poukładanie sobie ich w głowie zajmuje sporo czasu, tym bardziej że książka jest właściwie jednym wielkim ciągiem, bez rozdziałów. Jestem jednak w stanie zrozumieć taki zabieg, bo doskonale ukazuje on rozbudowaną i zagmatwaną psychikę bohaterki.

Co do samej treści – choć opisywana historia jest skrajna i brutalna, to również niezwykle prawdziwa, co uważam za dużą zaletę. Przy głębszym zastanowieniu stwierdzam jednak, że lekturę zakończyła z uczuciem niedosytu. Owszem, postaci są barwne, ciekawe i dobrze skonstruowane, jednak sama opowieść nie dostarcza odpowiedzi na wszystkie rodzące się w czytelniku pytania. Na domiar złego autorka zdecydowała się na otwarte zakończenie, którego ogólnie nie preferuję, a w przypadku tej książki uznaję wręcz za wadę.

Książkę Nurowskiej można kochać lub nienawidzić – równie wiele argumentów jest po obu stronach barykady. Moim zdaniem psychologiczna głębia do spółki z przepięknym, literackim językiem stanowi przewagę nad średnim zakończeniem, natomiast trudności ze zrozumiałością treści mogą być tłumaczone przyjętą konwencją. Nie jestem jednak przekonana, czy jest to książka do polecenia każdemu – z pewnością trzeba do tej prozy przywyknąć. Ja na pewno jeszcze sięgnę po książki autorki, choćby po to, by porównać Hiszpańskie oczy z innym jej tekstem i sprawdzić, czy Maria Nurowska jest pisarką oryginalną, czy też powtarzalną wewnątrz własnego, niezwykłego schematu.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Grażyna Jagielska - "Miłość z kamienia"

Niektóre lektury omawia się lekko i przyjemnie. Jest pewien schemat, spis tematów, które chciałoby się poruszyć – treść, spójność historii, bohaterowie, język… Czasem wkradają się emocje i mówi się o tym, co dany tekst w nas uruchomił. Są jednak książki, których po prostu nie da się zamknąć w ryzach, ujednolicić, omówić według poszczególnych punktów. Tu trzeba nieco więcej zaangażowania.

Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z tekstem Grażyny Jagielskiej na jednym z blogów, wiedziałam od razu – to książka dla mnie. Tematyka wojenna i autentyczność bijąca z opisu przyciągnęły mnie do siebie, jednak nawet takie szczere słowa nie przygotowały mnie na to, co jest treścią tej książki. Być może gdyby podobne obrazy były wytworem ludzkiej wyobraźni, ich przyswojenie byłoby łatwiejsze. Niestety – tutaj wszystko jest szczerą prawdą.

Grażyna Jagielska od dziecka miała w sobie duszę tułacza. Gdy poznała swojego przyszłego męża, połączyła ich pasja do podróży, życia na walizkach, przygód. Jednak Wojtka owa fascynacja popchnęła dalej – w rejony zagrożone konfliktami, a z czasem w samo serce wojny. Życie małżeńskie w oczach Grażyny stopniowo zaczęło się zmieniać, dzielić na czas oczekiwania i czas obecności męża w domu. On z czasem zaczął zatracać się w pracy, ona – w lęku o jego życie. Choć oddalali się od siebie, a cierpienie kobiety z każdym wyjazdem stawało się większe, nigdy nie zdecydowali się na rozstanie. Po latach Grażyna trafiła do kliniki zdrowia psychicznego, gdzie powoli musiała zmierzyć się z samą sobą, przeszłością i historią, jaka doprowadziła ją i męża do tego właśnie miejsca w życiu.

Jestem taka zmęczona (…) ponieważ jestem mu potrzebna do wszystkiego. Do tego, żeby mógł znowu usiąść do komputera, zapłacić rachunek na poczcie, złożyć zeznanie podatkowe albo spakować plecak i pojechać tam, gdzie toczy się wojna, tak, do tego też. I potrafi oddawać mi to, czego już nie potrzebuje.[s.69]

Czy można nabawić się stresu bojowego, nie uczestnicząc w konflikcie zbrojnym? Można, gdy jest się dla kogoś bliskiego kontenerem do przechowywania wszelkich trudnych uczuć; gdy człowiek boi się nie tylko we własnym imieniu, całkiem naturalnie, ale też za tę drugą osobę, pozwalając jej normalnie żyć. W ten sposób można zbierać ten lęk i strach, tłumić w sobie, przetwarzać. Jednak każdy z nas ma granice wytrzymałości.

Od trzech dni siedziałam z kotem w przedpokoju, we wnęce na szafę ścienną. To było nasze nowe miejsce.[s.124]

Czy można zapomnieć żyć, w dodatku na kilka długich lat? Oczywiście. Organizm jest w stanie zagnać nasz umysł w najdalsze, najciemniejsze zakamarki, byle tylko ochronić człowieka przed zgubnym działaniem długotrwałego, dojmującego lęku. Działa się wówczas machinalnie, spełniając jedynie podstawowe, niezbędne zadania, bez świadomości upływu czasu, bez pamięci. Odgrywa się sceny, by przygotować się na najgorsze i wreszcie traci się z oczu moment, gdy zagrożenie minęło – jest zbyt zakorzenione w naszej świadomości, by mogło po prostu zniknąć.

Grażyna od lat przygotowuje się na to, że kiedyś odbierze telefon, informujący, że jej mąż, korespondent wojenny, zginął na jednym z odwiedzanych frontów. Robiła to nadal, gdy Wojtek przestał wyjeżdżać. Jej lęk zawiódł ją tak daleko, że wolała otrzymanie tej ostatniej informacji od powrotu męża, oznaczającego czekanie na kolejny wyjazd, otwarcie następnego cyklu stresu. O swoich przeżyciach zdecydowała się opowiedzieć za pośrednictwem tej książki. I choć wspomnienia ukazuje powoli, tworząc niespieszną opowieść, robi to wspaniale. Jej warsztat literacki jest wzbogaceniem i tak niezwykle ciekawej historii. Lekturę jako całość z radością poleciłabym każdemu czytelnikowi.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Monika Matusik - "Przegapić życie"

Raz na jakiś czas czytam książkę, o której ciężko jest mówić. Z reguły „sprzedaję” Wam trochę fabuły, analizuję styl i technikę, przystępność oraz moje własne, subiektywne odczucia. W przypadku tekstu Moniki Matusik to właśnie te ostatnie wysuwają się na pierwszy plan. Choć podczas lektury wiele razy miałam skrajne myśli, a miejscami poddawałam w wątpliwość sensowność treści i akcji, koniec końców książka okazała się wspaniała. Przeczytałam ją jeszcze przed weekendem i do teraz pozostaję pod dużym wrażeniem. Czuję, że tekst zostanie ze mną na zawsze.

Opowieść jest historią Amelii – pacjentki szpitala psychiatrycznego, cierpiącej na zaniki pamięci. Dziewczyna trafiła pod obserwację po samobójstwie ukochanego, a przynajmniej tak jej się wydaje. Istotne jest bowiem nie to, co dzieje się naprawdę, a to, co robi z nią jej własny umysł. Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia całe Wasze życie okazuje się kłamstwem; wszystko: wspomnienia, emocje, uczucie szczęścia i skojarzenia nie istnieją, a co gorsza – mają w rzeczywistości swoje paskudne odpowiedniki. Tak mniej więcej wygląda sytuacja, w jakiej znajduje się Amelia. Dziewczyna myśli jasno i logicznie, snuje wspomnienia i może normalnie funkcjonować. Jedynym problemem są luki w pamięci, i fakt że to, co w niej pozostaje, zupełnie nie zgadza się z powoli ujawnianymi elementami rzeczywistości.

Choć początkowo pewne rozwiązania wydawały mi się dziwaczne, akcja nie składała się w całość, a bohaterów odbierałam jako nienaturalnych, z czasem wiele się zmieniło. Okazało się, że autorka świetnie poradziła sobie z przyjętym tematem, mimo że wymagał on wiele wyczucia i doświadczenia. Stworzyła autentyczny i złożony portret osoby zaburzonej, a przy tym udało jej się zwieść czytelnika, któremu odkrycie prawdy zajmuje całkiem sporo czasu. Osobiście byłam w szoku, kiedy już zdałam sobie sprawę, o co tak naprawdę chodzi – nie mogłam uwierzyć, że autorka tak skrupulatnie wykreowała swój świat.

Trzeba jednak przyznać, że nie jest to książka dla każdego – wiele osób będzie się nudziło, a niejasności prawdopodobnie dodatkowo spotęgują to odczucie. Jednak dla tych, którzy cenią sobie psychologiczne podłoże tekstu i lubią sami wnikać w umysł bohatera, książka jest idealna. Autorka włożyła w swój tekst sporo pracy i wyszło jej to na dobre – opowieść jest autentyczna, choć z pewnością opowiada o pewnej skrajności.  


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Szymon Salski - "Equilibrium game"

Ostatnio trafiają w moje ręce książki trudne, które od samego początku nie zachęcają do lektury, z czasem jednak ukazują swoją wartość w pełniej krasie. Tak było z tekstem Twój głos w mojej głowie Emmy Forrest (wciąż uparcie nazywam ją Emmą Frost, Marvel mi w głowie), a także O tym,który raz już umarł Dawida Waszaka. Dobrze że mam w sobie sporo samozaparcia i rzadko odkładam książki w połowie, bo również Equilibrium game okazało się naprawdę ciekawym tekstem, mimo że na początku zupełnie się na to nie zapowiadało.

Opowieść jest historią Victora, wykładowcy Uniwersytetu Harvarda, a swego czasu genialnego studenta trzech kierunków. Mężczyzna żyje nieskomplikowanie – gardzi ludźmi, używa ile może, kobiety traktuje skrajnie przedmiotowo, studentów zresztą też. Szarość codzienności ubarwia sobie przygodnym seksem nie dającym satysfakcji i sporadycznymi działkami różnorodnych narkotyków. Właściwie nie wiadomo po co je bierze, bo wizje, które go nawiedzają, nie należą bynajmniej do przyjemnych. Są zbitką bolesnych wspomnień i strasznych obrazów, pozostawiających bohatera w jeszcze większym rozbiciu niż wcześniej.

Właściwie tekst jest mieszanką opisów codzienności Victora, a także wizji, które są jego udziałem po zażyciu psychoaktywnych substancji. Oprócz tego akcja dzieje się na trzeciej płaszczyźnie, którą jest dyskusja Boga i Szatana. Autor wykorzystał tutaj dość znany motyw, w którym obaj „panowie” zakładają się o ludzką duszę i rozpoczynają grę, w której Zły otrzymuje wolną rękę i może poddawać człowieka dowolnym próbom. W miarę postępu tekstu dwa pierwsze motywy przenikają się coraz bardziej, a sama opowieść balansuje na granicy snu i jawy. Zdarza się, że nie mamy pewności, czy dana sytuacja miała miejsce naprawdę, ani jaki może być jej prawdopodobny finał. To duża zaleta, bo wiele spraw nie ma wyjaśnienia do samego, w pełni satysfakcjonującego końca.

Tym, co kłuje w oczy, jest bardzo małe prawdopodobieństwo życiowe opisywanych zdarzeń. Uczelnia, gdzie studenci mają ten sam rozkład zajęć każdego dnia; studentka, która, wyrzucona z domu, zamiast szukać pomocy u koleżanek tak po prostu stwierdza „no tak, nie mam gdzie iść, przenocuję u wykładowcy…”. Również to, że Victor wstrzykuje sobie heroinę, wciąga kokę i zaprawia to wszystko metamfetaminą i nigdy nie czuje narkotykowego głodu… Ciężko jest przejść obojętnie nad tym, że codzienność bohatera jest dużo bardziej nieprawdopodobna niż jego narkotyczne wizje – te ostatnie mają przynajmniej jakieś uzasadnienie.

Mimo tych wszystkich mankamentów przeczytałam tę powieść raptem w kilka godzin. Dlaczego? Otóż powodem jest akcja, która gna do przodu i choć na początku zdaje się zmierzać donikąd, z czasem okazuje się dobrze zaplanowaną opowieścią.  

Jeśli lubicie książki niejasne, oniryczne, w których fikcja miesza się z rzeczywistością, to polecam Wam tekst Szymona Salskiego z całego serca. Co prawda w pięknie opisu dziwacznych wizji brak mu sporo do języka choćby Jerzego Pilcha, ale pomysły ma dobre i potrafi wcielać je w literackie życie. Z wielką chęcią sięgnęłabym po kolejny tekst autora, gdyby taki powstał. Liczę, że będzie on oparty na równie ciekawym studium przypadku jak tu – niestety nie mogę zdradzić, co tak naprawdę Victorowi jest, nie chciałabym psuć nikomu zabawy.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.

sobota, 24 maja 2014

Emma Forrest - "Twój głos w mojej głowie"

Nie jest to książka łatwa do jednoznacznej oceny, choć po lekturze mniej-więcej połowy z 264 stron byłam przekonana, ze wystawię jej proste i złośliwe 1. Miałam już nawet przygotowany wstęp,  że to nie będzie pozytywna recenzja. Tymczasem nagle, w drugiej połowie, coś się jakby zmieniło…

Tekst jest zapisem przeżyć dziennikarki i scenarzystki Emmy Forrest – czy rzeczywistych? Najprawdopodobniej tak. W każdym razie bohaterka jest kobietą niezwykle doświadczoną przez różnego typu zaburzenia – chorowała na bulimię, od wielu lat dokonuje samookaleczeń, ma za sobą (nieudaną, co oczywiste) próbę samobójczą, a także stwierdzone dwubiegunowe zaburzenia afektywne. Poza tym chronicznie poszukuje miłości, najczęściej u osób równie trudnych jak ona sama. Przy tym wszystkim Emma korzysta z pomocy psychiatry, doktora R., a właściwie korzystała z niej aż do niespodziewanej śmierci lekarza, spowodowanej chorobą.

Jak już wspomniałam, książkę można podzielić na dwie części, bardzo nierówne pod względem treści. W pierwszej Emma retrospektywnie opisuje swoją chorobę, stadia kiedy było naprawdę źle. Opowiada o swoich samookaleczeniach, o wizytach w gabinecie psychiatry, zdradza kulisy próby samobójczej… Jednak jest to tak naprawdę jeden wielki miszmasz, poprzeplatany dziwnymi wstawkami prywatnymi, a także z wpisami z księgi kondolencyjnej doktora R. Zdania są krótkie, konteksty pourywane i czyta się to naprawdę paskudnie. 

Druga nieformalna część jest natomiast związana z dwoma bardzo ważnymi problemami bohaterki – doktor R. umiera, odchodzi również jej partner, którego kochała i z którym chciała stworzyć rodzinę. Życie Emmy będzie się odtąd toczyło wokół zrozumienia mechanizmów i przyczyn nagłego odejścia obu mężczyzn. Paradoksalnie takie skupienie i poszukiwanie odpowiedzi okaże się najlepszą drogą do normalności.

Nie znajdziesz odpowiedzi, bo jej nie ma. Odpowiedzią jesteś ty. Odpowiedzią jest, że mimo wszystko nie robisz sobie już krzywdy.[227]

Nie będę ukrywała, że jest to książka o wyleczeniu, bo mówi o tym sam opis okładkowy. Widać to z resztą zarówno w konstrukcji testu, jak i w jego treści. W miarę upływu stron Emma wypowiada się składniej, a pewne nierealistyczne elementy jej życia nie są już ogólnym chaosem. Choć pierwszą część czyta się naprawdę ciężko i jest lekko naciągana, momentami sztuczna, to w obliczu drugiej jest to uprawnione. Poza tym książka w jakiś sposób emocjonuje czytelnika. Nie jest to jednak z pewnością lektura dla każdego, mimo pięknej okładki, która kusi wzrok.

sobota, 14 grudnia 2013

Marta Syrwid - "Zaplecze"

Pamiętam czasy, kiedy z pasją korzystałam z miejskiej biblioteki, przerabiając istne tony książek. Pamiętam też magiczny moment, kiedy z biblioteki-dla-dzieci przeniosłam się do Biblioteki Dla Dorosłych. Coś niezwykłego, zupełnie jak wejście w nowy, wspaniały świat. Na początku wyobrażałam sobie siebie wśród półek, jednak prawdę mówiąc chyba ani razu między nimi się nie znalazłam – w zupełności wystarczała mi lada, na której odkładane były świeżo zwrócone egzemplarze. Zawsze odnajdywałam tam coś wartego uwagi i to właśnie w tym miejscu nauczyłam się, że miotła na okładce jest gwarancją ciekawej historii wewnątrz.

To było kilka dobrych lat temu, a ja miałam w tym czasie sporą przerwę od podobnej literatury. Teraz, gdy w kilku miastach Seria z Miotłą znalazła się w promocyjnych koszach, postanowiłam odświeżyć nieco swoją wiedzę na temat tych książek. Specyfika opisu okładkowego przyciągnęła mnie do „Zaplecza” Marty Syrwid i, muszę przyznać, było to spotkanie nader udane.

Jest to książka z gatunku tych realistycznych aż do bólu, mających pokazać sytuacje, z którymi styczność możemy mieć na co dzień. Jeśli ktoś kiedyś zastanawiał się, jak się niszczy poczucie własnej wartości i wpędza, na przykład, w zaburzenia odżywiania, „Zaplecze” mogłoby służyć jako antyporadnik. Z opowieści Klary punkt po punkcie możemy wypisać czynniki składające się na jej stan, tak jasno wszystko jest tu opisane. Czasem myślę – może zbyt jasno? Wyznania bohaterki są bardzo szczere, choć chaotycznie przedstawione. To rodzaj monologu, czy raczej dialogu z samą sobą, gdzie myśli uzewnętrzniane są dokładnie tak jak płyną. Ciężko przywyknąć do takiej narracji, jednak warto – obraz bohaterki, który się z niej wyłania, jest bardzo dobrze skonstruowany.

Klara to młoda kobieta, która od dzieciństwa walczy z brakiem domowej akceptacji. Żyje w rodzinie, gdzie stosowana jest wobec niej przemoc, a pojedyncze chwile radości przeplatają się z bolesnymi wspomnieniami, które, jak wiadomo, dużo lepiej zapadają nam w pamięć niż te pozytywne. Bohaterka przez całe swoje życie stara się udowodnić ojcu, że jest warta jego uwagi i miłości, zdaje się jednak wiedzieć, że dążenia te są bezsensowne. Wciąż stawia sobie nowe wymagania i szuka poczucia kontroli tam, gdzie jest w stanie je wyrazić – w sprawach żywienia. To jej bunt przeciwko ojcu, tak okrutny dla samej siebie, a jednocześnie będący rozpaczliwą próbą udowodnienia, że jest coś warta.

Jednak życie Klary to nie tylko konflikt z ojcem. To także matka, która broni jej w trudnych chwilach, dopóki na świecie nie pojawia się młodszy brat. To ciotka, krytycznym okiem patrząca na żywienie Klary. To także „przyjaciółka” z dzieciństwa, okrutna i odpowiedzialna za wiele przykrych momentów.  Wiele osób, które są dookoła niej, a które w żaden sposób nie próbują pomóc Klarze uporać się z problemem. W „Zapleczu”, w odróżnieniu od innych książek o podobnej tematyce, nie znajdziemy historii o wyjściu z choroby, o hospitalizacji, o walce o życie. Tu bohaterka sama sprawuje kontrolę nad swoją chorobą, przynajmniej pozornie.

Sceny, ujmowane przez Martę Syrwid, oraz specyficzny sposób wyrazu, jakim jest potok myśli, składają się na dobre przedstawienie osoby z zaburzeniami odżywiania. Obrazy, jakimi operuje autorka są bardzo prawdziwe i pozwalają zrozumieć bohaterkę, a sama historia wzbudza emocje, dokładnie tak, jak powinna. To nie jest książka fantasy. To opowieść o czymś, co naprawdę każdego dnia dzieje się całkiem blisko nas.