Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaburzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaburzenia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 31 stycznia 2016
Karolina Otwinowska, Agnieszka Mazur – „Dieta (nie)życia”
Anoreksja – choroba popularna zwłaszcza dziś, gdy świat motywuje nas do stawiania sobie coraz wyższych wymagań, a młodym ludziom brakuje zaangażowanych bliskich, którzy zawsze będą poświęcali im należytą uwagę. Mimo że tak często spotykamy się z informacjami na temat tego zaburzenia, co tak naprawdę o nim wiemy? Czy każda dziewczyna licząca kalorie jest anorektyczką? Czy każdy chudzielec ma problemy z odżywianiem? Kto może zachorować, kogo to dotyka? I – nade wszystko – co dzieje się w umyśle osoby, która powoli dąży do samozagłady?
Cenię sobie książki, które, tak jak ta, są połączeniem rzetelnej wiedzy naukowej, a także praktycznego doświadczenia osoby, która sama przeszła przez daną chorobę. Dwie perspektywy dają dużo szerszy obraz, który dodatkowo jest świetnie umiejscowiony w rzeczywistości, a nie od niej oderwany; poza tym tak skonstruowana opowieść ma wartość zarówno dla samych chorych i ich otoczenia, jak i dla personelu, który zajmuje się tym konkretnym zaburzeniem. W przypadku Diety (nie)życia kluczową rolę stanowią wspomnienia autorki, a ich uzupełnieniem jest obszerny wstęp autorstwa dr Beaty Szurowskiej, który dotyczy przyczyn choroby, mechanizmów jej działania, epidemiologii, rokowań i prawdopodobnych scenariuszy leczenia. To jasny, zwarty zbiór informacji, który stanowi przyzwoitą bazę wiedzy o zaburzeniu prezentowanym nam w dalszej części książki.
Tak dokładnie przygotowani rzetelnym wstępem rozpoczynamy swoją przygodę z opowieścią autorki. Karolina choruje na anoreksję, a prezentowany nam tekst jest niczym innym jak bardzo dokładnym pamiętnikiem, zapisem jej przeżyć związanych z chorobą i procesem leczenia. Znajdziemy tu migawki ze szpitala, wspomnienia z początków choroby, czy przeszkody, z jakimi musiała sobie radzić. Przez cały czas obserwujemy jej wewnętrzną perspektywę, pełną emocji i zmienionego chorobą spojrzenia na świat. Z pewnością nie jest łatwo brnąć w kolejne zdania książki, bo mimo płynnych, spójnych i logicznych myśli punkt widzenia autorki jest dla nas chwilami chaotyczny i nieznośny. Ciężko jest zrozumieć czytelnikowi ten pęd do samozagłady, a także związane z chorobą mechanizmy psychiczne – ich działanie zwyczajnie nas przeraża.
Co ważne, Dieta (nie)życia nie jest cukierkową, amerykańską powieścią pisaną na zamówienie (a wierzcie mi, wiele książek o chorobach, które proponuje się pacjentom, tak właśnie wygląda). Autorka nie oszukuje czytelnika i nie wmawia mu, że wszystko potoczy się idealnie – zdarza się, że ludzie umierają w związku z anoreksją, a ci, którzy żyją, borykają się z naprawdę ciężkimi sytuacjami. Karolina Otwinowska nie boi się pisać o utracie, o żałobie po swojej wizji siebie, o fizycznym bólu i cierpieniu psychicznym, które sprawia, że tracimy nad sobą kontrolę. Pokazuje obie strony medalu, a mimo to udaje jej się zachować odpowiednio optymistyczny kontekst, który pozostawia po sobie pozytywne poczucie nadziei. To właśnie sprawia, że książka jest tak wartościowa.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Nasza Księgarnia.
środa, 17 czerwca 2015
Grażyna Mączkowska - "Powiedz, że mnie kochasz, mamo"
Gabriela jest dorosłą, dojrzałą kobietą - za sobą ma już wychowanie dzieci, cieszy się życiem i mazurskim domem, o którym przez wiele lat marzyła. Jednak jej życie nie jest do końca sielankowe; gdzieś w duszy kobiety pozostała zadra, efekt wieloletnich cierpień, jakich doświadczyła w domu rodzinnym. Jako dziewczynka wychowywała się w domu z ojcem-alkoholikiem oraz agresywną i rozchwianą emocjonalnie matką. Nigdy nie doświadczyła ciepła, bliskości, zainteresowania, czego do dziś jej brak.
Trzeba przyznać, że patrząc na opisy treści można przyznać tej książce całkiem spory potencjał - sama uwielbiam teksty o trudnej tematyce, rozkładające na czynniki pierwsze traumę i przeżycia z nią związane, wywracające emocje czytelnika do góry nogami, ale też pozwalające zrozumieć pewne mechanizmy rządzące tym nieszczęściem. Niestety, powieść Gabrieli Mączkowkiej nie spełnia tych kryteriów. Z jednej strony jest to powieść bardzo wyidealizowana, z drugiej zaś - mocno powierzchowna. Zamiast zaproponować nam dokładny obraz rodziny patologicznej wraz ze wszystkimi przyczynami i skutkami jej funkcjonowania, autorka zdecydowała się na dość płytkie przedstawienie historii, w której większość motywów nie jest czytelnikowi znana. Rodzice Gabrieli ukazani są jako tyrani, z kolei sama bohaterka i jej rodzeństwo - jako przykładne, bezproblemowe dorosłe osoby. Brak tutaj ciągłości, przyczynowości, a optymistyczne zakończenie rozrośnięte jest w cukierkową idyllę. Autentyczność wypada bardzo źle.
Na plus nie zaliczyłabym również konstrukcji fabularnej - książka szybko zaczyna się dłużyć. Autorka raczej przeskakuje między wydarzeniami, niż tworzy z nich interesujący ciąg, a napięcie jest tutaj niemal zerowe. Wypowiedzi bohaterki są powtarzalne i dotyczą ciągle tych samych tematów - jest to nie tylko nużące, ale też mocno obciążające z racji tematyki. Gabriela powraca w kółko do tych samych wspomnień, tez, oskarżeń i widać wyraźnie, że problem pozostał w jej głowie zupełnie nieprzerobiony.
Trzeba jednak przyznać tej książce jeden, duży pozytyw - chodzi o zwrócenie uwagi na kwestię wyrażania emocji w stosunku do dzieci. Wielu rodzicom wydaje się, że ich pociechy nie rozumieją zbyt wiele; nie zdają sobie oni sprawy, jak ważne są dla małego człowieka pozytywne wzmocnienia. Poczucie akceptacji pozwala budować u dziecka wiarę we własne siły, a uczucia, które otrzymuje, uczą je samodzielnego wyrażania emocji. To niezwykle ważne dla rozwoju, aby dziecko nie tylko czuło, ale i widziało więź z rodzicem i jego miłość. Niewiele jest tekstów, które poruszają ów temat w tak bezpośredni sposób i za to duży plus.
Sama nie wiem, czy mogłabym polecać tę książkę. Ja dość mocno się wynudziłam, czytało mi się ciężko i wielokrotnie musiałam odkładać tekst. To dziwna opowieść, bo z jednej strony czytelnik ma poczucie, że zalewa go fala negatywnych emocji, z drugiej zaś - cukierkowe życie bohaterki staje w opozycji do tego odczucia i wypada bardzo nieautentycznie. Jeśli ktoś nie ma większych wymagań co do takich spójności, to tekst ma szansę mu się spodobać - napisany jest dość prosto i z pewnością wywołuje emocje.
Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.
Trzeba przyznać, że patrząc na opisy treści można przyznać tej książce całkiem spory potencjał - sama uwielbiam teksty o trudnej tematyce, rozkładające na czynniki pierwsze traumę i przeżycia z nią związane, wywracające emocje czytelnika do góry nogami, ale też pozwalające zrozumieć pewne mechanizmy rządzące tym nieszczęściem. Niestety, powieść Gabrieli Mączkowkiej nie spełnia tych kryteriów. Z jednej strony jest to powieść bardzo wyidealizowana, z drugiej zaś - mocno powierzchowna. Zamiast zaproponować nam dokładny obraz rodziny patologicznej wraz ze wszystkimi przyczynami i skutkami jej funkcjonowania, autorka zdecydowała się na dość płytkie przedstawienie historii, w której większość motywów nie jest czytelnikowi znana. Rodzice Gabrieli ukazani są jako tyrani, z kolei sama bohaterka i jej rodzeństwo - jako przykładne, bezproblemowe dorosłe osoby. Brak tutaj ciągłości, przyczynowości, a optymistyczne zakończenie rozrośnięte jest w cukierkową idyllę. Autentyczność wypada bardzo źle.
Na plus nie zaliczyłabym również konstrukcji fabularnej - książka szybko zaczyna się dłużyć. Autorka raczej przeskakuje między wydarzeniami, niż tworzy z nich interesujący ciąg, a napięcie jest tutaj niemal zerowe. Wypowiedzi bohaterki są powtarzalne i dotyczą ciągle tych samych tematów - jest to nie tylko nużące, ale też mocno obciążające z racji tematyki. Gabriela powraca w kółko do tych samych wspomnień, tez, oskarżeń i widać wyraźnie, że problem pozostał w jej głowie zupełnie nieprzerobiony.
Trzeba jednak przyznać tej książce jeden, duży pozytyw - chodzi o zwrócenie uwagi na kwestię wyrażania emocji w stosunku do dzieci. Wielu rodzicom wydaje się, że ich pociechy nie rozumieją zbyt wiele; nie zdają sobie oni sprawy, jak ważne są dla małego człowieka pozytywne wzmocnienia. Poczucie akceptacji pozwala budować u dziecka wiarę we własne siły, a uczucia, które otrzymuje, uczą je samodzielnego wyrażania emocji. To niezwykle ważne dla rozwoju, aby dziecko nie tylko czuło, ale i widziało więź z rodzicem i jego miłość. Niewiele jest tekstów, które poruszają ów temat w tak bezpośredni sposób i za to duży plus.
Sama nie wiem, czy mogłabym polecać tę książkę. Ja dość mocno się wynudziłam, czytało mi się ciężko i wielokrotnie musiałam odkładać tekst. To dziwna opowieść, bo z jednej strony czytelnik ma poczucie, że zalewa go fala negatywnych emocji, z drugiej zaś - cukierkowe życie bohaterki staje w opozycji do tego odczucia i wypada bardzo nieautentycznie. Jeśli ktoś nie ma większych wymagań co do takich spójności, to tekst ma szansę mu się spodobać - napisany jest dość prosto i z pewnością wywołuje emocje.
Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.
środa, 27 maja 2015
Anton Marklund - "Przyjaciele zwierząt"
Johannes ma siedemnaście lat i znacząco różni się od swoich rówieśników; choruje na autyzm, co mocno zmienia jego podejście do otaczającego świata. Chłopak inaczej rozumie rzeczywistość, na swój sposób przyswaja informacje, a mimo to łaknie akceptacji nie mniej niż przeciętny nastolatek; z tego powodu niejednokrotnie jest wykorzystywany.
Po zapoznaniu się z opisem i kilkoma opiniami spodziewałam się książki, w której pierwsze skrzypce odgrywać będzie choroba. Muszę przyznać, że mocno się zdziwiłam, bo choć autyzm w oczywisty sposób odciska swoje piętno na bohaterze i zdarzeniach, które są jego udziałem, to nie on wysuwa się na pierwszy plan. Tak naprawdę książka Marklunda jest historią o sprawstwie i fatalizmie, jakie są udziałem człowieka; o przypadkach, nic nie znaczących zdarzeniach, które w odpowiednim kontekście są w stanie urosnąć do rangi kamieni milowych; o tym, że trzeba uważać na słowa, bo nigdy nie wiemy, co stanie się z nimi dalej.
Opowiadaną historię poznajemy z trzech perspektyw - Johannesa oraz obojga jego rodziców. Każda z tych osób jest inna i opowiada te same wydarzenia na swój własny sposób - główny bohater mimo prawie dorosłego wieku ma umysł dziecka, jego matka dystansuje się do życia w rozpaczliwej próbie jego zrozumienia, natomiast ojciec ucieka w świat reguł i zewnętrznego spokoju. Zabieg powtarzania tych samych scen z różnych punktów widzenia jest ciekawy i dobrze nakreśla problem. Choć czytelnik otrzymuje tylko wybór migawek z życia bohatera, w dodatku ułożonych niechronologicznie, nie ma poczucia jakiegokolwiek braku. Wszystko, co ważne, zostało powiedziane.
Przyjaciele zwierząt nie są książką łatwą - to mroczna i przytłaczająca historia, której poznanie odciska piętno w naszej świadomości. Powolny, oszczędny skandynawski styl dodatkowo potęguje trudne odczucia i absolutnie nie pomaga w odbiorze, a jednak pasuje tutaj idealnie. W historii Johannesa próżno szukać szczęśliwych zbiegów okoliczności czy szerokich wyjaśnień - to w gruncie rzeczy prosta opowieść, która prowadzi do jasnego zakończenia. Oszczędna forma podkreśla najważniejsze aspekty historii, a całość pozostawia odbiorcę pełnego emocji i refleksji. Poza tym autor pięknie posługuje się językiem i metaforą.
Sama nie wiem, co mogłabym dodać. To książka trudna, jednak warto ją znać.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Po zapoznaniu się z opisem i kilkoma opiniami spodziewałam się książki, w której pierwsze skrzypce odgrywać będzie choroba. Muszę przyznać, że mocno się zdziwiłam, bo choć autyzm w oczywisty sposób odciska swoje piętno na bohaterze i zdarzeniach, które są jego udziałem, to nie on wysuwa się na pierwszy plan. Tak naprawdę książka Marklunda jest historią o sprawstwie i fatalizmie, jakie są udziałem człowieka; o przypadkach, nic nie znaczących zdarzeniach, które w odpowiednim kontekście są w stanie urosnąć do rangi kamieni milowych; o tym, że trzeba uważać na słowa, bo nigdy nie wiemy, co stanie się z nimi dalej.
Opowiadaną historię poznajemy z trzech perspektyw - Johannesa oraz obojga jego rodziców. Każda z tych osób jest inna i opowiada te same wydarzenia na swój własny sposób - główny bohater mimo prawie dorosłego wieku ma umysł dziecka, jego matka dystansuje się do życia w rozpaczliwej próbie jego zrozumienia, natomiast ojciec ucieka w świat reguł i zewnętrznego spokoju. Zabieg powtarzania tych samych scen z różnych punktów widzenia jest ciekawy i dobrze nakreśla problem. Choć czytelnik otrzymuje tylko wybór migawek z życia bohatera, w dodatku ułożonych niechronologicznie, nie ma poczucia jakiegokolwiek braku. Wszystko, co ważne, zostało powiedziane.
Przyjaciele zwierząt nie są książką łatwą - to mroczna i przytłaczająca historia, której poznanie odciska piętno w naszej świadomości. Powolny, oszczędny skandynawski styl dodatkowo potęguje trudne odczucia i absolutnie nie pomaga w odbiorze, a jednak pasuje tutaj idealnie. W historii Johannesa próżno szukać szczęśliwych zbiegów okoliczności czy szerokich wyjaśnień - to w gruncie rzeczy prosta opowieść, która prowadzi do jasnego zakończenia. Oszczędna forma podkreśla najważniejsze aspekty historii, a całość pozostawia odbiorcę pełnego emocji i refleksji. Poza tym autor pięknie posługuje się językiem i metaforą.
Sama nie wiem, co mogłabym dodać. To książka trudna, jednak warto ją znać.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
piątek, 27 lutego 2015
Igor Ostachowicz - "Zielona wyspa" [recenzja przedpremierowa]
Magda jest w dość trudnym momencie życia – jej drugie
małżeństwo przeżywa kryzys po tym, jak mąż dopuścił się zdrady. Kobieta rozważa
rozwód, co nie przeszkadza jej jednak zafundować sobie za pieniądze partnera
wakacji życia; chcąc uciec od codziennych problemów kobieta decyduje się
spędzić kilka tygodni na bezludnej wyspie. Zaopatrzona przez pracowników biura
podróży w prowiant i wszelkie wygody zostaje sama w sercu dziczy. Nagle okazuje
się, że na wyspie jest ktoś jeszcze. Kim jest tajemniczy mężczyzna wyglądający
na Polaka? Jakie ma zamiary?
Opis książki Igora Ostachowicza, jakkolwiek by go nie ująć,
zawsze ma duży potencjał by zabrzmieć jak scenariusz przeciętnej jakości Harlequina.
Tyle tylko, że ten, kto da się owym opisem zwieść, może być bardzo mocno
zaskoczony. Opowieść rzeczywiście w znacznej mierze jest oparta o powstawanie i
zmienność relacji między bohaterami, jednak absolutnie nie ma tu klimatu
romansu. Kluczem jest postać Magdy, która świat obserwuje i opisuje jak jeden
wielki sen, omam będący wynikiem zażywania wielu różnych środków – na kaca, na sen,
na nerwy. Bohaterka bez ustanku analizuje swoje życie, przygląda mu się tak na
trzeźwo, jak i na kacu, czy w pijackim szale. Ponadto podejmuje działania,
których żaden zdrowo myślący człowiek by nie wykonał. Wszystko razem składa się
na opowieść nieprawdopodobną, będącą obrazem całkowitego psychicznego
zniszczenia pozornie zwyczajnego człowieka.
Właściwie rozwój sytuacji w tekście można podzielić na trzy
etapy, a każdy z nich jest ciekawy i na swój sposób atrakcyjny dla czytelnika.
Na początku zostajemy przygwożdżeni swego rodzaju poczuciem lęku i zagrożenia –
atmosfera rodem z horrorów ukazana jest naprawdę świetnie i robi pozytywne
wrażenie. Dalej, kiedy akcja nieco zwalnia, a całość nabiera kolorytu, chcemy
dowiedzieć się jak najwięcej o zaistniałej sytuacji; niejasności dodatkowo
rozbudzają naszą ciekawość. Później wpadamy w ów klimat, dostrzegamy szaleństwo
i chcemy wiedzieć już tylko jedno – czy całość ma jakikolwiek sens? W tym
przypadku niestety zawodzi zakończenie, które (przynajmniej dla mnie) nie
przyniosło zbyt wielu odpowiedzi. Owszem, odnajdujemy podstawy problemów Magdy,
jednak nie widzimy dla niej usprawiedliwienia, a tok wydarzeń, zwłaszcza pod
koniec, zdaje się być kompletnie nieprawdopodobny.
Tym, co z pewnością trzyma czytelnika przy tekście, jest
także język i styl wypowiedzi bohaterów. Cała historia okuta jest w szaloną,
acz świetnie skonstruowaną otoczkę o słodko-gorzkim charakterze. Z
przyjemnością zanurzałam się w pokłady ironii i czarnego humoru, jakie
zaserwował nam autor i patrzyłam na świat oczami tak specyficznej postaci, jaką
jest Magda. W tym wymiarze całość nabrała ciekawego charakteru, a rozważania na
temat ludzkiego życia, macierzyństwa czy karierowiczostwa – zupełnie innego
wydźwięku. Opowieść czytało się szybko i z dużą przyjemnością; niektóre momenty
bawiły, inne – skłaniały do refleksji. Moim zdaniem to bardzo dobre połączenie.
Mam z oceną tej książki naprawdę duży problem. Właściwie ani
przez moment nie wahałam się podczas lektury, a całość naprawdę mnie wciągnęła,
żeby nie powiedzieć: pochłonęła. Z drugiej jednak strony mam wielkie poczucie
niedosytu, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę, że nie udało mi się do końca
zrozumieć ani postawy bohaterki, ani pomysłów samego autora. Szaleństwo, jakie
jest udziałem Magdy, było dla mnie bezcelowe; mimo że tekst podaje jego źródła,
nie jest to dostateczne wytłumaczenie dla tak niezwykłych skrajności. Z uwagi
na język i styl mogę zachęcić do lektury tych, którzy lubią niecodzienne
połączenia, brawurową akcję i słodko-gorzkie dyskusje o egzystencjalnym
zabarwieniu. Mnie w gruncie rzeczy całkiem się podobało.
Za przedpremierowy egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B., będącemu częścią GW Foksal.
Premiera 4 marca!
środa, 18 lutego 2015
Katarzyna Michalik-Jaworska - "Blizny"
Wielu z nas (jeśli nie każdy) miało w swoim życiu momenty,
których przejście może przypominać śmierć i następujące po niej ponowne
narodzenie. Coś wpędza nas w rozpacz, burzy porządek świata i zmienia tak
codzienność, jak i nas samych. Sama przeżyłam kilka takich chwil i wiem, jak
trwałe blizny pozostają gdzieś w naszej psychice . Mirka, bohaterka najnowszej
książki Katarzyny Michalik-Jaworskiej, umierała w ten sposób wiele razy;
czytelnikom opowiada o sześciu z nich. Jej życie nie było łatwe, a wieloletnie
pasmo upokorzeń i trudności odcisnęło swe piętno na jej dorosłości. Choć ze
wszystkich sił stara się nie powielać błędów, jakich sama była ofiarą, nie
udaje jej się – upada i przez lata bezustannie zmaga się z samą sobą oraz
demonami przeszłości.
Blizny to bardzo dobra, choć niełatwa powieść. Autorka nie
bawi się w ozdobniki i nazywa rzeczy po imieniu – tu alkoholizm jest
alkoholizmem, a przemoc przemocą. Gdy bohaterce jest źle – wyje z bezsilności;
gdy ma siłę – urządza awantury. To historia wyrazista, z jasnym przekazem i
prostą formułą wypowiedzi; sprawia to zarówno jednolitość, jak i kreacja
postaci. Autorka wybrała takie zdarzenia z życia bohaterki, aby jasny i
niepodważalny był ciąg przyczynowo-skutkowy między tym, czego świadkiem i
uczestnikiem Mirka była w dzieciństwie, a jej postawą jako osoby dorosłej. Z
jednej strony jest to zabieg dobry, z drugiej jednak – podczas lektury miałam
poczucie delikatnego braku ciągłości. Opowieść pokazana jest dość wyrywkowo i
choć autorka dopilnowała, aby brakujące wydarzenia zostały zasygnalizowane, nie
jest to historia pełna
Książka na pewno doskonale ilustruje zasadność terapii dla
DDA – Dorosłych Dzieci Alkoholików. Co istotne, opowieść jasno wskazuje, że
choroba alkoholowa jest co najmniej w równym stopniu uwarunkowana środowiskowo,
co genetycznie, wszak bohaterka nie jest spokrewniona z alkoholikiem, z którym
przyszło jej się wychowywać. Siła oddziaływania naszego otoczenia jest
niezwykła, a mechanizm choroby alkoholowej – niezwykle przebiegły. Tak łatwo
jest usprawiedliwić topienie smutków w alkoholu, a jeszcze łatwiej utracić
kontrolę nad sytuacją. Z kolei późniejsze stanięcie oko w oko z problemem,
nazwanie go po imieniu i wykonanie pierwszych kroków naprzód jest szalenie
trudne, zwłaszcza że alkoholizmu nie można wyleczyć tu i teraz, bez
rozgrzebywania bolesnej przeszłości. Zarówno Mirce, jak i innym chorym potrzeba
wiele siły i odwagi.
Katarzynie Michalik-Jaworskiej udało się napisać ciekawą i
dobrą pod względem teoretycznym powieść, w dodatku wspaniale podaną dzięki
perfekcyjnemu warsztatowi autorki. Poza drobnymi fragmentami dialogów powieść
czyta się dobrze i wypada ona niezwykle naturalnie. Historia Mirki jest
interesującym świadectwem i nikogo nie okłamuje – pomija cukierkowatość i
zbędne ubogacenia; pokazuje problem takim, jaki jest.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura.
wtorek, 13 stycznia 2015
Julie Gregory - "Mama kazała mi chorować"
Rodzice w większości kultur są kojarzeni z opieką sprawowaną nad dzieckiem. Służą radą i wsparciem, pomagają młodemu człowiekowi w przystosowaniu się do otaczającego świata. Co jednak w sytuacji, gdy sami przeszli zbyt wiele, by móc sprawnie funkcjonować, nie mówiąc już o uczeniu tego innych? W niektórych przypadkach rodzic sam jest zbyt słaby, by przejąć odpowiedzialność za swojego potomka, nawet jeśli wydaje mu się, że jest zupełnie inaczej.
Jednym z zaburzeń związanych z taką właśnie sytuacją jest zespół Münchhausena. Polega on na symulowaniu objawów i dążeniu do coraz poważniejszych zabiegów (także chirurgicznych) mających odkryć źródło rzekomej choroby. Pacjent sztucznie wywołuje objawy, wyolbrzymia je, w skrajnych przypadkach zdolny jest również do samookaleczeń. Odmianą choroby jest zastępczy zespół Münchhausena, w którym rodzic (najczęściej matka) zaspokaja swoje potrzeby, wykorzystując do tego pełnomocnika czyli dziecko. Rozpoczyna się od wzmożonej wrażliwości na wszelkie infekcje, a z czasem wiąże się z postępującymi urojeniami i stałym naciskiem.
Przykładem ofiary takiej choroby jest Julie Gregory, która przez wiele lat pełniła rolę pełnomocnika dla matki cierpiącej na zastępczy zespół Münchhausena. Kobieta praktycznie całe swoje dzieciństwo spędziła w gabinetach lekarskich, podczas gdy jej rodzicielka instruowała ją, jak powinna funkcjonować. Nigdy nie mówiono jej, że ma kłamać – po prostu na co dzień była traktowana jak ciężko chora, w co sama uwierzyła. Do końca 16 roku życia przeszła pełną diagnostykę w zakresie chorób serca, przyjmowała leki między innymi na zespół wypadania płatka zastawki, badano ją pod kątem zaburzeń czynności układu pokarmowego, wielokrotnie była hospitalizowana. Dziewczynka starała się spełniać oczekiwania i wchodzić w rolę, którą jej narzucono. Jej bunt zaczął się dopiero, kiedy została poddana bolesnemu cewnikowaniu i zaczęła odczuwać rzeczywiste skutki działań matki. Dodatkowo z wiekiem obserwowała coraz więcej problemów domowych – zobojętnienie, agresję… Sama również była ofiarą fizycznej przemocy. Gdy zdecydowała się opuścić dom, zderzyła się z systemem, który nie był w stanie jej pomóc.
Już jako dorosła osoba, świadoma tego, co przeżyła, Julie zdecydowała się na napisanie książki będącej relacją z jej własnego życia. Opowieść obejmuje okres od wczesnego dzieciństwa aż do późnej dorosłości autorki, dodatkowo uwzględniając także informacje z życia matki dziewczynki. Narracja jest pierwszoosobowa, bezpośrednia, prosta. W tekst wplecione są dialogi, a język jest na tyle przystępny, że mimo trudnej tematyki lektura idzie szybko, a kolejne strony właściwie przewracają się same.
Julie w swojej opowieści nie skupiła się wyłącznie na sobie – uwzględniła również to, co istotne dla samej genezy choroby matki, czyli jej indywidualne doświadczenia. Dzięki temu książka jest opowieścią o dwóch życiach, dwóch praktycznie zniszczonych historiach, które łączy związek przyczynowo-skutkowy. Tekst jest autentyczny, choć wstrząsający – niestety trzeba przyjąć do wiadomości, że podobne historie naprawdę się zdarzają, w dodatku wcale nie rzadko.
Książkę polecam tym, których ciekawią podobne historie – pozostali mogą nie być zadowoleni, bo opisy nie należą do najprzyjemniejszych, a i zrozumienie pobudek tak silnie zaburzonych postaci do łatwych nie należy. Dla mnie jednak opowieść była naprawdę interesująca i wciąż próbuję poskładać sobie w głowie ogrom bezsensownego cierpienia, jakie stało się udziałem Julie za pośrednictwem jej matki.
Jednym z zaburzeń związanych z taką właśnie sytuacją jest zespół Münchhausena. Polega on na symulowaniu objawów i dążeniu do coraz poważniejszych zabiegów (także chirurgicznych) mających odkryć źródło rzekomej choroby. Pacjent sztucznie wywołuje objawy, wyolbrzymia je, w skrajnych przypadkach zdolny jest również do samookaleczeń. Odmianą choroby jest zastępczy zespół Münchhausena, w którym rodzic (najczęściej matka) zaspokaja swoje potrzeby, wykorzystując do tego pełnomocnika czyli dziecko. Rozpoczyna się od wzmożonej wrażliwości na wszelkie infekcje, a z czasem wiąże się z postępującymi urojeniami i stałym naciskiem.
Przykładem ofiary takiej choroby jest Julie Gregory, która przez wiele lat pełniła rolę pełnomocnika dla matki cierpiącej na zastępczy zespół Münchhausena. Kobieta praktycznie całe swoje dzieciństwo spędziła w gabinetach lekarskich, podczas gdy jej rodzicielka instruowała ją, jak powinna funkcjonować. Nigdy nie mówiono jej, że ma kłamać – po prostu na co dzień była traktowana jak ciężko chora, w co sama uwierzyła. Do końca 16 roku życia przeszła pełną diagnostykę w zakresie chorób serca, przyjmowała leki między innymi na zespół wypadania płatka zastawki, badano ją pod kątem zaburzeń czynności układu pokarmowego, wielokrotnie była hospitalizowana. Dziewczynka starała się spełniać oczekiwania i wchodzić w rolę, którą jej narzucono. Jej bunt zaczął się dopiero, kiedy została poddana bolesnemu cewnikowaniu i zaczęła odczuwać rzeczywiste skutki działań matki. Dodatkowo z wiekiem obserwowała coraz więcej problemów domowych – zobojętnienie, agresję… Sama również była ofiarą fizycznej przemocy. Gdy zdecydowała się opuścić dom, zderzyła się z systemem, który nie był w stanie jej pomóc.
Już jako dorosła osoba, świadoma tego, co przeżyła, Julie zdecydowała się na napisanie książki będącej relacją z jej własnego życia. Opowieść obejmuje okres od wczesnego dzieciństwa aż do późnej dorosłości autorki, dodatkowo uwzględniając także informacje z życia matki dziewczynki. Narracja jest pierwszoosobowa, bezpośrednia, prosta. W tekst wplecione są dialogi, a język jest na tyle przystępny, że mimo trudnej tematyki lektura idzie szybko, a kolejne strony właściwie przewracają się same.
Julie w swojej opowieści nie skupiła się wyłącznie na sobie – uwzględniła również to, co istotne dla samej genezy choroby matki, czyli jej indywidualne doświadczenia. Dzięki temu książka jest opowieścią o dwóch życiach, dwóch praktycznie zniszczonych historiach, które łączy związek przyczynowo-skutkowy. Tekst jest autentyczny, choć wstrząsający – niestety trzeba przyjąć do wiadomości, że podobne historie naprawdę się zdarzają, w dodatku wcale nie rzadko.
Książkę polecam tym, których ciekawią podobne historie – pozostali mogą nie być zadowoleni, bo opisy nie należą do najprzyjemniejszych, a i zrozumienie pobudek tak silnie zaburzonych postaci do łatwych nie należy. Dla mnie jednak opowieść była naprawdę interesująca i wciąż próbuję poskładać sobie w głowie ogrom bezsensownego cierpienia, jakie stało się udziałem Julie za pośrednictwem jej matki.
sobota, 22 listopada 2014
Cathy Glass - "Zapomniane dziecko"
Krzywdzenie dziecka kojarzy nam się z prostymi formami
przemocy – biciem czy molestowaniem seksualnym. W rzeczywistości jednak tych
przejawów jest znacznie więcej. Można dziecko zaniedbać – i to nie tylko tak,
że będzie brudne, a jego zęby ogarnie próchnica; zaniedbanie to także
odizolowanie od świata zewnętrznego, zahamowanie rozwoju, pozbawienie kontaktów
z rówieśnikami. Do tego dojść może manipulacja i emocjonalne uzależnienie od
siebie. Najgorzej jednak, gdy wszystkie te elementy występują razem – dziecku
krzywdzonemu i tak bardzo trudno pomóc, a kompilacja różnych rodzajów przemocy
tylko pogarsza sprawę.
Z takim właśnie przypadkiem mamy do czynienia w książce
Cathy Glass – kobiety, która od lat opisuje własne doświadczenia, wynikające z
roli rodzica zastępczego. Tym razem opowieść dotyczy Aimee – ośmiolatki
wychowującej się w melinie narkomanów, wykazującej cechy skrajnego zaniedbania.
Dziewczynka jest brudna, ma wszy, a do szkoły (jeśli w ogóle się w niej
pojawia) chodzi w podartych ubraniach. Uwagę zwraca jej agresywne zachowanie.
Opieki nad Aimee podejmuje się Cathy, doświadczona matka zastępcza, i to z jej
perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia i etapy zmian, jakie zachodzą w
psychice i nastawieniu dziewczynki. Razem z nią odkrywamy również mroczne
wspomnienia, z którymi dziecko musi się borykać, a także wkraczamy do walki z
agresywnym, niepohamowanym rodzicem.
Matka Aimee znana jest policji i opiece społecznej –
wcześniej odebrano jej kilkoro dzieci i wszyscy zastanawiają się, czemu po
Aimee system pomocy upomniał się tak późno. To ciekawy aspekt książki,
pokazujący od wewnątrz brytyjski opiekę społeczną; nie w sposób wyidealizowany,
a taki, jakim jest, ze wszelkimi lukami prawnymi. Widzimy tutaj
niesprawiedliwość zarówno ze strony rodzica zastępczego, jak i biologicznego –
walka o dziecko pokazana jest krok po kroku. Przy tym wszystkim historia
absolutnie nie jest jednowymiarowa, a w treść wplecione są wątki pokazujące
również drugą stronę medalu.
Podczas lektury miałam wrażenie, że książka mogłaby być
poradnikiem dla przyszłych rodziców zastępczych (i nie tylko), tak dokładnie
autorka opisuje wszelkie mechanizmy swojego działania. Ciężko jest mi
obiektywnie ocenić, czy przesadziła – w moim odczuciu tak, ale może to być
wynik faktu, że na co dzień obcuję z psychologiczną terminologią i nie
potrzebuję wyjaśnień krok po kroku. Sporo jest tutaj także wstawek
tłumaczących, dlaczego bohaterka powiedziała coś w taki, a nie inny sposób i
jaki może mieć to wpływ na dalszy rozwój wypadków. Z jednej strony to
charakterystyczne, z drugiej – być może dla kogoś przydatne. Sądzę, że może to
pomóc w zrozumieniu dzieci i ich reakcji w ogóle.
W tekście takim jak ten najistotniejszą sprawą jest moim
zdaniem kreacja psychologiczna bohaterów i przyznaję, że w tym przypadku nie
mam się do czego przyczepić. Intuicyjnie czuję, że zachowanie dziewczynki jest
spójne, a przedstawione fakty pokrywają się z tym, co słyszałam na temat
reakcji dzieci będących ofiarami krzywdy. Tym niemniej mam wrażenie, że pewne
sprawy zostały tu rozwiązane zbyt łatwo. Prawdopodobnie jest to „zboczenie” z
czytania dużych ilości beletrystyki epatującej negatywnymi rozwiązaniami i
trudnymi zbiegami okoliczności, jednak ciężko mi uwierzyć, że w tak krótkim
może się dokonać tak wiele znaczących zmian.
Niestety, książka nie jest pozbawiona wad związanych z
naszym, polskim wydaniem. W tekście zdarzają się powtórzenia i naprawdę dziwne
konstrukcje gramatyczne. Rzucają się w oczy dość mocno, ale na szczęście nie są
na tyle częste, żeby z ich powodu odrzucać tekst. Pomijając te techniczne
drobiazgi książka jest naprawdę dobra w odbiorze – dominują dialogi, co nadaje
tekstowi dynamizmu i pozwala szybko przejść przez tak trudną tematykę. Nie ma
też tutaj niepotrzebnego owijania w bawełnę – to, co się stało, powiedziane
jest wprost i bezpośrednio.
W ogólnym rozrachunku jestem zadowolona, że książka Cathy
Glass do mnie trafiła – dzięki niej miałam okazję uzupełnić o kwestie
praktyczne tę wiedzę, którą niedawno nabyłam. Uważam, że jest to autentyczne i
dobre świadectwo skutków, jakie niesie za sobą zaniedbanie i przemoc wobec
dziecka. Tak jak wspomniałam, może to być również tekst ciekawy dla rodziców w
ogóle – pokazuje on, jak dzieci reagują na nasze słowa, jak je rozumieją i ile
potrafią z nich wyciągnąć. Chętnie sięgnę po inne książki autorki; jestem
niezwykle ciekawa, czy pomiędzy poszczególnymi historiami są znaczące różnice.
Za egzemplarz książki dziękuję Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Za egzemplarz książki dziękuję Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
poniedziałek, 13 października 2014
Grzegorz Kozera - "Biały Kafka"
Co decyduje o podatności na uzależnienie? Genetyczne
uwarunkowania? Cechy osobowości? A może po prostu nieodpowiednie towarzystwo,
pech? Praktyka pokazuje – jak zawsze w podobnych przypadkach – kompilację
powyższych czynników. Pozostaje jednak pytanie – co jeśli piją wszyscy, jak to
różnicować? W którym momencie możemy mówić o uzależnieniu, gdzie przebiega
granica między zdrowym a alkoholikiem, między alkoholikiem a menelem? To
tematyka niezwykle trudna i niewielu mówi o niej wprost. Jednym z tych, którzy
przyjęli temat na swój literacki warsztat jest Grzegorz Kozera.
Biały Kafka to tekst fabularny, stylizowany na opowieść
człowieka o własnym alkoholowym upadku. Główny bohater już od czasu studiów
zaprawiał się w pijackim boju, a jego droga, oprócz wódki, naznaczona była
wieloma mniej lub bardziej istotnymi romansami. Choć miał wszystko pod
kontrolą, w tajemniczy sposób stracił z oczu moment, w którym z szanowanego
dziennikarza stał się zwykłym moczymordą. Od zrozumienia tej sytuacji dzieliło
go wiele przykrych zdarzeń: kilkudniowe ciągi, chłeptanie rozlanej wódki z
chodnika, drżenie rąk uniemożliwiające pracę, śmierć towarzysza niedoli, aż
wreszcie dotkliwe pobicie – tak, droga do otrzeźwienia (nie wytrzeźwienia!)
zdecydowanie nie należała do łatwych…
Tak więc kobiety i alkohol, a gdybym chciał być trywialny i
wulgarny, co zdarza mi się w końcu nierzadko, powiedziałbym bez skrupułów –
dupy i gorzała. Kobiety i alkohol, dupy i gorzała, oto one, „te dwie miłości i
dwie śmierci moje”.[s.10]
Choć w opisie okładkowym na pierwszy plan wysuwają się
relacje z kobietami, w książce nie jest to odczuwalne tak niezwykle.
Wyraźniejsza jest moim zdaniem droga bohatera do uzależnienia, pokazywana
urywkami, wieloetapowa i zawoalowana w pozornie błahe wydarzenia z życia.
Również jeden z końcowych rozdziałów podkreśla ten walor powieści, zadaje
pytania o genezę picia. Tekst pokazuje podstępność nałogu, ale też jego
schematyczność i powtarzalność – wraz z upływem czasu dni stają się podobne
sobie, a każdy rozdział, jak każdy dzień, kończy się negatywnym doświadczeniem.
Wątek miłości, która odmienia wszystko, rzeczywiście się pojawia, choć
właściwie niepotrzebnie, przynajmniej z mojej perspektywy.
Nieuchronnymi zdają się być przyrównania Kozery do Pilcha i
odwrotnie, tym bardziej, że Pod Mocnym Aniołem zyskało niedawno dosadne
popkulturowe osadzenie, wyszło do ludzi i w ogóle może się kojarzyć. Z jednej
strony ciężko mi takimi nawiązaniami szafować, bo swoich wrażeń po lekturze
pana P. nie wypowiedziałam dotąd, choć minęło już kilka miesięcy; z drugiej
jednak czuję się zobowiązana, by choć kilka słów dorzucić. Skojarzenia nasuwają
się same z racji tematyki i dosadności opisu, ale i różnic jest sporo – nade
wszystko rozwiązania przyjęte przez Kozerę pozwalają czytelnikowi mieć
nadzieję, podczas gdy Pilch zdaje się wszelkie chęci brutalnie odbierać.
Książki różni też język. Kto miał problem z przebiciem się przez
poetycko-pijackie wynurzenia, zdające się być jednym wielkim białym wierszem, tu
powinien być zadowolony – jest dużo prościej bez uszczerbku na literackiej
wartości.
Ciężko jest polecać podobne, specyficzne teksty, bo nigdy
nie wiem, czy gust większości ma akurat tutaj punkt styczny z moim. Jest to na
pewno książka dla tych, którzy cenią sobie świadectwa podane w ciekawej formie,
bez przesadnych ozdobników. Myślę, że sprawdzi się również u znających nałóg –
z jakiejkolwiek strony. Jak i sam autor, nie wiem, czy powieść ta może mieć
jakąś wartość terapeutyczną i być drogą do wyleczenia, ale byłabym rada, gdyby
było to możliwe. Myślę, że zwłaszcza ostatnie rozdziały mogą nieść za sobą
pewnego rodzaju refleksję – i oby tej właśnie refleksji było w naszym narodzie
nieco więcej.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura.
sobota, 16 sierpnia 2014
Maria Nurowska - "Hiszpańskie oczy"
Marię Nurowską kojarzyłam jak dotąd jedynie z nazwiska,
wiedziałam też, że należy do grona pisarek nie tyle poczytnych, co
rozpoznawalnych. Jej książka znalazła się na mojej półce przypadkowo i równie
bez planu po nią sięgnęłam – po prostu coś mnie tknęło przy szukaniu kolejnej
lektury i zaczęłam przetrząsać pokój, by znaleźć tę właśnie pozycję. Co wynikło
z takiego splotu wypadków? Właściwie jedno wielkie zagmatwanie…
Książka opowiada o losach kobiety, która w czasie wojny
została wywieziona na Wschód i była przetrzymywana w jednym z radzieckich
łagrów. Dziś Anna jest matką, borykającą się nie tylko z trudną przeszłością,
ale i problemami dnia codziennego. Jej córka, Ewa, cierpi na
anoreksję/bulimię/zaburzenia odżywiania – jak zwał tak zwał, wszystko zależy od
aktualnej diagnozy, a sens jest taki, że dziewczyna łyka masę proszków z każdym
dniem przybliżających ją do śmierci. W obliczu takiego zagrożenia dla siebie,
córki i wnuka, Anna podejmuje decyzję o rozpoczęciu kolejnej terapii. Nie
spodziewa się, że tym razem to ona znajdzie się w centrum zainteresowań lekarza
i sama będzie musiała stanąć do konfrontacji ze swoją przeszłością.
Muszę przyznać, że wgryzienie się w tekst nie należy do
zadań najłatwiejszych i nie jest to bynajmniej sprawka wyłącznie trudnej i
emocjonującej treści. Dużą rolę w utrudnianiu odbioru odgrywa narracja, która –
choć zawsze pierwszoosobowa i skonstruowana w czasie teraźniejszym – dotyczy trzech
różnych płaszczyzn czasowych. Anna równocześnie opowiada nam o swojej aktualnej
sytuacji, a także wydarzeniach z przeszłości: sprzed narodzin córki i tych,
które wiążą się już z nią. Choć opowieści łączą się i tworzą ciągi
przyczynowo-skutkowe, a nawet pozwalają wyciągać wnioski, poukładanie sobie ich
w głowie zajmuje sporo czasu, tym bardziej że książka jest właściwie jednym wielkim
ciągiem, bez rozdziałów. Jestem jednak w stanie zrozumieć taki zabieg, bo
doskonale ukazuje on rozbudowaną i zagmatwaną psychikę bohaterki.
Co do samej treści – choć opisywana historia jest skrajna i
brutalna, to również niezwykle prawdziwa, co uważam za dużą zaletę. Przy
głębszym zastanowieniu stwierdzam jednak, że lekturę zakończyła z uczuciem
niedosytu. Owszem, postaci są barwne, ciekawe i dobrze skonstruowane, jednak
sama opowieść nie dostarcza odpowiedzi na wszystkie rodzące się w czytelniku
pytania. Na domiar złego autorka zdecydowała się na otwarte zakończenie,
którego ogólnie nie preferuję, a w przypadku tej książki uznaję wręcz za wadę.
Książkę Nurowskiej można kochać lub nienawidzić – równie wiele
argumentów jest po obu stronach barykady. Moim zdaniem psychologiczna głębia do
spółki z przepięknym, literackim językiem stanowi przewagę nad średnim
zakończeniem, natomiast trudności ze zrozumiałością treści mogą być tłumaczone przyjętą
konwencją. Nie jestem jednak przekonana, czy jest to książka do polecenia
każdemu – z pewnością trzeba do tej prozy przywyknąć. Ja na pewno jeszcze
sięgnę po książki autorki, choćby po to, by porównać Hiszpańskie oczy z innym
jej tekstem i sprawdzić, czy Maria Nurowska jest pisarką oryginalną, czy też
powtarzalną wewnątrz własnego, niezwykłego schematu.
wtorek, 12 sierpnia 2014
Grażyna Jagielska - "Miłość z kamienia"
Niektóre lektury omawia się lekko i przyjemnie. Jest pewien
schemat, spis tematów, które chciałoby się poruszyć – treść, spójność historii,
bohaterowie, język… Czasem wkradają się emocje i mówi się o tym, co dany tekst
w nas uruchomił. Są jednak książki, których po prostu nie da się zamknąć w
ryzach, ujednolicić, omówić według poszczególnych punktów. Tu trzeba nieco
więcej zaangażowania.
Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z tekstem Grażyny
Jagielskiej na jednym z blogów, wiedziałam od razu – to książka dla mnie.
Tematyka wojenna i autentyczność bijąca z opisu przyciągnęły mnie do siebie,
jednak nawet takie szczere słowa nie przygotowały mnie na to, co jest treścią
tej książki. Być może gdyby podobne obrazy były wytworem ludzkiej wyobraźni,
ich przyswojenie byłoby łatwiejsze. Niestety – tutaj wszystko jest szczerą
prawdą.
Grażyna Jagielska od dziecka miała w sobie duszę tułacza.
Gdy poznała swojego przyszłego męża, połączyła ich pasja do podróży, życia na
walizkach, przygód. Jednak Wojtka owa fascynacja popchnęła dalej – w rejony
zagrożone konfliktami, a z czasem w samo serce wojny. Życie małżeńskie w oczach
Grażyny stopniowo zaczęło się zmieniać, dzielić na czas oczekiwania i czas
obecności męża w domu. On z czasem zaczął zatracać się w pracy, ona – w lęku o
jego życie. Choć oddalali się od siebie, a cierpienie kobiety z każdym wyjazdem
stawało się większe, nigdy nie zdecydowali się na rozstanie. Po latach Grażyna
trafiła do kliniki zdrowia psychicznego, gdzie powoli musiała zmierzyć się z
samą sobą, przeszłością i historią, jaka doprowadziła ją i męża do tego właśnie
miejsca w życiu.
Jestem taka zmęczona (…) ponieważ jestem mu potrzebna do
wszystkiego. Do tego, żeby mógł znowu usiąść do komputera, zapłacić rachunek na
poczcie, złożyć zeznanie podatkowe albo spakować plecak i pojechać tam, gdzie
toczy się wojna, tak, do tego też. I potrafi oddawać mi to, czego już nie
potrzebuje.[s.69]
Czy można nabawić się stresu bojowego, nie uczestnicząc w
konflikcie zbrojnym? Można, gdy jest się dla kogoś bliskiego kontenerem do
przechowywania wszelkich trudnych uczuć; gdy człowiek boi się nie tylko we
własnym imieniu, całkiem naturalnie, ale też za tę drugą osobę, pozwalając jej
normalnie żyć. W ten sposób można zbierać ten lęk i strach, tłumić w sobie,
przetwarzać. Jednak każdy z nas ma granice wytrzymałości.
Od trzech dni siedziałam z kotem w przedpokoju, we wnęce na
szafę ścienną. To było nasze nowe miejsce.[s.124]
Czy można zapomnieć żyć, w dodatku na kilka długich lat?
Oczywiście. Organizm jest w stanie zagnać nasz umysł w najdalsze,
najciemniejsze zakamarki, byle tylko ochronić człowieka przed zgubnym
działaniem długotrwałego, dojmującego lęku. Działa się wówczas machinalnie,
spełniając jedynie podstawowe, niezbędne zadania, bez świadomości upływu czasu,
bez pamięci. Odgrywa się sceny, by przygotować się na najgorsze i wreszcie
traci się z oczu moment, gdy zagrożenie minęło – jest zbyt zakorzenione w
naszej świadomości, by mogło po prostu zniknąć.
Grażyna od lat przygotowuje się na to, że kiedyś odbierze
telefon, informujący, że jej mąż, korespondent wojenny, zginął na jednym z
odwiedzanych frontów. Robiła to nadal, gdy Wojtek przestał wyjeżdżać. Jej lęk
zawiódł ją tak daleko, że wolała otrzymanie tej ostatniej informacji od powrotu
męża, oznaczającego czekanie na kolejny wyjazd, otwarcie następnego cyklu
stresu. O swoich przeżyciach zdecydowała się opowiedzieć za pośrednictwem tej
książki. I choć wspomnienia ukazuje powoli, tworząc niespieszną opowieść, robi
to wspaniale. Jej warsztat literacki jest wzbogaceniem i tak niezwykle ciekawej
historii. Lekturę jako całość z radością poleciłabym każdemu czytelnikowi.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Monika Matusik - "Przegapić życie"
Raz na jakiś czas czytam książkę, o której ciężko jest
mówić. Z reguły „sprzedaję” Wam trochę fabuły, analizuję styl i technikę,
przystępność oraz moje własne, subiektywne odczucia. W przypadku tekstu Moniki
Matusik to właśnie te ostatnie wysuwają się na pierwszy plan. Choć podczas
lektury wiele razy miałam skrajne myśli, a miejscami poddawałam w wątpliwość
sensowność treści i akcji, koniec końców książka okazała się wspaniała.
Przeczytałam ją jeszcze przed weekendem i do teraz pozostaję pod dużym
wrażeniem. Czuję, że tekst zostanie ze mną na zawsze.
Opowieść jest historią Amelii – pacjentki szpitala psychiatrycznego,
cierpiącej na zaniki pamięci. Dziewczyna trafiła pod obserwację po samobójstwie
ukochanego, a przynajmniej tak jej się wydaje. Istotne jest bowiem nie to, co
dzieje się naprawdę, a to, co robi z nią jej własny umysł. Wyobraźcie sobie, że
pewnego dnia całe Wasze życie okazuje się kłamstwem; wszystko: wspomnienia,
emocje, uczucie szczęścia i skojarzenia nie istnieją, a co gorsza – mają w
rzeczywistości swoje paskudne odpowiedniki. Tak mniej więcej wygląda sytuacja,
w jakiej znajduje się Amelia. Dziewczyna myśli jasno i logicznie, snuje
wspomnienia i może normalnie funkcjonować. Jedynym problemem są luki w pamięci,
i fakt że to, co w niej pozostaje, zupełnie nie zgadza się z powoli ujawnianymi
elementami rzeczywistości.
Choć początkowo pewne rozwiązania wydawały mi się dziwaczne,
akcja nie składała się w całość, a bohaterów odbierałam jako nienaturalnych, z
czasem wiele się zmieniło. Okazało się, że autorka świetnie poradziła sobie z
przyjętym tematem, mimo że wymagał on wiele wyczucia i doświadczenia. Stworzyła
autentyczny i złożony portret osoby zaburzonej, a przy tym udało jej się zwieść
czytelnika, któremu odkrycie prawdy zajmuje całkiem sporo czasu. Osobiście
byłam w szoku, kiedy już zdałam sobie sprawę, o co tak naprawdę chodzi – nie mogłam
uwierzyć, że autorka tak skrupulatnie wykreowała swój świat.
Trzeba jednak przyznać, że nie jest to książka dla każdego –
wiele osób będzie się nudziło, a niejasności prawdopodobnie dodatkowo spotęgują
to odczucie. Jednak dla tych, którzy cenią sobie psychologiczne podłoże tekstu
i lubią sami wnikać w umysł bohatera, książka jest idealna. Autorka włożyła w
swój tekst sporo pracy i wyszło jej to na dobre – opowieść jest autentyczna,
choć z pewnością opowiada o pewnej skrajności.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Szymon Salski - "Equilibrium game"
Ostatnio trafiają w moje ręce książki trudne, które od
samego początku nie zachęcają do lektury, z czasem jednak ukazują swoją wartość
w pełniej krasie. Tak było z tekstem Twój głos w mojej głowie Emmy Forrest
(wciąż uparcie nazywam ją Emmą Frost, Marvel mi w głowie), a także O tym,który raz już umarł Dawida Waszaka. Dobrze że mam w sobie sporo samozaparcia i
rzadko odkładam książki w połowie, bo również Equilibrium game okazało się
naprawdę ciekawym tekstem, mimo że na początku zupełnie się na to nie
zapowiadało.
Opowieść jest historią Victora, wykładowcy Uniwersytetu
Harvarda, a swego czasu genialnego studenta trzech kierunków. Mężczyzna żyje
nieskomplikowanie – gardzi ludźmi, używa ile może, kobiety traktuje skrajnie
przedmiotowo, studentów zresztą też. Szarość codzienności ubarwia sobie
przygodnym seksem nie dającym satysfakcji i sporadycznymi działkami
różnorodnych narkotyków. Właściwie nie wiadomo po co je bierze, bo wizje, które
go nawiedzają, nie należą bynajmniej do przyjemnych. Są zbitką bolesnych
wspomnień i strasznych obrazów, pozostawiających bohatera w jeszcze większym
rozbiciu niż wcześniej.
Właściwie tekst jest mieszanką opisów codzienności Victora,
a także wizji, które są jego udziałem po zażyciu psychoaktywnych substancji.
Oprócz tego akcja dzieje się na trzeciej płaszczyźnie, którą jest dyskusja Boga
i Szatana. Autor wykorzystał tutaj dość znany motyw, w którym obaj „panowie”
zakładają się o ludzką duszę i rozpoczynają grę, w której Zły otrzymuje wolną
rękę i może poddawać człowieka dowolnym próbom. W miarę postępu tekstu dwa
pierwsze motywy przenikają się coraz bardziej, a sama opowieść balansuje na
granicy snu i jawy. Zdarza się, że nie mamy pewności, czy dana sytuacja miała
miejsce naprawdę, ani jaki może być jej prawdopodobny finał. To duża zaleta, bo
wiele spraw nie ma wyjaśnienia do samego, w pełni satysfakcjonującego końca.
Tym, co kłuje w oczy, jest bardzo małe prawdopodobieństwo
życiowe opisywanych zdarzeń. Uczelnia, gdzie studenci mają ten sam rozkład
zajęć każdego dnia; studentka, która, wyrzucona z domu, zamiast szukać pomocy u
koleżanek tak po prostu stwierdza „no tak, nie mam gdzie iść, przenocuję u
wykładowcy…”. Również to, że Victor wstrzykuje sobie heroinę, wciąga kokę i
zaprawia to wszystko metamfetaminą i nigdy nie czuje narkotykowego głodu…
Ciężko jest przejść obojętnie nad tym, że codzienność bohatera jest dużo
bardziej nieprawdopodobna niż jego narkotyczne wizje – te ostatnie mają przynajmniej
jakieś uzasadnienie.
Mimo tych wszystkich mankamentów przeczytałam tę powieść
raptem w kilka godzin. Dlaczego? Otóż powodem jest akcja, która gna do przodu i
choć na początku zdaje się zmierzać donikąd, z czasem okazuje się dobrze
zaplanowaną opowieścią.
Jeśli lubicie książki niejasne, oniryczne, w których fikcja
miesza się z rzeczywistością, to polecam Wam tekst Szymona Salskiego z całego
serca. Co prawda w pięknie opisu dziwacznych wizji brak mu sporo do języka
choćby Jerzego Pilcha, ale pomysły ma dobre i potrafi wcielać je w literackie
życie. Z wielką chęcią sięgnęłabym po kolejny tekst autora, gdyby taki powstał.
Liczę, że będzie on oparty na równie ciekawym studium przypadku jak tu –
niestety nie mogę zdradzić, co tak naprawdę Victorowi jest, nie chciałabym psuć
nikomu zabawy.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.
sobota, 24 maja 2014
Emma Forrest - "Twój głos w mojej głowie"
Nie jest to książka łatwa do jednoznacznej oceny, choć po
lekturze mniej-więcej połowy z 264 stron byłam przekonana, ze wystawię jej
proste i złośliwe 1. Miałam już nawet przygotowany wstęp, że to nie będzie pozytywna recenzja.
Tymczasem nagle, w drugiej połowie, coś się jakby zmieniło…
Tekst jest zapisem przeżyć dziennikarki i scenarzystki Emmy
Forrest – czy rzeczywistych? Najprawdopodobniej tak. W każdym razie bohaterka jest kobietą niezwykle
doświadczoną przez różnego typu zaburzenia – chorowała na bulimię, od wielu lat
dokonuje samookaleczeń, ma za sobą (nieudaną, co oczywiste) próbę samobójczą, a
także stwierdzone dwubiegunowe zaburzenia afektywne. Poza tym chronicznie
poszukuje miłości, najczęściej u osób równie trudnych jak ona sama. Przy tym
wszystkim Emma korzysta z pomocy psychiatry, doktora R., a właściwie korzystała
z niej aż do niespodziewanej śmierci lekarza, spowodowanej chorobą.
Jak już wspomniałam, książkę można podzielić na dwie części,
bardzo nierówne pod względem treści. W pierwszej Emma retrospektywnie opisuje
swoją chorobę, stadia kiedy było naprawdę źle. Opowiada o swoich
samookaleczeniach, o wizytach w gabinecie psychiatry, zdradza kulisy próby
samobójczej… Jednak jest to tak naprawdę jeden wielki miszmasz, poprzeplatany dziwnymi
wstawkami prywatnymi, a także z wpisami z księgi kondolencyjnej doktora R.
Zdania są krótkie, konteksty pourywane i czyta się to naprawdę paskudnie.
Druga nieformalna część jest natomiast związana z dwoma
bardzo ważnymi problemami bohaterki – doktor R. umiera, odchodzi również jej
partner, którego kochała i z którym chciała stworzyć rodzinę. Życie Emmy będzie
się odtąd toczyło wokół zrozumienia mechanizmów i przyczyn nagłego odejścia obu
mężczyzn. Paradoksalnie takie skupienie i poszukiwanie odpowiedzi okaże się
najlepszą drogą do normalności.
Nie znajdziesz odpowiedzi, bo jej nie ma. Odpowiedzią jesteś
ty. Odpowiedzią jest, że mimo wszystko nie robisz sobie już krzywdy.[227]
Nie będę ukrywała, że jest to książka o wyleczeniu, bo mówi
o tym sam opis okładkowy. Widać to z resztą zarówno w konstrukcji testu, jak i
w jego treści. W miarę upływu stron Emma wypowiada się składniej, a pewne
nierealistyczne elementy jej życia nie są już ogólnym chaosem. Choć pierwszą część czyta się naprawdę ciężko i jest lekko naciągana, momentami sztuczna, to w obliczu drugiej jest to uprawnione. Poza tym książka w jakiś sposób emocjonuje czytelnika. Nie jest to jednak z pewnością lektura dla każdego, mimo pięknej okładki, która kusi wzrok.
sobota, 14 grudnia 2013
Marta Syrwid - "Zaplecze"
To było kilka dobrych lat temu, a ja miałam w tym czasie
sporą przerwę od podobnej literatury. Teraz, gdy w kilku miastach Seria z Miotłą
znalazła się w promocyjnych koszach, postanowiłam odświeżyć nieco swoją wiedzę
na temat tych książek. Specyfika opisu okładkowego przyciągnęła mnie do
„Zaplecza” Marty Syrwid i, muszę przyznać, było to spotkanie nader udane.
Jest to książka z gatunku tych realistycznych aż do bólu,
mających pokazać sytuacje, z którymi styczność możemy mieć na co dzień. Jeśli
ktoś kiedyś zastanawiał się, jak się niszczy poczucie własnej wartości i
wpędza, na przykład, w zaburzenia odżywiania, „Zaplecze” mogłoby służyć jako
antyporadnik. Z opowieści Klary punkt po punkcie możemy wypisać czynniki
składające się na jej stan, tak jasno wszystko jest tu opisane. Czasem myślę –
może zbyt jasno? Wyznania bohaterki są bardzo szczere, choć chaotycznie
przedstawione. To rodzaj monologu, czy raczej dialogu z samą sobą, gdzie myśli
uzewnętrzniane są dokładnie tak jak płyną. Ciężko przywyknąć do takiej
narracji, jednak warto – obraz bohaterki, który się z niej wyłania, jest bardzo
dobrze skonstruowany.
Klara to młoda kobieta, która od dzieciństwa walczy z
brakiem domowej akceptacji. Żyje w rodzinie, gdzie stosowana jest wobec niej
przemoc, a pojedyncze chwile radości przeplatają się z bolesnymi wspomnieniami,
które, jak wiadomo, dużo lepiej zapadają nam w pamięć niż te pozytywne. Bohaterka
przez całe swoje życie stara się udowodnić ojcu, że jest warta jego uwagi i
miłości, zdaje się jednak wiedzieć, że dążenia te są bezsensowne. Wciąż stawia
sobie nowe wymagania i szuka poczucia kontroli tam, gdzie jest w stanie je
wyrazić – w sprawach żywienia. To jej bunt przeciwko ojcu, tak okrutny dla
samej siebie, a jednocześnie będący rozpaczliwą próbą udowodnienia, że jest coś
warta.
Jednak życie Klary to nie tylko konflikt z ojcem. To także
matka, która broni jej w trudnych chwilach, dopóki na świecie nie pojawia się
młodszy brat. To ciotka, krytycznym okiem patrząca na żywienie Klary. To także
„przyjaciółka” z dzieciństwa, okrutna i odpowiedzialna za wiele przykrych
momentów. Wiele osób, które są dookoła
niej, a które w żaden sposób nie próbują pomóc Klarze uporać się z problemem. W
„Zapleczu”, w odróżnieniu od innych książek o podobnej tematyce, nie znajdziemy
historii o wyjściu z choroby, o hospitalizacji, o walce o życie. Tu bohaterka
sama sprawuje kontrolę nad swoją chorobą, przynajmniej pozornie.
Sceny, ujmowane przez Martę Syrwid, oraz specyficzny sposób
wyrazu, jakim jest potok myśli, składają się na dobre przedstawienie osoby z
zaburzeniami odżywiania. Obrazy, jakimi operuje autorka są bardzo prawdziwe i
pozwalają zrozumieć bohaterkę, a sama historia wzbudza emocje, dokładnie tak,
jak powinna. To nie jest książka fantasy. To opowieść o czymś, co naprawdę
każdego dnia dzieje się całkiem blisko nas.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














