Na przełomie gimnazjum i liceum miałam fazę, którą, z tego co zaobserwowałam, przechodzi wielu nastolatków: czytałam absolutnie wszystkie książki dotyczące uzależnień, jakie mogłam znaleźć w bibliotekach w moim mieście. Nie pamiętam dokładnie, czy wciągnęła mnie to kuzynka, pożyczając mi Ćpuna, czy jednak rok starsza przyjaciółka, podrzucając kolejne czytelnicze inspiracje. Fakty są takie, że po półtorej roku miałam za sobą pełen przekrój wyznań narkomanów i alkoholików (bo wtedy książek o innych uzależnieniach było niewiele). Przeszłam przez ten etap, zamknęłam go i od tamtej pory raczej z niechęcią wracałam do podobnych tematów w literaturze. Aż do dzisiaj.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkoholizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkoholizm. Pokaż wszystkie posty
sobota, 2 grudnia 2017
środa, 17 czerwca 2015
Grażyna Mączkowska - "Powiedz, że mnie kochasz, mamo"
Gabriela jest dorosłą, dojrzałą kobietą - za sobą ma już wychowanie dzieci, cieszy się życiem i mazurskim domem, o którym przez wiele lat marzyła. Jednak jej życie nie jest do końca sielankowe; gdzieś w duszy kobiety pozostała zadra, efekt wieloletnich cierpień, jakich doświadczyła w domu rodzinnym. Jako dziewczynka wychowywała się w domu z ojcem-alkoholikiem oraz agresywną i rozchwianą emocjonalnie matką. Nigdy nie doświadczyła ciepła, bliskości, zainteresowania, czego do dziś jej brak.
Trzeba przyznać, że patrząc na opisy treści można przyznać tej książce całkiem spory potencjał - sama uwielbiam teksty o trudnej tematyce, rozkładające na czynniki pierwsze traumę i przeżycia z nią związane, wywracające emocje czytelnika do góry nogami, ale też pozwalające zrozumieć pewne mechanizmy rządzące tym nieszczęściem. Niestety, powieść Gabrieli Mączkowkiej nie spełnia tych kryteriów. Z jednej strony jest to powieść bardzo wyidealizowana, z drugiej zaś - mocno powierzchowna. Zamiast zaproponować nam dokładny obraz rodziny patologicznej wraz ze wszystkimi przyczynami i skutkami jej funkcjonowania, autorka zdecydowała się na dość płytkie przedstawienie historii, w której większość motywów nie jest czytelnikowi znana. Rodzice Gabrieli ukazani są jako tyrani, z kolei sama bohaterka i jej rodzeństwo - jako przykładne, bezproblemowe dorosłe osoby. Brak tutaj ciągłości, przyczynowości, a optymistyczne zakończenie rozrośnięte jest w cukierkową idyllę. Autentyczność wypada bardzo źle.
Na plus nie zaliczyłabym również konstrukcji fabularnej - książka szybko zaczyna się dłużyć. Autorka raczej przeskakuje między wydarzeniami, niż tworzy z nich interesujący ciąg, a napięcie jest tutaj niemal zerowe. Wypowiedzi bohaterki są powtarzalne i dotyczą ciągle tych samych tematów - jest to nie tylko nużące, ale też mocno obciążające z racji tematyki. Gabriela powraca w kółko do tych samych wspomnień, tez, oskarżeń i widać wyraźnie, że problem pozostał w jej głowie zupełnie nieprzerobiony.
Trzeba jednak przyznać tej książce jeden, duży pozytyw - chodzi o zwrócenie uwagi na kwestię wyrażania emocji w stosunku do dzieci. Wielu rodzicom wydaje się, że ich pociechy nie rozumieją zbyt wiele; nie zdają sobie oni sprawy, jak ważne są dla małego człowieka pozytywne wzmocnienia. Poczucie akceptacji pozwala budować u dziecka wiarę we własne siły, a uczucia, które otrzymuje, uczą je samodzielnego wyrażania emocji. To niezwykle ważne dla rozwoju, aby dziecko nie tylko czuło, ale i widziało więź z rodzicem i jego miłość. Niewiele jest tekstów, które poruszają ów temat w tak bezpośredni sposób i za to duży plus.
Sama nie wiem, czy mogłabym polecać tę książkę. Ja dość mocno się wynudziłam, czytało mi się ciężko i wielokrotnie musiałam odkładać tekst. To dziwna opowieść, bo z jednej strony czytelnik ma poczucie, że zalewa go fala negatywnych emocji, z drugiej zaś - cukierkowe życie bohaterki staje w opozycji do tego odczucia i wypada bardzo nieautentycznie. Jeśli ktoś nie ma większych wymagań co do takich spójności, to tekst ma szansę mu się spodobać - napisany jest dość prosto i z pewnością wywołuje emocje.
Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.
Trzeba przyznać, że patrząc na opisy treści można przyznać tej książce całkiem spory potencjał - sama uwielbiam teksty o trudnej tematyce, rozkładające na czynniki pierwsze traumę i przeżycia z nią związane, wywracające emocje czytelnika do góry nogami, ale też pozwalające zrozumieć pewne mechanizmy rządzące tym nieszczęściem. Niestety, powieść Gabrieli Mączkowkiej nie spełnia tych kryteriów. Z jednej strony jest to powieść bardzo wyidealizowana, z drugiej zaś - mocno powierzchowna. Zamiast zaproponować nam dokładny obraz rodziny patologicznej wraz ze wszystkimi przyczynami i skutkami jej funkcjonowania, autorka zdecydowała się na dość płytkie przedstawienie historii, w której większość motywów nie jest czytelnikowi znana. Rodzice Gabrieli ukazani są jako tyrani, z kolei sama bohaterka i jej rodzeństwo - jako przykładne, bezproblemowe dorosłe osoby. Brak tutaj ciągłości, przyczynowości, a optymistyczne zakończenie rozrośnięte jest w cukierkową idyllę. Autentyczność wypada bardzo źle.
Na plus nie zaliczyłabym również konstrukcji fabularnej - książka szybko zaczyna się dłużyć. Autorka raczej przeskakuje między wydarzeniami, niż tworzy z nich interesujący ciąg, a napięcie jest tutaj niemal zerowe. Wypowiedzi bohaterki są powtarzalne i dotyczą ciągle tych samych tematów - jest to nie tylko nużące, ale też mocno obciążające z racji tematyki. Gabriela powraca w kółko do tych samych wspomnień, tez, oskarżeń i widać wyraźnie, że problem pozostał w jej głowie zupełnie nieprzerobiony.
Trzeba jednak przyznać tej książce jeden, duży pozytyw - chodzi o zwrócenie uwagi na kwestię wyrażania emocji w stosunku do dzieci. Wielu rodzicom wydaje się, że ich pociechy nie rozumieją zbyt wiele; nie zdają sobie oni sprawy, jak ważne są dla małego człowieka pozytywne wzmocnienia. Poczucie akceptacji pozwala budować u dziecka wiarę we własne siły, a uczucia, które otrzymuje, uczą je samodzielnego wyrażania emocji. To niezwykle ważne dla rozwoju, aby dziecko nie tylko czuło, ale i widziało więź z rodzicem i jego miłość. Niewiele jest tekstów, które poruszają ów temat w tak bezpośredni sposób i za to duży plus.
Sama nie wiem, czy mogłabym polecać tę książkę. Ja dość mocno się wynudziłam, czytało mi się ciężko i wielokrotnie musiałam odkładać tekst. To dziwna opowieść, bo z jednej strony czytelnik ma poczucie, że zalewa go fala negatywnych emocji, z drugiej zaś - cukierkowe życie bohaterki staje w opozycji do tego odczucia i wypada bardzo nieautentycznie. Jeśli ktoś nie ma większych wymagań co do takich spójności, to tekst ma szansę mu się spodobać - napisany jest dość prosto i z pewnością wywołuje emocje.
Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.
środa, 18 lutego 2015
Katarzyna Michalik-Jaworska - "Blizny"
Wielu z nas (jeśli nie każdy) miało w swoim życiu momenty,
których przejście może przypominać śmierć i następujące po niej ponowne
narodzenie. Coś wpędza nas w rozpacz, burzy porządek świata i zmienia tak
codzienność, jak i nas samych. Sama przeżyłam kilka takich chwil i wiem, jak
trwałe blizny pozostają gdzieś w naszej psychice . Mirka, bohaterka najnowszej
książki Katarzyny Michalik-Jaworskiej, umierała w ten sposób wiele razy;
czytelnikom opowiada o sześciu z nich. Jej życie nie było łatwe, a wieloletnie
pasmo upokorzeń i trudności odcisnęło swe piętno na jej dorosłości. Choć ze
wszystkich sił stara się nie powielać błędów, jakich sama była ofiarą, nie
udaje jej się – upada i przez lata bezustannie zmaga się z samą sobą oraz
demonami przeszłości.
Blizny to bardzo dobra, choć niełatwa powieść. Autorka nie
bawi się w ozdobniki i nazywa rzeczy po imieniu – tu alkoholizm jest
alkoholizmem, a przemoc przemocą. Gdy bohaterce jest źle – wyje z bezsilności;
gdy ma siłę – urządza awantury. To historia wyrazista, z jasnym przekazem i
prostą formułą wypowiedzi; sprawia to zarówno jednolitość, jak i kreacja
postaci. Autorka wybrała takie zdarzenia z życia bohaterki, aby jasny i
niepodważalny był ciąg przyczynowo-skutkowy między tym, czego świadkiem i
uczestnikiem Mirka była w dzieciństwie, a jej postawą jako osoby dorosłej. Z
jednej strony jest to zabieg dobry, z drugiej jednak – podczas lektury miałam
poczucie delikatnego braku ciągłości. Opowieść pokazana jest dość wyrywkowo i
choć autorka dopilnowała, aby brakujące wydarzenia zostały zasygnalizowane, nie
jest to historia pełna
Książka na pewno doskonale ilustruje zasadność terapii dla
DDA – Dorosłych Dzieci Alkoholików. Co istotne, opowieść jasno wskazuje, że
choroba alkoholowa jest co najmniej w równym stopniu uwarunkowana środowiskowo,
co genetycznie, wszak bohaterka nie jest spokrewniona z alkoholikiem, z którym
przyszło jej się wychowywać. Siła oddziaływania naszego otoczenia jest
niezwykła, a mechanizm choroby alkoholowej – niezwykle przebiegły. Tak łatwo
jest usprawiedliwić topienie smutków w alkoholu, a jeszcze łatwiej utracić
kontrolę nad sytuacją. Z kolei późniejsze stanięcie oko w oko z problemem,
nazwanie go po imieniu i wykonanie pierwszych kroków naprzód jest szalenie
trudne, zwłaszcza że alkoholizmu nie można wyleczyć tu i teraz, bez
rozgrzebywania bolesnej przeszłości. Zarówno Mirce, jak i innym chorym potrzeba
wiele siły i odwagi.
Katarzynie Michalik-Jaworskiej udało się napisać ciekawą i
dobrą pod względem teoretycznym powieść, w dodatku wspaniale podaną dzięki
perfekcyjnemu warsztatowi autorki. Poza drobnymi fragmentami dialogów powieść
czyta się dobrze i wypada ona niezwykle naturalnie. Historia Mirki jest
interesującym świadectwem i nikogo nie okłamuje – pomija cukierkowatość i
zbędne ubogacenia; pokazuje problem takim, jaki jest.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura.
poniedziałek, 13 października 2014
Grzegorz Kozera - "Biały Kafka"
Co decyduje o podatności na uzależnienie? Genetyczne
uwarunkowania? Cechy osobowości? A może po prostu nieodpowiednie towarzystwo,
pech? Praktyka pokazuje – jak zawsze w podobnych przypadkach – kompilację
powyższych czynników. Pozostaje jednak pytanie – co jeśli piją wszyscy, jak to
różnicować? W którym momencie możemy mówić o uzależnieniu, gdzie przebiega
granica między zdrowym a alkoholikiem, między alkoholikiem a menelem? To
tematyka niezwykle trudna i niewielu mówi o niej wprost. Jednym z tych, którzy
przyjęli temat na swój literacki warsztat jest Grzegorz Kozera.
Biały Kafka to tekst fabularny, stylizowany na opowieść
człowieka o własnym alkoholowym upadku. Główny bohater już od czasu studiów
zaprawiał się w pijackim boju, a jego droga, oprócz wódki, naznaczona była
wieloma mniej lub bardziej istotnymi romansami. Choć miał wszystko pod
kontrolą, w tajemniczy sposób stracił z oczu moment, w którym z szanowanego
dziennikarza stał się zwykłym moczymordą. Od zrozumienia tej sytuacji dzieliło
go wiele przykrych zdarzeń: kilkudniowe ciągi, chłeptanie rozlanej wódki z
chodnika, drżenie rąk uniemożliwiające pracę, śmierć towarzysza niedoli, aż
wreszcie dotkliwe pobicie – tak, droga do otrzeźwienia (nie wytrzeźwienia!)
zdecydowanie nie należała do łatwych…
Tak więc kobiety i alkohol, a gdybym chciał być trywialny i
wulgarny, co zdarza mi się w końcu nierzadko, powiedziałbym bez skrupułów –
dupy i gorzała. Kobiety i alkohol, dupy i gorzała, oto one, „te dwie miłości i
dwie śmierci moje”.[s.10]
Choć w opisie okładkowym na pierwszy plan wysuwają się
relacje z kobietami, w książce nie jest to odczuwalne tak niezwykle.
Wyraźniejsza jest moim zdaniem droga bohatera do uzależnienia, pokazywana
urywkami, wieloetapowa i zawoalowana w pozornie błahe wydarzenia z życia.
Również jeden z końcowych rozdziałów podkreśla ten walor powieści, zadaje
pytania o genezę picia. Tekst pokazuje podstępność nałogu, ale też jego
schematyczność i powtarzalność – wraz z upływem czasu dni stają się podobne
sobie, a każdy rozdział, jak każdy dzień, kończy się negatywnym doświadczeniem.
Wątek miłości, która odmienia wszystko, rzeczywiście się pojawia, choć
właściwie niepotrzebnie, przynajmniej z mojej perspektywy.
Nieuchronnymi zdają się być przyrównania Kozery do Pilcha i
odwrotnie, tym bardziej, że Pod Mocnym Aniołem zyskało niedawno dosadne
popkulturowe osadzenie, wyszło do ludzi i w ogóle może się kojarzyć. Z jednej
strony ciężko mi takimi nawiązaniami szafować, bo swoich wrażeń po lekturze
pana P. nie wypowiedziałam dotąd, choć minęło już kilka miesięcy; z drugiej
jednak czuję się zobowiązana, by choć kilka słów dorzucić. Skojarzenia nasuwają
się same z racji tematyki i dosadności opisu, ale i różnic jest sporo – nade
wszystko rozwiązania przyjęte przez Kozerę pozwalają czytelnikowi mieć
nadzieję, podczas gdy Pilch zdaje się wszelkie chęci brutalnie odbierać.
Książki różni też język. Kto miał problem z przebiciem się przez
poetycko-pijackie wynurzenia, zdające się być jednym wielkim białym wierszem, tu
powinien być zadowolony – jest dużo prościej bez uszczerbku na literackiej
wartości.
Ciężko jest polecać podobne, specyficzne teksty, bo nigdy
nie wiem, czy gust większości ma akurat tutaj punkt styczny z moim. Jest to na
pewno książka dla tych, którzy cenią sobie świadectwa podane w ciekawej formie,
bez przesadnych ozdobników. Myślę, że sprawdzi się również u znających nałóg –
z jakiejkolwiek strony. Jak i sam autor, nie wiem, czy powieść ta może mieć
jakąś wartość terapeutyczną i być drogą do wyleczenia, ale byłabym rada, gdyby
było to możliwe. Myślę, że zwłaszcza ostatnie rozdziały mogą nieść za sobą
pewnego rodzaju refleksję – i oby tej właśnie refleksji było w naszym narodzie
nieco więcej.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







