niedziela, 12 października 2014

Charlotte Brontë - "Shirley"

Wstyd się przyznać, ale nigdy jeszcze nie czytałam książek autorstwa sióstr Brontë. Choć kiedyś było mi blisko do klasycznej literatury, nie spotkałam się z ich twórczością i dopiero w zeszłym roku odkryłam w ogóle ich istnienie oraz poznałam fenomen. Od tej chwili gdzieś z tyłu głowy nosiłam pamięć o tych niezwykłych (w powszechnej opinii) tekstach, wciąż jednak brakowało mi czasu, by na spokojnie przysiąść i zabrać się za któreś z opasłych bądź co bądź tomisk będących ich dziełem. Dopiero teraz, w pierwszy prawdziwie wolny weekend od kilku dni, postanowiłam zostawić wszystko i wejść w ten świat. Po lekturze mogę powiedzieć tylko jedno – przepadłam.

Już od pierwszej strony zachwycić się można językiem, jakim napisana jest powieść. Dla kogoś, kto (tak jak ja) nie obcował z literaturą klasyczną od dłuższego czasu, taka forma jest naprawdę miłym aspektem. Doświadczenie kontaktu z nienagannym stylem, mnogością epitetów i niezwykle plastycznymi opisami jest czystą przyjemnością i – co ciekawe – zupełnie nie męczy. Spodziewałam się, że lektura zajmie mi sporo czasu i będzie się ciągnęła w nieskończoność, tymczasem przeżyłam miłe zaskoczenie. Nie powiem, żeby strony przewracały się same, ale specyficzny humor i namacalny klimat XIX-wiecznej Anglii zrobiły swoje – lektura każdej strony była po prostu przyjemnością.

Damy mieszkające na angielskiej wsi wyróżnia pewna cecha. Niezależnie od swego wieku, urody i temperamentu, wszystkie (lub prawie wszystkie) noszą na twarzy wyraz zdający się mówić: „Nie jestem chełpliwa, ale wiem, że jestem wzorem wszelkich cnót. Niech więc każdy, kto się do mnie zbliża, dobrze się pilnuje, albowiem tam, gdzie się ode mnie różni – czy to w stroju, sposobie bycia, opiniach czy obyczajach, tam błądzi”.[s.109]

Ciekawym zabiegiem jest zastosowana w tekście narracja. Zazwyczaj mamy w tym względzie do czynienia albo z mówiącym o swoich losach bohaterem, albo też z tajemniczym „opowiadaczem”, który nie ingeruje właściwie w nic. Tutaj sprawa ma się zupełnie inaczej – osoba odpowiedzialna za przekazywanie nam zdarzeń ujawnia się i zdecydowanie daje o sobie znać. Jest to kobieta żywa i bynajmniej nie bezstronna – nie szczędzi nam swoich uwag i z humorem umila czas samą obecnością, dodając do klasycznego tekstu powiew świeżości, pewnego rodzaju znak firmowy, cechę charakterystyczną. Ponadto zwraca się bezpośrednio do czytelnika, co tylko potęguje wrażenie wysłuchiwania opowieści z ust perfekcyjnego gawędziarza.

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na akcję? Celowo nie wspomniałam o niej na początku, chcąc w pierwszej kolejności wskazać te aspekty, które w moim odczuciu wysuwają się na pierwszy plan. Nie oznacza to jednak, że Shirley jest książką o niczym, wręcz przeciwnie – zaprezentowane zdarzenia są dobrze skonstruowane i pięknie się splatają. Główny bohater, Robert Moore, jest przedsiębiorcą, który wchodzi w zatarg z lokalną społecznością, co skutkuje niemalże upadkiem prowadzonej przez niego fabryki. Stojąc w obliczu finansowej zapaści, zmuszony jest wybierać między małżeństwem z miłości (z nieśmiałą Caroline), a tym z rozsądku (z wyniosłą, acz bogatą Shirley). Warto jednak zauważyć, że tytułowa bohaterka ma własne miłosne rozterki – kocha mężczyznę, z którym związek byłby mezaliansem…

Choć autorka już na wstępie zaznacza, że książka nie traktuje o miłości, jest to tylko naigrywanie się z czytelnika – uczucia są tu obecne i to bynajmniej nie jednostkowo, a w pełnej formie i krasie. Jednak faktem jest, że oprócz wątków romantycznych mamy tu całą plejadę różnorodnych bohaterów, reprezentujących poszczególne warstwy społeczne XIX-wiecznej Anglii. Autorka zagłębia się w skomplikowane relacje społeczne, silnie zakorzenione postawy oraz stereotypy panujące w owym czasie, tworząc na ich podstawie perfekcyjny i wielowymiarowy obraz świata.

Zakończę krótko, mówiąc że w tak pięknym stylu mogłabym czytać bez końca i o wszystkim. Shirley to wspaniały, klasyczny tekst, który mimo znacznej objętości daje czytelnikowi masę czystej, literackiej przyjemności. Nie jestem w stanie porównać książki do innych dzieł sióstr Brontë czy choćby samej Charlotte, wiem jednak, że w moim przypadku nie jest to ostatnie z nimi spotkanie. W perspektywie panoszącej się jesieni chętnie spędzę jeszcze wiele wieczorów odwiedzając XIX-wieczną Anglię i przyjmując ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Oby więcej było w moim czytelniczym życiu takich właśnie lektur – pełnowartościowych, wielowymiarowych, ciekawych, a nade wszystko napisanych w tak fenomenalny sposób.


Za egzemplarz recenzencki i cierpliwość dziękuję serdecznie Wydawnictwu MG.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska"(640 stron).