środa, 2 kwietnia 2014

Patrick Ness - "Siedem minut po północy"

Choć często bywa tak, że do zakupu książki przekonuje mnie okładka, niewiele mam w swoich zbiorach tekstów, których szatę graficzną mogłabym uznać za autentycznie piękną. W przypadku „Siedmiu minut po północy” grafiki wewnątrz są równie ważne jak sama historia i na równi ze słowami tworzą nastrój, skądinąd perfekcyjny. To za jego sprawą zrezygnowałam z lektury tej książki w okolicach północy – zbyt wiele emocji przeżyłam i przetrawiłam tamtego wieczora, musiałam się przespać, by dopiero z rana stanąć w oko z potworami – zarówno prześladującymi głównego bohatera, jak i mnie samą.

Książka porusza niezwykle trudną i delikatną tematykę. Conor, główny bohater, jest trzynastolatkiem, którego los absolutnie nie oszczędzał – jego ojciec wyjechał do Ameryki, gdzie założył nową rodzinę, on sam natomiast mieszka ze śmiertelnie chorą matką. Kobieta walczy z rakiem, właściwie jest w stadium terminalnym, gdy ostatnie z możliwych metod leczenia nie skutkują. Chłopiec staje w obliczu kolejnej utraty i emocji, do których nie chce się przyznać przed samym sobą. Walczy ze społecznym wykluczeniem na polu szkoły. Jakby tego było mało, oprócz nękającego go koszmaru, w którym wypuszcza spadającą matkę z rąk, pewnej nocy pojawia się kolejny, dużo bardziej realny. Potwór, którym okazuje się stary, rosnący nieopodal domu Conora, cis, funduje mu podróż w głąb samego siebie i pozwala dostrzec i uwydatnić kwestie, które jak dotąd chłopak wolał ukrywać głęboko w podświadomości.

Tekst czyta się naprawdę szybko, lektura zajmuje około 45 minut. Mimo trudnej tematyki jest przystępnie napisany, zachowuje konwencję tajemniczości i odrealnienia. Autor wykorzystał elementy horroru i grozy, choć emocje, wywoływane w czytelniku, dalekie są do lęku. Tak naprawdę cała książka jest studium przypadku dziecka stojącego w obliczu przedłużającej się agonii rodzica. Bo nie chodzi tu paradoksalnie o poczucie straty – raczej o mękę i wpływ, jaki cała sytuacja ma na psychikę i funkcjonowanie Conora. Oto dowiadujemy się, że dziecko z trudem radzi sobie z samym sobą, a własne demony dopadają je nie mniej niż dorosłego.  Wstydzi się swoich odczuć, a bez pomocy z zewnątrz nie jest w stanie ich oswoić, zaakceptować i „przerobić”.

Jak już wspomniałam – za dużą część nastroju książki odpowiedzialne są ilustracje Jima Kaya. Niemal każda strona jest choć odrobinę zarysowana, osobiście miałam wrażenie, że przeglądam pamiętnik dziecka z naprawdę dużymi problemami. Mroczne kształty, wyolbrzymienia i wszechobecna czerń potęgują uczucie zagubienia i bezradności, pochłaniają niczym najgorszy koszmar. Obaj panowie wykonali dobrą robotę, doskonale oddając klimat psychiki Conora. Tekst jest niezwykle metaforyczny i baśniowy, przesycony symbolami, podobnie z resztą jak ilustracje. Wszystko razem pozostawia w czytelniku wrażenie, które pozostanie z pewnością na długo, a które niezwykle ciężko ująć w słowa. Po prostu trzeba tego doświadczyć na własnej skórze.