Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobiece Young. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobiece Young. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 marca 2020

Trylogia „O chłopcach” Jenny Han, czyli jak znów zaczęłam czytać książki dla przyjemności



Moje ostatnie czytelnicze przygody przypominały raczej drogę przez mękę niż karuzelę śmiechu. Wzięłam na siebie za dużo zobowiązań, nakupowałam zbyt dużo nowości i ostatecznie nie byłam w stanie się zebrać, żeby po którąkolwiek sięgnąć. Postanowiłam więc dać sobie spokój, zresetować umysł i po prostu odpocząć. Przestałam zabierać ze sobą książki do pracy, żeby nie czuć wyrzutów sumienia i cierpliwie czekałam, aż znów zapłoną mi oczy i pojawi się ochota do sięgnięcia po jakiś konkretny tytuł. 

Pojawiła się z zupełnie niespodziewanej strony.

Zaczęło się od zwiastunów II części netfliksowego filmu – były tak urocze, że od razu chciałam poznać tę historię. A potem okazało się, że powstała na podstawie książek. I choć powieści dla nastolatek to dla mnie dość drażliwy temat (od jakiegoś czasu nie należę do ich grupy docelowej i trudno mi znaleźć takie, które w ogóle dam radę czytać, o podobaniu się nie wspominając), tym razem nabrałam ogromnej ochoty na lekturę. Ostrożnie kupiłam tylko pierwszy tom, nie wierząc, że mi się spodoba. A potem przepadłam na dobrych kilka dni. 

Wszystkie trzy książki z serii stanowią zamkniętą opowieść o uczuciowych perypetiach Lary Jean, uczennicy amerykańskiego liceum. Gdy ją poznajemy, ma 17 lat i jak do tej pory nigdy nie miała chłopaka. Nie oznacza to jednak, że nie była zakochana! Wręcz przeciwnie, w ciągu swojego życia 5 razy marzyła o którymś z kolegów. Nigdy jednak nie przyznała się przed nimi, a każdą z tych relacji w symboliczny sposób kończyła, pisząc do ukochanego list, który następnie chowała w swoim pokoju. I pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że pewnego dnia... listy zostają wysłane.

W tym miejscu zaczyna się cała seria świetnie wymieszanych zdarzeń, które dotyczą nastoletniej miłości i nie tylko. Chłopcy, w których podkochiwała się Lara Jean, zdążyli się już zmienić. Do tego, jak to w życiu bywa, na wydarzenia sprzed lat mają zupełnie inne spojrzenie, niż bohaterka powieści. Uciekając przed konsekwencjami, dziewczyna wchodzi w nietypowy układ, którego konsekwencje są zupełnie nie do przewidzenia.

Zastanawiałam się, co takiego wyróżnia książki Jenny Han spośród innych. I myślę, że powody są dwa: romans nie jest tu jedynym wątkiem, a do tego historia jest poprowadzona bardzo autentycznie. To nie tylko opowieść o budowaniu damsko-męskich relacji. Próba odnalezienia się w nowej sytuacji, rozterki związane z byciem na świeczniku, presja otoczenia by postępować w określony sposób, pierwsze poważne wybory, które zaważą na całym późniejszym życiu – to wszystko bliskie nastolatkom tematy. W dodatku zostały zaprezentowane ciekawie i z odpowiednią (moim zdaniem) wrażliwością.

Jestem też zachwycona sposobem, w jaki została wykreowana główna bohaterka. Lary Jean chyba nie da się nie lubić. Środkowa z sióstr, z jednej strony pełna kompleksów, a z drugiej urocza, oryginalna i bardzo sympatyczna. Kibicowałam jej niemal od pierwszej strony i bardzo się cieszę z rozwiązań, jakie przygotowała dla niej autorka. Na przestrzeni kolejnych książek widać wyraźnie zmiany, jakie zachodzą w psychice Lary i to, w jaki sposób dojrzewa, poszukując własnej drogi. A przy tym wszystkim pozostaje sobą! Nie zostaje gwiazdą rocka, nie odkrywa w sobie wyjątkowych talentów, które przyniosą jej sławę. Po prostu żyje i podejmuje decyzje właściwe dla jej wieku i możliwości – dokładnie tak, jak większość z nas.

Czy są to książki infantylne? W jakimś stopniu na pewno. Czy niektóre wątki są przesłodzone? Owszem. A jednak ostatecznie nie mdli nas od różu i nie przewracamy oczami przy każdej nowej scenie. Wręcz przeciwnie - całość prezentuje się naprawdę dobrze. Cieszę się, że autorka nie poszła torem trudnych doświadczeń z dzieciństwa (które zawsze dobrze się sprzedają) i zafundowała swojej bohaterce porządny support w postaci dobrze funkcjonującej rodziny. Opowieść o siostrach Song i ich niezwykłej więzi, a także ojcu, który stara się zapewnić dzieciom wszystko, co niezbędne, to właściwie powieść w powieści, a w dodatku wyjątkowo ciepły akcent. 


piątek, 14 lutego 2020

Sophie Anderson – „Dom na kurzych łapach”

Im jestem starsza, tym bardziej dostrzegam wartość naprawdę dobrej baśni. Takiej, która zdobędzie i utrzyma dziecięcą uwagę, ale też spodoba się rodzicowi, który może być zmuszony czytać ją setki razy. Poruszającej trudne tematy w sposób jednocześnie dosadny, ale też nie przerażający. Zawierającej morał – a najlepiej kilka, odnoszących się do ważnych, życiowych spraw. 

Niestety, wśród współczesnych książek niełatwo jest taką perełkę odnaleźć. Tym bardziej zachęcam Was, byście w swych poszukiwaniach zwrócili uwagę na książkę Sophie Anderson, bo gdy już raz trafi w Wasze ręce, nie będziecie chcieli jej wypuścić.

Dom na kurzych łapach to historia dwunastoletniej Marinki, która jest wnuczką Baby Jagi – tej samej, którą wszyscy postrzegają jako straszliwą wiedźmę. Staruszce nie przeszkadza taka reputacja, bo pozwala utrzymywać w tajemnicy to, czym naprawdę się zajmuje: przeprowadzanie ludzkich dusz na drugą stronę po śmierci. Przeznaczeniem Marinki jest zajęcie miejsca babki, gdy ta sama będzie musiała przekroczyć próg wieczności, jednak dziewczynka nie godzi się z tym, co zostało jej zapisane. Ma własny pomysł na życie i zrobi wszystko, by postawić na swoim.

Nie da się w jednym zdaniu ująć ogromnej wartości, jaką Sophie Anderson zmieściła na kartach tej książki. Z jednej strony to klasyczna opowieść o dylemacie następcy, który musi zmierzyć się z zewnętrznymi naciskami, by zrezygnował z własnych aspiracji i podążył wyznaczoną ścieżką. Dla dwunastoletniej dziewczynki, która zna cienie pracy Baby Jagi, taka sytuacja jest szczególnie przytłaczająca, zwłaszcza że jest w niej ogromna potrzeba kreowania losu według własnych wyobrażeń. Pozostaje jednak pytanie, czy jesteśmy w stanie wpływać na rzeczywistość, czy jednak przeznaczenie dogoni nas prędzej czy później, w tych czy innych okolicznościach. 

Drugim ważnym aspektem Domu na kurzych łapach jest strata i radzenie sobie z nią. To motyw, bez którego niegdyś nie mogła obyć się żadna baśń, a który stopniowo zniknął z opowieści dla dzieci. Niestety w prawdziwym życiu ludzie nie przestali umierać, co oznacza, że trzymanie naszych pociech pod kloszem i udawanie, że śmierć nie istnieje, jest po prostu bezsensowne. Na szczęście Sophie Anderson nie przestraszyła się tego (tak ważnego i tak ludzkiego!) tematu, co więcej – poruszyła go z niezwykłą wręcz wrażliwością. W historii Marinki strata jest niezwykle istotna i służy do pokazania, że należy doceniać to, co mamy. 

To również przepiękna opowieść o tym, że stawianie na swoim ma swoją cenę, często taką, której nie potrafimy przewidzieć podczas podejmowania decyzji. 

Na koniec, jak to przy książkach dla dzieci bywa, muszę wspomnieć dwa słowa o technicznej stronie wydania. Zachwycałam się już angielską wersją tej książki, ale Wydawnictwo Kobiece stanęło na wysokości zadania, dzięki czemu również polska odsłona jest prawdziwą perełką. Twarda oprawa, złocenia na okładce, gruby papier oraz ilustracje wewnątrz robią wspaniałe wrażenie i czynią z Domu na kurzych łapach ozdobę biblioteczki. 







Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.