poniedziałek, 14 października 2019

Film: „Joker” (2019)


W tekście odnoszę się do kilku konkretnych scen i zakończenia filmu, więc spoiluję. Żeby nie było, że nie ostrzegałam!

Nie znam się na filmach. Oglądam ich niewiele, a jeśli już, to raczej te ze średniej półki. Kino jest dla mnie przede wszystkim rozrywką, która ma wyzwolić pewne emocje i zapewnić odpoczynek; rzadko sięgam po bardziej wymagające dzieła. A jednak czasem (z różnych przyczyn) trafię na film, który wgniata w fotel, miażdży psychikę i robi wrażenie tak mocne, że po prostu muszę o nim napisać. Taki właśnie jest Joker, czyli próba opowiedzenia historii najważniejszego złoczyńcy w uniwersum DC.

Zacznę w sposób oczywisty  od gry aktorskiej Joaquina Phoenixa. To, co pokazał na ekranie było FENOMENALNE i naprawdę zbulwersuję się, jeśli nie otrzyma za tę rolę Oscara. Joker to dwugodzinny film oparty niemal całkowicie o jedną postać, pełen przedłużonych, dokładnie zrealizowanych scen. Ciężar odpowiedzialności za ich powodzenie spoczywał niemal wyłącznie na barkach aktora i, co najważniejsze, udało mu się zrealizować zadanie perfekcyjnie. Wszystko, począwszy od sposobu mówienia, poprzez gesty i mimikę, tiki nerwowe, aż do neurologicznych napadów śmiechu, zostało odegrane do bólu autentycznie. Joker Phoenixa to człowiek, którego się boimy, który nas odstrasza i obrzydza, a jego reakcje niejednokrotnie wymykają się rozumowaniu osoby zdrowej.

Z chorobą głównego bohatera ściśle związany jest sposób opowiadania historii, a konkretnie zacieranie się granicy pomiędzy tym co rzeczywiste, a tym, co urojone. Jest pewna scena, w której zaczynamy wątpić w realność tego, co widzimy, a uczucie to nie opuszcza nas aż do napisów końcowych. Moim zdaniem autorzy bardzo umiejętnie zasiali w naszych głowach ziarno niepewności. Bezwzględnie wykorzystali fakt, że Joker ma być "jednostrzałówką" i pozwolili nam snuć rozmaite domysły i interpretacje tego, co zobaczyliśmy na ekranie.

Jeśli chodzi o świat przedstawiony i aspekty społeczne, uważam, że jak na film rozgrywający się w ubiegłym stuleciu, Joker jest zaskakująco aktualny. Prawdę mówiąc momentami miałam wrażenie, że główny bohater patrząc wprost w ekran naśmiewa się również z nas, którzy dopiero zaczynamy tę ironię dostrzegać. Jest tu wiele znaczących scen. W jednej z nich bogaci oficjele, bawią się na specjalnym pokazie filmowym w budynku, który z zewnątrz oblegany jest przez protestujących. W innej dowiadujemy się, że z powodu cięć budżetowych, najbiedniejsi pacjenci psychiatryczni zostaną pozbawieni opieki oraz dostępu do leków. W jeszcze innej sam Joker mówi o tym, jak niewiele znaczy wśród klasy średniej i wyższej śmierć gorzej sytuowanego człowieka. Kwestie społeczne są tu zaakcentowane na tyle mocno, że refleksja na ich temat wwierca się z umysł odbiorcy i skutecznie burzy spokój.

Na koniec chciałabym tylko wspomnieć, że może i Joker jest postacią bez jedynie słusznego komiksowego originu (jego historię opowiadano wiele razy na różne sposoby i żadna nie została uznana za jedynie słuszną), ale ja tę filmową opowieść absolutnie kupuję. Cieszę się bardzo, że twórcy zdecydowali się na pokazanie drogi Jokera od pozostawionego samemu sobie, chorego wyrzutka, poprzez człowieka zranionego i niebezpiecznego, aż do mordercy, który nagle uwierzył w swoje siły i był w stanie zaplanować zbrodnię, a następnie ten plan zrealizować. Nawet jeśli to wszystko wydarzyło się wyłącznie w jego głowie.

Poza tym nie mogę odmówić sobie przyjemności patrzenia na Gotham z ostatnich scen  płonące i pogrążone w chaosie. Dokładnie tak, jak to nie raz bywało w mrocznych komiksach DC.


3 komentarze:

  1. Nie odpuszczę obejrzenia tego filmu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta scena z ciemnoskórą sąsiadką bardzo mnie zaskoczyła, aż później już nic nie było pewne.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są dla nas źródłem siły do prowadzenia bloga i wielkiej radości, dlatego też będziemy wdzięczni za każdy pozostawiony przez Was ślad.