Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grunt to okładka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grunt to okładka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 września 2014

Michelle Hodkin - "Mara Dyer. Tajemnica"

Zamówiłam książkę intrygującą, ciekawą, niejasną. O okładce przyciągającej wzrok i recenzjach zachęcających do lektury. Zamówiłam i… spanikowałam. A co, jeśli mi się nie spodoba? Jeśli znów nie przemyślałam sprawy i pochwyciłam tekst dla nastolatek, daleki od moich upodobań? Wątpliwości było wiele, ale na szczęście rozwiały się one już na samym wstępie. Bo tak, chcę powiedzieć, że powieść Michelle Hodkin bardzo mi się podobała.

Mara Dyer to tytułowa bohaterka. Posługuje się fałszywym imieniem i nazwiskiem, co jest efektem ciągu zdarzeń, które były jej udziałem. Pewnego dnia dosłownie wali się jej świat – budzi się w szpitalu, podłączona do aparatury i dowiaduje się o wypadku, w którym zginęły najbliższe jej osoby: przyjaciółka, koleżanka oraz chłopak. Mara nie pamięta nic. Zmiana otoczenia tylko przysparza jej stresów – odtąd mierzyć się będzie musiała nie tylko z syndromem „nowej”, ale też własną psychiką, sprawiającą coraz większe problemy. Jak odróżnić, co jest życiem, a co snem? Sytuacji nie ułatwia pojawiające się na horyzoncie uczucie do pewnego całkiem przystojnego chłopaka…

Początek lektury był jednym wielkim dysonansem – najpierw dostało mi się za sprawą niezwykłego klimatu grozy, którego się nie spodziewałam, później natomiast ni stąd ni zowąd trafiłam w sam środek niemal zwyczajnego życia licealistów. Muszę przyznać, że miło było znów przenieść się w klimat prywatnych amerykańskich szkół, pełnych zblazowanych dzieciaków z dobrych domów i rządzących się własnymi prawami. Autorce udało się zadowalająco odzwierciedlić realia i relacje między młodzieżą. W otoczeniu onirycznego klimatu jest to element zaskakująco prawdziwy, stanowiący dla czytelnika mocne osadzenie w rzeczywistości.

Bo tak, przyznać trzeba, że klimat powieści wysuwa się na pierwszy plan. Treść skupiona jest na staraniach Mary, mających doprowadzić ją do wyjaśnienia zagadek, a także jej próbach oddzielenia tego co reale od wizji, jakie ją nawiedzają. Początkowe zabiegi autorki, reprezentowane przez prolog oraz pierwszy rozdział, dodatkowo podsycają atmosferę napięcia – rezultat jest naprawdę ciekawy. Osobiście rozpoczęłam książkę rano i do samego wieczora wszędzie chodziłam z nią w dłoni – nie mogłam oderwać się od opowiadanej historii, momentami na plecach miałam ciarki, a lekturę zakończyłam z niekłamaną przyjemnością z jednej strony, a z drugiej smutna, że nie mam na podorędziu kolejnego tomu.

Jak wspomniałam w krótkim opisie, w książce pojawia się również wątek miłosny. Można go nazwać przewidywalnym, choć nie do końca, ponadto nie wydawał mi się jakoś specjalnie nachalny. Nie jest to dystopia, w której bohaterowie zmuszeni do walki o przetrwanie przeżywają nagle niezwykłe (i sztuczne) miłosne uniesienia; tutaj otoczenie dodaje uczuciom autentyczności. Poza tym nie oszukujmy się – jest to powieść o nastolatkach i dla nastolatek. Coś się zadziać musiało.

Mimo początkowej niepewności cieszę się, że książka trafiła w moje ręce. Jestem żywym przykładem czytelnika niezdecydowanego, który swojej decyzji o podjęciu próby nie żałuje. Co więcej – jestem w pełni usatysfakcjonowana i z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój wypadków, zarówno tych emocjonalnych, jak i paranormalnych. Ciekawi mnie pomysł, jaki na całokształt swojej serii ma Michelle Hodkin i wierzę, że wpasuje się on w mój gust podobnie jak pierwszy tom.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie YA!, będącemu częścią GW Foksal.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach "Grunt to okładka" (październikowy motyw- erotyzm) oraz "Czytam Opasłe Tomiska" (412 stron)

środa, 2 lipca 2014

Katarzyna Michalik-Jaworska - "Pomyślę o tym jutro"


Jesteś Scarlett O’Hara. Pomyślisz o tym jutro (…).[s.9]

Takim mottem kieruje się główna bohaterka książki, Marta. Kobieta pracuje jako pielęgniarka na oddziale kardiologicznym i na co dzień zajmuje się opieką nad śmiertelnie chorymi dziećmi. Obciążający zawód nauczył ją dystansowania się do świata i oddzielania emocji od sytuacji, co przenosi również na życie prywatne. Marta funkcjonuje pod ciągłą presją nie tylko w pracy, ale też w domu – od wielu lat wraz z mężem stara się o dziecko, jednak bezskutecznie. Gdy partner decyduje się na rozwód, jako najwyższą wartość stawiając posiadanie potomstwa, życie kobiety zmienia się diametralnie. Na szczęście otoczenie, pełne różnorodnych osób i problemów sprawia, że będzie miała okazję spojrzeć inaczej na wiele spraw.

Głównymi wątkami poruszanymi w książce są te związane z macierzyństwem i tworzeniem rodziny. Autorka wybrała różne przykłady z życia i konfrontuje je ze sobą, tworząc pełny, różnorodny obraz. Mamy tutaj główną bohaterkę, która czuje że wciąż nie spełnia oczekiwań męża. Jest także jej siostra, pozornie żyjąca w dobrym związku, który jednak okazuje się nie do końca dającym szczęście. Stabilizacja i pewność nie koniecznie jawią się jako najwyższe wartości. Pojawia się również ojciec jednej z pacjentek Marty, mężczyzna przez kilka lat zmagający się z wegetacją córki, pozornie niezaangażowany, jednak w rzeczywistości niezwykle przejęty. Dużo życiowej mądrości wnoszą do tematu dwie starsze panie o zupełnie odmiennych życiorysach. Różnorodność postaci, zarówno męskich jak i kobiecych, pozwala na naprawdę dobre zrozumienie trudnych tematów, tak bliskich wielu z nas.

Autorka jest dziennikarką i krytykiem teatralnym, a jej pisarskie doświadczenie ma swoje odzwierciedlenie w tekście. Z przyjemnością czyta się stworzoną przez nią opowieść, nawet jeśli momentami dialogi odbiegają nieco od wspaniałych fragmentów narracyjnych. Ponadto podobała mi się wrażliwość, z jaką Katarzyna Michalik traktuje swoich bohaterów – wszystkim poświęca jednakowo dużo czasu i nikogo w tej historii nie pomija. To opowieść złożona z różnych, niejednolitych osób, które mają swoje wzloty i upadki, a dzięki temu są niesamowicie autentyczne.

W moim odczuciu książce bliżej do powieści obyczajowej niż psychologicznej, mamy tu wiele dobrze dopasowanych elementów, jednak największy nacisk położony jest na Martę i zmiany w jej prywatnym życiu. Mimo wszystko zbyt mało było tu dla mnie wnikliwości, świat jednak wciąga i jest zdecydowanie dobrze skonstruowany. Prawdę mówiąc żałuję, że książka ma jedynie nieco ponad 200 stron. Historię Marty można by opisać głębiej, zanalizować, a na pewno – dokończyć. Chociaż może w tym przypadku otwarte zakończenie nie jest rozwiązaniem złym, bo doskonale mieści się gdzieś pomiędzy porażką a cukierkowym happy endem – jest wyważone.

Kończąc powiem, że spodziewałam się czegoś dużo cięższego (już sama tematyka ciężko chorych dzieci na to wskazywała), nie narzekam jednak, że otrzymałam przyjemny i wnikliwy tekst obyczajowy. Podoba mi się takie łatwiejsze podejście do trudnej tematyki.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Dobra Literatura.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (lipcowy motyw - budynek).

wtorek, 24 czerwca 2014

Stephan Talty - Agent "Garbo"

Nigdy nie przepadałam za nauką historii i powiem wprost – winię za to system. Suche fakty, bezsensowna pamięciówka z dat i płaskie, nijakie, martwe postaci, których nie da się lubić lub choćby nienawidzić. Nie wiem, jak przetrwałabym edukację, gdyby nie dwoje naprawdę wspaniałych historyków, z którymi zetknął mnie los, a którym wdzięczna jestem za to, że nauczyli mnie myśleć i wyciągać wnioski – bo w końcu do tego winna służyć nauka o dawnych dziejach. Dziś nie stronię od tematyki historycznej, choć od podręczników zdecydowanie wolę historical fiction, które w niezwykłej otoczce przemyca pewne istotne dla dziejów ludzkości fakty i wydarzenia. Muszę jednak oddać sprawiedliwość Stephanowi Talty’emu – pokazał mi, że to, co prawdziwe, także może być ciekawe. Prawdę mówiąc z ciężkim sercem klasyfikuję Agenta "Garbo" jako literaturę faktu. Barwny język opisu zwodzi czytelnika – autor snuje swą opowieść zupełnie nie jak historyk, stylem przypomina raczej wytrawnego literata.

Również tematyka powieści jest niezwykle ciekawa – autor postawił sobie za cel opowiedzieć historię jednego z najsłynniejszych szpiegów II wojny światowej. Juan Pujol Garcia przez lata zwodził niemiecki wywiad jako podwójny agent na zleceniach aliantów, a czynił to wyłącznie dzięki… wyobraźni. Rozpoczynając działania nie miał nic oprócz wielu nieudanych interesów, które pozostawił za sobą, a także własnego umysłu i determinacji – to właśnie ta ostatnia pozwoliła mu zajść tak wysoko. Tworząc barwne opowieści, oparte zaledwie na strzępkach faktów, zdobył zaufanie najpierw Niemców, a później aliantów i to tym ostatnim służył w czasie wojny, prowadząc działania dezinformacyjne. Do jego zasług należy między innymi zmylenie przeciwnika w sprawie desantu wojsk w Normandii.

Książka zawiera wiele smaczków, drobnych opowieści, przy których nie sposób się nie uśmiechnąć. Przesyłanie podręcznika lotnictwa zapieczonego w cieście, pierwsze próby z atramentem sympatycznym, świetnie prosperująca siatka zmyślonych agentów, czy też przekonanie Niemców, że tekturowe makiety mają posłużyć aliantom w prawdziwej wojnie… Pujol przez całą swoją karierę wznosił się na wyżyny własnych możliwości i każde zadanie wykonywał na 100%. Czasem nie sposób zrozumieć, jakim cudem ktokolwiek mógł mu wierzyć, warto jednak pamiętać, że w tamtym czasie każda informacja była na wagę złota, a działania agenta ‘Garbo’ nie były bynajmniej przypadkowe. Za każdym jego krokiem stało wielu pracowników wywiadu i to również im oddana jest w tej książce sprawiedliwość.

Warto również dodać, że tekst jest naprawdę dobrze opracowany pod względem technicznym. Choć lektury nie przerywają nam irytujące przypisy, w dowolnej chwili możemy sprawdzić pochodzenie cytatu w indeksie z tyłu książki. Zajrzenie tam daje czytelnikowi pełen obraz na źródła i mnogość faktów, jakimi posłużył się autor, a których w ogóle nie odczuwa się podczas lektury. Drugą zaletą jest Dramatis Personae oraz dodatek dotyczący wspominanych w tekście organizacji – idealne rozwiązanie dla kogoś takiego jak ja, kto potrafi zgubić się w gąszczu nieznanych pojęć.

Jakby dla równowagi tekst posiada również kilka mankamentów – najbardziej znaczącym jest forma jego wydania. Z racji opisowego charakteru tekstu akapity są długie, dialogi pojawiają się rzadko, a tekst już sam w sobie jest dość zbity i męczący dla oka. Dodatkowo, jakby dla podkreślenia tego faktu, wydawnictwo dołożyło niewielką i bardzo spójną czcionkę. Niestety, w efekcie musiałam co jakiś czas przerywać lekturę, co było dość irytujące. Na szczęście treść była ciekawa i wciągająca, a wspomniana na początku narracja dodatkowo umilała lekturę. Muszę przyznać, że choć mogłam się domyślać, jakie będą dalsze wydarzenia, brnęłam dalej, ciekawa spojrzenia autora na te kwestie. Ta fabularyzowana opowieść pozwoliła mi szerzej spojrzeć na tematykę akcji dezinformacyjnych i pracę szpiegów w czasie II wojny światowej. Fani tej tematyki z pewnością będą usatysfakcjonowani lekturą, jednak tak naprawdę książka powinna spodobać się wielu osobom. To ciekawa opowieść o człowieku, który nie mając nic, wspiął się na sam szczyt i osiągnął sukces. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz Wydawnictwu Muza SA.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (czerwcowy motyw - niebo).

niedziela, 22 czerwca 2014

Marcin Wolski - "I stała się ciemność"

Po raz kolejny zwróciłam uwagę na okładkę – mroczny, stary budynek zwiastował klimat, który na ogół lubię. Opis okładkowy nie sugerował absolutnie niczego, co dodatkowo podsycało moją wyobraźnię. I nawet mimo tego, że wnętrze książki nijak ma się do okładkowego nastroju, jestem z lektury bardzo, bardzo zadowolona.

Tytułowe opowiadanie, otwierające zbiór, oparte jest na klasycznym motywie małej miejscowości, w której zaczynają dziać się niewyjaśnione rzeczy, oraz przybysza, chcącego ową tajemnicę rozwikłać. Mimo znanego schematu lektura jest naprawdę przyjemna, a autor nie katuje nas bynajmniej nudą i szablonowością. Czytelnik poznaje tajemniczy lud Ziemniaków, aparycją przypominający kosmitów i prowadzący ukryte życie pod powierzchnią ziemi. Jak dotąd istoty ograniczały interakcje z ludźmi do minimum, jednak pewne ingerencje sprawiły, że sytuacja powoli się zmienia…

Drugie opowiadanie, Dziennik znaleziony w taczce jest zupełnie inne – to hiperbola, satyra na komunistycznych dygnitarzy. Głównym bohaterem tekstu jest wysoko postawiony działacz partyjny, a jego opowieść, zapisana w formie pamiętnika, traktuje o codziennym życiu. Oczywiście autor na dużą skalę stosuje tu wyolbrzymienia i do przesady doprowadza pewne fakty, czyniąc bohatera nieomylnym i niemal wszechwładnym. Zamknąć gazetę, wypisującą niewygodną prawdę? Załatwione. Wysłać na zagraniczne stypendium kochankę, którą odkryła żona? Bez problemu. Zrobić doktorat w kilka miesięcy, by nie być gorszym od kolegów? Oczywiście. Wszystko to okraszone jest ciekawym, przepełnionym ironią językiem. Autor kreuje bohatera zabawnego w swej przesadzie, niekompetentnego przez nieznajomość używanych słów i żyjącego w świecie oderwanym od rzeczywistości, pełnym wystawnych przyjęć i braku poszanowania dla innych.  

Powyższe teksty zajmują niemalże 2/3 całej objętości książki. Reszta to zbiór krótkich opowiadań, liczących średnio 2-3 strony każde. Tę część dużo trudniej jest ocenić pod względem stylu czy języka, autor pisze bowiem niezwykle równo i utrzymuje stały poziom. Widać wyraźnie, że jest wytrawnym literatem, a krótkie formy to dla niego nic nowego. Jedyne co odróżnia od siebie poszczególne opowieści to tematyka oraz jakość pomysłów – jedne porywają bardziej, inne mniej, a jeszcze inne zdają się być świetnymi materiałami na dłuższe historie.

Moimi faworytami jeśli chodzi o tematykę i przepiękne metafory są teksty Z życia marionetek i Rentgen – refleksje nad ograniczeniami, jakimi na co dzień jesteśmy poddawani. Autor sugeruje, że pozorne wyzwolenie z kajdan nie daje nam gwarancji, że już nigdy nie zostaniemy ograniczeni, a wolność sama w sobie może być dla człowieka pułapką. Interesującym jest motyw poruszony w Smutku spełnianych życzeń, którego bohater przeżywa tragedię związaną z mocą słów – wszystko o co prosi, natomiast się dzieje. Nietrudno wyobrazić sobie, jak wielki szok przeżyłaby większość z nas, na co dzień wypowiadająca mimowolne życzenia – „Niech go szlag!”. Przy rozpisaniu pewnych wątków dobrym materiałem na powieść lub przynajmniej dłuższe opowiadanie byłby Seryjny – bardzo przyzwoity ukłon w stronę fanów kryminału. Za istotną należy też uznać serię opowiadań dotyczących królestwa Amirandy, którymi poprzeplatana jest trzecia część zbioru. Ukazują one mechanizmy rządzące królestwem, tajemnicze wypadki i losy władców. Choć jasne jest ich odniesienie do życia w zwyczajnym państwie, więcej w nich satyry niż trudnej, ukrytej w przenośni treści.

Jakkolwiek różnorodna jest tematyka opowiadań Marcina Wolskiego, zawsze cechuje je jedno – duża dawka humoru. Autor zgrabnie operuje ironią, tworzy hiperbole i metafory, bawi się alegoriami, a jego światy, choć naprawdę fantastyczne, mają mocne osadzenie w rzeczywistości. Z pewnością osoby starsze, pamiętające czasy PRL-u, dostrzegłyby w tekstach więcej nawiązań i specyficznego, ukrytego stylu, jednak moim zdaniem młodsi czytelnicy również mogą odnaleźć w tym zbiorze sporą dawkę rozrywki na najwyższym poziomie. W moim przypadku lektura była niezwykle przyjemna. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu M.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (czerwcowy motyw - niebo)

sobota, 7 czerwca 2014

Aleida March - "Mój Che. Bardzo intymnie"

Zawsze kiedy widzę wizerunek Che Guevary na czyjejś koszulce/naszywce/przypince, albo słyszę jego nazwisko w bezkontekstowej rozmowie, myślę sobie, czy ów ktoś, kto manifestuje w ten sposób swoje poglądy, wie w ogóle, kim rzeczony Che Guevara był. Zawsze byłam przekonana, że ja wiem to doskonale i rzeczowo mogę swoje tezy uargumentować. Książka Aleidy March pokazała mi, jak bardzo się myliłam…

Ci, którzy zasugerują się tytułem i odrzucą ten tekst jako literaturę dla kobiet, nie tylko są w wielkim błędzie, ale też stracą szansę na kawał naprawdę wspaniałej lektury. Aleida opisuje bowiem szereg naprawdę różnorodnych zjawisk i nie utrzymuje go bynajmniej w konwencji romansowej. Właściwie lepiej od samego Che Guevary poznajemy tę kobietę i jej pogląd na rewolucję i dyktaturę. To w pierwszej kolejności obraz i świadectwo okresu przemian i motywacji, jakie kierowały ówczesnymi młodymi ludźmi, a także zmian, jakie zachodziły w ich umysłach pod wpływem nowych, kuszących idei.

Widać od razu, że książka jest tworzona w oparciu o lekko zatarte wspomnienia sprzed lat. Dla własnej wygody Aleida zachowuje chronologię wydarzeń w opowieści, sam tekst jest jednak nierównomierny. Jedne wydarzenia przedstawione są gorzej, inne lepiej i zawsze naznaczone są subiektywnym odczuciem autorki. Trudno mieć jej to za złe – stworzyła własną księgę wspomnień i pokazała w niej rewolucję tak, jak sama ją widziała. A przyznać trzeba, że jest to obraz niezwykły, ukazujący młodych ludzi poświęconych wyższej sprawie, ale też ciepłych, otwartych i zawsze gotowych do pomocy innym. To opowieść o wielu osobach, które łączyły naprawdę wspaniałe relacje i które mimo trudów wiodły codzienne życie w sposób całkowicie normalny.

Za największy atut książki uważam całą masę zdjęć, głównie z prywatnej kolekcji Aleidy, które ukazują zarówno samego Che Guevarę, jak i szereg wydarzeń, w których uczestniczył wspólnie z żoną. To z nich, niemal równie mocno jak z samego tekstu, bije obraz zwyczajnego, ciepłego i pełnego życia człowieka, którym zapewne rzeczywiście był znany rewolucjonista. Choć początkowo ciężko w to uwierzyć, Ernesto i Aleida tworzyli związek oparty na wzajemnym szacunku i zaufaniu, a ich rodzinie udało się prowadzić całkiem zwyczajne życie, nie różniące się od funkcjonowania wielu z nas. Sam Che jest w książce ukazany jako wrażliwy poeta, prozaik, mąż i ojciec i absolutnie nie mamy prawa takiego obrazu negować. Moim zdaniem nie kłóci się on z tym, co znamy z przekazów medialnych i historycznych, natomiast Aleida, przebywająca z nim na co dzień, ma prawo mieć o nim takie właśnie mniemanie. Choć jej poglądy naznaczają tekst, opowieść o miłości jest prawdziwa i szczera.

Jedynym mankamentem tekstu jest niesamowita mnogość nazwisk i postaci, przewijających się przez opowiadane historie, a także podawane oryginalnie nazwy (np. poszczególnych plutonów), bez polskiego odpowiednika. Jestem pewna, że mają one swoje znaczenie, które nadawałoby się do wytłumaczenia.

Opowieść Aleidy March to z pewnością tekst piękny i w gruncie rzeczy cieszę się, że wpadł w moje ręce. Warto czasem zauważyć, że postacie historyczne nie są tylko czarnymi lub białymi obrazami. Podobnie jak wszyscy inni, jak my, są to osoby wielowymiarowe i skomplikowane, nierzadko wiodące własne, na swój sposób poukładane życie. Tekst pozwolił mi również pochylić się na moment nad moim myśleniem o osobach, których nigdy nie dane mi było poznać. Warto pamiętać, że w ten sposób widzimy tylko jedną stronę medalu.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non. 
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (czerwcowy motyw - niebo)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Elizabeth Massie - "Dynastia Tudorów. Królowa traci głowę"

Pamiętacie serial The Tudors? Kilka lat temu należałam do osób, które z zapartym tchem śledziły losy bohaterów znanych z historycznych książek - tak już miałam, że zachwycałam się tego typu wątkami fabularnymi dużo bardziej niż przygodami pewnego dziwacznego lekarza lub rozbitków na bezludnej wyspie. Prawdę mówiąc, produkcja Michaela Hirsta do spółki z Rodziną Borgiów były jedynymi serialami, które zdołały w stanie wciągnąć mnie na dłużej niż dwa odcinki. Nietrudno się zatem domyślić, że postanowiłam sięgnąć po papierową wersję losów Henryka VIII, gdy tylko pojawiła się ku temu okazja. Co prawda po zakupie odstraszyło mnie logo wydawnictwa na okładce, ale odwrotu już nie było, a mnie w końcu udało się sięgnąć po książkę powstałą na podstawie scenariusza słynnego serialu.

Henryka VIII nie trzeba chyba nikomu przedstawiać - to założyciel i pierwsza głowa kościoła anglikańskiego, reformator, tyran i nieposkromiony kochanek. Choć wybranką jego serca miała być Katarzyna Aragońska, niedługo po ślubie zorientował się, że nie może spędzić reszty życia u jej boku. Gdy w królewskim świecie pojawia się Anna Boleyn, Henryk postanawia unieważnić małżeństwo i zawrzeć nowe, przekonany, że tym razem los będzie dla niego łaskawszy. Aby to zrobić, musi się przeciwstawić papieżowi i całemu katolickiemu światu, który grozi mu ekskomuniką i wykluczeniem. Król jednak zawsze osiąga swoje cele...

Książka, podobnie jak drugi sezon serialu na którym jest oparta, odnosi się do okresu związku Henryka VIII z Anną Boleyn: od momentu pierwszych radykalnych decyzji o wygnaniu Katarzyny, aż do śmierci nowej królowej. Na początku byłam przekonana, że będę miała do czynienia z tanim, nieciekawym i monotematycznym tekstem o seksualnych podbojach króla, jednak szybko musiałam zweryfikować swoje poglądy - choć w tekście nie brakuje scen związanych z obyczajową sferą dworskiego życia, równie dużo mamy tutaj aspektów politycznych. Być może jest to specyfika tej akurat części rządów Henryka VIII - sam związek z Anną Boleyn był punktem zapalnym dla powstania nowego kościoła i katalizatorem napędzającym angielski antyklerykalizm. W każdym razie oprócz alkowy czytelnik odwiedza sale narad, tortur, cele a także biura rzymskich dygnitarzy. Urozmaicenie jest spore, akcja toczy się szybko i jest naprawdę wciągająca, co zdecydowanie dodaje książce wartości.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy podczas lektury tekstu Elizabeth Massie jest specyficzny styl wypowiedzi, właściwy dla wszelkiego typu adaptacji. Książka pisana jest na podstawie serialu, widać więc wyraźny podział na sceny (czasem krótkie, jednoakapitowe, pozornie niezwiązane z samą akcją). W tekście dominują dialogi, które czasem na papierze wyglądają nienaturalnie, choć na scenie z pewnością nabrałyby charakteru. Poza tym język jest raczej bogaty i różnorodny, bynajmniej nie prostacki, choć odzwierciedlający raczej świat przedstawiony niż zachowania i emocje bohaterów - ten drugi aspekt jest w książce niezwykle zaniedbany.

Na zakończenie mogę tę książkę zdecydowanie polecić osobom, które serial widziały, tym którzy go lubili, a także jednostkom o dobrej wyobraźni - trzeba włożyć nieco pracy w wizualizowanie sobie opisywanych scen i nie zawsze ma się dostęp do tych cech bohaterów, których w przypadku serialu możemy domyślić się choćby z mimicznej ekspresji aktorów. Tym niemniej dla mnie lektura nie była wcale trudna, wręcz przeciwnie - tekst czytało się naprawdę dobrze. Wciągnęłam się zarówno w sferę polityczną, jak i międzyludzką i sama byłam w szoku, jak bardzo momentami emocjonowałam się tym, co czytam. Mimo że historię Henryka VIII znałam dość dobrze, autorom udało się pokazać mi ją od innej strony i bardzo mi się to spodobało.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (majowy motyw - biżuteria)

sobota, 12 kwietnia 2014

Krzysztof Spadło - "Skazaniec"

Zaczęło się od Edyty i jej recenzji – zdecydowanie zachęciła mnie swoim tekstem, miałam bowiem okazję zobaczyć, że książka idealnie wpasowuje się w mój gust. Później było poszukiwanie i chęć zakupu, dylemat dotyczący wyboru wydania… Koniec końców trafiłam na bloga i za sprawą tamtejszej akcji promocyjnej w moje ręce trafił e-book powieści Krzysztofa Spadło. Niezwykle żałuję, że tak długo zwlekałam z lekturą – mogłam poznać ten tekst dużo wcześniej… Zrobił na mnie duże wrażenie, choć jak na złość miałam koszmarne problemy z ubraniem w słowa tego, co sobie o nim myślę.

W 1922 roku do Centralnego Więzienia we Wronkach dociera młody mężczyzna, Stefan Żabikowski. Trafia na okryty złą sławą oddział dziesiąty, gdzie (jako jeden z nielicznych) rozpoczyna odsiadkę wyroku dożywotniego pozbawienia wolności. Odtąd czytelnik ma okazję towarzyszyć mu w więziennej codzienności, której monotonię skazani mogą przełamywać jedynie dzięki żywości własnego umysłu i kontaktom społecznym, odbywającym się według ściśle określonych zasad. Mamy okazję obserwować machinę systemu, którego nauczyć się trzeba od podstaw, a którego każdy element jest starannie przemyślany i zorganizowany. Hierarchia więźniów, system karno-represyjny, układy ze strażnikami, specyficzna „waluta”, którą są papierosy – wszystko to, tak abstrakcyjne dla zwykłego człowieka, dla skazanych jest jedynie smutną codziennością.

Co dzieje się w umyśle człowieka, który ma w perspektywie jedynie dożywotnie więzienie? Książka dobitnie pokazuje różnicę pomiędzy takimi osobami, a osadzonymi z krótszym wyrokiem. Paradoksalnie jednak ci pierwsi nie są całkowicie wyprani z uczuć czy nadziei. Mój umysł ma trudność ze zrozumieniem, jak udaje im się znaleźć sens życia, mając w perspektywie jedynie więzienną egzystencję. Z drugiej strony – ludzie wolni też mają przecież problemy z jego odnalezieniem… W więzieniu można oczywiście budować swoją tożsamość w oparciu o pozycję – zdobywać układy, znajomości, wspinać się w hierarchii – wszystko ma jednak swój koniec i jest działaniem do pewnego momentu. Skazany może uczynić swoje życie bardziej znośnym, ale nic ponadto, żadne działanie nie przybliży go do wolności, a jedynie da ułudę pewnych zmian. W dodatku, jak to mówią, łaska pańska jeździ na pstrym koniu, o czym ma okazję przekonać się każdy, kto wszedł w układy z górą, z klawiszami, po czym doznał gwałtownej zmiany po większym lub mniejszym potknięciu. Trzeba bowiem zaznaczyć, że choćby nie wiem jak dobrze wiodło się komuś przez tydzień, miesiąc czy rok, w większości przypadków przychodzi w końcu moment zderzenia z rzeczywistością. Zwłaszcza jeśli ma się obok „życzliwego” przełożonego, który tylko czeka na okazję, by ukarać człowieka za jego przewinienia, kierując się czystą ludzką antypatią.

Przechodząc powoli do strony technicznej, chciałam zauważyć, że tekst jest niezwykle płynny, a opisywane zdarzenia nierzadko pozwalają zapomnieć, że akcja w ogóle toczy się w więzieniu. Fragmenty opisujące relacje między więźniami są niezwykle żywe, a sam narrator mówi, że chwilami (…) świat wydawał się wyrwany z tego miejsca, jakby nie było dookoła tych wszystkich murów, krat i kolczastych zasieków* Takie przekonanie i wrażenie jest w tekście niezwykle wyraźne. Atmosfera jest jednakowa niezależnie, czy opisywane są fragmenty wspomnień Żabikowskiego sprzed procesu, czy jego znajomości z innymi więźniami. Książka jest tak naprawdę jedną wielką opowieścią. Od początku do końca nie ma rozdziałów, jedynie akapity, a codzienność opisywana jest równomiernie i chronologicznie. Sam narrator i zarazem główny bohater trzyma siebie w ryzach, nie pozwalając na dygresje i wybieganie w przyszłość. Styl wypowiedzi również jest naturalny, wyważony co do nastroju – choć nie ma tu wartkiej akcji jak na przykład w powieściach kryminalnych, wypowiedź Żabikowskiego jest ciekawa i sama napędza zainteresowanie czytelnika. Zwroty łączące, kończące jeden akapit i zaczynające kolejny, nawiązania i wtrącenia zapowiadające, jaki temat będzie poruszony później – wszystkie te elementy składają się na świetną narrację, w której nie ma miejsca na nudę. Książka Krzysztofa Spadło to tekst, do którego chce się wracać mimo trudnej tematyki.

Jednak czy na pewno aż tak trudnej? Nie traktuję tego w kategoriach zawodu, jednak zdziwiłam się, że tak naprawdę książka nie zawiera nie wiadomo jak wielkich ilości przemocy. Oczywiście zdarzają się ciężkie pobicia, zbiorowe kary, jednak agresja nie jest we wronieckim więzieniu na porządku dziennym, raczej wisi w powietrzu jako groźba możliwa do spełnienia w każdej chwili. Terror psychiczny jest bowiem znanym zjawiskiem, żywo wykorzystywanym przez władze zakładu. Izolatki, kancera, zasada grupowej odpowiedzialności, mająca złamać solidarność więźniów…  Wszystko to działa, obowiązuje i ilustruje, że tak naprawdę największym wrogiem więźnia jest on sam. Interesujący jest również fakt, że w latach międzywojennych praktycznie nie funkcjonowało zjawisko resocjalizacji – była tylko kara, odsiadka i wyjście na wolność kompletnie nie przystosowanych ludzi. Sam więzień, mający okazję wyjść na chwilę poza mury pod eskortą strażników stwierdza, że nie umiałby tam żyć.

Ostatnim ciekawym elementem, o którym chciałabym powiedzieć, jest ukazanie więzienia jako mikrospołeczności, a odsiadki jako miniatury ludzkiego życia. Od momentu przybycia więźnia do zakładu przez cały czas odbywania kary, jest on poddany zasadom przyczynowości. Jak mówi Żabikowski – wiem już (…) że wszystkie czyny i decyzje, które podejmujemy każdego dnia, odbijają się głośnym echem na naszej przyszłości** Nie chodzi tu bynajmniej o to, że złe czyny pokutują pobytem w więzieniu, raczej o to, że od początku trzeba być czujnym i dobrze dobierać sobie znajomych. Inne skutki będzie miało wejście w bezgraniczną komitywę ze strażnikami, a inne – wypięcie się na nich i zamknięcie jedynie we więziennej egzystencji. Tak naprawdę całe funkcjonowanie w zakładzie karnym jest poszukiwaniem złotego środka, idealnego rozwiązania pomiędzy tymi dwiema opcjami, przy zachowaniu dodatkowo własnej tożsamości.

Kończąc – Krzysztof Spadło nie odkrywa w tej książce Ameryki ani nie podaje czytelnikom żadnych niestworzonych historii. Udało mu się jednak napisać powieść intrygująca i ciekawą. Konstrukcja jest prosta, a cel jasno określony – opowiedzenie historii. Nie ma tu złudzeń i uników, ale brak tez zbędnych ozdobników i ubarwień. Ot, po prostu prawda – jaka jest, każdy widzi. Czasem można się uśmiechnąć, czasem przerazić, a czasem wpaść w zdziwienie. Osobiście nie czuję się zszokowana realiami polskiego więziennictwa z tamtych lat, ale chętnie sięgnę po kolejne części, urzeczona opowieścią Stefana Żabikowskiego.


Za e-booka do recenzji serdecznie dziękuję autorowi, panu Krzysztofowi Spadło.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (kwietniowy motyw - czerń i biel) oraz  "Czytam Opasłe Tomiska" (428 stron)


*Cytat ze strony 429
**Cytat te strony 536
(numery stron pochodzą z wersji elektronicznej)

czwartek, 20 marca 2014

Olga Gromyko - "Zawód: Wiedźma"

Przyznam już na samym wstępie, że byłam nastawiona do tej książki bardzo negatywnie. Moje jedyne, jak dotąd, zetknięcie z rosyjską fantastyką i magiczkami to „Flossia Naren” Kiry Izmajłowej – nie można tego nazwać kontaktem owocnym i udanym. Po nielichej traumie, jaką załapałam, nie miałam ochoty dalej zagłębiać się w temat. Książka Olgi Gromyko na pewno nie trafiłaby na moje półki, gdyby nie przewidywana obecność autorki na Pyrkonie – już raz żałowałam, że nie wzięłam podpisu od zagranicznego pisarza (Edwarda Lee konkretnie) i nie chciałam powtórki z rozrywki. Jak się okazało intuicję miałam słuszną, bo książka przebojem wdarła się do mojego serca i z pewnością na długo w nim pozostanie.

Wolhna Redna z pewnością nie jest zwyczajną osiemnastolatką – uczy się w Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa, w dodatku na typowo męskim wydziale magii praktycznej. Nie jest jednak tym faktem ani trochę speszona, radzi sobie świetnie, a w wolnych chwilach rozrabia, że aż strach. Jest wścibska, ciekawska, niepokorna i nad wyraz aktywna w swojej działalności. Choć dopiero się uczy, to właśnie ją Mistrz wysyła, by rozwiązała zagadkę potwora nękającego niedaleką społeczność wampirów. Zagadkę, która jak dotąd pochłonęła 13 ofiar, w tym magów. Nie zważając na niebezpieczeństwo Wolhna widzi w tej sytuacji szansę na napisanie świetnej pracy zaliczeniowej na zapomniany, wampirzy temat, jednak problemy, z jakimi przyjdzie jej się zmierzyć, są skomplikowane o wiele bardziej niż zagadnienie antypatii krwiopijców do czosnku. Jedno jest jednak pewne – dzięki bliskiej znajomości z przywódcą tej mitycznej rasy, Lenem, czas będzie płynął jej szybko, a okazji do obserwacji i badań nie zabraknie.

Po dłuższym namyśle uznałam, że podoba mi się sposób ukazania relacji Wolhnej i Lena. Niby młoda magiczka na niego zerka, komentuje wygląd i pod jakimś tam wrażeniem jest, ale nic tu nie jest wulgarne i „zbyt”. Ot, po prostu przystojny wampir się przechadza obok, estetyczny widok, ponadto ujęta jest paleta emocji większa niż tylko sam zachwyt. Z takim poziomem literackiej subtelności i kokieterii Olga Gromyko mogłaby z powodzeniem pisać książki typowo młodzieżowe, bo w tych dzisiejszych autentycznych emocji zdecydowanie brak. Przy lekturze perypetii W. Rednej sama przystanęłam nad postacią przywódcy wampirów i zaczęłam się nad nią zastanawiać – to chyba przykład tego, że dałam się wciągnąć.

Od strony technicznej również wszystko wygląda pozytywnie. Język książki jest prosty i przystępny, a wszystko, co niezrozumiałe ze względu na konstrukcję świata, jest nam tłumaczone niemal od razu – nie encyklopedycznie, nie protekcjonalnie. Raczej mimochodem, jakby od niechcenia. Poza tym akcja ma przyjemne tempo, dodatkowo zróżnicowane dzięki wspomnieniom magiczki. Bardzo podoba mi się też okładka – rysunek jest piękny i dopracowany w każdym szczególe. Niestety, jak to z Fabryką Słów bywa, w kolejnych tomach wydawcy poszli w stronę okładek na bazie zdjęć, co tylko zaszkodziło jakości.

W gruncie rzeczy największą wadą tej książki jest jej niewielka objętość – tylko 291 stron, a chciałoby się więcej i więcej przygód magiczki w krainie wampirów. Oczywiście cykl ma w tej chwili jeszcze 4 tomy, których jakości jestem raczej pewna, mnie jednak będzie tęskno właśnie do tego konkretnego wątku. Do lektury kolejnych tekstów zabiorę się jednak z pewnością, bo to kawałek naprawdę przyjemnej i lekkiej fantastyki.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (marcowy motyw - kobieta).

niedziela, 16 marca 2014

Alfonso Signorini - "Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości"


Zastanawiam się, czy można mnie nazwać fanką Marilyn Monroe. Owszem, fascynuje mnie jej życie, ukształtowane przez wiele ciężkich doświadczeń i tak ciekawe w późniejszych latach. Mam jednak świadomość, że niekoniecznie można uznać ją za dobry wzór do naśladowania. Z jednej strony udało jej się wyjść z trudności i zrobić karierę, z drugiej – to właśnie owe problemy doprowadziły ją do upadku. Jedni sądzą, że to co złe w jej życiu było spowodowane przeszłością i brakiem dostatecznej pomocy, inni – że nic nie usprawiedliwi jej postępowania z mężczyznami i samą sobą. Prawda zapewne jak zwykle leży po środku – dla mnie Marilyn jest po prostu piękną kobietą i aktorką, której występy na długo zapadają w pamięć.

Alfonso Signorini z pewnością należy do grupy usprawiedliwiających. Jego niezbyt pokaźna książka ma w założeniu ukazać cały życiorys Marilyn Monroe. Jak nietrudno się domyślić, nie dla wszystkich istotnych spraw znalazło się miejsce, ale jednej poświęcono go aż nadto – jak wskazuje sam tytuł, jest książka o miłości. Akcja zaczyna się jeszcze przed narodzinami Normy Jane, Signorini postawił na dokładne umotywowanie wszelkich zachowań przyszłej gwiazdy. Mamy okazję zapoznać się z jej codziennością – najpierw w domu rodzinnym, potem wśród opiekunów i w rodzinie zastępczej. Obserwujemy, jak rodzą się i upadają jej kolejne wielkie uczucia, a także jak rozwija się jej kariera.

Jak już wspomniałam, konstrukcja zdarzeń i fabuła przedstawiają Marilyn Monroe jako kobietę skrzywdzoną przez życie. Jako dziecko zawsze chciała dobrze, a mimo to zmuszona była ciągle radzić sobie z utratą, natomiast jako dorosła po prostu na każdym kroku szukała szansy na miłość. O ile w niektórych tekstach autorzy starają się pokazać siłę i inteligencję gwiazdy, obalając stereotypy (na przykład w książce „Mój tydzień z Marilyn”, gdzie wykreowana jest jako kobieta beztroska i pełna życia), o tyle tutaj wracamy do wizerunku Marilyn, która nie rozumie swojego postępowania, a cele ma proste i niewymagające – być sławną, odnaleźć poczucie bezpieczeństwa w męskich ramionach. Trochę mi to nie odpowiada, ale tak naprawdę w przypadku Marilyn Monroe każdy ma prawo do własnego zdania – nigdy nie będzie nam już dane dowiedzieć się, jak było naprawdę.

Mimo że tematem książki ma być miłość w życiu gwiazdy, na drugi plan zostały zepchnięte emocje. Odzywa się we mnie stereotypowe myślenie i mam ochotę powiedzieć, że być może Signoriniemu pisanie o uczuciach przychodzi z trudem, bo… jest mężczyzną. Ale nie generalizujmy. Po prostu czasem ciężko czyta się opisy dotyczące uczuć, gdzie cała otoczka jest całkiem w porządku, ale jednak wieje chłodem. Przykład – odczucia Normy Jane po pierwszym kontakcie z konkubentem matki są tak płytkie i niedookreślone, że aż kłują w oczy. Mam wrażenie, że autor przyjął zasadę „jak mus to mus”, po czym sięgnął do pierwszego lepszego tekstu o ofiarach gwałtu i szybko „zrobił swoje”, umieszczając emocje w tekście tak, że kompletnie nie pasują do reszty. Poza tym w większości przypadków Normie Jane dopowiadane są uczucia nietrafione i nieautentyczne, przez co książka zdecydowanie traci na wartości.

Kolejnym aspektem negatywnym jest wątpliwe pochodzenie wielu faktów z życia Normy Jane. Książka nie posiada ani jednego przypisu czy choćby noty autorskiej, zawierającej źródła zawartych w niej informacji. Znaleźć można za to przypis tłumacza, korygującego niepoprawne daty, użyte inaczej dla ubarwienia historii. Choć autorowi nie można odmówić daru opowiadania, mam trudności z zaklasyfikowaniem tekstu jako biografii. Mamy tu otoczkę wątpliwej wiarygodności, opartą na kilku faktach – może bardziej trafne byłoby określenie książki jako historical fiction?

Wszystkie te wady można jednak (jeśli jest się w stanie) odsunąć na dalszy plan, ponieważ książkę czyta się po prostu dobrze. Sięgnęłam po nią w środku nocy dla zabicia nudy i wciągnęłam się bez reszty. Narracja jest bardzo zachęcająca i trzeba naprawdę się wysilić, żeby dostrzec nieścisłości. Myślę, że mimo wszystko warto sięgnąć po ten tekst, choć nie ukrywam – pewien niesmak pozostaje. W końcu czym innym jest biografia, a czym innym opowieść inspirowana realnymi postaciami.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (marcowy motyw - kobieta).

piątek, 14 marca 2014

Cecelia Ahern - "Sto imion"

Od dłuższego czasu na hasło „literatura kobieca” reagowałam alergicznie. Gust książkowy (mam nadzieję) nieco mi się wyrobił, a słysząc te słowa miałam przed oczami wyłącznie tanią, romansową historię, czasem okraszoną humorem, najczęściej niezbyt skomplikowaną i do tego średnio napisaną. Dziś przyszło mi ten pogląd zdecydowanie zweryfikować – powieść Cecelii Ahern, choć zdecydowanie obyczajowa, jest niebanalna i bardzo dobrze napisana. A poza tym ma szalenie optymistyczny przekaz, czego bardzo brak dzisiejszej literaturze…

Główną bohaterką jest Kitty/Katherine Logan – dziennikarka, która mimo młodego wieku zdążyła już popaść w zawodową rutynę. Choć karierę zaczynała w skądinąd ambitnym piśmie „Etcetera”, zapragnęła od życia czegoś więcej – pracy dziennikarki telewizyjnej. Miesiącami znosiła opracowywanie upokarzających artykułów o niczym, by wreszcie… popisowo zniszczyć własną karierę, renomę stacji i życie pewnego nauczyciela. Jej pierwsze dziennikarskie śledztwo okazało się katastrofą – oskarżyła niewinnego człowieka o molestowanie uczennicy, czym zaprowadziła przed sąd twórców programu, a samej sobie zafundowała prostą drogę do (częściowego przynajmniej) bezrobocia. Na domiar złego Kitty doświadcza społecznego napiętnowania ze strony obcych jej ludzi, zostawia ją partner, a przyjaciółka, która dotąd wspierała ją w życiu i w karierze, umiera na nowotwór. Można by rzec, że bohaterka przeżywa istny koniec świata, tyle że w skali własnego życia. Jej ostatnią szansą jest napisanie artykułu na cześć przyjaciółki – artykułu, o którym tak naprawdę nie wie nic…

Niezwykle podoba mi się przekaz płynący z tej książki i otoczka, w jaką został ubrany. Naprawdę możemy szczerze nie polubić Kitty – jej ślepota jest denerwująca i momentami ma się ochotę zawtórować jej przyjacielowi, mówiącemu, że tak naprawdę myśli tylko o sobie. Jednak czy my na co dzień nie postępujemy podobnie? Szczęściem tej kobiety jest fakt, że poznała kogoś, kto potrafił wydobyć z niej to co najlepsze nawet zza grobu. Przyjemnie obserwuje się zmiany zachodzące w głównej bohaterce i to, jak uczy się doceniać rzeczy, które ma. Sami również możemy się wiele z tej książki nauczyć – obserwując bohaterów będących sobą mimo wszystko, dążących do celów ważnych dla nich samych, często zagubionych i potrzebujących impulsu do działania. Tu nikt nie jest idealny, ale każdy jest wartościowy.Morał z książki jest jasny – każdy z nas jest wyjątkowy.

Kolejną zaletą tekstu jest strona techniczna - mimo prostego języka i nieskomplikowanej fabuły jest on oryginalny i wciągający. Narracja jest przyjemna, a tempo akcji równomierne. Czyta się niezwykle szybko, a kolejne strony mijają niepostrzeżenie – to jedna z tych książek, podczas czytania których mówi się: „jeszcze tylko jeden rozdział”, a koniec końców siedzi się nad nimi do rana. Nie ma tu może nagłych zwrotów akcji, ale coś przyciąga i nie pozwala odpuścić nawet na chwilę. Konstrukcja na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo prosta, jednak faktycznie okazuje się nietuzinkowa – choć złożona niemal wyłącznie z historii kolejnych osób, zaskakuje niemal na każdej stronie. Zdecydowanie jest to zasługą konstrukcji bohaterów – duży ukłon dla autorki za autentyczne ukazanie zarówno jednostek, jak i społeczności. Nic tu nie jest irytujące – ani nieszczęścia, jakie spotykają bohaterów, ani wątki miłosne, ani happy end. Książka jest idealnie wyważona.

Nie jest to typowa powieść obyczajowa, ale z chęcią poleciłabym ją tym, którzy szukają czegoś, co pozwoli się zrelaksować i uraczy dobrym morałem. Historia stworzona przez Cecelię Ahern pozostawia po sobie pozytywne odczucia i optymizm, który bije z niej naprawdę mocno. Na pewno kiedyś do niej wrócę (a rzadko mówię to o książkach!), tymczasem czekam na kolejne teksty autorki – mam nadzieję, że są równie ciekawe.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję bardzo Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach "Grunt to okładka" (marcowy motyw - kobieta) oraz "Czytam Opasłe Tomiska" (448 stron).

poniedziałek, 10 marca 2014

N. M. Kelby - "Białe trufle"

Kiepska ze mnie kucharka. I nie chodzi tu nawet o rzeczywiste umiejętności (studenckie życie zmusiło mnie do edukacji w tym zakresie i świderki z sosem knorronese wychodzą mi coraz lepiej), a o serce i zamiłowanie do uprawiania tej trudnej sztuki. Gdy staję przy kuchence, nie dostrzegam żadnej poezji i można by sądzić, że z książkami z gotowaniem w tle również nie będzie mi po drodze. Nic bardziej mylnego – gdy gotuje ktoś inny, sytuacja zmienia się o 180 stopni, a moja fascynacja rośnie. Dlatego również nie oparłam się historii Escoffiera – szefa kuchni, który w XX wieku zrewolucjonizował podejście do gotowania i pracę wielu kucharzy na świecie.

Mimo wstydliwego wzrostu, Escoffier był człowiekiem wyróżniającym się z tłumu. Konsekwentnie budował swoją karierę, a duży wkład w sukces miał jego charakter – gdy pracował, w kuchni mniej było negatywnych emocji, porozumiewano się szeptem i szybko rozwiązywano konflikty. Poza tym był artystą wśród kucharzy – z gotowania uczynił sztukę i tym podejściem był w stanie zarażać ludzi dookoła. Tak stało się z jego małżonką, Delphine, którą właściwie wygrał w karty, a w krótkim czasie przekonał zarówno do siebie, jak i do kuchennych działań. Jednak nie była ona jedyną kobietą w jego życiu – przez całe małżeństwo swoim mężem musiała dzielić się z popularną aktorką Sarah Bernhardt. Escoffier był bowiem człowiekiem niezwykle emocjonalnym, żądnym uniesień nie tylko w sztuce, ale i we własnym życiu.

Dołączę do tłumu czytelników podkreślających, że opis okładkowy jest mylący – faktyczna tematyka książki jest dużo szersza niż sugerowane uniesienia madame Escoffier. Akcja dzieje się właściwie na trzech płaszczyznach – w teraźniejszości, gdy małżonkowie spędzają (mniej lub bardziej wspólnie) ostatnie dni życia, w przeszłości opowiadanej na zasadzie zwykłej narracji i przyczynowo-skutkowego ciągu zdarzeń, a także w pamiętniku Escoffiera, prezentującym potrawy nazwane na czyjąś cześć i wraz z nimi pojedyncze sytuacje. Choć taka konstrukcja wydaje się dziwna, mnie osobiście nie przeszkadzała – przyjemnie było na chwilę oderwać się od jednego czy drugiego wątku, a powrót do danej części odbywał się na tyle płynnie, że nie traciłam orientacji. Nawet nie trzeba się specjalnie do tego przyzwyczajać.

Mimo trójpłaszczyznowości, nie mamy również do czynienia ze zbyt wieloma postaciami. Historia jest zwarta i składa się w całościowy obraz, a czytelnik poznaje bliżej tylko te osoby, które mają bezpośredni wkład w akcję i odpowiadają za takie czy inne zmiany w życiu Escoffiera. W treść książki zgrabnie wplecione są przepisy kulinarne i wskazówki dotyczące gotowania, ale nie łudźmy się – niewielu spośród nas będzie miało okazję kiedykolwiek z nich skorzystać, gdyż dotyczą głównie przyrządzania foie gras i trufli. Poza tym strasznie uciążliwa jest mnogość francuskich zwrotów, wprowadzonych bez jakichkolwiek wyjaśnień co do znaczenia. Zrozumiałabym zabieg, gdyby chodziło o francuską megalomanię językową, jednakże autorka jest... Amerykanką.

Jeśli chodzi o końcowe wrażenia – mam poczucie, że ta książka ma po prostu zbyt mało stron. I nie chodzi tu o to, że akcja wciągnęła mnie tak bardzo, że żałuję pozostawienia postaci i tematu. Absolutnie nie. Po prostu czuję, że wielu wątkom i emocjom można by poświęcić o wiele więcej miejsca, niż zostało to faktycznie zrobione. Trójpłaszczyznowość książki być może jest zabiegiem ciekawym, jednak zmusza do podzielenia uwagi czytelnika na kilka sfer i tak naprawdę na żadnej nie możemy się skupić w stu procentach. Relacje między bohaterami są nie do końca wyjaśnione, a emocje niedopowiedziane. Wydaje mi się to nieco zbyt powierzchownym podejściem do tematu.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (marcowy motyw - kobieta)

piątek, 28 lutego 2014

Mons Kallentoft - "Ofiara w środku zimy"


Zwykle czytam serie po kolei, jak Pan Bóg przykazał. Nie miałam zamiaru robić wyjątku od reguły, ale jakiś czas temu udało mi się wygrać egzemplarz „Wodnych Aniołów” Monsa Kallentofta, a jest to szósta z jego książek i – przyznaję – nie uśmiechało mi się kupowanie pozostałych pięciu w ciemno. Zaryzykowałam i zachwyciłam się skandynawską prostotą i chłodem świata kreowanego przez autora. Od niedawna dostaję jeden zaległy tom miesięcznie, żeby móc na bieżąco zapoznawać się z poprzednimi częściami – nawet nie wiecie, jak wielka to dla mnie przyjemność!

Mimo że powtarzałam sobie jak mantrę „to tylko prequel, to tylko prequel…”, niełatwo było mi odnaleźć się w tej nowej sytuacji. Sprawę utrudnia fakt, iż pierwszy tom oddalony jest od szóstego o znacznie więcej lat (w świecie przedstawionym), niż sądziłam na początku. Malin Fors, główna bohaterka, jest o wiele młodsza i jeszcze nie tak doświadczona przez los – chyba właśnie ten fakt był dla mnie powodem wewnętrznego dysonansu. Poza tym więzi między policjantami z Linköpingu nie są jeszcze tak silne, a sytuacja, którą znam z „Wodnych Aniołów”, dopiero się kształtuje.

Przechodząc do samej akcji – trwa zima stulecia, uniemożliwiająca ludziom codzienne funkcjonowanie. Podczas jednego z niezliczonych mroźnych poranków pewien pechowiec odnajduje ludzkie zwłoki, pozbawione ubrania i zawieszone na drzewie. Ciało jest w koszmarnym stanie – nie dość, że ofiara ważyła niemało, to twarz ma zmasakrowaną, a brzuch rozpłatany. Śledztwo, które z początku niemiłosiernie się wlecze, nabiera tempa, gdy ustalona zostaje tożsamość ofiary. Odtąd śledczym przyjdzie zmierzyć się z różnymi wątkami, między innymi podejrzeniem rytualnego zabójstwa, a także sprawą gwałtu sprzed lat.

Choć wraz z biegiem czasu poznajemy wszystkich członków ekipy dochodzeniowej, to rzeczywistą główną bohaterką tej książki jest Malin Fors – pani komisarz, której wyśnione małżeństwo się rozpadło, i która szuka zapomnienia w ramionach (czy raczej pościeli) miejscowego dziennikarza. Matka, zupełnie nie radzącą sobie z problemami dorastającej córki. Policjantka o silnej pozycji. Lubię tę postać, tak nieidealną, choć jednocześnie tak silną; tracącą kontrolę, a przy tym obdarzoną niezwykłymi umiejętnościami. Fragmenty jej rozmów z podejrzanymi to majstersztyk autora – bohaterka jest niezwykle wnikliwa i dostrzega rzeczy, które wcale nie są oczywiste.

Na tym jednak kończą się zalety „Ofiary w środku zimy”. Styl autora jest jeszcze nieudolny, a wartka akcja nie wynagradza fragmentów, w których czytelnik może się zwyczajnie zgubić. Oryginalny pomysł z wstawkami z wypowiedzi ofiar nie jest podany zbyt przystępnie – dodatek wydaje się sztuczny i niepotrzebny, choć wcale taki nie jest. Mając jednak porównanie między ostatnią (jak do tej pory) a pierwszą z przygód Malin Fors, mogę powiedzieć, że Mons Kallentoft wykonał w ostatnim czasie kawał dobrej roboty. Ten autor nie jest „odporny na krytykę”, zdecydowanie popracował nad stylem, akcją i wstawkami z wypowiedzi zmarłych ofiar – znakiem rozpoznawczym jego kryminałów. W „Wodnych Aniołach” wszystko jest jakby mniej toporne i naprawdę zbliża się do ideału. Tak czy inaczej już w pierwszej części akcja jest wartka i interesująca, a postać Malin Fors dobrze wykreowana. To wspaniałe, że w końcu będę mogła spędzić więcej czasu z tą bohaterką, a miejsce, w którym zaczyna się akcja, wskazuje, że czytelnicy będą naocznymi świadkami wszystkich zdarzeń, które ukształtowały policjantkę, a które w „Wodnych Aniołach” są jedynie wspomniane. Cieszę się też, że będę mogła obserwować rozwój stylu autora – jestem dużo spokojniejsza, gdy wiem, że będzie on miał miejsce. 

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (lutowy motyw - zima), oraz w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (448 stron)

piątek, 17 stycznia 2014

Ariana Franklin - "Tajemnica grobowca"

Czasem (a nawet często) bywa tak, że kupuję książki ze względu na cenę, pobieżnie tylko zerkając na okładkowy opis i klasyfikując tekst jako mieszczący się w moim guście lub nie. Tak było również w tym przypadku – tekst wyszperaliśmy na taniej półce w antykwariacie, po czym trafił na regał, czekając na lepsze czasy. Gdyby nie Sylwuch i jej wyzwanie, najprawdopodobniej czekałby długo. Byłam jednak zmuszona po niego sięgnąć i ostatecznie jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy. 

Książka Ariany Franklin to klasyczny kryminał historyczny, osadzony w XII-wiecznej Anglii w początkach panowania Henryka II Plantageneta. Mnisi z opactwa Glastonbury odnajdują wówczas tajemniczą trumnę ze szczątkami dwóch osób, które uznają za należące do króla Artura i Ginewry. Gdyby podejrzenia okazały się prawdą, byłoby to niezwykle wygodne zarówno dla zniszczonego kataklizmami opactwa, jak i dla króla, który chciałby ukrócenia wszelkich legend o Arturze, wykorzystywanych do podjudzania buntowników. By potwierdzić, do kogo należą szczątki, Henryk posyła po swoją zaufaną medyczkę, Adelię, zwaną przez niego „mistrzynią sztuki śmierci” ze względu na podstawy patologii, którymi się posługuje.

Zawsze z radością witam postaci samodzielnych kobiet o ciętym języku, a do takich właśnie należy Adelia. Jest silna, choć sytuacja społeczna zmusza ją do podróżowania i działania w towarzystwie opiekuna – lorda Mansura. To on tytułowany jest doktorem, a ona – jego tłumaczką, jednak jest to tak naprawdę zgrabnie skonstruowana przykrywka. W rzeczywistości właśnie Adelia zajmuje się pacjentami, rozwiązuje zagadki i podejmuje decyzje, ponadto doskonale potrafi zadbać o własne interesy. Jest odważna, zdecydowana, wykształcona i pewna siebie. Zdecydowanie nie można nazwać jej postacią nijaką. Właściwie posiada ona tylko jedną poważną słabość, a jest nią biskup Rowley, jej dawny kochanek.

Tak, w kryminał wpleciony jest wątek miłosny, ale absolutnie nie zaburza on równowagi akcji. Dawne sentymenty bohaterów wydają się naturalne i ubarwiają dodatkowo i tak ciekawą fabułę. To kolejny aspekt książki – wielowątkowość. Czasem można mieć wrażenie, że akcja ma się ku końcowi, ale to tylko pozory – rozwiązanie jednych spraw niesie za sobą kolejne niedomówienia i do samego końca wiele wątków pozostaje nierozwiązanych. Dodatkowym atutem są niejednoznaczni bohaterowie, tutaj nikogo nie można ocenić na pierwszy rzut oka.

Już dawno nie zdarzyło mi się czytać książki do drugiej w nocy, a w przypadku tego kryminału tak właśnie było. Akcja wciągnęła mnie bez reszty, a fakt, że na ostateczne rozwiązanie trzeba było czekać niemal do samego końca, tylko to zainteresowanie podsycił. Mogę powiedzieć jasno: ta niepozorna książeczka kryje naprawdę niezłą historię, dobrze skonstruowanych bohaterów i ciekawą tematykę. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć (a ja tymczasem zajmę się poszukiwaniem pozostałych dwóch tomów opowieści o średniowiecznej pani patolog).

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (styczniowy motyw - kwiaty)