poniedziałek, 12 czerwca 2017

Remigiusz Mróz – „Inwigilacja”


Do kolejnej części cyklu o Chyłce i Zordonie podchodziłam bardzo sceptycznie: o ile pod względem kryminalnym kolejne powieści bardzo mi odpowiadają, o tyle obyczajowa część fabuły w jakimś stopniu mnie zawiodła. Zakończenie Immunitetu, choć niewątpliwie zaskakujące, zupełnie mi się nie podobało i wprowadzało do fabuły element, którego bardzo bym nie chciała. Miałam wiele obaw, jak Remigiusz Mróz poradzi sobie z własnym pomysłem, jednak nie tak silnych, żebym zrezygnowała z lektury kolejnej części. Kiepskie wrażenie z biegiem czasu się zatarło, a ja zaczęłam tęsknić za bohaterami, których tak bardzo polubiłam. Zwłaszcza że życie obojga zbliża się nieubłaganie do momentów zwrotnych…

Jedno jest pewne: autor wciąż trzyma rękę na pulsie, wykorzystując w swoich książkach aktualne problemy polityczne, prawne i społeczne. Tym razem pod pretekstem sprawy domniemanego terrorysty w fabułę zostają wplecione służby specjalne oraz tzw. ustawa inwigilacyjna, która pozwala państwu prowadzić nadzór nad obywatelami w znacznie większym stopniu, niż to miało miejsce do tej pory. Podoba mi się to, ze Remigiusz Mróz w swojej powieści pokazuje dwie strony medalu, nawet jeśli przez większość książki zmusza nas, byśmy myśleli inaczej. Argumenty wydają się jednoznaczne, a ocena łatwa, jednak sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana (i niebezpieczna), niż mogłoby się wydawać. Tym razem bohaterowie właściwie nie są w stanie samodzielnie ocenić sytuacji, w której się znaleźli, a tym samym oszacować niebezpieczeństw. 

W powieści przewijają się tematy rozpalające opinię publiczną: terroryzm oraz traktowanie muzułmanów. Inwigilacja pełna jest argumentów z obu stron barykady, a emocje, które pojawiają się przy okazji tej dyskusji, są równie prawdziwe w naszym zwykłym życiu, jak i tutaj. Dzięki temu po raz kolejny jest to książka autentyczna i bliska czytelnikowi, a fikcja miesza się z rzeczywistością naprawdę bardzo mocno. Czasem mamy wrażenie, że Chyłka i Oryński mogliby istnieć naprawdę, a my, zamiast o nich czytać, słuchalibyśmy o ich poczynaniach w największych stacjach informacyjnych. Jak to w książkach bywa, pewnie w opowieści znajdują się elementy, które obniżają autentyczność i nie pozwoliłyby na takie przeniesienie, ale chodzi o ogólne wrażenie: Mróz pisze o tym, co aktualne i prawdziwe, a im więcej takich elementów, tym przyjemniejsza i ciekawsza jest lektura.

Ci, którzy czekają na ciężkie zakończenie z gatunku tych, do których Mróz zdążył nas przyzwyczaić, z pewnością nie będą zawiedzeni. Tym razem, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich części cyklu, autor zrezygnował z prezentowania nowych faktów z życia Chyłki na rzecz naprawdę mocnego akcentu fabularnego. Finał Inwigilacji jest niespodziewany, przerażający i… cudowny; emocji, które we mnie wywołał, nie zapomnę przez kilka następnych tygodni. Choć jeszcze niedawno miałam w głowie myśli, że cykl robi się zbyt długi, znów wpadłam w schemat, w którym ostatnie słowa powieści przyćmiewają wszystko inne. Znów mogę tylko czekać i snuć domysły, jak autor zdecyduje się rozwiązać całą sprawę. Oby odpowiedź przyszła niebawem!






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

czwartek, 8 czerwca 2017

Stos: co na blogu w czerwcu?


Pierwsza część roku nie obfitowała raczej w interesujące mnie premiery książkowe  już się bałam, że mój gust zmienił się na tyle, że już nigdy nic dla siebie nie znajdę. Na szczęście (choć z perspektywy mojego portfela to raczej tragedia) im bliżej wakacji, tym więcej ciekawych książek pojawiło się na rynku. Dziś chciałabym pokazać, co trafiło do naszej biblioteczki w ubiegłym miesiącu, a tym samym czego możesz spodziewać się na blogu w najbliższych tygodniach. Niektóre z książek już przeczytałam, w przypadku innych jestem w trakcie, a kilka z pewnością nie doczeka się poznania od deski do deski. Ale łączy je jedna, ważna kwestia: wszystkie ogromnie uwielbiam i bardzo chciałam mieć.


Zakupy książkowe nie były może w ubiegłym miesiącu obfite, ale każdy z nich naprawdę przemyślałam i cieszę się z nich jak dziecko. Ostatnio bardzo często korzystam z księgarni internetowej Świata Książki  na nowości i przedpremiery mamy tam 30% rabatu, ale na promocjach naprawdę dużo książek można upolować 35-40% taniej. Z takiej właśnie przeceny pochodzą książki Rachel Abbott (najpierw kupiłam i przeczytałam Śpij spokojnie, o którym tekst możesz przeczytać tutaj, a że książka bardzo mi się spodobała, szybko kupiłam kolejną), Deniwelacja (może w końcu sięgnę po drugą i kolejne części cyklu), Opowieść podręcznej (najpierw książka, potem serial!)
oraz moja wymarzona, malutka Jadłonomia (tej dużej się bałam, że nieporęczna i bez sensu).

W ostatnim czasie było również kilka ciekawych promocji na stronie Znaku  ja skorzystałam z tej, która pozwalała kupić trzy tytuły, z których, jeśli dobrze pamiętam, dwa były tańsze o 45%. Całe zamówienie kosztowało mnie niecałe 70 zł, a znajdowały się w nim: Slow Life według ojca Leona, nieuchwycone na zdjęciu Sekretne życie drzew oraz Ktoś mnie pokocha (które dostałam i recenzowałam w zeszłym roku tutaj, ale postanowiłam wreszcie wymienić miękką oprawę na twardą).

Perełką w tym zestawie nowości jest prześliczna Księga legend karpackich, którą rodzice przywieźli z tegorocznych wakacji. To mój ulubiony rodzaj pamiątek, dlatego chętnie przyjmę wszelkie polecenia dotyczące zbiorów legend z Waszych regionów (czasem naprawdę ciężko coś takiego znaleźć).


W tym miesiącu postanowiłam wrócić do prezentowania otrzymanych egzemplarzy recenzenckich. Nie robiłam tego od wielu miesięcy (lat?) z różnych powodów, jednak uważam, że to świetna okazja do utrzymywania samodyscypliny i podsumowywania tego, co już udało się ogarnąć. W ubiegłym miesiącu prym wśród rozpieszczaczy wiodła Czwarta Strona, od której dostałam aż cztery tytuły: Inwigilację (którą właśnie kończę, spodziewaj się opinii jeszcze w tym tygodniu), Szpile, Żniwiarza oraz Apetyt na więcej (przypomnę sobie pierwszy tom i zbiorczo opowiem o całej serii, mam nadzieję, że jeszcze przed lipcową premierą najnowszej książki autorki). 

Dzięki uprzejmości GW Foksal otrzymałam Żercę Katarzyny Bereniki Miszczuk i tym sposobem wyparowała moja wymówka, by odłożyć na później lekturę dwóch pierwszych części cyklu, które dostałam na urodziny. O tej serii również przygotuję zbiorczy post, jestem bardzo ciekawa, czy opinia będzie pozytywna, czy też nie. Z kolei wydawnictwo Znak rozpieściło mnie dwiema majowymi nowościami: Boginią tańca (uwielbiam Ewę Stachniak!) oraz przewspaniałą Zośką Papużanką (którą zachwalam i polecam w tym poście). Swoją cegiełkę dołożyło również Sine Qua Non i debiutancka powieść Tomasza Marchewki, która mnie osobiście nie zachwyciła, ale i tak zachęcam do przeczytania, bo opinie zbiera całkiem niezłe (więcej na ten temat tutaj).


A jak tam Twoje majowe nowości? Co czytasz?


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Dlaczego nas tak mało, czyli dwie wielkie inspiracje (fanatyzmy) maja


Zgodnie z oczekiwaniami wiosna niemal od razu zmieniła się w lato. Mamy sezon na lodowo-bananowo-kakaowe smoothie, sukienki, sandały i długie spacery. Kiedy jest tak ślicznie, a słońce od rana świeci w okno, nie jestem w stanie długo spać, więc zrywam się bladym świtem, a wieczorem trafiam do łóżka znacznie później niż jeszcze kilka tygodni temu. Mam więcej czasu. Dlaczego zatem nie przekłada się to na częstotliwość nowych postów? Planów było mnóstwo, głowę mam pełną pomysłów na nowe wpisy, stosik czytelniczy rośnie i prawie zakrywa okno, a ja tymczasem...

Długo zastanawiałam się, co pochłania moje cenne minuty i nagle doznałam olśnienia – powody są tylko dwa, ale jakże absorbujące! Zapraszam na opowieść o majowych pożeraczach czasu.


Terraformujemy Marsa!



Rok 2315. Ziemia jest przeludniona i wyeksploatowana ponad miarę, a ludzkość staje przed dylematem: wyrzec się wszelkiego rozwoju, którego do tej pory dokonała, lub zacząć ekspansję na inne planety Układu Słonecznego. Wspierane przez Rząd Ziemi korporacje stają do wyścigu, w którym nadrzędnym zadaniem jest jak najszybsze i jak najskuteczniejsze przystosowanie Marsa do normalnego życia. W tym celu zaangażowane zostaną wszelkie środki i zasoby. Cel jest wspólny, a jednak każda korporacja dąży do jak największych zysków. 

W Terraformacji Marsa każdy z nas reprezentuje jedną z korporacji. To planszówka z ogromnym udziałem kart, w której będziemy rozwijali swoje możliwości produkcyjne i finansowe tak, aby jak najefektywniej przekształcić Marsa w miejsce zdolne do życia poprzez podnoszenie temperatury, zwiększanie ilości tlenu w atmosferze oraz pojawianie się kolejnych oceanów. Będziemy budować miasta i sadzić lasy. Będziemy doprowadzać do zrównoważonego rozwoju ludzkości. 

Choć swoją przygodę z tą grą zaczęliśmy już w kwietniu, to maj był miesiącem, kiedy poświęciliśmy się jej całkowicie, m.in. rozgrywając pierwszą pełną partię. Ta gra wciągnęła nas dzięki swojemu klimatowi, bardzo przemyślanej konstrukcji i mnogości rozwiązań. Podoba się nawet mnie, choć przegrywam zdecydowaną większość partii! Jedna rozgrywka w trybie dla zaawansowanych trwa 2,5 godziny, a my w wolny dzień potrafimy zagrać trzy pod rząd. Chyba nikogo nie dziwi, że miałam w tym miesiącu mało czasu na czytanie?


Zdobywam nowego skilla!



Pewnie część z Was wie, że praktycznie nie żyję bez artystycznego hobby: rysuję, maluję, wyklejam, tworzę, pakuję prezenty, uczę się kaligrafii i Bóg wie co jeszcze. Uwielbiam wszelkie prace, których efekt widać od razu i w których mogę się doskonalić oceniając na bieżąco postępy. Na przełomie roku postanowiłam spróbować swoich sił z manicure hybrydowym – przede wszystkim dlatego, że należę do tych nieszczęśników, u których zwykły lakier trzyma się na paznokciach dokładnie jeden dzień. Hybryda faktycznie jest trwalsza (zmieniam paznokcie co około 2 tygodnie ze względu na odrost i znudzenie kolorem), ale ma jeszcze jedną, ogromną zaletę – pozwala mi wyżyć się artystycznie. Od tego czasu wciąż ćwiczę nowe, coraz trudniejsze wzory i zachwycam się możliwościami. Potrafię siedzieć do 1:00 i wstać o 5:00 żeby pomalować jeszcze kilka wzorników, spróbować jeszcze czegoś. Już dawno nie pasjonowałam się czymś tak mocno i tak długo.


A jak u Ciebie minął przepiękny maj? Aktywnie, poza domem? A może rekordowo książkowo?