Grudzień sam w sobie jest dla mnie miesiącem bardzo inspirującym: świeczki, Święta i śnieg (ten miesiąc sponsoruje literka "ś"); wszystko to, co Kasie lubią najbardziej. Jeśli dodamy do tego dziesięciodniowe wolne, które miałam (a w zasadzie nadal mam) pod koniec miesiąca, wychodzi sytuacja niemal idealna. Dlatego też na koniec roku udało mi się ponadrabiać zaległości książkowe, filmowe, serialowe i blogowe (pozbycie się tych ostatnich cieszy mnie najbardziej, bo w Nowy Rok wchodzę z zapasem postów, a tym samym względną swobodą działania). A nadrabianie zaległości, jak wiadomo, ściśle wiążę się ze znajdowaniem różnych fajnych rzeczy. Tym razem wszystkie są "do oglądania", więc idealnie na zimę, która przecież dopiero się zaczęła.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 31 grudnia 2017
wtorek, 31 października 2017
Narkobaronowie i Kinder Niespodzianki, czyli ulubieńcy października
Październik był dla mnie bardzo męczącym miesiącem, zwłaszcza pod koniec, kiedy tydzień z życiorysu wyjęła mi praca na Targach Książki w Krakowie. Nadal jednak udaje mi się szarpać z czasem i znajdować chwilę lub dwie na przyjemności – w tym przypadku seriale, testowanie kosmetyków i... czekoladę! Zapraszam Was serdecznie na ulubieńców tego miesiąca, czyli najskuteczniejsze (dla mnie!) umilacze jesieni.
Podaj dalej!
Od bardzo dawna zastanawiałam się, na czym polega fenomen tej gry – czytając opis nie czułam zbytnio tej zabawy, nie wydawała mi się atrakcyjna. Jakie to szczęście, że podczas ostatniej imprezy firmowej miałam okazję w nią zagrać!
Podaj dalej! to w gruncie rzeczy kalambury, ale dużo fajniejsze dla takich osób jak ja – tych, które nienawidzą wychodzić na środek i machać rękami. Do tego dochodzi połączenie z głuchym telefonem, bo wylosowane hasło rysujemy, po czym podajemy dalej do zinterpretowania kolejnemu graczowi. On próbuje zgadnąć, co narysowaliśmy i zapisuje hasło, a następna osoba – znów rysuje. W większości przypadków gdy notes do nas wraca, ostatnie hasło totalnie różni się od poprzedniego.
Co ważne - nie trzeba umieć rysować. Prawdę mówiąc im gorzej nam idzie, tym jest zabawniej.
Narcos 3
Wiem, że premiera trzeciego sezonu była 1 września – miałam nawet plan, żeby z tej okazji wziąć wolne w pracy, ale jakoś nie wypaliło. Ogólnie ostatnio ciężko jest mi wygospodarować czas na seriale i oglądanie zawsze odbywa się kosztem czegoś innego. Ale czasem warto.
Jeśli chodzi o samo Narcos, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Scenarzyści wykonali naprawdę dobrą robotę i moim zdaniem wykorzystali potencjał opisywanej historii. Postaci, które do tej pory były drugoplanowe, pięknie się rozwinęły i zyskały indywidualny charakter; każdy z bossów kartelu z Cali to inna osobowość, podejście do interesów i reakcje na trudną sytuację. Sam serial trzyma w napięciu, świetnie balansuje między faktem a fikcją (uwielbiam to, w jaki sposób wplatane są tutaj elementy rysu historycznego), no i pełen jest naprawdę dobrych scen, wśród których prym wiedzie finał pierwszego odcinka.
Gorąco polecam, to jeden z moich ulubionych seriali.
Super Hero Girls w Kinder Niespodziankach
Niczym zebra z reklamy Wedla będę namawiała, by co jakiś czas odzyskiwać swoją dziecięcą radość (a najlepiej nigdy jej nie tracić). Mam na to kilka sprawdzonych sposobów, a jednym z nich jest... Kinder Niespodzianka. Zwłaszcza, jeśli zabawki są tak przyjemne, jak ostatnia kolekcja powstała w kooperacji z DC.
W tym miesiącu dostałam pierwszą pełnoetatową pensję. Co kupiłam najpierw? Sześć czteropaków jajek z niespodzianką, moi drodzy. Tak się bawią bogaci.
Polskie kosmetyki naturalne
Jakoś tak wyszło, że październik był dla mnie miesiącem testowania kosmetyków, na które od dawna miałam ochotę.
Krem do rąk z Yope zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie – świetnie nawilża i szybko się wchłania, dzięki czemu mogę go trzymać w pracy (komputer), a jego zapach sprawia, że mam ochotę używać go cały czas (mam wersję zielona herbata i mięta, jakby coś). Możecie się śmiać, ale to ostatnie jest bardzo dużą zaletą, bo do tej pory ciągle o nim zapominałam! Wciąż uważam, że 30 zł za krem do rąk to lekka przesada, ale niczego nie żałuję.
Pozytywnie zaskoczyła mnie również firma Resibo. Skusiłam się na krem pod oczy oraz osławione "czyniące cuda" serum. O ile do pierwszego kosmetyku raczej nie wrócę (jak dla mnie ma zbyt lekką formułę), o tyle drugi naprawdę sobie chwalę. Mam bardzo odwodnioną skórę (kiedyś myślałam, że tłustą, ale to temat na zupełnie inną opowieść...) i powiem szczerze, że jak do tej pory nie trafiłam na kosmetyk, który by tak obłędnie nawilżał. Jeśli używam go wieczorem, na drugi dzień skóra jest miękka i delikatna, a samo serum mimo olejowej formuły nie zatyka porów.
Trzecią marką, której testowanie zaczęłam w październiku, jest Ministerstwo Dobrego Mydła – firma, którą, jak do tej pory, znałam jedynie ze świetnie prowadzonego fanpejdża. Już dawno upatrzyłam ich słynny sztyft śliwkowy jako prezent gwiazdkowy dla mojej Mamy, a że do oferty trafił w zestawie z dwoma innymi produktami... Cóż, postanowiłam rozpieścić też siebie. Zarówno peeling, jak i olej są rewelacyjnie i działają cuda na skórze: złuszczają, odżywiają, nawilżają. I jak pachną!
Ktoś dobrnął do końca? Rany, jesteście wielcy! Niech fajne rzeczy będą z Wami!
Co odkryliście w tym miesiącu? Powiedzcie koniecznie, pamiętajcie, że zbieram Wasze polecanki!
czwartek, 26 stycznia 2017
Kim jesteśmy, dokąd zmierzamy? Kilka słów o serialu „Black Mirror”
Brzmi to bardzo sztampowo i przypomina raczej scenariusz kiepskiego horroru niż prawdziwą sytuację, a jednak – tak wyglądał jeden z moich wieczorów, kiedy Sylwek pojechał do domu, a ja musiałam znaleźć sobie coś do roboty. Kilka internetowych zbiegów okoliczności zaważyło na tym, że wybrałam Black Mirror – serial, który kilka miesięcy wcześniej zaznaczyłam na Filmwebie jako „nie interesuje mnie”. Kto by jednak pamiętał takie szczegóły – po prostu sięgnęłam po jeden odcinek, a po nim lawinowo popłynęły kolejne. Przepadłam. Mogę powiedzieć krótko: to jest perfekcyjne i po prostu musicie to zobaczyć.
Black Mirror to serial krótki: pierwszy i drugi sezon mają po trzy odcinki, a trzeci – sześć. Każda z odsłon trwa niecałą godzinę i rozgrywa się w mniej lub bardziej futurystycznym świecie. Z tym jest różnie – czasem obraz jest mocno oderwany od rzeczywistości i stanowi wizję dość odległą, której współczesne początki są tylko delikatnie zaznaczone, innym razem nie możemy pozbyć się wrażenia, że prace nad danym rozwiązaniem/zjawiskiem prowadzone są już dziś, tylko na dużo mniejszą skalę. Poszczególne odcinki nie są związane ze sobą fabularnie ani nie rozgrywają się w tym samym momencie – to po prostu różne drogi, wyolbrzymione opcje, których źródeł możemy szukać w dzisiejszych wydarzeniach i tendencjach. Twórcy serialu starają się ukazać nam ciemną stronę rozwoju: postępu technologicznego, kultu jednostki, machin reklamowych, powszechnego dostępu do danych, ulepszania człowieka za pomocą techniki… W przypadku każdej z opowieści jesteśmy w stanie wyróżnić konkretną współczesną tendencję, na bazie której została stworzona.
Moje ulubione odcinki? Tak naprawdę każdy z nich coś mi dał i wywołał inny rodzaj odczuć. Ostatnia odsłona pierwszego sezonu, czyli opowieść o pamięci fotograficznej, oraz pierwsza drugiego, opowiadająca o technologii wspierającej radzenie sobie ze stratą kogoś bliskiego, to wizje, które wydają mi się niebezpiecznie bliskie, nawet jeśli wciąż dość mocno oderwane od tego, co znamy dzisiaj. Niby opierają się na technologiach, które jeszcze długo pozostaną w sferze science-fiction, a jednak dążenia, które obrazują, są powszechne i naturalne, bazują też na wielu bardzo emocjonalnych scenach. Skoro już jesteśmy przy emocjach – najwięcej ich wywołał u mnie drugi odcinek drugiego sezonu, który dotyczy makabrycznego pojęcia sprawiedliwości. Oglądałam go jak dobry horror – przez palce zakrywające oczy. A ostateczne rozwiązanie naprawdę mnie zaskoczyło.
Nie jestem w stanie ubrać w słowa wszystkich odczuć, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania kolejnych odcinków, ale możecie mi wierzyć, że były to przeżycia bardzo, bardzo silne. Najlepsze obrazy wywołały we mnie burzę emocji, ale również w tych gorszych widzę wartość, bo każdy z nich skłania do refleksji: nad tym, co dzieje się w naszym świecie, jaki jest kierunek zmian i przede wszystkim – czy my sami chcemy w tych przemianach uczestniczyć. Nie obiecuję, że ten serial zostawi Was z optymistycznym spojrzeniem na świat – choć prezentowane historie w większości mają, przynajmniej nikły, happy end, refleksja, jaka się po nich nasuwa, należy raczej do tych gorzkich. Mimo to zachęcam, żebyście sięgnęli przynajmniej po pierwszy odcinek – mocny i oddziałujący na wyobraźnię – a po nim zdecydowali, czy chcecie oglądać dalej. Według mnie warto, a nawet trzeba. Dla samego siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









